30 lipca 2013

1215

No po prostu choruję obecnie na Zespół Odrzucania Od Komputera. Nie wiem, nie rozumiem, jeszcze mi się nie zdarzyło. Faktem jest, że jak spojrzę na klawiaturę, to mam odruch wymiotny.
Jednak nic nie może przecież wiecznie trwać. Przez pacię upomnianam, to wracam. Może się rozkręcę, wszak muszę, góra zaległości mi urosła. Obrzydlistwo.

Dziś, Proszę Państwa, w roli głównej Dzik.

Dziecię moje chrzestne w czerwcu ukończyło szczęśliwie latka dwa i odblokowało sobie gadanie. Jak to w takich sytuacjach bywa - popadło z jednej skrajności w drugą. Mianowicie gęba mu się nie zamyka nawet na sekundę. Dzięki temu odkrywamy coraz to nowe złoża jego elokwencji.
Jest również koszmarnym potworem i daje popalić. W związku z powyższym zdesperowana matka uciekła się do narzędzi rodem z sali tortur i grozi rozwydrzeńcowi deską kuchenną drewnianą. Ostatnie osiągnięcie:

Matka Rozwydrzeńca: Jeśli natychmiast nie przestaniesz, to idę po deskę!
Rozwydrzeniec: Mamucia... Na deskę jestem uciulony!

18 lipca 2013

1214

Latam jak z pieprzem.
A tu do Urzędu Miasta, a to na negocjacje, a to na pocztę, a to... Dajcie spokój.
Inwestor od drzewek dość się podniecił naszą aktywnością. Próbuje różnych sztuczek. Koledze groził sądem. Mnie za to próbował przekupić. Pewnie mam sympatyczniejszy wygląd. Albo... Nie, żebym nie była zainteresowana, ale, Proszę Szanownych Państwa, jak kraść, to miliony. A nie tam na drobne się rozmieniać. Siedzieć pójdę za pińć złotych, to się nie kali.

Tymczasem brytyjskie dziecko donosi, że dzień trzeci, pracy niet. Dobrze choć, że dach nad głową (fajnie, fajnie, mamo: łóżka, szafa i grzybica), pożywienie jest i ogólnie dobrze się czuje. Ja myślę - matka jej nad uchem nie brzęczy. Też bym była zadowolona.
W pobliżu podobno istnieje jakaś hurtownia kosmetyków. Może im się uda zaczepić. Czymta kciuki.

15 lipca 2013

1213

Wiadomość telegraficzna w przelocie.

Zuzia niestety nie dostała się na uniwerek. Ludzie, mimo niżu demograficznego, walili drzwiami i oknami. W związku z powyższym pozostały nam studia płatne. Przyjmuję datki w dowolnych kwotach. Im wyższe, tym lepsze. Darczyńca najatrakcyjniejszej kwoty może liczyć na laudację na tym blogu. A nawet panegiryk, jeśli zechce (rymuję). Oraz dozgonną wdzięczność.

Tymczasem jutro o poranku udajemy się na lotnisko, celem związania progenitury ze zmywakiem. Zupełnie nie jestem zestresowana. Zupełnie.

Przy okazji odbyłam spotkanie z inwestorem (od tych drzewek). Niestety pokoju między nami nie będzie. Wprost z hali odlotów ruszam do Urzędu Miasta, uzbrojona w fachowca, którego zadaniem jest poszukanie dziury. A cosik mi się widzi, że znajdziemy.

Biegam, pędzam, gnam. Ale będę zaglądać. Głównie przez telefon.

14 lipca 2013

1212

Wczorajsza psia wizyta niestety nie została uwieńczona sukcesem. Babcia Sąsiadka naturalnie cieszyła się na widok sympatycznej suczki Oli, głaskała ją po główce i karmiła ciasteczkami, ale stany lękowe i depresja wygrały. Pewnie gdybym przyszła sama z pieskiem, radości nie byłoby końca. Ale dwie dodatkowe, obce osoby... to było za wiele.
Okazało się przy tym, że w zeszłym tygodniu naraz zmieniły się dwie osoby opiekujące się Babcią Sąsiadką: pielęgniarka i pani z MOPSu. Starsi ludzie zwykle nie lubią zmian. Szczególnie większych zmian. A jeśli do tego dodać lęki, to uzyskujemy klops.

Nie, żeby się Babcia Sąsiadka z wymiany opiekunek nie cieszyła. Obu nie lubiła i tęskni za panią, która pomagała jej przez pięć lat. Niestety część pozytywna tych nowości została przyćmiona przez lęk przed nieznanym. Starałam się nakierować jej myśli na jasną stronę całej operacji, ale to trudne. W związku z powyższym uznałam, że zamontujemy Babci Sąsiadce uchwyty przy ubikacji i wannie, bo nie ma, a ich zaistnienie poważnie podniesie standard jej życia. No i, mam nadzieję, wpłynie na poprawę humoru.

A jeszcze deszcz. Oby się pogoda nieco podniosła, bo pochmurne poranki nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej. Gdy za oknem plucha, łatwiej się myśli o zakończeniu tej przykrej wędrówki.
- Czemu tu nie ma gazu, cholera? - pyta mnie Babcia Sąsiadka.
- No właśnie temu - odpowiadam spokojnie i nawet mi powieka nie drgnie. - W związku z powyższym może się pani ewentualnie upiec w piekarniku.
Pani Małgosia, pomimo depresji, ma poczucie humoru.
- Jak się pogoda poprawi, zawieziesz mnie nad staw?
- Ma się rozumieć.
- Zła jestem na siebie. Zamiast kupić to mieszkanie, mogłam zamieszkać nad tym stawem. Była wtedy okazja. Tam jest tak ładnie.
- Zgadza się. A jak komary tną!
- A wiesz, że o tym nie pomyślałam? Faktycznie.

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Żeby podkreślić istnienie tych pierwszych, skoczyłam po jej ulubione maliny. Były ogromne, napęczniałe sokiem, wygrzane słońcem i piękne. Okazały się najjaśniejszym punktem deszczowej soboty.

1211

Zuzanna powraca do domu po północy i opowiada. 
Że policja za nią jechała przez jakiś czas. 
Że gdzie ona, tam i oni. 
Że nagle włączyli koguta i ją skontrolowali. A tu samochód zarejestrowany na kogoś zupełnie innego.
A następnie, z właściwym sobie (i mnie) poczuciem humoru, podsumowuje:
- Ale by było śmiesznie, gdybym zwłoki wiozła, a oni nie kazaliby mi otworzyć bagażnika.

13 lipca 2013

1210

YES, YES, YES!

Wreszcie pojawiło się hasło dupa pawiana. Właściwie to dupa pawiana galaretka. O co kaman? Ktoś wie?

12 lipca 2013

1209

Czasami trzeba się rozerwać, więc pojechałam na wycieczkę, która miała, prócz rozrywkowo - towarzyskiego, również cel zapoznawczy.
I się zapoznałam.
O!



Sama rozkoszność. Niespełna trzymiesięczna.

A potem zaczęłam szukać po kątach i znalazłam jeszcze taki mały pakuneczek, a w środku...


...niespodzianka, rzec by można. Urocza.

11 lipca 2013

1208

Zdaje się, że zaniedbałam lekko temat Babci Sąsiadki. Aktualizuję więc.

Wybrałyśmy się w tę podróż sentymentalną z poziomu kanapy w dużym pokoju. Pani Małgosia, z początku zdumiona, a potem zaintrygowana, przyglądała się, jak rozkładam sprzęt i szukam gniazdka.
- Wyruszamy - poinformowałam, otwierając pierwszy katalog.
Za zdjęciu widniał jej dawny dom. Z uciechy klasnęła w ręce.
- O! Tu! Tu, zobacz! Tu było moje okno!
Na szczęście i ja sporo miejsc pamiętam z końca lat siedemdziesiątych oraz osiemdziesiątych, więc mogłam zadawać pytania pomocnicze.
- A przypomina pani sobie tę chatkę Baby Jagi na kurzej nóżce, co w niej milicjant na Rondzie siedział i ruch obserwował?
- A do Kryształowej pani chodziła?
- Gdzie się wczasy załatwiało w latach osiemdziesiątych?
Babcia Sąsiadka ochoczo odpowiadała na wszystkie pytania. Kiedy skończyłyśmy przeglądać zdjęcia z pierwszego katalogu, z zadowoloną miną poleciła mi: jeszcze! Byłam przygotowana.
Ruszyłyśmy na Rynek, przeszłyśmy ulicą 3 Maja pod dworzec, który dziś już nie istnieje, obejrzałyśmy delikatesy pod hotelem, ulicę Warszawską, porównałyśmy wygląd niektórych miejsc na zestawieniach "dawniej - dziś". Skoczyłyśmy przyjrzeć się Spodkowi w budowie, Pomnikowi Powstańców, wyburzonym w latach pięćdziesiątych kamienicom, sprawdziłyśmy stan teatru, gdzie Babcia Sąsiadka z uwagą wysłuchała prelekcji pt. Teatr im. Stanisława Wyspiańskiego po remoncie - jak dobrze jest coś czasem podświetlić.

Po pewnym czasie zauważyłam, że jest troszkę zmęczona, więc machnęłam dyskretnie czarodziejską różdżką, niezauważenie omijając parę miejsc, i wywołałam na ekran zdjęcie ostatnie - pozostawione na deser.
- A co my tutaj mamy? - zapytałam podstępnie.
Pani Małgosia poprawiła okulary i w napięciu zaczęła przypatrywać się zabudowaniom.
- Nie wiem...
- Oczywiście, że pani wie. Codziennie tam pani przychodziła.
Zastygła na parę sekund, a następnie aż podskoczyła na fotelu.
- Wydawnictwo! Moje wydawnictwo! Patrz, patrz, tu był mój pokój! Tu siedziałam, tu miałam okno!
Zachwycona stukała palcem w ekran, wskazując coraz to nowe punkty. A potem spojrzała na mnie w skupieniu i rozpłakała się.
- Tyle lat, tyle lat... Kiedy to minęło? Gdzie to wszystko jest? Ach, Asiu, ile ty mi radości sprawiłaś, nie wyobrażasz sobie.
No to fajnie, że się udało.

Tymczasem powoli klaruje się sprawa z psią wizytą. Poznałam przez internet przemiłą, bezinteresowną Izę, która prowadzi dom tymczasowy dla psów i w sobotę przejedzie kawał drogi, żeby przywieźć Babci Sąsiadce sunię do pogłaskania i inną babcię do pogadania. Zadzwoniłam dziś do niej, żeby omówić szczegóły, gadałyśmy jak najęte przez 20 minut i nie mogłyśmy przestać. Na koniec Iza przypomniała sobie, że zna fajną wolontariuszkę ze schroniska dla zwierząt obok naszego domu i wymyśliła, że ponegocjuje z nią, aby przy okazji spacerów z psami wpadała z wizytą do pani Małgosi.
Jacy świetni ludzie chodzą po świecie... Niesamowite.

Tymczasem zadzwoniłam do Babci Sąsiadki i uprzedziłam ją tajemniczo.
- Jakie plany na sobotę, pani Małgosiu?
- Żadnych.
- A nieprawda!
- Nieprawda? To jakie mam plany?
- Niespodzianka. Proszę być wyspaną, ubraną i uśmiechniętą.
- I co się będzie działo?
- Przecież nie mogę powiedzieć, bo nie byłoby niespodzianki.
Ponieważ Babcia Sąsiadka zgodziłaby się prawdopodobnie nawet wtedy, gdybym powiedziała, że wywiozę ją do lasku, przywiążę do drzewa i zostawię, powiedziała tylko: dobra! i nie pytała o nic więcej.

Już się cieszę, gdy pomyślę, jak ona się będzie cieszyła. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.

10 lipca 2013

1207

Rysiki pojemnościowe gubię na potęgę. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo innych rzeczy nie gubię. Po prostu jestem jakimś wypasionym rysikogubcą.
O, takie to już zgubiłam dwa. Czarny i srebrny. (Na szczęście para kosztowała 13 zeta, więc przeżyję).


Nie lubię paluchem. Wolę rysikiem. Poszłam więc na całość. Znalazłam aukcję, kupiłam od razu 10 sztuk. Jak szaleć, to szaleć. W dodatku każdy w innym kolorze. Kto bogatemu zabroni. Wraz z kosztami przesyłki popłynęłam na tym interesie 13,80 zł. Jestem z siebie dumna. A jeszcze bardziej dumna będę, kiedy przyjdą. I okaże się, że na przykład w całości.
A gdy je wszystkie zgubię (co nastąpi raczej prędzej niż później), to sobie kupię kolejnych 20. Albo i pińcet. Po groszu. A co!

9 lipca 2013

1206

Otóż postanowiłam wystartować w konkursie na najgorszą matkę roku. Nie udało się zająć pierwszego miejsca, ale otrzymałam wyróżnienie specjalne. Dziękuję.

Zapomniałam zapłacić wpisowego...

Termin był do 5 lipca. Doskonale o tym wiedziałam i wcale nie odkładałam tej czynności. Przypilnowałam, aby Zuzanna zarejestrowała się na stronie uniwersytetu, sprawdziłam prawidłowość wpisanych informacji, uzyskałam login i hasło do konta (na wszelki wypadek, bo dziecko jedzie na zmywak dzień po ogłoszeniu wyników), zadbałam o pełnomocnictwo notarialne oraz potwierdzona notarialnie kopię dowodu osobistego, jakby co. Wydawało mi się, że trzymam wszystkie sznurki i nic się nie wypsnie. I zapomniałam zapłacić.
Kolorytu dodaje fakt, że się do tego zobowiązałam na prośbę zainteresowanej.

Coś mnie niewyraźnie tknęło w niedzielę wieczorem (7 lipca). Taki dziwny niepokój. Przyczyna nieznana. Zagnało mnie w poszukiwaniu źródła świądu na stronę rekrutacji. Zajrzałam na konto... status niezweryfikowany. I wtedy to do mnie dotarło z całą mocą. Zawaliłam. Zniszczyłam dziecku plany życiowe. Córce jednorodnej.

Co ze mnie za matka?!

W poniedziałek punktualnie o 9 zadzwoniłam na uczelnię. Telefon odebrała przemiła pani. Wyznałam jej wszystkie swoje grzechy, uklękłam w kącie na grochu, posypałam się popiołem i wyjęczałam:
- Niech mi pani pomoże. Błagam...
I wtedy padły słowa, stanowiące najmagiczniejsze z magicznych zaklęć. Moje ulubione.
- Proszę się nie denerwować. Znakomicie panią rozumiem. TEŻ JESTEM MATKĄ.

O, błogosławione, wszechmocne Porozumienie Matek Ponad Podziałami. Ty, które nie znasz przeszkód, koloru skóry, oczu i włosów, co nie kierujesz się religią ani przekonaniami politycznymi. W zamian każesz wyciągnąć rękę do innej kobiety, bo martwi się o swoje dziecko. Cudowne. Nurzam się w tym.

Uczelnia na szczęście rozumie, że debile są wszędzie i, pomimo surowych komunikatów (decyduje data wpływu na konto uczelni), pochyla się nad nimi. Ale i tak nie mogłam jeść ani spać. Masakra.
Status zmienił się na zweryfikowany dziś przed południem. Z ulgi wszystko mi zwiotczało. Jak się nie dostanie, to będzie JEJ WINA! Hurra!

PS Kiedy dziś tam dzwoniłam, dyżur pełnił sympatyczny pan. Krótko nakreśliłam sprawę.
- Wiem! - Wykrzyknął radośnie. - Wszyscy już wiemy.
Zuzanna jest bardzo szczęśliwa, że na kolejnym etapie edukacji zrobiłam jej entrée.

7 lipca 2013

1205

Nie jestem w stanie pisać, bo właśnie sobie uświadomiłam, że zawaliłam bardzo ważną sprawę. Chyba sobie nogę odgryzę...

5 lipca 2013

1204

A jak poszedł król na wojnę,
Grały jemu surmy zbrojne,
Grały jemu surmy złote
Na zwycięstwo, na ochotę...*

No to idę. Bo jak nie pójdę, to mi wytną przydomowy lasek. O, ten:


Wytną i postawią bloki. Oczywiście zamieszkałam tu, by gapić się komuś w okna. Absolutnie nie dlatego, by cieszyć się spokojem i zielenią. Chciałam mieć widok na mur ogniowy.
Jestem zła.

Wszelkie przejawy zagrzewania do boju, będą w najbliższym czasie mile widziane. Jakieś HU-HA-nie, pokrzykiwanie: walcz! walcz!, a także dobre rady, z czego by tu jeszcze skorzystać. Nie ma pomysłów złych ni głupich. Potrzebuję wsparcia. Nie zawiedźcie.


* Maryja. Maryja Konopnicka.

3 lipca 2013

1202

Kontynuuję wątek.

Wczoraj słońce ruszyło wreszcie leniwe dupsko, co wydajnie wpłynęło na mój nastrój oraz, że tak powiem, napęd. Czyli: latałam jak kot z pęcherzem. Wizyta u notariusza, w lokalnym oddziale NFZ, zakupy, praca z tekstami, maile, maile, maile, telefony, telefony, telefony. Finalizując obiad zostałam tknięta myślą, że jakoś jasno za oknem, a do tego przyjaźnie. A ja na ten spacer...
Nie było odwrotu.

Zadzwoniłam więc.
- Spacerek? - zapytałam nieśmiało.
- TAK!
- A jest pani ubrana?
- TAK!
Rzeczywiście była. Nawet dość wystrojona, za co natychmiast ją pochwaliłam. Postałyśmy chwilę przed domem, pani Małgosia cieszyła się słońcem, ciepłem i zielenią. Potem przeszła do konkretów.
- Dokąd mnie zabierzesz?
- Gdzie tylko pani chce.
- Pójdziemy do sklepu? Nie mam nic do picia.
- Pewnie.
- I gdzie jeszcze?
Widzieliście ją, wyczynowiec się znalazł. Dwa lata nie wychodziła i od razu chce bić rekordy.
- A jest pani pełnoletnia? - upewniłam się z kamiennym wyrazem twarzy.
Zachichotała jak pensjonarka.
- To idziemy na piwo!
- Naprawdę? Do tej knajpki obok? Tej z ogródkiem? Naprawdę mogę?
- Tylko pod warunkiem, że ma pani 18 lat.
- Mam!
- Ja też mam. Kto nam zabroni?
- Cudownie! - Roześmiała się.
Zrobiłyśmy drobne zakupy i powolutku przeszłyśmy do małego ogródka. Usadziłam ją pod parasolem, przyniosłam zamówiony napój, zapaliłyśmy po papierosie. Cieszyła się całą panią Małgosią.
Poplotkowałyśmy na tematy różne. Opowiedziała mi parę bardzo ciekawych historyjek. Była odprężona, uśmiechnięta. Po godzinie zrobiło jej się trochę duszno. Tuż przed wstaniem z ławeczki spojrzała na mnie poważnie i powiedziała:
- Asiu... Ja nie wiedziałam, że ty jesteś taka fajna.
- Bo ja się ukrywam!
Ruszyłyśmy w drogę powrotną. Sprawny człowiek nie zdaje sobie sprawy, jakim wyzwaniem może być droga do najbliższego spożywczaka.
- Co dziś na obiad? - zainteresowałam się.
- Zupę mi ugotowała* - westchnęła i skrzywiła się.
Widziałam tę zupę. Ja wiem, że z głodu można zjeść różne rzeczy. I musiałabym być naprawdę głodna, żeby zjeść to świństwo. Naprawdę bardzo głodna.
- Zje pani roladkę?
- Jaką roladkę?
- Taką roladkową, z kluseczkami.
- Zrobiłaś?
- No tak.
- I przyniesiesz mi?
- Pewnie.
- O, Boże. Co za cudowny dzień.

Rozleciałam się dopiero przy talerzu. Czekała na mnie przebrana w sukienkę. W sukienkę! Ciepło jej się zrobiło na spacerze. Jak zobaczyła ten przygotowany w normalnym domu posiłek, zaczęła przestępować z nogi na nogę jak małe dziecko. Stała nade mną, kiedy kroiłam jej jedzenie w małe kawałeczki, bo sama tego nie potrafi zrobić. Stała i wzdychała. Wreszcie nie wytrzymała i... desperackim ruchem włożyła palec do sosu, a potem szybko, jakby jej ktoś chciał to odebrać, do buzi.
Nie pytałam o nic, tylko zaniosłam talerz do pokoju, życzyłam smacznego i zmyłam się, bo wiem, że nie lubi, gdy ktoś patrzy na nią, kiedy je. Ma częściowo porażoną twarz, więc posiłki sprawiają jej kłopot.

Trochę wcześniej zamyśliła się, a potem spojrzała na mnie w napięciu.
- Mam do ciebie prośbę.
- Śmiało.
- Zawieziesz mnie do tego szpitala obok nas?
- No pewnie. Co tam będziemy robić?
- Obejrzymy to wszystko. Zdecydowałam, że pójdę na rehabilitację.



* Opiekunka z MOPSu.

2 lipca 2013

1201

Biegnę, lecę, pędzę, gnam.
Dźgłam się nożem w palec przy montowaniu rolady, więc notki nie będzie.
(Dźgłam się, gdyż jakieś 12 godzin nie byłam na nic chora, to nie do przyjęcia).

Dobranoc.

1 lipca 2013

1200

Pani Małgosia przyznała mi się w niedzielę, że pochodzi z Katowic i bardzo za nimi tęskni. Postanowiłam więc zabrać ją w podróż. Będzie to podróż sentymentalna.

Ściągnęłam ponad 200 zdjęć różnych części miasta z okresu od roku 1900 (pojedyncze) do czasów obecnych, z naciskiem na te lata, kiedy w Katowicach zamieszkiwała. Ponieważ interesuje ją Superjednostka (osoby niezorientowane zapraszam do Wikipedii), podzieliłam zdjęcia na takie, na których jest ten budynek oraz jego okolice, a także najważniejsze miejsca w mieście, a więc Rondo, Rynek, pobliskie Rynkowi ulice, które na pewno zna. Już się cieszę na wspólne oglądanie.
Przy okazji wpadłam na pomysł, żeby zapytać ją o kilka rzeczy, które o historii Katowic może wiedzieć, a których jakoś nie mogę znaleźć. No i spróbuję naciągnąć ją na oglądanie jej własnych zdjęć, a jeśli ma jakieś ciekawe - pożyczyć, zeskanować i pokazać światu.

Mamy więc plany na kilka tygodni. Nie chciałabym jej przesadnie przyzwyczajać do swojego towarzystwa, bo człowiek ruchomym jest i w razie ewentualnej wyprowadzki zafundowałabym kobiecie kolejny dół. Jednak myślę, że spotykanie się raz w tygodniu będzie OK. Szczególnie w mojej obecnej sytuacji - w końcu mam na to czas.

Mam jeszcze jeden pomysł, dość karkołomny, ale na to poczekamy, jak się lato troszkę rozkręci. Oczywiście, że doniosę, oczywiście. W końcu należy uczciwie kontynuować misję donoszenia uprzejmie.
No i spróbuję ją namówić na rehabilitację. Nie z powodu oczekiwań, co do wyników. Raczej, żeby wyszła trochę do ludzi. To jej dobrze zrobi.

I tak to, widzą Państwo, jak człowiek nienawykły do nudzenia się, to jakieś zajęcie zawsze sobie znajdzie. Nieruchome dłonie to grzech, prawda?