29 czerwca 2007

No to lecimy

Moi Drodzy i Kochani.
Pewnie już wam grdyka lata, bo ja obiecuję, że napiszę, że ważne, że srutu tutu i się nie odzywam.
Postanowiłam odezwać się więc, mimo że strona, do której chcę was odesłać jeszcze niegotowa. Podejrzewam, że Marcin właśnie tam dłubie ;o) A przynajmniej tak wygląda. Używam już pełnego imienia, bo może nie wszyscy tacy dociekliwi, jak pacia, ale za chwilę rzecz stanie się oficjalna, a i Krynia dała mi swoje błogosławieństwo.
Jak zauważyliście, akurat ostatnio wpadł nam temacik o niepełnosprawności i właśnie – zupełnie przypadkiem – wywoła lawinę.
Jutro w Gazecie Wyborczej (tylko nie wiem czy ogólnopolskiej, czy lokalnej, ale znajdziecie sobie, wierzę w was) ukaże się artykuł na temat nowej akcji, dotyczącej niedostosowania świata dla niepełnosprawnych. Konkretnie – akcji, którą rozkręca Kryniowa rodzina pt.: PARKUJESZ – ZDRAPUJESZ.
Akcja polega na przyklejaniu nalepek o tej treści na szyby samochodów, które BEZPRAWNIE!!! zajmują miejsca dla niepełnosprawnych. Pomysł super, jestem fanką. Dzięki Opatrzności udało mi się dołożyć do akcji swoje pięć groszy. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się dołożyć dziesięć.
Pomysł jest rewelacyjny – nie przynosi szkody finansowej kierowcom, przynosi za to wstyd.
Wszystko jest legalne – oprócz przyklejania naklejek będziemy dzwonić po straż miejską. A ona uprzejmie przyjedzie i zabutuje.
Jeśli zobaczycie na mieście kogoś z dużą, czerwoną naklejką na przedniej szybie – wytykajcie go palcami, szydźcie i obgadujcie.
NIECH SIĘ WSTYDZĄ!
Niech wiedzą, że ci słabsi, których życie jest trudniejsze, nie są bezbronni.
Niech wiedzą, że znajdą się tacy, którzy wyciągną do nich rękę i staną obok nich: noga w kółko, ręka w rękę i nie pozwolą.

Akcja jest dopiero w powijakach. Twórcom będzie zależało na jej rozpropagowaniu. Niech idzie w Polskę. Żeby żyło się trochę lżej. Żeby można było korzystać ze swoich praw. Żeby nie być obywatelem drugiej kategorii.
Będę was prosiła o pomoc. Jeszcze nie raz.
Ale tymczasem – powiedz przyjaciołom i pamiętaj:

PARKUJESZ – ZDRAPUJESZ!!!

28 czerwca 2007

Chcą mnie wykończyć

Miłość Inspekcji mnie zabija.
Wiedziałam, że tak będzie.
Przygotowałam się.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

„Na ryby…
W każdziuteńki letni dzień…”

Gdyby nie Starsi Panowie, zastrzeliłabym się.
Poza wszystkim ludzie zaczęli się mnie bać. Ci, co do tej pory się nie bali.
Oni tego nie rozumieją.
Ale dzięki temu omijają mój pokój.
Pewnie się wystraszyli, że to zaraźliwe.

PS Wiecie o tym, że język polski umarł wraz ze Starszymi Panami?

Starsi Panowie, Starsi Panowie, Starsi Panowie dwaj,
już szron na głowie, już nie to zdrowie,
a w sercu ciagle maj…
Tra la la

PSPS I chciałam wam jeszcze powiedzieć, że niedawno przyszła do mnie Inspekcja w postaci 1 przedstawiciela, gnana wewnętrzną potrzebą przejścia ze mną na TY.
Zaraz po tej karkołomnej podróży, przedstawiciej Inspekcji TY się rozsiadł i zalał mnie potokiem przeprosin. Za Inspekcję i do dupy przeprowadzaną kontrolę.
A na pożegnanie powiedział, że przyjdzie znów we wrześniu.
Powiedziałam, żeby przyszedł w lipcu. Bo ja jestem wtedy na urlopie.
Jakoś nie chce.
Dziwne.

PPS Mój pokój sąsiaduje z gabinetami różnych Bardzo Ważnych Osób. Jestem tak zmęczona, że właśnie przed chwilą, zamiast do siebie, weszłam z rozmachem do jednego Pana Dyrektora.
Był sam.
Spojrzeliśmy na siebie zadziwieni.
On – że co ja tak włażę, jak do siebie.
Ja – że co on robi w moim pokoju.
Potem olśnienie na mnie spłynęło i powiedziałam:
- O Boże, muszę się napić kawy.
- Dzień dobry, pani Asiu. Proszę powiedzieć sekretarce, żeby i mnie zrobiła.
hehe

27 czerwca 2007

Wena dziś została w domu

A oprócz tego koszmarnie wprost bolą mnie dziś oczy. Widzę jak kret, czyli nic nie widzę. Co może być usprawiedliwieniem dla tego, co piszę.
Pójdę i sobie zakroplę oczy albowiem odnoszę wrażenie, że znowu mam wylew.
Zaraz wracam.



No dobra. Zakropliłam oczy (nic się nie zmieniło), a zrobiłam to w kuchni, gdzie doszłam do wniosku, że natychmiast muszę się napić kawy. Sięgając do lodówki w celach mlecznych doszłam do wniosku, że wreszcie ktoś zrobił zakupy i w pojemniku śpi snem sprawiedliwego mieszanka krakowska. Więc doszłam do wniosku, że natychmiast muszę. Pięć minut chyba zajęło mi wybieranie smaku galaretki. No. To zrobiłam w końcu tę kawę, pożarłam mieszankę, wdałam się w zgubną dyskusję z sekretarkami na temat pediucure’u (o matko, jaki mi pani śliczny zrobiła) i jestem.

Nic się nie zmieniło, weny nadal nie ma.

Właściwie to zastanawiam się czy nie przyfasolić z grubej rury, bo odbyłyśmy dziś z Krynią wielce ciekawą dyskusję na temat wrażliwości społecznej w narodzie polskim.
No proszę mi tu nie pluć, jeszcze nie skończyłam.
Rozmowa osnuta była na kanwie zupełnie innej, ale w końcu i tak zeszła na niepełnosprawnych, pewne dlatego, że to jest temat Kryni bliski. Mam nadzieję Krysiu, że się nie obrazisz o moją niedyskrecję.
Bo kiedyś Krynia pokazała mi… albo nie tak.
Telewizja Polska Program III realizowała swojego czasu cykl programów o niepełnosprawnych. Zaproponowano wtedy udział w jednym z odcinków synowi Kryni. W międzyczasie emisję programu zawieszono oczywiście – bo wiadomo, że w tym kraju wartościowe rzeczy długo się nie utrzymują. Ale odcinek, w którym występuje M. został nagrany. No i przyszedł na płycie wraz z zapewnieniem, że seria zostanie wznowiona. Możecie poprosić Krynię, żeby na blogu poinformowała o dacie emisji, mam nadzieję, że się zgodzi, bo zaprawdę – warto obejrzeć.
M. jest niezwykle przedsiębiorczym i zorganizowanym mężczyzną, który (z pomocą głównie Mamy) potrafił mądrze i dobrze ułożyć sobie, trudne przecież, życie. Nie bez znaczenia jest tu również rola odegrana przez moją imienniczkę – partnerkę M. Program jest świetny, wszyscy wypowiadają się bardzo dojrzale i ciepło – a M. mówi tak, jakby miał naprawdę głęboko prezemyślane to, co chce przekazać. I pewnie ma.
W każdym razie ja nie o tym.
Powiedziałam dziś Kryni, że realizator programu nie pomyślał o jednej niezwykle ważnej rzeczy. Kole mnie ten brak – nikt ani słowa nie powiedział o tym, z jakimi problemami na co dzień boryka się M., a z nim ogromna rzesza osób niepełnosprawnych. No i ja uważam, że trzeba o tym w kółko i do znudzenia, bo wrażliwość społeczna (no, realizuję temat!) jest nieprawdopodobnie niska. W ogóle nie zdajemy sobie sprawy, tak maszerując przez miasto, że krawężnik to przeszkoda nie do pokonania. Że dwa schodki do sklepu czy urzędu to Mount Everest. Nie! Więcej – na Mount Everest można wyjść. Na wózku nie pokona się dwóch schodków.
Takich rzeczy są tysiące.
M. ma świetny pomysł na karanie kierowców, którzy stają na miejscach dla niepełnosprawnych (niech ich ziemia pochłonie!). Chetnie pomogę, jeśli mnie dopuszczą.
Pamietam taką reklamę społeczną o stawaniu na kopertach dla niepełnosprawnych. Surową w formie i wstrząsającą. Dla mnie przynajmniej. Koperta przed sklepem, na kopercie stoi samochód, którego nie powinno tam być. I facet na wózku, który pyta:
- Czy NAPRAWDĘ chciałbyś się ze mną zamienić?
NIGDY w życiu nie zaparkuję na miejscu dla niepełnosprawnego. Nic nie jest aż tak ważne, żeby nie mogło chwilę zaczekać. Czy nie warto tego uświadamiać ludziom każdego dnia? Czy nie warto mówic w kółko o barierach, żeby zniknęły?
Tak mi się marzy, że ludzie zaczną sobie zadawać trudne pytania.
Nie jestem przesadną optymistką, ale chcę mieć nadzieję.

Że w facecie na wózku będziemy widzieli człowieka.
A nie kółka.

26 czerwca 2007

Oto człowiek ma problem

Mój ostatni życiowy problem, to: jak poradzić sobie z pakowaniem do wyjazdu. Jak zapewne dostrzegacie, od pewnego czasu nie udzielam zbyt wiele uwagi różnym kwestiom, skupiając się wyłącznie na urlopie. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że ostatnie wczasy, które pamiętam, odbyły się chyba z 5 lat temu, co w moim mniemaniu usprawiedliwia głód wypoczynku.
Nabylim sprzęt w postaci walizek na kółkach z wyciąganymi raczkami (zrobię zdjęcie i wam pokażę, jaki piękny). Już się cieszę, jaka to będę pańciunia na lotnisku z tym eleganckim bagażem w kwiatki, przy którym nie zamierzam się zzipać. Ale, ale… Otóż sen z powiek spędza mi pakowanie – nie sama czynność oczywiście (bo co to za problem cztery kiecki i dwa stroje kąpielowe wrzucić w torbę), tylko zawartość walizki kontra jej waga. Bo ciuchy ciuchami, ale trzeba niestety zabrać ze sobą tony kosmetyków presłonecznych, antysłonecznych, postsłonecznych i innych. No i meritum, proszę szanownych państwa. Książki. Ja nie mogę jechać bez książek. A jak się samolot rozbije nad oceanem i wyląduję na wyspie bezludnej z jedną walizką i bez książek??? Aaa???? No właśnie – wiedziałam, że wszyscy się zapowietrzą! Nic nie macie do dodania, TAK???!!!
No.
Poza wszystkim, jak człowiek jedzie na wczasy, to zawsze może mieć nadzieję, że w szczycie nudy poogląda sobie TV. A ja co? Po robaczowsku mam oglądać? Jedyne programy, które ewentualnie wchodziłyby w grę, to rewie. Znaczy wiecie: fikanie nogami, pióra w dupie, to i śpiew w dziwnym języku się wytrzyma. Tyle, że ja nie znoszę programów rozrywkowych.
Innych przecież nie damy rady oglądać. Chociaż – może coś obejrzę z pasji poznawczej i wam potem opowiem, co nadaje arabska telewizja, vide: różnice kulturowe.
Dobra, to powróćmy, jak się to mawia w moim domu, do adremów. Ja muszę coś czytać. Tak mam skonstruowany organizm.
Oczywiście, jestem niezrównoważona psychicznie i będę, razem z innymi dziećmi, jeździć na zjeżdżalniach.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Owszem, będę smażyć tłuszcza na słońcu bez litości. Tak jest, pojadę sprawdzić, czy piramidy jeszcze stoją (ewentualnie: jak można im to z niewielkim wysiłkiem obrócić w perzynę i tym sposobem przejść do historii).
ALE.
No co ja będę robiła od rana do nocy, przecież oszaleję, ile można żreć, ile można w siebie wlać alkoholu pod parasolką do licha!
Muszę mieć coś do czytania. No jakoś nie widzę siebie wstępującej do lokalnej księgarni, cha cha cha. Zakładając, że w ogóle mają.
Trzeba zabrać.
I tu pojawia się problem. Bagaż może ważyć do 20 kg. 4,5 kg waży walizka (razem z kółkami). Ze 3 kg będę ważyły ciuchy (wliczając buty). Zostaje 12,5. I w to trzeba wepchnąć 21168748774548 sztuk kosmetyków na słońce (pre, anty, post). I książki.
Jedną to sobie wezmę do podręcznego, którego może być 7 kg. A reszta?
Macie jakieś pomysły?

PS Nawet nie wszczynam dyskusji o repertuarze, nieprawdaż.

PSPS Zapomniałam wam powiedzieć, że tatuś mojej koleżanki właśnie przebywa w Egipcie.
Dzwonił przedwczoraj. Temperatuta o 12 w południe wynosiła 68oC.
Buchacha.

25 czerwca 2007

No i znowu ruskie

Ruskie apiać przyszli, nie do wiary, chyba coś do nas czują. Mam na ten temat własną teorię, którą już ruskim przedstawiłam. Otóż uważam, że oni nas ciągle trzepią, bo w takiej firmie, jak nasza, to wszystko jest w porządku. Od ręki dostają taką dokumentację, jakiej sobie zażyczą, usterkują jakieś zabawne sprawy dotyczące np. niezachowania doby pracowniczej (często na wniosek i wyraźną prośbę tzw. poszkodowanego, ale co im zrobisz?), a przegięć żadnych specjalnych nie ma. Pełna kultura: pokój dostają na czas kontroli, wszyscy koło nich skaczą, sekretarki latają kawkę parząc i ciasteczka donosząc – żyć, nie umierać.
A u takiego prywaciarza, to może by ich kijem pognali i psami poszczuli?
Więc nie omieszkałam im tego powiedzieć.
Powiedziałam też, że powinni mieć świadomość, że mamy ich już serdecznie dość, powyżej uszu i błe. No bo naturalnie spotkaliśmy się na korytarzu. Nasz stały pan inspektor i jakaś początkująca. Gość, jak mnie zobaczył, to tylko zawrócił na pięcie i oznajmił, że on idzie ze mną. Co prawda zareagowałam błyskawicznie informując, że go nie zapraszam, ale to nie działa na ruskich.
No i mam znowu PIP na głowie, pocieszające, że tylko do końca tygodnia. A mieli siedzieć u kogoś innego…

Weekend spokojny i leniwy, a to niedobrze, bo księgowość znowu mi przyrosła do biurka. Zamiast uczciwie pracować, obżerałam się bez opamiętania. Po prostu nie wiem, co mi się dzieje – napady jakieś. Może mi się wyrównuje po odchudzaniu? Muszę się nad sobą poważnie zastanowić, jak słowo daję.

Sąsiedzi z kolei dostali spida i rzucili się na ochotnika na koszenie, renowację domofonów i mycie światełek z numerem budynku. No i dobrze, niech się przyzwyczajają, że powinni coś robić. Nasza najnowsza koncepcja to wspólne usuwanie skutków ubocznych remontu dachu („Mówisz synek? Daj łopatę!”). To nie tak, że nie może tego zrobić sprzątaczka. Może. Ale wychodzimy z założenia, że jak sami posprzątają, to im będzie potem trudniej naśmiecić. Żeby nie było – ja będę w pierwszym rzędzie. Taki ostatnio stosujemy mobbing psychiczny. Nie mogę powiedzieć – skutkuje. Powoli, powoli ludzkie nastawienie z „należy mi się” zmieni się na „jak nie zrobię albo nie zapłacę, to nie będę miał”. Obym tylko tego dożyła.
Tacy jesteśmy: moraliści – samosiejki. Zwłaszcza mnie to dobrze wychodzi, bo ja we wspólnocie pracuję za uścisk dłoni i jeden uśmiech. Trudno odrzucać w takiej sytuacji moje argumenty.

A naszej pani sprzątaczce w pracy urodziła się wnuczka. Miło jest patrzeć, jakie dziecko może być upragnione i wyczekane. Jeśli sądzicie, że mam monopol na podskakiwanie z radości na korytarzu, to się mylicie – pani Ania odstawiła nam dziś niezły show. Serce rośnie, zwłaszcza w aspekcie ostatnich wypowiedzi drugiej – mamy.

24 czerwca 2007

Rozrywki ludu polskiego

Niektórzy lubią zażyć nieco samotności w jakimś cichym, niedostępnym miejscu. Może być to samotność we dwoje. We dwoje przedzielone ścianką. Ale zawsze można udawać, że się nic na ten temat nie wie.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

W tym samym czasie inni – tacy, co to wolą kulturę fizyczną i sport – mają misję.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

I nie zważają na to, że misja ta wywieść ich może na manowce*.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

* Zaraz po zrobieniu tego zdjęcia okienko się przechyliło, bo mu przeważyło i Zocha spadła mi prosto w twarz. Przed kompletną masakrą uratowała niezwykła wprost (zauważalna jednak u kociarzy) zdolność adaptacji w postaci błyskawicznego uniku (w pozycji leżącej na pleckach!!!)

22 czerwca 2007

Czasem trochę się denerwuję, choć i tak nic zrobić nie mogę

Zwykle na co dzień przyświeca mi następujący cytat:
„Boże, daj mi siłę do zaakceptowania rzeczy, których nie mogę zmienić,
odwagę do zmiany rzeczy, których nie mogę zaakceptować
i mądrość, bym odróżniała jedno od drugiego”*.
Zazwyczaj.
Czasem jednak natrafiam na rzeczy, które mnie denerwują, mimo że nic nie mogę zrobić, by je zmienić. Tzn. – może i bym mogła, ale naprawdę to mi się nie opłaci, a w dodatku prawdopodobnie nie opłaci się również osobie, w obronie której chciałabym wystąpić.
Nie chodzi bynajmniej o głód na świecie czy wojny. Mam jakieś, kołaczące w tyle głowy, resztki rozsądku i wiem, że niektórych rzeczy to się po prostu nie da. Męczą mnie zwykle sprawy potoczne, które mnie w jakimś sensie dotyczą.
Dziś np. męczy mnie kontrola PIP, a konkretnie zakres materiału, który ma zostać do niej przygotowany. W ekspresowym tempie. Na poniedziałek. Chamstwo urzędnika państwowego przerosło moje najśmielsze oczekiwania, kiedy dowiedziałam się, że żąda planu urlopów. Uwaga, skala: ponad 9 000 pracowników. Zabawne, prawda? A to tylko jeden z punktów. A skala wszędzie ta sama. Nie buntowałabym się – firma duża, nie ma się co dziwić, ale… Zawsze jest jakieś ale. Firma podzielona jest na oddziały na terenie województw śląskiego i opolskiego. Istnieje 10 działów kadr i każdy obsługuje ściśle wyznaczony obszar. Teoretycznie urzędnik państwowy powinien ruszyć śmierdzące dupsko i jechać do każdego z nich, aby na miejscu kontrolować dokumenty. Tylko się mu nie chce, zasrańcu. Chce mu się, żeby mu dać gabinet i zwieźć materiały do tu. Myślę, że można by w tym znaleźć jakąś lukę formalną, bo dokumenty osobowe nie powinny opuszczać działu kadr. Ja bym walczyła, ale podejrzewam, że kierowniczka wydziału kadr, która musi to wszystko ściągnąć z terenu, zwyczajnie boi się, że jej nie dadzą żyć. Niedobrze mi, jak na to patrzę. Martwię się dodatkowo, że będę musiała te dokumenty przejąć i chyba się wypnę, bo nie jestem wstanie zapanować nad Mount Everestem papieru, który jest dokumentem ścisłego zarachowania. A jak zginie, to na kogo będzie? No proszę, ręce do gory, kto zgadł.
No i jeszcze w okoliczach końca dnia kierownictwo dobiło mnie kompletnie spadochroniarzem, przed którym prawdopodobnie nikt nas nie obroni. Obawiam się, że mogę tego nie wytrzymać i będzie jak w kiepskiej sieci komputerowej:
spadochroniarz wejdzie, a ja wyjdę.
Bo nie zniosę tej baby.
A ja aż tak to mam rzadko.

* Nie upieram się, że to nie jest parafraza

21 czerwca 2007

Uwaga, niespodzianka

Mama jest już w domu.
Mówiłam, że taśmociąg?
Jest szczęśliwa, że może sobie obiadek ugotować i posiedzieć na balkonie.
Koza, panie, mówiłam – koza…

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
kierownik Rachunkowości Zarządczej
wycieruszek

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Czas akcji:
11.00

Wprowadzenie:
otrzymaliśmy pismo z centrali, że jest nam za dobrze i zabierają nam 15 etatów wraz z funduszem wynagrodzeń.

wycieruszek: Kochany, mam prośbę w związku z tym paszkwilem z centrali. Jak już będziesz wiedział, komu zabierasz te 15 etatów, to daj mi znać. Potrzebuję nowy plan zatrudnienia do raportu, a zawsze robię to sama, bo mam uzasadnione obawy, że jednostki mnie na tym kiwają.
kierownik RZ(nieco histerycznie): Taaaa…, ale ja już wiem, skąd to ściagnę.
wycieruszek: No skąd, skąd?
kierownik RZ: Z zarządu. Chuj tam, możemy pracować w 15 osób. A jak nam ściągną kolejne 15, to was osobiście odstrzelę i na koniec popełnię malownicze harakiri, gdzyż wszyscy tu jesteśmy zbędni jak jeden mąż.
wycieruszek: Odnoszę wrażenie, że to pismo jakby ciut cię zestresowało.
kierownik RZ: Ależ skąd.

Porażający optymizm

Pacjent, przez zabiegiem, który miała wykonany Mama, dostaje do podpisu zgodę na operację, w której wypisane są ewentualne działania niepożądane.
Skalę problemu przedstawiam poniżej:
wylew podspojówkowy,
zapalenie oka,
plamki w polu widzenia,
uczucie dyskomfortu w oku, ból oka,
wzrost ciśnienia wewnatrzgałkowego,
odłączenie ciała szklistego,
zapalenie wnętrza gałki ocznej,
zadrażnienie oka,
zaćma,
uczucie ciała obcego w oku,
zaburzenia widzenia,
zapalenie powiek,
włóknienie podsiatkówkowe,
przekrwienie oka,
zamazane widzenie,
zmniejszenie ostrości wzroku,
suchość oka,
zapalenie ciała szklistego,
uczucie dyskomfortu,
zmętnienie torby tylnej soczewki,
wysięki siatkówkowe,
reakcja w miejscu wstrzyknięcia,
nasilone łzawienie,
świąd oka,
zapalenie spojówek,
makulopatia,
odwarstwienie nabłonka barwnikowego siatkówki,
zwyrodnienie siatkówki,
zapalenie tęczówki i ciała rzęskowego,
punktowe zapalenie rogówki,
keratopatia,
miejscowe ścieczenie rogówki,
fałdy rogówki,
zaburzenia siatkówki,
zaburzenia ciała szklistego,
światłowstręt,
zaćma jądrowa,
odczyn zapalny w komorze przedniej,
abrazja nabłonka rogówki,
jaskra zamykającego się kąta,
krwotok do ciała szklistego,
zapalenie błony naczyniowej oka,
zapalenie wnętrza gałki,
odwarstwienie siatkówki,
przedarcie siatkówki,
krwotok w obrębie oka,
obrzęk powieki,
podrażnienie powieki,
zamknięcie naczyń żylnych i tętniczych siatkówki,
ślepota,
krwawienie oczodołowe,
krwotok spojówkowy,
ciężkie reakcje alergiczne,
blizna w siatkówce,
depozyty w tylnej części oka,
wyciek substancji galaretowatej,
zaburzenia powierzchni oka,
opadnięcie lub wywinięcie powieki,
zmęczenie oczu,
zaburzenie ruchomości gałek ocznych,
zaburzenie funkcji źrenicy,
wrażenie błyskających świateł w oku,
obniżenie ciśnienia wewnątrzgałkowego, bóle głowy,
wysokie ciśnienie krwi,
nudności,
depresja,
zawroty głowy,
katar,
wysypka,
uogólnione bóle,
bóle stawów,
bóle pleców,
bóle w klatce piersiowej,
zapalenie oskrzeli (!!!),
niedokrwistość,
migotanie przedsionków,
kaszel,
świszczący oddech,
nasilenie wydzieliny z górnych dróg oddechowych,
rogowacenie liszajowate skóry (super),
głuchota (wymiękam),
poszerzenie głównych naczyń,
napadowa gorączka,
dreszcze,
niestrawność,
zgony z przyczyn sercowo – naczyniowych (moje ulubione),
zawały mięśnia sercowego,
udary niedokrwienne,
udary krwotoczne.
Czy będzie zabawniej, jak napiszę, że duży odsetek występuje częściej niż 1 na 10 przypadków?

Pod spodem pacjent pisze:
Tak, jestem niebywałym entuzjastą, zróbcie mi to natychmiast!!! Oświadczam, że już wszystko wiem i marzę tylko o tym!

Mama naturalnie opowiedziała mi wszystko ze szczegółami, chociaż mówiłam, że nie chcę wiedzieć. Teraz, jak już wiem, to jestem pewna na 100%, że nie chciałam wiedzieć.

- Wiesz, całe II piętro zajmuje blok operacyjny.
- No wiem.
- I wiozą cię tym labiryntem z milionem zakrętów.
- Hehe, to specjalnie, żeby im pacjent z bloku nie pitnął. I tak nie znajdzie drogi powrotnej.
- Patrzyłam na strzałki, jakby co.
- Jesteś niezwykle przebiegła.
- I słuchaj, co zakręt się zatrzymywaliśmy i pielęgniarka zakraplała mi oko. Po piętnastym zakręcie to już miałam dosyć.
- No ja sobie wyobrażam.
- A potem to już leci jak na taśmie wiesz? Pacjent, pacjent, pacjent…
- Mogli taśmę zamontować już koło windy, mieliby mniej roboty.
- Niby racja. I potem mi oko zakleili. Plastrem. Z dziurą.
- Musiałaś być wyjątkowo pociągająca.
- No. A potem wsadzili mi do oka jakieś żelastwo. Taką rozpórkę. I skręcili śrubą.
- Żebyś nie mrugała. Zawsze o tym marzyłam.
- A resztę twarzy przykryli mi szmatą.
- Z zewnątrz to musi zajebiście wyglądać. Szmata i jedno wytrzeszczone oko bez powieki.
- Duszno było.
- Ciesz się, że cię nie zakneblowali.
- Cieszę się bardzo. A wiesz, że cały czas ładowali mi krople do oka?
- No coś ty? Niezwykle oryginalne podejście.

Reszty już wam nie napiszę, bo sama przed sobą udaję, że tego nie słyszałam. Mam tylko nadzieję, że nie będzie mi się to śniło w długie zimowe wieczory.

To, co najbardziej lubię w szpitalach, to podejście pielęgniarek. Mało nie zleciałam z Mamy łóżka, kiedy na korytarzu rozległ się gromki okrzyk:

- Jaskry do ciemni!!!

Ja pierdzielę, nawet się nie jest przypadkiem, tylko jednostką chorobową.
Albo nazwą leku.
Ech, ech…

Przed nami następny etap, prawdopodobnie za sześć tygodni. A potem następny i następny. I cholera wie, ile jeszcze. No nic, lepsze to niż ślepym być, no nie?

20 czerwca 2007

Już po

Wszystko w porządku.
Ale muszę biec dalej, więc obiecuję napisać dziś wieczorem albo, jeśli nie będę miała siły – jutro rano.
Ściskam. Dzięki za słowa otuchy,

19 czerwca 2007

Nie bardzo wiem, co pisać

Poza tym czuję się, jakbym była studentką. Mam klasyczny nastrój sesyjny, tzn. żołądek fika koziołki.
Albo mi się waga zepsuła, albo stres mnie po prostu pożera. I nie mówcie, że mam jeść, bo jem, naprawdę. Obstawiam, że to jednak awaria, ale dobrze, bo we właściwą stronę.
Czekam na telefon od Mamy, żeby mi powiedziała, gdzie ją położyli.
Wszystkie plany, tak skrzętnie wyliczone co do minuty, legły w gruzach z powodu jednej niestympatycznej osoby. Więc zareagowałam klasycznie, czyli uciekam z pracy. Jutro mnie nie będzie, będę sobie za to sterczała pod salą Mamy, bo nie można pod blokiem operacyjnym. Tam nawet nie można wysiąść z windy.
Zastanawiam się nad lekturą do czytania w czasie oczekiwania. Coś muszę mieć, bo oszaleję, ale jednocześnie jestem teraz wyjątkowo nieusamodzielnionym czytelnikiem i nie stać mnie na żaden wysiłek intelektualny. Może wezmę jakąś Musierowicz, tylko sobie obłożę papierem, żeby ludzie nie widzieli. No chyba że wezmę Neila Gaimana (udało mi się wreszcie zdobyć „Nigdziebądź”) i poczytam Mamie na głos.
Brzuuuuch mnie boli.

Zapomniałam, że rano myślałam, żeby napisać, że miałam SEN.
Śniło mi się, że przyjechała do mnie z wizytą PACIA. Nie pytajcie, jak to możliwe, że wiem, bo paci na oczy nie widziałam.
Pobyła trochę, wypiła kawę, herbatę i poszła. A na stole zostawiła mi kartkę o następującej treści:
Spodziewałam się czegoś więcej„.

Podejrzewam, że to pokłosie ostatniej wymiany korespondencji e-mailowej, w której pacia poinformowała mnie, że ona mnie nie idealizuje. Czyli znaczy, że coś w tym jest.
I to by było na tyle, jak mawiał klasyk.

18 czerwca 2007

Zespół dnia drugiego

Odcinam dziś kupony od wczorajszego szaleństwa. Bezalkoholowego. Nagle czuję wszystkie mięśnie, zwłaszcza w nogach. I nie wiem, co się dzieje, może to spadek ciśnienia, ale mam śpiączkę funkcjonalną. Pewnie nie powinnam się chwalić, że dopada mnie to w pracy, ale mam nadzieję, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. I to wcale nie jest zależne od ilości materiału do przerobienia czy od tzw. przestoju.
Dodatkowo czeka mnie wyjątkowo obciążony tydzień. Dziś muszę wypuścić się z Potomstwem w miasto, na co wybitnie nie mam ochoty. Potomstwo w czwartek ma zakończenie roku szkolnego, a w piątek finalną imprezę w postaci dyskoteki, na której się nie tańczy, tylko lata i wrzeszczy, ale obowiązkowo należy wrzeszczeć w stroju możliwie najbardziej wyjściowym. Na tę okoliczność Potomstwo wyłudziło grubszy fundusz od swojego twórcy (połowicznego), co należy traktować jako okoliczność łagodzącą, bo łazić muszę, ale za to bezpłatnie.
Następnie mamy zakończenie roku wraz z wynikami egzaminu końcowego na angielskim. Wrócę do domu po 19 i nie wiem, czy przetrwam nawet Serial Kultowy.
Od jutra zaczyna się przygoda z kliniką okulistyczną. Po pracy śmigamy z Potomstwem na szczepienia i do lekarza, potem wykopuję ją z samochodu pod domem i zasuwam do kliniki.
W środę operacja.
Tata wziął na siebie siedzenie pod blokiem operacyjnym, więc będę ogryzała paznokcie w Archiwum X. A zaraz po pracy do kliniki.
W czwartek prosto po pracy muszę jechać do drugiej pracy. Mam też nadzieję, że wszystko w klinice będzie dobrze i w ten dzień Mamę wypiszą do domu, bo tam jest taśmociąg i jak pacjent nie jest w stanie zejściowym, to natychmiast się go pozbywają. No to jak Ją wypiszą, to ja po drugiej pracy śmigam do Rodziców, żeby sprawdzić, czy nie przyszyli Mamie nogi do ucha w ramach leczenia eksperymentalnego. No i trzeba skontrolować, czy jest grzeczna i stosuje się do zaleceń.
Wiem, mogłabym przecież nie jechać, bo jest Tata i on wszystkiego dopilnuje, ale nie mogę zwyczajnie. I tak już mnie brzuch boli, że nie przesiedzę środy pod blokiem operacyjnym. W czwartek – nie zapominajmy – mamy też zakończenie roku szkolnego, co w aspekcie ostatnich wydarzeń, zeszło na plan drugi.
W piątek dyskoteka. Mam nadzieję, że Szef nie ma żadnych egzaminów i poprzewozi Potomstwo tam a nazad.
A jak nie – niech jedzie na tę imprezę tramwajem, a wieczorem to już coś skombinujemy.
W pracy 1/4 działu (biorąc pod uwagę wakat) idzie na urlop. No i zostajemy sobie sami – z kierownikiem i wakatem. Przewiduję nieznośną ciężkość bytu.
Przypadkiem odkryłam, że biuro podróży na rezerwacji wpisało mi źle nazwisko, więc interweniowałam, żeby na lotnisku nie obudzić się z ręką w nocniku. I co z tego, że racja po mojej stronie, bo na umowie sprawdziłam 5 razy i jest dobrze. A i tak biletu odebrać nie będę mogła, bo co z nim zrobię na odprawie, jak w paszporcie stoi czarno na maziatym zupełnie cos innego. No i będę się denerwowała, dopóki nie zobaczę tego biletu, mimo że pan natychmiast wszystko przekazał do korekty. Ale co tam – nie ma nic darmo.
Jeszcze tylko wyprowadzić wszystko, co trzeba, w spółdzielni, we wspólnocie, w pracy, upewnić się, że z Mamą w porządku, zapewnić kotom posiłki, złożyć na poczcie zlecenia przetrzymania korespondencji, kupić jakieś kosmetyki na słońce i… Wyjątkowo mi się ten urlop należy w tym roku, wiecie?
Dobrze, że poszłam w zaparte i wykupiliśmy go w styczniu, bo teraz to chyba nie miałabym siły walczyć.

17 czerwca 2007

Mam czyste sumienie, czyli: wstyd się ludziom na oczy pokazać

Nie wiem, co mi się dzisiaj stało. Wpadłam w szał realizacji postanowienia sprzed wielu miesięcy (minimum pół roku) i… zrobiłam porządek w książkach! Mało tego! Samodzielnie wykonałam katalog w postaci arkusza Excel, gdzie mamy autora, tytuł, wydawcę, liczbę tomów i szafkę, w której książka się znajduje. Półki nie numerowałam, wychodząc z założenia, że jakoś się znajdzie. Założenie było błędne, kiedy postanowiłam postawić Krawczuka koło Krawczuka w trójce i nie mogłam go znaleźć.
Szef pojawił się około pozycji 147. i został zaprzęgnięty. Dostał lekką pracę, tzw. umysłową i siedzącą. Ja robiłam za fizola, który się schyla, klęka, włazi na krzesło, psika psikaczem do czyszczenia półek, dyktuje i odkłada. Jednocześnie przydzieliłam sobie rolę kierownika, bo decydowałam co – gdzie.
W okolicach pozycji 250. Szef powiedział, że moje poczynania są tendencyjne i zapytał, ile trzeba dać, żeby jakaś jego książka znalazła się w szafie numer 3.
Po dotkliwym pobiciu milczał do pozycji 324.
Już przy pozycji 346. uznaliśmy, że są jednak książki, których należy się pozbyć i dokonaliśmy częściowego resetu. Przy pozycji 302 doszliśmy do wniosku, że nie warto ewidencjonować bryków* i dokonaliśmy częściowego resetu.
Przy pozycji 278. stwierdziliśmy, że istnieją książki, których normalny człowiek nie może zaewidencjonować i dokonaliśmy częściowego resetu, układając je w szafce numer 5 z tzw. literaturą niszową.
Przy pozycji 350. Szef zaczął podejrzanie wzdychać, więc przeniosłam wszystkie pozostałe książki w stosy na biurko, żeby mu niezbicie wykazać, że już z górki**. W międzyczasie sporządziliśmy szybki posiłek w postaci pomidorowej, bo pomidorowa nas zachęca do działania. Coraz większa część książek wpadała do szafki numer 5 – literatura niszowa. Chciałam się usprawiedliwić, że to świadczyć może o naszym zmęczeniu, a nie o lenistwie albo kompletnym kretynizmie bibliotekoznawczym.
Przy pozycji 390 doszliśmy do wniosku, że powinniśmy być uczciwi i zwrócić Rodzicom te książki, które podstępnie im podkradliśmy i dokonaliśmy częściowego resetu, tworząc kupkę wychodzącą.
Zakończyliśmy na pozycji 403.
Rozejrzeliśmy się z dumą i podsumowaliśmy, że jesteśmy wyjątkowo udaną parą, która potrafi robić różne rzeczy wspólnie.
Zamyśliliśmy się na okoliczność stanu posiadania i doszliśmy do druzgocącego wniosku, że to żenujące i wstyd się ludziom na oczy pokazać. Co to za dom, w którym nie ma 1000. książek***?!

Znaleźliśmy miejsce.
Wzywamy stolarza.
Dorabiamy półki.
Wyruszamy na łowy!

* to są stare, dobre bryki polonistyczne, a nie jakieś tam śmieci – nazwijmy je roboczo opracowaniami
** i żeby mi nie zwiał przed końcem, bo już byłam zmęczona
*** zaewidencjonowanych

16 czerwca 2007

Matka jest tylko jedna

- Mamusiu… – jęczę do telefonu.
- Mmm…? Zapomniałaś czegoś?
- Nie. Dzwonię do ciebie, bo nikt mnie nie rozumie!
- A co sobie kupiłaś? – pyta wiedziona nieomylnym instynktem Rodzicielka.
- Szafkę na torebki. A on mówi, że ja mam ekstrawaganckie podejście do meblowania mieszkania!
- Nie zna się. Wszyscy wiedzą, że szafka na torebki jest absolutnie niezbędna!
- Dzięki, kochana. Wiedziałam, że można na ciebie liczyć.
- Proszę uprzejmie. Opowiadaj ze szczegółami, już się rozsiadam. Gdzie kupiłaś?
- W Ikei.
- O, cholera!
- Co cholera?
- Szkoda, że nie powiedziałaś, że jedziesz!
- A co, potrzebujesz coś?
- Jasne. Patelnię. Półkę do kuchni…
- A tata o tym wie?
- Coś ty, on mnie nie rozumie!
- Hehe.
- Hehe.
- To przyjadę po ciebie jutro i cię zawiozę.
- Coś ty, przy okazji skoczymy. I co z tą szafką?
- Jest boska. Idealnie w kolorze mebli w sypialni. I jest taka niska, że pięknie mi weszła pod skos.
- Pod okno dałaś?
- No. Mówię ci, rewelacja. Dwie wielkie szuflady, chodzą jednym paluszkiem. Do drugiej włożyłam czapki i szaliki.
- Super! To ja wpadnę na kawę w najbliższym czasie*.
- Ale to nie wszystko.
- No nie mów?
- Rozmawiałam dziś z Helmutem**.
- I co?
- I powiedział, że mi wybije piękne drugie dachowe okienko w sypialni! Większe. Łamane, żeby mi nie wystawało do pokoju. A w przyszłym roku, jak uzbieram, to do niego zadzwonię, żeby mi też wymienił na większe to stare. I nagle się okazało, że wszyscy chcą. I będzie wybijał cztery.
- No nie mów! Tam się aż prosi! I utargujecie zniżkę!
- Nie pytaj! Wiesz… nikt mnie nie rozumie tak, jak ty!
- Hehe. Wiadomo!

* czytaj: Muszę to zobaczyć!
** robocza nazwa pana od naprawiania dachu

15 czerwca 2007

W końcu dorwałam się do rozmów z Tatą

Protoplasta, syn oficera Wojska Polskiego, nie wdaje się z durną babą*, w dodatku dyskomfortowo młodszą od siebie**, w dodatku w jego mniemaniu mającą grzecznie wysłuchać i się zastosować*** do poleceń, w żadne dłuższe dyskursy. Zostałam przeczołgana, upomniana z wpisem do akt osobowych, zorganizowana i ogólnie doprowadzona do pionu. Grafik został profesjonalnie rozrysowany, wiadomo kto Mamę odwozi, kto przywozi, kto odwiedza i w jakich porach****. Przy okazji nie omieszkał bezlitośnie wypomnieć mi kilku niedociągnięć mojego organizmu, a następnie zapytał:
- Moja droga, czy ty nas jutro nawiedzasz?
- Nawiedzam, mój drogi, w dodatku z całą rodziną. Z wnuczką włącznie.
- A to bardzo dobrze, biedne dziecko.
- Kto że niby biedne dziecko?
- Twoje dziecko.
- Z jakiegoż to powodu owe dziecko biednym jest?
- Bo ty jesteś jego matką! I uciskasz, a więc jest elementem uciskanym. A o jakiej porze nawiedzacie, chciałbym wiedzieć, gdyż muszę mieć pewność, o której schować się pod biurko.
- A figę ci powiem, wiem, że jest za gorąco, żebyś się szwędał, więc zamierzam cię zaskoczyć oraz wyeksploatować, mam bowiem pewność, że jesteś wystarczająco wredny, by się okopać i nie reagować na dzwonek.
- No proszę – rozumu ci Pan Bóg nie poskąpił. Moja krew.
- Niesłychane, jak ty sobie przypisujesz wszelkie osiągnięcia.
- Słychane i wręcz oczywiste, że mojeż-ci one są. A poza tym, nie po to się z tobą od tylu lat męczę (a męczę się okrutnie), żebym sobie zasług nie mógł przypisywać.

Takie dyskusyjki malownicze toczymy sobie, oboje przebywając w swoich zakładach pracy. W końcu nie po to do nich przychodzimy, żeby się katować, nieprawdaż. W dodatku oddaleni od siebie o 1 (słownie: jeden) przystanek tramwajowy. Ale komu by się chciało chodzić.

Na inne, nurtujące mnie tematy nie rozmawiamy, bo jak tylko coś burknę, to mam zapewnioną musztrę w nocy, w błocie, po pas w śniegu i w ogóle bez litości.
Nie wiem po prostu, jak ja będę żyła, kiedy go zabraknie. Kto będzie na mnie ryczał bez powodu i czołgał mnie bez litości. No nikt się nie odważy.
Uwielbiam mojego Ojca. Naprawdę.
Jest fajny.

* ja
** 37 lat
*** od tego są córki
**** czas środkowoeuropejski

14 czerwca 2007

Jestem kompletnie przetrącona

Robię jakieś dziwne rzeczy, które do niczego nie przystają. Nie bardzo umiem się skupić, Nie bardzo stać mnie na jakikolwiek wysiłek. Wczoraj nie potrafiłam wyjść na I piętro do koleżanki, żeby jej o tym wszystkim powiedzieć. Dobrze, że jest normalna – niewiele myśląc zeszła do mnie na dół. No i oczywiście krzyczała, że nie mogę tak na wszystko patrzeć, że nie mogę zakładać najgorszego, że czarnowidztwo nie jest tym, co teraz powinnam uprawiać. Ale to nie tak. Jestem po prostu dorosła, muszę zakładać wszystkie ewentualności. Nie stać mnie na hurraoptymizm, bo szanse są pięćdziesięcioprocentowe: uda się albo nie. Nie mogę i nie chcę czekać na sytuację, że się nie uda i to mnie zaskoczy. Gdyby się nie udało, trzeba będzie zmienić całe nasze życie. Złapałam się wczoraj na tym, że zaczynam planować zamieszkanie z rodzicami, bo nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Mama obija się po mieszkaniu o sprzęty – sama i przerażona. Ona już nie nabędzie żadnych nowych umiejętności, to nie to samo, co być niewidomym od urodzenia albo od młodości. Ona nie ma już napędu do uczenia się wszystkiego na nowo. A przecież zmiany, które ewentualnie nas czekają, to nie tylko kwestia organizacji zamieszkania, życia codziennego, zmiana przyzwyczajeń. To jeszcze długi czas walki z depresją, stawiania pierwszych kroków, jak z małym dzieckiem. Muszę o tym myśleć, nie z powodu, że zakładam, że będzie źle, ale dlatego, że wiem, że tak może się stać i muszę być na to przygotowana. Jestem dorosła, do cholery! Muszę być odpowiedzialna. A czy chcę – to całkiem osobny problem. Zdaję sobie sprawę, że cały ciężar spadnie na mnie, nie boję się trudu – to moja Mama, kocham ją nad życie. Boję się jej cierpienia. Powiedziała mi wczoraj, że nie chciałaby żyć, gdyby się nie udało. Moje usta mówią w takiej sytuacji mądre, dobre rzeczy. Moje serce krzyczy tak głośno, że aż dziw, że nie słychać w całym domu.
Skupiam się na pozytywach:
- to szczęście, że mieszkamy właśnie tu,
- nigdzie nie miałaby lepszej opieki niż na miejscu,
- w Polsce nie ma lepszych specjalistów,
- tylko tutaj stosuje się eksperymentalne metody, nigdzie w kraju nie ma do tego dostępu,
- operowana będzie przez znajomą, która jest znakomitym fachowcem,
- wszystko dzieje się po znajomości, więc nie musi czekać (w styczniu byłam świadkiem, jak pani doktor umawiała wizyty na SIERPIEŃ!!!).
Staram sie skupiać na tych rzeczach, nie rozpraszać się, a o tym, o czym pisałam wyżej wysilam się myśleć wyłącznie bez emocji i w kwestiach organizacyjnych. Nie: dlaczego, tylko: jak to zrobić i jak szybko uda się to zrealizować.
Wspomagamy z bratem telefonie komórkowe. Pewnie dziś czeka mnie awantura z mamą, wścieknie się na mnie, że mu o tym napisałam, znam ją – jest niezwykle samodzielna i nie lubi obciążać innych swoimi problemami. Ale mam to w nosie, uważam, że powinien wiedzieć. I nie ma znaczenia fakt, że mieszka i pracuje w Niemczech – jeśli zaszłaby taka potrzeba – musi być tu.

Może nie powinnam tak o tym wszystkim pisać, ale gdzieś muszę dać upust szarpiącym mną emocjom, bo oszaleję.
Więc przepraszam, ale notki w najbliższym czasie będą monotematyczne. Zwłaszcza, że zabieg będzie musiał być powtarzany. Prawdopodobnie raz na kwartał. Dobra, kończę, bo zacznę krzyczeć.

13 czerwca 2007

Co jest człowiekowi potrzebne

Mam sypialnię na poddaszu, co generuje okienko dachowe. Jak sobie stanę w tym okienku i popatrzę w lewo, to mam tak:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

I tak sobie myślę, że bardzo bym chciała teraz nie być w pracy. I bardzo bym chciała nie jechać po pracy do fryzjera. I bardzo bym chciała uciec do własnego domu, do własnej sypialni i tak sobie stać w tym okienku. I tak sobie patrzeć na lasek.

A najbardziej bym chciała amputować sobie mózg. Bo wtedy nad niczym nie musiałbym się zastanawiać. Wyobraźnię bym miała amputowaną i nic bym sobie nie wyobrażała. Ale ponieważ to się wiąże z zejściem całego organizmu (jak sądzę), to pewnie mi się nie uda. Więc będę sobie wyobrażała, co by było gdyby. I pewnie sobie popłaczę i obraz mi się zamaże.

Równowaga

Muszę się Wam przyznać, że po zakończeniu historii Krysi przez głowę przemknęła mi myśl, że coś się chyba wydarzy, bo drudzy odfajkowani, Krynia odfajkowana, a u mnie podejrzana cisza. Odepchnęłam ją od siebie, żeby nie kusić losu.

Przed chwilą dzwoniła do mnie Mama. W przyszłym tygodniu ma operację – konieczną, bo grozi jej utrata wzroku.
I trzeba ją zrobić natychmiast.

No to mamy 1:1:1.

Jak sądzicie, czy ta passa wreszcie się skończy?

12 czerwca 2007

Muszę, inaczej się uduszę

To jest jakby ciąg dalszy do poprzedniej notki. MEN sobie wykoncypował, żeby zrezygnować z koedukacji w szkołach. Bo to pozwoli na podkręcenie potencjału płci. Ja nie będę przytaczała żadnych argumentów, bo szkoda mojego cennego czasu (choć pewnie mogłaby powstać wielce interesująca notka), powiem tylko, że to mnie przeraża. Przeczytałam bowiem dodatkowo wypowiedź byłego ministra edukacji (nazwiska nie pomnę), który się wypowiedział, że to głupie jest, bo jak jest w gminie jedno gimnazjum, to co, dla dziewczynek mają nowe wybudować?

I widzicie?
Od razu się zakłada, że jak ktoś ma chodzić do szkoły, to chłopcy.
Mnie to przeraża, bo nie od dziś wiadomo, że czego jak czego, ale równouprawnienia to w tym kraju nie ma. Być tu Żydem, Murzynem, niepełnosprawnym albo kobietą to po prostu SYF.

Osobną notkę poświęcam, czyli: Roman, przestań pieprzyć!

„Poniedziałek, 8.25, Radio ZET. Monika Olejnik skończyła właśnie rozmowę z wicepremierem, ministrem edukacji Romanem Giertychem. Prowadzący poranną audycję Marek Starybrat i Jarek Budnik zaczynają żartować na antenie: – Dostojewski, wyjdź z klasy!

- Jaka jest ulubiona powieść Romana Giertycha? – „Tytus, Romek i A’Tomek”!

- A jak się nazywają uczniowie, którzy wybierają etykę według LPR-u? – Heretycy!

- Dobrze, że już skończyli, bo dłużej bym nie wytrzymał. Roman, przestań pieprzyć! – mówi Marek Starybrat.

Jeszcze przed południem prezes Radia ZET Robert Kozyra wysyła przeprosiny do wicepremiera Giertycha. List z Radia ZET jest też wysłany do Klubu Parlamentarnego LPR.

Jednak młodzi posłowie Ligi nie zamierzają odpuścić. O 14 zwołują konferencję prasową. – To znieważenie urzędnika państwowego wykonującego swoją pracę – mówi rzecznik LPR Krzysztof Bosak. – Chcemy, aby KRRiT skorzystała ze swoich ustawowych uprawnień i za tę wypowiedź nałożyła karę na Radio ZET. Wskazana byłaby symboliczna kara kilkudziesięciu tysięcy złotych. Analogiczna wypowiedź ze strony jednego z kandydatów na prezydenta wobec natrętnego uczestnika spotkania wyborczego [chodziło o słowa "Spieprzaj, dziadu!" wypowiedziane przez kandydującego na prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego] wywołała wielomiesięczną falę komentarzy, jak nie należy się zwracać w publicznej dyskusji – tłumaczy Bosak. Ukarania Radia domaga się też Lech Haydukiewicz, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z ramienia LPR.

Rzeczniczka Radia ZET Katarzyna Brzezińska: – Był to niefortunny komentarz prowadzącego. Ta wypowiedź nie powinna znaleźć się na antenie”.
Źródło: Gazeta Wyborcza

Głos ZA:

ROMAN, DO CHOLERY, PRZESTAŃ PIEPRZYĆ!!!

Nowy dzień

Humor mi dopisuje, jak rzadko kiedy. Budzik zadzwonił, a ja wyskoczyłam z łóżka rześka i żwawa, naładowana energią i radosna, bez śladu zniechęcenia do pracy (a ja wstaję o 5.30!). Słońce świeci! A wieczorem w lasku koło domu objawiła się kukułka! I jak ślicznie! Życie jest piękne!!!
Oj, dziewczyny, mówię wam: jak pięknie jest żyć!!!
Jestem zdania, że dobry, stary Pan Bóg zawsze potrafi nas pouczyć. Żebyśmy nie zajmowali się głupstwami, znaleźli dystans, cieszyli się z biedronki, wróbelka i nawet z tego, że ogórek nie śpiewa.
Wszystkie trudności pokonamy, one są po to, żebysmy wiedzieli, jakie nieprawdopodobne piękno staje sie naszym udziałem. Żebyśmy zyskali pewność, że życie jest jednorazowego użytku, traktowali je jako łaskę, a nie jako coś oczywistego, co się nam należy, bo tak. Czuję się dziś jak wczesną wiosną, kiedy przeżywam zachwyt nad budzącym się życiem, nad pękającymi pąkami, słonecznymi porankami. Dziś właśnie zyskałam pewność, że wreszcie wiem, dlaczego Wielkanoc jest wiosną. Bo życie zwycięża śmierć i każdy krzaczek jest tego świadectwem. Przepraszam, że bełkoczę jak oszalała, ale normalnie mnie roznosi! Wczoraj w wieczornej rozmowie telefonicznej mówiłam Cotkowi, że jeszcze rok temu nie podejrzewałabym, że spotka mnie takie szczęście! Jak mogłabym przypuszczać, że połączy mnie taka bliskość z dwiema absolutnie wyjątkowymi kobietami, które szanuję i podziwiam. Myślicie, że to dla mnie oczywiste, że druga-mama obdarzyła mnie przyjaźnią? Nie marzyłam o tym nawet. Myślicie, że to dla mnie oczywiste, że Krynia otworzy przede mną swoje serce? Ja jestem zwykłym człowiekiem, z różnymi wadami i przywarami, miewam humory, fochy, buntuję się i złoszczę. Ani trochę nie jestem idealna czy posągowa, wręcz przeciwnie!

Hopsasa!!!

Normalnie jestem dziś Tygryskiem z „Kubusia Puchatka”. Chce mi się skakać i brykać! To daje wiele radości moim koleżankom w pracy – wyobraźcie sobie podskakującą na korytarzu babę po trzydziestce, z nadwagą i na obcasach!
Dużo we mnie tej dziecięcej radości, którą zwykle gubimy po drodze, tego prostego zachwytu nad każdym głupstwem, o którym zapominamy, bo się nam wydaje, że dorosłym nie wypada. Jadąc dziś do pracy śpiewałam w samochodzie pełną piersią. To niezwykle atrakcyjne widowisko dla współużytkowników dróg – zwłaszcza na czerwonym świetle, hihi.

Ach, taka jestem wdzięczna za wszystko!!! To jest moja modlitwa dziękczynna: w pokorze dziękuję, że mogę żyć!

Hopsasa, hopsasa, hopsa… sa..

I podskakując pobiegła dalej.

11 czerwca 2007

Cuda trwają

KRYSIA JEST Z D R O W A ! ! !

A było tak

W PIĄTEK

zawaliło mnie robotą i zanim się ocknęłam, była 14.30. A ze słonecznego ogrodu pod górami docierały do mnie tęskne i ponaglające smsy instrukcyjne, związane z natychmiastowym porzucaniem zajęć wszelkich i przybywaniem. O 14.45 nie wytrzymałam, walnęłam papierzyska w szufladę i oznajmiłam kierownictwu, że nie zniosę pracy ani chwili dłużej, co rzeczone potraktowało z godną podziwu pobłażliwościa i pomachało mi na pożegnanie. Jeszcze tylko szybki obiad, graty i w drogę.
Na miejscu czekała na nas kwicząca z radości i rzucająca się na szyje silna, zwarta grupa, pozbawiona tatusia, który pilnie pobierał nauki w byłym mieście wojewódzkim oraz Kacperka, który oddawał się różnym szaleństwom na zielonej szkole. Odkleiliśmy od siebie domowników, a potem po kolei wszystkie zwierzęta i już mogliśmy cieszyć się swoją obecnością, pogodą, trawą w ogrodzie, która wbrew zapowiedziom miała 2 cm wysokości, herbatkami i gadaniem, gadanie, gadaniem bez końca. Naturalnie najintensywniej gadającymi były Magdusia i Asia, którym wciąż było mało, a spacyfikowane zostały dopiero przez gospodarza około północka.

Tak samo było w SOBOTĘ,

a może nawet lepiej, bo Marek poszedł na częściowe wagary, urwał się ze szkółki i godnie uczestniczył w leniuchowaniu, podśmichujkach, żarcikach, przegadywankach i przepychankach.
Przemiłe dyskusje dotyczyły np. tego, kto posiada większą oponę na brzuchu, a w licytacji brylowali gospodarze.
Magdusia: Patrz, Asia, jakie ma wychudzone ramionka, biedaczek.
Asia: Powinien co rano biegać.
Magdusia: Na rękach, hehe.
Mareczek: milczy godnie
Magdusia: Mareczku, chyba zaczniemy uprawiać jogging w ogrodzie po rosie.
Mareczek: A skąd ja ci rosę wezmę?
Asia: Na rękach będziesz biegał.
Mareczek: Ja się nie mogę przemęczać.
Asia: Nie powiedziałam, na czyich rękach.
Mareczek: A to mi się nawet podoba. Spróbujemy?
Poza tym obżeraliśmy się po prostu nieprzyzwoicie. Znaczy głównie ja się obżerałam. Dieta rozłączna poszła w kąt, zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, co to znaczy: żp, a lody i czekolada dobiły mnie ostatecznie.
A potem zabraliśmy Magdusię, żegnaną przez małżonka zaleceniami w stylu:
- Nie wracaj prędzej niż za trzy dni…
i już musieliśmy wracać. O wiele za szybko.
Polaków rozmowy po kuchniach trwały w nockę ciemną.

W NIEDZIELĘ

mimo bezlitosnych zapowiedzi, że wstaniemy o szóstej i najedziemy Krysię o 6.30 z żądaniem śniadanka oraz usług kąpielowych (u mnie znów nie ma ciepłej wody!!!), zachowałyśmy się w miarę przyzwoicie. Przy kawie złapał nas telefon Krysi:
- O matko, a kiedy wy przyjedziecie, bo ja w rozkładzie jestem!
- Spiesz się, bo właśnie odpalamy!
Jęk.
Wbrew oczekiwaniom wszyscy byli w pełnym rynsztunku i gotowości. Krysia usadziła nas obie na huśtawce w ogrodzie, sama usiadła naprzeciw i miała nas na oku. Trudno się dziwić kobiecie, przyznać trzeba, że wykazała się godną podziwu zapobiegliwością, bo kto tam wie, gdzie rozlezą się takie dwie. I jakie tego mogą być konsekwencje.
Na obiadek wyruszyłyśmy zgodnie z zapowiedziami i ku mojej radości obie gwiazdy były zachwycone zaproponowaną im jadłodajnią, doceniając zarówno jakość dań, ich ilość, cenę, jak i wystrój wnętrz. Dodatkowo na miejscu czekała nas niespodzianka: ledwo wsadziłyśmy widelce w surówkę, a tu w drzwiach staje moja Mama i nuże cieszyć się, jakiego zrobiła nam psikusa. Zamówiłyśmy natychmiast dodatkowe danie, dostawiłyśmy dodatkowe krzesło i jazda przerzucać się opowieściami, jak to tylko kobiety we własnym gronie potrafią. A że wciąż było nam mało, to niebawem wróciłyśmy do Krysi w powiększonym składzie, bezlitośnie wyciągnęłyśmy z łóżka Krysiną Mamę, dokoptowałyśmy do towarzystwa i bez zbędnych ceregieli zmuszałyśmy do wysłuchiwania strasznych głupot produkcji własnej. Odnoszę wrażenie, że całkiem nieźle się bawiła, bo nie chciała nas opuścić, mimo że spadł deszcz i z gromkimi okrzykami:
- Niech ktoś zabierze szklanki!
- Mamę, Mamę najpierw!!!
- Zrób coś z tą ławką!
- Niech ktoś przesunie psa!
musiałyśmy ewakuować się do domu.
Niezastąpiony cierpiał z godnością i nie zrobił nawet jednej uwagi na temat oszalałych kwików, dochodzących z apartamentów małżonki.
Zawsze byłam zwolenniczką poglądu, że dziewczynki to się umieją bawić i nie dzieli ich wiek, bo czy masz lat 34 (Asia) czy 84 (Mama Krysi), to wystarczy, że duch młody, choćby ciało mdłe.
Kiedy spojrzałam na zegarek, dochodziła 21. Włos mi na głowie stanął dęba, pozamiatałam do torebki własną Protoplastkę, obcałowałyśmy kogo się dało i uciekłyśmy do domu.
A co tam się jeszcze działo, na pewno będzie można przeczytać TU i TU. Podejrzewam również, że powstaną jakieś opowieści alternatywne.
I ja sama je przeczytam z dziką przyjemnością.

Zamiast szczegółów

Magdusiu – za nocne Polaków rozmowy (zawsze w kuchni, choć w mojej nie ma gdzie usiąść) i za te wszystkie mądre rzeczy, które mi mówisz;
Marku – za to, że godnie znosisz najeźdźców i za to miłe, cięte poczucie humoru;
Michasiu – za pouczające wycieczki po drogach waszego miasta;
Zuziu – za to, że zawsze biegniesz, żeby dać mi całusa;
Kajtusiu – za uśmiech i dające do myślenia komentarze;
Kamilku – za pomoc małych rączek, nieocenionych w trudnych dla dorosłych sytuacjach i za spojrzenia z okolic łokcia;
Adrianku – za wodę w kubeczku i wymruczane na pożegnanie w okolice brzucha „Kocham. Pa”;
Krysieńko – za to, że grzeszysz, obyś to robiła jak najczęściej;
Mamo Krysi – za to, że tak dzielnie dotrzymywałaś nam towarzystwa, choć od słuchania takich wariatek może zwiędnąć ucho;
Niezastąpiony – za twardy charakter i za to, że mimo wszystko nie pokazałeś nam drzwi;
Mamusiu – za twoją duszę pełną niespodzianek, samozaparcie i psotny charakter;
Szefie – za to, że zawsze stawiasz moje dobro nad swoje;
Córeczko – za dojrzałość, wyrozumiałość, wewnętrzny spokój i cierpliwość

D Z I ę K U J ę ! ! !

To był cudowny weekend.

8 czerwca 2007

Rozwiewam złudne nadzieje

Oczywiście, jak zawsze w takich sytuacjach, zapierniczam od rana jak wściekła. Opamiętałam się właśnie przed 13. Jest to nieco irytujące i przestrzega, że nie wolno planować lenistwa, bo się zemści i nie sprawdzi.
Miałam dziś okazję załatwiać jedną sprawę na zewnątrz, więc donoszę uprzejmie, że upał jak cholera, miasto lekko wyludnione, a niedobitki snują się sennie.
Wczorajszy dialog między mną a Szefem:
- Moja droga, jedna rzecz mnie martwi.
- Jakaż?
- Otóż jak się robi taki upał, to ja wysiadam.
- I co w związku z tym?
- Bo ty wtedy nabierasz wigoru, podskakujesz i zagrzewasz mnie do walki. Normalnie cię roznosi.
- Bo ja jestem dziecko słońca, a ty jesteś kret. Ale nie martw się, ja ci pokażę świat w świetle. Uszczęśliwię cię na siłę. Cieszysz się?

Dobrze to odzwierciedla upadki i wzloty naszego związku. Ja rzeczywiście świetnie znoszę wysokie temperatury, pocę się w granicach rozsądku, słońce mnie uszczęśliwia. Nie znoszę tylko zaduchu, ale to chyba standard. Lubię ten południowy rytm, który się wytwarza w upały. Wszystko zwalnia. Sprawy, które w pracy w zimie trzeba załatwić w godzinę, teraz załatwia się w trzy dni. I fajnie. Nie musi mi tyłka urywać czyjaś nadgorliwość.
Większa część polskiej ludności natomiast zdycha. Ja zdycham w zimie.
Zdycham na jesieni.
Zdycham bez słońca.
Chodzę na solarium, żeby mi się wytrąciło trochę witaminy D.
Jestem stworzona do życia na południu, no co za to mogę? Może mnie zamienili w szpitalu, a urodziła mnie jakaś ognista Włoszka, którą licho zawiało w głębokiej komunie do kadeludków?

Poza tym w pracy polityczny syf jak zwykle. Nie będziemy się nad tym pochylać.

A tymczasem w miejscu zamieszkania…
… wszyscy poza mna mają wolne. Jest to obleśnie niesprawiedliwe i podłe, mobbing, cholerajasnapsiakrew!
Kazałam im posprzatać na błysk. Jakaś sprawiedliwość musi być, nie? Tym bardziej, że wczoraj w szale niechcący ugotowałam dwa obiady i Szef nie musi się tym dziś kalać.

Moja ulubiona kosmetyczka wzięła sobie dwa dni wolnego, niech ma, kobita. Poplotkujemy sobie w przyszłym tygodniu :o)
Niestety w środę idę do tego fryzjera, oszszszsz… Ze dwie i pół godziny nie moje. Jakoś nie lubię. Nudzi mi się potwornie. I wiecie, że jestem jedyną osobą czytającą książkę? Chodzę tam od lat. NIGDY NIKOGO nie widziałam, kto by czytał książkę.
Skretynienie społeczeństwa postępuje.

Ech, ach, westchnęła nad degeneracją i zamknęła się.

PS Magdaleno, truskawki nabyłam. Cały koszyk.

7 czerwca 2007

Poczytalność

- Jak sądzisz, czy jestem poczytalna?
- Nie jesteś.
- Jestem! Mam już ponad 11 000 odwiedzin. Bardzo poważna poczytalność!

6 czerwca 2007

Sennie jakoś

Wczoraj o 22.00 dostałam jakiegoś szału i stwierdziłam, że od kilku miesięcy nie jadłam lodów, więc muszę natychmiast i już. Rzuciłam się w stronę zamrażalnika, z którego wygrzebałam zamarznięte na kość resztki śmietankowych. Polałam je obficie pomarańczową czekoladą, pożarłam mimo stanu niespożywalnego i mnie zemdliło.
A potem poszłam spać.

Wstałam rano zła jak osa, prawie wlazłam w kocie rzygi malowniczo wkomponowane w chodnik w sypialni, zlazłam na dół karkołomnie pokonując 3 futrzaki, które wrzeszcząc, że zaraz padną z głodu właziły mi pod nogi, pokłóciłam się z Szefem 8 razy o różne bzdury typu:
- worki są za małe i nie wchodzą na kuwetę, więc nie będę kuwet sprzątała, bo mówiłam jeszcze w sklepie, że trzeba kupić większe i jak tak dalej pójdzie, to wyprowadzę się do mamy;
- nie będę latała po kantorach i szukała dolarów w drobnych, bo przecież wie, że ja się boję chodzić z pieniędzmi, a jak mnie będzie zmuszał, to wyprowadzę się do mamy;
- od dwóch tygodni nie oddał mi pożyczonego na wyjazd do Warszawy podnośnika i klucza do kół, więc jak złapię gumę, to się wyprowadzę do mamy;
- znowu wczoraj zostawił burdel w kuchni i ja go sprzątałam o 6 rano, więc wyprowadzę się do mamy;
- nie ma pieniędzy, niech sobie sam spłaca kredyty, a ja wyprowadzę się do mamy.
I inne.
Szef pocałował mnie na do widzenia i powiedział, żebym nie wyprowadzała się do mamy, bo nie może beze mnie żyć, czym kompletnie mnie rozbroił, a to z kolei mnie wnerwiło, bo co mnie tu rozbraja, jak ja się chcę kłócić!

I pojechaliśmy do pracy.

Mam kompletną niechcicę zawodową, unikam wszystkiego, czego da się uniknąć. Staram się też uciec przed tym, czego uniknąć się nie da. Kierownika wysłałam, żeby zrobił mi kawę i darłam się za nim:
- Małą!!!
A on odwrzaskiwał z korytarza:
- Wiem! Białą!!!
Jesteśmy umówieni, że w piatek kompletne LB, nie włączamy komputerów w celach zawodowych, przynosimy kawę mrożoną, lody, ciastka i zamykamy się na klucz. Ciekawe, do której wytrwamy? Do 8.05? Nieważne, gra warta jest świeczki, popróbujemy.
O, kierownik zajrzał, bo mu się przypomniało, że jesteśmy w pokoju we dwie:
- Aniu, kawy?
- No. Białej.
Poszedł.
Matko, byle do 15.30. Co mi się dziś dzieje? Przesilenie jakieś, czy co?

W odpowiedzi na rozterki drugiej-mamy

Tak, dzieci miewają pomysły genialne.
Odkrywcze.
Zaskakujące.
Ab-so-lut-nie-nie-do-prze-wi-dze-nia.
Nawet jedynacy, naprawdę.

Jestem higieniczny jak mamusia.
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Nigdy nie spuszczaj oka z dzieci. Zwłaszcza, gdy wystepują w grupach.
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Czasem wystarczy, że występują w pojedynkę, ale są twórcze.
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Nie mogłam się oprzeć zamieszczeniu tych zdjęć.
Notkę napiszę później.

5 czerwca 2007

Okropnie mnie ta Krynia złości

No bo ona mi codziennie opowiada różne smakowite historyjki. To są takie opowieści, że człowiekowi palce same drgają w potrzebie uderzenia w klawiaturę. Ale to są rzeczy prywatne, Krysine i nie wolno mi absolutnie ich wykorzystywać – za to co mam radochy słuchając, to moje!
Krynia jest przepełniona tymi historiami po dziurki w nosie, a równocześnie stale narzeka, że tego bloga to ona nie ma o czym pisać. Ludzie! A ja jej słucham np. 5 godzin pod rząd i nie nudzę się nawet przez ułamek sekundy, rozmowa jest wartka jak górski potok.

Kryniu!
Napisz opowiadanie o drzewkach przed domem. Ja przyjadę, zrobię zdjęcia i zilustrujesz, żeby się ludzkość mogła przekonać naocznie.
Błagam cię, napisz tę historię o parkiecie i wazonie – aż dziw, że podczas jej wysłuchiwania nie posikałam ci fotela!
Napisz o Asi, jaka jest fajna i jak sobie dzielnie radzi. Jak się mądrze troszczy i o ciebie.

I taka jest ta nasza Krynia – wulkan ;o)

Namówiłyśmy się z drugą-mamą w kącie, o czym już zapewne wiecie, no i robimy Kryni najazd Hunów. Pożremy wszystko, co stanie nam na drodze!!!
A poważnie: jedziemy z familią do drugich w piątek wieczorem. Wracamy w sobotę, ale – że nam mało – zabieramy ze sobą drugą-mamę. Przechowujemy ją przez noc w piwnicy (bo kto tam taką wie, co jej do głowy strzeli), wypuszczamy rano i obie, w roli najeźdźców (wzrok dziki, suknia plugawa), zwalamy się Kryni na chatę (gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni). Kryni zakazałam wykonywania obiadu i porywam obie pląsawice do mojego ulubionego wegetariańskiego baru, gdzie się gospodynię nafaszeruje trzema porcjami (na zapas). Stan nafaszerowania osiągniemy poprzez stosowanie uporczywych kar cielesnych (np. gilgotki). Zapowiada się niesłychanie atrakcyjny łikend.

Poza tym jakaś taka jestem podniesiona na duchu. Tak, niepokoję się, martwię. Ale nie mam już tego kamienia w piersiach, jak przed badaniami. Zniknął. Ponieważ przeczucia nigdy mnie jeszcze nie zawiodły, więc zyskuję pewność związaną z wypryskami u niektórych tam osób, a zainteresowane osoby same się przekonają, że jak ja mówię, to wiem.
Wiedźmy tak mają, no nie?

4 czerwca 2007

Pierwszy etap za nami

Krynia jest już po zabiegu. Kiedy dzwoniłam, spała. I dobrze, niech sobie odpocznie trochę, kochana. Ma ostatnio aż nazbyt wiele emocji w życiu.
Materiał poszedł do badania do kliniki w Ligocie, tam, gdzie leżał drugi-tata. To znaczy, że najprawdopodobniej wszystkiego dowiemy się szybciej niż standardowo.
A potem już tylko luz, blues i planujemy te szaleństwa na lato, o których wspominałam na Krysiowym blogu.

Polecam skoczyć tam na chwilkę i pozostawić odcisk dłoni na piasku w postaci kilku ciepłych słów.

Aktualności

Po rozmowie z Uroczą Damą donoszę uprzejmie, że:
- w ramach sprawdzania funkcjonowania jednostek, Urocza Dama poleciała sobie zrobić USG całej Krystyny, z którego (tego USG) wynika niezbicie, że posiada (Krystyna) wszystkie narządy wewnętrzne (i ma na to dowód w postaci świstka z pieczątkami), w dodatku przecudnej urody, wyjątkowo kształtne i niezmienione uciążliwościami życia, na które się, jak wiemy, nie skarży przecież;
- w ramach konsultacji paramedycznych Urocza Dama została pokrzyczana przez znajomą panią doktor na okoliczność czekania na zabieg, wobec tego, uzbrojona we właściwe emocje, przycisnęła pana doktora marsem na czole, a ten mógł tylko wyjąkać, że przekłada jej zabieg. Na dziś;
- chudnie nam Krysia jak opętana, co jest źródłem moich niepokojów, bo lepiej być grubym i spokojnym niż chudym i oszalałym. W dodatku martwię się, że sobie zaszkodzi, więc wszyscy marsz T U i bezlitośnie zmuszać ją do spożywania.
A od 18.30 proszę dużo i intensywnie myśleć pozytywnie w kierunku Ligoty, kciuki trzymać i się uśmiechać, żeby przekabacić los.

Po wymianie uwag na tematy powyższe odbyłyśmy krótką dyskusję:
(K) – No a co tam u ciebie?
(A) – Pracuję. I martwię się o ciebie.
(K) – Nie martw się. Czytałaś moją notkę o tym, że macie się nie martwić?
(A) – Czytałam. I lekceważę twoją opinię.

Trwają również rozmowy dotyczące wizyty u drugiej-mamy. Ona jeszcze nie wie, że sprawa stoi na ostrzu noża, bo okazało się, że Szef ma szkołę. I to trzy łikendy pod rząd. Zaraz do niej zadzwonię, żeby się z bloga nie dowiedziała. Musimy znaleźć jakiś złoty środek. Usiłuję namówić Krynię, żeby jechała z nami. Może coś przykombinujemy, bo wije się jak piskorz, niedobra kobieta.

A teraz z zupełnie innej beczki.
Wiecie, że NFZ refunduje wizyty u ortodonty dzieciom do lat 12? A jak mojemu się zęby wykrzywiły po 12 roku życia, to co? Pies? Pani, zapytana o koszty, odpowiedziała bez zająknienia:
- Taka wstępna wizyta to 50 zł.
Taka wstępna? To znaczy, że później to co? 100 zł???
IRYTACJA.

Nawet nie chce mi się robić prasówki, bo w gazetach same tragedie, głód, pożar i korupcja. Zastanawialiście się kiedyś nad wydawaniem dziennika dobrych wiadomości? Bo ja tak. Ja chcę przy kawie przeczytać, że ktoś komuś pomógł, przejął się czyimś nieszczęściem, podał rękę i wsparł. I że wokół są ludzie, a w czwartek będzie słonecznie. A nie takie tam gnioty, jak teraz.

Przemyślcie. Polecam się jako przyszła prenumeratorka.

2 czerwca 2007

Fenomeny

Jestem osobą, która łatwo nawiązuje kontakty, ludzie mnie zapamiętują, wymieniamy się uprzejmościami i drobnymi uwagami na temat życia. Niezmiernie jednak rzadko zawieram przyjaźnie, trudno mi zaufać komuś, niezbyt potrafię myśleć, że mogę na kogoś liczyć w każdej sytuacji. Jeśli się dobrze zastanowić, to właściwie do niedawna miałam tylko dwie tak bliskie osoby: Szefa, który prócz bycia moim mężczyzną na dobre i złe, jest również przyjacielem, towarzyszem rozmyślań, intelektualnych uniesień i zwyczajności oraz K. – drugą byłą niedoszłą żonę mojego pierwszego byłego męża (tak, wiem, to skomplikowane i zabawne, a w dodatku mało prawdopodobne), wyjątkową dziewczynę, na którą mogę zawsze i wszędzie liczyć jak na Zawiszę, taką, co to rozumie bez słów, nie krytykuje, ale wspiera, a w potrzebie nie zadaje zbędnych pytań.
Oprócz tego mam dużo koleżanek i kolegów, bliższych i dalszych. Mam znajomych i inne mało definiowalne kontakty. Ale przyjaciół, jak na lekarstwo.
Nigdy jednak nie doświadczyłam czegoś takiego, co staje się moim udziałem w chwili obecnej i czym zachłystuję się bez opamiętania – przyjaźni w trójkącie, uczucia dwóch dojrzałych i mądrych kobiet. Dzieli nas wszystko – wiek (za każdym razem przeskok dziesięciu lat), doświadczenia, styl życia, codzienność, praca, stan rodzinny – wszystko. Łączy przypadek i wybór. Układ jest niebywały, każda z nas, żyjąca swoim życiem, niosąca odrębny bagaż doświadczeń, odczuwa radość z bliskości, która nas łączy. Pozbawione kompletnie zazdrości jedna o drugą, nie staramy się dominować i brać na własność któregokolwiek z połączeń między nami.
Krysia mówi:
- Najidealniejszą sytuacją, którą sobie wyobrażam, to zamknięcie nas wszystkich w więzieniu w jednej celi. Albo wariant mniej drastyczny – utknięcie w windzie między piętrami na wiele godzin. Cieszyłabym się z tego, jak wariatka.
Ja też.
Nie miałybyśmy żadnych ograniczeń czasowych, mogłybyśmy wreszcie nagadać się do syta. Choć to nie do końca tak – prawdopodobnie zawsze zostanie coś, co jeszcze możemy sobie powiedzieć.
Ja wiem, że to, co się działo u Magdy i to, co teraz dzieje się u Krysi, to straszne, przygniatające tragedie. Ale okazuje się, że Pollyanna miała rację: w każdej, nawet najgorszej sytuacji można znaleźć coś, co ucieszy serce i tego należy się trzymać, o tym myśleć i za to dziękować.
Dziękuję więc losowi, że postawił na mojej drodze dwie fenomenalne kobiety. Dziękuję, że za pierwszym razem udało mi się sprostać trudom. Mam nadzieję, że sprawdzę się w obecnym kłopocie i że już niedługo będę mogła myśleć o nim w czasie przeszłym, tak jak o tym pierwszym, który wyjątkowo dobrze się skończył. Zostanie sama esencja – zaufanie, bliskość, pewność.
Usmiechlosu – teraz już wiem, że ten nick nie powstał bez powodu. Los zwyczajnie się do mnie uśmiecha i nie jest to bynajmniej kretyńskie szczerzenie zębów.

Chwilo – trwaj!

Cotkowi nie można odmówić czujności

Rzeczywiście nie mam siły pisać, bo coś się stało. Zresztą wszyscy zapewne spodziewają się, o kim będzie.

Krysia czuje, że jest Wam winna wyjaśnienie, ale nie może się zebrać, by o tym pisać, w związku z tym przywiązała mnie do kaloryfera w swoim pokoju, a sama przechadzała się w odległości metra poza zasięgiem moich rąk dzierżąc różne pyszne potrawy tak długo, aż rzężąc obiecałam, że się za to wezmę.

No to się niby wzięłam, ale nie mam zupełnie koncepcji, jak to napisać. Chciałam, żeby mimo wszystko było lekko w miarę i choć trochę przyjemnie. Przez 20 km od Krysinego domu układałam sobie różne zgrabne modele tej notki i wszystko psu na budę.

Krysia ma czerniaka.

Powiedziałam to wreszcie, może dalej już jakoś samo pójdzie.
Jestem wściekła.
Zła.
Zbuntowana.
Obrażona.
Mam żal.
Czuję gniew i pretensję.

W ciągu doby od uzyskania informacji Krysia przeszła etap apatii, załamania i chyba buntu. Nadal jest zachwycająca i dowcipna. Ale jakby zamglona.
11 czerwca ma zabieg. Potem materiał powędruje na histopatologię, która określi, jak ekspansywna jest zmiana.
A potem się zobaczy.
Ja to np. nic nie zobaczę, bo nie mogę na takie rzeczy patrzeć, postanowiłam, że wynik hispatu będzie kończącym sprawę incydentem.
Nie przyjmuję do wiadomości innego rozwiązania.
Więc bierzcie, do cholery te kartki, piszcie KRYSIA i na lodówki, szyby, monitory, szafki nocne i lustra. I niech nikt się nie waży mi sprzeciwić, bo w gniewie to ja jestem okrutna, bezlitosna i szkwał.

Krysia dziś mówi: nie rozmawiamy o raku. Oczywiście rozmawiamy.
Wpada koleżanka i przywozi książkę: „Żywienie w chorobie nowotworowej”.
Czuję, że mnie to złości.

Buntuję ją, żeby zajęła się sobą. Wiem, że to trudne, do cholery, ale chciałabym, żeby mogła wreszcie znaleźć jakieś miejsce tylko dla siebie, gdzie nie będzie musiała robić nic dla innych.

W środku mam zupełnie pusto, wiecie?
Podchodzę do tej notki kompletnie bez emocji. Jakby mi ktoś amputował kawałek odczuwania.
Jak to jest, że obcy z pozoru człowiek w tak krótkim czasie staje się tak bliski, że nowości z jego życia odbierają nam dech? Apetyt? Sen?

Czujemy się jak w magicznym trójkącie. Wciąż wymieniamy się informacjami, jak połączone niewidzialną nicią. Każda z każdą. Zbliżone człowieczeństwem.
Wiecie co wam powiem? Warto być człowiekiem. Dla takich wspólnych chwil, dla tego magicznego porozumienia, dla tej pewności, że jest ktoś, komu można zaufać.

- Oddałabym ci majtki – oznajmia mi Krystyna w czasie spaceru z zadziwiającą szczerością.
- Rozważę tę propozycję. Tymczasem poproszę Miriam Akavię. Albo Grodzieńską.

O 21.00 nagle zastyga jak żona Lota, a następnie zrywa się z niegodnym biblijnego słupa zapałem.
- Piwonie! Byłabym zapomniała! Ostatnio miałaś wziąć konwalie i nie wzięłaś!
- Daj spokój, już ciemno i leje.
- A w życiu!
Po chwili wraca szczelnie otulona w zielony sztormiak, z groźnym błyskiem w oku łapie nożyce i usiłuje oddalić się w wilgotny mrok.
- Błagam cię! Daj spokój. Albo nie! Daj mi szansę.
- Na co?
- Żebym mogła na blogu napisać, że przynajmniej kawy dałaś. Bo kwiatki obiecujesz i nie dajesz.
- O tyyyy… – syczy pod moim adresem w trakcie skoku przez próg.

Tu nastąpi koniec, bo nie mam pomysłu na morał.

Krysiu – nie wiem, czy uwierzysz, ale piwonie rozwinęły się w czasie jazdy do domu. Są cudne.