29 kwietnia 2009

Jutro termin sprawozdawczy

dla całości umów komisowych.

Chcę umrzeć NATYCHMIAST!

W poprzednim wcieleniu musiałam być baaaardzo złym człowiekiem. I teraz dostaję za swoje.

28 kwietnia 2009

We wczorajszej GW ukazał się artykuł

który wrzucam tu w całości, bo nie jest długi, a szkoda Waszego czasu na szukanie.

Kościół walczy z pijanymi na drogach
Małgorzata Skowrońska

Jeśli widzisz, że rodzic wypił piwo i chce wsiąść do samochodu, zabierz mu kluczyki – będą radzić katecheci na lekcjach religii. To element walki Kościoła o bezpieczeństwo na drogach. W niedzielę we wszystkich kościołach odczytywany był list polskiego duszpasterza kierowców ks. Mariana Midury. Wierni dowiedzieli się z niego, że dbanie o bezpieczeństwo na drogach i walka z pijanymi kierowcami to obowiązek każdego katolika. Ks. Midura jest autorem akcji promującej bezpieczną jazdę, prowadzonej przez Episkopat w ramach duszpasterskiego programu „Otoczmy troską życie”.

- Często zapominamy, że przykazanie „Nie zabijaj” dotyczy nie tylko morderstw czy aborcji, ale również jazdy na drogach. Ktoś, kto po piwku wsiada do samochodu, stanowi zagrożenie dla siebie i innych. Tym samym może być potencjalnym mordercą – tłumaczy duszpasterz kierowców.
Ks. Midura przygotował też lekcje o bezpieczeństwie na drogach. Katecheci na religii będą wyświetlać film „Eksperyment” ze wstępem Krzysztofa Hołowczyca. Fabuła? Młodzi ludzie pokonują autem dwa razy wyznaczoną trasę. Pierwszy raz na trzeźwo, drugi – po wypiciu takiej ilości alkoholu, którą uważają za bezpieczną. – Różnice w czasie reakcji, w ocenie zagrożenia na drodze są widoczne gołym okiem. To przemawiający do wyobraźni dowód, że żadna ilość alkoholu w przypadku kierowcy nie może być uznana za bezpieczną – mówi ks. Midura.
Duszpasterz kierowców chce też, by katecheci tłumaczyli dzieciom, nawet tym z najmłodszych klas, że zabranie kluczyków pijanym rodzicom i schowanie ich to dobry uczynek. – To kontrowersyjne działanie, ale chodzi o skuteczność. Rodzic, któremu dziecko schowa kluczyki, może poczuć wstyd, że dziecko przypomina mu o tym, jak powinien się zachowywać. I o to chodzi, bo po czymś takim tatuś czy mamusia dwa razy się zastanowią, zanim wsiądą po piwie za kierownicę – wyjaśnia.

Jak twierdzi ks. Midura, polski Kościół jest pionierem we wprowadzaniu programu dbania o bezpieczeństwo na drogach. – Nigdzie na świecie Kościół nie włącza się w takie działania. Dlatego jesienią w Watykanie mamy przedstawić nasze doświadczenia na tym polu – mówi. I dodaje, że przy sanktuarium w Zabawie pod Tarnowem powstaje jedyny w Europie ośrodek terapeutyczny, w którym pomoc otrzymają rodziny i bliscy tych, którzy zginęli w wypadkach na drogach. Częścią tej terapii ma być budowa pomnika Przejście, symbolizującego ofiary wypadków. Taki pomnik jest na Węgrzech, ale bez ośrodka terapeutycznego.

- Na ośrodek dopiero zbieramy pieniądze, ale terapię dla osób po traumie powypadkowej już prowadzimy. Takie spotkania odbywają się każdego 18. dnia miesiąca o godz. 14 – mówi ks. Zbiegniew Szostak, kustosz sanktuarium bł. Karoliny Kózkówny w Zabawie.

W program, oprócz Kościoła, zaangażowani są: Komenda Główna Policji, psychologowie, Instytut Transportu Samochodowego w Warszawie i Stowarzyszenie Alter Ego. W sanktuarium raz w miesiącu ofiarom wypadków poświęcona jest droga krzyżowa, która gromadzi 3 tys. ludzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Nie ukrywam, że po przeczytaniu artykułu szarpnęły mną mieszane uczucia (czyli standard).

W pewnym sensie działania kościoła wpisują się w moje osobiste zapatrywania na zjawisko prowadzenia samochodu po użyciu. Nie ukrywam, że jestem bardzo restrykcyjna, jeśli o to chodzi. Uważam bowiem, że człowiek wsiadający za kierownicę po alkoholu (w dowolnej ilości) jest potencjalnym mordercą z premedytacją. W swoich poglądach jestem tak „zapieczona”, że chętnie postulowałabym o zmiany w kodeksie karnym, które taki punkt widzenia by reprezentowały. Nic mnie nie przekonuje, więc nie podejmuję na ten temat dyskusji, bo staje się bezprzedmiotowa, a dodatkowo nacechowana emocjonalnie. I jestem straszną faszystką, czy to się komu podoba, czy nie.

W związku z powyższym cieszę się, że dzieje się cokolwiek. Mam tu na myśli niezaprzeczalny fakt, że to, co zmienić jest najtrudniej, to ludzka mentalność. Upór w prezentowaniu pewnego stylu myślenia (sama, jak widać, nie jestem od tego wolna), w różnych zresztą kwestiach, a także niechęć do jakichkolwiek zmian, to cechy charakterystyczne przeważającej większości polskiego społeczeństwa. Myślę, że ludzi w ogóle, ale nie mam konkretnej wiedzy na temat innych krajów, więc wolę to przemilczeć.
A więc cieszę się z jakiejkolwiek aktywności. Ale… No właśnie. Zawsze się znajdzie jakieś ale. No więc: ale nie w ten sposób. To, co wtłucze dzieciom do głowy, zgodnie z artykułem, katecheta, jest po prostu złym rozwiązaniem. Mało tego – sądzę, że jest bardzo, bardzo złym rozwiązaniem. Już widzę tych pijanych rodziców, którzy zawstydzają się, kiedy dziecko chowa przed nimi kluczyki do samochodu postulując, żeby nie prowadzili po pijaku. Reakcja będzie przypuszczalnie skrajnie inna i gówniarzowi się porządnie dostanie. A następnie wpieniony rodzic wypije jeszcze dwie kolejki „dla uspokojenia”, a następnie i tak wsiądzie do samochodu i zabije 10 osób.

I tak to po raz kolejny myślę, że kościól katolicki może i chce dobrze, a wychodzi jak zawsze. Czyli kompletnie do bani, od czapy, bez sensu, debilnie (niepotrzebne skreślić).
I znowu myślę z tęsknotą o ludziach mądrych, rozważnych, myślących perspektywicznie.
A nie pod publiczkę i dla odnotowania w pamietnikach, jak to się podjęło działania, gdy inni trwali w bezruchu.

27 kwietnia 2009

Dorobiłam się wreszcie

szafki w łazience. Po blisko trzech latach zamieszkiwania, można to odtrąbić jako jakiś sukces. Szafka przecudnej urody, zakupiona w IKEA, którą cenimy nie tyle za dizajn, co za propozycje rozwiązań węwnątrzszafkowych. Wicie – rozumicie: wysuwane półeczki z róznymi śmiesznymi przegródkami i takie tam.
Szafka tej wielkości jest dodatkowo cudowna, ponieważ nareszcie udało mi się umieścić w łazience ręczniki, po które wcześniej trzeba byo za każdym razem latać na górę, co – biorąc pod uwagę pomysłowość w wykonaniu schodów (kiedyś zamieszczałam zdjęcia i ktoś pokusił się o komentarz – wydaje się niebezpieczne nieco. Zwłaszcza po mokremu.
Obecnie jestem zdeklarowanym odbiorcą ręczników w kolorze zielonym. Odcienie do wyboru. Niestety zieleń w wersji frotte jest wyjątkowo mało popularna, więc proszę rozpocząć polowanie. Póki co, zawiodomiono o oczekiwaniach Protoplastkę oraz Krynię – obie natychmiast przeczyściły fuzje.
Prezes szafkę skręcił po południu, korzystając z instrukcji dla debili (kto ma meble z IKEA, ten wie, o czym mówię). Okazało się, że wielokrotnie obśmiewany poziom instrukcji obrazkowych nie jest wcale czymś wydumanym, ponieważ po ustawieniu szafki w łazience Prezes zniknął w celu zamontowania drzwiczek, pozostawiając instrukcję w pokoju i kiedy zajrzałam do niego po kwardansie, to był niewyraźny i to bynajmniej nie z powodu rutinoscorbinu. Udałam się zajrzeć w obrazki i okazało się, że zawiasy go przerosyły, co zostało skorygowane. Przez moi.
Z półkami już mnie zostawił samą, słusznie wnioskując, kto tu będzie decydował o rozkładzie wnętrza. Ponieważ onegdaj staliśmy się szczęśliwymi właścicielami elektrycznej miniwkętareczki Boscha, odśpiewałam nieistnienie problemu, dokonałam szybkiego planowania, natychmiastowego wykonania i zabrałam się za przenoszenie badziewia wewnętrznego, co stało się punktem wyjścia do wyrzucenia pudełka niepotrzebnych gratów.
Następnie przeniosłam ręczniki, doszłam do wniosku – jak wyżej, popodziwiałam sobie wspólne dzieło, zarządziłam opicie kawą, a następnie z całym wdziękiem stłukłam trzy talerzyki deserowe Rosenthala z kompletu wyłacznie wyjściowego, który się suszył po gościach. Wobec powyższego uczucia związane z szafką w łazience klasyfikuję do ambiwalentnych.

PS O talerzyki nie wnoszę. Sądząc po cenach na allegro, strach pójść do sklepu firmowego. Cierpię.

Dopisek o 20.00, po przeczytaniu komentarza paćki.

Szafka:

Proponowane nóżki (wybraliśmy inne, ale zapomniałam nazwy i nie mam siły grzebać po stronie):


Półeczki, które mnie rozczulają (ten właśnie komplet nabyłam – bo są i inne):

24 kwietnia 2009

Nie ma takiej dziury, której nie można odetkać,

za kabaretem Tey (o ile się nie mylę) tłumaczę z cierpliwością godną lepszej sprawy pracownikowi, siedzącemu naprzeciwko.
- Błagam cię, uznajmy to za mój błąd.
- Nie możemy, niestety. Zawsze wam powtarzam, że największym grzechem w handlu jest nadwyżka. Niedobór można spłacić, nadwyżkę tylko wyjaśnić albo stronować. To z kolei jest w księgowości obwarowane przepisami, jak cholera.
- Ale jeśli jest wola?
- Przy bilansie taką wolę mają miliony księgowych na świecie.
- Ja już nie mam do tego siły.
- Wobec tego prześlij mi zestawienia X, Y, Z od początku 2008 roku. Znajdę tego byka, zwłaszcza, że wiem, w której jednostce szukać. To duże ułatwienie.
- Ale ty nie możesz pracować za mnie!
- A co mam zrobić? Zbić cię?
- Zabij mnie!!!
- I do pierdla? Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, słowo daję.
- To ja pójdę do księgowości i sprawdzę, co się da zrobić.
- Idź, idź, pracuj na premię.

Swoimi podłymi działaniami powoduję u ludzi myśli samobójcze.

Istnieje możliwość

że Potomstwo będzie wyglądało tak:

Czyli, że nie tak tragicznie i ogólnie jest lepiej niż sądziłam.
Bardzo sie obawiałam, że to koszmar jakiś, a tu… całkiem znośnie. W dodatku bez chodzenia w tym do szkoły, więc nie bedzie żadnego obśmiewania. Po zdjęciu drucików wygląda, jak normalne gumki od stałego aparatu na zębach.
Ono jeszcze nie widziało, więc nie znamy reakcji.

Nasza dentystka się wyraziła na temat wspominanego wcześniej gabinetu:
- Jesteś ohydną burżujką.
Wzdycham.

21 kwietnia 2009

Oj dana, dana

od samego rana! – podśpiewuję sobie pod nosem od 7.30.
Robota głupich lubi.
Inna rzecz, że przemierzanie kilometrów korytarzy, w dodatku biegiem i po schodach, tylko mi się przyda. Albowiem wiosna, jak co roku, obnażyła to, co światła dziennego nigdy ujrzeć nie powinno. Przysłowiowa szklanka wody zamiast zyskuje całkiem nowy wymiar.

Mam kłopoty z porankami. Ostatnio za nic w świecie nie mogę podnieść łba z poduszki, mimo sprzyjających okoliczności przyrody (jasno, słonecznie). Wobec powyższego notorycznie przyjeżdżam do pracy za późno, żeby znaleźć dogodne miejsce do zaparkowania, więc miotam się jak dziecko we mgle, popiskując cicho. Póki co, jakoś udaje mi się wybrnąć z opresji, ale obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to któregoś dnia będę w końcu musiała stanąć na płatnym i odbije mi się to czkawką. W Katowicach całe centrum objęte jest płatną strefą parkowania i kto późno wstaje, ten buli jak za zboże, bo miejsc na służbowym jest jakieś 23678531607 razy mniej niż zezwoleń na parkowanie.

Telefon o 7.31:
- Pomocy!
- A co się dzieje?
- Potrzebuję wsparcia drogowego.
- A w jakiej dziedzinie?
- Złapałam gumę na autostradzie, pomóż mi.
- Oszalałaś? W życiu nie zmieniałam koła! Nie umiem i nie zamierzam się nauczyć!
- Ale ja tu stoję!
- To stój. Zaraz zorganizujemy jakiegoś służbowego dżentelmena, który po ciebie pojedzie i wymieni ci koło.

Dżentelmen został zorganizowany. Chyba zacznę pobierać opłaty od swojej przedsiębiorczości.

19 kwietnia 2009

Żyliśmy sobie w błogiej nieświadomości

zwykłymi ludźmi będąc.
Aż pewnego dnia zostaliśmy chomikami!
Ależ absolutnie! Nie mam natury gromadzenia przedmiotów. Lubię przestrzeń i doskonale sobie zdaję sprawę, że przedmioty, które w szafce zasłoniete są przez inne przedmioty, nigdy nie oglądają światła dziennego. Niestety okazało się, że mam lepkie ręce. Tu się przejdę, tam się zawinę i coś się przyklei. Literaturę mam na myśli.
Ale ja to pikuś. No ściagam te książki, bardzo mi wstyd. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że ściagam te, których nie mogę kupić.
Natomiast Prezesa opętało.
Wchodzi do domu, zzuwa buty i… zamienia się w chomika!

Oj, no dobra – pewnie, że obejrzę tę Konopielkę, którą zachomikował.
Głupia żem nie jest!

17 kwietnia 2009

Ok, paciu.

Borykamy się od dłuższego czasu z problemem Potomstwowych zębów. Jak mówię „od dłuższego czasu”, to wiem, co mówię. Sytuacja jest o tyle kłopotliwa, że mniej więcej do 13. roku życia Potomstwo ząbki miało jak perełki (mamusia – świruska stomatologiczna), czyli równe (profilaktyka) i zawsze wyleczone, a potem się zaczęło. Oczywiście informuję, że ortodonta z NFZ należy się dziecku do lat 12. A potem płać. I płacz.
No to płacimy. Niestety nie wiem jeszcze za co, bo to już trzeci ortodonta, u którego się konsultujemy. I to wcale nie oznacza, że ja wydziwiam i mam korbkę. Po prostu dwie poprzednie osoby nie umiały mnie przekonać do swoich wersji. W dodatku oczywiście każda do innej. Problem tkwi w tym, że Potomstwo nie może mieć po prostu krzywych zębów. Ona nie jest minimalistką. Jak już, to już. Ona musi mieć uwięzioną trójkę górną, ona musi mieć wadę zgryzu, której wykorygowanie klasycznym aparatem stałym jest niemożliwe.
Ona musi mieć takie kuku, żeby trzeba było korzystać z najnowszych technologii w Europie. Bez gwarancji powodzenia. No i domyślacie się pewnie co… płacić. I to ile!
Póki co – jestem w chwilowym szoku. Nie znam jeszcze kosztorysu całości, ale już mnie zimny pot oblewa. Uchylę rąbka tajemnicy – pełna diagnostyka w jej wypadku kosztuje – bagatela – niemal 2.500 zł. Diagnostyka!!! A potem dopiero się zacznie.
Zbieram resztki swojej żałosnej osobowości żyletką z podłogi i zastanawiam się, czy aby na pewno prostytucja jest takim złem.

- I tak to mniej więcej wygląda – wzdycham do telekomunikacyjnego ucha Protoplastki.
- Dziecko, my starzy jesteśmy – komentuje interlokutorka ni w pięć, ni w dziewięć.
- Uwaga jest bez związku.
- To ci się tylko tak wydaje. Jesteśmy starzy i naprawdę nie mamy już w co inwestować. Oprócz wnuków. Nie martw się, jakoś to będzie.

Od razu odpowiadam na komentarze i ciche myśli, że mi się w głowie poprzewracało i nie muszę dziecka leczyć w najdroższej klinice na Śląsku. Fakt, nie muszę. Nawet nie chcę, ale… No właśnie, „ale”.
Ale jak do tej pory miałam jedynie wrażenie, że celem lekarzy jest wyciągnięcie ode mnie pieniędzy, a nie leczenie mojego dziecka.
Ale do tej pory koncepcje w żadnym stopniu mnie nie przekonywały.
Ale proponowano nam wyrywanie zdrowych zębów albo pozostawienie uwięzionej trójki tak, jak jest. I to między innymi w gabinecie, który uważany jest za renomowany.
Ale do tej pory miałam wrażenie przesuwania się na taśmie przed oczami średnio zainteresowanego lekarza.
Ale do tej pory nikt nie zaoferował mi niezbędnych w tym wypadku usług chirurgicznych  (zabiegowych w wypadku Potomstwa) na miejscu, tylko wysyłano mnie gdzieś tam.
A tu mam mądry, wyspecjalizowany full serwis, posługujący się technologiami, których w Polsce nigdzie jeszcze nie ma. Spokojny, rzeczowy, otwarty i chętny do wytłumaczenia wszystkiego, co trzeba pacjentowi przekazać. I poważnie traktujący moje dziecko. Jak dorosłego partnera. No i wiem na pewno, że bez bólu.

No to tego… Jestem wciąż młoda, elegancka, pachnąca i mam nadzieję – atrakcyjna. A w dodatku można ze mną porozmawiać o marchewce i lotach kosmicznych. Oraz nanotechnologii, kwantach, kwarkach, znaczeniu słów, wykorzystywaniu mowy ciała w biznesie, technikach sprzedaży, prowadnicach do szyb w samochodzie oraz rozwiązywaniu zwykłych, codziennych problemów. I inne.

Aha, dla uzupełnienia spraw bieżących. Szczęśliwie, po bardzo dramatycznych przebojach, powróciłam z oddelegowania do siebie. I wreszcie jest w miarę normalnie. I jeszcze: wszyscy zdrowi. W granicach rozsądku.