31 stycznia 2015

2040

Przypomniało mi się jeszcze, że kiedyś oglądałam film. Dokumentalny i trudny do zniesienia dla osób empatycznych. Oglądałam go na raty, bo tak beczałam, że co rusz musiałam robić przerwy: a to na wyjście po nowe chusteczki, a to na spacer po mieszkaniu. Film ten zapadł mi w pamięć i polecam go każdemu. Powinien być jazdą obowiązkową.

Występują w nim potomkowie największych hitlerowskich zbrodniarzy. Opowiadają o swoim życiu, o zderzeniu z przeszłością przodków, z pietnem i jak to na nich wpłynęło. Bezmiar poczucia winy za cudze postępki jest przytłaczający. Serce pęka. W kluczowej (dla mnie) scenie wnuk Hoessego, kata Auschwitz, staje twarzą w twarz z dziećmi Izraela. Dzieje się to na terenie obozu. Jedna z dziewczynek łamiącym się głosem, targana emocjami, rzuca mu w twarz pytanie, jak może żyć ze świadomością, że jego dziadek zamordował całą jej rodzinę.
Hoesse, z pozornym spokojem (wiemy, że jest pozorny, bo już widzieliśmy, jak boryka się z przeszłością) odpowiada, że jest mu bardzo przykro. W sali aura tak gęsta, że można kroić nożem. W tym momencie od okno odrywa się starszy pan. Ocalały z Zagłady. Podchodzi do Hessego i przytula go. Nie oddychałam chyba przez kwadrans.

Czy wiecie, że niektórzy potomkowie hitlerowców, po zrozumieniu, co zaszło w ich rodzinach, sterylizowali się, żeby nawet przypadkiem nie wydać na świat koktajlu TAKICH genów?!
Przerażające, druzgocące.

Jeśli nie widzieliście filmu "Dzieci Hitlera" w reżyserii Chanocha Ze'eviego, zróbcie to koniecznie. To nie będzie łatwe oglądanie, ale naprawdę warto. On niesie mnóstwo wymiarów do przemyślenia, ukazuje płaszczyzny, nad którymi się nie zastanawiamy. Zadaje pytanie o człowieczeństwo.


Film można znaleźć na przykład TU. Chcę go obejrzeć ponownie. I potem jeszcze raz. Nie odkładajcie tego na później.

30 stycznia 2015

2039

Oczywiście mnóstwo mam pomysłów na notki, ale sęk w tym, że żaden się nie nadaje. Kolejny raz buja się temat, że nie jestem anonimowym pikselem. Wszyscy wiedzą, jak się nazywam, każdy mnie znajdzie, jeśli tylko zechce. Chyba sobie założę jakiś blog alternatywny i tam sobie będę pisała.
Po jakimś czasie wyraźnie ciąży się ku publicystyce, niestety. Zdychaj, plotko!

***

A tu znowu piąteczek. Czesiek (ale nie mam dowodów) ugryzł Edka w brodę, za co spotka go kara w postaci rozstania z jądrami. Wszystkich panów uprzedzam, że, wnerwiona, od strzału załatwiam kastrację. Bójcie się.
Eduś, mamusi laluniek, przyszedł się poskarżyć. On się nie skarży wprost, trzeba mieć wiele empatii, żeby na to wpaść. Jednakże od czego jest się mamusią laluńka! Matki wią. Patrzę, mianowicie, a tu broczy mi w dłoń. Najpierw myślałam, że z łapy, więc obmacałam wszystkie - figę. Uderzyłam w czułe tony, złapałam Edka pod bródkę i mówię:
- Co się stało, syneczku?
A syneczek na to zaczął syczeć jak opętany. Syneczek nie syczy, więc pojawiło się podejrzenie. Puściłam bródkę - ręka cała zakrwawiona. Mówię Wam, nie był szczęśliwy, gdy mu Octeniseptem psikałam w twarz z psikaczki. Jednakowoż, jak wiadomo, ja się łatwo nie poddaję.
Dziś bródka wygląda już lepiej, obstrupiała co prawda, ale nic się nie sączy, więc brawo dla tego pana, wie, kiedy przyjść się poskarżyć. I do kogo. Natomiast cześczyne jajka zbierają się właśnie do odlotu w niebyt. Jak będzie na resztkach narkozy, rzucę go Zośce na pożarcie. Niech mu wreszcie wstuka, bo - bachor - nie zna moresu. Wszyscy za bardzo go niańczą. Że niby mały. Jak mały, jak słoń!

***

Tymczasem zadzwoniła do mnie koleżanusia i uderzyła w czułe tony obwisłych cycków. Powiedzmy sobie szczerze - po czterdziestce cycki nie obwisają bez powodu. Więc zadałam kilka podstępnych pytań i wyszło na jaw, że poznała jakichś młodzieńców po trzydziestce. Już ściągała majtki, a tu jej cycki obwisły. No to tłumaczę kobiecie: jesteś głupia jak but i niewłaściwie podchodzisz. Gdyż albowiem ja uważam, że mają się cieszyć z samego faktu, iż spoczęło na nich moje starannie zrobione oko. Bo zasadniczo nie musiało i zrobiło im niebywałą uprzejmość. Nie wspomnę już o jakiejkolwiek konwersacji. A zanim dojdzie do zdjęcia majtek, to im cycki zęby wybiją. Takie są realia. Około ósmej minuty tej zabawnej rozmowy przeszłyśmy na mój monolog, bo ona wydawała dziwne dźwięki. Jakby się krztusiła.
Kompleksy.
Nie idźcie w tę stronę.
Kompleksy są przereklamowane, a obwisłe cycki to jest ejdżyzm.
Nie ma takiego pojęcia "obwisłe cycki".
Jest pojęcie "wybacz, że cię olśniewam".
Można to robić dla sportu.

***

Teraz sobie pomyślałam, że mogłabym jakieś kursy prowadzić. Really.

27 stycznia 2015

2038

Dziś będzie na poważnie. Naprawdę. Bo dziś przypada 70. rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci Auschwitz - Birkenau. Więc przyzwoitość wymaga, by zatrzymać się na chwilę w codziennym biegu, a potem dać sobie szansę na refleksję na temat tego, jak łatwo stać się drugiemu człowiekowi wilkiem. Łatwiej niż można by się spodziewać.

Kiedy byłam młodą dziewczyną, strasznie buntowałam się przeciwko wszechobecnej martyrologii. My, Polacy, jesteśmy we własnym postrzeganiu narodem pokrzywdzonym. Potrafimy podać dziesiątki przykładów, jak to mieliśmy przez stulecia pod górkę. Tak to widzimy. Na dodatek wychowałam się w domu pełnym wojskowej tradycji. Obaj moi dziadkowie byli żołnierzami i słowo ojczyzna zawsze wymawiało się z szacunkiem. Mam zdjęcie jednego z dziadków w mundurze przy samolocie Żwirki i Wigury. Mam zdjęcie drugiego dziadka - ułana. Miałam stryjecznych dziadków, którzy w Brygadzie. Ciotkę w Powstaniu Warszawskim. Wujecznego dziadka w Armii Krajowej. Pełne szafy stawania na baczność. Szuflady wzruszonego milczenia.

Buntowałam się przeciwko temu, bo młodość wymaga buntu. Nie dlatego, że rodzice robią coś źle. Po prostu musimy znaleźć własną drogę, a ona wiedzie przez negację. To uczy samodzielnego myślenia. Jeśli do tego wychowujesz się w domu, gdzie książka jest bogiem, dostajesz start idealny. Ja taki otrzymałam i jestem za to niezmiernie wdzięczna. Choć pewnie finalnie nie do końca trafiłam tam, gdzie moi rodzice spodziewali się, że trafię. Ale przecież nie jesteśmy od spełnienia czyichś życzeń.

Czytałam, pytałam, myślałam i mądrzałam aż doszłam do zaskakującej konkluzji, że od dziecięcego jesteś głupi do dorosłego spieprzaj, dziadu tylko jeden krok. I niezwykle łatwo go wykonać. Ten krok robi się wtedy, gdy nie szanuje się innych ludzi. I choć może to wydawać się odległą analogią, uważam, że komory gazowe i krematoryjne piece były zbudowane z braku szacunku. Z zadufania. Z poczucia wyższości.

Przyzwyczailiśmy się myśleć o zbrodniarzach hitlerowskich jako o wynaturzonych potworach. A to byli zwykli ludzie, tacy jak my. Czytali dzieciom książki, tańczyli ze swoimi żonami, martwili się, cieszyli, przeżywali wzruszenia. A potem wychodzili z domów i bez drgnienia powieki okaleczali i mordowali innych ludzi, bo... uważali się za lepszych. Myśleli, że im wolno.
Nie wolno.

Droga do komór gazowych zaczyna się od niewyważonych słów i myśli. Od moja racja jest najmojsza. Od tylko ja wiem, jak należy żyć. Od kompleksów. Od potrzeby zaistnienia za wszelką cenę. Od wyścigu szczurów. Od zapomnienia, że każda krew jest tak samo czerwona. Od pogardy.
Nigdy nikim nie pogardzajcie.

Jestem taka wdzięczna, że przyszło mi żyć TU i TERAZ. Że te straszne rzeczy nie dotyczą mnie osobiście, nie muszę uciekać, bać się o życie, zdrowie moich najbliższych. Że mogę pyskować na rząd, ile tylko mi się chce.
Myślę o tym, gdy zimą marzną mi palce - bo wiem, że zaraz wrócę do domu i się ogrzeję.
Myślę o tym, gdy debet na koncie - bo wiem, że za jakiś czas wpłynie tam pensja.
Myślę o tym, gdy narzekam na kolejki w służbie zdrowia - bo wiem, że jest ktoś, kto mnie leczy.
Myślałam, gdy mi dziecko pyskowało - nie miało większych problemów, nie musiało uciekać, by ocalić życie.

Wy, którzy nie mieliście tyle szczęścia, ile mam ja - daję Wam uroczyste słowo honoru, że będę pamiętała. Nie będę pogardzała. Kamień mojej buty nigdy nie stanie na innym kamieniu, nie połączy ich zaprawa, nikt nie wejdzie w te ściany, by umierać w samotności i rozpaczy. Że póki sił i powietrza w płucach, będę nawoływać do poszanowania dla inności, wolności, odrębności.
Wszyscy jesteśmy równi.

Bo jesteśmy ludźmi.

26 stycznia 2015

2037

Odkryłam dietę idealną.

Bierzesz jednego Szefa i jednego Pracownika. Spuszczasz ich na chwilę z oka. Kiedy wracasz z kibla, awantura trwa w najlepsze. Obie strony mają ci za złe, a ty akurat masz roboty po czubki kucyków. Popychasz robotę, żeby zdążyć, wyciszasz jednego, usadzasz drugiego, potem usiłujesz to wszystko uspokoić, żeby łódka mogła płynąć dalej. Oczywiście, by nie było zbyt łatwo, obaj mają charaktery trudne jak cholera.

Wynik?
Oni są w domach, a ty nie możesz nic przełknąć. Ot i sprawa cała.

Dziękuję ci, fabryko. Gdyby nie ty, ważyłabym już 100 kg i do kogo te żale.

***

Na Sarenzie przecenili mi torebkę z Irregulara. Taniej już nie będzie, a ja mogę tylko patrzeć, gdyż albowiem nie wiem, jak dotrwać do pierwszego.
A wogle to boli mnie brzuch. I Czesiek odgryzł mi palec, którym to palcem dotykałam kabanosa marki Krakus. Krew jest wszędzie. A palec jest wskazujący. I teraz do kogo pretensje, że nie ma czym pogrozić?

24 stycznia 2015

2036

Prezes pokazał mi dziś skecz, który ma się znakomicie do postu o komunikacji. Nazwijmy go "Szumy w zarysie". Przed Państwem kabaret Paranienormalni. Enjoy.

23 stycznia 2015

2035

Wpadłam do Protoplastów po jajka, gdyż Matka znosi. Znaczy - z targu znosi. Podobno wiejskie. Mnie tam wszystko jedno, byle nie klatkowe, gdyż ja z kolei nie znoszę. Mianowicie zwierzęcego upodlenia. A z Matką się nie kłócę, tylko biorę, jak leci. Wpadłam, to mnie Matka napadła. Kawą, podstępna taka. Wódki i pacierza nigdy nie odmawiam i popijam to kawą. Kawusią. Kawulką. Nie miałam siły na sprzeciw. Ojciec dobił w ciągu kwadransa i plany na przyzwoity powrót do domu diabli wzięli.

Muszę przyznać, że ja to nawet lubię tych moich rodziców. Mają bogate życie wewnętrzne i prawie 150 lat. Razem je mają - gdyby osobno, to wizytowałabym pewnie mauzoleum. A nie mam pewności czy tam nie trzeba czasem takich muzealnych kapciów. Chociaż... gdyby mauzoleum miało gabaryt, mogłabym się w takim kapciochu trochę poślizgać po posadzkach. Albowiem z niektórych spraw się nie wyrasta. (Och, stateczna pani w średnim wieku, sukience biznesowej oraz szpilce - popierdalająca ślizgiem w kapciochu oraz okrzyku ustnym, dajmy na to: "ZWYCIĘŻYMY!!!" - pyszności).

Ojciec miał zaległości, wobec czego podstępnie wciągnął mnie w niebezpieczne dysputy polityczno - gospodarcze, przetykane licznymi wrzaskami oraz wybitnie inteligentnymi podsumowaniami typu: "Co ty tam możesz wiedzieć?!" (w obie strony). Niespecjalnie przepadam, a on wręcz przeciwnie, to się dla niego zmuszam. Opowiadam też o pracy i oni potem wpadają w spazm, gdyż opowiadam barwnie, dołączając choreografię. Finalnie dyskurs dążył donikąd, gdyż z prawnikiem nie dojdziesz, on w stosownym momencie dokona zgrabnej wolty i wypowie twoje zdanie jako swoje, a potem się pokłóci, że wcale tego nie mówiłaś. Chodzi wyłącznie o potyczkę. Potykamy się zatem, każdy o co tam ma.

Ostatecznie wrzasnęłam:
- Sikam na to i idę stąd!
Po czym udałam się do łazienki, gdzie doszły mię słuchy, jakoby Matka zmywała Ojcu głowę za jego całkowity brak myśli twórczej. Postanowiłam wybić tępym nożem kropkę nad "i", wyprułam z cichego zakątka i huknęłam:
- A teraz podsumuję tę dyskusję jednym zdaniem, a ty (wskazałam na Ojca paluchem) CISZA! Uwaga, mówię. W tym kraju będzie dobrze dopiero wtedy, gdy za rządzenie wezmą się...
- KO-BIE-TY! - wybrzmiało staccato duetu damskich głosów, bo Matka wie, kiedy się wtrącić.
Ojciec zamaszyście przeciął powietrze odnóżem górnym, więc głos został mi odebrany.
- Cisza! Bo obiadu nie dostaniesz! - pomachała Matka palcem wskazującym i już z czystym sumieniem mogliśmy udać się do przedpokoju, by mię przyodziać i wyprawić w noc ciemną, którą uporczywie udaje popołudnie. Uprzednio upstrzywszy całusami. Mię upstrzywszy.

Całkiem niegłupia rozrywka, mózg się rozpręża i marszczy.

22 stycznia 2015

2034

Odkryłam dziś na fejsbuniu kolejną cudowną grafikę Marty Frej, mojej rówieśnicy i siostry w myśli. Darzę ją uczuciem szczerym i trwałym, a tym obrazkiem zaskarbiła sobie mą miłość na wieki!


Kiedyś o takich przejawach myśli artystycznej mówiło się "bardzo trafne", a dziś aż palce świerzbią, by napisać "w punkt".

Mam 41 lat i nigdy nie czułam się lepiej. To jest mój czas - świadomej, dojrzałej, mądrej kobiety, która wiele w życiu przeszła, wiele zrozumiała, zapamiętała, wyciągnęła wnioski i odkryła, że najlepsze, co może zrobić, to kochać siebie i o siebie dbać. Potrafię już powiedzieć głośno: "Czym ja się właściwie denerwuję? Czy to mi służy? Czy jest mi z tym lepiej? Czy na pewno warto?", a potem odpuścić, machnąć ręką, świadomie mieć lub nie mieć, i czerpać z życia garściami, bo jest jedno, jedyne, moje, najmojsze i zamierzam je przeżyć najlepiej, jak tylko potrafię.

Zrobiłam się wyrozumiała. Znalazłam w sobie ciszę i chętnie po nią sięgam. Dużo się uśmiecham, bo mi się chce. Otwieram się na ludzi, ale pilnuję własnych granic i nie pozwalam nikomu ich naruszać. To wcale nie jest związane z agresją, czasami z milczeniem czy spojrzeniem, które nie pozostawia wątpliwości. Wypowiadam swoje racje, już się tego nie boję, bo nie muszę zasługiwać na niczyją akceptację. Bronię rzeczy, które są dla mnie ważne. Nauczyłam się kulturalnie i spokojnie słać niektórych w kosmos. Wybaczam. Bardzo mi z tym dobrze.

Staję nago przed lustrem i uśmiecham się do siebie. Moje ciało jest piękne. Ciężkie, niesterczące piersi, które pamiętają dotyk dziecięcych ust. Wystający brzuszek, poorany rozstępami, po których przesuwam palce, przypominając sobie, jaki był wielki, goszcząc w sobie lokatorkę. Mocne łydki, na które tak trudno kupić kozaki, ale od przeszło czterdziestu lat niosące mnie wszędzie, gdzie tylko zechciałam, wolne od żylaków i niezmordowane w maratonie na szpilkach. Kształtne dłonie, do których tulą się zwierzęta, które wszystko potrafią, którymi dotykam najukochańszych. Blizna na policzku, przypominająca o ospie, godnie odbytej w dzieciństwie, a więc o mamie i tacie, wciąż jeszcze mieszkających nieopodal. Zmarszczki wokół oczu, tak dobrze widoczne, gdy się śmieję (bardzo je lubię). Siwe włosy - moja lekcja pokory i przemijania.

Już nie potrzebuję sprostać czyimś oczekiwaniom, mam własne. Nie chcę się nikomu przypodobać, wolę żyć w zgodzie ze sobą. Paradoksalnie, to właśnie okazuje się kluczem do atrakcyjności, którą mężczyźni potwierdzają na każdym kroku. Przyjmuję ich atencję z przyjemnością i bez zaskoczenia - potrafię docenić własne piękno, nie czekam na jego potwierdzenie w czyichś oczach. Długo się tego uczyłam. Wiele lat nienawidziłam swojego ciała i rozpaczliwie pragnęłam akceptacji, za jedno dobre słowo potrafiąc zaprzedać duszę. Zbyt długo. Ale nie żałuję, bo teraz wiem, jak celebrować każdą chwilę i niewiele rzeczy wyprowadza mnie z równowagi. Już nie robię niczego pod czyjeś dyktando, wybijam szpilkami własny rytm, a mężczyźni to czują i to im się podoba.

Uczcie się kochać siebie.
Tylko ze sobą będziecie przeżywać całą wędrówkę.
Tylko siebie nie opuścicie i tylko przez siebie nie będziecie opuszczeni.
Uwierzcie - miłość jest piękna i potrafi mnożyć się w nieskończoność.
Warto.

21 stycznia 2015

2033

Sytuacja, gdy trolle płci męskiej przychodzą na fanpejcze, prowadzone przez kobiety, o kobietach i właściwie dla kobiet, by powiedzieć, że wszystkie te kobiety nie wiedzą, co gadają, przypomina mi wypowiedź Matki.

- Wyobraź sobie, że oglądam serial (tu macha ręką, żebym się zamknęła, gdyż standardowo jestem gotowa na mój ulubiony wtręt o ślepocie), a tu nagle ojciec wchodzi, bierze pilota, zmienia mi kanał i wychodzi. CENZURA, normalnie!!!

Otóż, moi drodzy panowie - kieruję tę wypowiedź do panów, co to se lubio przypierdolić, aby wskazać nam autostradę ku światłości, gdyż uważają, że błądzimy po omacku. Piszę to, żeby taki Jasiek, dajmy na to, nie smarkał mi tu, że istnieją mężczyźni prawi. Ja wiem, że istnieją, Jaśku. Dotkłam Cię (żona wie?). Dotkłam swojego prywatnego chłopa, nawet wielokrotnie oraz znacznie bardziej dwuznacznie niż Ciebie. Właściwie to jednoznacznie - tak jednoznacznie, jak można dotknąć kogoś, wleczonego za wszarz do sypialni. (Obecnie ścina włosy bardzo krótko - znaczy przewidujący).

Otóż, moi drodzy panowie!
Weźcie się odpierdolcie. Nie musicie otaczać nas fałszywą opieką i troską. My se lubimy brnąć przez krzaczory. Chcemy mieć podrapane nogi i poobijane kolana. Żądamy prawa do liścia w oku i ptasiego guana oraz wiatru i łupieżu we włosach. To jest nasze życie, nasza wola i figę Wam do tego. Czy to się Wam podoba, czy nie, urwałyśmy się z łańcucha i za cholerę już nas nie przykujecie do kaloryfera. Gdyż urwałyśmy również kaloryfer i teraz zapierdalamy po podwórku na mrozie. Przyzwyczajajcie się. Jajcie się będziecie musieli sami przetworzyć we forme jadalno.

Nie wierzymy, że kieruje Wami troska - widzimy, że rozpaczliwie bronicie szańców, ale umarł król i ni chuja! Żadne elektrowstrząsy już nie pomogą. Może jeszcze nie dziś, nie jutro, ale niebawem będziemy robiły wszystko, co będziemy chciały i z serca radzę zacząć się układać, bo za nami stoi cykl księżycowy oraz Matka Ziemia. I w zgodnym rytmie, w szpilkach, falbankach, różach, glanach, morach i dowolnych odcieniach zgniłej zieleni namieszamy Wam w życiorysie aż zaczniecie popiskiwać. Sugeruję więc korzystać z idealnej obecnie sytuacji, gdy głosimy, że interesuje nas równe traktowanie. Bo to nam może przejść wraz z napływającym PMSem.

To mówiłam ja - Wasza ulubiona feminazistka.

17 stycznia 2015

2032


Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o głupotach, które opowiadacie, ale baliście się zapytać*


Nie od dziś wiadomo, że komunikacja jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu. Myślimy jedno, mówimy drugie, na to nakłada się nastawienie słuchacza i problem gotowy. Najogólniej rzecz biorąc, teorię komunikacji (w dużym spłyceniu, oczywiście) można przedstawić tak:
- jest nadawca,
- jest odbiorca,
- jest komunikat
- i są szumy.
Nadawca wyrzuca wiadomość, na niego nakładają się szumy komunikacyjne i całość dociera do odbiorcy. Dochodzi do porozumienia albo, w skrajnej sytuacji, II wojny światowej. Lub też nie gadacie z tą wredną sąsiadką już od osiemnastu lat.

Co to są szumy komunikacyjne? Ano różne rzeczy. Mogą być nimi np. nastawienie nadawcy i odbiorcy. Zwróćcie uwagę, że gdy kogoś lubicie, a zdarzy mu się palnąć coś bez sensu, to jest Wam łatwiej mu wybaczyć, zwalają owo potknięcie na zły dzień, kłopoty osobiste, niewyspanie lub kaca. Inaczej rzecz ma się, gdy to samo wypadnie z ust facetowi, którego pies notorycznie obsrywa Wam wycieraczkę. Szumy komunikacyjne to również:
- brak zainteresowania słuchacza (gadaj se zdrów i tak wiem swoje),
- różne doświadczenia (nie możemy nie odnosić się do tego, co przeżyliśmy i co nas ukształtowało, a przecież dla różnych osób jest to odrębny zbiór bodźców),
- sytuacja, w której pojawia się komunikat (właśnie jesteście luźni jak sanki w maju, czyli macie wyjebane i nie będziecie sobie psuli nastroju czyimś gadaniem - akurat wpadliście w poślizg, bo jakiś gnój zajechał Wam drogę, w wyniku czego przebiliście oponę i zarysowaliście drzwi w samochodzie),
- bariery językowe (nawet w języku ojczystym ludzie różnie rozumieją słowa, np. patrz do słownika na wyraz alternatywa, uporczywie stosowany bez sensu),
- niezgodność komunikatów (z ust wypada coś innego niż mówi ciało, niekoniecznie się na tym znamy, ale czujemy dysonans),
- czy wreszcie przeszkody mechaniczne (niewyraźna mowa, pracująca obok wiertarka).

Teraz to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli przykłady. Żeby było barwnie, same gorące tematy.

Komunikat: Zabiłbym wszystkie matki, które posyłają swoje pięcioletnie córeczki na konkursy piękności.
Co myślisz, że powiedziałeś: Bronię dzieci przed seksualizacją.
Co naprawdę powiedziałeś: Wyłącznie matki są odpowiedzialne za wychowanie dzieci.
Co powinieneś powiedzieć: Konkursy piękności uczą, że najważniejsze w życiu kobiety to podobać się innym. Tymczasem naprawdę ważne jest coś zupełnie innego.

Komunikat: Antykoncepcja postkoitalna to zabijanie nienarodzonych i jest szkodliwa dla zdrowia.
Co myślisz, że powiedziałeś: Bronię dzieci przed zabójstwem, a kobiet przed chorobami.
Co naprawdę powiedziałeś: Wiem lepiej, co jest dobre dla innych, więc powinni się do tego stosować.
Co powinieneś powiedzieć: Moje przekonania i wartości nie pozwalają na stosowanie takich form regulacji urodzeń. Nie zastosowałbym takiej tabletki.

Komunikat: Nie wolno zezwolić na małżeństwa homoseksualne, ponieważ homoseksualizm to zboczenie.
Co myślisz, że powiedziałeś: Bronię społeczeństwo przed podróżą na skraj przepaści.
Co naprawdę powiedziałeś: Wiem lepiej, co jest dobre dla innych, więc powinni się do tego stosować.
Co powinieneś powiedzieć: Z uwagi na osobiste przekonania, trudno mi zaakceptować homoseksualizm.

Komunikat: Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o głupotach, które opowiadacie, ale baliście się zapytać.
Co myślę, że powiedziałam: Pokażę Wam, jakie niebezpieczeństwa czają się w słowach, a najistotniejszym jest wartościowanie.
Co naprawdę powiedziałam: Wiem lepiej od Was, jak to działa - jestem od Was lepsza.
Co powinnam powiedzieć: Komunikacja jest trudna i zarówno na odbiorcę, jak i nadawcę wiadomości czyha wiele pułapek. Trochę zajmowałam się tym zawodowo, więc, jeśli chcecie, mogę Wam w zjadliwej formie przytoczyć moje przemyślenia.

Łomatkoboskoczęstochowsko, co robić?!

Ano zachować ostrożność. Starać się, jeśli to możliwe, nie wypowiadać w emocjach. Ważyć słowa: często mniej znaczy więcej. Traktować innych ludzi tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Nauczyć się powściągać usta i palce. Pracować nad sobą, żeby nie tylko na zewnątrz, ale i w środku wzbudzić szacunek dla drugiego człowieka. Nie być egocentrycznym. Pamiętać o pokorze - nie wiem wszystkiego, nie znam wszystkich okoliczności, postaram się nie ferować wyroków, żeby kogoś nie skrzywdzić.


A to się wymądrzyłam! To pójdę, sprawdzę czy w chałupie jest coś, co można - po lekkim przetworzeniu - nazwać obiadem.



* To, co zrobiłam w tytule, nazywa się parafraza^. Znakomity film Woody'ego Allena polecam również tym, którzy znają go na pamięć.
^ Co myślę, że powiedziałam? "Przybliżyłam części osób słowo, którego nie znały".
   Co naprawdę powiedziałam? "Jestem od Was mądrzejsza".
   Co powinnam powiedzieć? "Jestem głodna, idę zrobić obiad".

15 stycznia 2015

2031

Notka ratunkowa dla Po Prostu Magdy

Zofia nie jest fanką Czesława, a Czesław jest fanem wszystkich i wszystkiego. Ona, przyznać trzeba, zachowuje się z godnością i nie zabija gałgana, ale omija szerokim łukiem i wypiera samo jego istnienie. Oczywiście Czesław usiłuje wykorzystać każdą okazję, żeby strzelić przytulaka, czym doprowadza ją do histerii.

Na przykład leży sobie Zośka spokojnie, odprężona, nie wadząc nikomu oraz na dywanie w sypialni. Wchodzi Czesiek, paczy, paczy... i dalejże się skradać w obranym kierunku. Ostatnie centymetry pokonuje ślizgiem, przypada do niej, przytula się całym Cześkiem, zamyka oczy, zaczyna mruczeć i udaje, że tak już było. Konam, obserwując zośczyną reakcję.

Kota najpierw popada w stupor i zastyga niczym żona Lota, starając się nawet nie wciągać nosem jego zapachu. To się nie udaje. Wtedy na twarz wypełza jej wyraz skrajnego obrzydzenia i absolutnej urazy. Trwa w wyrazie z nadzieją, że paskudny czar pryśnie. Czar ma to w poważaniu. W zaistniałej sytuacji Zofia zrywa się na równe nogi jednym susem i bulgocze pod nosem najgorsze wyzwiska. Odchodzi dumnie, wolno stawiając łapki (żeby nikt nie pomyślał, że coś ją zmusiło - właśnie tak chciała), ale cały czas mamrocze i przeklina, na czym świat stoi. Nieomal szeptem.

Skąd wiem, że przeklina? Ano znam ją od dziecka.

Czesiek uchyla powieki, spogląda na mnie z entuzjazmem:
- Fajowo! Bawimy się?!
(Nic się nie stałoooooo, chłopaki, nic się nie stałooooooo).


Usiadłam, przyszła Zosia, ułożyła się wygodnie i zasnęła. W związku z tym co? Przylazł Czesiek i nie dość, że się wtarabanił, to jeszcze zaczął się na nią gapić. Nie da się spać w takich okolicznościach przyrody!!!

PS Widzi Państwo, jaki wielkolud?

2030

Kto mi zazdrościł koleżanki - psychologa klinicznego, ten teraz padnie i nie będzie mógł się podnieść. MamaPiotra przestała zazdrościć, bo się z nią podzieliłam i je zakoleżankowałam. Pracują jak szalone, obie bardzo zadowolone z relacji oraz efektów. Ale chodzi o to, że rzeczona koleżanka jest osobą wyjątkowo otwartą oraz głodną wiedzy, więc tyka różnych rzeczy, większość ją wciąga, więc się specjalizuje. I ja jestem na takim etapie, że jak mnie boli pod łopatką, to jej to wyjęczę, ona mówi, żebym wpadła i mi odblokowuje. A przy okazji sobie pogadamy. Gdy Zuzia ma atak alergii, to ja jej to wyjęczę, a ona wyciąga ze swoich zasobów jakiegoś specjalistę od medycyny chińskiej. A przy okazji co? Pogadamy sobie, a jakże. Kiedy marudzę, że muszę schudnąć, to oczywiście sobie pogadamy i dostaję dietę wegetariańską, której chodzącym dowodem skuteczności jest sama koleżanka. Gdy nie mam co czytać - wydłubuje ze swojej biblioteczki książkę, która wciąga mnie bez reszty. Oraz sobie... wiadomo.
Człowiek - instytucja.
Kocham.

Tak, Zuzia ma mega atak alergii, chcę schudnąć, skomplikowały mi się sprawy finansowe oraz chętnie coś poczytam, ale żeby było mądrze i niemęcząco. Akurat (przypadkowo) nie zablokowało mi łopatki. Kwestia czasu, jeśli sytuacja się rozwinie. Natomiast doktorat mojego brata przerósł dziekana. Więc wykonał najprostszy unik i odmówił współpracy. Ja to traktuję bardzo osobiście.
A dyrekcja zabroniła nam kurzyć i to jest wysoce irytujące.

Trochę jestem zmęczona. Może wziąć sobie ze dwa dni urlopu?

12 stycznia 2015

2029

Nurzam się po czubek czubka w cudownie odzyskanym braterstwie. Nie mogę im cały czas mówić, ile sprawiają mi radości będąc obok, jak cieszy każdy SMS, ich zainteresowanie, troska, telefony, rozmowy o głupotach, ale naprawdę mam ochotę. Obaj są tacy fajni, szczególnie w duecie. A ja jestem impulsywna, więc mogłabym to robić bardzo często. Dla porządku zadowalam się umiarkowaniem w emocjach. Ale co se myślę, to moje.

W sobotę ruszyliśmy w gości, w czym wydajnie pomogło moje dziecko jednorodne, fundując nam podwózkę do i odwózkę z. Biedne dziecko, trzeba mu będzie wynagrodzić straty moralne, a nie tylko zwrócić za paliwo. Albowiem jest niezbitym faktem, że wszyscy troje uwaliliśmy się absolutnie nieprzyzwoicie. Szczegóły drogi powrotnej poznaję po trochu, bo przespałam. Wujki, jak się okazuje, nie przespały i co rusz zapewniały siostrzenicę, żeby się nie martwiła, gdyż rozumieją powagę sytuacji i będą zadośćuczyniać. Jeden podobno od czasu do czasu wspominał również, że będzie rzygał. Ale dowiózł.

Obaj zatroszczyli się czy przeżyłam ten kataklizm, na okoliczność czego o mało nie rozpadłam się ze szczęścia. Jeden nawet, nie bacząc na dzień święty, zagonił mnie do roboty. Dzięki temu nie zmarnowałam całego weekendu i to z pożytkiem, mam nadzieję, dla polskiej nauki. Drugi był całkiem bezinteresowny. I może dla Was, którzy macie normalne relacje rodzinne, moja postawa jest dziwna. Ale ja nie miałam i nie mam, więc to wszystko, co się teraz dzieje, odbieram każdą komórką jestestwa.

Prezes też przeżył, biedaczek, pościelił mi w salonie i wykazał wiele samozaparcia, mimo że nie wznosiłam okrzyków i nie intonowałam przyśpiewek. Już mi się nie chciało, ale tylko dlatego. I li. Z przygany zaistniała zaledwie zawoalowana uwaga, abym piżamkę wrzuciła do prania. Nie będę się o piżamkę kłóciła, gdyż nie jestem małostkową. Mógł przecież powiedzieć, że mi wali jak z wigwamu indiańskiego. A nie powiedział.

***

Prezes poszedł dziś do biura, co zdarza mu się rzadko. Wrócił bardzo zniesmaczony, gdyż pod jego nieobecność zaszła zmiana i ktoś wymienił mu krzesło.
- Jakieś wypasione miałeś?
- Najstarsze i najbardziej zdezelowane, ale sam je sobie wybrałem i było mi wygodnie. Jak przypiąłem komputer stalową linką do biurka, to nie ruszyli, Gdybym wiedział, przykułbym to krzesło łańcuchem. Mam taki łańcuch!
- Ale na nowe ci wymienili!
- Mam to gdzieś. Obszedłem nawet całe piętro, myślę sobie: spod dupy wyrwę, jak złapię. Nie było. Dramat. Nie upilnowałem.

***

Zaległa anegdotka.

Jakoś z 17-18 lat temu dziecko (wiek: dwa z hakiem) przyszło z przedszkola. Były to czasy zamierzchłe i wolny rynek nie wpuszczał jeszcze wielu produktów z taką intensywnością, jak obecnie. Dziecko wróciło i przybieżało sprawozdawać.
- Mamusiu, a dziś lepiliśmy z modeliny.
- A co lepiliście?
- Warzywka.
- I jakie dzieci ulepiły?
- Marchewkę.
- Tylko?
- Nie, jeszcze kapustkę.
- A ty co ulepiłaś?
- Bakłażana.
- ...
- Mamusiu... A pani nie wiedziała, co to jest bakłażan!
Myślę, że pani dekiel odleciał głównie z powodu tego, że ona powiedziała bakłażan.

9 stycznia 2015

2027

Walnęłam na fejsbuniu status:

#3dobrerzeczy
1. Piątek.
2. Faszerowane bakłażany.
3. Musujące Prosecco.

Po prostu piękny, idealny wieczór. Mam też odmóżdżający serial (Lost girl) oraz domóżdżającą lekturę (Skynner R., Cleese J. [tak, TEN], Żyć w rodzinie i przetrwać) i mogę wybrać, dostosowując ten wybór do chwilowych preferencji. Świat jest piękny i w dodatku wszędzie koty.
W związku z powyższym postanowiłam powrócić do tematu kuchennego i zaproponować Wam post pt. Jem, a nikt nie umarł.

Oczywiście rozumiem, że nie oczekujecie proporcji. Po raz kolejny powtarzam: dajcie szansę swoim kubkom smakowym, wyobraźni i wiatrowi we włosach. Gotowanie to sztuka - a sztuki nie tworzy się wg przepisu.

Bierze Państwo bakłażany w ilości, którą rodzina zamierza zeżreć. Myje, odcina czapeczki, zamachiwuje się i rąbie na połowę wzdłuż. (No, dobra, nie musi być połowa, może być coś mniej więcej). Jak ktoś ma ułańską fantazję, to może też w poprzek, w ćwiartki oraz inne kształty. Ja tnę wzdłuż, bo powstają łódki, które wygodnie jest napchać napychaczem. Gdyż jestem, co pewnie Państwo zauważyło, leniwą.

Bierę se nożyk do warzyw i wyznaczam trakt. Trakt służy do tego, żeby nie drachnąć skórki, bo się dziura zrobi i będzie wyciekało. Wzdłuż dracha jadę zwykłą łyżką do zupy - bakłażany są miękkie - i wydrążam środek. Zostawiam jakieś pół centymetra miąższu po całości.
I gdzie, nadaktywni czytelnicy, z łapami?! Co wyrzucić? Ja Wam zaraz wyrzucę! Wszystko się zeżre!!!

Tera tak. Bioro te łódki (albo coś), solą odrobinkę wewnątrz, układają w naczyniu, gdzie po dnie szelomta się trochę wody (nie ma pary, jest susz) dziuro do góry i wkładajo do piekarnika. Bakłażanową łódkę trzeba ciut podpiec solo, żeby nie była twarda. I nie, nie wierzcie, że trzeba osolić i czekać, żeby się gorycz wybździła. Bakłażany dostępne na naszym rynku nie mają goryczy. Se osolicie i poczekacie, gdy będziecie na południu Europy czynić popisy z warzywem wprost z pola. U nas nie trzeba. A poza tym ChPD nie wyciąga goryczki z niczego. Srutu-pierdutu.

Bakłażanki się pieką, a my cebuleczkę rach-ciach-ciach, czosneczek przez praskę (jeżeli jesteście martuuhą, to czynicie popisy z siekaniem) i na patelnię. To się, prawda, rumieni, a Wy wydłubane wnętrze bakłażana w kostkę i na rumiane ziuch! Sól, pieprz, bazylię (polecam świeżą), łagodną paprykę w proszku - albo ostrą, kto Wam zabroni - oraz zielsko, które się pod rękę nawinie. Akuracik wyszło mi oregano, więc uczciwie walnęłam zioła dalmatyńskie. Smażymy.

I teraz mamy taki moment, że w zasadzie bakłażany w piekarniku dochodzą, a farsz się podsmażył, więc otwieramy puszkę pomidorów (krojonych, gdyż albowiem jesteśmy Chujowymi Paniami Domu) i ryp ją na patelnię. Nie, bez metalu. Metal do śmieci - tego nie zjemy. Do tego kapary. W Lidlu są małe słoiczki, żeby potem otwarty nie stał. Miąchamy chwilę, wyciągamy łódki z piekarnika, ładujemy w nie farsz i na powrót do pieczenia. 10 minut przed godziną zero* posypujemy tartym żółtym serem. Albo - jeśli pragniecie osiągnąć ideał, który mnie przychodzi z łatwością, czyli mieć to w odwłoku - kładziecie se plasterki.

Omnomnomnomnom...
I nikt nie skrzywdził nawet pół zwierzątka.
To lubię, panie, to lubię.


* Godzina zero jest wtedy, gdy wszystko się upiekło. Nie, nie wiem, która to jest u Was. U mnie to wtedy, gdy uznam, że wystarczy.

8 stycznia 2015

2026



Jestem z siebie dumna. Weszłam do sali, usiadłam, strzeliłam focie, podłączyłam się do WiFi i wrzuciłam na fejsa. Dojrzewam!

***

- Strasznie mi żal altówki.
- Dlaczego?
- Pięknie grała i w dodatku śliczna dziewczyna.
- O której my rozmawiamy?
- O altówce.
- A która to była?
- Jak to "która"? Druga grała na skrzypcach! Ta starsza, w okularach.
- To była altówka.
- Oczadziałeś? Skończyłeś szkołę muzyczną, bo się ciebie pozbyli, żebyś nie kaził powietrza?! Mówiłeś mi tylko, że wywalili cię z chóru!!!
- No, dobra, masz rację. Ale fakt, że pięknie grała i jest ładna to powód do żałowania?
- Zauważyłeś, że nazywa się Sandra Kałuża?
- Widać rodzice chcieli uczynić jej życie atrakcyjnym. Żeby nie miała kompleksów z powodu nazwiska.

***

- Poza tym altówka sypia z pierwszymi skrzypcami.
- Słuchaj... My byliśmy na tym samym koncercie?!
- Mężczyźni są ślepi.
- Być może. W sumie to w takiej orkiestrze trudno zrobić karierę.
- Ona z nim sypia z miłości.
- Przerażasz mnie.

***

Z innej beczki.

- Kochasz tego kota, co? - powiedziałam, obserwując Prezesa nieustannie tulącego Cześka do łona.
- A, bo on taki fajny się okazał*. Żeby tylko gadał mniej.
- To pikuś. Ale czy Karol już wie?!


Zagadka na dziś.
Za pomocą czego biały wypierd umalował się na fioletowo?


* Ja zakochuję się od razu, dzięki czemu w ogóle funkcjonujemy. Prezes dojrzewa do uczuć. Drugiego dnia pobytu zapytałam czy nie uważa, że Czesio milusi, a on odpowiedział, że jeszcze się nie oswoił. No to mu Klakson pomógł. A właściwie... załatwił. Ale co racja, to racja. Kupił sobie wszystkich, mały gnojek. Przepraszam za słowo "mały".

7 stycznia 2015

2025

Absolutnie nieprawdopodobna historia, ale piszę, żebyście mogli sprawdzić u siebie. Bo, jak wiadomo, człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Od razu wytrącam z rąk oręż legendy miejskiej - jej podstawą jest brak możliwości ustalenia, komu się coś wydarzyło. Tutaj wiemy komu i mamy relację z pierwszej ręki.

Zdarza się Wam zrobić coś zupełnie od czapy? Na przykład sprawdzić rzecz, która wydaje się całkowicie oczywista? I potem zrozumieć, że Wasze pojęcie oczywistości to ewentualnie psu na budę? Mnie się zdarza: czasem się ważę. I potem nic już nie jest takie samo.

Więc owa znajoma, o której mowa, ni z gruchy, ni z pietruchy weszła na elektroniczne księgi wieczyste i wpisała w nie numery posiadanych działek. Wartych - bagatela - kilka milionów. Nie wiadomo czemu to zrobiła, ale jakież było zaskoczenie, gdy okazało się, że wcale właścicielką nie jest. Z ksiąg wynikało, że kilka tygodni wcześniej sprzedała te działki jakiejś firmie. Czego - jako żywo - nie uczyniła. Ale jak?! Przecież to absolutnie niemożliwe! Poleciała do sądu, wyszarpała dokumenty, a tam piękna umowa notarialna z jej nazwiskiem. Działki sprzedane. Pandemonium. Coś, co wydawało się nienaruszalne i stanowiło dorobek całego życia... zniknęło bez wieści.

W ramach śledztwa ustalono, że do kancelarii notarialnej stawiła się osoba ze sfałszowanym dowodem osobistym i w imieniu swoim (czyli niby prawdziwej właścicielki) sprzedała rzeczone latyfundia. W wyniku niespodziewanego splotu okoliczności, rzeczona znajoma weszła w posiadanie tej informacji w rekordowo krótkim czasie, w związku z czym działki nie zdążyły zmienić właściciela piętnaście razy, bo wtedy to już chyba nigdy nie doszliby swoich praw. Stanęli jednak przed poważnym problemem, jakim jest założenie sprawy cywilnej, mającej na celu udowodnienie, że nigdy do transakcji nie doszło. Bo trzeba wpłacić wadium, wynoszące... 10% wartości przedmiotu sporu. Czyli, bagatela, kilkaset tysięcy.

Nie, nie wiem, jak to się skończyło, bo sprawa w toku. Sama jestem ciekawa, więc Was zawiadomię, gdy się dowiem. Niemniej poleciałam po własne wypisy z ksiąg wieczystych i odetchnęłam z ulgą. Może niewiele, ale ciągle mam. Sprawdźcie, bo to zapewne niejedyny taki przypadek.

Przerażające.
Niby wszystko teraz takie sformalizowane, a można komuś sprzątnąć sprzed nosa dorobek całego życia i tyle. Nie mam wątpliwości, że była to pierwsza z ciągu transakcji kupna-sprzedaży, które ktoś zamierzał wykonać i w dodatku odprowadzić od tego podatek. Albo i nie, bo skoro wpadł na pomysł tak grubego przekrętu, to i unik podatkowy pewnie mu nieobcy.
Stupor.

3 stycznia 2015

2024

Czesław okazuje się chytrzejszy niż się spodziewaliśmy. A nawet chytrszy. Pomijam łaskawie fakt, że jest kotem-pająkiem i napinkala wzwyż w pionie (w przeciwieństwie do normalnych kotów, które przeskakują z czegoś na coś). To ma się także do śmigania po drabinie bez śladu lęku i to praktycznie od drugiego, trzeciego dnia pobytu. Ze schodów się co prawda spierdolił, ale tylko raz - i wyciągnął wnioski. A poza tym urósł przeszło dwukrotnie, co Państwo samo widzi na zdjęciach, więc żadne tam schody już mu niestraszne.

Wczoraj w godzinach pracy otrzymałam mail o wiele mówiącym tytule: "Znajdź ukryty szczegół".

Fajny burdel wyprodukował, nieprawdaż? Kochany kotek.

Tak, owszem, to co Państwo widzi, znajduje się tuż pod sufitem. I jak tam wlazło - nie mamy pojęcia. Żaden kot wcześniej nie miał takich osiągów.

Ale ja nie o tym. Otóż najistotniejszą umiejętnością, którą posiadł Czesław w tempie błyskawicznym, jest wywabianie Prezesa z łóżka o 6:00 w dni wolne. Wyczuł bez pudła, że Prezes jest miętki, a ja potrafię wykonać salto mortale w miejscu i zakończyć je profesjonalnym w pełni kokonem, do którego nie docierają bodźce. Dotychczas cały kociniec wyprawiał skoki i podrygi po Prezesie, obecnie wszyscy dali spokój, zdając się na Czesława, któren to jest miszczem i działa w 100 przypadkach na 100.

On po prostu punkt szósta wali takiego kupona w kuwecie koło sypialni, że mogę go Wam wypożyczać za opłatą celem wskrzeszania ukochanych bliskich. Okrutny smród wyciska nam łzy z oczu i to podczas snu, a Czesław - z opróżnionym jelitkiem oraz enigmatycznym uśmiechem - spokojnie oczekuje na napełnienie. I nigdy się nie myli. Prezes, któremu odbiera się w ten sposób resztki tlenu, wypryskuje z łóżka z podziwu godną prędkością, łapie w locie kuwetę i zbiega na dół celem wyczyszczenia. A przy okazji, skoro już tam się znalazł, jest serdecznie zachęcany do wydania śniadania. Gdyż śniadanie, jak wiadomo, to najważniejszy posiłek dnia.

Czesław, z uwagi na umiejętności paszczowe, zwany okresowo i pieszczotliwie Klaksonem, prowadzi bezustanne, szczegółowe obserwacje, które - jak to ruski - natychmiast przetwarza, wprowadzając w czyn arcyciekawe rozwiązania. Piszę o tym, bo poddaję Wam pod rozwagę jedną rzecz. Otóż gdyby się Wam zachciało kiedyś kotecka, dobrze się zastanówcie czy to ma być żołnierz radziecki. Może się bowiem wydarzyć, że niespodziewanie do domu wpadnie grupa antyterrorystyczna, a potem się dowiecie, że chrupki były niskiej jakości. No, chyba że lubicie rozrywkę - wtedy polecam. Ruscy uczą się wszystkiego praktycznie bez pomocy z zewnątrz, są cholernie inteligentni, przebiegli i dostarczają atrakcji. Oraz, co nie bez znaczenia, kochają na zabój. I asystują, co wcale nie znaczy, że za Was poodkurzają. Ale mogą naśmiecić, bo - dajmy na to - śmieszy ich, gdy się miotacie z odkurzaczem.

Osobiście jestem ruskofanką. A hodowlę archangielskich w Bełchatowie polecam w ciemno. Piękne toto i w dodatku z pazurem. Lubię charakterki.

Na deser jeszcze jedno zdjęcie spółki z nieograniczoną nieodpowiedzialnością. Lubią się chłopaki. A właściwie Czesiek lubi Edka. A Edek... nie ma innego wyjścia.


1 stycznia 2015

2023

Nowy rok uczciwie rozpoczęty. Cały dzień w piżamie.
Żołnierze radzieccy (spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością) też się nie przemęczali.