29 marca 2012

1002

Końcowe odliczanie, odsłona druga.
Jutro jadę zrealizować obiegówkę.
Poczta wyłączyła mi komórkę. Przed czasem.
Dostałam dwie oferty pracy i dwie prowadzenia działalności (współpraca). Bez szukania. Ciekawe.

W moim życiu właśnie następuje duży przełom.

27 marca 2012

1001

Librus dziś donosi:
2 kwietnia 2012 r. to Światowy Dzień Wiedzy o Autyzmie.
W związku ze Światowym Dniem Wiedzy o Autyzmie oraz konferencji lekarzy,
nauczycieli i terapeutów zaburzeń autystycznych narodził się pomysł
akcji towarzyszącej pt. „Zapal się na niebiesko dla autyzmu”.
Hasłem wywoławczym tej inicjatywy jest oświetlenie na niebiesko
najważniejszych, najwyższych oraz wyróżniających się budynków na terenie
całej Polski.
Pomysłodawcą ogólnoświatowej inicjatywy jest amerykańska organizacja
„Autism Speaks”, której celem było poszerzenie wiedzy społeczeństwa na
temat autyzmu i problemów osób, które dotknęło to schorzenie.
W ubiegłym roku w geście solidarności z osobami z autyzmem ponad 2
tysiące budynków zapaliło się na niebiesko w 48 krajach na całym
świecie.
W tym roku w Katowicach w tym dniu na niebiesko zapalony będzie Spodek
oraz Żyrafa przed ZOO, w naszym mieście podświetlony zostanie Dom
Kultury Huty Batory, w którym 2 IV odbędzie się również z tej okazji
niecodzienne przedstawienie ukazujące nam jak widzą i odbierają świat
ludzie z autyzmem .

24 marca 2012

1000

Konieczność dodawania tytułów bywa męcząca. Wobec powyższego postanowiłam przejść na, wypróbowany już przez niektórych, system numeryczny. Jako że jest we mnie potrzeba, może prymitywna, symetryczności i zaokrągleń, pobieżałam do statystyk blogowych i uznałam, że tysiąc jest idealnym momentem.
Oprócz tego, zupełnie nie na temat, marzę, aby wreszcie trafić na jakieś miejce gastronomiczne, które mnie zachwyci. Dodam, że chodzi mi o miejsce w pobliżu, bo nie będę jeździła na obiad 50 albo 100 km. Chętnie przyjmę wszelkie sugestie, dotyczące Śląska. I wcale mi nie zależy na restauracji. Może być coś drobnego, ale uczciwie.
Dziś odwiedziliśmy Krystynkę, która wróciła z Wiednia i, co stwierdzam z dużą przykrością, jestem tym miejscem mocno rozczarowana. Recenzje, zamieszczone w serwisie gastronautów, były niezwykle zachęcające. Na miejscu okazało się, że ani klimat, ani obsługa, ani jakość potraw, ani tym bardziej ceny, nie są takie, jak w recenzjach widnieje. Ze niejakim smuteczkiem doszłam do wniosku, że są (recenzje) wyłącznie lansem, skonstruowanym przez znajomych właścicieli (-la, – lki). Obiad zjadliwy, ale bez rewelacji. Czas oczekiwania, jak w wysokiej klasy restauracji, a wynik, jak w średniej klasy bistro (odgrzewane) – choć można się było spodziewać czegoś zupełnie innego, bo w menu dań obiadowych zaledwie 5, więc mogłyby być przygotowywane na bieżąco. No i rzecz dla mnie nie do przyjęcia, czyli hasło „wyszły”. W dodatku babeczki, które Prezes chciał zjeść do kawy po obiedzie.
Znam w Katowicach dwa fajne gastronomiczne miejsca. Jedno, w którym można się posilić naprawdę smacznie i niedrogo (kuchnia lokalna). Kiedyś często tam chadzałam (choćby na kawę czy herbatę), ale sprawa się skisiła interpersonalnie. Drugie, to nieśmiertelny bar wegetariański „Złoty Osioł”, który uwielbiam niezmiennie i gdzie radośnie żywimy się od poczatku istnienia, czyli już dobrych parę lat.
Reszta znanych mi miejsc jest najwyżej średnia. Czyli BU. Ale może coś się jeszcze w tej sprawie zmieni. Oby.

23 marca 2012

„Macierzyństwo to największa przygoda mojego życia”

Tak rozpoczyna Dorota Smoleń  podróż, do której zaprasza i rodziców, i dziadków, i singli też. Bo książka „Mamo, dasz radę! Macierzyństwo od A do Z” nie jest zwykłym poradnikiem. Nie lubię poradników. Nudzi mnie i męczy ich wszystkowiedzący ton. Z drugiej strony lubię, jak ktoś, kto zabrał się do pisania, pisze o tym, co zna, czego dotknął i co stało się jego pasją. A bez wątpienia macierzyństwo jest pasją Doroty i potrafi o nim pisać mądrze, lekko i dowcipnie. Nie kreuje się na osobę, która znalazła sposób na każdy kłopot i zna rozwiązanie wszystkich problemów. Wyraźnie widać, że opanowała teorię i natychmiast wypróbowała ją w praktyce, weryfikując rady specjalistów w normalnym, codziennym życiu.
Wydawać by się mogło, że Dorota pisze o sprawach absolutnie oczywistych. Wiele razy w trakcie czytania uśmiechałam się, wracając myślą do czasów, kiedy moja własna córka była w opisywanym wieku (od 0 do 6), zachowywała się podobnie do Piotrusia i Michasia, sprawiała podobne problemy, dawała mi podobne radości. Oznacza to, że w wychowaniu istnieją pewne wartości uniwersalne, które nie są lekarstwem na wszystko, ale mogą być punktem wyjścia do życia z dziećmi w spokojnym, dobrym i ciepłym układzie.
„Mamo, dasz radę!” ma tę dodatkową zaletę, że autorka bez fałszywego wstydu pisze o własnych drobnych porażkach, uświadamiając czytelnikom, że nikt nie jest od nich wolny i nie powinny się one stawać źródłem nieustającego poczucia winy. Macierzyństwo nie jest bowiem wyścigiem do mety, gdzie oczekuje puchar z napisem „Matka roku”. Jest wielkim szczęściem, niepowtarzalną przygodą i… ciężką, ale niezwykle satysfakcjonującą pracą. I, jak każda praca, wymaga stosownego przygotowania.
Podoba mi się układ książki. Podzielona na rozdziały, których tytuły zaczynają się od kolejnych liter alfabetu, pozwala na wygodne powracanie do kwestii, które w danej chwili „wychowawcę” interesują. Bez wątpienia może do tego służyć – dać uspokojenie w zdenerwowaniu czy szybką poradę w stresującym momencie. Bo czasami zwyczajnie potrzebujemy przypomnieć sobie, że najprostsze rozwiązania bywają najskuteczniejsze. Bo czasami zwyczajnie potrzebujemy potwierdzenia, że „inni też tak mają”. W grupie jest łatwiej i raźniej, a uśmiech pozwala na znacznie łatwiejsze przebrnięcie przez meandry wychowania.
A na koniec to, co chyba najważniejsze: „czas biegnie, dzieci rosną szybko” – podsumowuje swoją książkę autorka – „Nie chcę sobie później wyrzucać, że zmarnowałam okazję, która się nie powtórzy”. Ponież w pełni podzielam ten pogląd, z prawdziwą przyjemnością zachęcam do czytania wszystkich, dla których takie postawienie sprawy jest równie, co dla Doroty i dla mnie, istotne.

22 marca 2012

Coś mi się porobiło

z głową od tego bezrobocia. Bo najpierw nastawiałam budzik na na 7.00, żeby się nie rozmemłać. Teraz przestałam, bo z samości wstaję o 6.40… Aaaaaaaaaaaaaaa!!! Nadmieniam, że pora położenia się spać pozostaje jakby bez związku. Co robić? (Redakcjo – pomóżcie).

20 marca 2012

Wstać o 6.00


żeby zrobić śniadanie mężowi, wyjeżdżającemu w delegację, a o 20.00 odkryć, że nadal spoczywa w mikrofalówce*… bezcenne.

* Śniadanie spoczywa. Ale… rozmarzyłam się.

19 marca 2012

Jak to z książkami bywa

Chuda czyta dzieciom i sobie też, a ja już dziecku nie czytam, za to sobie chętnie. Czytam też, kolokwialnie rzecz ujmując, Chudą. Bo lubię (taka szeroko pojęta wspólnota doświadczeń – nie tylko macierzyńskich). Czytam Chudą zrywami, więc dziś dopiero natrafiłam na miłą notkę o czytaniu. Notka ta, co zauważyłam z rozbawieniem, a większość osób zapewne przeoczyła, zawiera zdanie, które zdaje się być charakterystyczne dla przedstawicieli naszego gatunku:
„Zaraz po studiach przestałam bywać w bibliotekach i czytelniach, bo miałam przesyt (…)”.
Sięgnęłam pamięcią do lat minionych… Taaaa, ja z tego samego powodu. Nie wiem, jak to jest dzisiaj (choć ze zgrozą przypuszczam), ale w moich czasach siedziało się godzinami w czytelniach. Ba! Mało tego! Jeździło sie np. na Jagiellonkę, bo UŚ w swoich czytelniach niektórych pozycji nie posiadał. W czytelniach, podkreślam – Drodzy (Ewentualni) Młodzi Czytelnicy (jeśli tu w ogóle jesteście), bo książek, potrzebnych mi do zgłębiania wiedzy, nikt nie wypożyczał. Więcej powiem! Osoby, obsługujące czytelnie takich dzieł, z lekkim obrzydzeniem spoglądały na studentów, żądających niektórych pozycji, bo to szkoda przecież takiemu w ogóle coś do ręki dawać. Wtedy mnie to irytowało (miałam zadane, musiałam przeczytać), teraz rzecz nieco rozumiem. Sama z lekkim obrzydzeniem patrzę na każdego, kto dotyka MOICH książek. Kim by nie był – szkoda takiemu coś do ręki dawać, jeszcze będzie chciał pożyczyć, a potem  nie odda, nigdy nie oddają, nie pożyczę, mowy nie ma, lepiej stąd chodźmy.

Bo dla mnie na świecie mało jest świętości. A książki są święte. Nie ma bez nich życia. I co by kto nie mówił na temat czytników elektronicznych, których oczywiście wygodę doceniam, nie masz na zapach papieru. Nie masz, jak miły ciężar nieprzeczytanej jeszcze pozycji w torebce. Nie ma większego poczucia bezpieczeństwa nad pokój, pełen książek, z których część znana prawie na pamięć, a część gotowa do eksploracji.
Apetyt, to jest dobre słowo. Apetyt mam na książki od trzeciego roku życia, kiedy samowolnie i wbrew woli rodziców* nabyłam umiejętność czytania. Tę umiejętność do dziś uważam na najlepszą w swoim życiu.
Czy to nie jest czasem ironia losu, żeby ktoś taki, jak ja, chorował na AMD?

* Dziecięciem będąc, często upierdliwie dopytywałam się, kiedy będzie wieczorynka. Rodzice czasem usiłowali mnie wykiwać. No i sami się przechytrzyli. Mama do dziś opowiada (w ramach anegdotki rodzinnej), jak – zasiadłszy przed ekranem telewizora – z wielce zadowoloną miną odczytałam: „Telewizja Polska Program Pierwszy”. Potem mogli już tylko chować przede mną gazetę z programem.

11 marca 2012

Dialogi na 4 nogi

Występują:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
przestrzeń komunikacyjna
Czas akcji:
niedzielny wieczór
prezesowa (do dziury w suficie): Jedliście coś?
Prezes: Tak.
prezesowa: Obiad?
Prezes: Tak.
prezesowa: Z sałatką?
Prezes: Tak.
prezesowa: Smakował Ci?
Prezes: Tak.
prezesowa (natarczywie): A coś od siebie?
Prezes: Bardzo dobry.

10 marca 2012

Polecam Wam lekturę

Dawno się tak nie ubawiłam. Ma dziewczyna wyobraźnię i, przyznać trzeba, lekkie pióro.
Zajrzyjcie w wolnej chwili na Latte24.
Dobrej zabawy!

9 marca 2012

- Zgubiłam myszkę!

- jęczę. Używam bowiem myszki bezprzewodowej o niewielkich gabarytach, którą uwielbiam. Ponieważ mój komputer nie pozostaje nigdzie w stanie rozłożonym, zawsze, po prostu ZAWSZE, chowam myszkę do etui i do torby. A więc nie zawsze?
- Szukałam już w lodówce, w piekarniku, w szafie na buty w przedpokoju i w szafce łazienkowej – relacjonuję Prezesowi – Przepadła.
Z pokoju Złośliwej Małpy (dawniej Potomstwo) dobiega wiedźmi chichot.
Jestem przekonana, że ona opowiada to w szkole.

6 marca 2012

Kiedy Tomasz Knapik

mówi, żebym skręciła w prawo, mam ochotę to zrobić, nawet jeśli jestem pewna, że w lewo będzie szybciej, prościej, bliżej.
Mimo, że wiem, jak wygląda!

Gdyby mężczyźni odkryli tę kobiecą tajemnicę, byłoby bardzo źle…

4 marca 2012

Dialogi na 4 nogi

Występują:
Złośliwa @ (dawniej Potomstwo)
prezesowa

Czas akcji:
godziny przedpołudniowe
Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna
Złośliwa @: Bonjour! Pamiętasz, jak wysłałaś wczoraj do mnie sms-a o myciu? No to pomyślałam dziś: stoję sobie pod wieżą Eiffla – zadzwonię do mamy! A ty gdzie jesteś?
prezesowa (zaśmiewając się do łez): Oszszsz ty, złośliwa małpo! Moja krew!

3 marca 2012

Popołakałam się ze śmiechu

Jeden z najlepszych, jak do tej pory, odsyłaczy na mój blog to wpisane do google hasło:
KUPA W MIEJSCU PUBLICZNYM U MOJEGO DZIECKA.
Czas zmienić nazwę. Np. na silva fecalierum.

2 marca 2012

Dyskusje śródobiednie

Potomstwo (grzebiąc pod sosem pomidorowym): Co to jest to czarne?
prezesowa: To zielone?
Potomstwo: To czarne jest zielone?
prezesowa: To jest szpinak.
Potomstwo: Szpinak w bakłażanie??? Co jeszcze jest w nadzieniu, czego nie było, a czego nie ma, co było?
prezesowa: Chyba muszę urozmaicić dietę. Obecnie mamy, jak widać, zaklęte rewiry.

Dialogi na 4 nogi

Za udział wzięli:
prezesowa
Prezes

Miejsce akcji:
kuchnia
Czas akcji:
popołudnie
Wprowadzenie: przed domem przy obecnej aurze tworzy się błotne bajoro. Niestety nic na to nie można poradzić, bo właściciel gruntu nie poniesie kosztów asfaltowania.
Prezes wybywa do zajęć popołudniowych. W butach i kurtce wkracza do kuchni, aby pocieszyć się na odchodnym czekoladowym trufelkiem.
prezesowa: Błoto!
Prezes: Nic z tych rzeczy! Wycieram błoto w trupy swoich wrogów.

Potomstwa przypadki

Ja:
Super niania powiedziała, że trzeba się zaprzyjaźniać ze swoim dzieckiem – nastolatkiem. Będziemy się zaprzyjaźniać! Spędzać ze sobą mnóstwo czasu! Właściwie cały czas, kiedy nie jesteś w szkole albo na zajęciach! Wracaj prędko.

Potomstwo:
Masz zakaz oglądania telewizji.

1 marca 2012

Byłam u fryzjera

W związku z powyższym kot marki Karol zaczaja się na mnie w różnych miejscach i obwąchuje mnie z lubością. Przyłapałam go również na nieśmiałym dotykaniu mnie łapą w kark.
Jeśli weźmie się pod uwagę, że ma niebywałe zamiłowanie do Prezesa oraz pasjami uwielbia grzebać w mojej biżuterii – wniosek nasuwa się jednoznaczny.
I chyba nikt mi teraz nie zarzuci, że ja kogoś oczerniam.