28 lutego 2013

1119

Mam potężne zapotrzebowanie na wiosnę. Na wiosnę kwiatki rosną i kwitnie miesiąc... jakikolwiek. Ja też kwitnę. I dlatego będę Was teraz uszczęśliwiać wiosennie.

No i jeszcze dlatego, że Kaczka ciągle mnie szczuje. W dodatku podstępnie. Że niby nic. Że niby przypadkiem. Taki emocjonalny szantażyk. A jednak.
Ja się jej trochę boję, tej Kaczki. Czy to człowiek wie, na co stać KACZKĘ?

27 lutego 2013

1118


‎"Nie opłaca mi się nie chodzić do szkoły. Jeszcze parę miesięcy i będę miała średnie wykształcenie".
"Zapinkalam od rana. Najpierw szkoła, potem jazdy, wreszcie korki. Jestem taka zmęczona, że nie mam siły być zmęczona. Dzisiejszy dzień był bardzo satysfakcjonujący".
"Tak się rozkręciłam, że jadąc z jazd na korki pouczyłam się w tramwaju romantyzmu na sprawdzian".

LUDZIE! POMOCY! KTOŚ MI DZIECKO PODMIENIŁ!!!

18 lutego 2013

1117

Jeszcze o kotach, skoro jestem w transie.

Większość kotów przybywała do nas w wieku szczenięcym. Choć uważam, że powinno się wdrożyć do języka wyraz "kocięcy". Wyjątek stanowił Mruczek, przygarnięty z ulicy całkiem dorosły (ale nie umiem sobie przypomnieć, ile miał lat) oraz dwuipółletni Karol, którego historia zapoczątkowała moje blogowanie.

Pan Stefan był najmniejszy i najśmieszniejszy. Miał zaledwie z 4 tygodnie i dostarczał nam licznych uciech swoim trójkątnym naówczas ogonkiem, zasypianiem w połowie drogi z pokoju do kuchni oraz zamiłowaniem do kreskówek (szczególnie do "Epoki lodowcowej").
Na zdjęciu wyprawa z siedzenia kanapy na jej boczne oparcie. Możliwa wyłącznie dzięki podłożonej poduszce.


Tusieńka miała góra 5 tygodni. Opis tego, skąd się wzięła, już na tym blogu zaistniał. Na zdjęciu poniżej dzień drugi pobytu. Tuż po przeglądzie u naszego ulubionego weterynarza (stąd ślady podawanego specyfiku przeciw robalom). Dla porównania - obok Tusiaka podkładka po kubek w rozmiarze standardowym, czyli o średnicy ciut większej niż dno. Tusiak wchodził pod szafę bez zginania łapek.


Zosia, jak się nieco później dowiedzieliśmy (nieco później, bo z uwagi na rozmiar Zofii i brak doświadczenia dyżurującego weterynarza, została oceniona na 9 miesięcy. Oraz płeć męską. Zweryfikowane w kolejnych dniach przez Tomasza - wielkiego miłośnika kotów), miała już 5 miesięcy. Oraz całkowicie wykrystalizowany charakter. Najwyraźniej od urodzenia musiała walczyć o przeżycie. Na zdjęciu w sekundę po tym, jak nieopatrznie otwarliśmy drzwi wejściowe. Mówiłam, że cwana? Natychmiast zalogowała się na mojej spódnicy. Przecież wiadomo, że jak dotknę, to już nie oddam.


Na Śląsku krążą podobno historie o naszym (szczególnie moim) podejściu adopcyjnym. Wśród kotów krążą. Dlatego przemykam się chyłkiem i udaję, że jestem ślepsza niż w rzeczywistości. Co i tak nie zawsze mi wychodzi i od czasu do czasu kocia brać uszczęśliwia mnie kolejnym podrzutkiem. Na przykład takim, o:


Dziś jest wielkim, statecznym kocurem. I żyje sobie szczęśliwie u pewnej miłej koleżanki.

Ach! Korzystając z okazji pragnę złożyć oświadczenie.
Drogie i Szanowne Koty Śląskie!
Nie bierzemy. Nie podsyłać. Nie podrzucać. Nie mamić, nie wkręcać, nie prześladować. Nie udawać, że nie wiecie.
Tak, owszem, skończę jak Violetta Villas, ale nie w budynku wielomieszkaniowym.
Ament.

17 lutego 2013

1116

Dziś Międzynarodowy Dzień Kota. Myślę dziś o tych wszystkich przyjaciołach, którzy towarzyszyli mi od dzieciństwa. Odcisnęli niezaprzeczalne piętno na moim człowieczeństwie. Pomogli mi patrzeć na świat z pokorą, otwartością i miłością.

Najpierw o tych, które od lat lub od niedawna przebywają już w Krainie Wiecznego Mruczenia.

Te, których zdjęć nie mam, bo gdy patrzyły na mnie z miłością, technologia, jaką dziś znamy, była w powijakach.
O Mruczku, który przetarł szlaki i jednym machnięciem ogona na zawsze zniszczył marzenia Taty o wiernym psie. Sprawił, że do dziś w naszych domach i sercach rządzą ONE. Koty.
O Kizi, która mnie - najpierw małą, potem średnią, a wreszcie dużą - do końca swoich dni traktowała jak własne kociątko. I broniła z niewyobrażalną zapalczywością nawet przed Mamą, gdy ta, doprowadzona do ostateczności przez moje pomysły, usiłowała strzelić mnie w ucho.

Te, które niewiele później niańczyły moje dziecko, niczym wilczyca Remusa i Romulusa, strzegąc jej snu i ucząc od urodzenia miłości i szacunku do braci mniejszych. Z jednego miotu, przywiezione do domu rodziców przez całą Polskę. (Na dole Tycia, która miała być Petycją, na górze Pimpek - w zamierzeniu: Protest. Przeżyły 17 i 19 lat).


Te, które przygarnęłam do własnego już domu - mądrzy, czuli towarzysze.
Pan Stefan - kochały go dzieci na całym osiedlu, a on z prawdziwym zaangażowaniem towarzyszył im w zabawach na pobliskim boisku. Nigdy nie oddalał się od domu i przybiegał na każde moje zawołanie. Do dnia, kiedy... nie wrócił. Odtąd nie wypuściłam już z domu żadnego kota.


Tusieńka - miłość mojego życia, maleńką jak orzeszek wydłubana spod maski w samochodzie w pewne chłodne popołudnie. Nigdy nikt inny tak na mnie nie patrzył. Nikt tak nie lgnął do moich dłoni. Mam nadzieję, że TO wiedziała, kiedy ja patrzyłam w jej oczy, towarzysząc w ostatniej wędrówce.


I wreszcie te, co nieustannie plączą się pod nogami, skaczą po mnie, depczą po twarzy, bez przerwy domagają się zainteresowania i posiłku.

Karol - kot z bajki. Nieustraszony opiekun maluczkich. Wychowawca i najlepsza niania. Futrzany wór na wysokogatunkową karmę. Ktoś, kto każdemu wmówi" "jestem twoją największą miłością". Posiada fanklub.



Zofia - urodzony przywódca o niesłychanej sile charakteru. Twarda jak stal, granit i co tam tylko chcecie. Bez mrugnięcia okiem postawiłabym ją na czele koncernu. Napoleon w spódnicy. Jej największą tajemnicą jest słabość do "mućkania" kocyków.


I wreszcie Edward - nasze najmłodsze dziecko. Jedyny, za którego zapłaciłam. Kot, który mruczy do środka. Szczenięco zabawowy, radosny, asystujący we wszystkim. Żywa iskierka, piękno czystej postaci.

Autorką zdjęcia jest Ania Poloczek.

Są jeszcze inne. Takie, które zagościły u nas jedynie na chwilę, a potem znalazły swoich ludzi, własne domy, inne serca. Ufam, że są szczęśliwe.

Nie wiem, doprawdy, jak zamknąć ich opisy w jednym zdaniu. O każdym mogłabym napisać książkę.
Wierzę głęboko, że Bóg, gdy tworzył kota, był w wyśmienitym humorze. W małym ciałku skupił cechy istoty idealnej, doskonałej. Głęboko Mu za to jestem wdzięczna. I na pewno do końca swoich dni nie zrezygnuję z tego wyjątkowego towarzystwa. Mimo że - gdy odchodzą - odchodzi też zawsze cząstka mnie. Ale czy fakt, że miłość czasem boli, to powód, by nie kochać?

16 lutego 2013

1115

Poszłam, nalałam sobie kieliszek wina. Wypiłam.
Potem przyszedł Prezes i wyjął cydr. Przecież nie wypada odmawiać człowiekowi. W końcu jakieś relacje nas łączą. Długotrwałe dość. Wypiłam.
Dziecko wyszło rozrywać się po nocy. Ciekawe, że jak się ma 18 lat, to noc wydaje się idealnym czasem na rozrywki. A potem, jak już człowiek może, stać go i w ogóle, to słabo sobie wyobraża północ poza własnym, wyleżanym wyrem.
Zajęta rozważaniami nad tymi zależnościami, udałam się do kuchni, machinalnie nalałam sobie kieliszek wina. Wypiłam.

Dieta. Ciekawy czas. Na diecie miewam pociąg do alkoholu. Ale, było nie było, schudłam pięć kilo. Czyli, że działa.

Jak połączyć hobby z przyjemnością.

13 lutego 2013

1114

Przerwa na reklamę.

Kto widzi zmianę, ręka do góry. Palec, rozumicie, pod budkę.
Kto nie widzi, się patrzy na prawo. Teraz widzi?
Czad, co? No nie będzie onet pluł nam w twarz, świnia jedna.

Do Was mówię - Wy, którzy marzycie, żeby... na usta mi się ciśnie słowo obelżywe, ale nie... odejść z serwisu blog.pl i zabrać dorobek swego życia. Wy, których onet uciska, teraz możecie powstać, głowę, tego, wysoko i wypiąć, co tam kto ma. Do Was także kieruję te słowa - Wy, którzy, łzami skropiwszy rzewnymi, porzuciliście ojcowiznę oraz krowę i ruszyliście ku światłu. Wracać, majątek jest Wasz i nikomu nic do tego. Potrzebujecie jeno kluczyka.
Proście, a będzie Wam dane, jak mawia Pismo.
Uprasza się doceniać trud twórców.
Kto ma konto na fejsie, klika sobie TU, a kto nie ma lub korzystać z niego nie chce, ten pisze TU. Link drugi nie prowadzi bezpośrednio (wstawić małpę), żeby człowieka nie zaspamowało, tak?

Niestety komcie nie przeszły, wybaczcie więc Wy, którzy komcialiście i przepadło. Jak się kto na wordpress przenosi, to komcie też z nim pójdą.

To dobranoc. Dajcie spokój, prawie pierwsza. Czy ja jakiś nietoperz jestem, czy co?

10 lutego 2013

1113

Zaczęłam pisać odpowiedź na komentarz Paci do postu nr 1110. I jak się rozpędziłam, to uznałam, że na komentarz rzecz się nie nadaje. W związku z powyższym postanowiłam rozważaniom tym poświęcić osobną notkę. Mam nadzieję, że Pacia wybaczy mi, iż dla jakości poniższych, odsłonię nieco ciężką, nieprzejrzystą kurtynę jej prywatności, deliberując o zawodzie. Ale tylko troszkę, Paciu. Napiszę o grupie zawodów, dobrze? Szczególnie zresztą mi bliskiej, ze względu na to, że dwa z zawodów z Twojej grupy reprezentuje (czy też reprezentował, choć z tego typu myślenia chyba nie odchodzi się na emeryturę) mój Tato.
Dodatkowo chciałam prosić, abyś doceniła, że na potrzeby tej notki ruszyłam moje wielkie dupsko i wylazłam na piętro, by przynieść Kopalińskiego (słownik wyrazów obcych). Potraktuj to jako ukłon, rozumiemy się?


Pacia napisała:
"widzę że tworzy się tu liga na rzecz wtórnego analfabetyzmu. ja tam szczęśliwa jestem kiedy człowiek mnie rozumie, bo często się zdarza że tłumaczę jak najprościej się da (no może nie najprościej bo wulgaryzmy pomijam) pytam czy rozumie, ten kiwa główką, a następnie wychodzi i pyta o co chodziło. ja wiem że tam gdzie pracuję są silne zakłócenia komunikacyjne- stres itp. ale bez przesady. więc jeżeli ktoś jeszcze potrafi i chce w ogóle czytać to i tak dobrze".

Kochana Paciu oraz pozostała ludzkości, która zechcesz bronić szańców przeze mnie atakowanych ostatnimi posty. Rodzi się tu liga (dwuosobowa jedynie, nad czym boleję) nie na rzecz, lecz przeciwko wtórnemu analfabetyzmowi. Za co Marcie jestem wdzięczna. A i Paci też, gdyż nie ma konstruktywnej dyskusji bez oponenta.

W powyższym komentarzu dostrzegam zbitkę dwóch zjawisk. Pierwsze to ważki problem mówienia do ludzi w taki sposób, żeby nas rozumieli. Profesor Władysław Tatarkiewicz powiedział kiedyś:
"Największą satysfakcję intelektualną sprawia mi przedstawienie spraw trudnych w sposób możliwie jasny i przystępny. Jeśli bowiem ktoś tego nie potrafi, to znaczy, że sam danej kwestii nie rozumie". Amen (dopisek autorki).
W Twoim zawodzie jest to szczególnie istotne z uwagi na ciężar gatunkowy wygłaszanych wypowiedzi. Z bliżej nieznanych mi przyczyn większość grup zawodowych w Polsce, ze szczególnym naciskiem na reprezentantów różnych zawodów prawniczych, uznała, że należy im się niejako osobny język. Tym samym tworzy i umacnia bastion niedostępności oraz wyższości ponad tłum. To kojarzy mi się także z lekarzami, którzy miast mówić do pacjenta w sposób maksymalnie prosty i zrozumiały, niejednokrotnie szafują określeniami łacińskimi i zawodową grypserką, dzięki czemu automatycznie awansują na posiadających wiedzę tajemną, do której byle kto nie ma dostępu. A i innym zawodom zjawisko jest nieobce.
Otóż ja się na to nie zgadzam. W tym kraju mamy jeden język urzędowy - polski - i o klasie człowieka posługującego się nim nie świadczy umiejętność wynaturzania, ale raczej używanie w stopniu zrozumiałym dla innych ludzi. I (och, muszę!) poprawnie.
Mój Tato, wcale nie z racji genetycznych powiązań, lecz z uwagi na styl, klasę i poziom, który reprezentuje, a także porażającą wprost wiedzę, jest dla mnie w wielu sprawach autorytetem. I wcale nie wstydzę się do tego przyznać, mimo że czasy nie służą przyznawaniu się do posiadania autorytetów. Otóż mój Tato, spod którego ręki wyszły, nie zawaham się zaszarżować, potężne rzesze prawników, zgadza się - co ciekawe - w tej sprawie ze mną całkowicie. Nie wiedzą o tym zapewne często spotykani reprezentanci zawodu, którzy z prawdziwym szacunkiem mówią o moim Tacie "mój patron - wyjątkowy człowiek", jak wielką przyjemność mi sprawiają i jak wielką dumę pozwalają mi odczuwać. Jestem głęboko przekonana, że jednym z czynników budowania tych relacji jest także podejście Taty do języka jako tworzywa. Otóż podły ten człowiek zwykł był aplikantom oraz kandydatom na aplikantów stawiać zera. Za język. Ciekawe, ilu świetnych radców chodzi po świecie nie zdając sobie sprawy, że praktykują w dużej części dzięki mnie - naówczas licealistce i młodej studentce, podczytującej ich wypociny ocenione na zero, a następnie podstępem wpływającej na Ojca, żeby nie wykazywał się wyuzdanym okrucieństwem i jeszcze ten jeden, jedyny raz pozwolił na powtórne wypowiedzenie się. I tak zawsze. Cóż... córeczka tatusia miała szczególne przywileje.
A więc ostrożnie: każdy z nas, reprezentujący dowolny zawód, w pewnym sensie chodzi po świecie, by służyć innym. Mówmy więc do ludzi zrozumiale i poprawnie, bo to okazywanie szacunku. Zwłaszcza dotyczy to prawników, bo od tego, co dzieje się za drzwiami kancelarii czy też w sądach, niejednokrotnie zależy ludzki los. A ludzie są, jacy są. Więc chwała Ci, Paciu, że mówisz po ludzku.

I rzecz druga. Słowo "analfabeta" jest właściwym określeniem na to zjawisko, o którym pisałam, ale jedynie w warstwie przenośnej. Pisze bowiem Kopaliński:
"analfabeta człowiek dorosły, nie umiejący czytać ani pisać; przen. ignorant, nieuk, profan, partacz (...)"*.
Mnie najbliższe byłoby określenie "profan". I w to mieczem uderzam.
Ludzie dziś, dzięki powszechnemu szkolnictwu, potrafią czytać. Niestety nie rozumieją, co czytają, nie potrafią dokonywać analiz tekstu i wyciągać wniosków. A to są umiejętności konstytutywne. Dziś właściwie zadaniem szkoły nie jest uczyć czytania jako takiego - dzieci bardzo często trafiają do szkół z tą umiejętnością. Jej celem jest nauczanie czytania ze zrozumieniem. Matura, Paciu! Matura z polskiego teraz na tym polega! (O, tempora! O mores!). Choć... może to i dobrze. Napiszę to, może mi ręka nie odpadnie, choć tępię samo sformułowanie okrutnie. To ważne, by wiedzieć "co autor miał na myśli". I nie o tekście literackim tu rozprawiam, ale o - dajmy na to - prasie, wypowiedziach radiowych i telewizyjnych itp.
Dzieci nie lubią uczyć się analizy i interpretacji dzieł literackich, bo najczęściej jest to koszmarnie nudne (nie będziemy rozmawiać o poziomie szkolnictwa, dobrze?). Gdybym uczyła dzieci, tę tematykę wprowadziłabym w następujący sposób:
"Moi drodzy! Od dziś będziemy się zajmować wiedzą tajemną. Gdy ją posiądziecie, nikt was nie oszuka. Nauczę was, jak rozumieć, co inni do mówią, piszą. I już nigdy, przenigdy, żaden palant nie zrobi was w ciula. Dam wam MOC". Myślę, że to mogłoby przekonać parę osób do nauki.
Więc, Paciu, nie jest żadną wartością, że ktoś potrafi i chce czytać. Znajome bibliotekarki potwierdzają, że duża część czytelników bez przerwy sięga po te same pozycje. Czyta bezmyślnie, bezrefleksyjnie, nie korzysta z tekstu za grosz. I nawet nie pamięta, że już coś czytało. No i do tego, gdy trafi na pozycje o fatalnym poziomie językowym, utrwala sobie i powiela w nieskończoność paskudne błędy. Bo skoro tak mówią w radiu, telewizji, taki piszą w gazetach i książkach, to znaczy, że tak właśnie jest dobrze. Czyżby o to nam chodziło?

Z tym pytaniem Cię, Paciu, zostawiam. Nie tylko Ciebie zresztą, bo może jest więcej osób, podzielających Twoja opinię, ale niekomentujących. Więc, Kochana, czapki z głów, że się zdobyłaś.

Zaplanowałam tę notkę na jutro. Lecz mając na uwadze, że Pacia:
a. wyraźnie się domagała intensyfikacji, a kobiecie w ciąży odmawiać się nie powinno,
b. może "rozlecieć się" w każdej chwili,
ku pokrzepieniu jej serca zamieszczam ją już dziś.




* Pisownia oryginalna - słownik pochodzi z 1994, a więc w opisie nie ma błędu (martuuha - znalazłaś?).

1112

Jak zdezorientować kota i doprowadzić go do rozstroju nerwowego w 10. krokach - poradnik.

1. Cicho, żeby kot nie słyszał, osoba nr 1 i osoba nr 2 w kącie omawiają taktykę.
2. Następnie udają się do kuchni, ale nie równocześnie. Powinno być między tymi udawaniami jakieś 30 sek. do 2 minut różnicy.
3. Kot oczywiście jest w kuchni jeszcze przed osobą nr 1. Należy go zlekceważyć i udawać, że się go nie widzi.
4. Osoba nr 1 sięga do lodówki, wyjmuje produkty spożywcze na blat kuchenny i rozpoczyna przygotowanie posiłku.
5. Kotu zwężają się oczy i planuje atak rodem z kravmagi: doskok, uderzenie, porwanie zdobyczy, ucieczka.
6. W tym momencie do kuchni wkracza osoba nr 2.
7. Kot ma podzielną uwagę, więc nadal planuje, ale uszy czuwają, kręcą się jak wrzeciona, śledząc ruchy osoby nr 2. W całkowitej rozdzielności od oczu, które czujnie wypatrują zdobyczy, zintegrowanej z osobą numer 1.
8. Osoba numer 2 zbliża się do lodówki, wyjmuje odrębne produkty i przygotowuje posiłek w innej części blatu kuchennego.
9. Osoba numer 1 opuszcza kuchnię z własnym posiłkiem. Osoba nr 2 wciąż przygotowuje.
10. Kot nie wie, co robić. Pół kota chce biec i kraść z talerza nr 1, drugie pół uważa, że należy zostać i kraść w kuchni z talerza nr 2. I tu mamy gada. HA!

PS Ponieważ osoba nr 1 i osoba nr 2 jedzą posiłek, a kot został wystrychnięty na dudka, w czasie od 30 sek. do 2 minut nastąpi zemsta. Otóż kot przyjdzie do kuwety, która stoi najbliżej osób nr 1 i 2, i tak się zesra, że popamiętacie. A potem z obojętną miną zajmie się zabawką. A wy nie będziecie jedli, bo się nie da. Żeby nie było, że nie ostrzegałam. Aha! I zwróćcie uwagę, że ani słowem się nie zająknęłam, jakoby postępowanie wg przytoczonych powyżej zasad miało komukolwiek ujść bezkarnie. No chyba nie przy kocie!

9 lutego 2013

1111

Jeszcze o języku, tym razem w filmach.

Oglądam sobie rekreacyjnie na VOD serial "Chichot losu". I teraz pozwolą Państwo, że wyjmę jedną scenę. Konkretnie dialog pomiędzy prokuratorem (studia humanistyczne) i komisarzem policji (młody, więc przypuszczalnie bez wykształcenia wyższego nie zajął tego stanowiska).
- To jest tak, jak z korupcją w prokuraturze.
- Zaciekawiasz mnie.
- Albo w policji. Bierzemy margines, ułamek, w każdym bądź razie mniejszość. A opinia, Dorota, ciągnie się za wszystkimi.
- Więc ty jesteś za uczciwością, Wilku?
- Ja osobiście? Tak. A co? Myślałaś inaczej?
- Pójdę po tą kawę.
Wszystko trwa nie dłużej niż 30 sekund.

I teraz weźmy pod uwagę, że telewizja kształtuje nawyki językowe ludzkości. W tak krótkiej wypowiedzi mamy następujące błędy:
- kontaminacja frazeologiczna,
- niewłaściwe użycie wołacza (mianownik),
- pleonazm (a przynajmniej na szybko nie przychodzi mi do głowy, pod jaki inny błąd to podciągnąć),
- niewłaściwe użycie zaimka (narzędnik zamiast biernika).
Plus naturalnie kolokwializmy, ale powiedzmy, że to ma być zwykła rozmowa pomiędzy dwojgiem osób. Choć uważam, że na potrzeby filmu można by napisać lepsze dialogi. Bo czemu niby nie?

I jak - pytam się - jak tu edukować niedouczoną ludzkość, która spała w szkole podstawowej? (Umyślnie pomijam poziom kształcenia językowego, bo to wielopoziomowy problem).
Ludzie... Ja to wszystko słyszę. I uszy mi więdną. Naprawdę.
Żądam szacunku dla języka!!!

8 lutego 2013

1110

Chuda przypadkowo (i niezamierzenie, jak przypuszczam) poszperała mi w mózgu, wydobywając na światło dzienne pewną anegdotkę o moim Tacie. A pragnę zapowiedzieć, że w najbliższym czasie pojawi się kilka historyjek rodzinnych, pochodzących z jego ust, lub takich, w których występuje w roli "starring". Jedna z nich kołacze do moich palców od jakiegoś czasu, lecz by ją Wam sprzedać, z uwagi na pisarską rzetelność, chcę jeszcze odświeżyć sobie dwa filmy.

Dygresja (stare nawyki).
Otóż na swej drodze edukacyjnej napotkałam dwie nieortograficzne nauczycielki. W szkole podstawowej panią Pruszyńską, a w ogólniaku panią Świerzy. Nie do wiary, ale do dziś zdarza mi się napisać "prószyć" przez "u" i "świeży" przez "rz". Oto moc szkolnictwa w Polsce!
Koniec dygresji.

Powróćmy zatem, jak to się mawia u mnie w domu, do adremów. Chodzi mianowicie o poziom językowy współczesnej literatury. No, pewnie że nie mam na myśli całej. Niemniej trzeba uczciwie przyznać, że część książek, obecnych w księgarniach, przeraża poziomem polszczyzny. I to nie jest słowo użyte na wyrost.
W zeszłą niedzielę udałam się na kawkę do Protoplastów i jakoś tak rzeczony temat nam wypłynął. Przedyskutowaliśmy go barwnie, co tym razem było czystą przyjemnością, gdyż w tej akurat sprawie w pełni się zgadzamy. Ergo nikt nikogo po głowie nie tłukł. Niemniej furorę zrobił nie czyjś argument, lecz Tato, opowiadając, że w czasie nieodległym nabył pewną pozycję, którą - uwaga! - przeczytawszy w 1/4, ujął z obrzydzeniem w paluszki i wyniósł na śmietnik koło domu (cóż za skuteczność - mógł wywalić do kosza osobistego, ale nie!). Następnie wyjął chusteczkę, a należy do rocznika, który nosi przy sobie również chusteczkę z tkaniny, i dokładnie wytarł w nią palce.
Wyobraziwszy sobie scenę, zachlipałam ze szczęścia.

Nie pytajcie o pozycję, bo nie pamiętam. gdzieś mi się jeno kołacze, że polska.

7 lutego 2013

1109

Notkę sponsorują dziś głoski: Ka, cz i ka.

Donoszę uprzejmie, że mieszkanie zostało przywrócone do stanu wyjściowego, pomijając brud, który sobie poszedł. Meble na swoich miejscach, graty w meblach na swoich miejscach.
Zdycham.

Prezes wraca jutro. Wyjechał - wszystko było na miejscu. Wraca - wszystko jest na miejscu.
Chcę być mężczyzną i szybko się ożenić.

6 lutego 2013

1108

A w domu tornado, czyli malowanie. Przy okazji moich olśnień (zdejmijmy wyciąg kuchenny!) odkrywamy, że komin po przebudowie zatkany na amen gruzem. Wielce ciekawy widok.

Inna rzecz, że kominy ci u nas potrzebne jak rybie rower. Pieców nie posiadamy, gazu nie posiadamy. Wentylować trzeba jedynie, gdy ktoś się nie myje. Więc nieczęsto. Niemniej przepis nakazuje nam wykonywanie corocznych przeglądów kominiarskich. Kolejny przepis chadzający kompletnie innymi drogami niż życie.

Kotki dwa, z początku zainteresowane, obecnie szukają miejsca, by złożyć w nim wygodnie kocie zwłoki i odpłynąć w niebyt. Ędward wykazuje zainteresowanie swoim transporterkiem, Zofija wciąż nie ma pewności.
Karol z kolei zajął z góry upatrzone pozycje przed przyjściem panów. W szafie. Zaryty w kocysia i ciuchy Prezesa sugeruje, że możemy mu nagwizdać. Ciekawe kiedy sobie przypomną o wchłanianiu. Bo warunki polowe i wszystko całkowicie nie na swoim miejscu.

Maturzystka wysoce uszczęśliwiona (ironia i sarkazm), gdyż - jako jedynej osobie na dolnym poziomie zamieszkałej - trafiło się jej szczęście przechowywania większej rzeszy gratów. Bardzo malowniczo wygląda jej przedzieranie się przez przedmiotów chaszcze.
Na szczęście to tylko dwa dni.

2 lutego 2013

1107

- Załóż buty! Będę robić zdjęcie!
- Nie! Mam już spakowane!
- Chcesz mieć zdjęcie wyjściowe na studniówkę bez butów?
- Wszystko jedno.


- A gdzie kwiatki?
- Mamoooo...
- S. przyniósł kwiatki. Proszę natychmiast okazać! Ten na rękę też.


- Mamo?
- Tak?
- Jak mi teraz zrobisz zdjęcie, to cię ugryzę.


I poszli.