21 stycznia 2017

2387

No i przygarnęłam sobie rycerza z bożej łaski, któren to rycerz broni mnie przed całym światem. Głównie przed Leśkiem. No, cóż... jaka królewna, taki rycerz. Dochodzi do przekomicznych scen dantejskich, kiedy to łupię rycerza w wielki łeb poduszką, żeby zamknął warkot i on się do mnie odwraca ze spuszczonymi uszkami i oczami, w których widać miłość całego świata, po czym robi zwrot i charczy, jak nienaoliwiony motorek, żeby nikt mnie nie tknął, nie musnął nawet i nie chuchnął w moją stronę. Przy czym nie jest to jakaś ukonstytuowana nienawiść - na co posiadam dowód liczący minutę. O, proszę:


Chodzi tylko o to, że jestem boginią i jako taka mogę przyjmować hołdy wyznawców tylko z daleka (żeby buciorami nie nadeptali). Aż jestem ciekawa, dokąd to wyewoluuje.

Powolutku uczymy się siadać. Pies, który nie umie usiąść na komendę, jest bardzo uciążliwy. Doszłam do wniosku, że pora na to, bo Morgan zaczął się już spokojniej zachowywać przy wydawaniu posiłków. Wcześniej biegał jak oszalały, teraz potrafi ustać w miejscu. Kiedy nauczę go siadać i jeść na komendę, to reszta z górki. W końcu najważniejszy jest mój komfort, reszta stoi w kolejce.

Poza ześwirowaniem na moim punkcie, jest to kochane, dobre, przyjacielskie i spokojne zwierzątko. Będziemy go jeszcze raz prać (i innych przy okazji też), szarpnęłam się na jakieś masakrycznie drogie kosmetyki normalizujące (ma niewielki łupież) i zapobiegające linieniu, sami takich wyuzdanych nigdy nie mieliśmy. Owszem, to dość wypasiona wersja - tak być u nas psem lub kotem. Czeszemy się regularnie, sierść, połamana i zniszczona ciasno zapiętą i nigdy niezdejmowaną obrożą, odrasta. Wie już, że z sikaniem należy wychodzić do ogrodu i potrafi ładnie się o to upomnieć. Mniej niż pozostałe psy lubi wychodzenie, chyba obawia się, że mu dom odjedzie. Nadal się nie bawi, ale już wie, do czego służą różne smakołyki. Tak, na początku w ogóle ich nie chciał. Przekonał go dopiero wędzony gnat, choć zajmował się nim znacznie krócej niż pozostałe psy. Teraz lubi i cieszy się za każdym razem, gdy zbliżam się do zwierzęcej szafki.

Zasadniczo nie stanowi żadnego problemu dla nas, a jedynie dla siebie - strasznie za mną tęskni, nawet jeśli wychodzę tylko wrzucić coś do bagażnika samochodu stojącego przed domem. Ale cóż... musi zrozumieć, że ludzie wychodzą i wracają. Choć sądzę, że będzie miał z tym problem do końca życia. Czekamy wiosny, żeby mu pokazać, jak fajnie się u nas mieszka, kiedy drzwi na taras są cały czas otwarte, a psy i koty mają do swojej dyspozycji ćwierć hektara, kiedy tylko im się zachce. Liczę, że to mu się spodoba.


14 stycznia 2017

2386

Mamy takiego troszkę upośledzonego sąsiada. Nie jest groźny ani szkodliwy, tylko jakby stale naburmuszony. Zawsze uśmiecham się do niego i mówię "dzień dobry", i wtedy on też mówi mi "dzień dobry". Oczywiście jeśli nie powiem, to on też nie powie. Zdarza się nam nawet wymienić po jednym zdaniu, wyłącznie z mojej inicjatywy. Aby nie używać zbyt długich opisów (np. ten śmieszny, trochę upośledzony sąsiad z prawej), bo to nieekonomiczne, mówimy o nim "dziwny chłopek", bo rzeczywiście jest troszkę dziwny i faktycznie jest takim małym chłopkiem. Mówimy to z sympatią, bo nie widzimy powodu, żeby go nie lubić, mimo że jest burkliwy.

Lesiek bardzo nie lubi dziwnego chłopka i dziwny chłopek nie lubi Leśka. Trudno orzec, co było pierwsze. Natomiast dziwny chłopek bardzo lubi Hanię, ponieważ Hania, gdy była mała, zawsze zakradała się do tych sąsiadów przez kocią dziurę w płocie, a potem - pełna radości, optymizmu i miłości do ludzi - biegła do dziwnego chłopka, nie zważając na jego burkliwość, lizała go w rękę, przewracała się na plecki i żądała miziania po brzuszku. I dziwny chłopek się cieszył, i miział. Teraz Hania nie mieści się już w rzeczonej dziurze, ale towarzyszy czasami przechodzącemu wzdłuż płotu dziwnemu chłopkowi i wymieniają uprzejmości. On coś tam mówi do niej czule, a ona się cieszy i oboje są zadowoleni.

Teraz przybył nam trzeci pies i dziwny chłopek jest bardzo niezadowolony, ponieważ Lesiek go nie lubi, więc Morgan też go nie lubi. I obaj drą ryje na dziwnego chłopka przez siatkę. Lesiek barytonem, a Morgan sznapsbarytonem. Na szczęście nie przeszkadza to dziwnemu chłopkowi odpowiadać na moje "dzień dobry". Podejrzewam jednak, że gdyby wlazł na naszą posesję, to i Lesiek, i Morgan natychmiast zmieniliby do niego stosunek, ponieważ uznaliby go za gościa, a nasze zwierzęta wprost uwielbiają wszystkich gości. Taka zmiana jest dla mnie oczywista. Natomiast ciekawi mnie, czy powróciliby do sąsiedzkiej niechęci po takim spotkaniu. Może kiedyś uda nam się to sprawdzić.

Takie tu mamy we wsi skomplikowane relacje.

12 stycznia 2017

2385

Racja, racja, z wrażenia nie zaprezentowałam Państwu Morgana. Proszę uprzejmie.

Oto Morgan Nakanapowy
A tu zdjęcie ze strony schroniska - z bardziejszą twarzą.

Ma orzechowe oczy
Bardzo grzeczny piesek, jak na psa schroniskowego, naprawdę. Oczywiście nie wie rzeczy, które Lesiek z Hanką mają opanowane do perfekcji, czyli nie reaguje na komendy (poza "chodź tu" i "nie wolno"), ale to pikuś, bo za jakiś czas się nauczy.

Korzystając z okazji chciałabym coś powiedzieć osobom, które myślą o adopcji zwierzęcia ze schroniska. Pamiętajcie o jednej ważnej rzeczy - nie ma zwierząt bezproblemowych. One nie istnieją. Może się Wam tak wydawać, gdy czytacie u mnie te laurki, ale pamiętajcie, że my mamy do zwierząt specyficzne podejście i na byle głupstwach się nie skupiamy.

Morgan obsikał nam w pierwszy wieczór cały dom: ściany, stół, krzesła, kanapę, kominek - wszystko. Nie jadł suchej karmy i nie jadł z miski. Był nadpobudliwy. Zarzygał mi dokumentnie całe auto, którego nie mam jak wyprać i marzę o wiośnie, żeby pojechać na karcher albo go kupić, wyprać siedzenia i podłogę i móc wysuszyć. Bał się każdego głośniejszego dźwięku. Dostał ataku histerii, gdy Prezes wkładał go do wanny. To jest norma. I to nic nie znaczy.

W wychowaniu (kogokolwiek) stosuję przez całe życie jedną niezłomną zasadę: co włożysz, to wyjmiesz. Miłość, spokój i konsekwencja, to wystarczy. Ucz i nagradzaj. Dobre słowo lepsze niż tysiąc złych. Owszem, czasem trzeba długo. Tak, zdarzają się nieliczne przypadki chorób psychicznych, ale to margines.
Mamy jedno dziecko, trzy koty i trzy psy. Wszyscy - poza dzieckiem - są adoptowani (jeden kot nawet wykupiony) i swoje w życiu przeszli. W schroniskach nie ma zwierząt bezproblemowych. Każde z nich przeszło traumę i trzeba mu pomóc to wyleczyć. Jeśli oczekujesz, że weźmiesz do domu idealnie wychowane i spokojne zwierzę... kup sobie w sklepie figurkę, postaw na półce, a osiągniesz stuprocentową satysfakcję. Zwierzęta mają takie same emocje, jak my: boją się, cierpią samotność, przeżywają stresy. Nie oczekuj od porzuconego lub torturowanego zwierzęcia, że w ułamku sekundy otworzy przed Tobą swoje serce. Najpierw udowodnij, że go nie zawiedziesz.

Lesiek i Hania, też przecież ze schronów, wiedzą, że trzeba grzecznie usiąść w wiatrołapie i podawać łapki do wycierania. Morgan tego nie wie i przy pierwszym czyszczeniu łap ze strachu kulił się na podłodze. Dziś nadal nie potrafi usiąść spokojnie i podawać po kolej kończyn, ale bez stresu daje się "oporządzić". Lesiek i Hania wiedzą, że gdy idziemy z miskami, należy grzecznie usiąść i nie wolno tykać jedzenia, póki karmiciel nie pozwoli. Morgan tego nie potrafi, ale już je suchą karmę i w dodatku z miski. U moich rodziców w ogóle jej nie jadł, a na początku musiałam karmić go z ręki. Nie potrafi się bawić, nie rozumie, o co chodzi z tym radosnym podnieceniem na widok piłki. Lesiek już we wtorek wieczorem przynosił mu swoje maskotki - bez skutku. Biegnie za piłką, bo wszyscy biegną, a nie dlatego, że chce ją gonić. Nie wie też, że nie wolno na nikogo skakać.
Takich rzeczy jest mnóstwo. Jeszcze nie wkraczamy z żadnym szkoleniem, bo na to zbyt wcześnie. Najpierw musi uwierzyć, że tu jest dom. NA ZAWSZE. Bez względu na okoliczności.

Dziś była radość, bo Morgan biegał po domu i ogrodzie z podniesionym ogonem. Tak ma być. Uszy powinny stać (ma radary, jak Lesiek, tylko mniejsze) i ogon też. Kiedy jest się u siebie, to nie trzeba podkulać kity pod pupę. Wczoraj pierwszy raz zaszczekał* i okazało się, że ma chrypę i łufłufa sznapsbarytonem.

U nas jest łatwiej, bo jest stado. Kiedy Morgan czuje się nieswojo, patrzy na inne psy. Jeśli one są wyluzowane i się cieszą, to wie, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Ale my też zaczynaliśmy od jednego psa.

Wzięłam urlop psierzyński i jestem z nimi w domu do końca tygodnia. Morgan, prócz rzeczy, których nie wie, posiadł jedno niezłomne przekonanie: że trzeba mnie pilnować jak oczka w głowie. Wczoraj wyskoczyłam do centrum kulturalnego wsi**, nie było mnie z pół godziny. Kiedy wróciłam, ukochałam wszystkich po długiej podróży i usiadłam na kanapie. Pies w te pędy zalogował się na moich kolanach i...
- Popatrz - powiedział Prezes. - Morgan się wzruszył, że już jesteś.
On płakał.

Dla takich chwil warto znieść różne niedogodności. Co polecam Waszej łaskawej uwadze.
#NieKupujAdoptuj


PS Z kotami jest tak samo, tylko trochę inaczej :)



* Jest taki śmieciarz, którego Lesiek nienawidzi i zawsze robi piekło, więc reszta się podłączyła. Za to listonoszkę uwielbia, więc Morgan też.
** Biedronka.

10 stycznia 2017

2384

Państwo pozwolą...

TRÓJKOT
i...

CZIPSY
Jestem wyczerpana.

Morgan (Freeman) jest rezydentem tymczasowym moich rodziców. Bardzo intensywnie szukaliśmy dla niego domu, ale się nie udało. Klamka zapadła - zwrot do schroniska. W połowie drogi pies położył mi łapki na udzie i spojrzał w oczy. A w tych oczach było wszystko. Po prostu rozpłakałam się, wrzuciłam kierunkowskaz i zjechałam prosto do domu. Zostawiłam psa w samochodzie, wpadłam do gabinetu prezesa z tuszem rozmazanym malowniczo po całej twarzy i wysmarkałam:
- Ty go odwieź, ja nie dam rady.

No.
To mamy czipsy.
Koty są zainteresowane. Ale kara na pewno nastąpi.

PS Kiedy usłyszeliśmy podjeżdżający samochód Zuzi, Prezes nagle musiał coś zrobić w kotłowni. I zostawił mnie samą. A ona weszła, popatrzyła i powiedziała:
- Żeby mi tylko nikt nie mówił do niego Murzyn.
No, ale fakt. Jaka miałaby być? Przecież to MOJE dziecko.

4 stycznia 2017

2383

Stoję sobie rano przed fabryką (spóźniona jak zwykle) i jaram. Wtem z przeciwka nadbiega ku mnie koleżanka, z daleka macha i zanosi się płaczem. Trochę mnie zmroziło. I to zanim dowiedziałam się, o co chodzi, bo potem zmroziło mnie bardziej.

Otóż jechała do pracy przez centrum miasta wojewódzkiego. Warunki niekorzystne, więc powoli (mówi, że czterdziestką, ale ja ją znam - chciała zabłysnąć, najwyżej 30). Nagle we wstecznym lusterku zamigotały światła zbliżającego się z dużą szybkością radiowozu, więc grzecznie zjechała w prawo, robiąc mu miejsce. Radiowóz minął ją i gwałtownie zahamował, zajeżdżając drogę. No to się zatrzymała i czeka.

Wysiadło dwóch policjantów, podeszli do niej i zaczęli zachowywać się agresywnie. Ona jest miękka i prędzej uwierzę, że przeniosła staruszka przez strumień na własnych plecach niż złamała jakieś przepisy albo komuś odpyskowała. Pokrzykiwali na nią, kazali okazać dokumenty, natarczywie pytali, czemu zwolniła i zjechała w stronę brzegu jezdni. Zgodnie z prawdą odpowiedziała, że widziała ich sygnał świetlny i pośpiech, więc uznała, że należy zrobić przejazd. Na co pan policjant oznajmił, że stanowi zagrożenie w ruchu drogowym, znacznie przekroczyła dopuszczalną prędkość (sic!) i zabiera jej prawo jazdy. I żeby nie podskakiwała, bo on ma świadka, po czym wskazał na kolegę.

Dziewczyna kompletnie zgłupiała i zaczęła pytać, o co im chodzi. W tym momencie panowie zmienili zdanie i powiadomili, że mogą nie odbierać jej prawa jazdy, ale musi przyjąć mandat karny w wysokości 350 zł, a do tego 10 punktów. Spanikowała, bo gliniarze nie oddali jej dokumentów i przyjęła mandat oraz punkty.

Szlag mnie jasny trafił, bo to już jest skurwysyństwo. Jak bardzo jestem zwolenniczką wzmacniania pozycji policji i budowania szacunku wokół służby, to jednak bandyctwa nie znoszę.
A sytuacja jest kompletnie bez wyjścia, bo oni są bezkarni.
Przerażające.