29 października 2015

2151

Zasadziliśmy orzech.


Jeśli, oczywiście, rozumiecie, o co mi chodzi. Orzech na razie jest malutki, ale głęboko wierzę, że urośnie wielki i będzie mi szumiał, cały czas mając coś do powiedzenia. Widzę go z okna sypialni, więc rzucam okiem, gdy tylko tam jestem. Nawet wtedy, kiedy akurat ciemno. Chodzi o to, żeby wiedział, że się nim interesuję. Nawet teraz. Orzech ma bowiem wiele wspólnego z miękkim, jasnym kocykiem we wzorek z odciśniętych, brązowych, kocich łapek. W końcu nie można mieć do nikogo pretensji, że zabrał ze sobą mienie, z którym przybył.

W fabryce tyle roboty, że - jak w kawale - zaczynam biegać w kółko z pustymi taczkami, bo nie mam kiedy ładować. Rozpaczliwie potrzebuję więcej pracowników, ale nie żyję złudzeniami. Przysposobiłam sobie uśmiechniętą młodą damę z zupełnie innej części budynku, a ona ochoczo włącza się w niesienie kaganka oświaty. Gdzieś w środku głowy modlę się, żeby mi ktoś tej dziewczyny nie odebrał, bo koniec. W efekcie nie mam zbyt wiele czasu na myślenie o czymkolwiek innym niż osiemset czynności, które akurat wykonuję równocześnie.
Zaczynam płakać natychmiast po wsiąściu do samochodu po odgwizdaniu końca zmiany. Właściwie to głowa mi wybucha. Gdyby więc ktoś z Was napotkał samochód z histerycznie łkającą kupką nieszczęścia za kierownicą, może mieć pewność, że oto jedzie blogerka niszowa. Ja już tak płaczę od niedzieli. A nawet od poprzedniego czwartku, kiedy nerki okazały się piłeczkami pingpongowymi.
Kwestia opuchniętej twarzy z naciskiem na okolice oczu nie umknęła ludzkiej uwadze, ale nie dopytują nachalnie.

W domu co rusz natykam się na czesiową obecność. A to wejdzie mi w rękę kołnierz ze sztucznego futerka, który Czesio zdobył na wrogu i systematycznie mordował w kąciku, a to się odruchowo czwarta miska na podłodze postawi, czwarta saszetka z puszki wyciągnie, oko ucieknie do stojącego w sypialni koszyczka, który jeszcze wczoraj wyścielał jasny kocyk, cały w odciskach kocich łapek, a to w końcu - zamyśloną - ktoś trąci w nogę, więc jakoś samo się mówi: "No, co tam, Czesiulku?". Jeszcze trzeba smycz ściągnąć z karnisza, bo służyła za stojak do kroplówek. Schować wymyty skrzętnie transporterek, na dnie którego zaschła plamka krwi. Jeszcze do lecznicy pojechać, żeby zapłacić za leczenie i odchodzenie. Futerko usunąć, do którego nikt już nie ma nabożeństwa. Nauczyć się nie rozpadać z rozpaczy na widok Karola, wracającego ze spaceru w srebrzystej obróżce, należącej do kogoś zupełnie innego.
Siedzę przed domem i płaczę, bo dobrze się płacze w ciemnościach przed domem. Jakoś tak. Nikt o nic nie pyta i nikomu nie przeszkadza, że wycieram nos rękawem.

Czesiuniek dużo mnie nauczył i zrozumieją to pewnie wszyscy, który żyją ze zwierzętami. Zawsze się śmiałam, że trafił nam się kot dla początkujących - pogodny, energiczny, pozbawiony focha, uwielbiający kontakt w każdej postaci z ludźmi i zwierzętami. Jak się okazuje, najbardziej brak mi tego, co wcześniej wydawało się irytujące: bezustannego gadania, trącania mokrym noskiem w gołą łydkę i wpychania kilogramów włosów do nosa. Pozostałe koty nie linieją z taką intensywnością. Choć może to był objaw choroby, a my po prostu nie zrozumieliśmy. Ale nie będę nad tym rozmyślać, bo takie rzeczy prowadzą autostradą do olśnień z gatunku: "Gdybym wcześniej...". Po prostu liniał, tak miał, mój maleńki, biały kłębuszek.

Wiem, był z nami tylko rok. Ale z uwagi na cechy charakteru pokochałam go od pierwszego wejrzenia i czułam się z nim wyjątkowo mocno związana. I koszmarnie mi go brakuje.
Wiem, czas leczy rany. Niejeden plasterek czas przylepił mi na dziurkę w sercu. Krzywe te plasterki, klej mają słaby, odłażą po brzegach i z ranek zawsze troszkę się sączy, ale mniej bolą takie zalepione. Jednak czas jest nieubłagany i... ma czas.
Wiem, zwierzęta żyją krócej niż ludzie, więc wiele ich odprowadzamy, wycierając bulgoczące nosy rękawem, gdy zdaje się nam, że nikt nie widzi. I oczywiście to nie jest powód, by nie pokochać całym sercem następnego, bo serca mają nieprawdopodobną pojemność, a miłość się nie dzieli, tylko mnoży. Ale potrzebuję jakiejś przestrzeni na odwodnienie organizmu. Każdy ma prawo przeżywać śmierć kogoś bliskiego tak, jak uważa za stosowne i dla niego najlepsze. Ja akurat płaczę, milczę oraz chowam się po kątach. Okropnie to denerwujące, że ludzie mnie zmuszają do aktywności, uważając, że tak jest lepiej. Nie jest.

A na koniec powiem, że bardzo mi pomogły Wasze wpisy, takie ciepłe i życzliwe. To, że rozumiecie i współodczuwacie. Babci Ani dziękuję za próbę załatwiania sprawy po znajomości u świętego Franciszka (do łez mnie wzruszyłaś, Aniu), MM za skupienie nad kocykiem (tak, kocyk jest ważny - jestem tego samego zdania), MagdzieM - że pamiętała o czesiowej gadatliwości (jesteś tu zawsze, prawda?), Dorze za brzydkie słowo (bo Dora jest damą), Piesu w Swetrze za Alberta (fajnie jest z kimś dzielić książki), Milo - że przemówiła, choć ją samą boli serce (ściskam Cię, kochana, jak potrafi uściskać ktoś, kto naprawdę rozumie), Dzikiemu lokatorowi za kołysankę (jak Ty się czujesz?!), Mecenasa przepraszam za to, co mu zrobiłam w godzinach pracy (i spieszę donieść, że doceniam to wyznanie), Kruszyźnie jestem wdzięczna, bo się na ochotnika zgłosiła, żeby dźwigać ciężary... I Wam wszystkim - anonimowym i nieanonimowym - dziękuję. Akurat to, że Wy do mnie mówicie, w ogóle mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Wszystkie Wasze komentarze spod ostatnich notek czytałam wiele, wiele razy. Tyle fajnych ludzi we tym świecie, naprawdę. I wszyscy akuracik przechodzili właśnie tędy. To nie może być przypadek, nie, nie. Wy - których znam i których nie znam (nie sposób odnieść się osobiście do każdego) - wiedzcie, że niesiecie spokój.

Ach! I jeszcze jedno. Olgo (Olga, do której mówię, będzie wiedziała), wybacz, że jeszcze nie spełniłam swojej obietnicy. Rozumiesz, prawda? Ale myślę o Tobie i się wywiążę. Możesz być pewna.

28 października 2015

2150

- CHYBA NIE POWINIENEM TEGO ROBIĆ...

Zza pleców Śmierci dobiegł tłumiony chichocik. I stukanie kopytem. Kiedy Śmierć się obrócił, Pimpuś z uwagą patrzył w niebo. Z uwagą i napięciem. Najwyraźniej nie słyszał niczego. Śmierć wzruszył ramionami, pochylił się i przykładając kościstą dłoń do kaptura, dodał konfidencjonalnym szeptem:
- KAŻDY MA PRAWO DO MAŁEJ SŁABOŚCI.
Para lazurowych oczu przyglądała mu się z zaciekawieniem. Jedno było trochę bardziej zielone - na pamiątkę. Gdzieś tam, w zupełnie innej czasoprzestrzeni, ciepła dłoń wciąż jeszcze gładziła miękkie futerko, ale Czesiu skądś wiedział, że do następnego spotkania trzeba będzie trochę poczekać.
- Miau?
- NIE PRAKTYKUJEMY. ALE WŁAŚCIWIE... BIERZ.
Delikatny nosek wsunął się pod jasny kocyk we wzorek z odciśniętych, brązowych, kocich łapek. Miękka tkanina przesunęła się po łebku i wylądowała na plecach.
- Miau.
- TO IDZIEMY.
- Miau?
- DA SOBIE RADĘ.

I poszli.
Podobno wyglądali zabawnie: wielki koń, kostyczny Śmierć i mały, biały kotek ze srebrnym, obowiązkowo uniesionym w górę ogonem. I ten absurdalny kocyk.


26 października 2015

2149

Dobrzy, Kochani Ludzie!

Dziękuję Wam. Za czytanie, za dobre słowo, za to, że o nas myślicie, trzymacie kciuki. Bardzo nam to potrzebne.
Z Czesiem jest źle. Przestał jeść, a jest taki chudziutki i osłabiony, że kości mu sterczą na wszystkie strony. Siedzi na środku hallu, rozgorączkowany, kiwa się bezwolnie. Gdy go ujrzałam po powrocie z pracy, pękło mi serce. Przypomniałam sobie Tusieńkę, której nie chciałam wypuścić, bo nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez niej. I tak trzymałam ją z całej siły.
- Zjedz chrupeczka - mówiłam i podawałam jej do pyszczka, a ona, bezsilna już zupełnie, jadła.
I patrzyła na mnie z miłością, a ja trzymałam ją coraz mocniej. Aż do chwili, gdy zrozumiałam, jaka to podłość. I pozwoliłam jej odejść. Widok jej maleńkiego, wychudzonego, osłabionego ciałka na stole w lecznicy nie opuścił mnie do dziś.
Wierzę, że gdzieś na mnie czeka. Tam się spotkamy.

Dziś w Cześku zobaczyłam moją Tusieńkę. Kruchą, niemal przezroczystą, żyjącą siłą woli. I coś we mnie pękło. Nie mogę tego zrobić kolejnemu zwierzęciu. Skoro pora w drogę, trzeba iść.
Nikogo nie było w domu, więc jakoś łatwiej. I ciężej. Przytuliłam go, ucałowałam i pojechaliśmy. Pani doktor na nas czekała. Niestety nie zachowałam się z godnością. Wysmarkałam na stół wszystko, co myślę, by na końcu rozetrzeć sobie makijaż rękawem.
- Nie - odpowiedziała. - Jeszcze nie dzisiaj. Sytuacja co prawda jest beznadziejna, ale niech nam pani da jeszcze jeden dzień. Jeśli gorączka nie spadnie, nic się nie zmieni, dalej nie będzie jadł, pił i sikał, wrócimy do tego jutro.
Nie opierałam się. W końcu w środku mnie wszystko krzyczy, żeby żył.

Po powrocie do domu Czesiu usiadł, gdzie go posadziłam i kiwał się. A ja beczałam. Nad nim, nad sobą, nad nieuchronnością. I bylibyśmy zapewne utonęli, gdyby po około godzinie nagle nie wstał i nie poszedł do miski. Skoczyłam jak łania, w ułamku sekundy przygotowując posiłek.
Skubnął.
Ożesz, jak on mało je! Ale je. Już skubał trzy razy. Przysypia na stojąco. Kiwa się. Ale nie idzie nigdzie, żeby schować się w ciemnym kącie, tylko cały czas trzyma się w pobliżu ludzi i kotów. Mruczy pod dotykiem edkowego języka, obraca się pokazując łysy brzuszek i kładzie łapę na edkowej głowie. Serce mi pęka, ale obstawiam go domownikami, żeby nie był sam nawet przez chwilę. Jutro Zuzia, pojutrze Prezes. Więcej nie planuję, zobaczymy.

Więc, Moi Drodzy, wychodzi na to, że jesteście bardzo skuteczni...
TO DO ROBOTY, CHOLERAJASNAPSIAKREW!!!

25 października 2015

2148

Antybiotyk.
Steryd.
Witaminy.
Sodu chlorek.
Lek przeciwzapalny.
Osłona wątroby.
Preparat niwelujący szczawiany z karmy.
Glukoza.
Probiotyk.
Przy jednym się zgubiłam, nie wiem, co to jest.

Nie przepadam za robieniem kotom zastrzyków i kroplówek, ale robię, bo co? Czesiek nie jest fanem, jakoś znosi. Zaczął wczoraj wstawać. Trochę je. Siku. Kupa. Ufff... Przytulił się do Edka, Edek umył mu głowę. Wyszedł na wycieraczkę przed dom, poharatał pazurkami, przysiadł, żeby obwąchać świat. Słabiusieńki.

Nerki ma mocno powiększone. Brzuch łysy po USG. Łapa po utaczaniu krwi. Małomówny.
Zawsze wiemy, kiedy coś mu dolega, bo milknie. Normalnie pyszczek się zamyka - wymowny taki, obgadajmy to. Przytula się do nas, do kotów. Głaszczemy, miziamy, nosimy, otulamy kocykiem, pozwalamy na wszystko, cokolwiek zechce. Zanosimy do łóżka, żeby z nami spał, ale nie. Przenosi się do swojego koszyczka albo przykrywa kocykiem na kanapie.

Przed chwileczką dzwoniła pani doktor. Mamy chyba niewiarygodne szczęście, trafiliśmy w punkt zaledwie po jednej wtopie z Karolem (opiszę to później). Pyta o samopoczucie Cześka, postępy, zmiany. Zadowolona, koryguje dawkę sterydów na większą, schodzącą w czasie, mówi mi, co znalazła w literaturze, potwierdza nawrót FIPa. Po namyśle i krótkiej wymianie opinii rezygnujemy z leczenia przeciwnowotworowego z uwagi na skutki uboczne.
Jestem wzruszona, że się jej chce, że o nas myśli, poświęca dla nas wolny czas. Dziękuję ciepło, po drugiej stronie uśmiech - to słychać.

A Wy dalej ślijcie dobrą energię, ona krąży w świecie. Za każde dobre słowo jestem Wam wdzięczna, wszystkie czytam po pięć razy. Wierzę, że Was to nie śmieszy i nie oburza, że ja tak. Kocham moje zwierzęta jak dzieci. I jak żadnego dziecka bym nie skrzywdziła i robiłabym wszystko, żeby ratować jego zdrowie i życie, tak samo traktuję futra. Różnica jest tylko taka, że dla zwierząt mam nieskończoną cierpliwość :o) Ale staram się nad tym pracować, daję słowo!


23 października 2015

2147

Czesław jest bardzo chory.

Prawdopodobnie to niechlubny ciąg dalszy poprzedniej infekcji z przytupem. Tym razem wysiadły nerki i stawy. Przesyłanie dobrej energii jest nie od rzeczy. Mnie także, bo jestem całkiem przyzwoicie opuchnięta od beczenia.

22 października 2015

2146

Miałam napisać coś zupełnie innego, ale trudno było się oprzeć. Koleżanka mi podrzuciła, a prawie już zapomniałam o tym filmiku. Nie - żebym żywiła jakieś ciepłe uczucia do Giertycha, bo jest wręcz przeciwnie. Szczególnie z powodu gimnazjów i pomysłu dotyczącego Brzechwy. Oraz kilku innych. Ale trzeba przyznać, że po mistrzowsku i z humorem obnażył pisowskie kłamstwa. Które poddaję pod rozwagę wszystkim głoszącym, ile to dobrego zrobił dla kraju rząd PiS w czasie zaledwie 16. miesięcy.

Nie wierzcie.
Sprawdźcie, jak głosowali.
Te informacje są dostępne w Internecie.

Dobrej zabawy życzę.

video

21 października 2015

2145

My tu sobie pitu-pitu, a dziecko rośnie. Ja jestem matką chrzestną, to mam zobowiązania, do których należy m.in. popisywanie się. Więc proszę bardzo. Wcześniaczek. Lat cztery z hakiem.




Aniołeczek, nie?


A figę! Diabeł wcielony, dziecko szatana. Uwielbia łamigłówki intelektualne, sadzi takie teksty, że mdlejemy, czyni rozpierduchę bez litości oraz jest podejrzewany o wstępną umiejętność czytania, czym doprowadza nas do zastygania w szlachetnej pozie żony Lota. Poza tym ma się ochotę zamordować go rozgrzanym do czerwoności prętem.

- Czy ty się może będziesz kąpał, szatanie? - Zapytuję w trakcie wizyty weekendowej.
- Będę - odpowiada radośnie i dumnie, wprawiając własną matkę w osłupienie, ponieważ zwyczajowo wrzeszczy: "Nie! Chcę cuchnąć!!!".
- Znakomicie. Prysznic na dole czy wanna na pięterku?
- Wanna na pięterku!
- Jakieś kosmetyki do tego celu pan posiada?
- Nie wziąłem. Chcę żel. Tylko żeby był męski!
- W takim razie bądź uprzejmy wyłudzić od wujka, bo ja mam tylko takie dla dziewczyn.
- Fu! Jak mama - stwierdza dobitnie i zasuwa galopkiem, by wrócić po chwili z Niezwykle Męskim Żelem Do Mycia oraz wielce zadowolonym wyrazem twarzy. - Zrób mi pianę, a potem kakałko.

- Pozbieraj swoje zabawki - mówię u schyłku wizyty.
- Ty mi pozbieraj.
- Pozwól, mój drogi - zachęcam gestem, by podszedł do drzwi tarasowych. - Widzisz, co tam stoi?
- Śmietnik.
- Właśnie. Informuję cię więc, że chętnie pozbieram twoje zabawki i umieszczę je w tym oto gustownym kubełku.
- Nie zrobisz tego!
- Założysz się?

Nikt nie jest doskonały, moi drodzy. Jestem przecież najgorszą matką na świecie, to mogę też być najgorszą na świecie ciotką. Bo kto mi zabroni?!
Prywatnie sądzę, że można by go doprowadzić do porządku w trzy dni. Oczywiście pod warunkiem odseparowania od zgubnego wpływu miłości matczynej. W każdym razie po wyjeździe uroczego dzieciątka odpoczywaliśmy z Prezesem BARDZO. Oraz szybko, żeby się więcej nachapać. Koty też szybko odpoczywały, choć trzeba Dzikowi jedno przyznać - zwierząt nie krzywdzi. Niemniej wrzeszczy, a nasze koty wrzaskom niezwyczajne, więc załapały stresa high level. Karola to nawet musieliśmy powtórnie socjalizować. I to by było na tyle, jak mawiał klasyk.

20 października 2015

2144

A imię jej (21) czterdzieści i cztery!

Jest propeler w narodzie. Ja tu sobie spokojnie siedzę, aż nagle patrzę, a Wy natłukliście ponad 700 000 wejść! W dodatku przez rok i 9 miesięcy! Nie nadanżam za Wami, ludzie. Czasem to sobie myślę, że gdybym jakoś regularnie pisywała lub też i chytała się chodliwych tematów, tobyśta mi tu miliony wydeptali! Nie wiem czy jestem w stanie udźwignąć taką odpowiedzialność. Ja - blogerka niszowa*.

Z sukcesów: po trzech miesiącach od przeprowadzki udało mi się wreszcie przerejestrować samochody i dołączyliśmy niniejszym do grona najgorszych kierowców w Polsce. Dziecko powiada, że wstyd się z tymi tablicami gdzieś pokazać. Ja to się cieszę - rozumiem, że nie będzie pożyczała. Jak pożycza, to oddaje z opróżnionym bakiem, co wyrównuje górą śmieci wewnątrz. Nie wiem doprawdy, gdzie to się wychowało.

- Czy ty też miałaś w tym wieku takie śmietnisko w pokoju? - pyta Prezes, stojąc w drzwiach nory nieobecnej Zuzanny. - Bo ja nie miałem.
- Czy ty, znając swoich teściów, sądzisz, że taka rzecz by przeszła? - niegrzecznie odpowiadam pytaniem na pytanie.
Ale fakt, klęska wychowawcza.

Poza tym zimno. I mało słońca. Trzeba będzie jakoś przetrwać do kwietnia.
(Nie wiem jak).


* Czyt. przynudza.

18 października 2015

2143

Straciwszy rachubę, kto z nami jeszcze mieszka, a kto już się wyprowadził, martwię się na zapas o zdrowie, życie i samopoczucie Zofii, gdy ta tymczasem słodko śpi w moim własnym łóżku, śniąc o kotlecie wielkości boiska do piłki nożnej.
- Kici, kici, kici, Zosieńko - wołam stojąc w drzwiach wejściowych.
Ostatnio widziałam Zośkę raźno maszerującą ku latyfundiom sąsiadów. W pomarańczowej obróżce, bo różową już zdążyła zgubić. Pewnie znowu się wciskała w jakąś dziurę.
- Kici, kici, kici - powtarzam, mocniej opatulając się bluzą, bo biegun.
- Miau - mówi ktoś przy mojej nodze.
- Tak, Edusiu, jesteś bardzo grzeczny, że przychodzisz, gdy matka woła, ale szukamy Zosi - wzdycham zamykając drzwi.
- Zieeeeew - przekazuje mi czarno-biały krokodyl, siedzący w kuchni przy miskach.

I teraz, Kochani, mamy nowy problem. Zupełnie nie wiemy, ile mamy kotów. To ma się również w drugą stronę, bo kociniec sąsiadów zagląda nader chętnie.

14 października 2015

2142

Nie zagłosuję przeciwko.
Dość.
Nie chcę już wybierać pomiędzy faszyzującą prawicą a... faszyzującą prawicą w rękawiczkach.
Nie dam się straszyć, żeby zagłosować na PO, bo inaczej wygra PiS.
Dość mam wciąż tych samych gąb od lat przyspawanych do koryta.
To, jak będzie, zależy tylko od nas.

Idź na wybory.
Nie wykręcaj się wyjazdem, pogodą, opieką nad dziećmi i bolawą nóżką.
Idź i oddaj głos ZA.
Jeśli każdy z nas, którzy od lat mówimy i myślimy o zmianach, odda głos ZA, to te zmiany nastąpią.
Pamiętaj - aby uzyskać efekt, MUSISZ wyjść ze strefy komfortu.
Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.
W tym roku mamy na kogo zagłosować.
Nie dajmy sobie odebrać tej szansy.

To mówiłam ja.

8 października 2015

3 października 2015

2140

Szczęście wygląda tak:


Wcześniej odbywało dziką, opętańczą galopadę po ogrodzie. Z Karolem, który dał się wkręcić. Wygląda to przekomicznie, zwłaszcza że obaj gnają z uniesionymi kitami.
Ano... są u siebie i dobrze im z tym.

2139

Pewnie ostatni taki piękny weekend w tym roku.
Koty mało się nie rozpadną ze szczęścia - drzwi na taras otwarte, wejściowe otwarte, można łazić wte i wewte do wypęku. Korzystają więc ochoczo, wyprawiając się do sąsiadów oraz eksplorując najdalsze rejony ogrodu. Prezes też korzysta: zasadził 22 tuje, ustalił z sąsiadem, gdzie jest dostawca, który przywiezie do domu krzaki ok. 1,2 m za 9 marnych złociszów sztuka. Weźmiemy ze 30, to będą ostatnie w tym sezonie. Wygląda na to, że jednak poprzedni właściciele trochę przeholowali z ilością lub po prostu chcieli je sadzić jedna przy drugiej. U nas metrowe odstępy - niech tam mają miejsce na rozrastanie się.

Czekamy na gości.
Na górze pościelone, dom posprzątany. Piorę jak szalona, bo wciąż nie mogę się wygrzebać spod góry brudnych łachów made by Zuzanna. Leci trzecia pralka, a zawartość dwóch poprzednich wygląda, jakby miała wyschnąć w słońcu przed zakończeniem kolejnego cyklu.

Obudziłam się dziś o 5, nie wiedzieć czemu.
Zeszłam na dół (koty za mną, bo przecież puste po nocy), wyjrzałam przez okno tarasowe, a tam widok jak z XIX-wiecznego angielskiego kryminału z akcją w wątpliwych zakamarkach Londynu. Niepokojąca, mglista ciemność, słabo rozpraszana światłem latarni, które wydobywało z niej zaskakujące kształty, mroczne i rozmazane. Zapragnęłam to uwiecznić, zorientowałam się, że telefon na górze, więc machnęłam ręką i wróciłam do łóżka. Liczę na kolejną szansę.

Prezes w swoim żywiole.
Po prostu marnował się, chłopak. A to rośliny posadzi, a to trawę skosi, na targ rano pojedzie i przywiezie świeże bułeczki, to w końcu samochód mi opłucze i kosiarkę wyczyści przed martwym sezonem. Szczęśliwy jak pączek w maśle. Gdybym wiedziała, upierałabym się przy tym domu 5 lat temu. Choć może nie byłoby tak fajnie.

Wszystko ma swój czas.

1 października 2015

2138

Jadę sobie onegdaj spokojnie do fabryki, gdyż zrezygnowałam z prucia [1] autostradą, a tu...




Na szczęście na drodze ograniczenie do czterdziestu, bo mnie zatchło [2]. O mało żem jakiejś przyszłości narodu nie rozjechała, co się tamtędy przemykała z tornistrem.
- Oj - rzekłam sama do siebie ze swadą - nie spoczniemy nim dojdziemy.

Jako rzekłam, tak uczyniłam. Dochodzenie zabrało trochę czasu, gdyż uporczywie nie chciano mi udostępnić miejsca do parkowania. Ale od czegóż lisi spryt! Wszak obok Biedra, więc się człowiek upchnął na miejsce postojowe z oznaczeniem "Parking wyłącznie dla klientów Biedronki i to do 30 minut, a jak nie ogarniasz zakupów w pół godziny, to cię odholujemy. Ciulu". Upchłam się, a następnie zbiegłam w kierunku całkowicie wprost przeciwnym, choć strach odrobinę, bo a nuż ciulu [3].

Posiadłszy zdjęcia, rzuciłam się do internetów i proszę. Ogród niewiniątek! (Taaaaa, niewiniątek... no, może poza tą interakcją międzyrasową, ale i tak przypuszczalnie z uwagi na nienachalną urodę).
Poza rozważaniami - pomysł fajny. Szkoda, że to takie brzydkie. Mogli pójść w kierunku postaci z kreskówek.

***

OT.
Najlepsza recenzja tego bloga, jaką czytałam (słyszałam) kiedykolwiek, pochodzi z dziś i brzmi:
Artyści uśmiechu, laboratorium paznokcia.
Wzruszające, nie?

***

Tak, naturalnie, etykieta "perwersje".



[1] Żarcik taki. Przesz po to jest autostrada, żeby był korek, c'nie?
[2] Szczególnie na okoliczność zdjęcia nr 2. Nie wiem, co robią ten czarny z żółtym za płotem, ale sądzę, że on go zapina od tyłu. I teraz muszę wymyć oczy kwasem.
[3] No, dobra, przechytrzyłam ich i poszłam potem coś kupić. Przy kasie udawałam, że ta pani przyszła w futrze i w nim wychodzi.

2137

Taka sytuacja.


Czary mary, diabeł stary i... TADAAAAAM! Taka sytuacja.


Oj, będzie się działo!