31 maja 2014

1703

Wróciłam. Było ciudnie.

Odcinek pierwszy prim.

Miasto przywitało mnie zimnem i deszczem, na co nie wyrażałam zgody, więc nie zabrałam ze sobą żadnej stosownej odzieży. Dzięki mojej stanowczej postawie Pan Kierownik się opamiętał i już w piątek rozgonił chmury, słońce umieściwszy na właściwym miejscu. Wobec powyższego podziękowałam mu soczyście z balkonu domostwa martuuhy*, co przypuszczalnie przyjął z zadowoleniem, bo dziś było jeszcze piękniej.

Ponieważ utknęliśmy w miejscu, którego wnętrza tak Wam się spodobały, zdradzę jeszcze, że była to nie byle jaka miejscówka, a martuuha, jak na gospodynię pełną gębą przystało, wybrała ją dla mnie z prawdziwym pietyzmem, podejrzawając, że radości nie będzie końca. I sprawdziło się.
Pogubiwszy się uprzednio uczciwie, stanęłam przed bramą... państwa Borejków.


Zwracam łaskawą uwagę PT Czytelników, że wytwórnia kołder nadal ma się znakomicie!


Zgodnie ze stosownymi wskazówkami...


... pogalopowałyśmy z walizeczką dookoła, zbliżając się do owego enigmatycznego wejścia od tyłu, które to stało się początkiem kłopotów Kłamczuchy w relacjach z pięknym Pawełkiem Nowackim, albowiem kamienica przy Roosvelta 5 jako żywo je posiada. Prześledziłyśmy później wraz z martuuhą granicę budynków, uznając, że możemy zaakceptować ich odrębność.

Wnętrze już pokazałam. Siedziałam tam sobie spokojnie na miękkiej kanapie, w ciepełku, pijąc kawkę, jedząc wegańską sałatkę z cieciorką, otaczając się poduszkami, darmowym wifi i oczekując cierpliwie. Doczekałam się. Martuuha wpadła do Surrendera jak burza, chwyciła mnie w ramiona, na dłuższą chwilę odcinając dopływ tlenu, z czego wcale nie byłam niezadowolona, ponieważ w tym właśnie momencie w pełni poczułam, po co wybrałam się do Poznania.

Następnie martuuha gestem nieznoszącym sprzeciwu wyplątała mój niechętny tej operacji nos ze swej ręcznie wykonanej odzieży, po czym gromko oznajmiła całej obsłudze, gościom, szacownym murom i wszystkim sąsiadom, że oto pozbawia ich mojej obecności, gdyż ma w planach zawłaszczyć mnie na wyłączność, czemu dawała następnie wyraz do soboty, skrzętnie wyliczając nawet łoterlowskie odwiedziny w miejscu, gdzie król chadza piechotą. Tedy sikałam na zapas, ponieważ grafik nie został mi okazany i nie wiedziałam, czy następna wizyta w miejscu odosobnienia nastąpi w ciągu najbliższych 24. godzin.

Złapała walizeczkę, jednym stanowczym gestem zakończyła wszelkie moje protesty, że w końcu nie jestem jakąś, panie, niepełnosprawną staruszką i wygoniła mnie na ulicę pełną wichru, deszczu oraz remontów drogowych, mamiąc licznymi atrakcjami, które dla mnie zaplanowała.
Nie wiedziała bowiem, biedaczka, że największą atrakcją jest ona sama, emanująca ponadnormatywnym ciepłem i zamaszystością. I że konałabym z zachwytu nawet wtedy, gdyby zaludniała centralny punkt pustyni Gobi, gdzie najbardziej wyuzdanym punktem programu jest wydłubywanie piachu spomiędzy zdrętwiałych pośladków.

CDN.


* Burząc spokój szacownych obywateli miasta.

29 maja 2014

1702

Dojechałam.

Sama się mianowałam (no, dobra, z niewielkim wsparciem martuuhy) absolutnym miszczem świata. Od wysiąścia z samochodu zgubiłam się już dwukrotnie, a przecież zaledwie wczoraj martuuha przysłała mi SMSa, liczącego bez mała 5000 znaków i zawierającego dokładny opis podróży (np. obróć się w lewo, taaaaak, tylko w to drugie lewo). Niemniej stwierdzono pocieszająco, że choć na georgrafii znam się jak, nie przymierzając, kura na lotach kosmicznych, to posiadam jakieś drobne zdolnosci w postaci rozpoznawania architektury różnych okresów. No i to potrafi obudzić moje zaniepokojenie. Bo gdy mam otrzymać secesyjną kamienicę, a funduję sobie w to miejsce neogotycki kościół - zatrzymuję się i po kilku zaledwie minutach dochodzę do wniosku, że mi kaman o coś innego. A potem jakoś leci.

W każdy razie dotarłam do miejsca, które było mi przeznaczone i teraz chłonę Atmosferę. I nawet się z Wami podzielę, bo nie jestem przesadnie oszczędna. O, proszę:




Mam tu, co nie bez znaczenia - bo na zewnątrz ziąb, jak jasna cholera i w dodatku deszcz - ciepełko, mięciutką kanapę z poduszkami, internety za free i...


Może bym nawet coś zjadła, ale obawiam się, że jeśli nie będę pożądała obiadu w postaci płucek na kwaśno, które martuuha gotuje od dwóch miesięcy, to ona wystawi mnie wraz z walizką na korytarz. A tego byśmy nie chcieli. Znaczy... my byśmy nie chcieli, bo z Wami to nie wiadomo.

A co tam w reszcie Polski oraz za jej granicami?

1701

Nie wiem, co tam macie dzisiaj w planie, ale ja...

JADĘ DO MARTUUHY!!!

Tak, będziemy pić alkohol. Tak, będziemy mleć ozorami aż nam poodpadają. I nawet możemy to robić upozowane na uczestniczki uczt rzymskich, czyli leżąc*, bo kto nam zabroni. Możemy też pójść na wycieczkę. Jeśli nie będzie lało i psuło.
Pyszności.
Jestem szczęśliwa.

Miłego dnia Wam życzę. Przynajmniej tak miłego, jak będą moje najbliższe z...



PS Zaskoczę Was: Melmelki do mnie pędzą! Szok.


* Zrolowane ze śmiechu pod wersalką.

28 maja 2014

1700

Notki obuwnicze, co stwierdzam empirycznie, a pandeMonia popiera siłom i godnościom osobistom, som nośne. Wychodząc więc naprzeciw fetyszystycznym oczekiwaniom Kaczki, pokażę jeszcze PT Czytelnikom moje dzisiejsze obuwie, gdyż dotychczas nie gościło. Włala!


Tak mam do tego kiecunię w kolorze mlecznej czekolady. Też kupiłam w największym szmateksie Rzeczypospolitej. O:


Kolor jak na zdjęciu obuwniczym.

Oczekuję westchnień oraz rozmemłania.
Dziękuję.

1699

I żeby mi tu nie było żadnych nieporozumień, oświadczam: TO WSZYSTKO PRZEZ NAIMĘ.

Ona mi kazała. W dodatku są na to dowody w formie pisemnej (zrobiłam printscreeny, żeby nie mogła się wymiksować). Trochę obarczam również pandeMonię - taka była chętna do przyklaskiwania, że trudno to pominąć. Więc gdy dziś nad ranem przyszedł do mnie mail, rozpoczynający się od słów: "Wybrany produkt jest ponownie dostępny na naszej stronie...", to już nic nie mogłam poradzić.

Kiwiąc się na taboreciku kuchennym w stroju niedbałem (źródło: Wiech), z zębami, które nie zaznały szczoteczki, raz po raz ziewając, zrealizowałam zamówienie z karty kredytowej. A zaznaczam, że przepisanie tysiąccyfrowego numeru karty (normalnie każda cyfra inna) przed szóstą rano jest nie lada wyczynem.

Zdążyłam. Były ostatnie*. Nie wiem, jak oni to robią.


Te również mają imię. Mianowicie Mel Mel Raspberry. Ładnie. Oczywiście wyjaśniam, że spieszyłam się wielce, gdyż mię kosztowały 220,00, a nie - dajmy na to - pińcet. I to jest, w przeciwieństwie do Lady Dragon, obuwie na co dzień. A wiem, że cholerstwo wygodne, jak mało co, bo se w sklepie stacjonarnym byłam wzułam i już nie chciałam zzuć. Ale były droższe. O dwie paki.

Mogę pozwolić powąchać, gdyby kto był chętny.

Wierzę, że przygalopują do mnie w jakimś czasie nieodległym. Tym razem z drugiego krańca Kanału La Manche. Tego, co to karmi przyzwoicie, a nie jakimś syfem z groszkiem. Nawet mi to odpowiada, aczkolwiek sprawdzimy, czy Francuzi rzeczywiście tacy wyluzowani, czy też dla odmiany spakują i dostarczą.

Dziękuję za uwagę.

PS Piękne, c'nie?


* W moim rozmiarze.

27 maja 2014

1698

Normalnie nieustającą fanką jestem.

Lidla. Biedronki. Oraz innych miejsc, w których człowiek kupuje całkiem przyzwoite wino w całkiem nieprzyzwoitej cenie. Dwa wina. No, dobra. Trzy. Ale nie wypiłyśmy wszystkiego.

Zasadniczo to filozoficznie nastraja mnie wchłonięty alkohol. Tak mam. Przy tym nie lubię alkoholi mocnych, albowiem mam skłonność do przyswajania większej ilości płynów, a gdy procent skacze powyżej piętnastu, to się nie da. Bo ja nie lubię być zeszmacona.

J. wyprowadza się na jesieni.
Nie wiem, jak będę potem żyć.
To dla mnie całkowicie nowy etap.

Jakby na to nie patrzeć, zawsze tu była. Moje zawsze sięga roku 2006. Za parę dni obejdziemy (niehucznie) ósmą rocznicę naszego zamieszkania. Osiem lat... szmat czasu. Dużo. Dużo wina. Dużo rozmów. Dużo trudnych tematów, dużo śmiechu, dużo łez. Pomogłyśmy sobie nawzajem w wielu sprawach. Byłyśmy blisko w potrzebie wiele razy. Naprawdę się przyjaźnimy. I nie wiem, co będzie dalej. Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić. Ona rusza ku nowemu. Ja zostaję. Nostalgia.


PS Gdybyście nie zrozumieli, to jest to trochę smutna notka.

1697

Kolejny dzień uwag do wykładów (bo to za pięć minut, więc trzeba mieć ich pierdylion).

Siedzę u Szefa, zawołał mnie, więc jestem ciuteńkę zrezygnowana - znowu... Ale słucham uważnie.
- Jest taka sprawa... - zawiesza głos. - Coś mi tu za szybko zapierdala!
"Oddychaj" - myślę. - "Oddychaj!".
- W mojej panu zapierdala?
- A skąd. U Agnieszki. Weź mi to zatrzymaj.
Zatrzymuję mu jednym klikiem, bo wszakże nieskomplikowana to czynność.

- Wiesz - kontynuuje - wykłady robisz świetne.
- Dziękuję - odpowiadam, czując lekką ulgę.
- Ale...
(Musiał).
- Tak?
- Ty mnie nie słuchasz.
- Szefie?
- Mhm?
- Nigdy, powtarzam, NIGDY się o nic z panem nie spieram. Ale teraz to już naprawdę trudno wytrzymać. Uwaga! Składam oświadczenie: słucham pana cały czas.
- Czyli sugerujesz, że ja bredzę?
- Ja?! Nie ośmieliłabym się. Ma pan po prostu przeskoki myślowe i czasem trudno nadążyć.
- Aha. Znaczy - powinienem nad sobą popracować.
- Ja nic nie mówię.
- Wspominałem, że masz dyrektorskie nawyki? Zlecasz mi pracę!
- Mam trenerskie nawyki. Naprowadzam pana delikatnie i sam pan znajduje rozwiązania. A to się chwali. Czy przypomnieć, jak to dziś jedna pani powiedziała, że dobry z pana człowiek, tylko trochę szorstki?
- Ty! Z tobą to naprawdę nie jest łatwo! Już mnie urabiasz!
- Z pana ust taka opinia jest komplementem - chichoczę.
- No i masz, znowu kręci. Idź sobie już, idź.

26 maja 2014

1696

Usiłuję wysłać ludność na tę kąferęcję, w czym dyrekcja uporczywie mi nie pomaga. Mianowicie zezwoliła na wyjazd 3 samochodów. W które za cholerę nie mogę upchnąc wszystkich uczestników, których jest dwunastu (i ja na doczepkę).

Na pierwszy rzut oka wygląda, że bredzę, a na matematyce w szkole podstawowej zwykle przysypiałam, obżałszy się cukru w nadmiarze. Niespodzianka. Państwo nie uwierzy - w ósmej klasie to nawet startowałam w olimpiadzie matematycznej! Popsuło mi się w głowie dopiero w okolicach drugiej liceum. Przeanalizowawszy ten fakt dociekliwie i wielokrotnie, zwyczajowo dochodzę do wniosku, że musi mieć to jakiś związek ze zmianą nauczyciela. Na szalonego naukowca. Za to całkowicie nieszalonego pedagoga. Ale my nie o tym, bo zamierzam udowodnić. Nieomalże matematycznie.

Gdyż.

Do jednego samochodu wchodzą 4 osoby (można upchnąć 5, ale to okrutne na dłuższych trasach). Czyli mamy wysłanych 8. Trzeci samochód należy do Szefa (1, słownie: jeden). Ręka do góry, kto mu powie, żeby zabrał 3. pasażerów. I kto podwiezie mnie?! (Pytanie kluczowe).
Finalnie otrzymujemy cyfrę 9. Zostają 3 (i ja). Biez wodki nie razbieriosz. A dyrekcja obecnie ma mnie we wzgardzie. I co mu zrobisz.

Kulturalnie apeluję do sekretarki oraz pani "jajestemnadpanią", żeby spróbowały jednak z dyrekcją porozmawiać. Gdyż możemy wysłać te 3 osoby (pal sześć mnie) koleją, ale to nam drożej wyjdzie. Odzewu brak, wyjazd w czwartek bladym świtem.
W zasadzie postanowiłam lecieć na luzie. Wyżej dupy i tak nie podskoczę, że się tak wykwintnie wyrażę. Po prostu jutro przekażę kadrowej, jaki jest stan. I niech z tym robią, co chcą.
Ja jadę. Urlop podpisany. Mogę się komuś dorzucić do paliwa, a jak nie, to pojadę pociągiem. Owszem, wszyscy wiedzą, że ja się boję pociągów. Ale od czego napoje wyskokowe?

***

Poza tym nieuchronnie zbliża się termin składania wstępnych wniosków do grantów. Wobec czego w mej ostatniej komnacie w najwyższej wieży odnotowuję tabuny zwiedzających. Pomińmy łaskawie fakt, że mieli dwa miesiące, gdy to huśtali stópkami. Nie powinniśmy być czepliwi.
Bo duch się jakiś dziwny w narodzie odezwał. I naród zaczął oszczędzać.
Przychodzi, weźmy przykład, Kierownik Sześciu.
- Ile ci wyszło? - pytam kulturalnie.
- 592 tysiące - oświadcza z dumą.
- 4 miliony - podpowiadam.
- Ocipiałaś?!
- Masz zaplanować wydanie 4. milionów.
- To jest niemożliwe!!!
- Gówno tam niemożliwe. Ile zaplanowałeś stanowisk?
- Jedno.
- Dziesięć.
- No co ty?!
- No co ja? Część kosztów się rozkłada w takich przypadkach - pokazuję mu paluchem pozycje w kosztorysie. - O, to pomnożysz razy 2, to razy 3, to starczy na 10. Koszt sprzętu razy 10. Wyjdzie 4 bańki. Jak obszył.
- Ale przecież ja nie będę miał obsady dziesięciu stanowisk! - jego przerażenie wygląda na autentyczne.
- Uważaj, będę podpowiadać. Pacz mi pan na usteczka karminowe. Kto decyduje o obsadzie?
- No my.
- To teraz czule w oczy... Niniejszym masz obsadzonych 10.
- To jest nienormalne - popiskuje.
- Nie dyskutuj, tylko planuj. Przyjdą, zaczną ciąć, musi być z czego oddać. Połowę nam wezmą, dwie bańki zostaną, zrobimy 4 stanowiska i będzie z górką.
- Mówiłem, że jesteś szatanem?!
- Nie. Ale cenię odwagę. Nikt się dotychczas nie ośmielił.
- To zrobię 6.
- Jak matkę kocham, kopnę cię zaraz w jaja. O ile posiadasz. Nie potrafisz wydawać pieniędzy? Ja ci mogę pokazać, jak to się robi. Weź mnie i portfel do centrum handlowego. Wyznaczasz tylko czas i regulujesz rachunki. Dowolnie krótki czas. Udowodnię ci.
- 250.
- Za 250 to mi się nie opłaca wchodzić nawet do jednego obuwniczego, bo starczy na samotny pantofel.
- 6!
- 10 i bez dyskusji!!!

Ale już hitem czytania ze zrozumieniem jest kolega Wojtuś.
- Słuchaj... Bo jedna rzecz mnie martwi. My nie damy rady zrobić tego w pojedynkę.
- Zawiąż konsorcjum.
- To ja mogę?
- A jak sądzisz, od czego jest kratka: "konsorcjant - tak/nie"?
- Od konsorcjanta?
- Brawo! Wygrał pan lokówkę.
- Ale kto go wyznacza?
- A kto wypełnia wniosek?
- Że niby ja?
- Bingo! Do lokówki dokładam włosy. Nie jestem skąpa.

I teraz mam ubaw po pachy, bo dam sobie rękę obciąć, że nie pomyśli, żeby wejść w konsorcjum z kimś, kto z natury rzeczy ma szansę na łyknięcie grantu. Tylko obsadzi firmę kolegi pod szyldem "Konik Garbusek". Albo swoją prywatną. Bo ludzie są straszliwie nienażarte.

Tak sobie dumam, że do brania kasy to wszyscy chętni.
A jak przychodzi pomyśleć, to nagle zwiedzają ostatnią komnatę w najwyższej wieży.
I ciekawe, czy coś z tego będę miała.

1695

Wrrrr... Szef od rana nastawiony na focha, co się objawia wzmożonym bieganiem. Moim bieganiem.

A już najbardziej podoba mi się sytuacja, gdy oboje siedzimy przy swoich komputerach, on na parterze, ja na piętrze trzecim, i Szef mówi do mnie w te słowa:
- W prezentacji nie ma tego slajdu.
- Jest - odpowiadam.
- Nie ma.
- Czterdziesty piąty.
- Nie zawracaj mi głowy.
W takich sytuacjach po prostu uchodzi mi powietrze.

Albo zostaję w piątek po godzinach, bo mu się przypomniało, że nie ma wykładu. Nie mam z tego powodu wygenerowanych wyrzutów, bo i tak codziennie się spóźniam, więc może nawet dobrze, że czasem tu posiedzę - jakoś uczciwiej się czuję.
Siedzę najpierw z nim. Pietnaście pomysłów na minutę. Potem mówi:
- Nie, piernicz to. Zrób jedną, ale dużą.
I dyktuje mi, co ma być zawartością.
- Na ósmą w poniedziałek? - pytam.
- Tak.
Za pięć ósma oddaję wykład sekretarce, a jemu mówię:
- Wykład ma na swoim komputerze pana sekretarka, proszę powiedzieć, żeby przeniosła na palec.
- Ale miały być dwa wykłady!
Pfffff...

A już hit absolutny, czyli szczyt focha, był następujący.
- Po slajdzie 79. muszę mieć to, to i to.
Zapisuję. Potem on coś jeszcze miele i za chwilę wracamy do slajdu 79.
- Czyli, podsumowując: slajd 79... - zamyśla się.
- Doklejamy informacje z tym, tym i tym - podpowiadam, patrząc w notatki.
- Ty masz dyrektorskie nawyki! Ty mi mówisz, co ja mam robić! Chcesz się może zamienić?!
Pfffff...

Mam dużo zdrowego rozsądku i spokojna jestem jak ocean, więc się nie fantuję. Mówię: "Przepraszam bardzo, szefie". Ciśnienie lekutko mi skacze, ale myślę sobie: "Czy ja muszę mieć rację? Nie muszę. Wali mi to". I mówię: "Na pewno coś pomyliłam, byłam już zmęczona, przykro mi". I niech. Co mi tam.

Ach! Jeszcze obsikiwanie terenu.
- Kto ci to zlecił?
Odpowiadam.
- Ja tu jestem twoim szefem!!!
- To pozostaje poza wszelką wątpliwością. Ale po co się spierać? Nowy dostał, po budynku pobiegał, ludzi poznał, same zyski.
- Ale ja tu jestem twoim szefem!
- Owszem. I dlatego panu o tym mówię.

Mam nadzieję, że to koniec spotkań w gabinecie Szefa na dziś, bo inaczej dosypię mu trutki na szczury. Obojętnie do czego. Mogę nawet siłą do ust.

25 maja 2014

1694

Obowiązek obywatelski spełnilim i trochę się zdziwilim, bo na coś interesującego natrafilim, to się podzielim. O:


Niechże mnie ktoś oświeci, bo za cholerę nie widzę związku.

1693

Bicie jest złe. Każde bicie. Bez dyskusji.

Jestem stuprocentową przeciwniczką różnicowania pomiędzy "wychowawczym klapsem" a "zdrowym laniem". Nie da się tego w żaden sposób zmierzyć i zróżnicować. Nie można wyznaczyć właściwej siły nacisku, długości rozmachu, kąta padania razu. To niemożliwe. Intencje też nie mają tu nic do rzeczy. Wierzę, że nikt przy zdrowych zmysłam nie będzie lał swojego dziecka na zimno, wyliczając, ile razy walnie go w dupę, żeby "zrozumiało". Bo co właściwie ma zrozumieć?

Dzieci bije się w emocjach. Dajemy klapsy, kiedy już nas "nie starcza". Kiedy poddajemy się tak bardzo, że mgła zasnuwa nam oczy. Co tym dziecku komunikujemy? Nie mam już argumentów, nie potrafię cię przekonać, ale wciąż jeszcze jestem większa/większy i silniejsza/silniejszy i jeszcze mogę ci przypieprzyć na otrzeźwienie, mogę przemocą zmusić cię, żebyś zastosował/a się do mojej woli. Nie znajduję w takiej argumentacji niczego sensownego. Znajduję za to wskazówkę, którędy do piekła.

Nie, nie jestem bez winy. Mam dorosłą córkę. Za mną nieomal 20 lat wychowywania, nie zawsze łatwego. Nikt tak mnie nie potrafi wyprowadzić z równowagi, jak moja jedyna córka, którą przecież kocham nad życie i bez wahania dałabym się pokroić, wyskoczyłabym z okna, oddała wszystko, co posiadam. Wydaje mi się nawet, że jeśli trzeba by było ją chronić, mogłabym zabić. W dodatku zrobiłabym to bez namysłu. Gdyby na szali znalazłoby się życie mojego dziecka, gówno by mnie obchodziło czyjekolwiek inne. Powiedziałabym do hipotetycznego agresora: zdychaj. I zatłukła gołymi rękami bez listości. Nie zważając na nic. Powiem więcej: gdy ona przez kogoś płacze, naprawdę mam ochotę to zrobić. Do dziś.

A przy tym wszystkim nie jestem bez winy. Zdarzało się, że doprowadzała mnie do szewskiej pasji, krew zalewała mi oczy i waliłam w dupę. Dlatego ta notka jest dla mnie taka trudna. Bo ja się tego wstydzę. Strasznie. Koszmarnie. I wolałabym o tym zapomnieć. Żeby się nigdy nie zdarzyło. Żeby tego nie było. Żebym tak mogła stanąc przed Wami z podniesionym czołem i pierwsza rzucić kamieniem. Ale nie mogę.
Mogę za to, bazując zarówno na przemyśleniach, lekturze, jak i osobistystych doświadczeniach powiedzieć z całą mocą, że bicie jest złe. Nie ma dla niego żadnego usprawiedliwienia. I nie powinno mieć miejsca. Koniec i kropka.

Ci, którzy mają nadzieję, że to już koniec, srogo się zawiodą. Bo to był wstęp. Owszem, znam zasady i wiem, że wstęp powinien być krótszy niż rozwinięcie, ale mi się nie udało. Nie zawsze się udaje, więc luz. Wypuśćcie powietrze - nie udaje się nawet zawodowcom. W związku z czym możecie śmiało kichnąć na wiele uwag, dotyczących jakości Waszego tworzenia tekstowego. I w tym przypadku wszystkie, mniejsze i większe kamyczki zostawiam w kieszeniach.

Przy okazji wczorajszego upiększania stopy włączyłam telewizor. A przecież wiem, że to zło i chcę się dziada pozbyć z domu. Ale skoro jeszcze stoi, to włączyłam. I, ma się rozumieć, gorzko tego żałuję. Albowiem któryś tam program powtarza starsze odcinki Superniani. Z 2008. Jakieś licho mnie podkusiło, nie potrafię tego wytłumaczyć, wszak podkreślam wielokrotnie, że sprawy wychowawcze od dawna mało mnie interesują. Nie mam więc nic na swoje usprawiedliwienie.

No i obejrzałam TO. Nie odkryłam jeszcze, jak wstawić do bloggera film, niepochodzący z YT lub własnego dysku. W związku z tym podlinkowuję do możliwości darmowego obejrzenia. Nie trzeba tego oczywiście robić, gdyż zamierzam wyłuszczyć, o co mi chodzi. Jeśli ktoś miał nadzieję, że tego uniknie... była płonna.

Adremy. Superniania przyjeżdża do młodego małżeństwa - rodziców chłopca-trzylatka i trzymiesięcznej dziewczynki. Dzieciak faktycznie jest koszmarny, rodzice też niczego sobie, choć mama bardzo się stara i widać, że liznęła tego i owego. Tatuś natomiast ze wszystkich sił usiłuje zasłużyć na miano dobrego policjanta. Właściwie cały ciężar opieki nad dziećmi spoczywa na barkach mamy, a kto spędził z małymi dziećmi w domu choć tydzień, wie, o czym mówimy. Tego nie widać, ale bez trudu można sobie wyobrazić, że kobita nosem się podpiera.

I tu dochodzimy do rzeczy sedna. Mianowicie Superniania uczy właściwego (w jej mniemaniu) postępowania, po czym się wydala, a telewizja nadal nagrywa, jak tam postępy. Następnie Superniania wraca, by dokonać korekt. Na początek chwali mamusię, jak to dobrze sobie radzi. Potem zasiadają przy stole i analizują nagrania. We troje. Na jednym z nagrań matka, doprowadzona do ostateczności, strzela gówniarza w łeb.

Ja tego nie pochwalam i po to napisałam cały ten przydługi wstęp. Ale to, co zobaczyłam w programie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Szlag mnie trafił, krew mnie zalała i miałam prawdziwą ochotę znaleźć uzasadnienie dla twierdzenia, że klaps na otrzeźwienie może być sensownym rozwiązaniem. Mianowicie miałam nieprzepartą chęć, by wstać i z całą mocą walnąć w ten durny ryj zarówno Zawadzką, jak i ojca dziecka, który okazał się dupkiem nad dupkami, znacznie gorszym niż podejrzewałam na początku.

Bo nad tą matką odbył się prawdziwy sąd. Na ławie oskarżonych ona - wstydząca się koszmarnie tego, co zrobiła, a ja ją rozumiem. Wcale tego nie chciała i wiedziała, że zrobiła źle. Gdyby mogła cofnąć czas, zrobiłaby to, co było wyraźnie widać. Z poczucia winy popłakała się i uciekła. Nikt nie udzielił jej wsparcia. Z wyżyn sędziowskich, gdzie wygodnie siedziała specjalistka, a sekundował z zapałem tatuś, padały słowa gorsze niż chłosta. Pan tatuś poddał nawet w wątpliwość swoją decyzję o ożenku z tą, a nie inną osobą. I był z siebie dumny. Taki moralny. Taki nieobecny.

Kurwica mną targnęła i przysięgam, że ominę każdą Zawadzką, jaką spotkam na swej drodze. Może nawet w pysk uda mi się nie strzelić, będę się starała. Choć z pewnością nie będzie mi łatwo. Bo ja to widzę inaczej.

Bezdyskusyjny jest fakt, że mama zrobiła źle. Ale ona o tym wiedziała! Odbyła sąd nad sobą, w którym stała się zarówno podsądną, jak i wymiarem sprawiedliwości. I wydała na siebie wyrok. Bezlitosny. A to, co jej było potrzebne, to WSPARCIE. Żeby wiedziała, jak uniknąć takich sytuacji, jak radzić sobie z emocjami, jak część obowiązków scedować na ojca, żeby nie zwariować i nie powtórzyć tego. A o tym nie było mowy.

Pozwolono jej odejść od stołu, a potem, gdy powróciła, łojono dalej. I to było WSTRĘTNE. Obrzydliwe, paskudne, głupie i ZŁE. I dlatego, jeśli jeszcze miałam jakiekolwiek wątpliwości, to teraz się ich pozbyłam. Dorota Zawadzka powinna zająć się uprawianiem ogródka i mieszaniem margaryny. Do tego się nadaje. Do poradnictwa... NIE. I niech ją ktoś zdzieli w ten durny łeb, żeby wreszcie to zrozumiała.

Kto bowiem nie rozumie, na jakie skrajne emocje, zmęczenie i wycienczenie naraża dwudziestoczterogodzinna, ciężka harówa przy dzieciach, ten niech zamknie gębę i zajmie się czymś, co będzie mniej szkodliwe społecznie.

1692

Byłybyście w stanie chodzić w pantoflach na TAKIEJ podeszwie?!

Przesz grzech stanąć!
Buuuuuu!!!
Wszystkie buty Irregular Choice maja podeszwy tego typu.
Cierpię.

24 maja 2014

1691

- Wiesz... Nigdy tego nie robiłam, ale mnie reklama jakoś tak skusiła.
- Co zrobiłaś?
- Weszłam na Zalando.
- Ile par?
- A co ty taki chętny?
- Przeliczam to na figurki.

Cwany!

Te czy te?

                                          

Update:
Irregular Choice, jakby ktoś nie wiedział. Z obcasem - kotkiem nie było.

1690

Niesłychanie cudowna sobota.

Wstałam się wyspawszy, bo nikt mnie nie poganiał. Zjadłam śniadanie w towarzystwie Top Gear, a potem, oglądając długometrażową bajkę dla dzieci, zrobiłam sobie pedikiur*. Czas mijał leniwie. Następnie objawił się Prezes i przygotował obiad. Wydał. I zrobił mi kawę. Po obiedzie dziecko przegoniło nas na pięterko, gdyż zamierzało posprzątać chałupę, więc wziąwszy ze sobą Carcasonne, wykorzystaliśmy przestrzeń łóżka (1,60 x 2,00) na rozbudowę konstrukcji w dowolnych kierunkach.

Koty były zachwycone. Karol natychmiast usiłował zawładnąć wszystkimi pionkami, za co został przez Prezesa bezapelacyjnie skarcony, więc zaległ, mrucząc rozgłośnie, na szafce nocnej. Zofia - przegnana instrukcją - obraziła się śmiertelnie i rąbnęła na dywan. Wymownie. Żebyśmy mieli stosowne wyrzuty sumienia. Natomiast Edward, który nie posiada żadnych kompleksów, wsadził tyłek w pudełko i wyglądał na zwycięzcę.

Po mojej sromotnej (programowej) przegranej, Prezes zarządził drzemkę. Nigdy nie oponuję w takich sytuacjach, gdyż jestem osobą natury łagodnej i zgodnej. Mój cykl drzemkowy wynosi dwie godziny (niezmiennie) i nie zamierzam się sprzeczać z własnym organizmem. Prezesowy za to pół. Godziny. Więc wstał i pojechał na zakupy. Miło, prawda? Obiad na jutro też zrobił. Dwudaniowy. Nie wiem, którędy powrócić do rzeczywistości.

W związku z powyższym wykoncypowałam, że wstanę świtem, skoczę do sklepu - koniunktura się akurat wykrystalizowała, bo lato - i wykonam szybki torcik.


A po spełnieniu obowiązku obywatelskiego skoczymy do rodziców, by awansem obejść Dzień Matki. Lepszy torcik niźli wiecheć, nieprawdaż? Zwłaszcza że matce Helena, więc wiechcia otrzymała w czwartek.

I tak sobie życie leci. Całkiem miło. Podoba mi się. A gdyby mi to jeszcze leciało w domku z ogródeczkiem...


* Korzystając z ostatnich promocji w Rossmannie kupiłam sobie... nam za pół ceny kilka lakierów w ciekawej kolorystyce.

23 maja 2014

1689

Coś niesamowitego.
Przyszłam do domu, zjadłam obiad, wypiłam zrobioną przez Prezesa kawę, usiadłam w fotelu i... Po jakimś czasie przebudziłam się, więc ostatkiem sił przegramoliłam na kanapę. Otwarłam oczy o 22.50. Wiem, bo spojrzałam na telefon. Spałam 3,5 h. I wcale nie jestem radosna, jak skowronek. Ale posiedzę trochę przed położeniem się do łóżka.

***

Blogosfera, choć mój wniosek może wynikać z błędnych założeń, bo badań statystycznych nie znam, jest dość silnie sfeminizowana. Uważam to za zwycięstwo ducha nad materią, bo może sobie Kiełbasińska* opowiadać, że kobiety mają pół mózgu, opcjonalnie wcale, ale życie pod tą skorupa toczy się swoim torem**.

Mam szczęście*** co rusz natrafiać w tej blogosferze na kobiety mądre, wykształcone, o wyjątkowo ugruntowanej wiedzy z wielu dziedzin. Nie trzeba mi nikogo egzaminować - styl pisania, dobór słownictwa, tematów i przykładów mówią same za siebie. I wcale nie chodzi mi o to, że ktoś ma habilitację z Prousta**** albo w ogóle jakiś doktorat. Chodzi natomiast o myślenie i wyciąganie wniosków.

Mam ci ja swoje typy najulubieńsze, do których - z uwagi na dobór tematyki choćby - należą na przykład snafu czy naima*****. Mam ulubione blogi rodzicielskie, choć ten rys leży już naprawdę daleko, więc sam w sobie interesuje mnie średnio, ale sposób oglądu rzeczywistości, zręczne pióro, dystans do siebie i poczucie humoru, co rusz przywabiają mnie do nowych notek - wręcz nie wyobrażam sobie, nie być na bieżąco (nie będę oryginalna: a to Kaczka, a to Kruszyzna, czy też, dajmy na to, Chuda, że o innych nie wspomnę). Są też blogi, które zaczęłam czytać w czasach zaginionych w pomroce dziejów, a moja relacja z autorkami wyewoluowała w odmienne byty (pewnie się nikt nie domyśli, że chodzi o drugą-mamę, martuuhę lub, np., odwodnika). Jest wreszcie grupa, interesująca mnie społecznie (o autorkach w relacjach osobistych nie wspominam jedynie przez grzeczność): Preclowa dajmy na to, Agnieszek dajmy na to, czy w końcu "wynaleziona" niedawno Ania od niewyczuwalności. Dajmy na to.

Są oczywiście blogi podobne do mojego, czyli niesprofilowane (refleksje na temat życia w ogóle). Zmorka, dora, idiomka, Zimt i torebka, pandeMonianie-codzienna i fidrygauka. Wszystkich wymienić nie sposób, więc niech się niewymienione nie obrażają. Wszakże wiecie, że czytam. Ba! Mało tego! Zawsze mam coś do powiedzenia. Szczególnie, gdy się nie znam.

Wydaje się, że to dużo. Jednak magiczne narzędzie, jakim jest blogroll, pozwala mi poświęcić na te wycieczki zaledwie kilka minut dziennie.

Ale do czego ja... Aha! Czy się to komu podoba, czy nie, czy się kto na to godzi, czy w końcu odsądza moją płeć od czci, wiary, a zwłaszcza rozumu... nadchodzi era kobiet! My tu zawsze byłyśmy, ale wreszcie dorwałyśmy się do głosu. A to trudno zahamować. Postępu, Drogie Państwo, nie zatrzyma niczyja głupia gadka, bierny i czynny opór, plucie, szczucie i mielenie ozorem po próżnicy. Tu zaszła zmiana! Czas się z nią pogodzić i ją zaakceptować.

Inaczej nie będzie. I już.

PS Magdalena Środa na swoim fejsbukowym profilu odsyła do strony Kongresu Kobiet, gdzie wyszczególnia się kandydatki do Europarlamentu, które uznają, promują i deklarują, że będą wcielać w życie najważniejsze założenia, przez Kongres wypracowane. Tym samym zrobiła dzień mojej trzyosobowej - uprawnionej do głosowania rodzinie. My już wiemy, na kogo oddamy swoje głosy.
A Wy?



* Albo i inne Korwiny.
** Można się nie zgadzać. Sądzę, że było wielu, którzy za cholerę nie wyrażali zgody, by Ziemia była kulą.
*** Choć może obracam się w specyficznych kręgach.
**** Może i ma, nikomu nie żałuję.
***** Koniecznie przeczytać ostatnie notki.

1688

Działa :D


1687

Optyka mi się zmieniła.

Gościłam wczoraj u wdowy po założycielu fabryki. W pewnym momencie zapytała:
- Pani Joasiu, a kiedy zabierze pani bibliotekę?
Zgłupiałam minimalnie, albowiem - jako żywo - nic nie wiedziałam o tej sprawie. Mój wyraz twarzy musiał być wymowny. Dystyngowana starsza pani wstała z fotela i kiwnęła na mnie ręką. Podążyłam za nią. Otwarła drzwi i... DONNERWETTER!

Sama wyprowadziłam się ze stuporu, pewnie jeszcze mnie nie zakleszczyło. Ożesz! Gdzie ja to wszystko dam?! Ja nie mam pomieszczeń! Nie mam regałów! Nie TYLE!!! Dlaczego nikt mi nie powiedział?! Co to ma być? Konkurs na największego dupka w fabryce?

Ffffffffff...

Muszę iść do Szefa. Muszę iść do naczelnego! Przeprowadzka biblioteki jest konieczna. Tylko dokąd? Nawet gdyby obecne pomieszczenie przekwalifikować w całości, to i tak za cholerę nie zmieścimy tam wystarczającej liczby regałów. A miejsce do pracy? Muszę mieć tam biurko, krzesło, komputer, skaner, drukarkę... Chcę przecież, żeby to nie była biblioteka, tylko czytelnia. Żadnego wynoszenia książek, złodzieje!!! Nie wydam i niech mnie ktoś zmusi. Sadzaj tyłeka na stołeka i arbeit. Do domu se możesz wziąć, jak se kupisz. I to jest moje stanowisko ostateczne.

To idę do Szefa. Coś trzeba przedsięwziąć.

22 maja 2014

1686

Nie wiem, jak to jest.

Zupełnie nie wiem, jak to jest, być dorosłym, niezawisłym człowiekiem i dbać o siebie. Dokąd sięgam pamięcią, moja dorosłość była dbaniem o drugiego człowieka. Kiecka dla mnie? Nie, gatki dla dziecka. Wyjazd na weekend z jakimś miłym panem? Nie, zielona szkoła. Nowe buty? Oj, tak!
- Mamo! Patrz, jak mi szybko stopy rosną...

Zupełnie nie wiem, jak to jest, budzić się leniwie we dwoje. Decydować, co dziś robimy: może romantyczny wieczór tylko dla nas lub wypad do kina albo impreza z przyjaciółmi. Weźmy oboje urlop na żądanie i poleniuchujmy.
- Mamo! Jestem głodna!

Zupełnie nie wiem, jak to jest, kupić wyjazd last minute i uciec na Wyspy Owcze. Pić wino przy księżycu, włóczyć się na wypożyczonym motorze, rozbić gdzieś namiot - byle gdzie, spać do południa, kąpać się nago w jeziorze w blasku gwiazd.
- Mamo, a moja klasa jedzie na wycieczkę. Ja też chcę!

Zupełnie nie wiem, jak to jest imprezować do białego rana, a potem wstać z bólem głowy albo wcale nie wstać, bo się cierpi. Nie sprzątać. Nie prać. Olać coś.
- Mamoooo, nudzi mi sięęęęęę...

Zupełnie nie wiem, jak to jest, wyłączyć telefon i mieć gdzieś.
- Mamo!!! Ja dzwonię, a ty nie odbierasz!!!

Nie wiem.

Nie wiem tylu rzeczy, naprawdę. A przez to, że nie wiem, to i nie jest mi żal. Nie tęsknię za utraconym samostanowieniem. Za beztroską i lekkomyślnością. Dokąd sięgnę pamięcią, byłam odpowiedzialna. Nie prowadziłam ryzykownie, bo miałam dla kogo żyć. Nie skakałam ze spadochronem, bo miałam dla kogo żyć. Nie wydawałam wszystkich pieniędzy, bo musiałam coś mieć na czarną godzinę. Nie rzucałam pracy, nawet gdy było ciężko, tylko zaciskałam zęby - alleluja i do przodu. Całe życie byłam punktualna, bo Ona na mnie czekała. Wiedziałam, że czeka, więc nie mogłam się spóźnić.

Tak mi zostało.

Zaledwie jeden raz w życiu tupnęłam nogą, że zatrzęsły się ściany. I zachowałam się nieodpowiedzialnie - odeszłam z pracy nie mając nic w zanadrzu. Nie żałuję, ale też nie powtórzę.
Cieszę się, że to zrobiłam. Finalnie wyszło na to, że została matką domową, kiedy moje dziecko bardzo mnie potrzebowało.

Nie mam pojęcia, jak to jest: mieć tylko siebie.
Ale nie żałuję.
Nie tęsknię.
I wcale nie chce mi się tego sprawdzać.
Widocznie zostałam stworzona, żeby od razu być duża.

I już.

1685

Och, wrócić do domu o 19.30, gdy wstajesz o 5.30!

Kupić po drodze 100 pieluch dla Dzika. W kartonie, żeby było lżej nieść. Bez uchwytu.
Zrobić zakupy.
Każdą rzecz kupować w innym sklepie, bo nie da się AKURAT TYCH kupić w jednym.
Podjechać pod dom i zrozumieć, że albo przestawisz trzy samochody, albo stój 200 m dalej i wlecz się z tym wszystkim w upale. Na szpilkach.
Pokłócić się z dzieckiem przez okno (żeby całe osiedle słyszało), gdy po prostu wołasz: "rzuć mi wszystkie kluczyki", a ono (to dziecko) wrzeszczy z powodu wyrzutów sumienia na okoliczność burdelu w samochodzie, którego nie sprzątnęło. A co mnie to obchodzi? Moje auto? Mój bajzel?
Wstawić jedno auto do garażu, pokrążyć po placu dwoma kolejnymi. Po małym placu. Dużymi autami.
Zanieść to cholerne pudło z pieluchami i odmówić pieniędzy na rzecz świętego spokoju.
Wygrzebać się z bambetlami na górę.
Zmywarkę zastać pełną brudnych garów. Oraz brudną patelnię.
Nie mieć siły się wściec, więc sprzątnąć to bez słowa.
Nie powiedzieć Prezesowi, który bierze jutro wolne, że będzie gotował obiad. Zostawi mu się kartkę.
Z czułością pomyśleć o jutrzejszej wizycie w fabryce, która zgotowała ci ten los.
Oraz o nieklimatyzowanym biurze na poddaszu.

Człowiek czuje, że żyje. Naprawdę. Sól ziemi.

1684

Od chwili zatrudnienia w fabryce zostałam miętoholiczką.

Kupuję sobie w Lidlu takie ziołowe herbatki, o ile to można nazwać herbatkami. Asortyment jest dość szeroki, aczkolwiek zauważyłam u siebie wybitną skłonność do mięty. Nawet nie potrafię powiedzieć, ile kubków dziennie wypijam. Czarna herbata w formie bawarki rano. I tyle. Chyba że następuje weekend, wtedy dzbanek czarnej z cytryną do śniadania*.

Ostatnio stłukłam sobie ulubiony dzbanek. Myślę, żeby skoczyć do IKEI i kupić od razu dwa - jeden do roboty. Mniej by było zachodu: gotuję pełny czajnik, zalewam miętę w dzbanku, teraz i tak ciepło, to ostygnięta będzie jak znalazł. To może nie zostawiać tego w fazie projektów? Dziś dwudziesty drugi, mama ma imieniny, pojadę do niej z życzeniami, a od rodziców do IKEI zaledwie rzut niedużą beretką. Muszę się tylko zastanowić, gdzie jest najbliższa stacja benzynowa, gdyż albowiem księgowy samochodowy mi wyje na żółto. Podlec. Tylko by kasę chciał.

Ale skąd mi się to w ogóle wzięło? Owszem, jestem napojoholiczką od czasów pradawnych. Ale zawsze jechałam głównie na czarnej herbacie i kawie. A tu nagle ziółka. Starzeję się czy co? Muszę się przejrzeć w lustrze, gdyż czynności tej nie poświęcam zbyt wiele uwagi. A może coś się wydarzyło i ja nie wiem? Przeoczyłam? A tu, panie, dajmy na to - wąsiska sumiaste do pasa. Gdy ktoś ma bruzdę, to może nie zauważyć, wierzcie mi.

Wiem już na pewno, że trzy okna w kabinieciku mam na wschód. Drogą dedukcji doszłam do wniosku, że dwa pozostałe wyglądają na północ. Więc tak sobie pomyślałam, że gdyby jakieś anse powstały na okoliczność moich roletek, to można założyć trzy zamiast ośmiu. Bo właściwie takie okna od północy się nie liczą. Daje tylko od wschodnich. Ale jak! No i koniecznie dwie mniejsze na okna pomiędzy. Niech chłopaki mają luz, że się im na ręce nie gapię. Co mi zależy.

Ciekawe czy dojdziemy do klimatyzatorów...


* No coooooo?! Wypijam minimum litr o świtaniu. Tak mam.

21 maja 2014

1683

Ze zwolnienia lekarskiego dzwoni do mnie kolega Kierownik Sześciu. Jego trudno wyłączyć. W końcu w powietrzu świszcze stal damasceńska:
- Wiem, że tęsknisz, ale wsiadłam do windy. Do TEJ windy. Albo teraz powiesz mi "papa", albo samo cię rozłączy.
- Podłość - mruczy do słuchawki. - Papa.

Po dziesięciu minutach przypominam sobie, że skoro on na L4 i ma wrócić dopiero przed samym zlotem, to nie przyklepałam tej niegdysiejszej obietnicy, że mnie zabierze przez pół kraju swoim samochodem. W ciszy popołudniowego spotkanka służbowego, piszę więc SMS:
Kierowniczku kochany! Czy Ty nadal deklarujesz się zabrać mnie na zjazd? Albowiem stało się to w mym życiu kwetią kluczową.
Odpowiedź przychodzi nieomal w ułamku sekundy:
WEZMĘ CIĘ!!!
Z wrodzoną swadą odsyłam potwierdzenie:
Ogolę nogi.
Kierowniczek kochany wyraża swój zachwyt nad moimi teoretycznie i przyszłościowo gładkimi łydkami i już mogę spać spokojnie. Wyruszam. Szykuj się martuuho, gdyż wiem, że jesteś tutaj, choć jakoby Cię nie było.

PS Niepoinformowana część fabryki właśnie się dowiedziała, że nie będę uczestniczyła w zjeździe. Przeżywają grupowo. Nie ma się co napinać, kolejny rozpoczyna się 8 czerwca. I już się tak łatwo, proszę Was, nie wykręcę martuuhą.

1682

Położyłam się późno. Czując, że zasypiam, odebrałam od organizmu komunikat, że ma nieodpartą potrzebę, by się przeciągnąć tuż przed zaśnięciem. No to się przeciągnęłam...

Kurcz w lewym pośladku nastąpił z taka mocą, że nie tylko zapomniałam o zasypianiu tego wieczora, ale o takiej funkcji organizmu w ogóle. Nie bacząc na ból, odwiodłam nogę, usiłując to jakoś rozciągnąć. Ni hu hu. No to przywiodłam kolano do klaty - może w drugą stronę. Zapomnij. Przekręciłam się więc, celem walnięcia pięścią w pośladek lewy i w tym momencie... sieknął mnie kurcz w pośladku prawym.
Żeby nie obudzić Prezesa swym wrzaskiem, wbiłam zęby w poduszkę.
Dawno już nie miałam takich atrakcji. Aż takich. Szok.

Niestety o zasypianiu nie było już mowy.

Nie ma się też co dziwić, że o poranku z lekka byłam... wycofana. A tu do pracy trzeba. W związku z powyższym, w trosce o właściwe i skuteczne wybudzenie, strąciłam na kafle w łazience butelkę ulubionych obecnie perfum. 50 ml. No, dobra - kilkakrotnie ich używałam.
Jakże trzeźwe stało się moje spojrzenie na świat. I to w mgnieniu oka.

W domu pięknie pachnie różami. Sądzę, że ten zapach czas jakiś się utrzyma.

A potem wstał Prezes, więc go poprosiłam, żeby skończył zaparzoną przeze mnie herbatę.
- Tylko mi przypadkiem nie słodź.
- Z mlekiem chcesz?
- Tak, tylko nie słodź.
Posłodził mi chyba ze trzy łyżeczki. Plułam dalej niż widziałam. W zaistniałym stanie ducha ta dodatkowa atrakcja zupełnie nie była potrzebna. Aczkolwiek zmilczałam. Wylałam herbatę do zlewu i w promocji odebrałam Prezesowi jego kubek.
Kiedy poszedł na górę, przypomniało mi się, że zostawiłam w żakiecie szminkę. A żakiet w szafie. Stanęłam więc przy schodach i, mając na uwadze, że dziecko zajęcia rozpoczyna o 11:00, dyskretnie zaapelowałam:
- Czy mógłbyś z mojej szafy wyciągnąć...
- Jeśli czegoś ode mnie chcesz, to musisz mówić głośno - odburknął mi Prezes tonem obrażonym.
I to po prostu była ostatnia kropla.

Sądzę, że wyłuszczyłam wystarczająco dokładnie wszelkie swoje poglądy na dzisiejszą rzeczywistość. Nie ma się co łudzić, że Jednorodna przetrwała to w niebycie, więc po południu z pewnością mi się oberwie. Nie wiem, czy sąsiedzi też nie zrozumieli, z czego wynikają moje obecne decyzje życiowe, jaka była tego historia, a szczególnie: gdzie, mianowicie, to mam.
Sądzę, że mamy pełną jasność.
No.

A teraz boli mnie głowa.

20 maja 2014

1681

Sąsiad uporczywie rżnie.

Robił to już w zeszłym roku i został obśmiany bez litości. Wszyscy bowiem kupują do kominków drewno pocięte, co wynosi jakieś dwie stówy, a robotnikom drzewiannym daje żyć. Rozumiem, gdyby z trudem wiązał koniec z końcem, ale jest naprawdę majętny. Usiłuje co roku tę kasę oszczędzić, co kosztuje go (i syna) tydzień pracy od dzwona do dzwona, a nas zręby szaleństwa, bo rzucają tymi pniakami do metalowego pojemnika tuż pod naszymi oknami. Ale nie.

W tym roku przynajmniej wielką piłę, wydającą z siebie odgłos zdychającego w męczarniach mamuta, zamienił na mniejszą. Co nie zmienia faktu, że jeszcze dziesięć rzutów i zaduszę gada gołymi rękami. Zwłaszcza że aura wreszcie zaczęła nas dopieszczać i okna pootwierane.

Coraz intensywniej marzę o wyniesieniu się stąd w trybie przyspieszonym. Mój domu! Jesteś tam gdzieś? Czekasz? Może przestań czekać w milczeniu, co? Bo ja bym pochodziła boso po trawie. Zośka też. Zostało również dostrzeżone, że i dziecko jednorodne by pochodziło, bo przy każdej okazji określa swoje potrzeby oraz torpeduje różne, niedopuszczalne we własnym mniemaniu, koncepcje. Czyli rozumiem, że pomimo stosowania licznych gróźb karalnych, nie zamierza się wcale rozstawać z mamunią w tempie przyspieszonym. I dobrze. Jedno mam, to mi się do wydalenia go nie spieszy.

Idę stąd, bo wciąga. A muszę przecież jeszcze obiad na jutro.

PS Z koleżanusią było cudownie. Jak zawsze. My się, daję Wam słowo, przytulamy. A dziś stałyśmy pośrodku przejścia w centrum handlowym i trzymałyśmy się za rączki, bo nie potrafiłyśmy się rozstać. To jest cudny człowiek. Bardzo bym chciała mieć ją zawsze na podorędziu.

1680

A gdy spojrzę przez okno...


Ładnie, prawda?

Tymczasem Szef.
- Coś mi tu ładnie dziś wyglądasz.
- Dziękuję bardzo.
- Nie to chciałem powiedzieć.
- Nie? A to szkoda.
- Ej! Bo ty zawsze ładnie wyglądasz. Ale dziś jakoś tak szczególnie. Nie wiem, czy to ta* sukienka, czy może jest jakiś inny powód?
- Haha. Więc jeśli chodzi o protokoły z wczoraj...
- Słuchaj no, ja nie o protokołach tu z tobą rozmawiam.
- Mam się przyznać?
- Proszę uprzejmie. Usiądźmy i się przyznaj.
- Dostrzegam problem. Mianowicie przyznałabym się szefowi do wszystkiego, jak na spowiedzi. Po prostu pasjami lubię się szefowi przyznawać. Ale nie mam do czego. Pozostaje nam więc myśleć, że to sukienka.
- Nic a nic nie wierzę, ale akurat nie mam czasu, żeby cię przycisnąć. To już zostaw te protokoły i leć sobie. Szkoda żebyś ślęczała nad protokołami w takiej sukience.

No to polecę. Bo akuracik umówiłam się z koleżanusią na kawusię. A ponieważ koleżanusię tę uwielbiam tak szczerze, jak mocno, to może Szef miał rację. Zwyczajnie: cieszę się na spotkanie.


* TA sukienka. A nie mówiłam, że to świetny ciuch?!

1679

Co ty tak, dziewczynko,
pod tym mostem stoisz?
Czy się chłopców boisz?
Czy się deszczu boisz?
Chłopców się nie boję,
deszczu się nie boję,
tylko się zesrałam
i tak sobie stoję.

Wierszyk ten wyrecytowała wczoraj moja koleżanka podczas króciutkiej przerwy w porannym mózgotrzepie. Och, jakże łatwo było mi dotrwać do końca i nie wylecieć z sali!

Tymczasem po południu wpadła mamaPiotra i przywiozła mi w prezencie dwie płyty z czterdziestoma przebojami Kabaretu Starszych Panów. Dzisiejszą drogę do pracy sponsorowała...


Miłego dnia się z Państwem!

19 maja 2014

1678

Słabość mam do Janów.

Nie umiem tego wytłumaczyć, a rzecz jest dość powszechnie znana. Po prostu wszystkie Janki to fajne chłopaki. Jeszcze mi się nie zdarzyło spotkać niesympatycznego. Gdybym miała syna, na pewno byłby Jasiem. Bez dwóch zdań. Kiedy Chuda rozważała imię dla trzeciego królewicza, zaproponowałam... wiadomo co. Zostało odrzucone. Cóż... nie można mieć wszystkiego.

W każdym razie mam w pracy jednego takiego Jasia. Jak można przewidzieć, Jasiu jest chodzącym urokiem osobistym, dla zaprezentowania stosownego kontekstu - osadzonym w młodej i przystojnej somie. Bardzo młodej. Ja go lubię i fajnie się na niego patrzy. Z punktu widzenia takiego Jasia, to ja jestem mocno starszą panią. Okazuje się jednak, że nie aż tak mocno, jak się spodziewałam. Albowiem Jasiu, niczym stateczni przodkowie z piosenki, wychodzi mi z ram.

Nadciąga na trzecie pod byle pretekstem. Realizuje pretekst, stoi i do mnie trzepocze. Gdy on tak trzepocze, to czuję, jakbym deprawowała nieletniego.
- Napijesz się kawy, Jasiu? - pytam, bo co tak będzie stał.
- Tak! - potwierdza ochoczo i widać, że na to czekał. - Ale pod warunkiem, że napijesz się ze mną.
Aha.
- Starsze panie piją ziółka - podsuwam mu słonia przed oczy. - Jeśli ci to nie przeszkadza.
- Bynajmniej - usadza mnie Jasio. - Ten kubeczek lubisz najbardziej? - wskazuje palcem na naczynie, spoczywające smętnie w umywalce.
- Tak, zaraz sobie umyję.
- JA ci umyję!
- Nie trzeba. Postawię tylko wodę i...
- Ale ja chcę!
No i gadaj z takim.

Stawiam przed nim filiżankę z kawą i sprowadzam rozmowę do rzeczy sedna. W pewnym momencie pytam:
- A ile ty masz, Jasiu, lat?
- 27 - odpowiada z taką dumą, jakby kwadrans temu otrzymał dowód osobisty.
Co niby chce mi dać do zrozumienia? Że pełnoletni? Przecież go zatrudnili na umowę o pracę (a nieletnich w fabryce nie zatrudnia się) i wiem, że jest po studiach. Podsuwam mu więc kwestię kluczową.
- Słyszałam, że się żenisz w tym roku?
- Taaaa... - zawiesza głos. - Im bliżej, tym większe mam wątpliwości.
MAĆ! Trzeba będzie wyrzucić wszystkie napoje do kosza na śmieci. Uschnąć, ale z godnością. Tymczasem kieruję rozmowę na tory: jak to drzewiej bywało. Np. "ale to było tak dawno, miałeś wtedy 10 latek, a ja już pracowałam". I co Państwo myśli? Że chwyta? On to lekce sobie waży! Siedzi, gapi się, trzepocze i roztacza urok osobisty. Psiakrew.

A przy tym jest naprawdę uroczy. Pomocny. Serdeczny. I wesoły.
Czas się zamknąć w tej mojej najwyższej komnacie w najwyższej wieży. Niech mi Państwo uwierzy. Warkoczy nie posiadam, to se mogą ryczeć z dołu, ile chcą. Windę się zepsuje, na dzwonek do drzwi nie wykaże reakcji.
Albowiem ja mam dzwonek. Od strony schodów bez dzwonienia nikt nie wlezie. Ileż dylematów moralnych mniej.

1677

Szefowskie hasło dnia.

- Ja cię bardzo proszę, ty nie bądź kreatywna. Jesteś o wiele za mądra dla tych debili.
- Dla pana też mam nie być kreatywna?
- Dla mnie masz być.
- Co za ulga. Udawanie kretynki na dłuższą metę okropnie mnie męczy.
- To się nie męcz, ale bez obnoszenia.
- Będę kreatywna w okopach.
- A tak w ogóle to chciałem ci powiedzieć, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak perfekcyjnie wykonanej pracy. I jestem ci za to wdzięczny. Co robisz?
- Wywalam ozór, żeby wyglądać bardziej durnowato. Wszystko zgodnie z poleceniem.
- Wariatka.

1676

I, doprawdy... Wstałam, a tu poniedziałek. Nieporozumienie jakieś.

- Joanno! - zawołał Szef z rana, budząc mnie dość skutecznie z początkowotygodniowego stuporu.
Potem zawołał tak jeszcze 9864519865329865 razy. Gdyż dziś mamy Bardzo Ważne Spotkanie. I jemu się co chwilę coś przypomina. Dobrze, że ja myślę o takich rzeczach wcześniej. Tylko nic nie mówię. Robię.
- Joanno, napisz mi proszę...
- Napisane.
- Napisane?
- Napisane.
- Ale skąd wiesz, co ja bym chciał mieć napisane?
- Wiem - odpowiadam leniwie i wyłuszczam ogólny zarys.
- Jestem w szoku - odpowiada Szef z głębin szoku.

***
- Wiesz, jeszcze byś mogła przygotować całość materiałów. Tak w teczce, jak ostatnio. Dla każdego.
- Zrobione.
- Jak to - zrobione?
- Aaaa, tak jakoś.
- Pomyślałaś o tym w piątek?
- Si.

***
- Słuchaj... wcześniej przyjedzie Pan Bardzo Ważny.
- Wiem. O 12:00, bo Szef zapomniał do niego zadzwonić i przesunąć na 13:00. Będę.
- Odczuwam lekki niepokój, gdy cię słucham.
- Jeszcze się pan nie przyzwyczaił?
- No, nie. To może dla niego też wydrukuj komplet materiałów?
- Już wydrukowałam i dałam pana sekretarce.
- Aśka!
- No co? Miałam pana pilnować, to pilnuję.
- Ale będziesz?
- Będę, będę.

***
Tymczasem w najlepsze trwa korespondencja z kierownikiem informatyków.

Ściągnąłem ten załącznik i wrzuciłem ci na dysk sieciowy.
Wdzięczność moja nie zna granic. Jednakowoż z żalem stwierdzam, że nie mam dostępu do dysków sieciowych.
Ale jak to?
To ja się ciebie pytam: "jak to?".
...zjawy się nie obawiam, więc wrócę naprawdę... Oj, tfu: ...ZJAWIĘ SIĘ NIEBAWEM, WIĘC WKRÓTCE NAPRAWIĘ...
Gdyby mnie nie było, drzwi są otwarte. Dziel i rządź. Gdyby mnie nie było i nie było komputera, zapraszam ponownie 
Wnioskuję z powyższego, że jedyne co na pewno będzie to drzwi...
Ale otwarte!!!


Dzień jak co dzień.


UPDATE

KTO MNIE PYTAŁ O MOŻLIWOŚĆ ZAMIESZCZENIA NA PASKU INFORMACJI O KOMENTARZACH, BĘDZIE UPRZEJMY WYSŁAĆ DO MNIE MAIL, A OTRZYMA KOD. ADRES: moje.waterloo/małpa/gmail.com

18 maja 2014

1675

Pani od garnituru powraca w dyskusjach niezmiennie.

Odpowiadam różnorako.
Albo: proszę uprzejmie, nie zamierzam państwu w niczym przeszkadzać. Z jednym atoli zastrzeżeniem. Pani bierze DO SIEBIE! od strzału z dobrodziejstwem inwentarza. Pani se pierze skarpetki i instaluje witrynkę na figurki, które pan maluje. Pani se bierze piec i gitarę do tego pieca. Burdel w szafie se już pani robi, żeby mieć trening. Doszkala się na okoliczność specyficznej diety eliminacyjnej (czas doszkalania: 24 godziny). Pani planuje zostać płetwym nurkiem lubo stać na brzegu, gdy leje i wieje, by stosownie kibicować. I marzyć, żeby pan jednak wypłynął, bo jest godzina 23:00, a jeziora i rzeki skuł lód. I w jaskini po nocy linki asekuracyjnej nie widać.
Albo: ja ci wybaczam. Pieniędzy, wynikających z podziału majątku, za cholerę nie oddam. Takiego wała, jak Polska cała. Gdyż jesteśmy sobie przeznaczeni i ja to przeczekam.
Albo: szerokiej drogi, Karol zostaje. Każdy sąd przyzna syneczka mamusi.
Albo: ruchy, ruchy, ruchy. Zbieraj pan pinkle, bo tu już kolejka stoi za drzwiami. I przytupuje, co mi przeszkadza na blogu notki pisać z powodu wstrząsów.
Albo: przecież mówiłeś, że nie lubisz, jak się książki kurzą, więc bierz e-book readera i wynocha.
Albo: jedziesz może jutro na siłownię? Bo o 15:00 pan ślusarz wpadnie wymienić zamki.
Albo: to się dobrze składa, bo właśnie Stasiu/Jasiu/Krzysiu/Zdzisiu chce mnie zabrać na Maderę i troszkę się niepokoiłam, że może mieć będziesz jakieś anse.

Mnóstwo mam pomysłów.
Kont jestem współwłaścicielem.
Z mężczyznami mam problem, bo mnie już ręce bolą od oganiania się.
Z alkoholem nie mam za to problemu żadnego, owszem, chętnie.

I tu mi się przypomniała zabawna historyjka, jak to były małżonek, pinkle zbierając, w drzwiach się jeszcze obrócił i wypuścił zatrutą strzałę:
- A ty sobie nie myśl, że jesteś jakąś królewną i ktoś cię będzie chciał.
No, pacz pan. Kilku chciało. Nawet klejnoty rodowe przynosili i byli wielce rozczarowani moją postawą. Skrzywioną (ze śmiechu) i rdzewiejącą (od wilgoci łez radości i smarków). Jeden był nawet dość uparty i po odmowie stawił się w oficjalnym garniturze, z pokaźnych rozmiarów wiechciem oraz propozycją, bym to jeszcze przemyślała, gdyż kocha. A przecież ja nikomu nie zabraniam.

Och, stosunki damsko - męskie są dla mnie źródłem licznych wzruszeń.
Really.

17 maja 2014

1674

A co Wy tu przy sobocie?
Bo ja wino. No, dobra, dwa wina. Dwa wina na dwie kobiety to akurat w sam raz.

I owszem, ach, TAK! Kupiliśmy marynarkę. A spodnie to już wcześniej miał. więc dochrapaliśmy się garnituru. Czyli plan zrealizowany w 100%. Nie, no skąd. To nie tak, że Prezes do tej pory garnituru nie posiadał. Owszem, kilka. Ale chodził na tę siłownie, ćwiczył i se rozćwiczył. Tym samym garnitury się skurczyły, szczególnie w obrębie klacianej. Motyl, jeśli Państwo rozumuje, o co kaman. Marynarkę obecnie potrzebuje mieć o rozmiar większą niż spodnie. A to oznacza, że kwestia taliowania zaczyna być dyskusyjna. Gdyż on posiada talię.

No, ktoś musi posiadać talię, skoro ja nie mam. Nie odczuwam potrzeby. Dupa mi nie rośnie jakoś szczególnie, za to talia, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniała, to przestała. W jej miejsce zaimplementowałam sobie intelekt. Na szczęście posiadam cycki, więc mogę skupić na nich uwagę otoczenia. Odwracając od braku talii. W razie potrzeby zawsze mogę się wypowiedzieć. I wtedy ewentualne uwagi szlag trafia.

Ogólnie rzecz biorąc, nawet jeśli kiedykolwiek wyobrażę sobie, że figura idealna mogłaby stać się mym udziałem, to mózg mi rekompensuje. Tak nawykłam uważać. Mózg oraz wynikające z niego poczucie humoru. I dystans. Że niby czegoś mi brakuje? Nie, nie brakuje. Wręcz posiadam w nadmiarze. Ale oj tam. Jak mawia mój ojciec, zmuszając mnie (w swoim mniemaniu) do zrobienia doktoratu: zawsze lepiej mieć niż nie mieć.
Na przykład garba - odpowiadam niezmiennie.

A w ogóle to figurą idealną jest kula. Nie jest moim udziałem, lecz dążę. Zabroni mi Państwo.

Wszakże my nie o tym.
Garnitur zaistniał, więc: ufff...
Co prawda nie chce się przyznać, czy ta pani to z rotacji, czy nowo zatrudniona, ale ja nie wnikam, gdyż jestem głęboko mądrą kobietą w słusznym wieku. I wiem, że nie warto pytać, gdy się człowiek spodziewa, że odpowiedź może go nie usatysfakcjonować.
W każdym razie zaproponowałam, by wzięła również skarpetki. I majtki z dziurą. Do których ma stosunek emocjonalny. ON ma.

Takie filozoficzne podsumowanie nagłej zmiany, dążącej w kierunku taliowanych marynarek. My z Edwardem, towarzyszącym nieustannie, chcemy mieć po prostu spokój i pełną miskę. Gdyż już wiemy, że życie, tak naprawdę, opiera się na luźnym podejściu do wszystkiego. Więc Edward się przesadnie nie narzuca, w dbałości o pełną miskę. A ja...
A ja mam zawsze jakieś wino do wypicia. Albowiem na świecie wciąż mnóstwo jest win, których jeszcze nie wypiłam.

16 maja 2014

1673

Prezes jest O-KROP- NY!

Dzwoni do mnie, że on chce garnitur. I czy mam jakieś plany na popołudnie. Więc jeśli chce garnitur, to oczywiście nie mam. Nigdy nie jeżdżę z nim kupować żadnych ubrań, ale rzeczywiście garnitury stanowią wyjątek. Pani w sklepie chce człowiekowi wcisnąć każdą rzecz, a garnitury to delikatna materia, wystarczy jedna źle usadowiona zaszewka i każdy wygląda, jak debil. Nawet jeśli przypadkowo ma wzorcową figurę. Jak Prezes*.

No to mu mówię, że spoko, chodź, skoczymy do Fashion, oni mają taniej i się reklamują, że do końca tygodnia wszystko za pół ceny. Od outletowej. Pojechaliśmy. Oszuści. Wcale że nieprawda**. Jakieś tam wyprze mieli. Niestety nie w Gatcie, która mnie skusiła towarzysko. Normalnie kupuję u nich pończochy po 16,90 zł, to sobie pomyślałam, że jak dadzą po 8,45 - wezmę 10 par. I tak się wydrze, ale nie tak drogo. Państwo myśli, że były? Były - za 16,90. Albo za 10. Czarne. W czarnych mam chodzić?

No to ja tylko do tej Gatty pojechałam. A Prezes po garnitur. Luz.

***

Wyszliśmy z czterema torbami. Prezes wstydu nie ma. Dwie sukienki z Sobory***. Żakiet z Solara. Kombinezon z ECHO. I jeszcze torebeczka****. Do tego zjadł naleśniki. Lody. I kawę wypił. Ja nie chciałam nic spożywać, bo mnie nie stać na jadanie na mieście. Myślałam przez chwilę, żeby wejść do Veromody, ale powiedział, że jest zmęczony. To nie weszłam. Co się będzie przeciążał. Taki był słaby, że nie miał siły telefonu odebrać, gdy do niego dzwoniłam z drugiego końca sklepu. A chciałam jedynie, żeby kupił MelloGoo. Bo mi dawno wyszło, a gumy do włosów nie znoszę.


To on nie zrozumiał. Taki był zajęty.

I co się potem dziwić, że w domu w ogóle nie ma pieniędzy. Ja to z oszczędności nigdy do sklepów nie jeżdżę. A taki mnie namówi. I masz...




* Tak, ćwiczy. Wyćwiczył se tytanowy biceps na przykład. Nie uwierzyłabym, gdybym nie namacała. Szok.
** No, dobra - byli tacy, co mi chcieli sprzedać spodnie za 10 zł. Słownie: dziesięć. Nawet ładne. Akuracik nie było mojego rozmiaru, bo wzięłabym. Za dychę?
*** Paris I. Kocham.
**** Stoi taki w sklepie i mówi: łososiowa. Skąd on zna takie słowa?!!!

1672

Chuda napisała notkę o wychowywaniu chłopców, a wujek Gógiel przypomniał mi dzisiaj, że obchodzimy właśnie urodziny Marii Gaetany Agnesi - autorki pierwszej publikacji książkowej, poświęconej rachunkowi różniczkowemu i całkowemu. To mnie natchnęło do napisania kilku słów o roli kobiet w nauce na przestrzeni dziejów. Na luzie i bez, co podkreślam, pretensji do traktatu (prosi się).

Większość z nas niejednokrotnie zetknęła się z opinią, powszechną szczególnie na portalach społecznościowych i we wszelkich internetowych debatach, że kobiety przez tysiące lat niczego nie wniosły. Twórcy tej wiekopomnej teorii pasjami uwielbiają dopominać się przykładów, których nie znają (poza Skłodowską), ale i przedstawienie im listy nazwisk niczego nie wniesie, bo zawsze mogą prychnąć, że czymże jest taka niewielka liczba w stosunku do rzeszy mężczyzn. To ja powiem.

Ta niewielka liczba kobiet, którym dane było coś osiągnąć w dziedzinie nauk wszelakich od początku świata, tyle samo waży, a może i nawet więcej, niż nieskończona lista naukowców - mężczyzn.
I nie jest to bezpodstawne twierdzenie.

Być może, niczym  siewca na zaoranym gruncie, rzucam właśnie pełną garścią ziarno truizmów. Być może. Ale jestem przekonana, że pewne rzeczy należy wreszcie powiedzieć głośno. I liczę na komentarze.

Nie jest bowiem prawdą, że jeśli te kobiety takie były mądre, to mogły przecież prezentować światu swoje przemyślenia. Otóż nie mogły. Jakby na to nie patrzeć, kobiety są najbardziej uciemiężonymi niewolnikami w historii ludzkości*. Stosunek mężczyzn do kobiet, obecnie mocno złagodzony, ale jednak, jest jedną z najwstydliwszych kart, które zapisaliśmy w księdze życia na Ziemi. Nie bójmy się tego powiedzieć - jestem przekonana, że prawdziwi mężczyźni bez trudu się do tego przyznają, bo zastanawiające by było nie dostrzegać słonia przed własnym nosem. Oponują zwykle ci z kompleksami. Całkiem łatwo to zauważyć.

Powiedzmy więc sobie szczerze - kobiety mogły dorwać się do głosu w różnych sprawach, w tym naukowych, ale była to sytuacja dość specyficzna. Po pierwsze nie wszystkie. Należało pochodzić z wielkiego, szanowanego rodu, mieć pieniądze i władzę oraz... tatusia, który pozwolił lub wręcz pomógł, bo kochał swoją córeczkę i widział, co generuje u niej poziom zadowolenia. Lub też z innych powodów. Przy czym tatuś musiał mieć do tego jaja**, bo środowisko zapewne silnie go szczuło.

Kobieta - naukowiec musiała być lepsza niż otaczający ją mężczyźni naukowcy. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Nie pytam panów. I dziś ta reguła ma się znakomicie. Żeby coś osiągnąć, nie możemy być wystarczająco dobre. Musimy być najlepsze. Żeby pracodawcy (tu można wstawić określenie dowolne) nie opłacało się nas spławić***. Statystyki są nieubłagane. Im wyżej w hierarchii, tym zagęszczenie chromosomu Y większe. Co, z koleżankami nie da się pójść na dziwki?

Bariery, które przez wieki musiały pokonywać kobiety, by w ogóle zaistnieć w oddzieleniu od szmaty, warząchwi czy, zwyczajnie, ciążowego brzucha, były niewyobrażalne. Do dziś tak bywa. Zwróćcie uwagę, że mnie, kobietę wykształconą, inteligentną, samodzielną i samowystarczalną, zatrudnioną na kierowniczym stanowisku - w dodatku absolutnie unikalnym w skali kraju - byle śmieć spod przysłowiowej budki z piwem może podsumować, prychając z pogardą do swojego kolegi: "co chcesz, baba!". I to zamyka dyskusję. On, posiadacz jąder i ja, posiadaczka ograniczonego mózgowia, którą powinno się natychmiast zagonić do garów. Co ja mogę wiedzieć o teorii bytu?!

Powiedzmy to w końcu głośno.
Nie, kobiet nie ogranicza mniejszy mózg.
Nie, kobiet nie ogranicza w tym mózgu gorsze przewodzenie.
Nie, kobiet nie ogranicza niezdolność do zarządzania, podejmowania męskich (sic!) decyzji.
Nie, kobiet nie ograniczają predyspozycje.
Ani brak cojones.
Ani wreszcie cykl miesięczny.

To, co ogranicza kobiety, to jest determinizm kulturowy.
Oraz desperacka obrona szańców.

Skądinąd zrozumiała - mieć służbę a nie mieć, to robi różnicę.

Na koniec lista kobiet z cyckami (!). Źródło było łatwe do przewidzenia.

Starożytność
Acca Larentia (około 634 p.n.e. Rzym) lekarka ginekolożka
Aganice (około 1878 p.n.e. Egipt) filozofka i astronom faraona Sesostrisa
Aglaonike (Grecja) astronom
Arete z Cyreny (Grecja) filozofka i nauczycielka filozofii
Ban Zhao (Chiny) historyczka
Diotama (Grecja) wykładała filozofię, jej uczniem był Sokrates (!!!)
Enheduanna (około 2354 p.n.e., Mezopotamia) pierwsza kobieca pisarka w historii literatury
Gargi (Indie) wymieniona w Wedach jako znana filozofka
Hipparchia (Grecja) filozofka
Hypatia z Aleksandrii matematyczka
Lasthenia (Grecja) filozofka
Maritraji (Indie) filozofka
Penthesilea (około 1187 p.n.e.) legendarna wynalazczyni topora (i co wy na to?)
Periktione (VI w. p.n.e., Grecja) filozofka, ucznnica Pitagotrasa
Merit Ptah (około 2700 p.n.e., Egipt) pierwsza lekarka znana z imienia
Xi Lingshi (około 2640 p.n.e., Chiny) legendarna cesarzowa, miała odkryć proces produkcji jedwabiu
Shi Dun (około 105 n.e., Chiny), cesarzowa, wspólnie z Cai Lunem wynalazła metodę produkcji papieru z kory morwy
Sonduk (około 630 n.e. Korea) astronom
Theano (Grecja) filozofka
Themista (IV w. p.n.e., Grecja) filozofka
Maria Żydówka (I wiek n.e.) chemiczka i wynalazczyni

XI wiek
Hildegarda z Bingen - DOKTOR KOŚCIOŁA(!!!)

XII wiek
Herrada - pisarka
Lilovarti (Indie) matematyczka

XIII wiek
Bettina Gozzadini prawniczka, wykładała na Uniwersytecie Bolońskim w 1236 r.

XIV wiek
Dorotea Bucca (1360-1436) kierowała katedrą medycyny Uniwersytetu Bolońskiego

XVI wiek
Sophia Brahe astronom
Tarquinia Molza (1542-1617) filozofka, w uznaniu zasług otrzymała honorowe obywatelstwo Rzymu dla siebie i swoich potomków

XVII wiek
Margaret Cavendish – filozofka
Maria Cunitz – śląska astronom
Elżbieta Koopman Heweliusz – pierwsza polska astronom
Maria Margarethe Kirch – astronom
Maria Sibylla Merian – entomolożka
Elena Cornaro Piscopia – matematyczka i filozofka, pierwsza kobieta, która otrzymała stopień naukowy doktora.

XVIII wiek
Maria Gaetana Agnesi – matematyczka
Maria Angela Ardinghelli – fizyczka
Eleonora Barbapiccola – filozofka
Laura Bassi – fizyczka
Clelia Borromeo – filozofka i matematyczka
Jane Colden – botanik
Juana Inés de la Cruz – pisarka i astronom
Émilie du Châtelet – fizyczka
Maria Dalle Donne – lekarka
Jeanne Dumée – astronom
Sophie Germain – matematyczka
Catherine Green – wynalazczyni
Caroline Herschel – astronom
Josephine Kablick – paleontolożka
Nichole-Reine Lepaute – astronom
Martha Daniell Logan – pisarka-ogrodniczka
Anna Morandi Manzolini – anatom
Sybilla Masters – wynalazczyni
Eliza Lucas Pinckney – (1723-1766), wynalazczyni techniki uprawy indygowca w Ameryce
Cristina Roccati – fizyczka
Mary Somerville – fizyczka
Jeanne Villepreux-Power – biolożka morska

XIX wiek
Mary Anning paleontolożka
Anna Atkins botaniczka i fotografka
Hertha Marks Ayrton matematyczka
Sara Josephine Baker lakarka - chirurg
Elizabeth Blackwell lekarka
Elizabeth Bragg inżynier
Elizabeth Knight Britton botanik
Mary E. Britton lekarka
Mary Whiton Calkins psycholożka i filozofka
Annie Jump Cannon astronom
Cornelia Clapp zoolożka i biolożka morska
Alice Fletcher etnografka
Williamina Fleming astronom
Kate Gleason inżynier
Margaret Lindsay Huggins astronom
Mary Putnam Jacobi lekarka
Dorothea Klumpke astronom
Zofia Kowalewska matematyczka
Bertha Lamme inżynier
Henrietta Leavitt astronom
Ada Lovelace matematyczka
Margaret E. Matlby fizyczka
Lise Meitner fizyczka
Maria Mitchell astronom
Florence Nightingale pisarka, pielęgniarka
Emmy Noether matematyczka i fizyczka
Beatrix Potter pisarka i ilustratorka
Ellen Swallow Richards
Caterina Scarpellini
Lydia White Shattuck
Maria Skłodowska-Curie
Nettie Stevens
Ida Tacke-Noddack
Janet Taylor
Lucy Hobbs Taylor
Mary Walker
Margaret Floy Washburn
Sarah F. Whiting
Dorothy Wrinch

XX wiek
Madelaine Barnothey
Olive Ann Beech
Ruth Benedict
Margaret Burbidge
Deborah Crocker
Rosalind Elsie Franklin
Evelyn Boyd Granville
Anna J. Harrison
Dorothy Crowfoot Hodgkin
Grace Hopper
Sethanne Howard
Irène Joliot-Curie
Esther Lederberg
Nor Mahal
Maria Göppert-Mayer
Barbara McClintock
Maud Menten
Christiane Nüsslein-Volhard
Donna Osif
Cecilia Payne-Gaposchkin
Sophia Pereyaslaw
Georgia Dwelle Rooks
Patsy Sherman
Maria Telkes
Mary Olliden Weaver
Chien-Shiung Wu
Rosalyn Sussman Yalow

I tak dalej, i tak dalej.
A jeszcze do tego, Drodzy Panowie, inkubujemy Was, wydajemy na świat i wychowujemy na ludzi. OBY.


* Tylko bez argumentów, że przecież nikt za ręce nie trzyma, jest was dużo i możecie się sprzeciwić. W Auschwitz więźniów też było więcej niż strażników. Proponuję liznąć ciut psychologii.
** Kolejny truizm: wszelkie określenia, dotyczące charakteru, które nie mają wydźwięku pejoratywnego, pochodzą ze świata mężczyzn. Nikt wszakże nie powie "trzeba mieć cycki". Albo wręcz "jajniki".
*** Właśnie obserwuję batalię, którą toczy dobrze zarabiająca samotna matka o najbezpieczniejszy z kredytów: hipoteczny. O ile zakład, że samotny facet dostałby ten kredyt od strzału^?

^ Nawet jeśli byłby samotnym ojcem. Wszakże mężczyzna zawsze może się wypiąć, odejść i z posiadanych środków zaspokajać potrzeby banku, a nie progenitury, prawda? Hola! Gdzie napisałam, że patriarchat jest systemem, który  nie krzywdzi mężczyzn?! Nie napisałam. Pora, żeby panowie o tym pomyśleli. Możecie sobie udawać, że tak nie jest - obudzicie się w środku czarnej dupy, z płaczem i wołaniem "mamusiu".

15 maja 2014

1671



Refren tej piosenki traktuje o moich powrotach do domu. Od lat dwudziestu, niestety. I zdałam sobie właśnie sprawę, że to przerażające. W kółko to samo: zakupy, obiad, pranie, zmywarka, karmienie kotów, czyszczenie kuwet, nastawianie pralki, rozwieszanie prania, składanie wysuszonego. Pozycje obowiązkowe. I jeszcze od czasu do czasu z wariacjami, żeby wprowadzić urozmaicenie. Wiocha. Marzę o gosposi. Opcjonalnie - gosposiu, whatever.

Ach! Wracać do domu, który lśni czystością, mieć wyprane ciuchy, zgrabnie pochowane w szafach, obiadek w garach, oczekujący na płycie kuchennej na minimalną aktywność w postaci pochłonięcia. Nawet już te zakupy bym robiła, a niech stracę. W weekend dałabym wolne, co mi tam. Trzy dorosłe osoby w domu, więc gotowanie co czwarty tydzień... luz. Mogłabym nawet na ochotnika lepić większe ilości pierogów, bo całkiem lubię. To mnie wycisza.

Czasem człowiek marzy o żywieniu się w stołówce, naprawdę.

Poranki mam takie same. Wstaję, karmię koty, uzupełniam miskę z wodą, czyszczę kuwety, robię ciepłe napoje (kawa/herbata), przygotowuję wszystkim śniadania na wynos. CODZIENNIE. Normalnie dzień świstaka. Rzecz jest przerażająca, bo robiłam to również za czasów historycznego bezrobocia. Niekończąca się historia. Przynajmniej teraz nie sprzątam w weekendy, bo zleciłam latorośli. Nakręcam koniunkturę - pan płaci, pan wymaga. Mam w dupiu. A kasa zostaje w rodzinie.

Troska o środowisko powstrzymuje mnie od użytkowania naczyń jednorazowych. Wszystkiego jednorazowego. Jestem hejterką prac domowych. Naczelną hejterką kraju.
A gdy pomyślę o jakiejkolwiek pracy na rzecz wspólnoty, to...

Never ending stoooooooooryyyyyy... na na na na na na na na na... Stoooooryyyyyy...

1670

Nie wiem, czy Państwo uwierzy, ale siedzę i piszę tę książkę. W końcu.

Przy okazji zauważyłam, że mam w rozdziale dwie rzeczy, o których moje pojęcie jest dość mgliste, a całkiem zapomniałam o tych punktach. No to trzeba poszukać kogoś, kto mi wskaże, gdzie cholerstwo znajdę. Albo ma to w jakimś edytowalnym arkuszu (jeszcze lepiej, bo przepisywać nie trzeba).

W międzyczasie zostałam zaproszona na kawę i ciastko. To było duże ciastko. Czuję się teraz tak, jakby główną składową mojego organizmu była bita śmietana. Z wiśniami. Chciałabym zrównoważyć jakoś ten przesyt, ale myśl, że wchłaniam jakikolwiek posiłek, zwyczajnie mnie odrzuca.

Rano pan rzemieślnik odpowietrzył mi jeden kaloryfer. Drugiego się nie udało. Tak, mam w pokoju dwa kaloryfery. Mam również pięć dużych okien, to ma ze sobą zakresy wspólne. W każdym razie nawet jeden grzejnik mi robi. Bo siedzenie na jaskółce ma swoje zalety, ale i wady. Mianowicie zimno. I, co podejrzewam, choć jeszcze nie mam doświadczeń - gorąco. Jest to wprostproporcjonalne do pory roku. Bynajmniej nie tak, że w zimie ciepło, a w lecie chłodno. Nie, nie. Ale co się przejmować - jak jest zima, to musi być zimno, prawda? To ma się i do lata. Co to za lato, jeśli człowiek nie kona z upału.

Mimo wszystko nadal utrzymuję, że lubię tu przebywać. Choć dziś niebezpiecznie ludzie się kręcą po piętrze. Sio! W każdym razie dziś usłyszałam taką opinię, że mnie nie powinno się odwiedzać. Byłam bardzo zdziwiona, że aż tak mnie nie lubią. Tymczasem okazało się, że chodzi o pomieszczenie.
- Do ciebie nie wolno chodzić, żeby człowieka szlag nie trafił.
Oni tak naprawdę nie zdają sobie sprawy, że w dużej mierze to wszystko wynika z organizacji przestrzeni. Wykonanej przez moi. Taka personalizacja pulpitu. Otaczam się przedmiotami, ustawionymi i położonymi w specyficzny dla mnie sposób. To się ludziom podoba. A pokoje? Pokoje są takie, jak inne. No, dobra. Ten jest ładny. Ale na poczcie miałam brzydki. Wąski, duszny i ciemny. A odwiedzający i tak byli zachwyceni. Kwiaty, misie, utrzymuję porządek, no i dbam o zapach. Zapach ludzi dobrze nastraja.

Chyba pójdę za stodołę, bo cukier zaczyna działać usypiająco.

14 maja 2014

1669

Prezes powrócił z ośmiodniowych wojaży (przedłużyło się). Wpadając do domu przebiegł po mnie z obłędem w oczach, kierując się wprost do łazienki. Nie rozumiem mężczyzn: zostali niesprawiedliwie lepiej zaopatrzeni w aparacik do sikania, a wcale tego nie wykorzystują. Gdybym ja miała taki aparacik, to sikałabym przez okno prowadzonego pojazdu, wprost na przejeżdżające samochody. Na pewno zasłużyli.
Wracając natomiast do przebiegnięcia, metodą Pollyanny podsumuję: zawsze to jakiś kontakt fizyczny.

Zebraliśmy się przy stole cała familią (3 ludzie, 3 koty) i machnęliśmy dwie partyjki Carcassonne. Koty podpowiadały. W pierwszej partii rozbiłam ich sromotnie. W drugiej - rozsmarowała nas Jednorodna. Taka kara za włóczenie się po Polsce w interwałach nieprzyzwoitych. Nic a nic mi go nie żal.

Karolek przeszczęśliwy. Zwlekał z przywitaniem się zaledwie kwadransik (porządny kot musi być w takiej sytuacji obrażony). Po upływie tego czasu uznał, że NA PEWNO był proszony o zejście na dół (nie był), więc łaskawie zszedł i prawie zemdlał z radości. Widziałam już wiele cieszących się kotów. W grze w kocią przyjemność mam poziom mistrzowski. Ale Karol przebija wszytko. Boję się, że nadejdzie dzień, w którym z powodu pozytywnych emocji, wspieranych mruczeniem (level: traktor), rozleci się na kawałki. Opcjonalnie: wybuchnie. I kto to potem posprząta?

Zośka też się wzniosła, nie powiem. Subtelne wyciąganie łapek z poziomu blatu kuchennego, naprawdę zasługuje na uwagę. Jeden jedyny syneczek mamusi zachował minimum godności. No, ale on miał przecież mamusię cały czas. Choć nie przepada za moim chodzeniem do pracy.
Faktem niezaprzeczalnym jest, że Prezesa uwielbia wszystko, co niespecjalnie odstaje od ziemi. Bachory i zwierzęta potrafią ustawiać się do niego w kolejce. Owszem, przerabialiśmy. Najzabawniej u drugich-rodziców, którzy naówczas mieli na stanie trzy psy i trzy koty oraz dzieci w wersji niepoliczalnej. Druga-mama prawie zemdlała, kiedy nieżyjąca już emerytka Malwinka, znana niedotykalska, wykonała artystyczną woltę, by wleźć na pierwszy raz widzianego Prezesa i zalec.

Nawet Jednorodna schowała swoje transparenty z napisem "Cała Polska nienawidzi Prezesa" i wkręciła się do grania. Ano, coś w tym musi być.
W zaistniałej sytuacji powątpiewam, jakoby dla mnie starczyło miejsca.
Cóż... trzeba i to z godnością.
Godność mam na drugie.
Przynajmniej tyle.

1668

Co ja, mianowicie, miałabym do ogłoszenia około południa 14 maja?

Nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy.

Ludzi na sympozja wysyłam.
Sprawozdania piszę.
Prezentacje przygotowuję.
Pozytywne nastawienie do pracy wykazuję.
Ludzkość kopniakami poganiam*, żeby pisała, a następnie oddawała mi te wypociny.
Na tę okoliczność licznych marudzeń wysłuchuję.
Nic sobie z tego nie robię.
Wywalam ozór i określam, co do centymetra, gdzie mnie może rzeczona, zniechęcona ludzkość pocałować.
Następnie uciekam i mylę pogonie, gdyż część ludzkości natychmiast pożąda przystąpienia do realizacji. Co ciekawe, jest to wyłącznie część płci zdecydowanie przeciwnej.
Barykaduję się w pokoju, ponieważ część części ludzkości wykazuje podziwu godne samozaparcie i odnajduje mnie w dobrze zakamuflowanym miejscu pobytu, żądając wywiązania się z obietnic.
Strugam wariata, puszczam strużkę śliny w kącika ust moich korali i niczego sobie nie przypominam.
Uffff...

I tak się toczy dzień za dniem.
Najbliższy urlop: 29 - 30 maja. półurlop, bo przecież wszyscy jedziemy do martuuhy. Ciekawe, czy ma tak dużą chałupę, by pomieścić ten rozochocony zespół szaleńców. A przynajmniej mnie.


* Ostatnio kątem ucha do mię doszło, że jakaś ludzkość mówiła, żeby mnie wepchnąć do tej zepsutej windy, a następnie rżnąć głupa. Nazwiska zostały odnotowane w Drogim Pamiętniczku.

13 maja 2014

1667

Dać świadectwo.

To nie tak, że jestem jedyną złotoustą w tym domu. Komentarze z dziś. Jeszcze ciepłe.


Zuzanna:

1. Może się jakoś wytłumaczysz z tego, że moje rebusy robią internety?!
2. (Wyciągając z kosza wór ze śmieciami). Zawsze tyle napchasz do tego wora! Potem on mi się rozwala, szlag mnie trafia, kopię w drzwi i mówię po łacinie. I jakiś facet idzie. I jest zakłopotany. Ja też jestem zakłopotana. PSIAKREW!

Prezes (tygodniowa nieobecność w domu, przez telefon, bez dzień dobry):

1. Odnotowuję na karteczce, że twój czas dobiegania do telefonu, gdy dzwonię, jest niesatysfakcjonujący.



Update na specjalne życzenie martuuhy.


1666

Trzeba to w końcu powiedzieć.
Jestem sukienkoholiczką.
Mam świra.

Chciałabym napisać coś sensownego, znaleźć 30 powodów, dlaczego muszę kupować sobie kiecki. Ale prawda jest taka, że to prawdopodobnie nałóg.
Nie kupuję ich dla miecia. Kupuję i się stroję. Muszę się z tym zmierzyć - uwielbiam się stroić. Mogę nie jeździć na urlopy. Wczasy mi zwisają. Nie cierpię podróżować. Chcę mieć dom, a w tym domu kupę zwierzaków, których nie ma z kim zostawić. Wtedy nie będę musiała nikomu tłumaczyć, dlaczego nie wyjeżdżam na wczasy. Będę siedzieć we własnym ogródku, z psami, kotami, świnią i co mi tam jeszcze przyjdzie do głowy. Z kawą latte. Winem. Książkami i komputerem. Oraz kieckami na Allegro.

Straszny ze mnie kret. W fabryce mam kontakt z taką grupą ludzi, że nie umiem ich policzyć. Tabuny. Łażą. Rozmawiają do mnie. Psują powietrze. W związku z tym mam niskie zapotrzebowanie na relacje. Ja, rodzina, kilku przyjaciół. Wystarczy.
Nie chadzam do miejsc użyteczności publicznej. Czasem - raczej z konieczności niż potrzeby - do galerii handlowych. Sama i się alienuję. Do kawiarni, to mi się zdarza. Do restauracji, średnio chętnie. Do kina nigdy - jeśli już, to do teatru i też okazjonalnie. Zabawy taneczne, czy jak to tam zwać... buchacha! Imprezy rodzinne... pfffffff...

Ja, zwierzaki, ogródek i garść naprawdę bliskich osób. Bo, przyznaję bez bicia, mam przyjaciół, których UWIELBIAM. I mogę z nimi spędzać dużo, dużo czasu. Druga-mama. Matka Chrzestna. Martuuha (wkręciła mi się w serce nie wiadomo kiedy i nie wyobrażam sobie, że mogłaby nie istnieć). Na pewno jeszcze kilka bardzo dobrych koleżanek, ale to już rzadziej.
Okazjonalnie impreza towarzyska w niezbyt szerokim gronie. Tyle.
Dziwne, co?

Ale o kieckach miało być. Więc kupiłam jeszcze taką:


Wierzcie lub nie, ale jest to jedna z najbardziej odlotowych rzeczy, jakie miałam. Ta czerwona część jest w zasadzie w kolorze dojrzałej pomarańczy. Do kolan. Wyglądam w niej jak upragniona, wyczekana zapowiedź lata. Miękka, z T-shirtowej bawełny. Elegancka, gdy się zechce i sportowa - nawet do trampek. Kocham ją od pierwszego założenia. Od pierwszego założenia z różowymi, satynowymi pantoflami opentoe na czarnej szpilce. Gołąbkowym płaszczykiem. I takąż torebką Monnari, wykończoną różem.

Ciuchy.
Cholera, coś w tym jest.


Update
Cytat z dzisiejszego maila Chudej:

Zaniemówiłam ze zgrozy. Ty serio myślisz o czwartej części!!!!
Zgadzam się na wszystko, nie wychodząc ze stuporu.

1665

Korespondencja trwa nadal. Z mojej strony: czuła. Ze strony córki: rebusowa.


Wstaję świtem, patrzę i myślę: co ona ma w tym samochodzie? Klocki? Czekoladki? Piloty? Pudełeczka? Wieczorem pracowała w Żabce, może coś przysmyczyła...
I jak Państwo sądzi?
.
.
.
Klocki. Ma nowe klocki... ha-mul-co-we!
Pochyliła się nade mną i moją wrodzoną tępotą. Radość, że nie tłukła w głowę, prawda?

12 maja 2014

1664

Wkraczam do domu, a tam...


Zeżarła cały obiad!
Natrętny głodomór? Mój malusi Edziulek, syneczek mamusi?

Podsumowanie dnia w fabryce niezmiernie poruszające. Szef mówił, mówił, mówił, nagle wstał i... wyszedł. Obracając się do nas miejscem, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę. Zastygliśmy w całkowitym milczeniu. Nikt, doprawdy nikt nie wie, o co chodzi.
Dziwnie się zrobiło. Pomilczeliśmy chwilę i w końcu ktoś się odważył:
- To może byśmy poszli?
- Ale ktoś wie, co się stało?
Cisza.
Zaskoczył nas tym fochem, a jesteśmy wprawieni.

Zadzwonił do mnie jakąś godzinę temu.
- Wiem, że już po pracy. Nie gniewasz się, że dzwonię?
- Skąd. Mogę w czymś pomóc?
- Chciałem przeprosić, że nie znalazłem dziś dla ciebie czasu. Co chciałaś ze mną załatwić?
Powiedziałam. On też powiedział, czego nie zdążył, bo foch mu przeszkodził.
- I wiesz - perorował - to taka dość skomplikowana sytuacja. Możesz to załatwić?
- No pewnie - odpowiedziałam spokojnie.
- On go ściąga, bo tej jest pośrednio jego szef.
- To zrozumiałe.
- Niektórzy to dbają o swojego szefa - w głosie zabrzmiała uraza i zawód.
- Szefie, staram się, jak mogę.
- Przecież wiesz, że nie mówię o tobie!
- No wiem.
Tym samym naprowadził mnie na TROP. Jutro sprowokuję kogo trzeba, żeby okazał stosowną atencję. Oraz zaopiekował i zadbał. Szefowie lubią być objęci uwielbieniem, hehehe.

1663

Wymyśliłam sobie sposób na nietańczenie.

Otóż chodzę i nucę pod nosem...


I sprawa jasna, nie? Zaczynam nucić już w autokarze. Opcjonalnie: nawalam się w autokarze i śpiewam na całe gardło. Aaaa! Nie nawalam się w autokarze, bo dojeżdżamy na obiad, a potem są zajęcia. Śpiewam pełną piersią po trzeźwemu? Słabo. Może się nie udać. Trzeba będzie improwizować. W każdym razie piosenka wydaje się dość wymowna.

Swoją drogą to śmieszne, że w ogóle nie przejmuję się sprawami służbowymi. To nie generuje u mnie stresu. Wychodzi na to, że największy cykor pojawia się, gdy czegoś nie umiem lub nie lubię. Lub jedno i drugie (wash&go).



Kurczę, coraz bardziej zadowolona jestem z nowego lokum. Obecnie mam widok na burzę. Niepowtarzalne wrażenia.