30 czerwca 2013

1199

Ponieważ kaszel, który nastąpił po trzytygodniowym glucie, ma się ku końcowi, a natura nie znosi próżni, w piątek po południu zaczął mnie boleć żołądek. Powiedziałabym dosadnie, co mnie zaczął ten żołądek, ale obawiam się, że słowo "napierdalać" przywabi na ten blog nieupragnione towarzystwo. Więc nie powiem.

Wczoraj wieczorem było już na tyle źle, że nie powędrowałam na noc do sypialni, tylko zaległam na kozetce w dużym pokoju. Ku radości wszystkich kotów, które uwielbiają te rzadkie chwile rozłożenia kanapy, skaczą bez opamiętania po zalegającym na niej delikwencie, urządzają wyścigi i pogonie, by w końcu paść bez ducha. Również na delikwencie. A co się będą.
Miałam więc zapewnione liczne atrakcje oraz bliskość łazienki, gdybym potrzebowała pognać tam jak koń rączy, by zwrócić matce naturze, co mi wcześniej dała.

Z tego powodu byłam przekonana, że obiecany pani Małgosi spacer nie dojdzie do skutku. Ledwo zwlokłam się z łóżka przed 10, wepchnęłam do żołądka trzy łyżeczki rozgotowanego ryżu, naciągnęłam na grzbiet byle co i poszłam ją przeprosić. Przy okazji stwierdziłam, że pada.
Czekała w ubraniu.
To o tyle ciekawe, że poprzedniego dnia złożyła sprawozdanie, że nie potrafi się sama ubrać. Jak bardzo musiało jej zależeć, że dała sobie radę? Palec pod budkę, kto potrafiłby się wykręcić, nie mając w zanadrzu galopujących suchot. Na szczęście padało, bo myśl, że gdzieś idę, podtrzymując człowieka i parasol, kiedy sama ledwo podtrzymywałam siebie, była dość obciążająca.
Ale kawy nie mogłam odmówić (śpij, żołądku, śpij). Posiedziałam u niej dwie godziny, wysłuchałam żali na tematy różne, kazałam odziewać się codziennie (ona całymi dniami krąży w piżamie) i zapowiedziałam spacer natychmiast po polepszeniu się pogody.
Oraz zrobię jej naleśniki, bo opowiadając o opiekunce wspomniała, że wiele razy prosiła ją o usmażenie naleśników i nigdy nie dostała.

Strasznie jest być samotnym, bezradnym i chorym. Strasznie.

29 czerwca 2013

1198

Potrzebuję pomocy.

Czy ktoś orientuje się, w jaki sposób (i czy w ogóle) można załatwić felino- lub dogoterapię z dojazdem? W moim domu mieszka starsza pani. Jest po udarze. Porusza się bardzo niezgrabnie, ale jednak. Niestety nie może wychodzić sama, potrzebuje opieki. Ponieważ ta opieka nie jest zapewniona, ona w ogóle nie wychodzi z domu. Jestem przekonana, że ma depresję. Za każdym razem, kiedy do niej przychodzę, jest gorzej. Dziś rozpłakała się i powiedziała mi, że marzy tylko o tym, żeby już umrzeć i przestać się męczyć. Całymi dniami siedzi w piżamie, mało kto ją odwiedza.

Od jutra zacznę z nią wychodzić na spacery. Nie potrafi się sama ubrać, ale kazałam jej po śniadaniu naszykować sobie ciuchy, pomogę jej to założyć i pójdziemy dookoła domu, bo więcej pewnie nie da rady. Musi wyjść na słońce i do ludzi, bo faktycznie umrze.

Ona kocha zwierzęta. Nie da rady się nimi opiekować, ale gdyby udało się załatwić dojazd kogoś z psem lub kotem, przyuczonym do terapii, to można by pomóc jej dotrwać do kolejnego dnia. Miałaby na co czekać i z czego się cieszyć.

Bardzo proszę, nie pytajcie mnie o jej rodzinę. To skomplikowane. Chciałabym jej pomóc na tyle, na ile mogę, bez angażowania kogokolwiek z jej bliskich. Marzę o tym, że ktoś zechciałby wpaść do niej choć raz w tygodniu na godzinę. Nic nie trzeba robić, tylko posiedzieć i porozmawiać. Ona dramatycznie potrzebuje kontaktu z ludźmi. Po prostu pobyć.

Ma ktoś jakiś pomysł? Nie wiem zupełnie, jak się za to zabrać.

28 czerwca 2013

1197

Podobno nie matura, lecz chęć szczera, ale że przezorny zawsze ubezpieczony, to i maturę mamy.

HOPS HOPS!!!

1196

I znów chciałam podkreślić, że nie znam przyczyn, które powodują, że do mego blogu prowadzi wpisane w wyszukiwarkę hasło "jestem cieniasem".

Idę przetrawiać oburzenie.

27 czerwca 2013

1195

Od czasu do czasu wożę moich rodziców na zakupy do dużego sklepu. Większość sprawunków realizują we własnym zakresie, w pobliskim sklepie Społem i na bazarku, ale mają też swój wybrany Real, do którego podwózki żądają. Proszę uprzejmie. Nasz klient nasz per pan. Mnie tam obojętnie, dokąd ich zawożę i skąd siaty wlokę. A właściwie było mi obojętne. Do dzisiaj.

Ojciec mój jest żwawy jak na osobę dobiegającą osiemdziesiątki. Przystrojony w muszkę udaje się autobusem do centrum handlowego Silesia, gdzie zasiada przy stoliczku w czekolaterii Mount Blanc,


na nos kładzie binokle, zamawia gorącą czekoladę - koniecznie bez śmietany - i zaczyna zrzędzić nad upadkiem prasy, podczytując udostępniany Przekrój. Oraz, naturalnie, wzbudzając sensację. Ale to, PT Czytelnicy, nie jest powód, żeby robić mu krzywdę. Na pewno nie, póki jestem przytomna. (I bardzo, bardzo groźna).

Dziś ja oraz mój samochód rodzaju żeńskiego (Honda) zostałyśmy zakontraktowane do wykonywania zadań. Stawiłam się w punkcie A, zawiozłam do punktu B, a następnie ruszyłam pchać koszyk, dotrzymywać towarzystwa i bawić lekką, niezobowiązującą konwersacją. Zanim jednak rozpoczęliśmy eksplorację Reala, tatko - niczym wódz na szpicy swego wojska - poprowadził nas do stoiska w pasażu, prowadzącego handel owocami, gdzie zamierzał nabyć parę deko żurawiny suszonej. Mama płynnie skręciła do apteki i zniknęła chwilowo z oczu, ja stanęłam w pobliżu, bez zaangażowania emocjonalnego obserwując wydarzenie. Tatko z wyszukaną uprzejmością poprosił o rzeczoną żurawinę w ilości za 10 złotych. Młoda panienka na stoisku nasypała towaru do torebki, zważyła, pobrała opłatę. Tatko zabrał torebeczkę i czmychnął w pasaż, ponieważ pasjami to uwielbia, mnie natomiast tknęło.

W ułamku sekundy dokonałam lustracji sytuacji: cena towaru - 44,90 zł za kilogram, waga torebki 165 gram, paragon oraz drobne, miast być podane kupującemu, znikają pod ladą. Okazuje się, że nie spałam w szkole podstawowej na lekcjach matematyki - bez używania aparatów liczących wiem, że za dychę powinno się tam znaleźć ponad 20 dkg. Zanim panienka rozpoczęła obsługę kolejnej osoby, wykonałam krok w jej kierunku.
- Proszę pokazać mi paragon do zakończonej transakcji - poprosiłam grzecznie.
Warto podkreślić, że ja grzecznie proszę, a ludzie wykonują. Nawet całkowicie obcy. Panienka bez słowa sprzeciwu podała mi paragon spod lady, a tam wołami: aloes suszony, cena za kilogram 57,90 zł.
- Dlaczego nabiła pani na paragon suszony aloes, sprzedając żurawinę? To przeszło 10 zł różnicy na kilogramie.
Panienkę zatkało. Doskonale wiedziała, o co chodzi, ale nie spodziewała się jakiejkolwiek reakcji.
- Pomyliłam się.
- Oczywiście na niekorzyść klienta. O 1/4 wartości transakcji. Uważa pani, że może skubać bezkarnie starego człowieka?
Panienka się naindyczyła i wysyczała w moją stronę:
- A kto pani w ogóle jest?!
- Jestem córką tego starszego pana, którego pani przed chwilą oszukała.
- Ja się pomyliłam! - Zapiszczała ekspedientka.
- Nie sądzę. Proszę oddać mi należną resztę.
Ekspedientka zaczęła gwałtownie majstrować przy ekranie dotykowym kasy.
- Zacięło się.
- Nie szkodzi. Proszę sobie policzyć na kalkulatorku różnicę i wydać resztę.
- Ja nie mogę liczyć na kalkulatorze!
(Ciekawe).
- To proszę wziąć ołówek i policzyć na karteczce - odpowiedziałam spokojnie i powiało chłodem.

Ludzie, ona nie umiała. Miotała się, tłumek gęstniał, więc spokojnie wyjęłam telefon, dokonałam prostej operacji kalkulacyjnej i podstawiłam jej pod nos. 7,40. Oklapła. Wyjęła z kasy całe 10 zł i oddała mi, wypiskując złośliwie:
- Niech sobie tatuś zostawi żurawinę na zdrowie.
- Niech się pani cieszy, że nie złożę na panią skargi. Oszukiwanie w ten sposób osób starszych, tylko dlatego, że są bezradne, to coś więcej niż kradzież.
Odeszłam, pozostawiając barwne, nawoskowane owoce, zmiażdżoną ekspedientkę oraz presję opinii publicznej.

Dogoniwszy tatkę, wcisnęłam mu w garść odzyskaną dychę.
- A co to? - zapytał radośnie, oderwany od jakiejś wystawy.
- Pani podarowała ci tę żurawinę.
- Ale jak to? - drążył.
- Chciała cię oskubać, ale się nie udało.
- Ale...
- Bez dyskusji, kochaniutki. Na zdrowie.

I wiecie co? On się emocjonalnie pochylił nad tą ekspedientką.
Mój Tato. Emeryt po 54. latach pracy zawodowej.
Ta gówniara nie liczyła sobie nawet połowy tego, co on przepracował. W dużej mierze społecznie.

1194

Dziura nastąpiła, gdyż podeszłam ambicjonalnie do sprawy braku komentarza paci. Tak się wymandrzała, niech teraz komentuje. Nie będzie miała nic do powiedzenia? Nie będzie nowych wpisów. Ha! (A to ją załatwiłam).

Występują:
waterloo
córka Zuzanna

Czas akcji:
tuż przed północą

Miejsce akcji:
dialog międzypokojowy i międzypokoleniowy

Waterloo doczytuje komentarze pod wypasionym wpisem Chudej na temat rodzeństwa.
waterloo: Chciałaś kiedyś mieć rodzeństwo?
córka Zuzanna: Kiedyś chciałam...
waterloo: W jakim wieku?
córka Zuzanna: Starsze.

Nie wiem, jak zniosłabym więcej wybitnie inteligentnych potomków.

24 czerwca 2013

1193

Martuuha - możesz nie czytać, bo znasz już tę historię :o)

Od kiedy pamiętam, miałam problem z zaakceptowaniem swojego wyglądu. Dostrzegałam jedynie wady i były one tak wielkie, że przysłaniały jakiekolwiek zalety. O ile te drugie w ogóle istniały. Byłam jednym wielkim kompleksem z głębokim przekonaniem, że absolutnie żaden przedstawiciel drugiej połowy świata nie może zwrócić na mnie uwagi. Przynajmniej nie taki przy zdrowych zmysłach.
Sytuacja ta trwała latami i miała się znakomicie. Porównywalnie do gluta, tylko znacznie dłużej.

Jakiś czas temu, z zupełnie odrębnych powodów, trafiłam do psychologa. Ponieważ psychologiem tym była moja koleżanka, sesje nie do końca wyglądały całkowicie profesjonalnie. Już nie wspomnę (przez grzeczność) o czasie ich trwania. Kawa, pięć minut dla bliźnich, przeciągające się do godziny, pitu-pitu na tematy aktualne i... o czym to miałyśmy dziś rozmawiać?
Z problemem, z którym przybyłam, uporałyśmy się stosunkowo prędko. Otrzymałam plakietkę


i w zasadzie mogłam ruszać przed siebie. Ale mi się spodobało. I tak od słowa do słowa zaczęłyśmy robić przepierkę. Naturalnie wyciągnięcie na jaw mojej niskiej samooceny było tylko kwestią czasu.

Niestety okazało się, że rzecz jest na tyle ugruntowana, że nic działać nie chciało. Ach, jakże barwne były te rozmowy. Jakże udane zadania domowe. Pilnie je odrabiałam (syndrom prymuski) - na darmo. Beton i spiż. Gdybymż była taka uparta w innych dziedzinach! Prawdopodobnie dziś na drzwiach mojej wypasionej willi wisiałaby wizytówka: rentierka (nie mylić z "rencistka"). Niestety, całkowicie się to nie przekłada. Szkoda.

Załamany fachowiec szukał jakiegoś pęknięcia w tej jednolitej bryle i nie znajdował. Jaka gruba byłam przed spotkaniami, taka pozostawałam po nich. Pamiętam, że najbardziej rozbawiłam fachowca stwierdzając z należytą powagą, że grube mam ABSOLUTNIE WSZYSTKO, włączając w to uszy i stopy. Tego dnia zadaniem domowym było zmierzenie tkanki tłuszczowej na stopie za pomocą linijki. I byłam gotowa to zrobić. Mało tego! Udowodnić, że jest to grubość tkanki godna niedźwiedzia, ziewającego tuż przed ułożeniem się do snu zimowego. Byłabym to zrobiła... gdyby nie przypadek.
Jak wspominałam, masę czasu trawiłyśmy na różnych opowiadaniach. I tego dnia, tuż przed rozstaniem, pani psycholog opowiedziała mi rekreacyjnie o pewnym zdarzeniu ze swego życia.

Otóż okazało się, że w ramach działalności różnej, chadza też do Amazonek. One to dopiero mają problem z akceptacją swojego ciała! Po amputacjach w ogóle nie patrzą w lustro, aż dziw, że się myją nago. Nikogo do siebie nie dopuszczają, zasklepiają się w nienawiści do własnej powłoki. Jeden z mężów opowiadał, że są małżeństwem ponad dwadzieścia lat, on bardzo kocha swoją żonę, nie ma zamiaru jej opuszczać z powodu choroby, chce się nauczyć tej nowej jej bez piersi, żeby ją dalej kochać - inną, ale tę samą. A ona mu nie pozwala i on cierpi, bo myśli, że mu nie ufa, więc co zostało z tych dwudziestu lat, dzieci, życia codziennego? Zdarzyło się, że rzeczona niewiasta kąpała się w łazience, a mąż wszedł tam po coś na moment. Ta zaczęła wrzeszczeć i dostała takiego ataku histerii, że musieli wezwać pogotowie.

Pani psycholog zadała im więc następujące ćwiczenie: stanąć nago przed lustrem i popatrzeć na swoje ciało. Po prostu spokojnie mu się przyjrzeć. Okazało się, że z bardzo licznej grupy były w stanie to wykonać tylko dwie kobitki. Przyszły na następne spotkanie i opowiedziały o swoich przemyśleniach. Jedna miała lat dwadzieścia, a druga była po sześćdziesiątce, ale wyniki były te same. Otóż obie, przyglądając się swoim ciałom, zrozumiały, że blizny po piersiach to nie jest coś, co je szpeci. Że to dar. Nowe życie. Gdy tak patrzyły na swoje okaleczone ciała, to dowiedziały się same od siebie, że to ich szansa, żeby żyć. Że gdyby tych okaleczeń nie miały, to byłyby piękne, lecz całkowicie martwe.

Po tym opowiadaniu rozeszłyśmy się każda w swoją stronę. Wracałam do domu samochodem i nagle jak obuchem uderzyła mnie myśl tak silna, że musiałam prędko zjechać na pobocze, ponieważ przez łzy przestałam widzieć drogę. Pomyślałam bowiem, że moje ciało do mnie mówi, a ja powinnam tego spokojnie, cierpliwie i życzliwie wysłuchać. Kiedy się na to zdecydowałam, usłyszałam, że moje życie jest dobre, spokojne i pełne. Jestem bezpieczna. Mogę robić, co chcę i kiedy chcę. Jest mi ciepło, mam dach nad głową, nikt mnie nie goni, nie ściga, nie karze. Mogę jeść kiedy chcę i co chcę, bo mnie na to stać. Nawet jeśli te rzeczy powodują, że tyję. Tyję, bo jestem spokojna, nie czuję napięć ani krzywdy. Moje ciało mówi, że moje życie jest wyjątkowe. Że na świecie są tysiące ludzi, którzy mogliby mi go pozazdrościć.

Wtedy po raz pierwszy w życiu uśmiechnęłam się do siebie.
Mimo tego, że jestem gruba, akceptuję siebie taką, jaka jestem.

Mam piękne, subtelne dłonie. Ładne stopy. Kształtne nogi. Owszem, grube, ale co z tego. Mam niewielkie, nieodstające uszy. Całkiem fajny tyłek. I cycki! Świat chciałby mieć takie cycki!
A do tego wszystkiego... mam mózg! I potrafię go używać.

Wszystko na świecie jest kwestią punktu odniesienia. Zamiast katować się niedoskonałością, poczułam wdzięczność.
Hej, Ty tam, na górze - kimkolwiek jesteś... DZIĘKUJĘ.

23 czerwca 2013

1192

Co roku o jednej porze*, wiosną, na kilka niezwykle krótkich (zawsze ZA krótkich) dni, przed moim domem staje panna młoda. W delikatnej, powiewnej, białej sukience drży przy każdym podmuchu wiatru. Zwykle, z uwagi na porę roku, to stanie kończy się źle - przychodzi deszcz i gwałtownymi kroplami obraca wniwecz wielomiesięczne starania, by choć przez chwilę być najpiękniejszą i skupiać na sobie uwagę każdej osoby, która choćby przechodzi mimo.

Rok w rok oddaję jej należną cześć. Kiedy tylko na gałęziach zaczynają pojawiać się nieśmiałe pąki, wyglądam oknem w niecierpliwym oczekiwaniu na jej przybycie. Zwykle robi mi niespodziankę, szeleszcząc o poranku białą suknią, której jeszcze wczoraj nie miała lub też nie występowała w niej publicznie, pewnie przymierzając w ukryciu. I mogłabym przysiąc, że chichocze z radości. Znowu udało się jej spłatać mi figla.

Zawsze daję jej się wciągnąć w tę zabawę, pozwalam się wyśmiać, bo rozumiem, że to część rytuału. A potem, kiedy tylko mogę, patrzę na nią i uśmiecham się. I wzroku nie mogę oderwać. Często robię też zdjęcia, zatrzymując na wieczną pamiątkę tę niezwykle ulotną chwilę, na którą będę czekała cały długi rok. Kiedy znów stopnieją śniegi, a powietrze zapachnie zapowiedzią wiosny, ona jak zawsze  stanie przed moim domem - nieodmiennie młoda, piękna, w nieśmiertelnej bieli sukien, szeleszcząca i trzepocząca, figlarna i ulotna. A potem sypnie kwieciem.
Wszyscy tutaj ją podziwiamy, choć nie każdy się do tego przyznaje.

I nawet imię ma ładne, takie dziewczęce. Mirabelka.


W tym roku, gdy wyszłam oddać jej hołd, odkryłam, że na pniu pomarańczową, odblaskową farbą namazano numer, który znaczy...
... przeznaczona do wycięcia.



* Każdą noc prawie o jednej porze pod tym się widzą modrzewiem... ;o)

22 czerwca 2013

1191

Jadę sobie spokojnie do rodziców, mijam Spodek i... MIŚ! Nie dałam rady. Wcisnęłam samochód w jedyne wolne miejsce w rozsądnej odległości od misia i wyprułam na tę pustynię robić zdjęcia.



Miś jest dmuchany i POTĘŻNY. Jego stopa ma wielkość wejścia do Spodka, które wcale nie jest małe. A uszka mu rozkosznie powiewają na wietrze. Miód, malina.

Aby zrobić zdjęcie panoramy Spodka, musiałam dojść do dawnego przejścia podziemnego (pasażu), dzięki któremu jak świat światem człowiek poruszał się po Katowicach, nic sobie nie robiąc z Ronda. Za czasów całego mojego życia wyglądało ono tak:






Parę dobrych lat minęło, odkąd wszystko przebudowano. Nie byłam tam. Wyprowadziłam się z Katowic w 1994, potem zaczęłam stale poruszać się samochodem i... jakoś tak wyszło. No, ale skoro już dowlekłam się do tego przejścia - grzech nie zobaczyć (35 stopni w cieniu). I co? Jajco! Nie ma przejścia podziemnego. Nie ma pasażu. Dlaczego nikt mi nie powiedział?!


Teraz to wygląda tak. I właściwie pod powierzchnią się nie podróżuje.

Ludzie! Czy Wy wiecie, jaka galaretka ze śmietaną była w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w kawiarniach pod Rondem?! W jakich kawiarniach!!! Ktoś mi ukradł dzieciństwo. Jestem obrażona.

21 czerwca 2013

1190

Osobliwie jest czasem popatrzeć przez okno. Ale nie tak całkowicie bezrefleksyjnie. Otóż można naówczas zauważyć, jakie piętno na krajobrazie odciska upływ czasu. Taka, dajmy na to roślinność.

W roku 2008
Jakby nieco wybujała.

W roku 2013

Jeszcze jedno mi się skojarzyło. W lewym górnym rogu zdjęcia widoczna jest bryła budynku z trójkątnym daszkiem (przy nim dwie anteny satelitarne). No dobra - dwuspadowym. Uważny obserwator dostrzeże w tle tego daszku: na zdjęciu pierwszym drzewa, na drugim - osiedle. Taka niespodzianka. Wstaje człowiek rano, a tu osiedle.

20 czerwca 2013

1189

Córka Zuzanna rozgłośnie (czyt. trzy minuty) psika czymś w kuchni.

waterloo (z łazienki, przerażona wizją stężenia): A czym ty tak psikasz?!
córka Zuzanna: Dezodorantem do stóp.
waterloo: Pod pachy?
córka Zuzanna: #$%^&* (bardzo niewyraźnie, ale na pewno o inteligencji).

19 czerwca 2013

1188

Oto co znalazłam w przepastnych czeluściach internetu.

W roku 2013 Dzień Łapania za Biust przypada na 5 lipca (piątek)

Do Dnia Łapania za Biust pozostało jeszcze 16 dni.

Z jednej strony święto typowo męskie, z drugiej strony bez kobiet nie sposób go świętować. Łapanie kobiety za piersi powszechnie uważane jest za objaw szowinizmu i skrajnego braku ogłady. Nie przeszkadzało to jednak Samowi Nickelowi, rosyjskiego komikowi, który w 2009 roku namówił 1000 napotkanych na ulicach kobiet, by pozwoliły mu dotknąć swojego biustu. Po takiej wymianie energii, jak twierdził, będzie gotowy uścisnąć dłoń wielmożnemu Władimirowi Putinowi. Prezydentowi pomysł musiał się spodobać – bo na propozycję przystał. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet Wiktorii wykazały, że kobiecie piersi to zwykle pierwsza rzecz (właściwie dwie rzeczy), na którą spoglądają mężczyźni. Ponadto wiele osób, w tym również kobiet, postrzega piersi nie tylko erotycznie, ale również w kategoriach przyjemności estetycznej. Dzień Łapania za Biust to jednak nie tylko przejaw męskiego szowinizmu. W niektórych krajach anglojęzycznych obchodzony jest 31 marca - w ramach kampanii promującej profilaktykę raka piersi. Doprawdy trudno wyobrazić sobie lepszy sposób na połączenie przyjemnego z pożytecznym.

18 czerwca 2013

1187

Przerwa w pisaniu, bo mi się nie chce. Poczytajcie sobie naimę. Artykuł obojętny. Nie zawsze się z nią zgadzam, ale szalenie lubię i szanuję jej warsztat. Prezentuje wszystko to, co u mnie całkowicie zabija lenistwo.

17 czerwca 2013

1186

Podjeżdżam samochodem pod dom dziadków. Kątem oka zauważam brykę córki mojej Zuzanny. Zuzanna kątem oka zauważa moją. Wysiadamy.
- Córko!
- Matko!
- Jakże dawno cię nie widziałam.
- Co za miłe spotkanie. Czym przyjechałaś?
- Samochodem. A ty?
- Samochodem.
- Patrz pani, do czego to doszło!
- Niewiarygodne.
- No to misiaczka! Wchodzisz na górę?
- Nie, czekam na dziadka. Drobna podwózka.
- To ja się zajmę babcią. Bez podwózki. Wypiję podwójną kawę - jedna część za ciebie.
- Słusznie, co maja mieć tanio.

Wczoraj zapytałam: czy mogłabyś ewentualnie podrzucić do domu po naszej imprezie niezbyt trzeźwą koleżankę Ka?
Zupełnie nowa jakość życia.

16 czerwca 2013

1185

Wojciech, mój chrześniak, popularnie i nie bez przyczyny zwany Dzikiem, ukończył dziś szczęśliwie latka dwa. Na swojej imprezie urodzinowej kilkakrotnie zabłysnął.
- Dużo aut. Dużo. Straż pożarna. O... zepsułem.
- Uwaga, teraz będę szalał.
- Jestem Kubica.
- Baby, chłopy, do domu!
Itd.

Dostarcza dziecina licznych atrakcji, nie można powiedzieć. Jestem wycieńczona.

15 czerwca 2013

1184

Infekcja nadal ma się znakomicie. Druga-mama pisała w komentarzu, że mam wyglądać światełka w tunelu, ale nie mogę, bo glut mi zasłania. Jestem tym już zmęczona.

Najgorsze miało miejsce u lekarza, do którego zawoziłam tatę w czwartek. On w gabinecie, ja grzecznie z książką w poczekalni. Przychodnia duża, ze szpitalem, poczekalnia duża, rejestracja duża, rejestratorek z pięć, ja jedna. I nagle to ciśnienie na glut. Nie przerywając czytania, nieświadoma tego, co nastąpi, wygrzebałam z torebki chusteczki i zaczęłam dmuchać nos.

Dziś klasyfikuję to jako kurację odchudzającą. Przy trzeciej chusteczce panie rejestratorki zaczęły na mnie dziwnie patrzeć. Głupio mi się zrobiło, więc wyszłam na zewnątrz i zużyłam jeszcze dwie. Gdy ojciec opuścił gabinet, było mi słabo z tego natężania się. A przerwałam tylko dlatego, że się, jakby to subtelnie ująć, ciągłość skończyła. Mogłam więc oderwać dłoń od twarzy. Wcześniej było mi wstyd.

I ten kaszel. Choć to ma swoje dobre strony (Pollyanna). Na przykład policja mnie zatrzymała w tym tygodniu do kontroli, a miałam nieczynny jeden reflektor. Gdy zbliżyli się do drzwi, zanim doszło do kontaktu werbalnego, tak ich okaszlałam, że nawet mi mandatu nie wlepili. Inna sprawa, że ja chyba jakoś porządnie wyglądam, bo panowie dokonujący kontroli trzeźwości zwykle machają na mnie, że mam jechać. Bez sprawdzania.
A może nie porządnie, tylko fajtłapowato?

14 czerwca 2013

1183

Przypomniało mi się, że miało być o pogrzebie. To było tak, to było tak*, jak śpiewał Bohdan Łazuka w Kabarecie Starszych Panów...

Mała babcia była osobą wzrostu nikczemnego, ale za to sporej wagi, z którą borykała się całe życie (tu też dykteryjka mię się przypomniała, ale to inną razą). Przy tym w złośliwości ostrą, jak brzytwa, i genialnie dowcipną oraz na humor, szczególnie sytuacyjny, niebywale wyczuloną.
Zmarło się babuni w dziewięćdziesiątej drugiej wiośnie życia, choć uważam umieszczenie tej informacji na klepsydrze za podłość jej pierworodnego, czyli mego ojca - urodzona w grudniu, skrzętnie jeden roczek całe życie sobie odejmowała. I było się do tej subtelności na koniec przychylić. Tato, skrupulatny, jak to facet, woli matki nie uszanował i pewnie stąd historia cała. Babcia zemściła się z zaświatów na własnym pogrzebie. Naturalnie w charakterystycznym dla siebie stylu.

Zawód mam dziedziczny. Z tym, że babcia uprawiała go z zapałem, niosąc kaganek oświaty wśród maluczkich. Bądź też waląc rzeczonych tym kagankiem w tępy łeb. Na krzcie jej dziano Antonina. Nie wiem, czy coś szczególnie trudnego jest w tym imieniu, ale zeszła babunia w czasach prosperity seriali brazylijskich i stąd prawdopodobnie powstał lapsus. Nabożeństwo żałobne odbywało się w kaplicy cmentarnej. Ksiądz wygłosił przydługą, kwiecistą i niezwykle zaangażowaną mowę na temat wychowawców młodzieży, podwójnie nietrafioną. Po pierwsze primo dlatego, że babcia, jako żywo, młodzieży nie wychowywała. Odkąd pamiętam, nauczała w szkole wieczorowej dla dorosłych. Po drugie primo dlatego, że przez dobre piętnaście minut piał o kształtującej młode dusze i umysły... Antonii. Po piętnastej Antonii matka zniewoliła mój płaszcz w żelaznym uścisku, bowiem z zaciśniętymi szczękami i pięściami rwałam do przodu, żeby przyłoić mu w leniwe ucho. (Skądinąd uważam, że do zachowań zawodowych należy się przygotowywać). A nie miałam daleko - wnuki siedziały w pierwszej ławce - więc rzecz była do zrealizowania. Nikt tak człowieka nie zna, jak matka, więc pewnie najlepiej wie, że stać mnie na większość możliwych skandali. A rodzina, rozumiecie, Z KRAKOWA. Herbowa. Byłoby się działo. Więc trzymała twardo.

Babunia zażyczyła sobie kremacji. Miało to wszystko miejsce z początkiem lat dwutysięcznych, czyli sprawa nie była jeszcze ani polityczna, ani popularna. W związku z powyższym tzw. kopidoły nie wyrobiły sobie na tę okoliczność zachowań. Gdy już wybrzmiały liczne Antonie i nabożeństwo schyliło się ku upadkowi, naczelny kopidół przystąpił dziarsko do urenki, chapsnął ją pod pachę i w długą. Na środku kaplicy pozostała góra wieńców i wiązanek, po które nikt się nie pofatygował. Nastąpiła lekka konsternacja, z której najszybciej wybudziła się moja pragmatyczna mamusia, nieznoszącym sprzeciwu tonem ordynując: Wnuki - wieńce!!! Jako że mojej matce mało kto ośmiela się sprzeciwić, jak z automatu ruszyliśmy po kwiecie i jedlinę, konstatując, że reszcie żałobników odrętwienie odpuściło i wysypują się na cmentarne chodniki, by uformować stateczny kondukt. Nic z tego!

Kopidół z babunią w urnie rwał do przodu niczym rasowa arabska klacz. Część żałobników ze wszystkich sił usiłowała za nim nadążyć. Kondukt szlag trafił, sprawa się rozciągnęła, tu się ktoś potknął o nierówny chodnik, tu jakaś korpulentna krewna, dysząc, z wytrzeszczonymi oczyma usiłowała nadążyć i ocierać pot z czoła równocześnie. Wnuki (my młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi), w tym ja - zaznaczam, że jedyna w rodzaju niemęskim, objuczone przyciężką jedliną, dawały radę, choć nie w czołówce. Ksiądz, wyraźnie wyćwiczony w tym niecnym procederze, zainstalował się przy grobowcu tuż za kopidołem, część żałobników docierała, my jeszcze w połowie drogi, ktoś nieśmiało protestował: "zaczekajcie na Baśkę!", czyli kuzynkę taty, którą poruszanie się o lasce wywaliło z peletonu na szary koniec. I kiedy już zaczynało się wydawać, że to się może udać, mój starszy kuzyn, plując igliwiem pod wiatr, wycharkotał:
- A ksiądz tyle razy powtarzał, że babcia była nauczycielką, a nie, kurwa, sprinterką!

PS Na stypie, która nastąpiła niebawem, atmosfera była milcząca. Ani chybi nie tylko z powodu niewesołej okazji, ale też pewnie na okoliczność tego Hubertusa. Wreszcie tato nie wytrzymał, wstał i zaproponował:
- No, niechże ktoś opowie kawał.

Dopiszę jeszcze, by dodać kolorytu, że grobowiec postawiono w latach siedemdziesiątych, po śmierci dziadka, który do omawianego pogrzebu spoczywał w nim solo. I nikt, cholera, nie wiedział, że jakiś palant zabetonował całość dokładnie i uczciwie, a potem położył płytę. Okazało się, że skucie tego cudu techniki budowlanej jest niemożliwe w tak krótkim czasie (porządna robota). W związku z powyższym po zdjęciu płyty nagrobnej uczyniono w betonie dziurę, w którą kopidół wskoczył, trzymając urnę, a następnie wstawił ją i wygrzebał się, sapiąc.

Naprawdę marzę o tym, żeby przebić ten babciny pogrzeb. Naprawdę. Ot, choćby w takim stylu.


* Uwielbiam te piosenkę. Wszystkie inne KSP też. Ale ta jest cudna-cudna.

13 czerwca 2013

1182

Nie wiem, czy wszyscy dostrzegają, jak bardzo się staram. Dawać zadowolenie oraz satysfakcję. Znaczy mam na myśli, że piszę CODZIENNIE. Może nie zawsze wiele, ale systematycznie.
Z pewnością rzecz się przesadnie długo nie utrzyma, bo do tego są w końcu potrzebne bodźce, ale i tak subtelnie sugeruję oklaski.

Przebiłam już rok 2009, 2011 i 2010. Można sprawdzić. Do przeskoczenia jest 2012 i 2008. 2007 się nie podejmuję. Choćby dlatego, że tam są notki z poprzedniego blogu*, który ze względów osobistych (dziecko było małe i sypnęło się na podwórku, więc sąsiedzi zaczęli mnie nachodzić - nie do przyjęcia) musiałam zlikwidować.
Poza tym osiągnęłam szczęśliwie poziom marginesu społecznego, czyli nie pracuję (brak motywacji notkowej z wydarzeń służbowych), ale mam na wino. Dziecko się cieszy, bo wreszcie w 100% potwierdzono, że jesteśmy patologią. Do tej pory rzecz była enigmatyczna i przejawiała się jedynie w dramatycznym informowaniu, że jest z rozbitej rodziny.
Postaram się doprowadzić do jakiegoś brudu, smrodu i podartych ciuchów. Obiecuję.

Póki co, opłaciłam rachunki i jestem 2 i pół tysiaka w plecy. W obecnej sytuacji najlepszym wyjściem jest się napić. To co? Na zdrowie?

PS Notkę sponsorowała literka Pe. Jak pacia. Jakby kto przeoczył.


* donosze-uprzejmie.blog.pl. Nazwa była lepsza. Dumam nad tym.

12 czerwca 2013

1181

W poniedziałkowe popołudnie Zuzanna napotkała w Parku Śląskim* (dawne WPKiW) frontmana kabaretu Łowcy.B. Przysiadł się do nich - siedziały grupą, same dziewczyny, średnia wieku 18. Ja się mu nie dziwię.
- Chciałam z nim trochę pogadać.
- Udało się?
- Coś ty, nawalony jak stodoła.
- Cóż... każdy w czasie prywatnym może się nawalić, jak chce.
- Niby tak. A wiesz, że w czasie prywatnym gada zupełnie, jak na scenie?
Spodziewam się. Maski czasem przyrastają do twarzy.
A że był prywatnie? Całkiem możliwe. Przecież przyznaje się uczciwie, że pochodzi z Bytomia. Jak wpadnie do rodziców, to ma blisko.

* Rocznicę obchodzimy. Nieokrągłą, ale imponującą.

11 czerwca 2013

1180

Rozumiem, że cioteczka do gustu przypadła. Też ją lubię. Każdorazowo ubaw po pachy. Od kiedy pamiętam.

Ciotka miała zadziwiający dar traktowania mnie od niepamiętnych czasów jako kogoś quasi dorosłego, co było, naturalnie, szalenie nobilitujące. Szczególnie dla dorastającej panienki. Nigdy nie chciałam się zmywać z tych ich imprez - politykowali bez opamiętania, umieli wypić, choć nikt nigdy z krzesła nie spadał, opowiadali sprośne dowcipy, uprzedzając mimochodem: Asia - zatkaj uszy. Oczywiście słuch mi się naonczas wyostrzał niemożliwie. Przy tym grupowo wykształceni, na stanowiskach, potrafili się wypowiadać naprawdę na poziomie. Od urodzenia niemalże byłam więc, że tak powiem, "obstukana".
No i dopuszczali mnie do głosu, co było szczególnie emocjonujące.
Większość tej ekipy zasila niestety okoliczne cmentarze. Szkoda.

- Uważaj, co do niej mówisz - ostrzega mateczka, kierowana źle pojętą solidarnością. - Ona to potem wszystko opisuje w internecie.
A pewnie. Cza się dzielić, nie? Zresztą wyjawiam im przecież, że są uwielbiane.
No i chwile trzeba łapać. Za szybko odchodzą.

- Całkiem fajnie sobie tu mieszkałaś zanim zbudowali ci pod oknem przelotówkę - prowokuję ciotkę, która z zamianą mieszkania trafiła kulą w płot.
Ich dom stał przez dziesiątki lat na uboczu. Do centrum zaledwie dwa przystanki tramwajem, a psy szczekały całkowicie niewymownym miejscem. Pewnego dnia miasto wzięło się do roboty i postanowiło mieszkańców uszczęśliwić. Ciotka mieszka na pierwszym piętrze budynku, usadowionego w lekkiej dziurze. Jej okna wychodzą idealnie na wysokość asfaltu nitki, dochodzącej do głównej drogi, łączącej Zagłębie i Śląsk. Masakra w całej rozciągłości.
- E tam - macha ręką zagadnięta, objawiając po raz tysięczny pozytywne nastawienie do świata. - Ja się nie przejmuję. Plany budowy tej ulicy były zatwierdzone ponad trzydzieści lat temu. Nastąpiło po prostu lekkie opóźnienie w realizacji.
- Musiałaś się cieszyć, kiedy ruszyli.
- Kochana! Działo się. Jak zaczęli budować, tośmy z dziewczynami śmigały na spacerki środkiem budowy - aż do parku. I tak, rozumiesz, suniemy sobie kiedyś, we trzy, letni wieczór, klepiemy jak zwariowane ozorami. Ręce puste, przecież nie będziemy nic ze sobą zabierały na godzinny spacer w okolicach domu. Patrzymy, jedzie z przeciwka chłop na rowerze i łypie na nas wrogo. Jak nas mijał, wysyczał przez zęby:
Trzy k...y, a żadna torebki nie wzięła.

10 czerwca 2013

1179

Matula wróciła. Tatko - radosny jak skowroneczek - nawija przez telefon, że żandarm, że zarządza jego życiem, że dręczy i męczy. Siły witalne w niego wstąpiły, poleciał na miasto argumentując, że musi coś tam kupić matuli, bo ona mu każe. Miła to odmiana po niedawnym "ataku serca".
- Matka, koniec podróżowania - obwieszczam po wybyciu protoplasty.
- A to dlaczego? - fuka.
- Przy twoim następnym wyjeździe stary się przekręci.
- Jasne, jasne - burczy pod nosem. - Jak on całe życie był w rozjazdach, to ja się nie przekręcałam.
- Ech... - wzdycham. - Młodość.

W domu rodziców trwa więc sielanka. W moim - atmosfera szukania kąta do zdechnięcia. Zatoki mam zaczopowane całkowicie. Co oczywiście nikomu nie przeszkadza mną szargać.

- Przyjedź na kawę, bo nie pamiętam, jak wyglądasz - ćwierka mateczka czule.
Jadę.
- Zawieź mnie do Danki, bo pada.
Wiozę.
Danka, ulubiona przyszywana cioteczka, lat 77 (nie do wiary, jako żywo), silnie rozwinięte ADHD oraz poczucie humoru, sięgające absurdu. Również powróciła w sobotę, czyli nie widziały się niecałe dwa dni.
- O! - Wykrzykuje na mój widok. - Fajnie, że też przyszłaś. Wyobraź sobie, że umyłam już cztery okna.
- Dzisiaj? - dziwię się uprzejmie. - Wymiatasz po tym urlopie - dodaję, taksując ciotkę w dżinsach, modnej, kwiecistej tunice i figurze dwudziestolatki.
- Przecież, że nie wczoraj - prycha. - Dzień święty, nie?
Przepychamy się w wąskim korytarzu.
- Ciś, matka, na pokoje - kulturalnie pomagam protoplastce w podjęciu decyzji. - Trza korzystać, nie wiadomo, kiedy znowu nas wpuści.
- Stać! Ani kroku! - Ciotka skutecznie zapobiega rozgoszczeniu. - Najpierw pokażę ci dupę.
Normalnie, gdybym jej czterdzieści lat nie znała, to pewnie bym wyszła. A ona, nie czekając na ewentualne zbiegnięcie, zadziera kiecę, ściąga dżinsy i w całej okazałości podsuwa mi pod nos tyłek, noszący wyraźne ślady poparzenia słonecznego.
- Dupa pawiana - stwierdzam. - Pięknie. Jak to zrobiłaś w tę podłą pogodę?
- Mniejsza o to. Wyobraź sobie, jak 11 godzin siedziałam na tym w autokarze.

Uwielbiam jej teksty. Na przykład takie, całkowicie nieoceniające drugiego człowieka:
Mój syn, powszechnie znany pasożyt.
Po raz kolejny wzdycham do tej radosnej woli życia i dystansu do samej siebie. Dobre geny stwierdzono, do tego liczne przykłady w najbliższym otoczeniu. Mam nadzieję, że się uda.

9 czerwca 2013

1178

Wreszcie coś pozytywnego.
Przypominam, że z wścibstwa zaglądam teraz w te statystyki, żeby zobaczyć, jak tu ludzkość trafia.
O odchodach świni było. Teraz pojawiło się: co to jest dyplomacja oraz optymistycznie.
Wolę tak.

8 czerwca 2013

1177

- Najgorsze, co mnie w życiu spotkało - mruczy Dziecko w przedpokoju - to fakt, że mamy różny rozmiar stopy.
- Najpiękniejsze, co mnie spotkało to fakt, że moje obuwie jest bezpieczne.
- Zło - pomstuje Dziecko. - ZŁO! A te nowe buciki bardzo ładne.

7 czerwca 2013

1176

Pożyczywszy od drugiej-mamy Chustkę, czytam. W takim stężeniu (czyli wersji książkowej) - skrajne emocje. Śmieję się w głos, by w ostatnich tonach śmiechu rozryczeć się, jak bóbr. Trudno, gdy wiesz, że Chustki już nie ma.

Nos wycieram rękawem, muszę odpocząć. Wychodzę na pocztę, gdzie oczekują kupione na Allegro pantofle.

Pani sprzedająca się nie gniewa,
że wykorzystałam Jej zdjęcie.
W celach bowiem niezarobkowych.
Idę. Akurat ktoś łaskawie zaświecił słońce. W powietrzu jak szalone wirują pyłki topoli i akacji, chwilowo uwolnione od ciężkich kropel, przygniatających do asfaltu. Wyraźnie lubią się integrować. Szczególnie z moim nosem. Prycham jak źrebak i do szpiku kości czuję, że... (kurwunia) żyję. Wciągam głęboko powietrze, przy okazji kaszląc kłaczkiem, mam standardowy objaw nerwicowy (brak możliwości odetchnięcia pełną piersią) oraz sraczkę myślową. Prócz refleksji bytowych, dominuje myśl: gdzie ja - cura domestica - w tym obuwiu pobieżę. Ale oj tam. Najwyżej będę mieć. Tanio. A lubię.

Wracam do Chustki, targana sprzecznymi emocjami (zrobić przerwę - czytać). Brnę przez niektóre fragmenty po wielokroć. W końcu zasypiam, skulona na kanapie, z książką w dłoni. Śni mi się, że schodzę ze schodów, nagle ujeżdżam i spadam. Budzę się gwałtownie, z podskokiem.


Dzwonię do Protoplastów. Podwójnie, bo Mama przed zieloną nocą nad Bałtykiem. Tatę informuję, że wpadniemy z Córką jutro i posprzątamy mu chałupę przed powrotem inspektora nadzoru.
- U Zuzi w bagażniku jest moje wino - informuje Tato, który dziś wypuścił się na jazdę testową z wnuczką.
- Wiem, przywieziemy ci.
- Ale jest problem.
- Jaki mianowicie?
- Mam wino, nie mam z kim wypić.
- Ależ tato... Nadejszła oto wiekopomna chwila, którą wieszczyłam od lat nastu. Dziecko mię przywozi, dziecko mię odwozi, ty stawiasz, ja piję.
- No, popatrz. A tośmy się doczekali.
- Wódko, pozwól żyć.

A rzęski odlatują przy większych prędkościach. Pojedynczo. Przy okazji okazało się, że są rozwijane jakieś większe prędkości.

6 czerwca 2013

1175

Rzęski przybyły. Otóż nie jestem jeszcze taka stara, żebym nie uważała ich za urocze.
VOILA!


1174

Powróciwszy ani mruknęłam, a już zostałam obsiądnięta. Bardzo przepraszam, lecz zrobienie zdjęcia w takich warunkach jest niezwykle utrudnione. Państwo sobie tę, no, wyobraźnię wysilą.
Otóż.

Siedzę w fotelu. Skrzyżnie (rodzice wiele trudu włożyli w wychowanie mię na elegancką panienkę - w tym zakresie: klęska). Zimno, cholera. Bluza, sweter. Na kolanach kocyś mój ulubiony. Na kocysiu: na kolanku prawym Ędward, na kolanku lewym Zofia. Karollo na oparciu fotela - dyszy w kark.
Wszyscy mruczą. Ędward do środka, czyli bezgłośnie, ale wibruje.
Mamusi zaledwie dwa i pół dnia nie było w domu.
Zimno.
Cimno.
Z lodówki jedzie.
Głód i wszechobecna żałość.

I wypuść się tu, kobito. Wielodzietna. Wielokotna!

4 czerwca 2013

1173

- Kiedy wracasz?
- W środę wieczorem.
- A kiedy On wyjeżdża?
- W środę rano.
- Wy to tacy złośliwi jesteście.

3 czerwca 2013

1172

Dziecko się okopuje.

- Masz zbędny koszyczek do bagażnika, żeby mi się wyposażenie nie miotało?
- Potrzebny ci stary GPS? Mnie nie przeszkadza jego wiek.
- Chyba widziałam w twoim samochodzie płyn do spryskiwacza. Akurat mi wyszedł.
- Zatrzymajmy się przy sklepie, co? Odśmierdzacz do samochodu powinnaś mi kupić.
Itd. Etc.

Są też komunikaty z innej półeczki.

- Kto mi tu rysę zrobił?
- Podejrzewam, że babcia.
- A tu?
- Przypuszczalnie babcia.
- A tu na dole?! Tylko nie mów, że babcia!
- To już nic nie mówię.
- Porozmawiam z nią sobie, jak wróci.

2 czerwca 2013

1 czerwca 2013

1170

Dziś po raz pierwszy pojechała SIAMA.
Dojechała.
Przed chwilą dzwoniła, że trochę się spóźni, bo jeszcze gdzieś skoczyła. A woli nie czuć presji.

Dziecko mi dorasta...