29 grudnia 2008

A rzeczywistość obuchem

Fajnie było, fajnie było, tylko spodnie mi się nie dopinają. Budzik o 5.40 był już naprawdę niezbędny. Inaczej dźwigiem trzeba by było mnie z domu wywozić.

Święta to były szczególne, bo Protoplasta z zapaleniem płuc. Zwlókł się był z łoża boleści, bo nie mógł sobie podarować mowy wigilijnej. Uwaga, włączamy wyobraźnię. Stół nakryty, jak trzeba, białym płótnem, na stole świece i sianko, w rogu pokoju choinka (bez światełek, bo zaginęły bez wieści – to ciekawe, swoją drogą), elegancja francja, u stołu wigilijny „ten gość przygodny, co zaproszony został na wesele niespodziewanie – i nie odszedł głodny”, zapada cisza, wkracza Protoplasta. W piżamie, szlafroku i bamboszkach, wygląda jak szmata i to wcale nie z powodu stroju. Serce mi się ściska, kiedy widzę go takiego kruchego. Bierze opłatek do ręki, uśmiecha się łobuzersko i rozpoczyna:
- Drodzy zgromadzeni! Uruchomcie mózgownice i wyobraźcie sobie, że stoję przed wami elegancki, w czarnym…
- Fraku! – reaguje ktoś przytomnie.
- A figę! W odprasowanym garniturze i białej koszuli…
- Pod muchą! – niecierpliwy nie umie utrzymać buzi na kłódkę.
- Pod muchą – kontynuuje Protoplasta.
- I spinki w mankietach!
- Brawo. Wszystko, jak widzę, działa należycie. Zegarek z dewizką. I lakierki.
I tak dalej.
A potem rzuciliśmy się w kotłowaninę, choć przy stole tylko 6 osób i jakoś, jak zwykle, zabrakło każdemu kwiecistości wypowiedzi. Tak to już jest – niby człowiek wygadany, a w wigilijny wieczór słowa więzną w gardle i pociaga się nosem. No i dla utrzymania formy co chwilę ktoś wykrzykuje:
- Nie pchaj się, nie pchaj!
- Teraz ja!
- Rozstąpcie się, dzieci!
- Zobaczcie pod choinkę – ktoś kupił drzwi!
- Nie drzwi, tylko deskę.
- Do prasowania, to dla mamy.
- A tam, surfingową.
- Dla mamy?
I tym podobne.
Uwielbiam te nasze wigilie. W tym roku, patrząc na Tatę, takiego słabego i zmiętolonego, po raz pierwszy pomyślałam, że każda może być ostatnią. I było STRASZNIE.

Czy koty coś mówiły nie wiadomo, bo nikt nie słuchał. Na wszelki wypadek. Kto je tam wie, jakie obrazoburcze zdania chciałyby wygłosić.

Dziś Potomstwo wybywa na Sylwestra. Oszszsz… na co mi przyszło. Dziecko w Sylwestra poza domem? Jestem zgrzybiałą staruszką.

PS A po wigilii poległa również Protoplastka. Szpitalik, powiadam wam. Wariatów.

23 grudnia 2008

O lekturach na niepogodę

Mnóstwo.
Ale dziś szczególna.
Dla wszystkich, z okazji świąt, wyjątki. Pisownia oryginalna.

Kochany Boże
Na bal maskowy chcę się przebrać za diabła. Co ty na to?

Justynka

Panie Boże
Czy to prawda że mój tata nie pójdzie do nieba jak bendzie urzywał w domó takich słów jak w baże?

Adaś

Kochany borze
dlaczego zamiast pozwalać ludziom umieraci nie zostawisz tych co masz teras? przeciesz musisz ciągle dorabiaci nowych.
Ala

Panie boże
czy zwieżęta też mają ciebie czy kożystają z kogoś innego?
Wiktoria

Panie Boże!
Czy ksiądz Stefan jest twoim przyjacielem Czy tylko znajomym z pracy?
Basia

Panie Boże
Muj dziadek muwi rze kiedy był małym chłopcem kreńćłeś sie w poblirzu. A jak daleko odszedłeś?

całuje. Magda

Panie Boże
Dzenkuie Ci za braciszka ale ja modliłam sie o szczeniaka
.
Natalka

Kochany Boże!
Padało przez całe wakacje i Tata strasznie sie wsciekał. wygadywał o tobie różne rzeczy kturych nie wolno muwić ale mam nadzieje że nic mu za to nie zrobisz.
Tfój przyjaciel. Ale nie powiem ći kto.

Kochany panie Boże
jeżeli wracamy w inej postać to Błagam nie zamieniaj mnie w Chalinke Walczyk bo jej nienawidze
.
Damian

Panie Boże
Kiedy dorozne hcę być taki sam jak muj tata tylko niehce mieć fszędzie tyle włosuw
.
Marcin

Drogi Boże
czekam na wiosnę a jej ciogle niema. Nie zapomnij o niej.
Marek

Nie musisz się omnie martwić. Zawsze patrzę na prawo i na lewo
Jacek

Kochany Boże!
czasami myśle o tobie nawet kiedy śe nie modle
.
Jaś

Kochany Boże!
Jak w niedzielę spojżysz na mnie w kościele pokaże ci moje nowe buty.
Madzia

Kochany Boże!
Od kiedy wiem że jesteś pżestałam czuć się samotna.
Adela

Kohany Boże!
Gdybyś nie pozwolił wyginąć dinozałrom nie mielibyśmy naszego kraju. Postoąpiłeś słuszńe
.
Ania

Kochany boże
to wspaniałe że zafsze układaż gwiazdy tam gdzie trzeba.
Jaś

Kochany panie Boże!
Myślę że nikt nie był by lepszym Bogiem od ciebie. Hcę abyś to wiedział.
Nie mówie tego tylko dlatego że to ty jesteś Bogiem.
Agata

Panie Boże!
Myślałem że pomarańczowy nie pasuje do purpurowego dopuki nie zobaczyłem tego zachodu słońca który zrobiłeś we wtorek. To było super.
Adam

Kochany boże!
Staram się najlepiej jak umiem.
Adam

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Listy dzieci do Boga” (zebrali S. Hample i E. Marshall).
Kupcie.

22 grudnia 2008

O Wojciechu Korfantym

Wojciech Korfanty zamieszkał ze mną, kiedy miałam ok. 2 lat. Po prostu przybył, rozkokosił się i został na zawsze. Przeżyliśmy wiele wspólnych chwil, a Wojciech Korfanty był zawsze, kiedy go potrzebowałam – zwłaszcza w obsmarkanym dzieciństwie był dzielnym odbiorcą łez, wynikających z zawiedzenia światem. I brał je na klatę.
Później dorosłam, wydarzenia przyspieszyły i Wojciech Korfanty zniknął z mojego życia w bliżej nieznanych okolicznościach.
W zeszłym tygodniu odkryłam go w piwnicy. W opłakanym stanie. Głowę mu urwał jakiś durny bachor, który otrzymał go w schedzie bez mojej zgody, a następnie matka bachora (przypuszczalnie) przyszyła ją na okrętkę, nicią zupełnie niepasującą do wystroju Wojciecha Korfantego. Łepek kiwał się więc smutnie, a reszta była silnie przykurzona i ogólnie zeszmacona. Targnął mną słuszny gniew.
Wydobyłam Wojciecha Korfantego z plastikowego wora, wrzuciłam do pralki, naprostowałam wymietoszone wnętrze, wysuszyłam i przytuliłam do serca. A następnie, po drobnych perturbacjach* umieściłam w szafce nocnej tuż przy Przyjacielu**. I teraz obaj przeżywają słusznie wypracowaną emeryturę.

Wniosek:
Nigdy nie osądzaj dorosłej kobiety na stanowisku po pozorach. Najpierw zajrzyj do szafki nocnej.

* Czy fakt, że ktoś jest zrobiony z bistoru*** w kolorze podłej zieleni z wzorkiem i ma czerwone uszy oraz czarne oczka jak paciorki jest wystarczający, żeby na nim siadać??? No po prostu szkoda słów dla tej rodziny!!!
** Przyjaciel jest niezbyt popularnym gatunkiem – coś pomiędzy królikiem a misiem. I to również nie znaczy, że jakiś gówniarz ma prawo wydłubywać mu oko!!!
*** Wytłumaczenie dla młodszych czytelników – wychowanych w gospodarce rynkowej: nie chcecie wiedzieć, co to jest bistor. Wierzcie mi na słowo.

TAK, BĘDZIE ZDJĘCIE.

19 grudnia 2008

O piątkowym poranku

Do pracy przyjeżdżam na styk, bo dyrektor musi szanować swoich pracowników. Po pierwsze sekretarkę, która wszakże jest naszym wspólnym dobrem, też musi dojechać, a niekoniecznie chce wstawać o 4.00, żeby o 7.00 otworzyć sekretariat i zrobić kawę nadgorliwym. Poza tym całą resztę, bo nie ma większej wtopy, jak stać w kolejce do podpisania listy ZA dyrektorem.
No to jestem punkt 7.30.
Zwyczajowo parkuję na wewnętrznym placu, który jest zamykany. Podjeżdżam pod bramę, migam długimi do kamery i z drugiej strony budynku przybywa strażnik, żeby mnie wpuścić. To czekam. Czekam. Czekam. Czekam. Hmmmm…
Wychodzę z samochodu w deszcz, zostawiam go przed bramą, skutecznie blokując wjazd. Zamykam. Pada. Idę na drugi koniec budynku, w końcu może wszyscy mieli coś do załatwienia i został jeden, który musi trwać na posterunku. Podchodzę do okienka. W kanciapie pięciu i wyraźnie się nudzą.
- Dzień dobry.
Na mój widok wszyscy gwałtownie przestają wyglądać na zmęczonych życiem. Z uśmiechem kwituję niechęć do wpuszczenia mnie na teren zakładu dla obłąkanych, obserwuję, jak z zakłopotaniem zapuszczają żurawia w monitor i zostawiam im w prezencie kluczyki do samochodu, informując, że blokuję. Niech robią, co chcą.
Wchodzę na górę.
Z niepokojem zauważam, że sekretarka kibluje pod drzwiami i natychmiast dowiaduję się, że zagineły klucze. Zapasowych nie uświadczysz. Macham ręką tłumkowi, który faluje pod drzwiami i udaję się na trzecie, żeby dokuczyć któremuś kierownikowi.
Na trzecim okazuje się, że kierownicy przychodzą do pracy później niż ja. Kulturalnie staram się tego nie zauważyć.
Wreszcie jedne drzwi ustępują i ukarana moją wizytą zostaje jedyna porządna członkini kadry zarządzającej. Zapewne przemyśli to przez weekend.
Pijemy kawę, gwarząc niespiesznie o tematach mniej lub bardziej służbowych.
Dzwoni sekretarka. Weszła.
Dopijam kawę, dziękuję i życzę miłego dnia.
Dorywam kierowcę i posyłam go do dorobienia klucza do sekretariatu (osobistego dla mnie). Przybywa po 10 minutach z kluczem w garści. Na przyszłość podobne przypadki nie powinny mieć miejsca.
W tym czasie ilość korespondencji do podpisania przekracza moje najśmielsze oczekiwania (pracownicy najwyraźniej są od 7.00).
Piątek…

17 grudnia 2008

O oznakach przeciążenia

Niestety pierwsze oznaki przepalających się kabelków pojawiły się bezlitośnie. Objawia się to bólem pleców, nóg i oczu oraz obsesyjnym marzeniem o jakimkolwiek wolnym dniu. Na który naturalnie się nie zanosi.
Przestałam liczyć podpisywane dokumenty, ale szacuję, że tylko dziś swój podpis postawiłam ok. 500 razy. A przecież podpis to nie wszystko! Podpis to jest tylko drobiazg na końcu procesu analizy.
W pewnych działaniach doszłam już do niebywałej wprost perfekcji, aż dziw bierze.
Poza tym mam DAR. Polega on na tym, że oko samo mi leci w kierunku błędu. I jeszcze mnie swędzi. Ot tak – otwieram teczkę z dokumentami i odczuwam dziwne, trudne do zlokalizowania swędzenie. I już wiem – to muszę przeczytać naprawdę dokładnie, bo coś jest nie tak. Jeszcze nigdy się nie pomyliłam.

Wniosek nasuwa się prosty – jestem w sposób szczególny otoczona opieką Szefa, co bardzo sobie cenię i, jako wyjątkowy dar, przyjmuję z prawdziwą radością.

Nie myślę o postanowieniach noworocznych czy świątecznych. Myślę o wdzięczności. I – nieustająco – o zdrowiu dla najbliższych. Tak – tego chcę i potrzebuję, i o to ośmielę się poprosić. Skoro mam u Niego takie wyjątkowe względy, może i tego mi nie odmówi?

14 grudnia 2008

Odpowiedź nadeszła błyskawicznie

I w skrócie brzmiała:

1. Słyszałam o pracy.
2. Piątek wieczorem.
3. Z chłopami?
4. Bez chłopów?
5. U mnie, u ciebie, na zewnątrz?

To lubię, panie, to lubię.

12 grudnia 2008

Napisałam list

Do diabła! Tkwię w jakichś koszmarnych okowach.
Praca – dom, dom – praca, daj spokój. W ogóle nie wiem nawet, jaka pogoda, sprawdzam tylko, czy muszę zakładać kozaki (nie muszę, jeżdżę w końcu samochodem).
Dupa przyrosła mi już do krzesła. Jak nie do jednego, to do drugiego.
Zapomniałam ci donieść, że dwa tygodnie temu zmieniłam pracę i stąd ten syf.
Wiesz, że do poduszki czytam instrukcje i protokoły? Jezuuuu…

I jeszcze do tego Krysia mi mówi, że moja matka ma lepszą cerę niż ja.
Tak, oczywiście, że się cieszę. Kocham moją matkę.
Tylko że ona się zbliża do siedemdziesiatki.
No weź coś i zastrzel mnie.

Albo nie, najpierw się spotkajmy na gruncie towarzyskim.
Nie odkładajmy tego, do cholery. Nigdy nie ma czasu.
Nie mam czasu, bo ciągle pracuję. Na nagrobku będę miała napis: zarypała się na śmierć.
Pomyłka jakaś.
Wyznaczaj termin.

Ściskam,
A.

Tak bez żadnego wstępu. Ciekawe, jaka będzie odpowiedź, co?

11 grudnia 2008

O niespodziewanych przypadkach

Wczoraj po godzinach do mojego gabinetu niezapowiedzianie wpadła jedna z pracownic, którą zresztą znam od lat, lubię i szanuję oraz cenię za porządną pracę. Zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie, zrobiła minę zajączka i scenicznym szeptem oznajmiła:
- Pani dyrektor, muszę pani coś powiedzieć…
- Słucham, Małgosiu – odparłam spokojnie, bo akurat zaczęłam podejrzewać, że uda mi się zbiec stąd o przyzwoitej porze.
- Bardzo się cieszę, że pani tu jest! – wydusiła i zaczerwieniła się – I nie jestem jedyna! Chciałam, żeby pani wiedziała.
Po czym zbiegła.

Na placu boju została żona Lota.
Soleil… może jednak masz rację?

9 grudnia 2008

O tym, co może człowieka do szału doprowadzić

O pracy pomyśleliście?
A figę!
Kolęda może doprowadzić.

Potomstwo się wyłoniło w szkole do występu artystycznego na okoliczność śniąt, więc musi się podszlifować i dziś już 4814848148346144145415 razy puściło w swoim pokoju kolędę. A żeby tego było mało, to ją sobie puszcza w języku wroga.
Czy mówiłam, że pokój nie jest wygłuszony?
Żeby w kuchni ktoś przy dziecku śpiewał po niemiecku???

Kling Gliksien Klingelingeling…
Kling Gliksien Klingelingeling…
Kling Gliksien Klingelingeling…
Kling Gliksien Klingelingeling…

Litości!!!

8 grudnia 2008

O weekendzie

Podjadanie z gara niedogotowanej fasoli Jaś, która ma zamiar w niedalekiej przyszłości zostać fasolką po bretońsku, to nie jest dobry pomysł. Zwłaszcza kiedy wrze.

Dwa Mikołaje przybyły w niedzielę obładowane termosem z zupą z kwaczka*, a następnie zadziwiły się uprzejmie, że dom posprzątany, a na piecu kilka dań już gotowych oraz wspomniana fasolka bulka (bul, bul). Nie wiedzą nawet najstarsi górale skąd wzięło się przypuszczenie, że się nie gotuje.
- Jestem panem dyrektorowym – złożył oświadczenie Prezes – i umiem gotować!
Skarb po prostu.
Mikołaje wręczyły gospodarzom nasuwające przypuszczenia opakowanie wraz z wierszykiem okolicznościowym:
„Dostać prezent od Mikołaja to gratka jest wielka,
nawet gdy to nie samochód, a zacna butelka”.
Wobec tego oświadczenia gospodarze bez oglądania zyskali pewność.
Potomstwo cicho zniknęło w czeluściach swojej nory, dumnie dzierżąc smakowicie wyglądającą kopertkę, a następnie rozniosło po lokalu zapach pierniczków, gdyż ma wenę świąteczną.
Z rozkoszą nurzam się w atmosferze miłości i zrozumienia.

* Od kiedy pamiętam, na to warzywo mówi się u nas kwaczek. To jest, proszę państwa, zupa z brukwi. I niech się nikt nie dziwi. Jest zwyczajnie smaczna. Przy tym nie ma żadnego znaczenia fakt, że trudno go dostać (kwaczka), bo wszyscy karmią tym krowy. Wyszkoliliśmy jednego pana na targu warzywnym w Bielsku. Już nic go nie dziwi.

5 grudnia 2008

O tym, że spoko, spoko, jeszcze żyję

Z góry przepraszam, że narażam was na dłuższe oczekiwanie. Niestety sytuacja wygląda tak, że ten sposób postępowania będzie teraz jedynym obowiązującym. Zwyczajnie nie mam możliwości, żeby odzywać się częściej. Wczoraj na przykład wzięłam do ręki pierwszą teczkę z dokumentami o 7.45, a spojrzeć na ścianę naprzeciwko udało mi się dopiero o 13.30. Czyli bajka.
Haruję, jak wół.
Mam już pierwsze efekty, dodam – pozytywne. Jest całkiem spore grono osób, które po kilku zaledwie dniach zapałało do mnie pierwszą, najbardziej trwałą, miłością swojego życia. Aż miło widzieć, jak naprzeciw siedzi kierownik działu, bez zająknienia odpowiada na wszystkie moje pytania (znaczy – wie, zna się, ma to w głowie) i patrzy we mnie, jak w Najświętszą Panienkę. I to wcale nie znaczy, że się nie spieramy. Ale o to własnie chodzi. Oni widzą moje zaangażowanie, szanują je i cenią. Dostrzegają również, że nikomu spod ogona nie wypadłam, a moja wiedza na temat funkcjonowania firmy jest o wiele większa niż śmieli przypuszczać.
Przydają mi się właśnie wszystkie te sytuacje z życia, kiedy nie zamykałam uszu na rzeczy, które naówczas mnie nie dotyczyły. No a teraz dotyczą – o zgrozo! Uwierzcie na słowo – zakres moich obowiązków jest koszmarnie wielki.
Na bieżąco konsultuję się z kolegami i koleżankami z poprzedniego miejsca i zachwycona jestem tym, jak profesjonalnie udzielają mi pomocy. Dzięki temu wciąż jeszcze na powierzchni.

Oczywiście to nie tak, że jest wyłącznie kolorowo. W środę odbyła się pierwsza narada służbowa z wszystkimi osobami na stanowiskach kierowniczych, które pod nas podlegają. I doszło do jatki. Zastanawiam się, na ile było to zaplanowane, żeby wybadać, na co będzie można sobie przy mnie pozwolić. W każdym razie skończyło się źle, bo nieco przeszacowali założenia. Wydawało im się, że jeśli skoczą mi do gardła przeszłopięćdziesięcioosobowym zespołem (to część, nie całość), to polecą jak taran i nie zostanie po mnie ni pióra, ni puchu.
A figę!
Krew poszła na ściany i zgadnijcie, kto wrócił z tarczą, kto na tarczy.
Myślę, że temat fikania mamy już załatwiony. Przy następnej okazji załatwimy jeszcze dwie sprawy:
1. kiedy ja mówię, oni milczą,
2. kiedy oni chcą mówić, to mówią pojedynczo. Koniec wrzasków grupowych i machania rękami.

Tak, tak – płacę za to wszystko potwornym wyczerpaniem. Ale to dobry zespół, z którego wiele jeszcze można wyciągnąć. Musimy tylko ustalić właściwe priorytety, a do tego trzeba trochę czasu. Przekonać do czegoś półtora tysiąca ludzi, to nie jest bułeczka z masełkiem.

No to do roboty!
Ściskam goraco.

1 grudnia 2008

O nowych wyzwaniach

Wszystkich życzliwych, którzy się niepokoją, uprzejmie informuję, że:
- o 7.00 zjadłam pół banana z przyzwoitości,
- o 7.01 wzięłam procha na uspokojenie (oj Kalmsa tylko), bo się trzęsłam,
- o 7.25 dotarłam do pracy,
- maniana,
- maniana,
- maniana,
- o 14.30 zjadłam bułkę i to z przerwami, bo drzwi się nie zamykają,
- znowu maniana.
Ale żyję.

Wszyscy latają jak kot z pęcherzem.
Byle do końca dnia, który niedaleko. I muszę też odbyć pewne tajne spotkanie na zewnątrz.

Mantra na dziś: DAJĘ RADĘ.
Powtarzam w nieskończoność.

30 listopada 2008

O końcowym odliczaniu

Założyłam na ucho słuchawkę bezprzewodową* i zakasałam rękawy. Nie ma to tamto, rodzina musi jeść, bez względu na to czy jestem w domu, czy mnie nie ma. Ugotowałam zupę pomidorową, ogórkową i pulpety z indyka w sosie grzybowym (od lat jadamy jednodaniowe posiłki). No i naturalnie obiad na dziś – panierowane kapelusze z pieczarek, ziemniaczki i sałatkę z serkiem.
Nikt mi nie powie, że mnie nie ma, a w domu zimno, cimno i głód.
Później niech sobie radzą sami.

A teraz się wykąpię i jadę powinszować Protoplaście, co to ma dziś święto. Błogosławiona niech będzie myśl o zakupie prezentu z wyprzedzeniem!

A potem zacznę odliczać. Godzina 0 tuż, tuż.

* Jak to po co? Po to, żeby pogadać z Krynią i drugą-mamą, oczywiście.

27 listopada 2008

O życiu, które jest zasrane

Szef był dwa dni w 100licy, a w zeszły piątek w szale, więc nie widzieliśmy się całe pięć dni. Stęsknił się za mną ogromnie, co zaowocowało wczoraj wezwaniem o poranku (który nadal jest ciemną nocą) oraz uświadomieniem, że przez czas rozłąki doszedł do wniosku, że jestem pracownikiem roku co roku. Od razu członki mi zesztywniały, ponieważ takich rzeczy nikt człowiekowi bez powodu nie mówi. Zaparłam się w fotelu z lękiem oczekując ciągu dalszego.
I doczekałam się.

Dyrekcja oświadczyła, że okręt tonie i tylko ja mogę go uratować. Żebyż chodziło o zwykły nierząd – zrobiłabym to z prawdziwą radością. Ale nie, nie będzie tak łatwo! Po co mam kupczyć ciałem, na to przyjdzie czas. Najpierw się mnie awansuje, bowiem dyrektorskie tyłki większąć mają wartość niż kierownikowskie. Kupczyć się będzie, jak się okręt o dno oprze. Tymczasem, w dbałości o członki (czy ta część jest członkiem?) mam ratować resztki dobytku. I teraz to tylko ode mnie zależy, czy się pogrążymy ostatecznie.

Super.

Czuję się, jakby mnie ktoś wepchnął do dołu z gnojówką i łokciem z góry popychał, żebym się nie wydostała. Powierzchnia na wysokości ust. Najgorsze jest to, że termin od 1 grudnia, a to jest miesiąc w naszej firmie najgorszy, wymagający od dyrektorów niezwykłej wprost czjności i ogromnego doświadczenia. Którego, jak wiemy, nie mam. Więc gratulacje, nie ma wyjścia ewakuacyjnego, nie ma szalup ratunkowych. Na dno idźmy z okrzykiem „za honor i ojczyznę”.

Jestem załamana. Boję sie tak bardzo, jak jeszcze nigdy w życiu się nie bałam. Witaj środku uspokajający, mój najlepszy przyjacielu.
I uprzedzam pytania – niektórym propozycjom nie można odmówić.

25 listopada 2008

O trybie życia

Gwałtownie poszukuję pracownika. Jego zadaniem będzie w pełnym wymiarze czasu pracy przypominać mi o tym, żebym jadła. Niestety ostatnio mi to nie wychodzi.
Za to palę, jak smok, niestety. Zwłaszcza w takich dniach, jak dziś, kiedy okazuje się, że gdzieś tam wewnątrz mnie znajduje się granica odporności na debilizm niektórych osób. Nie wiem naprawdę, ile wypaliłam dzisiaj, ale krzyczałam strasznie, w całości eksploatując zasoby tzw. technicznych określeń wojskowych, jakie tylko kiedykolwiek zasłyszałam. A że mój język giętki z łatwością wyraża, co pomyśli głowa, stworzyłam przy okazji kilka niezwykle ujmujących związków frazeologicznych odkrywając, że deklinacja i koniugacja bywa przydatna w różnych sytuacjach.
Źródłem mojej frustracji stał się kierownik marketingu – szczególny zresztą idiota – który odmówił współpracy nie tylko na moja prośbę, ale również na polecenie szefa. Mało tego. Wezwał wszystkich swoich pracowników i zakazał im absolutnie ze mną współpracować! Interesuje mnie fakt tzw. chodów tego człowieka, ponieważ śmiało zauważę, że po takim wystąpieniu wywaliłabym kretyna z jego ciepłego stołeczka na jego durny, zbity pysk. I nie wie, dupek słomiany, że jego właśni ludzie natychmiast po tym do mnie przyszli, donieśli mi uprzejmie, po czym zapytali, co mogą dla mnie zrobić, jak mi pomóc i co ułatwić. Musi jeszcze zjeść dużo chleba i wypić morze wódki, żeby mieć takie relacje. Nie tylko z własnymi pracownikami, ale też z sąsiednimi, nie?

Szef osobisty przebywa w Warszawie, ale zadzwonił.
- Proszę cię, nie denerwuj się. Dasz sobie radę sama, czy potrzebujesz jakiejś pomocy?
Co dasz sobie radę? Co dasz sobie radę??? Co za pytanie kretyńskie. Przecież wiadomo, że dam sobie radę i pytanie jest retoryczne. Zapiszę sobie również stosowną notatkę w kalendarzu i gdy nadarzy się sposobność – użyję bez litości.
Nie ma zmiłowania dla złamasów.

Tymczasem pokroiłam jabłuszko na kawałki, a z czeluści szafy wydobyłam 2 mandarynki i kilka winogron. To pójdę się dowitaminizuję.

24 listopada 2008

O filmach, poczuciu humoru i – jak zwykle – o życiu

Wiem, że jestem nieco wynaturzona, ale cóż… lubię Almodovara. Nic za to nie mogę, naprawdę. Jego filmy grają na uczuciach, nawet te, które uważane są za oscylujące na granicy dobrego smaku.
Kikę wczoraj obejrzałam. 
Otóż są rzeczy, na które wyjątkowo jestem uczulona i reaguję na nie emocjonalnie. Zawsze. Nie znoszę dowcipów na określone tematy (np. rasizm czy damski debilizm), nigdy się nie śmieję, a znające mnie osoby po prostu na takie żarty w moim towarzystwie sobie nie pozwalają. I nigdy, przenigdy nie podejrzewałabym się o to, że popłaczę się ze śmiechu, oglądając scenę gwałtu.
Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią odpowiedniego ujęcia. Jest taki rodzaj humoru, który w moim przypadku sprawdza się bez pudła. Pasjami wprost uwielbiam Monty Pythona, przekraczającego bez żenady granice absurdu w każdej dziedzinie, ale nie trawię Jasia Fasoli czy Benny’ego Hilla. Otrząsa mnie. Nie chodzi więc o abstrakcyjność sytuacji, lecz raczej o sposób jej ukazania (tej abstrakcyjności).
Czołgam się w pyle przed Kabaretem Starszych Panów, pewnie dlatego, że to nie kabaret. Ryzykuję nawet głoszenie teorii, że Latający Cyrk.. powstał dlatego, że John Cleese i spółka, poszukując natchnienia, trafili w latach 50-tych na Polskę. Rodzaj oglądu sytuacji jest niezwykle wprost przystający.

W ogóle bawi mnie abstrakcja i absurd oraz czarny humor, zwłaszcza w angielskim wydaniu. Moje myśli błądzą pokrętnymi ścieżkami i wiele wysiłku wkładam w niereagowanie na różne sytuacje, bo boję się umrzeć ze śmiechu. I już nie wspomnę o fakcie, że osoba na stanowisku powina się jakoś zachowywać, co nie zawsze mi się udaje niestety, w związku z czym mam opinię lekko niesprawnej umysłowo.
Często nasuwają mi się komentarze do humoru sytuacyjnego, który zdaję się dostrzegać wyłącznie ja. Siłą się od nich powstrzymuję, bo jest nikła szansa na to, że ktoś nadaje na podobnych falach. A jak już na kogoś takiego trafię, to chronię jak skarb. Na szczęście oboje z Prezesem mamy poczucie humoru dokładnie w tym samym miejscu, co powoduje, że nasze życie prywatne układa się niezwykle pomyślnie pomimo zwykłych, codziennych napięć. Z radością obserwuję, że to się jednak przenosi w genach i Potomstwo często zaskakuje mnie niebanalnymi skojarzeniami. Wnioskuję z tego, że stworzyłam niechcący kogoś zupełnie nietuzinkowego. Nie będzie jej łatwo, ale to cieszy.
Oby trafiła w życiu na odpowiedniego partnera.

23 listopada 2008

Moja córka

Potomstwo z powodzeniem zmienia swoje życie. Obecnie, prócz obowiązku nauki szkolnej, realizuje następujące projekty:
1. nauka jezyka angielskiego poza szkołą;
2. wynikające z punktu 1. uczestnictwo w olimpiadzie z języka angielskiego w szkole;
3. redagowanie gazetki szkolnej o wdzięcznej nazwie „Gimnazetka”;
4. wolontariat w zakresie pomocy w nauce oraz wspólnym głośnym czytaniu książek dzieciom z pobliskiej szkoły podstawowej;
5. świadczenie odpłatnych usług wspólnocie mieszkaniowej, polegające na odśnieżaniu terenu za pomocą szufli oraz soli o poranku, będącym ciemną nocą i to przed lekcjami. Zarobione w ten sposób środki zamierza przeznaczyć na zakup własnego laptopa (zajęcia ruchowe, praca fizyczna, zarobkowanie, planowanie zakupów, projektowanie wydatków);
6. gimnastyka korekcyjna (jak się mamusia wreszcie zbierze w sobie);
7. samodzielne nadzorowanie upierdliwego i wlekącego się leczenia alergii;
8. planowanie i praca nad sobą w zakresie leczenia ortodontycznego, które jest przykre, trudne, bolesne i długodystansowe.

W związku z punktem 7. ćwiczy cierpliwość, ponieważ każdy skok ciśnienia powoduje wysypkę.
Na punkt 1. naciskam. Punktami 7 i 8 steruję, co jest oczywiste. Pozostałe punkty realizuje w całości samodzielnie, na co zezwalam, ponieważ uczy się zadowalająco (co nie znaczy, że nie mogłaby lepiej, ale niech będzie – trzeba iść na ustępstwa).

No pewnie, że jestem dumna. A co myśleliście?

20 listopada 2008

Co tam z niusów

Wczorajsza narada niezwykle obfita w informacje rewolucyjne. Byłabym może przytłoczona, gdyby nie to, że jako osoba niezwykle dobrze poinformowana, wszystko już wiedziałam i widziałam dwa dni wcześniej. Więc zdążyło mi już przejść.
To bardzo wygodne, mieć różne rzetelne i ekspresowe źródła informacji, ponieważ ma się czas na ochłonięcie i profesjonalne podejście do tematu. Że o braku zaskoczenia przez grzeczność nie wspomnę.

Tymczasem Dzieje Się.
Wczoraj o 22.00 zadzwonił telefon służbowy. Taki mam nawyk, że jak widzę służbową rozmowę o tego typu porze, to ZAWSZE odbieram, bo nikt by się nie odważył do mnie zadzwonić tak późno bez ważnego powodu. Wszyscy bowiem wiedzą, że jestem wredna, podła, okrutna i mam ogólnie paskudny charakter. Nie muszę więc ekstra nikogo uświadamiać, że są pewne rzeczy, które można załatwić w pracy. No i nie muszę sobie wyrabiać opinii, bo już ją posiadłam.
No to odebrałam.
Wiadomości były takie, że mi dech odebrało i miałam potem nieco problemów z zaśnięciem. Niemniej dziś rano byłam na pewne rzeczy przygotowana, co sobie chwalę.
Powiadam wam: szwindel i kryminał. Nie zazdroszczę mojemu koledze, który z racji pełnionej funkcji musi się tym zajmować bezpośrednio. Ja sama obecnie nie muszę, lecz wielce sobie cenię wiedzę (w tej kategorii słowo „nadmiar” nie istnieje). Zwłaszcza, że być może w moim życiu na początku roku znów coś się podzieje i jest szansa, że będzie mnie to dotyczyło bardzo osobiście. Wobec powyższego dokonałam właśnie przegrupowania wojsk i rozpoczęłam procedurę przetargową na najnowsze uzbrojenie.
A teraz się przyczaję.

19 listopada 2008

Dwie uwagi na szybko

1. Za chwilę zaczyna się całodniowa narada, więc nie ma mowy o żadnej notce, niestety.
2. Dla wnioskujących adres mailowy: moje.waterloo@gmail.com. Zapraszam serdecznie.

Całusy ślę.

18 listopada 2008

Poranki

Nie ma nad ranne wygospodarowanie czasu na kawę z miłą koleżanką i wspólne ponarzekanie na F (niezwykle chwytliwe tematy):
1. forsa (a właściwie brak funduszy);
2. faceci;
3. flejtuchy.

Ad. 1 Wszędzie to samo. Wczoraj kolejna wizyta u alergologa (70 zł) oraz, w konsekwencji, w aptece (65 zł). Wciąż to samo schorzenie, coraz to inne leki, smarowidła, kosmetyki. Szlag człowieka trafia, a tu kantowski imperatyw kategoryczny. Dobrze, że choć używania nie trzeba pilnować. To wielki pozytyw.

Ad. 2 Wszędzie to samo. Studnia bez dna. Powtarzanie jak katarynka. Lepkie blaty, bajzel w szafie i ogólne rozmemłanie. Kobiety są motorem postepu. Stale wygłaszam pewną obrazoburczą teorię, że gdyby nie my, to faceci nadal huśtaliby się na palmie na ogonach. Jedynym wynalazkiem byłoby piwo i, prawdopodobnie, specjalistyczne naczynie do picia do góry nogami.
W tym zakresie tematy można by mnożyć do upadłego.

Ad. 3 Obojga płci. Tu się nie rozwinę, bo osiągnęłyśmy turpizm absolutny w tej burzliwej dyskusji i to się zwyczajnie nie nadaje do upowszechniania.

No to sobie ponarzekałyśmy, odnajdując mnóstwo punktów wspólnych. Od razy lepiej mi się zrobiło.
Do ewentualnych czytelników płci męskiej: powinniście się cieszyć, że to robimy. Co powiemy sobie nawzajem, tego nie wykrzyczymy wam. Jak się zastanowić: zysk bez ryzyka.

PS Głowa mnie zaczęła boleć już w nocy i to aż tak bardzo, że śniło mi się, że mnie głowa boli. Obudził mnie ten ból, więc postanowiłam szybko zasnąć, żeby mnie nie bolało. Wstałam z bólem głowy.
Niestety w takich sytuacjach organ odpowiedzialny za poczucie humoru mam w zaniku.

17 listopada 2008

Exposee do narodu przez lufcik

Szacowni Czytelnicy!

Niniejszym inauguruję obchody drugich urodzin rzężącej twórczości własnej w postaci elektronicznej (kto nie wierzy, niech zerknie do pierwszej notki w archiwum). Przyjmuję gratulacje, dzieci z kwiatami naprzód, prezenty – zwłaszcza wartościowe, wzniesione toasty –  jeśli załączona jest do nich butelka z uczciwym trunkiem oraz darowizny w postaci prawych środków płatniczych. Numer konta chętnie chętnym udostępnię.

A poważnie:
Dziękuję wam za ten czas, który spędzamy razem. Wielki to dla mnie zaszczyt, że chcecie ze mną być, śledzić perypetie, dzielić radości i smutki, wspierać, cieszyć, towarzyszyć.
Apeluję: BĄDŹCIEŻ!
Większą-ć bowiem ja fanką waszą niż wy moją!

16 listopada 2008

Z cyklu WYZNANIA: Czasem oglądam telewizję

I dzisiaj sobie właśnie obejrzałam. Dwa programy planowo: „Boso przez świat” Cejrowskiego i „Po mojemu” Cejrowskiego. Szczęśliwie ktoś tak to wymyślił, że Boso… leci o 10.00 na dwójce, a Po… o 10.30 na TVN Style (mam!). To ja przygotowuję niedzielne śniadanko (a najczęściej również sporą część obiadu, bo wstaję po 8.00) i staram się przed 10.00 ściagnąć Potomsto z łóżka. Ściagnąć w sensie dosłownym, bo śpi na antresoli. Jestem bowiem zwolenniczką wspólnego śniadania (czynność). Słabo nam to wychodzi w tygodniu, więc staram się być bezwzględna choć w weekendy.
I ściągam to Potomstwo, naburmuszone do granic wytrzymałości materiału, odpalam TV i mamy dwa oblicza Cejrowskiego.

Dygresja.
Kiedys Cejrowski prowadził program „WC kwadrans” i wygłaszanymi w nim opiniami doprowadzał mnie do histerii. Przez lata Cejrowski dojrzał, ja dojrzałam, oboje odrobinę się zmieniliśmy (pewnie złagodnieliśmy) i z przyjemnością odkrywam, że wiele mamy obecnie światopoglądowych punktów wspólnych.
Po dygresji.

Oblicze podróżnicze jest oczywiste i jako podróżnik ma Cejrowski z pewnością liczne grono wielbicieli. A w zeszłym tygodniu walnął w Po… wykładzik światopoglądowy, który rzucił mnie na kolana i ustawił na stałe chyba w szpalerze wielbicielek i wzdychulców. Wykładzik dotyczył bowiem nagminnie ostatnio popełnianych przez Polaków błędów językowych, które Cejrowski zgromił z pełnym okrucieństwem (uprzednio obnażywszy bez litości), bazgroląc na kartkach i wymachując pięściami.
Na okoliczność podjęcia tematyki lingwistycznej, gościem programu był Wojciech Mann – znany ze swej kultury języka. Ten pięściami nie wymachiwał, ale wypowiadał się dość autorytarnie.
Ja w tym czasie klęczałam przed telewizorem, przesyłałam im całuski i wznosiłam okrzyki silnie nacechowane uczuciowo.

To tyle o tym, co „za”.
A teraz „przeciw”.
- O co chodzi w programie „Magiel towarzyski”? – zapytałam Potomstwo.
Wzruszyło ramionami. To włączyłam.
O ZGROZO!
Dwoje prowadzących komentuje wpadki estabiliszmentu z ostatniego tygodnia. Obnaża, ośmiesza, postponuje i poniża. Przy tem korzysta z prasy roboczo przeze mnie zwanej brukową (choć w rzeczywistej kategoryzacji nią nie jest), jak „Super ekspres” itp. Kreują się na opiniotwórczych i haute culture, jakby nie wiedzieli, że kulturali ludzie  nie czytują takich gazet.

Dygresja.
Widziałam kiedyś faceta, który podszedł do kiosku i głośno poprosił o „Fakt”. I nawet się najpierw nie rozejrzał, czy nikt nie widzi. I nawet nie szeptał! O tempora! O mores!!!
Po dygresji.

Niniejszym zaliczyłam podwójne oglądanie omawianego programu – że się posłużę wyeksploatowanym dowcipem – po raz pierwszy i ostatni.

Na zakończenie: okazuje się, że telewizja czasami nadaje wartościowe audycje. I to nawet niekoniecznie o 1.00 w nocy.
Tylko trza czujnym być!
A! Przypomniało mi się a propos. W każdą niedzielę o 17.20 stacja Kino Polska będzie nadawała „Kabaret Starszych Panów”.
Ja mam, a wy?

15 listopada 2008

Powoli przywykam do myśli

że w poniedziałek trzeba będzie wracać do rzeczywistości, niestety. Zaczęłam przygotowania. Kładę się wcześniej, staram się wcześniej wstawać. Dziś spędziłam ponad 4 godziny na stanowisku księgowej we wspólnocie, żeby mi się w głowie nie poprzewracało. Nuda koszmarna.
Założę się, że moi pracownicy już ze trzy dni niczego nie „wypuszczają” na okoliczność mojego powrotu. Strach się bać, jak człowiek pomyśli, co zastanie w miejscu świadczenia pracy.
Pomijając, że na bieżąco donoszą mi, że już są niezłe jazdy, a będzie jeszcze lepiej. Czynniki znaczy donoszą.
W nowym roku czeka nas kolejna reorganizacja, w dodatku znowu bardzo poważna. Zaczynam już przywykać do tego siedzenia na bombie i myślę, że jak kiedyś mi się trafi względny spokój, to nie będę mogła pracować. Reorganizacja, jak donoszą czynniki, dotknie również mojej działki i to w sposób – jak wygląda – dość konsekwentny, bo ją zlikwiduje na tym poziomie, na którym obecnie się znajduję. Dla tych co nie zrozumieli – redukcja stanowiska nastąpi.
Postanowiłam o tym nie mysleć. I tak nie mam na to wpływu. Mam nadzieję, że mnie nie wywalą, tylko zaproponują mi inne miejsce. To jest uporczywa dość nadzieja, wyznaję w sekrecie.

Urlop zaowocował dwiema parami nowych butów. Co, kogoś to dziwi? Domniemywam, że już nie, w końcu obcujemy ze sobą odrobinę czasu*, nieprawdaż? No to w poniedziałek polecę do pracy w czerwonych lakierkach. A niech wią!

* 17 upłyną dwa lata, uwierzylibyście? Bo mnie doprawdy trudno.

Specjalnie na życzenie soleil… voila! (ukradłam zdjęcie z aukcji, ale ciiiii…)

14 listopada 2008

No i po balonie

Najpierw zmarnowaliśmy trochę czasu w piwnicy. I nie, żeby tam był bałagan, skąd. Ale wino gdzieś się nam schowało.
Niemniej byliśmy zdeterminowani, więc wyciągnęliśmy je z dobrze zakamuflowanego kąta i bez litości przytaszczyliśmy na górę. Wyglądało, jakby stało już kilka lat.

Zaatakowałam go pewną ilością ręczników papierowych i okazało się, że rzeczywiście te swoje lata ma. Konkretnie to 46.

Odskrobałam liczne warstwy zabezpieczeń. Pod spodem był jeszcze wosk. Oraz drut. I sznurek.

Trochę się nadłubałam. I dodłubałam do korka. Tu powstał dylemat: jak wyciagnąć korek z tak sporej szyjki? W dodatku korek, który kruszył się w palcach.

Z zapartym tchem wbiłam korkociąg i… poszło! Nawet całkiem spokojnie i bez rozwałki.

A to wszystko dzięki zestawowi Małego Winiarza. Amatora, ma się rozumieć.

Poszły w ruch skrzętnie miesiącami zbierane butelki. Najpierw uczciwie je wyplukałam.

Potem pozostawiłam do odcieknięcia.

A na koniec, dla bezpieczeństwa, przepłukałam spirytusem, którego odrobina na szczęście znalazła sie w spiżarni.

To co? Do dzieła!

Uzbierało sie z 15 butelek.

W ramach licznych zasług zostałam mianowana testerką. Mmmmmm… Pyszne!
Białe, slodkie, ale bez przesady. I moc swoją posiada. W smaku podobne do dobrego sherry. No dobra – lepsze.
Dwie butelczyny dostaliśmy w prezencie.
W międzyczasie wysłałam sms do J.: Nie planuj nic na wieczór. Wino jest ZAJEBISTE!
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać: O matko! Toż to historyczna chwila! Przybywam!!!

No… to wieczorem z jedną butelką się rozprawimy.
Pierwszy toast za dziadka. Niezły był z niego fachowiec.

13 listopada 2008

Urlop mija

W zastraszającym tempie w dodatku. Jesteśmy po kilku wycieczkach, ale tak się rozleniwiłam, że nie chce mi sie nawet obrobić zdjęć, żeby je tu powstawiać. Mimo to obiecuję, że się poprawię i chociaż Cieszyn wam pokażę albowiem wart-ci on tego jest.
Tymczasem sporą część mojego życia spędzam na różnych przyjemnościach typu „leniuchowanie” oraz na kłótniach z jednorodną córką. Ponieważ wiele czasu spędzam w domu, mamy go dla siebie pod dostatkiem i możemy się kłócic, ile dusza zapragnie. O wszystko, nawet o rzeczy, ktorych nie podejrzewacie. Najczęściej kłócimy się o przestrzeń prywatną. Dla niewtajemniczonych: ja chcę, żeby ona posprzątała w swoim pokoju, a ona chce, żebym ja tam nie wchodziła. Ona uważa, że pokój jest jej przestrzenią prywatna, a ja – że jestem właścicielką lokalu jako całości.
Punktów wspólnych brak.

Tymczasem biegnąc rączym kłusem po schodach, potknęłam się o kota, nóżka mi się podwinęła i objechała ze stopnia, a potem na dodatek przywaliłam w stopień poniżej okolicą kostki wraz z podwiniętą nóżką. Ergo – spuchło.
W trakcie tych dramatycznych wydarzeń druga noga nie próżnowała i postanowiła zrobić coś oryginalnego, więc walnęła o kant stopnia kolankiem. Ergo – siniec, jak się patrzy.
Nie mogę nawet powiedzieć, że mam jedną nóżkę bardziej, bo mam obie, w dodatku każdą w innym miejscu.

Wobec powyższych okoliczności rzuciliśmy się do sprzatania tej stajni Augiasza. Na tę okoliczność pokłóciliśmy się okrutnie. Muszę przyznać, że niezłą mam parę w płucach. Wnioskuję po wydobytych decybelach.

No i nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się szesnasta.

A jutro mamy silnie ugruntowany zamiar rozprawić się z baniakiem wina, co będzie uwiecznione w sesji fotograficznej z prawdziwego zdarzenia. Nie napalajcie się jednak nadmiernie, bo wino ma około 40. lat i sesja może się zakończyć na odpuknięcięciu balona i głębokim namyśle, jak się dobrać do galarety. Gdyby jednak tak się nie stało – doniosę uprzejmie.

9 listopada 2008

Z cyklu: ulubione

Jestem u teściów :D

- Jakby się wam zachciało – mówi teściowa o 22.00, opakowując talerz z ciastem lnianą ściereczką – to ciasto stawiam na schodkach do piwnicy.
- Taaaa, jasne.  W nocy wstaną i będa jedli – kwituje z przekąsem teść.
- Ale jakby się wam zachciało, to na schodach chłodno, jak w lodówce – upiera się teściowa.
- Ty im raczej talerz do pokoju wstaw. Jeszcze sobie po ciemku nogi połamią!

4 listopada 2008

A w Krakowie…


Na Grodzkiej pada deszcz… oznak, że odzyskaliśmy niepodległość.

Przygotowania idą pełną parą.

Łącznie z wielce interesującymi (oryginalny widok).

Poza tym na górze król a na dole cesarz.

Mało widać? To proszę bardzo!

I jeszcze te dysonanse. Jest w nich coś, co mnie porywa.
Taki Wawel. Niezły zabytek.

Ale i do królów docierają nowinki techniczne.

Lubię Kraków z jego monumentalnością.

I jesienną nostalgią.

Oraz dowcipnym przymrużeniem oka.

Przeokropnie było zimno.
I niezły metraż mieli ci królowie.
Ale to tylko tak na marginesie.

Dialogi na cztery nogi

Występują:
Prezes
przesowa

Czas akcji:
19.30

Miejsce akcji:
samochód zaparkowany w centrum

prezesowa: O, patrz! Kotek! Jaki ładny! Wołamy go?
Prezes: Jasne… Zawołasz i wtedy się okaże, że on już od dawna jest spakowany i właściwie ze wszystkimi się pożegnał*!!!

* Dla tych, ktorzy ew. nie załapali: prezesostwo ma niebywałą wprost zdolność przyciągania bezdomnych kotów jak magnes. Nie wiadomo – dlaczego.

31 października 2008

Odpowiedź na list otwarty

Pozwalam sobie skomentować list otwarty, który znalazłam na bliskim mi blogu przed chwilą (przepraszam, mało ostatnio czytam).

Kryniu kochana, tuż przy moim sercu!

Znam cię zaledwie półtora roku. Być może to mało, ale przecież połączyły nas wyjątkowo dramatyczne okoliczności. Od chwili, gdy cię poznałam, staram się jak mogę, by spędzić z tobą jak najwięcej czasu. Wiem, to wciąż za mało, ale życie jest, jakie jest.
Ten czas wspólny jest dla mnie czymś niezwykłym i prawdziwie wartościowym. Czymś, co porusza różne delikatne struny w głębi mojej duszy. Nie, nie przesadzam ani trochę. Gdy tylko mogę, siadam naprzeciw ciebie, która bez problemu mogłabyś być moją matką i czuję się niezwykle komfortowo. Nie dlatego, że mi przytakujesz, tylko dlatego, że trzeźwo, mądrze i z dystansem potrafisz podchodzić do życia, które nie zawsze nas pieści (rzadko, co?). I dlatego, że z charakterystyczną dla ciebie subtelnością i nie mam tu mna myśli unikania grubych słów, potrafisz pokazywać mi rzeczy, które tak ostro widzi ktoś, kto stoi z boku, a na barkach dźwiga ogromne doświadczenie.
Oprócz tego za nic nie oddałabym tych chwil, kiedy z właściwą sobie swadą opowiadasz mi o swoim życiu. Masz dar od Boga, by snuć opowieści i prawdziwa to szkoda, że urodziłaś się w dzisiejszych czasach, bo mogłabyś się spełnić jako Bajarz Wszech Czasów, nie przesadzam. Tak mi dobrze śmiać się z tobą i z tobą płakać.

Piszę to dlatego, byś zrozumiała, że nie oczekuję od ciebie szpilek i fryzury od stylisty. Cieszę się każdą minutą i tak mi żal wychodzić, że często nadużywam waszej uprzejmości w nadziei, że nie wywalisz mnie na bruk, choć noc już ciemna. I jeszcze dlatego, że wielce poważam twoje Człowieczeństwo. I tak mi łatwo zrozumieć te chwile, kiedy jesteś chora i słaba, bo wiem doskonale, ile trudu zniosłaś w życiu i jak bardzo poświęciłaś siebie dla innych.

Moja Najmilsza! Jesteś naszym skarbem narodowym, choć niedostrzeżonym na szerokich wodach życia publicznego. Tym bardziej czuję się wyróżniona, że to właśnie ja zostałam wybrana, żeby być blisko, grzać się przy twoim cieple, uczyć się od ciebie życia i tej wielkiej, skromnej, cichej mądrości. Bardzo cię kocham.

Więc pisz. Dużo pisz do nas wszystkich o tym, co cię boli. Nie oczekujemy od ciebie bycia żelazną lady. Skarż się i przeklinaj, a my wysłuchamy cię z ochotą, cierpliwie i ze współczuciem. Ze współ – czuciem, naprawdę.
Nie musisz ukrywać się ze swymi słabościami w katakumbach.

A każdego, kto odważy się wyrzucić z siebie choćby jedno słóweczko przeciw tobie, WYZYWAM NA UBITĄ ZIEMIĘ!!!
I nie będzie zabawy do pierwszej kropli krwi!
Zmiotę, jak tornado – bez cienia litości!
Wszystkich oponentów serdecznie zachęcam, by poznali mój bezbrzeżny gniew.
Tylko żeby mi potem nie było skomlenia, że „nie chciałem”, jasne?

Ściskam cię. Jestem tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Kiedy tylko zechcesz.
I w najbliższych dniach nareszcie na twoim fotelu.

Asia

Jak w reklamie

Odchodząc z pracy na urlop usłyszeć od pracowników:
- Szkoda. Smutno nam będzie bez ciebie.

Bezcenne.

Za resztę zapłacisz kartą Mastercard.

29 października 2008

Powtórka z rozrywki

Znów wyjazd, znów impreza. Można by zacząć podejrzewać, że nic innego tu nie robimy, tylko pijamy wyskokowe.
Otóż nic z tych rzeczy.
O imprezie wiedziałam od dawna, nawet sporządzałam listę moich kontrahentów/klientów, których wypada zaprosić. Organizacją zajmował się ktoś inny. W piątek ten ktoś mi powiedział, że koniecznie muszę być obecna. Tu: irytacja.
No i jadę. Przed chwilą udało mi się zrobić oko, więc nie jest tak źle. Ponoć ktoś poszedł wreszcie po rozum do głowy i zatrudnił jakiś kabaret, co daje szansę minimalnego odpoczynku psychicznego.

Odebrałam auto z warsztatu. Bez kozery powiem: pińcet!
Szlag by to…

OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Od poniedziałku urlop. Jako matka dziecka w wieku szkolnym, zgodnie z zapisami kodeksu pracy, priorytetowo wybieram urlop w okresie wakacyjnym.
Wakacje w tym roku przypadają w listopadzie.
Jakby kto nie wiedział.

28 października 2008

Hodowca żmij

Osoby:
prezesowa
Potomstwo

Miejsce akcji:
przemieszczający się samochód płci żeńskiej*

Czas akcji:
ok. 20.00

prezesowa: Czasami mnie drażni, że jesteś taka stara. To po prostu nie wypada, żeby…
Potomstwo (przerywając bez namysłu): Stara? STARA??? Przypomnę ci o tym 2 kwietnia**!

* Była już o tym kiedyś mowa. Prezesowa porusza się samochodami o dookreślonej płci, bo lubi kobiety. Bez podtekstów.
** Urodziny mam, nie?

27 października 2008

Dialogi na 4 nogi

Osoby:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
sypialnia

Czas akcji:
ok. 22.00

prezesowa czyta sobie spokojnie*
Prezes leży i się bezwstydnie gapi na prezesową
prezesowa: (nie odrywając wzroku od tekstu): Nie gap się. To jest irytujące.
Prezes: Tak, to może być irytujące, kiedy ktoś tak się gapi. Zwłaszcza, kiedy jest to ktoś z wyższym wykształceniem. Magisterskim w dodatku. Taki ktoś niespodziewanie może coś SKO-MEN-TO-WAĆ!

* Grzeczne dzieci! Nie czytajcie nigdy w łóżku. To bardzo niezdrowe dla oczu. W dodatku wciąga i staje się nałogiem.

PS A poza tym… nie będę oryginalna. Zapinkalam, jak wściekła. I to by było na tyle, jak mawiał klasyk.

23 października 2008

Kłopoty z notką

Trudno mi napisać dziś coś naprawdę sensownego. Ostatnio znowu wiele się dzieje, a ja jestem już naprawdę zmęczona. Z utęsknieniem czekam na kodeksowe dwa tygodnie wolnego, które – jako matce dziecka w wieku szkolnym – przysługują mi obecnie w listopadzie. W ogóle mam na koncie prawie całe tegoroczne zasoby urlopu i nie wiem, co mój szef powie mi w grudniu, kiedy – zgodnie z przewidywaniami - cały czas będzie mi wisiało ok. 10 dni do przeniesienia. Może uda się coś jeszcze wyszarpać w okolicach świąt.

Poza tym dziś rano odbyłam kolejną półtoragodzinną sesję, porównywalną do tej u alergologa. Tym razem byłam spowiednikiem mojej serdecznej koleżanki i pewnie dlatego nie potrafię podejść z humorem do tego, co usłyszałam. No dobra, przyznam się – po prostu się pobeczałam w trakcie opowiadania i kompletnie straciłam werwę. A pogoda, jak wiadomo, nie sprzyja optymizmowi.

Wyraźnie muszę się pogodzić z tą rolą społeczną – wysłuchiwacza. Pewnie mam jakieś predyspozycje, z których nie zdaję sobie sprawy. Niemniej to wszystko mnie mocno przeciąża, bo o ile w stosunku do osób zupełnie obcych jestem w stanie zachować dystans, o tyle w stosunku do bliskich nie. Przejmuję się ich kłopotami i wiele myśli im poświęcam, bo nie potrafię inaczej.
No i jest mi dziś smutno, bo to, co usłyszałam, przekracza granice mojego postrzegania świata.

21 października 2008

Dialogi na cztery nogi

Osoby:
Prezes
Zocha

Miejsce akcji:
gabinet

Czas akcji:
teraz

Zocha (usiłuje załadować się na Prezesa, który usiłuje odpisywać na maile)
Prezes: Ale dlaczego mi naciskasz??? No nacisnęła mi F1 dziesięć razy!!!

Wizyta u lekarza

Seryjnie odbywamy z Potomstwem wizyty u alergologa. Ostatnio co tydzień. Wizyty te niestety kolidują młodej z angielskim, więc usiłujemy zrobić wszystko, aby wilk był syty i owca cała. Wczoraj byłyśmy w przychodni już 45 minut przed czasem, żeby nikt nam się nie wrył na pierwszego. Niestety pani doktor się spóźniła, co mnie trochę zirytowało.
A potem było tylko śmieszniej.
Przepraszam bardzo, czy ja wyglądam na kogoś, komu chcielibyście opowiedzieć całe swoje życie? W dodatku w gabinecie lekarskim. W WASZYM gabinecie lekarskim??? Jak ktoś nie widział, to ja wam powiadam, że nie wyglądam.
Przyznać trzeba, że pani doktor przeprosiła mnie dwukrotnie za swoje spóźnienie, a były to pierwsze przeprosiny lekarskie, jakie usłyszałam w życiu. Lekarze się spóźniają i NIE przepraszają, ponieważ sądzą, że psim obowiązkiem pacjenta jest sterczeć na korytarzu pod gabinetem, nawet wtedy, gdy obsługiwany jest poza jurysdykcją NFZ i buli lekarzowi prosto w kieszeń kupę szmalu, na który ciężko pracuje. Pomijam fakt, że jak płaci NFZ, to też nie kapslami, tylko składkami, które odprowadzane są z naszych kieszeni, ale oj tam.
Więc przeproszono mnie dwukrotnie, w dodatku podając rozsądne usprawiedliwienie, którym nie były korki (skoro ja dojechałam, to i ona może). A potem zbadano młodą w tempie ekspresowym, więc mogła się wydalić galopkiem na zajęcia i wtedy się zaczęło. Coś muszę mieć z twarzą, bo jeśli lekarz w gabinecie opowiada mi o swoich rozterkach zawodowych oraz depresji dziecka, co w dodatku (niekoniecznie depresji) nie zdarza mi się po raz pierwszy, to znaczy, że wyglądam na osobę, która chce słuchać.
A nie chce.
Słowo.

W każdym razie zapłaciłam za tę wizytę 30 zł. Co oznacza, że wynagrodzenie terapeuty za 30 minut pracy wynosi 40 zł.
Ale nie zapominajmy, że to nie stolica, że niewykwalifikowanego i że bez dyplomu.

20 października 2008

Foch

Jestem obrażona.
Pięknieśmy sobie ponarzekały na mężów, jak chyba nigdy jeszcze, w długiej i porywającej rozmowie telefonicznej. Miałam zamiar strzelić na ten temat nocisko, a tymczasem druga-mama kazała mi natychmiast iść spać, a sama ubiegła mnie w planach i zrealizowała zapis przede mną. No to co? Mam się powtarzać?
Foch.
Przyjaciółka niby..
Swoją drogą zastanawiające jest, jak bardzo mówimy jednym głosem i jak te wszystkie sytuacje – niczym przez kalkę malowane. Najwyraźniej rację miał John Gray – pochodzimy z zupełnie różnych planet. Po prostu faceci do myślenia używają zupełnie innych partii mózgu niż my. I pewnie też mogliby godzinami o tym, jak ich do szału doprowadzamy swoim podejściem do różnych spraw. Mimo wszystko sądzę, że priorytety mamy te same, tylko dochodzimy do ich realizacji kompletnie różnymi drogami. Nasza jednak wiedzie przez chaszcze.
Moja mama zawsze mawia, że wózek powinny ciagnąć dwa koniki, tymczasem okazuje się, że wszędzie jest podobnie: my czujemy się wprzęgnięte w chomąto, a wokół nas jak opętany biega jakiś luzak (taki niby zapasowy konik, podpięty do wozu) i od czasu do czasu strzela kopa w wózek, który wali nas w tyłek całym ciężarem, ale efekt uboczny jest taki, że przez chwilę zapierniczamy szybciej. Podczas drogi luzak widzi różne motylki i inne okoliczności przyrody, a my w chomącie – nie, bo nam pot oczy zalewa.
Ale wizja, ja cię przepraszam…

Mateczka się zawsze podpiera przysłowiem, bo ponoć przysłowia są mądrością narodu. No i w takich sytuacjach mawia-ci ona:
- Kiedy ci powiedziano „żono”, to cię na wieki pogrzebiono.
„Strach się bać.
Normalnie strach się bać.
Nie ma jak
przed demokracją zwiać…”

18 października 2008

Sprawozdanie z piątku

Na poczatek uroczyście oznajmiam, że zostałam panią magistrową, ku radości i wielkiej uldze całej rodziny. Teraz mogę powiedzieć oficjalnie, że naprawdę dość już miałam tego studiowania. Co za szczęście, że jest po wszystkim.
Oczywiście jestem tak dumna, że mało nie pęknę.
Ciągle mówimy do niego „panie magistrze”.

Poza stresem związanym z obroną, przeżyłam wczoraj koszmary, dotyczące kolejnej, wizytowanej przeze mnie imprezy. Z jednej okazji na drugą coraz mocniej się upewniam, że pan bóg stworzył mnie do pracy, a nie do blichtru. Niestety większość osób, zasiadających u sterów w tym kraju jest pusta, jak beczka piwa po hulance. Ta pustota wywołuje u mnie zwyczajny gniew.
Zawsze myślałam, że na durnotę ludzką jestem już dość mocno uodporniona, ale okazuje się, że są jednak przejawy życia społecznego, gdzie moja tolerancja lub obojętność nie sięga.
Poszło o niepełnosprawnych.
Szczegółów nie przytaczam, bo ciągle mnie trzepie.
W drodze powrotnej szef usiłował wyciagnąć ze mnie, co jest powodem zaciętego milczenia. Oczywiście mu się nie udało, bo prowadził, a poza tym w samochodzie był z nami jeszcze pewnie kretyn, przy którym nie zamierzam pewnych tematów poruszać.
Udało mu się dopiero znacznie później, po tym, jak zdaliśmy już sprawodanie naczelnemu z przybiegu imprezy (też się zdenerwował, ale z innego powodu niż ja), wszyscy się sprzątnęli, a my zostaliśmy we dwójkę przy papierosie. Jakby się nie upierał, to może byłoby mu oszczędzone. A tak – eksplodowała mi ta klucha, co ja miałam w gardle od kilku godzin i wykrzyczałam mu w twarz liczne przemyślenia własne na temat ludzkiej podłości. I żeby przestał mnie ze sobą zabierać w takie miejsca, bo ja się nie nadaję. Że mogę ponieść karę i chętnie posprzątam po godzinach całe piętro, bo na trzeźwo takich paskudztw nie trawię.
Muszę przyznać, że przyjął wszystko z godnością.
A ja postanowiłam ćwiczyć się w cierpliwości.
W najbliższym czasie jeszcze jedno ą ę z tej serii. Obym nie została zmuszona.

17 października 2008

Na drugie mam latawica

Przedwczoraj mój naczelny uznał, że za dużo pracuję, a za mało bywam. Wobec powyższego nakazał mi rozpocząć wyrabianie sobie odpowiedniej pozycji. Oczywiście, jak wiadomo, jestem fanką takich działań.
Wczoraj pojechałam na wielka fetę do Zabrza. Dziś jadę do Bielska.
A robota jakoś się sama nie chce robić, kiedy mnie nie ma. Szkoda.

Na imprezach wielkofetowych, o czym już pisałam, zawsze wydarza się coś naprawdę interesującego.
Siedzę więc wczoraj w pierwszym rzędzie, koło wojewody (nienawidzę takich sytuacji), a naprzeciwko mnie orkiestra dęta. Tak około dwa kroki naprzeciwko. Orkiestra daje koncert. Całkiem fajny, przyznać muszę bez bicia, postarali się, żadnego umpa, umpa, same standardy: Webber, Armstrong i nawet „My fair lady” czy Strauss. Koncert dobiega końca, sala mała, więc hałas był naprawdę spory, nagle wszystko cichnie i w tym momencie waltorniście z pierwszego rzędu zaczyna jak oszalała dzwonić komórka. Niezłą miał melodykę. Śmiechu było co niemiara.
Impreza odbywała się w muzeum. Po części oficjalnej do mikrofonu dorwał się dyrektor obiektu i rozpoczął:
- Jak być może Państwo zauważyli, jest z nami orkiestra XY.
Siłą się powstrzymałam, żeby nie wrzasnąć:
- Tak??? GDZIE???

Uwaga!
Szanowni Zgromadzeni!
W dniu dzisiejszym (fuj, jak ja się brzydko wyrażam!) o godz. 12.00 pewien miły naczelnik stada ma szansę zostać magistrem.
Uprasza się o trzymanie kciuków.
Jutro wam powiem, czy z magistrem jest inaczej :o)

15 października 2008

Jeden dzień oddechu, choć pracowity

Jak juz onegdaj wspominałam, moja protoplastka przeżywa obecnie głęboką potrzebę wskazania wszystkim źródeł naszego istnienia. W związku z powyższym poleciła mi wziąć dzień wolnego, bym udała się wraz z nią do korzeni.
To wzięłam.
I się udałam.
Konkretnie to do Żywca się udałam, bo oboje protoplaści protoplastki (moi dziadkowie) stamtąd właśnie pochodzili. Tak, to ci ze zdjęć. Odnosząc się do komentarza, który pod zdjęciami zamieściła wtedy chyba soleil – usłyszałam wczoraj od mamy i jej kuzynki wykład na temat odłamów rodziny M., dzięki której świat zobaczył w końcu moje urocze oblicze. Kuzynka powiedziała:
- M. mieli różne odłamy: Bartosze, Głowacze, Kordziki. Wy z Kordzików. Kordziki były z miasta.
To wszystko potwierdza moją teorię, że ja nie mogę lubić grzebania w ziemi, bo ja jestem w genach z obu stron paniusia miastowa. CBDO.
Obejrzałam masę pięknych, sepiowych zdjęć. Odwiedziłam dwa żywieckie cmentarze i wreszcie trafiłam na grób słynnego wujka wąsiatego. Wujek był wujkiem mojej mamy i bratem dziadka. W rodzinie słynny z niesamowitych wąsów, w świecie – ze swej działalności dla Ojczyzny, co znajduje potwierdzenie na tablicy solidnego grobowca.
Na marginesie – po raz pierwszy zapytałam, czy mój brat otrzymał imię po wujku wąsiatym i potwierdziam swoje przypuszczenia.
Obejrzałam również dwie tablice pamiątkowe w centrum Żywca, na których z imienia i nazwiska wymienieni byli moi polegli dla Ojczyzny przodkowie. Niestety obecnie tablice zamieniono i w miejsce starych, z nazwiskami, zawisły nowe – ogólne i upamietniające. I tak to rozeszło się po kościach pokazywanie paluchem, kogo to się nie ma w rodzinie. Szkoda.
Jeszcze siedziby przodków, głównie ta na Półkolu – zamknięta na cztery spusty, bo w stanie zawału. Muszę przyznać, że na ten widok odrobinę drgnęło mi serce. Chętnie bym tam weszła, ale katastrofa budowlana to nie przelewki.
No i okazala kamienica w centrum Żywca – obecnie w stanie permamentnej walki rodzinnej o schedę, w której nie bierzemy udziału z powodu dbałości o zdrowie psychiczne. Choć na oko oceniam, że kamienica kamienicą, ale plac o takiej lokalizacji musi być warty majątek. Co oczywiście w żaden sposób nie wpływa na decyzję, żeby uciekać z krzykiem i nie dać się w to wplątać.
A poza wszystkim okazuje się, że to, że wolę rezygnować ze spadków niż się szarpać w gniewie, jest rodzinne. Kuzynka oświadczyła, że to właśnie mój dziadek był w rodzinie tym, który starał się łagodzić wszelkie spory o majątek, nawet własnym kosztem. Ma się w genach, nie?
Finalnie wylądowałam na plebanii w celu dotarcia do ksiąg i uzyskania pewnego wypisu, który – z roku 1894 – znajduje się w posiadaniu protoplastki, lecz jedynie w połowie. Druga połowa zaginęła w niezmierzonej pomroce dziejów.

A na koniec dopadł mnie psotnik i bez ostrzeżenia najechałam sadybę drugich-rodziców.
Chciałam tylko powiedzieć, że radość w oczach drugiej-mamy oraz uściski do utraty tchu, wynagradzają prostemu człowiekowi wszelkie trudy miotania się po kilometrach dróg. Ona to potrafi człowiekowi uzmysłowić, że jest mile widziany. Naprawdę.

13 października 2008

Poniedziałek, dzień pierwszy

Wyschła mi śluzówka.
Od gadania. Naprawdę. Poniedziałki mam po prostu tragiczne. Nie wiem, czy to jest tak, że ktoś w weekendy obmyśla sposoby, żeby się na mnie zemścić, ale zauważyłam, że góra jest nie do przerobienia. Na szczęście mój zespół jest bardzo zgrany i wspiera się wzajemnie, bo gdyby tak nie było, szlag by nas wszystkich trafił na pierwszym zakręcie.
Już trzynasta, a ja nadal mam niezrobione oko. Chyba dziś tym pogardzę.

Tymczasem Potomstwu się wydaje, że wynalazło chwytliwy tekst. Otóż wiadomym jest, że objawy alergiczne u Potomstwa wzmagają się przy okazji stresu. Wobec tego, jeśli dochodzi pomiędzy nami do wymiany zdań spornych, Potomstwo mówi:
- Denerwujesz mnie i teraz przez ciebie ja się drapię.
Erystyka. To po mamusi. Podrzucę jej Schopenhauera, niech się szkoli dalej.

PS Na marginesie. Ostatnio mówi też:
- Ty to na wszystko masz odpowiedź.
Ha! Podrzucę jej Schopenhauera, niech się szkoli dalej.

10 października 2008

Świętowanie

Raz do roku Archiwum X hucznie obchodzi swoje święto. W tym roku obchody przypadły na 9 października, albowiem nie zawsze istnieje możliwość, by miały one miejsce idealnie w dniu święta. Gala jest poważna, zaproszeni goście niesłychanie znaczący, do dumnie wypiętych piersi co niektórych przypina się ordery.
Po raz pierwszy od kilku lat, w tym roku byłam gościem (z tych mało znaczących), a nie organizatorem imprezy, co – nie ukrywam – przyjęłam z dużą ulgą. Mam bowiem w swoim repertuarze na kopy opowiadań o tym, co się zawaliło w poszczególnych latach. A zawalić się musi, bo impreza z wielką pompą, do załatwienia naprawdę wiele spraw i nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby wszystko zagrało. Ponieważ nasze doświadczenie w aspekcie organizacji obchodów jest już dość solidne, z roku na rok udaje się nam eliminować coraz to nowe zagrożenia. Niestety w ich miejsce, z niesłabnącą weną pojawiają się następne, których po prostu przewidzieć się nie da.
Pamiętam, jak w 2005 roku przebrnęliśmy przez preludium imprezy, czyli przywitanie i wprowadzenie do sali zaproszonych gości, których było bez mała ok. 700 czy 800. Wszyscy wygodnie rozsiedli się na widowni, pogasły światła i… nastała taka krępująca cisza. Wysiadło WSZYSTKO. Oświetlenie, dźwięk, wszystko. Gdyby strzeliły jedynie światła, sytuację można by ratować konferansjerką. Niestety… mikrofony nie działały. Stałam, jak zwykle, przy wejściu na scenę od strony widowni i kątem oka dostrzegłam, jak w przedłużającej się koszmarnie ciszy mojej Szefowej, otoczonej przez najznamienitszych zaproszonych, podejrzany kolor wypełza na twarz od strony szyi. Wierzcie, nie wierzcie – byłam niedaleka utraty przytomności. Na szczęście jeden z moich kolegów zachował przytomność umysłu i sobie tylko znanym sposobem uruchomił to, czego nie umieli ruchomić gospodarze obiektu.
Wczoraj byłam jedynie widzem, ale bez kozery mogę ogłosić, że organizacja święta roku 2008 przeszła najśmielsze oczekiwania. Bez specjalnych zgrzytów odbębniliśmy część oficjalną oraz przerwę na kawę i w tym momencie okazało się, że zakontraktowany zespół, dający popis w części artystycznej… odmówił występu. Po czym się spakował i zamierzał opuścić zgromadzonych.
Poza pracownikami na sali posłowie, senatorowie, europosłowie, arcybiskup, wojewodowie, marszałkowie i inne porażające osobistości. A tu imprezę, że się tak prostacko wyrażę, szlag trafił w całej rozciągłości. Straszenie karami umownymi nie przyniosło efektu, ponieważ zespół prychnął i powiedział, że go stać. Sytuację uratowała jedna z dziewczyn organizatorek, która się po prostu na zawołanie dramatycznie i publicznie rozpłakała, a następnie oświadczyła zespołowi, że w tej sytuacji nie ma już nadziei i wywalą ją z pracy z wilczym biletem. O dziwo – zadziałało. Co prawda zespół, zamiast godziny, grał 20 minut, ale przez ten czas udało się na szybko zorganizować zapchajdziurę i jakoś poszło.

Z niepokojem myślę o tym, co wydarzy się w przyszłym roku.

8 października 2008

Opowiadania, które mnie jednak wzruszają

W pewnym bardzo znanym szpitalu na Śląsku, cichymi rezydentami są dwa urocze koty. Cichymi, bo wiadomo, że nie wolno, choć mam swoje zdanie na temat zwierzęcych zdolności terapeutycznych, a w tym ośrodku akurat leżą ludzie w naprawdę strasznym stanie. W związku z tym przebywają tam naprawdę długo i bardzo potrzebują wsparcia. Ale wiadomo, jakie są warunki, w związku z czym koty rezydują na zewnątrz. Uporczywie dokarmiane i dopieszczane przez personel szpitalny różnych szczebli, żyją sobie w miarę komfortowo.
Pewnego dnia w umówionym pomiędzy kotami a personelem miejscu pojawił się trzeci kotek. W strasznym stanie. Słaby, ledwo podnoszący się do przynoszonego jedzenia, w poważnym stopniu opanowany przez świerzbowca, wyliniały i okryty paskudną skorupą. O miejscu umówionym prawdopodobnie nie wiedzą wszyscy pracownicy, a już na pewno nie wie dyrekcja szpitala. Wiedzą ci, którzy wiedzieć mają. Kotkowi z dnia na dzień pogarszał się stan zdrowia i zaczynało wyglądać, że to wszystko długo już nie potrwa. I tak zapewne by było, gdyby nie jeden z lekarzy, który – dotąd obojętny – nie wytrzymał.

Ostatnio obaj z kotem byli widziani pod schodami, gdzie uprawiali różne praktyki medyczne. W wyniku trwających od jakiegoś czasu ściśle utajnionych praktyk, skorupa znikła prawie całkowicie, sierść odrasta w zadziwiającym tempie, a spod paskudnego liszaja wychynęły ogromne, piękne, zielone oczy, którymi z pełną ufnością wodzi się za człowiekiem, który nie został obojętny.
Na pytanie, co tam się dzieje pod schodami, pan doktor, ocierając pot z czoła, odpowiedział:
- Obecnie podaję pacjentowi leki doustnie. Myślicie sobie, że to tak łatwo?

Podsumowując – jest jeszcze duch w narodzie!

6 października 2008

Najpiękniejsze są powroty

Otóż zdecydowanie, choć poniekąd czuję się kundlem*, moje miejsce na ziemi jest właśnie tu – ściśle związane z Potomstwem, Prezesem, kocią szajką, rodzicami, zacinającym się domofonem i lampką nad łóżkiem. Odczuwam to szczególnie mocno, kiedy zmęczona wspinam się po schodach na drugie piętro, wspinaczce towarzyszą dobrze znane zapachy i dźwięki, a u jej kresu oczekują otwarte ramiona, policzki nastawione do buziaczków i wirujące ogony. I nie ma wcale znaczenia, że nie było mnie w domu zaledwie jeden dzień.
Jestem kretem.
Lubię swoje wydeptane ścieżki, rzucone na podłogę rzeczy mojej córki**, artystyczny nieład w wykonaniu Prezesa i to ulotne coś, czym pachnie mój dom. Słaba ze mnie podróżniczka, słowo daję. Pamiętam jak kiedyś wracałam z pracy późnym wieczorem, autobusem. Wysiadłam na przystanku przed domem w ciemną noc i nagle poczułam, że muszę biec. Więc biegłam (na szpilkach!) do domu, a gdzieś w środku eksplodowała we mnie głęboka wdzięczność za tę potrzebę biegu, za cel, do którego tak bardzo prędko chciałam dotrzeć.
I nie roztkliwiajcie się, brudne gary stały w zlewie! Zadziwiające są te zmiany nastroju…

W Warszawie oczywiście irytująco. Ale co tam będziemy o pracy.

A w sobotni wieczór zwaliła się do nas pokrzykująca i śmiejąca się silna grupa pod wezwaniem rodzicielstwa zastępczego, którą – w swym kwoczym instynkcie – nakarmiłam i napoiłam, a także usilnie chciałam zatrzymać na dłużej niż dwie godziny, choć sumienie nie pozwalało, bo grupa używała argumentów z dolnej półki na temat dzieci i psów. Wymogłam jedynie obietnicę, że wrócą niebawem, znęceni – jak podejrzewam – wizją moich ewentualnych starań w zakresie kulinarnym. Albowiem wrzeszczące wywieszanie się przez okno nie jest argumentem przywabiającym. Tak, druga-mamo, wychodzi na to, że sąsiedzi też się cieszyli z waszego przyjazdu ;o)

I jeden dzień zaledwie nie było mnie w pracy, a wygląda, jakby to był miesiąc, więc wybaczcie, ale biegnę do tej orki na ugorze.
A jutro ze wszystkich sił będę się starała odeprzeć atak specjalistów do spraw bhp, którzy (o zgrozo!) gwałtownie pragną mnie przeszkolić. A psik!!!

* Urodziłam się w Bielsku, z którego wycięto mnie we wczesnym dzieciństwie, więc nie czuję się z Bielska. 20 lat mieszkałam w Katowicach, ale się tam nie urodziłam, więc nie czuję się z Katowic. 4 lata mieszkałam w Siemianowicach, ale to była tymczasowość, więc nie czuję sie z Siemianowic. 10 lat mieszkam w Chorzowie, ale chcę się wyprowadzić, więc nie czuję się z Chozowa. Ot, kundli los…

** bezecna córko, która namiętnie tu bywasz – to jest środek literacki, METAFORA. I już mi do sprzątania tego chlewu! Biegiem MARSZ!!!

2 października 2008

Przeprowadzam małe zmiany

Jakby mi było mało nieustannych nieobecności w pracy w najbliższych dniach, to jeszcze kazałam sobie dzisiaj wymienić komputer.
Masakra.
Oczywiście wszystko przebiegło nad podziw sprawnie, ale mimo to byłam pewien czas wyłączona z obiegu, a w dodatku mam zupełnie inną klawiaturę i trochę mi czasu zajmie przyzwyczajenie się do niej, co wydatnie wpływa na szybkość pisania. No i muszę patrzeć, gdzie stukam, bo inaczej ciągle trafiam nie tam, gdzie trzeba.
No jasne, wiem, że to się unormuje, ale jak po raz kolejny nie trafiam w Alta, to się stresuję.

Jutro wyjeżdżam do Warszawy (aloha Cotku, Cocie i Córciu) i nieustannie odnoszę wrażenie marnowanego czasu. Zwłaszcza, że z siedem godzin spędzę w pociągu w te i wewte, bo magistrala w remoncie i są PLANOWE opóźnienia.
Jak w najlepszym horrorze z lat osiemdziesiątych.
Muszę wstać o 4.00, żeby zdążyć na pociąg o 6.00, narada trwa do 16.00, a pociąg powrotny mam o 17.31, bo go przesunęli. Planowo. A bezplanowo będę stała do 40. minut w szczerym polu. A niech to!!!

I w dodatku nie zainstalowała mi się nowa przeglądarka, więc nie mam zakładek. Wrrr…

1 października 2008

Relacje

Wprowadzenie: Karol kocha Prezesa. Większej miłości świat jeszcze nie oglądał.

Osoby:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
23.00

Miejsce akcji:
sypialnia, a konkretnie: łóżko

Prezes: Tołdi!
prezesowa: Kogo ty wołasz?
Prezes: Tołdiego. Ja jestem jego księciuniem, więc on jest moim Tołdim*.

* Co, nie oglądaliście nigdy Gumisiów?

27 września 2008

Podsumowując

Nie mogę powiedzieć – ludzkość odniosła się do mnie ciepło. Podpisałam wszystkiego z 10 pism przez 2 dni. Skądinąd wiem, że nie znaczy to, że nie pracowali. Po prostu odkładali na kupkę w oczekiwaniu na powrót szefów, wypychając jedynie to, co czekać nie mogło. Wobec powyższego myślę o wszystkich z dużym ładunkiem ciepła.
Szefowie pewnie mniej, jak wrócą i to zobaczą.

Jestem na etapie potężnego niechciejstwa. Mimo wszystko wzięłam udział w sprzątaniu tego chlewu i nawet sprokurowałam żurek z jajkiem, ziemniakiem i kiełbasą. A potem zadzwoniło Potomstwo, które z innymi bachorami przebywa na zewnątrz, oznajmiając, że jadą do centrum handlowego i tam zeżre. No i dobrze.
Mam wrażenie, że jednak za mało czasu spędza z rówieśnikami.

Pękłam i postanowiłam jednak przeczytać Harrego Pottera. Żeby nie było. Zanim zaczęłam się wypowiadać na temat Harlequinów, też najpierw przeczytałam. W dodatku cztery, żeby nie było gadania, że po jednym oceniać nie można.
Więc jeśli idzie o Harrego, to oczywiście, że dla dzieci. I nieco nieporadny językowo oraz w kwestii łańcucha przyczynowo – skutkowego. Ale da się czytać.
Jakby kto chciał, to po skończeniu czytania będę miała na zbyciu 4 tomy.

26 września 2008

Przepracowani?

Ostatnio robię porażające rzeczy w pracy i zaczynam się niepokoić swoim stanem umysłu. Wyspowiadałam się z tego przed pracownikami, wywołując falę radości. Na szczęscie pocieszono mnie, że nie tylko ze mną jest tak źle.

Parę dni temu wychodziłam z pracy, ciagle tocząc rozmowy przez komórkę. Spakowałam torebkę, przytrzymałam telefon ramieniem, zamknęłam drzwi, odeszłam kilka kroków i z nawyku spojrzałam, czy zabrałam ze sobą wszystko, co trzeba. Stwierdziwszy brak, powiedziałam do telefonu – do jednej z moich kierowniczek:
- Poczekaj chwilę, muszę się wrócić. Zajrzałam do torebki i widzę, że nie zabrałam komórki.
I zapadła taka krępująca cisza…

Dziś, jak zawsze, zanim weszłam do swojego pokoju, wpadłam do moich dziewczyn na pogaduchy poranne. W pewnym momencie zakomunikowałam:
- Moment, idę do siebie, odłożę graty i zaraz tu wrócę.
Wyjęłam z torebki kluczyki od samochodu, stanęłam przed drzwiami i… naciskam na kluczyk, żeby otworzyć centralny zamek.
Nie muszę wyznawać, że bez efektu?

Dziewczyny popłakały się ze śmiechu.
Nagle jedna z nich wyznała:
- Nie martw się, dwa dni temu otwarłam drzwi wejściowe na dole w Archiwum X, po czym sie przeżegnałam, jakbym wchodziła do kościoła.

Przeciążenie?

25 września 2008

Ciiiiii…

Mówię do Was szeptem, bo jestem zakonspirowana.
Wszyscy dyrektorzy i kierownicy oprócz mnie pojechali na dwudniową naradę i trafiło mi się najbardziej znienawidzone u nas zastępstwo – za szefa. Przekradłam się świtkiem (jeśli można mówić o jakimś świtku do jasnej cholery – leje enty dzień) do swojego pokoju i nawet radia nie włączam, może ktos pomyśli, że mnie nie ma.
Wczoraj po południu zadzwoniła sekretarka:
- Wszyscy pytają czy będziesz podpisywała korespondencję wychodzącą.
- Powiedz im, że umarłam i jestem analfabetką.

Wysłałam koło południa maila do moich kolegów i koleżanek kierowników w budynku:


Moi drodzy!
Zwracam się do was wszystkich z wielce uprzejmą prośbą, abyście postarali się wypchnąć wszystkie wymagające decyzji Szefa (któregokolwieka bądzia) sprawy dziś.
Ponieważ Szefów, jak wiadomo, nie ma jutro i pojutrze.
Jestem natomiast ja. I chciałabym jeszcze pożyć.
Że nie wspomnę o świadczeniu pracy na rzecz Archiwum X.

Będę zobowiązan. I oczywiście cała moja rodzina.

Dwie godziny później okazało się, że wybrałam nie tę grupę kierowników, którą chciałam i mail, zamiast do sąsiednich pokoi, trafił do wszystkich podległych mi kierowników w dwóch województwach… Radości nie było końca, naprawdę.
Przed piętnastą udałam się do naczelnego, nieśmiało popiskując:
- Szefie, a jakby co, to mogę dzwonić*?
- No pewnie.
Co za ulga, uffff…

Na marginesie, informacja dla zainteresowanych: znajduje finał historia, którą opisywałam parę dni temu – ta z odmową wykonywania poleceń. Delikatnie zasugerowałam szefowi, żeby – korzystając z nadarzającej się narady – porozmawiał chwilkę z przełożonym kierownika z miasta maryjnego i podpowiedział mu z wdziękiem, żeby się ciut uspokoili. Odmówił. Powiedział, że w poniedziałek mam napisać do niego (tego dyrektora z miasta maryjnego) pismo, że w związku z odmową wykonywania poleceń oraz skutecznym omijaniem meriutuum sprawy i nieudzielaniem odpowiedzi na nasze pytania, ma wyciagnąć konsekwencje służbowe od osób winnych zaniedbania.
No i się chłopak doczekał. Fikał, fikał, się dofikał.
A poważnie to jest mi trochę przykro i próbowałam odwieść szefa od tego pomysłu. To znaczy – fajnie mieć dyrekcję po swojej stronie, jasne. To bardzo wiele, kiedy szef stoi za tobą murem. Ale nie jestem zwolenniczką przywalania z aż tak grubej rury. I trochę się martwię, że im się dostanie. Uważam, że zawsze można się jakoś dogadać. Naprawdę szkoda, że tak się to kończy.

A teraz ciiiii… Idę, zgaszę światło i zastygnę nieruchomo jak waran.

* Nie podejmę sama żadnej decyzji, choćby mnie przypiekali żywym ogniem.

24 września 2008

Niepokój

Siedzącemu naprzeciw szefowi pokazuję brodą paczkę papierosów. Ten usmiecha się dwuznacznie i odpowiada:
- Rozpalasz mnie…




- Cha, cha, cha – reaguję – zabawne… Miło patrzeć, jak ewoluujesz językowo. A to wszystko dzięki mnie.

Cha, cha, cha???
Naprawdę zaczynam się niepokoić. Żebym tylko nie musiała poszukać sobie nowej pracy.

23 września 2008

Wtorek

- Czemu jesteś taka zmęczona? – zapytał w słuchwce głos Kryni Niespokojnej.
No właśnie. Czemu?

Dziś byłam na wycieczce. Zwiedziłam Pszczynę, Czechowice – Dziedzice i Skoczów. Niestety głównie samochodem i w tempie. Za to wykonałam trzy kontrole, które wypadły zadowalająco i jeszcze zdążyłam wrócić do pracy i ogarnąć burdel.

A propos burdel.
W mojej części Archiwum X jest zwyczaj używania tzw. teczek obiegowych. Teczka obiegowa jest kawałkiem brystolu, większym nieco od formatu 2 x A 4, złożonym na pół, z nadrukowanymi krateczkami. W teczkę wkłada się pismo, w krateczki wpisuje obieg pisma (skróty nazw komórek organizacyjnych), przychodzi goniec i z tym goni. U mnie w dziale jest specjalny stoliczek. Po jednej stronie stoliczka jest napis „kierownik”, a po drugiej „ekspedycja”. Ludzkość produkuje tony papieru i kładzie w teczkach na kupce „kierownik”. Potem przychodzę ja, przetwarzam ten burdel i po podpisaniu, odkładam na kupkę „ekspedycja”.
A wszystko to piszę po to, żeby was poinformować, że ludzkość niczego nie wypchała pod moją nieobecność, więc na kupce „kierownik” leżała KUPA obiegówek, a na szczycie tej kupy – 3 cukierki toffi. Gratyfikacja?

A propos gratyfikacja.
Przedstawicielka pewnej firmy, z którą współpracujemy, zawaliła jedną sprawę i w ramach przeprosin przyniosła mi gratyfikację. Gratyfikacja była urocza w wyglądzie (opakowanie), a w środku mieściła litrową butelkę adwokata o dziwnej nazwie Bella Bomba. Znaczy podejrzewam, że to jest adwokat, bo w składzie ma jaja. Adwokat jest jednym z nielicznych alkoholi, których kijem nie tykam, bo mam mdłości na sam widok. Wolałabym butelkę czystej, której też nie pijam, ale mam odbiorców. A poza wszystkim – nie cierpię takich sytuacji. Gratyfikacje z zasady są be.

A propos be.
Kot, jak chce, to tupie.
To jest irytujące.

Doniesienie z ostatniej chwili: kot przeszedł obok mnie (tupiąc) do sypialni. Zabrał gąbkę do mycia naczyń i udał się w nieznane.
Padł na mnie blady strach.
Aha! I Mietek się pojawił. A następnie zniknął. Nie zdążyłam go zasilić.

22 września 2008

Owszem, żyję

Ale koszmarnie jestem zmęczona. Nic mi się nie chce, nic. Zaraz zresztą przebiorę się w piżamę i zakopię się w piernaty. Z książką. Bo nie wiem, czy wiecie, ale nadeszła jesień.

BU.

PS Moja matka jest potworem. Dała mi w prezencie dwa słoiki powideł śliwkowych. Jeden już ordynarnie zeżarłam. Pyszne. Nie lubię przesłodzonych, a te są w sam raz. Powiedziałam jej wczoraj, że uważam jej czyny za haniebne.
Dosłała następnych siedem słoików.
Redakcjo!!! Pomóżcie!!!

19 września 2008

Podróże kształcą

Redakcja uprzejmie prosi co wrażliwszych PT Czytelników o wysikanie się przed przeczytaniem tej notki.

Wczorajszym popołudniem popracowym udałam się do mojego kuzyna, który w sytuacjach kryzysowych wspiera mnie farmakologicznie. Jak zwykle w takich sytuacjach, wywiązała się pomiędzy nami dyskusja na tematy różne. Zeszło na wtórny kretynizm społeczny. W walce o zaszczytne miejsce na podium bezwzględnie na czoło wybiły się trzy przypadki.

MIEJSCE TRZECIE, medal brązowy, nagroda w postaci westchnień tłumu.
Po dwóch dniach od zrealizowania recepty na Nystatynę (tabletka dopochwowa), w aptece ponownie pojawia się pacjentka i pyta:
- Panie magistrze, te tabletki nie są zbyt skuteczne. A może można je stosować dopochwowo?
Komentarz readkcji: dwa dni brała doustnie, bo przeczytała na opakowaniu tylko słowo „tabletka”.

MIEJSCE DRUGIE, medal srebrny, nagroda w postaci chichotu i pojedynczych pisków.
Do różnych produktów, w tym części leków, dołączany jest absorbent wilgoci w postaci granulatu w małej, papierowej torebeczce, na której wołami stoi: „don’t eat”. Po pewnym czasie użytkowania leku w formie płynnej, w aptece pojawia się pacjent i mówi:
- Panie magistrze, ten syrop, od czasu, jak dołączają do niego te kuleczki, to o wiele lepiej działa. Do każdej miarki syropu wrzucam sobie dwa ziarenka i jestem bardzo zadowolony!
Komentarz redakcji: chorzy mają czasem końskie zdrowie.

A teraz uwaga! W pełni zasłużone MIEJSCE PIERWSZE, złoty medal, wiwaty tłumu i noszenie na rękach.
Tadaaaaaaam!!!
- Panie magistrze, niech pan coś zrobi w sprawie tych pojemników, co to się w nich kupę do badania oddaje. Bo ta łyżeczka, co jest w środku, strasznie rani odbyt!
Komentarz redakcji: i pomyśleć, że mogłam nie potrzebować pomocy, nie pojechać do apteki i nigdy tego nie usłyszeć!