30 kwietnia 2015

2082

Jeden z topowych dni roku.

Doradca kredytowy przeczytał umowę przedwstępną, wpadł w panikę i zadzwonił do mnie z informacją, że nie może być tak, żeby Prezes brał cały kredyt, a ja pół domu za darmochę. A to była dziewiąta rano. Minimalnie podskoczyło mi ciśnienie (tak do 200/160), bo jakże to tak, przecież wiadomo, że ja zasługuję na cały i ktoś w ogóle powinien mi go podarować oraz zapłacić podatek od darowizny. Tętno podążyło za ciśnieniem, więc zadzwoniłam do pani rejent, że jakże to tak, przesz pytałam. Pani rejent postukała się po głowie (nie było widać, ale na pewno tak) i podtrzymała swoją decyzję wraz z informacją, że nieważne, na kogo kredyt, ważne, żebym udostępniła swoją połowę bankowi pod hipotekę. Przesz udostępnię.

A potem wszystko zaczęło się składać w kostkę hurtowo. Z tej radości dwa tygodnie rehabilitacji poszły w diabły oraz w promocji rozbolał mnie kark, gdyż wiadomo, że ja spinam w stresie mięśnie i masz. Porozwiązywałam, co się dało, w międzyczasie jeden bank od strzału potwierdził opinię notariuszki, a dwa poszły w zaparte i nie dadzą. We mnie się budzi w takich sytuacjach jakaś złośliwa bestia, więc podpisałam doradcy dokumenty dla wszystkich banków, ale zapowiedziałam, że chcę gadać z tym, co szanuje swoich klientów, a nie działa wbrew prawu, bo tak mu się podoba.
Samowola w tych bankach, że kurwamać.

I jeszcze Szef zadzwonił po 16.00, żeby dołożyć jedno streszczenie na zjazd. A wie, że dziś przecież ostateczny termin i bujał się do popołudnia. Przy tym streszczenia nie zawsze "wchodzą" prawidłowo, szczególnie gdy trzeba korzystać z formularza. I tak się cieszę, że jakoś załapało, bo dajcie spokój. Jeszcze to.

W ogóle mam teraz taką rozrywkę, że wrzeszczę na obsługę telefoniczną w banku macierzystym. Codziennie do nich dzwonię i wrzeszczę. To mi dobrze kanalizuje emocje. Pewnie dlatego jeszcze nie zwariowałam. Poczekam tylko na moment, gdy sprzeda się mieszkanie, co nam zamknie obecny kredyt hipoteczny, i zabiorę od nich wszystkie rachunki, niech się walą na ryj. Prawie 20 lat mam u nich konto, a oni tną ze mną w bolca, każdy pracownik gada coś innego, z czego większość niedorzecznie. I chciałam podkreślić, że to nie jest właściwa chwila, żeby wyprowadzać mnie z kruchej równowagi, którą osiągam za pomocą fermentacji.

Na szczęście przyszedł Prezes i powiedział, że patrzyłem na guglstrit i nasza ulica nagle się urywa, gdyż wpada do lasu i koniec hałasu. Ja o tym wiem, bo sobie pojeździłam po dzielni wirtualną bryką już dawno (oraz przeczytałam wszystkie możliwe dokumenty), ale to i tak była miła chwila. Bardzo uspokajająca świadomość, że nieopodal naszego in spe domu kończy się świat. Lubię zieleń w ilościach hurtowych, więc nawet kolor elewacji wpisał mi się w preferencje. Oraz jedno okno dachowe, a i to małe. Teraz mam trzy duże, nie znoszę i żadne tam niebo gwiaździste nad łóżkiem tego nie zmieni. Szczególnie że w nocy to ja śpię. I jestem pragmatyczką do bólu, czyli na widok okna dachowego natychmiast myślę, jak chujowo się je myje, a nie, że księżyc, gwiazdy, obłoki i inne gnioty. Ja tam jestem po czterdziestce.
Ale owszem, zieleń mnie rozczula.
I zwierzęta.

To idę. Odwiozę tę pijaczkę na imprezę, a potem się położę i będę malowniczo cierpieć.
Żegnaj kwietniu. W sumie przyniosłeś mi piękny prezent urodzinowy. Też cię kocham.

28 kwietnia 2015

2081

O, bożebożebożenko, jaka jestem lekka! Oszczędności poszły w pizdu, wymienione na kilka zadrukowanych stron, podpisanych przez notariusza. W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować Gabie oraz Mecenasowi, którzy polecili nam rejentkę - faktycznie klasa babka, szczególara, komunikatywna, potrafiąca wytłumaczyć każdą sprawę, wesoła, otwarta i przesympatyczna. Niniejszym zwalniam Was z obowiązku przywiezienia drzewka. Może nawet podłożę Gabie poduszkę pod pupkę, co będzie kobita siedziała na gołym tarasie!

Kochani! Umowa przedwstępna podpisana, kredyt toczy się od jakiegoś czasu, banki są zachwycone prezesowską zdolnością do płacenia, ja jestem zachwycona prezesowską zdolnością do płacenia, Prezes jest zachwycony moją radością, Zuzia nas przeklina, a koty nie wiedzą, o co chodzi. Ojciec (podobno, bo znam z przekazów) pogodził się z naszą wyprowadzką i uznał, że mam robić to, co mnie uszczęśliwia. A Matka... jest tylko jedna. Na tę okoliczność objechała mnie jak burą sukę, gdyż Zuzia jest chora. To wina matki! (Czyli mnie).

Świat zawirował, nagle pomyślałam, ile przede mną pracy. Na tę okoliczność złapałam się za głowę i zrobiłam jedyną rzecz, którą można zrobić w takiej sytuacji: otwarłam wino. I tak sobie siedzę w kuchni na stołeczku, pociągam z kieliszka i myślę, że jeszcze trochę, a będę siedziała zupełnie gdzieś indziej. Na kanapie - wyobrazi Państwo sobie. Koniec ery kuchennej nadciąga nieubłaganie. Nie, Kochani - kuchnia jest otwarta, więc mogę z palcem w nosie siedzieć przed kominkiem. Bez względu na zawartość kominka.

W promocji - okienko.


Tak, to ja - Łoterloo. Prawie Łoterloo z Zielonego Domku.
Czad, nie?

24 kwietnia 2015

2080

Taka sytuacja.

Dupa Czesława - mistrzyni drugiego planu
Dostałam gratis. I mogłam wybrać kolor. Jeden masaż też dostałam gratis. Wstydliwie przyznam, że chciałam uiścić, ale nie dopuszczono do transakcji ("chyba sobie żartujesz, palce miałaś chłodne"). Byłabym kontenta, gdyby to się rozciągnęło na wszystkie dziedziny życia. Niestety tak dobrze nie ma.
No, dobra - jest. Przynajmniej w pewnym sensie ("pani Asiu, naprawię pani samochód, a zapłaci pani w bardziej sprzyjających okolicznościach"). Konia z rzędem za sklep spożywczy, którego właściciel, płci - dajmy na to - męskiej, nie zażąda ode mnie uiszczenia rachunku. Albo najlepiej wielu rachunków.
No, dobra. Pan mi rynny wyczyścił i połatał. Też nie wziął. Na wszelki wypadek zakontraktowałam go do kolejnej pracy, żądając dopisania wszystkiego do faktury. Obecnie odbieram jego czułe telefony zapowiadające, że przybędzie w poniedziałek. Oczekuję niecierpliwie. A właściwie Prezes oczekuje, gdyż został pozbawiony środka lokomocji (to ten, co w warsztacie tkwi), a pan postanowił przybyć o świcie, gdy ja ratuję ludzkość od wyginięcia. Znaczy - w fabryce ratuję.

Zasadniczo jestem nieco rozczarowana, że dyrekcja przy wypłacaniu mi ekwiwalentu za pracę nie odczuwa równie sympatycznych emocji. Gdybyż, ach, gdybyż obudził się pewnego dnia z myślą, by ekwiwalent ów zamienić na wypłatę - toby było coś! Może zjedlibyśmy normalny obiad zamiast czyścić zamrażalnik.

A, właśnie! Państwo sobie wyobrazi, że jeden bank uznał Prezesa za wiarygodnego kredytobiorcę. Zobaczymy, jak pozostałe (wnioski poszły do trzech). Znakomita informacja na weekend. Wygląda na to, że jeszcze trochę, a będziemy właścicielami ziemskimi. To dla mnie zupełnie nowa sytuacja, ponieważ dotąd nie doświadczałam. Grunt przynależny do mieszkania się nie liczy, bo go nie widać.
Wezne se krzesło i postawię. Moja ziemia, moja sprawa.

Jest na co czekać.
Póki co - ćwiczymy się w ascezie.

22 kwietnia 2015

2079

Natomiast w kwestii rehabilitacji.

Tak, dziękuję bardzo. Kiedy tam poszłam, drętwiały mi palce prawej dłoni. Dziś jestem na półmetku. Nadal drętwieją mi palce prawej dłoni. Ale za to boli mnie łokieć i mam siniaki. W promocji.
- O, Jezus... - jęknęła pani Krysia, rzucając okiem na moją posiniaczoną rękę. - Co on pani zrobił?!
- Przyłożył się chłopak - mruknęła pani Basia, spoglądając pani Krysi przez ramię.
A potem obie zgodnie wrzasnęły: TOOOOMEEEEK!
Winowajca pojawił się jak cień. Boginie rehabilitacji oskarżycielsko wskazały palcami na siniaki.
- Co zrobiłeś pani Asi?!
Zmieszany, postawiony na ławie oskarżonych, z wyrokiem bez zarysu nawet sprawy sądowej, wyszeptał czule:
- Bo nic nie mówiła.
- Straciłam przytomność kiedy wyłamałeś mi rękę ze stawu - podsumowałam z satysfakcją.
Spojrzenie bogiń rehabilitacji wcisnęło masażystę w kąt, gdzie przeleżał około pięciu minut. Jest jednak jakaś sprawiedliwość na świecie!

Byłabym jednak nieuczciwa, gdybym nie przyznała, że rzeczywiście to on znalazł miejsce, które wcale nie leży przy kręgosłupie, tylko w łokciu właśnie. Dzięki jego przenikliwości boginie rehabilitacji zmieniły mi zakres pozostałych zabiegów i znęcają się równie ochoczo, więc może niedługo trzeba będzie amputować mi całą rękę. Albo sama odpadnie - mniejszy problem.
W ramach rekompensaty masażysta-sadysta dotrzymuje mi towarzystwa przy wszystkich zabiegach (cały czas nurtuje mnie pytanie, co się dzieje z pozostałymi pacjentami), znosząc z godnością kpiny, na które sobie pozwalamy we trójkę. No, dobra - nie zawsze z godnością. Dziś wpasował się w kąt leżanki i oświadczył, że jesteśmy harpie i nigdy więcej się do mnie nie odezwie nawet słóweczkiem. Po czym milczał jak głaz przez siedem sekund.
- Już się tak nie nadymaj - zachichotałam.
- Musisz mówić, jeśli cię boli, wiesz? - wyburczał obrażony.
- Przecież wiesz, że mnie cały czas boli. Tak mam - francuski piesek. Po prostu zwracaj uwagę czy jeszcze oddycham.
- Cały czas zwracam na ciebie uwagę.
- To się rzuca w oczy - kwiknęłam ze szczęścia, rejestrując kątem oka, że obie boginie rehabilitacji doznały równoczesnego ataku duszności.
Spojrzał na mnie, przycupniętą na krzesełku, przeciągle, z wyżyn leżanki i pokazał mi język. Po czym uznał, że karencja zakończona i opowiedział mi osiemnaście historyjek z życia wziętych.
Skłamałabym mówiąc, że go nie lubię.

Zysk jest taki, że okresowo odrętwienie puszcza - z części palców, a czasem nawet wszystkich (po czym radośnie wraca). Przy tym gimnastykuję sobie mózg, zadając masażyście-sadyście zadania domowe z różnych dziedzin, które ten rozwiązuje ochoczo w czasie wolnym, udzielając odpowiedzi następnego dnia, w trakcie zawiązywania mi ręki na supeł. Można powiedzieć, że korzyść obopólna. On mi ćwiczy rękę, a ja jemu głowę. Muszę tylko nabić mu ze dwa siniaki. Na ten przykład - na czole. Wtedy będziemy kwita.

21 kwietnia 2015

2078

Historyjka o tym, jak rodzice ryją nam psyche. Nawet gdy jesteśmy po czterdziestce.

Poszłam do dentysty. No, przepraszam, wiem, że sytuacja finansowa napięta, ale plomba mi wyleciała, w dodatku przyszyjkowa. Praca przy tym jednak trochę trwa, zwłaszcza gdy się chodzi z takimi sprawami do koleżanki. Po prostu musimy sobie wszystko obgadać. Przy tym ja dość specyficznie metabolizuję znieczulenie, więc zawsze jest dodatkowa zabawa.

Żeby się nie denerwować, wyłączyłam dźwięk w telefonie. Ząb zrobiony, ploteczki w trakcie odfajkowane, opłata uiszczona. Wyciągam telefon, a tam 6 połączeń nieodebranych. Trzy od ojca, trzy od matki. I SMS od ojca o jakże budującej treści: NATYCHMIAST POMOCY!
Ciśnienie skoczyło mi do dwustu, a tętno do tysiąca. W ułamku sekundy wyobraziłam sobie matkę w kawałkach, rozwleczoną na 200 m ulicy. Bo skoro ojciec woła pomocy, to znaczy, że matka nie żyje albo jest w stanie agonalnym.

Wierzcie, o mało się nie posikałam.

Biegnąc do samochodu drżącymi rękami wybrałam numer. Najgorsze cztery sygnały w moim życiu. Wreszcie tatuś odebrał.
- Tato, co się dzieje?! - wrzasnęłam.
- Nic - odpowiedział głosikiem spokojnym i wyluzowanym.
- To po co dzwonicie do mnie jak szaleni i wysyłacie SMSy o natychmiastową pomoc?!
- Tłok był w tramwaju.
- Z powodu tłoku mi wysyłasz?
- Nacisnęło się.

Rodzice mają aparaty dla emerytów z guzikiem emegerency. Pod nim jestem oczywiście ja. Bo kto? tacie "się zadzwoniło" i "się nacisnęło". Kiedy to odkrył, mama zaczęła do mnie dzwonić, żeby mi powiedzieć, że mam się nie denerwować, bo ojcu "się zadzwoniło" i "się nacisnęło". Ale nic się nie dzieje. Finalny komunikat był porażający.

Ludzie... oni mi zniszczyli dzieciństwo. Będąc pod opieką ojca, przywiązywaliśmy ze starszym bratem młodszego brata do haka od huśtawki (takiej montowanej w futrynie). I patrzyliśmy, jak się zabawnie szamocze. Przez ojca nie poszłam na studia prawnicze, bo mnie zamknął w pokoju i głodem wymuszał zmianę decyzji. Przy tym on się ciągle chce ze mną napić, bo podobno nie umie sam. A ja szanuję wątrobę. Gust literacki mi spaczyli, mówili do mnie siedmiozgłoskowymi słowami, na chorobliwie uczciwą wychowali, kazali szanować ojczyznę, do snu śpiewali "Pierwszą brygadę", o mało nie wdrożyli w obowiązek edukacyjny dwa lata przed terminem, śmiertelnie się obrażają, jeśli nie odzywam się przez dwa dni i ciągle się ze mną kłócą, argumentując nieśmiertelnym: nie masz o niczym pojęcia.
I jeszcze to.

Myślicie, że da się ich wymienić w ramach gwarancji?
Może chociaż ktoś przyjmuje reklamacje?!

20 kwietnia 2015

2077

Inny temat, dla rozluźnienia.

Przychodzę z roboty do domu, patrzę, patrzę, a tu paczka. Z Richtich Fajnych Niemców. Ja ze Śląska jestem, tu każdy ma kogoś w Richtich Fajnych Niemcach. To myślę, kogo ja mam. I... TAK! Ja mam Kaczkę! Wgapiam się w nalepkę adresową - bingo. Kaczka jak dzwon.
Robię rachunek sumienia. Zamawiałam coś u Kaczki? Cóż, pamięć dobra, tylko krótka. Otwieram...

List był na samym dole. Długo nie mogłam do niego dotrzeć, bo za każdym razem, gdy próbowałam podnieść się z podłogi, śmiech rzucał mnie na nią z powrotem. Kiedy się wreszcie udało, nastąpiła kolejna część kary - każdy przedmiot został skrupulatnie opisany wraz z instrukcją obsługi. Na szczęście wróciło dziecko i zamiotło mnie do przedpokoju, gdzie dogorywałam przez chwil kilka, a potem skończył się cykl prania, to poszłam rozwiesić.
Chichocząc.

To była Paczka Żywnościowa!


- Już wszystkim powiedziałaś, że głodujemy? - lekko podrzuciła Zuzanna, po czym otwarła pudełko.


"Tak jak obiecałam - zwracam w bezie!".
(Jak widać, nie zdążyłam ze zdjęciem. Jedna różowa beza zniknęła w otchłani).


"Małe, białe - to spód pod pavlovą - złóż to sam".


Kaczka nie zapomniała też o swojej ulubienicy.


Oraz o Laluńku Mamusi. Tak. TAK, to są klipsy od woreczków. Z chlebem na ten przykład.


Oraz pozostałej gawiedzi.


Nie zapomniała również o Prezesie.
(- Kochanie! Kaczka przysłała ci tiktaki popkornowe!
 - Super. Będą jutro na obiad).


Na samym dole leżała maleńka paczuszka.


Z lekko zastanawiającą datą przydatności.


"Niech cię nie zraża data przydatności (...). Sekret bezy wg Norweskiego".

Płakałam otwierając.
Płakałam przeglądając.
Płakałam czytając.
Płakałam fotografując.
Płaczę opisując.
Płaczę zamieszczając zdjęcia.
Będę płakać za każdym razem, gdy to sobie przypomnę.


Kaczko! Miłości Moja!

Oto nadeszło namacalne potwierdzenie, że jesteś równie (lub i nawet bardziej) pierdolnięta niż ja. Świadomość istnienia w galaktyce kogoś takiego przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie jestem już sama! Oto człowiek! Założymy klub. Ty będziesz prezeską. Ja wyczyszczę Ci obuwie. (W liczbie obojętnej). Oraz dziateczki odkurzę, gdyby zaistniała konieczność. A nawet Norweskiego przypilnuję, by nie wylizywał patelni.
Och.

Kocham Cię.
Nigdy nie dostałam takiego prezentu.
Aż dziw, że udało mi się to napisać, zważając, że nie mam już nieosmarkanego miejsca na rękawach.

Do nóżek się ścielę Pani Dobrodzice
Łoterloo


PS Są takie chwile, gdy wiem na pewno, że życie jest piękne, ludzie są dobrzy i - co najważniejsze - obdarzeni takim poczuciem humoru, że ja przepraszam.
Zazdrośćcie mi teraz!

19 kwietnia 2015

2076

Jak sądzicie, jaki kolor ścian najbardziej pasuje do nowoczesnych, gładkich mebli kuchennych w kolorze zasadniczo biało - czarnym? Tzn. fronty w większości są białe, a kilka jest czarnych. Nie, że jakieś mieszanki na jednych drzwiczkach. Plus srebrny sprzęt. Bo ja się waham. Obecnie wydaje mi się, że jasnoszary byłby niezły. Jasnoszary z czerwonymi akcentami? Jakieś sugestie?

***

Prezes chce przerobić garaż na modelarnię połączoną z winiarnią. Na tę okoliczność żąda wymiany drzwi garażowych na szybę.
Prezes: I wymienimy te drzwi, będzie jaśniej. Jak sądzisz?
Łoterloo: ...
Prezes: Ja cię znam! Ty sobie milczysz, bo myślisz, że przeczekasz i nic z tego nie wyniknie.
Łoterloo: ...
Prezes: Otóż nie przeczekasz.
Łoterloo: Usiłujesz zadać kłam wieloletnim doświadczeniom. Z podwójną ślepą próbą.
Prezes: Będę twardy.
Łoterloo (obstając przy podwójnie ślepej próbie): ...

***

Ściana, której zadaniem jest przyjąć obuwie, ma 1,83 m. To mi idealnie robi, bo zamknę ją lustrami. Każde lustro ma metr szerokości. MamaPiotra, właścicielka firmy, która potrafi zrobić wszystko, szaleje ze szczęścia z powodu każdej kolejnej informacji o moich wymysłach. Faktyczny wykonawca nabrał wody w usta i na wszelki wypadek się do mnie nie odzywa, bo przypuszcza, co go czeka. Ja udaję, że to jest normalna sytuacja i zamierzam trwać w tym niezmąconym stanie aż do zamieszkania. Żadnych. Bodźców. Niezwerbalizowanych. Nie. Odbieram. Zwerbalizowane lekce sobie ważę.

***

Brat Młodszy: Musimy poważnie porozmawiać.
Łoterloo (obstając przy podwójnie ślepej próbie): ...
Brat Młodszy: Chcę ci zorganizować przeprowadzkę.
Łoterloo (wyrywając się ze stuporu): Wypijmy za to.
Kolejny raz chciałam podnieść argument, że alkohol jest dobry na wszystko.

***

W sklepie popycham Prezesa ku stoisku monopolowemu.
Prezes: Czemu popychasz mnie ku stoisku monopolowemu?
Łoterloo: Trzeba nabrać zwyczaju kupowania butelki wina przy każdej wizycie w sklepie.
Prezes: Czemu?
Łoterloo: Piwniczka w garażu sama się nie stworzy.
Prezes: Modelarnia.
Łoterloo (obstając przy podwójnie ślepej próbie): ...
Prezes: ... (zapomina, że kropla drąży skałę, co potwierdza teorię).

***

Byłam u Brata Starszego. On ma psa marki kundel w wieku nieadekwatnym. To postawiło pod znakiem zapytania kwestię psa. Nie wiem czy szczymam do dorosłości. Chyba łatwiej będzie nauczyć Cześka szczekać.

18 kwietnia 2015

2075

A tak w ogóle, to chodzę na rehabilitację. Gdyż albowiem zepsułam się w okolicy dłoni prawej, która mi zdrętwiała trzy tygodnie temu i trwa w tym niezmąconym stanie.

Pan masażysta straszny gaduła. Zamykam oczy i wydaję z siebie komunikaty fatyczne. A on jest czuły. Wczoraj na przykład odkręcił mi głowę. Nie bardzo wiem, jaki to ma związek i pan masażysta też chyba nie, a przynajmniej jest zawiedziony moim uporem w kwestii nieodczuwania poprawy. Ponieważ po odkręceniu głowy doniosłam, że było fajnie, ale nic nie dało, pan masażysta się zachmurzył i postanowił mi tę głowę oderwać. Jak postanowił, tak uczynił. Pełen nadziei, z głową mą w dłoniach, zwrócił się z pytaniem:
- I jak?
- Pyta pan o głowę czy o rękę? - próbowałam doprecyzować wdzięcznie. - Bo jeśli o rękę, to bez zmian.
Na tę okoliczność pan wyraźnie się zmartwił i wepchnął mi głowę na miejsce, sugerując, bym się nie bała. Ja tam się nie boję, jeszcze by tego brakowała, żebym się bała miłych chłopców w TYM wieku. Gdy głowa była wciśnięta pomiędzy pośladki, ponowił pytanie. Moja odpowiedź go zdruzgotała. Po chwili jednak doznał olśnienia i postawił na cieśń nadgarstka. Jakież było jego rozczarowanie, gdy wyszło na jaw, że uchylam się od cieśni, a ręka drętwa jak stuletnia prababka.

- Hmmm… -zawiesił się.
Żal mi się chłopca zrobiło, gdyż znam już większość jego życiorysu, wiem z kim zamieszkuje, jakie są jego plany zawodowe, nieomal przytuliłam go do piersi mej obfitej na okoliczność wredoty władz uczelnianych, udzieliłam kilku cennych porad dotyczących pisania pracy dyplomowej oraz weszłam w posiadanie pewnych głęboko skrywanych tajemnic (a to wszystko w czasie dwóch randek - w poniedziałek chyba będziemy się całować). Dokonałam więc przewartościowania naszych relacji.
- Co pan robi w weekend? - dopytałam.
Tak się jakoś rozjaśnił. Wniosłam więc korektę do planów.
- Proszę do książek i szukać nietypowych przyczyn odrętwień. Jak zapewne pan się zorientował, nie jestem banalna.
Ciekawe, co tam wyczyta. Choć, prawdę mówiąc, nie liczę na rewelacje. Ale dłonie ma miłe i jego zabiegi mnie odprężają. Co w obecnej sytuacji nie jest bez znaczenia.

***

Do kredytu brakuje nam dwóch dokumentów. Jeden mam nadzieję otrzymać w poniedziałek, drugi jest umową przedwstępną, która zostanie zawarta 28 kwietnia. Wraz z panią zbywająca zawiozłyśmy dziś papiery do notariusza, po czym udałyśmy się na kawę, gdzie w budującej atmosferze spędziłyśmy półtorej godzinki, bo nam się fajnie gadało. Może nawet zamieszkamy w komunie.

Nie wszystko idzie tak gładko, jak człowiek mógłby sobie wymarzyć. Pocieszam się, że nie ma tak dobrze, żeby stworzyć scenariusz i go zrealizować. W związku z powyższym przestałam powiadamiać Pana Boga o swoich planach, co się ma naśmiewać. Jak będzie, tak będzie. W najgorszym wypadku będziemy w plecy 12.000 - 2.000 taksy notarialnej i 10.000 zadatku. Gdyż wspólnymi siłami (ze zbywającą) doszłyśmy do wniosku, że zadatek w wysokości 10% wartości nieruchomości, któren może mi przepaść na okoliczność braku środków z puli banku, byłby zbrodnią na żywym organizmie i ograniczyłyśmy jego wartość, resztę przerzucając do zaliczki. Zaliczka podlega bowiem zwrotowi.

Obym się nie myliła, co do ludzi. W każdym razie do chwili obecnej transakcja mojego życia przebiega w wyjątkowo sympatycznej atmosferze. Obie jesteśmy zdenerwowane do granic możliwości, więc dzwonimy do siebie, wysyłamy SMSy i maile o treści wspierającej i zapewniającej, że kto da radę, jak nie my. A oprócz tego gadamy sobie o facetach (tak, to jest takie troszkę obgadywanie), dzieciach, relacjach, pracach, sytuacjach życiowych i takie tam.
Nie spodziewałam się.

A traktorek musimy kupić sami, bo obecny przejął panin tato. Za co zostałam bardzo serdecznie przeproszona i zapewniona, że otrzymam namiar na miejsce, gdzie go kupili, bo jest bardzo tanio.
Jeśli spadnę, to z bardzo wysokiego konia.

13 kwietnia 2015

2073

Coś czuję, że etykieta "dom" przebije w najbliższym czasie wszystkie inne.

Ładnie trzymaliście, dziękuję. Cena wynegocjowana, spotkaliśmy się w połowie drogi. Wszystko odbyło się w sympatycznej atmosferze, machina ruszyła. Pośrednik kredytowy zakontraktowany, wysokość zaliczki umówiona, my jutro do banku rozdzielić RORy (jesteśmy współwłaścicielami swoich kont i to rzutuje na zdolność kredytową), telefon do notariusza w sprawie dokumentów i terminów, właściciele też do banku i do sądu po dokumenty. Mam nadzieję, że nie będą przesadnie bombardowani i nikt ich nie przekupi pięcioma tysiącami, bo zrobiłoby mi się przykro. Jestem oszołomiona i bodźce odbieram jak przez grubą warstwę waty.

Zuzia wszystko obejrzała, też jest przerażona. Dla niej to duża zmiana, znajomi zostają w Chorzowie, będzie miała do nich dalej. Przypomniałam o swojej obietnicy, dotyczącej instalacji gazowej w samochodzie, co ją nieco podniosło na duchu. Po wyjściu z domu i posadzeniu pupy w samochodzie popłakała się, biedactwo. I ja to rozumiem. Oczywiście przywyknie, jest dorosła, ale daję jej czas na okrzepnięcie. Tyle, ile potrzebuje. Poinformowałam przy tym, że będzie mogła zapraszać znajomych z noclegiem. Uprzedzając, że po miesiącu wyrzucam, nawet jeśli ktoś okaże się bardzo fajny. Na takie dictum nie szczymała i zaczęła chichotać. Damy radę. Fajne mam to dziecko. Dobre. Mądre. Nieegocentryczne. Jestem z niej bardzo dumna.

Zdjęć na razie nie będzie. Dom jeszcze nie jest nasz. Sprawa się domknie, to zobaczymy. Nie czułabym się w takiej sytuacji komfortowo, więc wybaczcie. Uwierzcie, że to miły, ładny domek. W niestandardowym kolorze (co za ulga, czka mi się żółtymi elewacjami w milionie wariantów).

Państwo zapytali czy życzymy sobie pozostawienia jakichś sprzętów, więc grzecznie odmówiłam. Zostaje to, co jest trwale przymocowane, czyli łazienki i kuchnia. W trakcie tej rozmowy pani otwarła drzwi do garażu i...
Traktorek do koszenia.
Myślałam, że się popłaczę ze śmiechu.
- To nowy sprzęt? - zapytałam.
- Tak, roczny - odpowiedział pan.
- Wobec tego proszę się zastanowić, ile by pan za niego chciał. Mój mąż marzy o takim przez całe życie. Ostatnio nawet mówił, że zaparkuje przed wejściem i nie otworzy nikomu furtki, tylko będzie podjeżdżał traktorkiem i pytał "w jakiej sprawie".
Państwo serdecznie się uśmiali i obiecali rzecz przemyśleć. Niechaj ma Prezes jakąś zabawkę. Tych areałów nie da się kosić ręczną. Za dużo. Rozstaliśmy się w bardzo miłej atmosferze. Ufam, że tak będzie do końca.

Mój własny dom.
Moje miejsce na ziemi.
Już nie będę znikąd.
Na zawsze.

No i beczę.


PS A Prezes nasmażył sajgonek i teraz będziemy je żreć do czerwca.

2072

Wizyta druga - negocjacje.
Trzymajcie kciuki.

8 kwietnia 2015

2071

Chyba znaleźliśmy.

Niestety upadła wizja mnie - wiejskiej baby z kobiałkami i w walonkach, bo dom w mieście. Co prawda wielkie mi tam miasto, ale jednak; Śląsk jest zapchany miastami i miasteczkami, czego niektórzy doświadczyli (prawda, martuuho?). No, dobra - na rubieżach tego niewielkiego miasteczka, czyli jednak zadupie. Wokół łąki i lasy nieopodal. A droga, niespodzianka, asfaltowa, ale nie do końca, bo kawałek bitej własnej (krótki kawałek). Sprawdzilim w dokumentach, żeby potem nie było.

Dom nowy, dół otwarty, tak, jak lubię. Spory salon z kominkiem, miejsce na duży, rodzinny stół (marzę) i płaszczenie tyłka na kanapie z widokiem na ogień. Dwie łazienki: jedna z prysznicem, druga z wanną, przy czym obie rozsądnej wielkości, a nie jakieś żałosne klity. Z fajnych rzeczy: garderoba oraz miejsce na pierdyliard moich szaleństw obuwniczych. I znowu komentarz dla martuuhy - chyba też na spiżarnię.
Do zrobienia niewiele - na pewno trzeba odświeżyć, bo każdy chce mieszkać w kolorach, które dają mu żyć. Reszta jest melodią przyszłości, ale przecież reszta życia przed nami.

Jeśli sfinalizujemy tę transakcję, to będę nadawała o planach. A Wy już szykujcie drzewka. Bez drzewek za furtkę nie wpuszczam. Też mi co - tak przyjeżdżać z pustymi rękami!

I tak, druga-mamo oraz martuuho, jest pokój gościnny! Będziecie mogły przyjechać i się zalęgnąć. Z winem na tarasie i własnym łóżkiem za drzwiami (albo przynajmniej materacem). To nie jest uwaga bez związku, Moi Drodzy! Druga-matka już spała u nas na kanapie w salonie, a koty po niej harcowały, więc wie, co to za miód.

Jestem oszołomiona.
Przerażona.
Szczęśliwa jeszcze nie, ale kto wie?



Może wreszcie znalazłam swoje miejsce na ziemi.

7 kwietnia 2015

2070

Ktoś wreszcie wyłączył ten cholerny śnieg, więc doznałam ataku werwy. Co też, panie, słońce z człowiekiem nie zrobi.

Kolejny raz ruszyłam do ataku. Jutro lecimy na cztery ręce, Zuzia ogląda dom w jednym miejscu, my w drugim. Pojutrze my w trzecim. Popojutrze Zuzia wyjeżdża, a my jak się nie rozszalejemy, to... może coś kupimy. Jestem za, gdyż zamierzam w końcu leżeć martwym bykiem na własnej trawie i brak interesujących domów nie będzie mi tu przeszkodą!

Domów w oczekiwanym przez nas rozmiarze bardzo mało - taki 120 m domek to jest chodliwy towar. Wzięliśmy się więc za większe, myślę, że moja świadomość jest w stanie ogarnąć jeszcze 20 kolejnych metrów. Trudno. (20 kolejnych, leniwych, nieprzysparzających dochodów metrów do ogrzania i posprzątania). Za to mają być dwie łazienki, a nie toaleta i łazienka. I kominek. MUSI. BYĆ. Bez dyskusji. Kominek oczywiście można dorobić, ale to kolejne koszty, w które nie mam ochoty się pakować. A w dupie.

Oczywiście nadal dręczą mnie koszmary, jak to ogarniemy finansowo. Takie, rozumiecie, chwile, gdy panika dorwie się do głosu i wrzeszczy, że za cholerę nie damy rady wszystkiego utrzymać. Póki co, nie wymyśliłam lepszego sposobu niż wypromowany przez Scarlett O'Harę.
Zaleźć dom. Załatwić formalności. Kupić. Odświeżyć. Przeprowadzić się. Odświeżyć to mieszkanie. Wystawić na sprzedaż. SPRZEDAĆ! Pospłacać powstałe długi, a resztę odłożyć na potrzeby domu. Odetchnąć.

Plan. Ale nie wiem czy minimum, czy maksimum.

3 kwietnia 2015

2068

Boszsz, ta świąteczna atmosfera...

Wiadomym jest, iż że my praktycznie nie jemy mięsa. I jeśli już, to małe ilości drobiu. Ale święta. To poszłam do pobliskiego E. Leclerca, któren posiada stoisko z wędlinami i obsługą oraz szynką drobiową Guliwer. Kolejka na godzinę stania. Normalnie się obrzydzam w takiej sytuacji i rezygnuję, a tam występuje ona stale, ta sytuacja, gdyż panie obsługujące muszą być na coś chore. Po prostu klient raz na dziesięć minut. Z tego oto powodu porzuciłam sklep E. Leclerc. To mnie wspiera w niejedzeniu mniejszego bliźniego. Ale święta. Bym im zrobiła te roladki z szynki i chrzanu. Rodzinie znaczy. Bo ona zasadniczo też nie jada mięsa. Ale święta. Stanęłam.

Miłość bliźniego w kolejce do mięsnego to niespotykane zjawisko. Rodem z Barei. Pan tu nie stał. Odseparowałam się mentalnie, gdyż jako osoba inteligentna umiem się zająć własnymi myślami. Jedyne, co do mnie docierało, to timbre głosu pani stojącej za mną, albowiem był mocno zużyty. I lekko zardzewiały. Brzmiał tak jakoś na kształt drachania wiekowym prętem stalowym po szybie. Pani jako takiej nie oglądałam, bo się obawiałam, że zada mi jakieś pytanie. Np.: "Co się gapisz?". A nie miałam gotowej odpowiedzi.

Po dwudziestu minutach pojawił się mężczyzna z wózkiem oraz małżonką, wytrącając mnie z rozważań nad bytem.
- Kochanie, za kim stałaś? - zapytał.
- Za tą panią - odpowiedziała małżonka, wskazując na mnie.
Trochę się zdziwiłam, ale postanowiłam nie reagować, dopóki ktoś nie ryje się do kolejki przede mną. Pan stanął obok mnie i stoi. Przede mną dziesięć osób, za mną piętnaście. I Pani z Głosem. Typ: Sól Tej Ziemi, rozumiecie. Taki głos nie bierze się z niczego. Stoimy. Pani z Głosem milczy. Milczenie staje się odrobinę złowrogie. Iiiii... JEST!

- Pan tu nie stał.
- Żona stała.
- Nie stała.
- Mówiła, że stała.
- Nie stała.
Ja bym sobie od razu poszła na jego miejscu. Ale ludzie są tacy lekkomyślni. Zawołał posiłki. Posiłki przyszły i stanęły. Tam, gdzie wcześniej mąż.
- Pani. Tu. Nie. Stała - stalowy pręt przejechał po szybie ostrzegawczo.
- Stałam.
- Nie stała pani.
- Stałam. Stałam za tą panią. Zapamiętałam jej spódnicę.
(Jako żywo nie noszę spódnic, ale milczę).
- Nie stała pani. I ja pani tu nie wpuszczę.
- Coooo?! To ja się wepchnę!
- Ja się pani wepchnę! Nie stała tu pani. Ja stałam za tą panią. Od początku. Jeszcze zanim kolejka dotarła do chłodni.
(Tak, kolejka zaczynała się przed kilometrową chłodnią, więc rozumiecie moje poświęcenie).
Nierozsądna, podobnie jak mąż, kobieta zaszarżowała.
- Kolejka nie była taka długa - oświadczyła i ZROBIŁA TO. - Gdzie się zaczynała kolejka, gdy pani w niej stawała?!

Naprawdę chciałam powrócić do mentalnej alternatywy, ale mnie zaatakowała, a ja jestem chorobliwie prawdomówna. Poza tym... Ludzie, ja tu mieszkam. Nie będę się podkładała Pani z Głosem. Gdyż jestem też rozważna. I zupełnie nieromantyczna.
- Znacznie za chłodnią - odpowiedziałam, odwracając się lekko i dostrzegając wzrok Głosu. - I nie stała pani za mną.
- A skąd pani wie, skoro to się dzieje za pani plecami?! - pisnęła rozpaczliwie.
- Ponieważ z nudów przysłuchiwałam się rozmowie tej pani z jej znajomą - podsumowałam i dokończyłam w stronę Głosu: Ja bym nie wpuszczała tego komornika, bo oni najpierw plombują dobytek, a potem pytają o dane. Albo i nie pytają wcale.
Wzrok Głosu wyraził aprobatę dla mego postępowania.
- No! - Pręt stalowy z dużą ilością rdzy haratnął w podłogę.
Kobieta obok zaczęła powoli się odsuwać. Męża nie dostrzegłam. Czmychnął znacznie wcześniej.

- Co za ludzie! - Głos huknął mi do ucha.
Uśmiechnęłam się i przepraszająco wzruszyłam ramionami.
I co? Wiecie, co to jest szacun na dzielni? Hm?

2 kwietnia 2015

2067

A tak w ogóle, to wszystkiego najlepszego.
Dla mnie.
I żebym wreszcie miała ten mój wymarzony dom.
Tak. Bardzo tego pragnę. 
Dziękuję.