26 stycznia 2013

1106

Dzwoni do mnie córka z drogi do domu.
- Idę z S.
- Bardzo się cieszę - odpowiadam.
- Uprzedzam tylko. Żebyś nie biegała nago.

No cudowna rekomendacja. Teraz on myśli, że kiedy tylko go tu nie ma, starzy ludzie jak opętani latają goli po domu.

21 stycznia 2013

1105

O kobiecym poczuciu winy.

Prezes zwykł był mawiać, że mężczyźni najbardziej lubią w kobietach niską samoocenę i poczucie winy. Niniejszym potwierdziłam tę wredną teorię osobiście.

Stanąwszy przy garach odczułam w pewnej chwili potrzebę użycia nożyczek. Ręka automatycznie poleciała w stałe miejsce i machnęła w próżni. Wzrok natychmiast podążył za ręką, by potwierdzić teorię. Potwierdzona.
Miast wygodnego rozdarcia twarzy na domowników, natychmiast zaczęłam analizować sytuację pod kątem własnej, nazwijmy to, artystycznej oryginalności (no cóż... robię różne dziwne rzeczy z przedmiotami). Przypomniałam sobie, że używałam już dziś nożyczek, bo przesypywałam przyprawy z torebek do podręcznych pojemniczków. No to pewnie:
a. włożyłam je do szafki z resztą przypraw,
b. włożyłam je do lodówki z innymi produktami spożywczymi, które chowałam w tym czasie,
c. wyrzuciłam do śmietnika z pustymi opakowaniami.
Przeszukałam szafkę. Brak. Przejrzałam lodówkę. Brak.
Nalałam wina do kieliszka i zapaliłam papierosa. Łyknęłam, pociągnęłam (spokojnie, tym razem właściwie), westchnęłam i otwarłszy kosz, zaczęłam penetrację. Ręczną.
Pękająca ze śmiechu maturzystka bez litości obiecywała opisanie zjawiska na fejsie.
Brak.
Maturzystka ocierała łzy.
- Muszę koniecznie naświetlić światu, czym zajmuje się moja rodzina w niedzielne wieczory. Pali, pije i grzebie w śmietniku. Inteligencja!

Jak by nie komentować, nożyczek nie uświadczono. Postanowiłam więc wysypać śmietnik na podłogę, bo nożyczki w czasie przeglądu mogły umknąć oku. Już miałam dokonać dzieła, gdy pewna myśl zatrzymała mnie wpół gestu.
- Zapytaj Prezesa, czy nie wie, gdzie są nożyczki - podsunęłam maturzystce.
Po chwili powróciła do kuchni zataczając się ze szczęścia.
- Mówi, że leżą na schodach w klatce schodowej.
@#$*(@#%^&*%^&*()@#$%^

W KLATCE SCHODOWEJ.

Wyprowadzam się do kawalerki. Solo. Albo nie - samotrzeć. Kot nie wynoszą nożyczek na schody.

20 stycznia 2013

1104

Siedzę w domu samotrzeć. Znaczy ja siedzę, a samotrzeć wepchnęło w żołądki mnóstwo dizajnerskiej karmy dla darmozjadów i zniknęło podgrzać posiłek w piernatach. Nagle...

- Brrrrrr...
Rozglądam się uważnie, bo pierwsze podejrzenie zawsze pada na samotrzecia. Nikogo.
- Brrrrrr...
- Co, u diaska? - myślę sobie, nadstawiając ucha.
W domu poza brybraniem idealna cisza.
Nie wyłączyłam pralki, której stan upadku pogłębia się w tempie jednostajnie przyspieszonym! Lecę do kuchni, rzut oka na zdezelowany (acz wciąż czynny, tylko leje nieco) sprzęt. Wyłączyłam. Dziwne.

Cisza. Siadam przed komputerem.
- Brrrrrr...
Nosz, cholera jasna! A więc zmywarka się popsuła. Wszystko nam się ostatnio psuje. Grupami. Zrywam się z fotela, może widelec wypadł z koszyczka i haczy?
Nie haczy.

Cisza. Siadam przed komputerem.
- Brrrrrr...
W zasadzie mogłabym to olać. Jeśli pralka w porządku i zmywarka też, to reszta mi dynda. Ale może domofon źle odłożony?
Podnoszę z fotela ciężki nad program tyłek. Dobrze odłożony. Hmmm...


Cisza. Siadam przed komputerem.
- Brrrrrr...
Szlag mnie zaraz trafi, to już kwestia honoru! Coś mi brybra w chałupie, już nie potrafię się do tego zdystansować. Przyczajam się. Mięśnie napięte. Wszystkie. Nawet w małym palcu od nogi.

- Brrrrrr...
Jakby z pokoju maturzystki! Ona ma stary telefon, którego używa jako budzika! Czasem zostawia włączony i on żyje sobie własnym życiem, gdy ta torba (dajmy na to) gdzieś wyjedzie. Brybraj, cholero! Znajdę cię! Nie będziesz zakłócać mi spokoju bezkarnie!
- Brrrrrr...
Niczym wytrawny agent specjalny bezszelestnie skradam się do pokoju młodej. Mięśnie napięte, słuch wyostrzony.
- Brrrrrr...
Jakby z łóżka. No, tak! Gdzie ma budzi leżeć? Jasne, że w łóżku go trzyma, zwłaszcza że łóżko na antresoli, to się jej nie chce znosić. Ha! Znajdę cię, dziadu! Brybraj!
- Brrrrrr...
Wspinam się po drabinie. Ja - człowiek-pająk. Ja - pogromca elektroniki. Ja - matka do zadań specjalnych. Wspinam się i obmyślam kary cielesne. Takie brybranie w systematycznych odstępach to jakaś wymyślna tortura. Ktoś za to beknie.
- Brrrrrr...

Jestem na szczycie! (Oczywiście, że nie pościeliła. Kto by ścielił łóżko na antresoli. Kto - oprócz mnie oczywiście?).

- Brrrrrr...
Spośród piernatów bezradnie spogląda na mnie para zaspanych ocząt. A więc to ona: zepsuta pralka, wypadnięta sztućca, źle odłożona domofona, upierdliwa budzika!
Cholerny, czarno - biały wór na kocią karmę!
Kto ją nauczył wydawać takie dziwne dźwięki?

Uśmiecha się pod obfitym, kocim wąsem, wstaje, podchodzi do mnie leniwym krokiem.
- Miziaki?
Niechże cię!
No dobra... Skoro już tu wlazłam...



19 stycznia 2013

1103

Może się człowiek zirytować odrobinę, gdy się zorientuje, że w piątkowy wieczór siedział jak kalafior w domu, a w nieodległym teatrze dawali "Moskwę-Pietuszki". Oczywiście to nie to samo, jak wtedy, gdy audiobook czyta Roman Wilhelmi, jakby stworzony do tej roli. Ale zawsze.

Cierpię.

18 stycznia 2013

1102

Już miałam napisać zabawną notkę o mruczeniu, kiedy jakieś licho mnie podkusiło i weszłam na facebook. No i szlag mnie trafił.

Oprócz aktualności ze świata bliższych i dalszych znajomych, mam również zwyczaj przeglądać wieści z polubionych stron. Nie "lajkuję" ich jak szalona, rozważając każdorazowo, czy żart lub pomysł to już wszystko, na co stać autora fanpage'u, czy też zabłyśnie ponownie niebawem. Decyduję się zwykle, gdy rokuje. Więc spoko, wyrabiam.
I tak sobie podczytuję: co tam radosnego u Małgosi, czym znów zabłysnął King Kong, czy jedno z nielicznych szanowanych przeze mnie wydawnictw naukowych nam coś coś, jak to będzie po kociemu, a jak po damsku, tudzież - dajmy na to - co do poczytania wśród tzw. sfer (niebieskich). Spokojnie podczytuję i w nastroju wyluzowanym. Aż tu nagle trafiam na utworzone przez kogoś (nazwisko nieistotne) wydarzenie. Mianowicie, że wredny myśliwy postrzelił psa sąsiada. Że myśliwi to zło. I nagle we mnie wzbiera, że mało głowa nie eksploduje.

Dlaczego nikt, NIKT!!! nie pisze nawet pół zdania o tym, że właściciele nie zapewniają zwierzętom należytej opieki, do cholery? Przejrzałam podlinkowane wydarzenia tego typu: za każdym razem pisze się, że zwierzę zostało pozostawione bez opieki i przebywało poza posiadłością. Ba! Mało tego! Czasami w ogóle brykało samopas, np. ulatniając się przez dziurę w płocie - tak od lat, pewnie właściciel nie miał czasu (ironia i sarkazm, jakby kto nie wyczuł), żeby ją załatać lub... to mu odpowiadało. Dlaczego NIKT się nie oburza, że ktoś wziął do swego domu zwierzę i nie czuwa nad jego zdrowiem i życiem?
Poza wszystkim... pies, zgodnie z obowiązującymi przepisami, winien być wyprowadzany na smyczy i w kagańcu. Bo - do diaska - sam jest zagrożeniem. I niech mi ktoś spróbuje wmówić, że nie. Kto więc jest winien? @#$%^&*()@#$

Od razu mówię - nie będę dyskutowała na temat tego, że jakiś gnój strzela do psa, gdyż nie uważam, jakoby można było coś wnieść do tej dyskusji.

Pójdę lepiej do sklepu po kotlet schabowy, bo mnie rozerwie.

12 stycznia 2013

1101

Pamiętacie takie badziewne, ceramiczne figurki zwierzątek, które układało się na półce, a im malowniczo zwisała z tej półki nóżka? Tudzież dwie? Ogonek? Coś w tym stylu (KLIK).
Najczęściej widywałam te dzieła sztuki w kwiaciarniach*.
Otóż okazuje się, że samo życie.

Wchodzę sobie spokojnie do kuchni, a tam... pierwowzór. Zrobiłabym lepsze zdjęcie - w sensie, że na wprost - ale światło, padające bezpośrednio z okna, niestety uniemożliwiało.


Tak, układam im od jesieni do wiosny na parapetach kocyki. Uwielbiają na nich leżeć: spod kota ciepełko kaloryferowe, tyłem minimalne wietrzenie. A jakie widoki! Poprzednie zdjęcia Zofii z Myszą pochodziły z tego samego okna.

* Zawsze się zastanawiałam, dlaczego w kwiaciarniach oferuje się bogaty asortyment badziewnych figurek. Myślicie, że ktoś to kupował?

11 stycznia 2013

1100

Dziecko odebrało z urzędu dowód osobisty. Tym samym zwolniło mnie szczęśliwie z odpowiedzialności za jakiekolwiek własne poczynania. Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział... (byleco). To ja na to: pacz pan, tu ma dowód osobisty. Zacieram rączęta.
Z drugiej jednak strony, hmmm... Jakiś etap nieodwracalnie się zakończył.

Tymczasem S. - pełniący obowiązki osobistego partnera Dziecka - został wystawiony na tzw. próbę dziadków. I przetrwał z godnością, co trzeba uznać za gwarancję siły charakteru. 
Przygnieciony erupcją wulkaniczną ich energii i wymowności, wypił kawę, pochłonął dwa kawałki szarlotki, upieczonej na tę okoliczność przez Babcię (tę od wylewania mleka z kanki), wykazał inicjatywę w kierunku naprawy babcinej lampy połączonej ze szkłem powiększającym (mówiłam przecież, że Matka ślepa, a Ojciec głuchy), a także publicznie zgadzał się cały czas z teściową (to o mnie). A na koniec, w przedpokoju, delikatnie przesunął pyskujące Dziecko i oświadczył:
- Ja się teraz będę żegnał!
A następnie ucałował Babcię z dubeltówki, a Dziadka pożegnał po męsku.
Nie wysłuchałam jeszcze opinii, ale sądzę, że ich sobie kupił. Spryciarz.

I wiecie co? Nie mam pojęcia, kiedy to się wszystko stało. Znaczy: kiedy Ona tak dorosła. Myślicie, że ta w lustrze to naprawdę JA?

10 stycznia 2013

1099

Wieczór. Dziecko wykąpane, odziane i zaopatrzone w butlę z mlekiem. Zagadałyśmy się w kuchni. Dzik kursował wokół, pełen zachwytu dla bałwana, którego dla niego zdobyłam z niemałym trudem.

- Kap, kap - oświadczył nagle z mocą.
Spojrzałyśmy na siebie w zastanowieniu. Kap, kap? Jak to: kap, kap? Przecież jest po kąpieli?
Akurat.



- Ty Dziku! - Jęknęłam. - Widziałeś, żeby ktoś się kąpał w ubraniu?!
- Dzidzia! - Z mocą i zadowoleniem stwierdził zainteresowany.
Taaaaa... Dzidzia i tabun pijanych nastolatków.

Wiecie, że pampersy są niezwykle chłonne?

9 stycznia 2013

1098

Zdała egzamin teoretyczny na prawo jazdy. Jej pierwszy dorosły egzamin. Jestem dumna.
W WORDzie terminy powalają - praktyczny zaplanowali jej na 6 marca.

Dieta 3D Chili dzień trzeci. Mam kryzys cukierniczy. Właściwie od wczoraj. Masakra. Prawdopodobnie z tego tytułu przy goleniu nóg zacięłam się w kostkę. Na grzbiecie dłoni.
Tak, owszem, również jestem pełna podziwu.

8 stycznia 2013

1097

Czuję się czasami w obowiązku być nieco bardziej macierzyńska. No, wiadomo - MBL zobowiązuje. I przypomniała mi się historia, opowiadana przez Mamę, a dotycząca Jej dzieciństwa. Znakomicie odnosi się do dwóch mitów, których omówienie znalazło się w drugiej części książki (monilia i lola).
Szczególnie tego, że wasze matki miały gorzej.

Rzecz rozegrała się pod koniec II wojny światowej. To był rok 44 lub 45, zawsze zapominam zapytać, ale właściwie można by to sprawdzić w annałach z uwagi na okoliczności. Mama miała więc 3 lub 4 lata, jej młodszy brat - nieżyjący już Wujek - był niemowlęciem.
Przez miasto, w którym mieszkali, przechodził front. Warunki potworne, niewyobrażalne dla wielu osób, które - ziejąc nienawiścią - z łatwością mówią, że kogoś należałby odstrzelić. Front nie front, w domu były dzieci. I musiały jeść. Babcia, naówczas młoda mama, została postawiona przed dylematem: instynkt macierzyński vs. samozachowawczy. Wybrała pierwszy. Zostawiła w domu niemowlę pod opieką trzy- bądź czterolatki, wzięła kankę i postanowiła przedrzeć się pod obstrzałem do miejsca, w którym mogła kupić mleko, żeby nakarmić nim dzieci. Podkreślam: same zostawiła. A za drzwiami była wojna.

Mama opowiada, że potwornie się bała. Była przecież malutka, matka kazała jej pilnować niemowlęcia, z którym nie potrafiła sobie poradzić, żadnego wsparcia, żadnych dorosłych, a wokół... wiadomo. Wujek wył. Mama też wyła. Unisono. Co na nic nie wpływało, bo albo było tak głośno na zewnątrz, że sąsiedzi nie słyszeli, albo wybrali instynkt samozachowawczy. Kiedy oboje mieli już gila po pachy, w drzwiach stanęła babcia. Z mlekiem. Jak się jej udało dokonać czegoś takiego, nie wiadomo. Grunt, że nikt jej nie zastrzelił ani umyślnie, ani przypadkowo. A i laktozę zdobyła.

I teraz uwaga. Mama, w absolutnej histerii, ujrzawszy w drzwiach matkę rzuciła się w jej stronę z wrzaskiem, co jest ze wszech miar zrozumiałe. I... przewróciła kankę z mlekiem.
- Jezus, jak mnie matka wtedy zlała! - Oto jej podsumowanie tej historii.

7 stycznia 2013

1096

Dieta 3D Chili dzień pierwszy.

(No co? Zad mi urósł ponad miarę. I dziecko mnie zmusza, bo ma studniówkę. Zmusza uporczywym biciem).

Głód. Zdycham z głodu. Staram się nie poruszać, jeśli nie muszę, żeby ograniczyć wydatek energetyczny. Nie mrugam nawet. Wyschły mi gałki oczne. Zastanawiam się, czy nie zarzucić mycia. Brud jest czymś, co może utrzymać mnie w pionie, gdy - mdlejąca - będę ześlizgiwać się po ścianie. Tarcie się wytworzy, znaczy. No chodzi mi o to, że narośnie i będzie chropowaty. Ale co? Że bez sensu? Srutututu. Pogadamy, jak będziecie na diecie 3D Chili.

PS Pokłóciłyśmy się dziś przed siódmą rano, czyli jeszcze przed pierwszym posiłkiem. Co ta dieta robi z ludźmi...

PS do ewentualnie wizytującej mnie B.: Absolutnie nic w założeniach o pięknych, lśniących, różowych jelitach. Więc, jak rozumiesz, nadal zazdrość.

5 stycznia 2013

1095

Umywszy okien osiem w tym trzy dachowe (niech je piekło pochłonie) stwierdzam, że organ ustawodawczy w tym kraju winien zająć się w pierwszej kolejności skonstruowaniem nakazu mieszkania w bunkrach.
Prócz tego po raz niewiadomoktóry pomyślałam ciepło o panu, co kupował mi ostatnie z okien i zrobił to wbrew moim instrukcjom. Wyginając się jak paragraf słałam mu mnóstwo dobrej energii, życząc by w piekle, w którym się z pewnością znajdzie, odbywał stosowny wyrok, polegający na myciu setki takich okien dziennie. Kilka uwag, które wyprodukowałam, dotyczyło również mnie samej, a konkretnie tej debilnej cechy, która wiecznie każe mi kierować się dobrem ogólnym miast własnym. Mogłam przecież dobitnie wyrazić, gdzie mnie firma może z takim oknem pocałować, wskazując cel z dokładnością co do centymetra, a tym samym stworzyć sobie sytuację optymalną. Ale nie. Bo to wstrzymałoby na czas jakiś remont dachu.

I kij z tym, myślę dziś sobie. Dach i tak znalazłby się ostatecznie na swoim miejscu, a ja nie narażałabym nieustannie kręgosłupa na nagłe pęknięcie, a głowy na eksplozję. Asertywność, myślę sobie. Kretynko.

Dla rozrywki ruszyłam następnie do kuchni, gdzie tymi rękoma ukulałam zgrabnie zdecydowany nadmiar pulpecików z indyka, choć w lodówce tkwi garnek z gotową ogórkową. Asertywność, pomyślałam pod adresem swoim i rodziny, żądającej ścierwa, co to go gryźć nie trzeba. Asertywność, kretynko.

I nie. Nie dam się namówić na odebranie Tej Kobiety o północy z klubu muzycznego. No cholera jasna psiakrew! Niech się uczy do egzaminu na prawo jazdy. To już w środę. Jak nie zda - kęsim!

3 stycznia 2013

1094

Drogie i Szanowne Państwo!

Macierzyństwo bez lukru ogłosiło konkurs na recenzję tomu drugiego. Wszelkie szczegóły można przeczytać TU (klik). Lawinę nagród posiadłyśmy i planujemy oddać w dobre ręce. Pooglądajcie sobie zdjęcia!

Zapraszam wszystkich. Mogą być także krewni-i-znajomi Królika (czyt. nie krzywdzimy rodzin autorek). W dodatku nie oceniamy tego my z Chudą, więc nie ma mowy o żadnym kumoterstwie. Jury nas zaszczyciło bardzo dostojne, mniam, mniam.

Można pisać na swoich blogach. Wtedy zyskuje się dodatkowo, o czym pisze Chuda, promocję na blogu MbL. A jak ktoś nie chce, to może nam wysłać mailem. A my to wyślemy do Jury (bynajmniej nie krakowsko-częstochowskiej). Taki ładny adresik sobie zmontowałyśmy. Specjalny - bezlukrowy (instytucja jesteśmy, a co!).

No! To literaci do piór. Na barykady! Na chwałę i pożytek. Ament.

1 stycznia 2013

1093

Dziecko wróciło z poświateczno - sylwestrowych wojaży. Lekko wymięte. Kiwając się leniwie na krzesełku w kuchni, w oczekiwaniu na zaparzenie się herbatki, wygłasza prawdy oświecone.
- Czepiasz się. Czepiasz się, matko. Kto na świecie wrzuca śmieci do kosza?
No tak, jakież absurdalne mam żądania. Śmieci do kosza? Też coś.

Koniec i poczatek

Znudziło mi się ostatecznie. Dość mam wiecznego oczekiwania na możliwość wejścia tutaj, fochów serwisu, dziadowskiego kontaktu z obsługą, która finalnie odpowiada „niedasie”. Idzie nowe.
Hopsamy sobie teraz  T U T A J.
Gdyby link nie działał, nowy adres to: moje-waterloo.blogspot.com. To jak? Lecicie ze mną dalej? Nie zapomnijcie wprowadzić nowy adres w swoich linkach.

1092

No to się porobiło. Straciłam ostatecznie cierpliwość oraz resztki uczuć do domeny blog.pl. Już mi chyba nawet nie szkoda. Było, minęło.

Od dłuższego czasu współtworzę wraz z Chudą blog macierzyństwa bez lukru na blogspocie i empirycznie sobie sprawdziłam, o ile tu łatwiej, wygodniej, lepiej i bez łaski. A ponieważ nie znalazłam  miejsca, które zaimportowałoby moje archiwum, bym mogła ten stary blog skasować - niech więc sobie wisi na pamiątkę.

Nowy rok rozpoczęty, nowy blog zainicjowany. Jeszcze tylko ręcznie muszę przenieść wszystkie linki, bo od lat mój własny blog służy mi do przechodzenia na inne strony. I będę go sobie powolutku, w miarę wolnych mocy przerobowych rozbudowywać.

No to jak? Zapraszam, moi mili. nie zapomnijcie pozmieniać sobie adresów we własnych linkach. Ach! No i wszystkiego dobrego na cały rok.