30 kwietnia 2013

1148

Idę sobie spokojnie chodniczkiem do domu, a tu... zwierzę biegnie. Jako żywo nie widziałam takiego zwierzęcia.
Było spłoszone, biegało w kółko i miało coś z przednią łapą. Pomyślałam, że spróbuję zrobić mu zdjęcie i zgłosić gdzieś, bo ewidentnie dzikie, ewidentnie zagubione i ewidentnie potrzebujące pomocy. Niestety zwiało. Ale miałam trochę cykora, goniąc je po krzakach. A jak wściekłe?

Rzecz nie dawała mi spokoju, więc wytężając zwoje i umiejętności, zaczęłam przedzierać się przez gąszcz internetu. Chciałam wiedzieć, co to było.
Eeee... szakal.
W Polsce.
W środku stutysięcznego przeszło miasta.

Powinnam zmienić leki lub przynajmniej dawki?

26 kwietnia 2013

1147

- Gdzie jesteś? - Zuzanna wykazała pewne wścibstwo.
- W sklepie.
- Dlaczego jesteś w sklepie, gdy ja mam średnie wykształcenie?

Szanowni Państwo! Zuzanna posiadła nieomalże stopień naukowy. Jeszcze trochę cierpliwości i być może zostanie szczęśliwą maturzystką. (Studentką? O, mój Panie...).
Hip, hip, hurra!

25 kwietnia 2013

1146

W świątecznym wydaniu Gazety Wyborczej z 20-21 kwietnia 2013 roku znajduje się artykuł "Dekalog Edelmana". Autorzy, Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, jak sami na początku tłumaczą: przypominają, poszerzają i interpretują najważniejsze zasady, które rządziły życiem Doktora.
Wiele słów w tym tekście mnie wzrusza. Nad wieloma się zamyślam, wzdycham, kiwam głową. Najdłużej zatrzymuję się nad przykazaniem trzecim. Czytam i czytam bez końca. Nie mogę przestać.

Pamiętaj, abyś każdy dzień święcił, nie myśląc wyłącznie o własnych korzyściach, ale pamiętając, że każdy człowiek ma wszystkie prawa i wolności bez względu na jakiekolwiek różnice rasy, koloru, płci, języka, wyznania, poglądów politycznych i innych, narodowości, pochodzenia, majątku czy urodzenia.
Święto jest codziennie, bo codziennie człowieka można bronić. Nawet wtedy, gdy się z nim nie zgadzasz, gdy inni - nawet twoi przyjaciele - go atakują. Bo pierwszą konsekwencją tego, że każdy ma swoje prawa i wolności, jest zdolność pójścia pod prąd.

Tak bardzo mi tego brakuje w otaczającym świecie. Szacunku. Miłości bliźniego. Spokojnej zgody na inność drugiego człowieka. Prawa do życia zgodnie z własnym systemem wartości. Nienarzucania się za wszelką cenę pod sztandarami jedynej słusznej prawdy.
Uważam, że ktoś powinien ustanowić święto szacunku. A my wszyscy powinniśmy to święto szczególnie pieczołowicie obchodzić. Po kres.

24 kwietnia 2013

1145

W tym miesiącu ktoś dotarł do mojego blogu wpisując w wyszukiwarce zapytanie "jak wyglądają odchody świni?".

LUDZIE! O czym ja tu piszę? I dlaczego mnie nie upominacie?!

23 kwietnia 2013

1144

Koleżance klasowej Zuzi umarła mama. Dwa tygodnie przed maturą.
Biedne, biedne dziecko.

Tak się zastanawiam, czy nauczycieli i dyrekcję tej szkoły stać na to, by uczynić wszystko dla przepchnięcia tej małej przez egzamin dojrzałości. O ile przyjdzie.

22 kwietnia 2013

1143

Popędzana przez niektóre niewdzięczne jednostki, że mam pisać, a się nie opierniczać (co tygrysy lubią najbardziej), wybrałam się na piechotę. Nie piszę, że na spacer, bo nie należę do spacerujących, więc moja droga miała cel i sens. Mianowicie zdążałam do warsztatu samochodowego, by odebrać mój ulubiony środek lokomocji.
I mam refleksje.

Otóż.
Droga, która samochodem zajmuje mi trzy minuty, pieszo - pół godziny. Bynajmniej nie dlatego, że wlekę się.
Chodzenie żwawym (w miarę) krokiem jest męczące. Szczególnie pod górkę. (Nie wiadomo czemu droga wciąż prowadzi pod górkę. Czy ja mieszkam na jakichś nizinach?).
Uporczywe chodzenie wzdłuż ulic nie jest fajne. Głośno i smród.
Muszę chodzić wzdłuż ulic, bo nie znam innych dróg, gdyż cały czas jeżdżę.
Jestem jedynym pieszym w galaktyce, który nie wtarguje na drogę. Wszyscy wtargują. Ja staję i się rozglądam, czy mnie ktoś nie planuje przejechać. Dziwne. Myślałam, że wszyscy się tego uczyliśmy w szkole. Ale może tylko ja nie byłam na wagarach.
Służby uprzątające miasto nie istnieją. Z grubsza (czyli przy jakiejś logicznej prędkości) nie jest to tak zauważalne. Jeśli się spojrzy szczegółowo, znaczy wlokąc się w tempie ślimaczym (chód), to się dostrzega, że wszędzie są śmieci. Czemu ludzie rzucają śmieci na chodniki i ulice, o żywopłotach nie wspomnę?
Istnieją utwory muzyczne, przy których fajnie się idzie. Te wolne są za wolne.
Jak słyszę piosenkę, która mi się akurat nie podoba, to w samochodzie ją olewam. A w nogochodzie natychmiast przełączam.
Kocham me Japko muzyczne.
Ludzie za mało uwagi poświęcają innym ludziom. Np. nie zastanawiają się, czy swoim ulicznym zachowaniem nie sprawiają komuś problemu. Lub, co gorsza, nie czynią krzywdy. To jest złe. Widziałam dziś, jak facet wysiadający z samochodu o mało nie uderzył drzwiami dziecka na rowerku. I nawet nie przeprosił, durny buc.
Ludzie, jak idą, to się męczą. I nie mam tu na myśli siebie.

A w ogóle to fantastyczne studium przypadku było. Chyba, korzystając ze sprzyjających warunków meteorologicznych, zacznę więcej chadzać i poświęcać się przemyśleniom.

1142


Męczy się człowiek Miron męczy 
Znów jest zeń słów niepotraf 
Niepewny cozrobień


Żyję. Wiosna. Jakoś mi się nie chce pisać.

PS Zlecono mi stworzenie laudacji. Wyszedł panegiryk. Jednakowoż uważam, że tego lizusy oczekiwały.

16 kwietnia 2013

1141

A Dzik, proszę ja was, rośnie niebożątko. Choć właściwie na niebożątko to on nie wygląda, a już na pewno się jak rzeczone nie zachowuje.
- Ciocia! Zdjęcie! - żąda tonem kategorycznym, po czym przyjmuje postawę "ja ci tu dam".
A następnie leci oglądać, gdyż jest przekonany, że świat winien go wielbić.

Dzik, 22 miesiące

I tylko czasem człowiek ma ochotę zakupić w serwisie aukcyjnym jakieś podręczne narzędzie, umożliwiające dorosłym zdystansowanie się, tudzież zapewniające chwilę odpoczynku. Dajmy na to takie:

Znalezione w sieci

15 kwietnia 2013

1140

Nieuchronnie, drobiąc raczej niż stawiając kroki w siedmiomilowych butach, zbliżamy się do egzaminu dojrzałości. Nie będę oryginalna zapewne, gdy stwierdzę, że dzieckowy przeżywam bardziej niż własny. Jak się nad tym głębiej zastanowić, to nie potrafię sobie wyobrazić, jak przetrzymam ewentualne rozmnażanie. Szczególnie że posiadłam doświadczenie w zakresie asysty porodowej.
Będę więc kiedyś pewnie nie w centrum wydarzeń, tylko w domu, ale o spaniu mowy nie ma, o jedzeniu takoż, o niczym mowy nie ma, a paznokcie ogryzione do kości.

Tymczasem przyszła bohaterka (mam nadzieję) jakby lekko sobie bimba.

Dochodzę do wniosku, że jak człowiek ładny i młody, to musi być lekko głupawy. Piszę o tym, bo często zdarza mi się uczestniczyć w życzeniach na przykład albo w jakimś rozmarzaniu się na okoliczność, żeby mieć znowu dwadzieścia lat, tylko rozum ten, co teraz.
Otóż nie.
Jak sobie wyobrażę, że mam obecne doświadczenia i rozsądek w wieku lat nastu bądź dziestu, to mam ochotę tylko uciec z krzykiem. Młodość jest rozbuchana, odrobinę szalona, skacze na bungee, grzeje samochodem, ile fabryka dała. A potem się człowiek robi odpowiedzialny: za siebie, za kogoś, często za małe. Więc byłabym taka "stara-maleńka". Nudna jak cholera. Przecież się nie schleję, żeby się porzygać, bo ani mi elokwencji na rauszu nie przybywa, ani nie będę udawać, że zespół dnia drugiego jest śmieszny. Niech więc sobie młodzi będą szaleni, jakoś mnie to już nie kręci. Może jestem stara z natury.

A co za tym idzie: przejmuję się tą cholerną maturą bardziej niż. Taka pewnie rola mamy.
Chociaż... obserwuję pewne oznaki ewolucji. Mianowicie jak ona wychodzi na nocną imprezę, to ja się kładę spać. To cieszy, bo na początku nie mogłam.

12 kwietnia 2013

1139

W spadku po wygaszonym zainteresowaniu dostałam Japko w wersji nietelefonicznej, czyli komputerek. Komputerem bowiem nazwać się tego nie da (MacBook Air). Jednakowoż estetyka ustawiona na wysokim poziomie.



Badam i jestem zagubiona. Póki co.

Największy problem? Klawisz cmd. Dla kogoś piszącego bezwzrokowo układ guziczków jest sprawą ważką. Cmd siedzi koło spacji, czyli w miejscu Prawowitego Alta Prawego. Średnio raz na 7 sekund otwieram sobie opcje. Mam nadzieję przywyknąć, choć łatwo nie będzie po latach tak wielu.
A! I jeszcze, że się myszka kręci w drugą stronę. Ale to już mniej wadzi, bo zdążyłam przywyknąć do Japka telefonicznego.

Jestem jabłonią, obwieszoną owocem dojrzałem.

Tymczasem dziś ma podobno przybyć Japko Właściwe, czyli takie, co stacjonarnie i nie muli. Moje spadkowe podobno muli. Ale oj tam. Nigdy nie byłam demonem prędkości.
Teraz będę pewnie chciała otrzymać małą, białą myszkę Szara Reneta.


Choćby po to, by zwolnić jedyne gniazdo USB. One nie potrzebują USB, bo się widzą. Japka się widzą.

Z przemyśleń na tematy fruktowe wynika, że w akcie skrajnej rozpaczy będę mogła ugotować sobie kompot. Jabłeczny. Jabłczany! Albo... można zrobić jakiś alkohol z jabłek? Wiem! Cydr!

10 kwietnia 2013

1138

Niestety wygląda na to, że niebawem będziecie mi słać tę cebulę do miejsca odosobnienia, bo moja cierpliwość jest na wyczerpaniu.

Przez dwa dni nie mogłam wyjechać samochodem z garażu, bo facet pod nim parkuje, uniemożliwiając mi tym samym dokonanie czynności jezdnych. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że dziś dla odmiany nie parkuje i uda mi się coś załatwić, używając do tego samochodu. Mojego.

Krótka jednak, bo niestety wjechać z powrotem już nie mogłam, gdyż parkuje. Zacisnęłam zęby. Chciałam być miła, nie wezwałam policji, zastawiłam mu wyjazd i postanowiłam czekać aż sam przybędzie. Nie przybył. Przysłał siostrę. Nie będę się na siostrze wyżywała, wszak nie jest odpowiedzialna za poczynania dorosłego brata. Poprosiłam tylko, aby była uprzejma z nim porozmawiać i doceniła, że służby nie przybyły. Przeprosiła 15 razy i się zobowiązała. To mnie ucieszyło. Że w duchu.

A tu niespodzianka - czekał na mnie w drzwiach i... z ryjem. To przekracza po prostu granice mojej wyobraźni i wytrzymałości. Wjechać na prywatny teren, zaparkować na nim bezprawnie, mimo że okraszony jest znakiem zakazu zatrzymywania się i postoju, uniemożliwić komuś korzystanie z jego samochodu i garażu, a potem wyskoczyć z pyskiem.

A mamusia zawsze mi mówiła, że każdy dobry uczynek będzie ukarany. Więc to był mój ostatni. Jeszcze raz i wzywam policję, bo to jakieś jaja są.

1137

Wyglądają na pewnych, że na przełom trzeba jeszcze zaczekać.


9 kwietnia 2013

1136

Odwiozłam Prezesa na pociąg do Warszawy. W drodze powrotnej tknęła mnie chęć wielka. Niewiele myśląc odbiłam w prawo i zaparkowałam pod centrum handlowym. A potem już poszłam za zapachem kawy jak po sznurku.

Z nabytym spokojem oraz dużym kubkiem cappuccino udałam się jeszcze w dwa miejsca: po wybielającą pastę do zębów i "Tygodnik powszechny".

Zaczynam się zastanawiać, czy gdybym zamiast pasty Blanx kupiła Corega tabs, to by znaczyło, że już jestem emerytką?

6 kwietnia 2013

1135

Cała sobota z cyferkami. Ledwo na oczy widzę. Jutro powtórka z rozrywki.
Istnieje domniemanie, że wspominałam już na blogu, iż pracę tę darzę szczególną atencją. Normalnie zostałam do tego stworzona.
Debilna powtarzalność czynności. Dziubdziolenie. Sprawdzanie czy się zgadza (nigdy się nie zgadza). Uzgadnianie, co oznacza jeszcze większe dziubdziolenie. Po prostu dziubdziolenie w dziubdzioleniu.
Ożesz!

Ja umiem wszystko zorganizować. Wszystko. Nie da się mnie wyplenić. Załatwię, dopnę, zdobędę, nagram, pokieruję, zmanipuluję i zawsze mam przy sobie igłę, nici, scyzoryk, plaster, klej (nie śmiać się, byli tacy, co się śmiali, aż im paznokieć odleciał przed wielką galą), centymetr krawiecki, śrubokręt, małe kombinerki. Oraz komputer, czyli Japko. A także samochód. Czasem z CB radiem.
I ja się tym wszystkim posługuję wprawnie oraz umiejętnie. Wiem, którędy na Rzeszów.

Więc dlaczego, ach, dlaczego życie tak mnie karze, że muszę dziubdziolić?!

4 kwietnia 2013

1134

Otóż wczoraj przez te śniegi brnę. Rano, godzina szósta z okładem, gołoledź jak na biegunie. Przy wjeździe na obwodnicę mnie obróciło, co przyjęłam ze spokojem, bo pas szeroki, nikogo za mną i przede mną, prędkość dwadzieścia parę - daleko nie wypchnie. Gdyby ktoś nie zrozumiał zależności, to informuję, że po ślimaku się wjeżdża. Czyli prowokacja do obracania.

Dwie godziny później podrywa mnie telefon z przystanku autobusowego, że mrozy, nos odpada, nogi wrosły w... yyy tego, autobusu jak na lekarstwo. Tymczasem do szkoły dotrzeć trzeba, a jakaś kobieta od pół godziny powtarza, że klęska żywiołowa i wszyscy zginiemy. Więc, czy bym nie mogła czasem.
Mogłam.

I nawet nie to wyprowadziło mnie z równowagi, tylko fakt, że sunąc godnym ślizgiem w drodze powrotnej, słyszę z lokalnej rozgłośni radiowej: mieszkańcy powinni przesiąść się z samochodów do komunikacji miejskiej. KE? Do jakiej komunikacji? Tej, co nie kursuje? To dokąd nią dojadę, tą nieistniejącą komunikacją? Podkreślam, że ona nie kursuje nie tylko w zaspach. W upałach również. A do tego jest droższa niż w Warszawie.

Więc jeśli komuś jest mało emocji, związanych z przedłużającą się zimą, i musi gadać od rzeczy, żeby się nakręcić, to mogę do niego wpaść i zrobić mu z tyłka jesień średniowiecza.
Co? Jakiś abonament na głupie gadanie, czy co?