30 czerwca 2014

1758

Zrobił mi wykład z rozprężania gumy. I to wszystko w trakcie produkcji jednego latte.

No bo kiedyś poszła mi uszczelka w ekspresie. To była taka mała uszczelusia, na łączeniu dziubka do wydmuchu pary z dyszą od ubijania mleka. Nie miałam weny, żeby jechać do Katowic do serwisu, więc wzięłam gumkę recepturkę, ogumkowałam nią dziubek i teraz dysza się trzyma. Ergo - mogę dostać mój ulubiony rodzaj kawy. A że często robi mi ją Prezes, to przy okazji wygłasza. Co tam mu akurat na język.

Ja się zwykle pienię o pozostawianie tej metalowej dyszy, bo ona powinna być myta po każdym użyciu. Inaczej zostaje na niej mleko i zwyczajnie się psuje. A dysza przykleja się do dziubka i potem nie mogę jej zdjąć. JA oczywiście nie mogę. Ponieważ JA zdejmuję dyszę po każdym użyciu i myję. Nie, nie jestem zrzędna. Myję też nogi, wyobraża Państwo sobie? I (rozpasanie) zęby! Codziennie!!!
(Nie mówcie nikomu, ale myję też kocie kuwety - taka jestem higienistka).

No to mówię mu:
- Weź tę dyszę ściągnij i umyj. Jak ją tu zostawiasz, to przysycha. A mleko się psuje. Czyżbym nie mówiła tego 235678909876542345678987654* razy?
- Nic nie przysycha, tylko guma się rozpręża.
I wykład o rozprężaniu gumy.
Ja pierdolę.

A można było po prostu ściągnąć i umyć, nie?

***

A Edward SRA. O matko! Chyba pozbywa się wszystkich zapasów z ostatniego roku. Aromat nieporównywalny z niczym.


* Kiedy tworzyłam na klawiaturze tę liczbę, obrócił się i zapytał:
- Co ty tam napisałaś? KOPYTKO?!

1757

Z nieznanych przyczyn moja poranna notka się zapisała, a nie opublikowała.

Myślę sobie, że już wiecie, a tu figa. Ale ponieważ wydarzenia się toczą, to piszę kolejną i publikuję od razu, bo co mi tam. Otóż.
Pojechaliśmy z Edkiem na kontrolę i zabraliśmy Zośkę do przeglądu technicznego, kompletnie zapominając, że do badań krwi musi być na czczo. W każdym razie Edward w porządku. Kupa rozintegrowana. Dostał drugą dawkę antybiotyku oraz olej parafinowy na dwa strzały, do pobudzenia pracy jelit. Problemu nie będzie, bo on dość chętnie, a nawet gdyby, to można mu polać żarcie. Natomiast.

I tu przepraszam Kaczkę, która jest prezeską fanklubu Zochy, że ją trochę zmartwię. Bo okazało się, że nasz okaz zdrowia i charakteru ma problem, zidentyfikowany częściowo, co utrzymuje mi ciśnienie w górnych rejestrach.
Sprawa pierwsza: dwa trzonowce do usunięcia. Nie wiem, jak to się stało. Żyję z kotami od 35 lat i NIGDY ŻADEN nie miał problemu z zębami. Kupujemy porządną karmę, która ma za zadanie ściągać kamień. A tu coś takiego.
Sprawa druga: Zosia ma powiększone węzły chłonne podżuchwowe i nie wiadomo od czego. Może od tych zębów. Ale może od nerek. A nerki, to wiecie...
W każdym razie w weekend do przeglądu jadę Zośka i Karol. Bo ten jeszcze nie był. Obu zrobimy badania krwi w kierunku wątrobowym i nerkowym. Jeśli wyjdą dobrze, to umawiamy naszą królewnę do dentysty. A co z ryżym - to się dopiero okaże.

***

Dzwoni do mnie pani pośredniczka i jest nadaktywna, tzn. usiłuje mi wmówić, że jest mnóstwo chętnych na dom, który wisi w ogłoszeniach od trzech miesięcy (a przynajmniej do tylu się przyznała) i właściciele obniżyli cenę o 50.000. Ja rozumiem - ona mnie jeszcze nie zna, to nie wie, że mnie się dziecka w brzuch nie wciska.

Pojedziemy go obejrzeć w sobotę, bo Prezes jutro wybywa do stolnicy. Co prawda pani pośredniczka usiłowała wykazać wyższość oglądania w tygodniu nad niższością oglądania w weekendy, ale ona mnie jeszcze nie zna, więc nie wie, że... Aha, to już było.

***

W fabryce jakaś teksańska masakra piłą mechaniczną. Chciałam przypomnieć, że ja mam podobno pracę siedzącą. Dlaczegóż więc TAK bolą mnie nogi?!

Mamy praktykanta. To kolejny praktykant, który może się zniechęcić do pracy w zawodzie, poprzez kontakt z tym wariatkowem. A przynajmniej do pracy w fabryce. Na spotkaniu porannym był po prostu zwyczajnie przerażony. Na popołudniowym jego oczy urosły do wielkości spodków. Wszystko przez momenty humorystyczne. Np. Szef ogłasza światu wyjazd na kolejną konferencję (tak, jadę - tak, znowu do Zakopanego...), odczytuje listę uczestników, przekazuje mi ją, a ja widzę jakiś kulfon. Tedy, nie tracąc czasu na stosowną doprofesorską człobitność, przerywam mu wpół zdania:
- Ale halo. Co Szef tutaj nabazgrolił?
Następuje radość społeczna, wersja alfa, gdyż Szef jest znany z.
Burczy pod nosem, bo mu przerwałam, bo śmiałam zapytać, bo publicznie. A potem zawiesza się nad kartką, gdyż nie umie przeczytać sam po sobie.
Następuje radość społeczna, wersja beta.
W końcu odszyfrowuje i oznajmia:
- Wymyśliłem temat wykładu dla pana dyrektora.
Następuje radość społeczna, wersja gamma. Bardzo rozbuchana.
Szef odczytuje w końcu, co tam nabazgrolił. W sali zapada martwa cisza. Szef się rozgląda, po czym jak nie huknie:
- SPOCZNIJ!!!
Powietrze opuszcza płuca zgromadzonych, chichocik przybiera na sile, praktykant lekko zsiniały. Ja sobie bimbam, jak zawsze.

Tak więc znowu Zakopane. Chyba wyrobię życiową normę w krótkim czasie. Czterdzieści lat tam nie byłam, więc muszę skoczyć pińcet razy z rzędu, by wyrównać zaległości. Zakopane to nowy Ustroń. Ustroniem rzygam, bo tam się ciągle jeździło w delegacje. No to mam zmianę. Że też nikt nie wpadnie na możliwość zorganizowania konferencji nad morzem. Głąby.

1756

BINGO!

Poszło. Co prawda nigdy nie posiadamy stuprocentowej pewności, co do właściciela kupy, ale to, co zastałam o poranku w kuwecie, było tak paskudne i tak śmierdziało, że dość jednoznacznie wskazuje na twórcę. Poza tym syneczek mamusi postanowił coś zjeść i to może być dodatkowy dowód.

Kamień z serca! (I z tyłka).

Słabiutki bardzo. Wywiewa go z zakrętów, nóżki się troszkę plączą, ale myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. Po południu zabierzemy go na kontrolę do lecznicy, akurat będzie właściciel, czyli nasz nadworny weterynarz od lat. Niech pomaca, czy wszystko nas opuściło. Poproszę ewentualnie o trochę jakiejś wysokoenergetycznej i witaminizowanej karmy np. na trzy dni. Trzeba mojego bidusia ciut podkoksować.

Zuzia w takich sytuacjach sprawdza się cudownie. Normalnie nie przepada za dotykaniem surowego mięsa, ale gdy któryś kot chory, to bez słowa kroi na drobne kawałeczki, zanosi do miejsca pobytu, podkarmia, poi i dba. Dobre to moje dziecko.
Sprawozdała, że Eduś napakowany trochę mięsiwem, ale nie za dużo, żeby go żołądek nie rozbolał. I że za jakiś czas zajmie się kolejną porcją.

No, mówię Wam - jak mi któreś dziecko (wliczając to na dwóch nogach, oczywiście) zapada na zdrowiu, to ze mną jest źle. Nie jestem gotowa, by żegnać kolejnego kota, naprawdę. I na pewno nie najmłodszego. Na pewno nie syneczka mamusi. Choć, prawdę mówiąc - wszystkie kocham tak samo.

Edzio ciut obrażony, oburczał mnie rano. Tak to właśnie jest: wozisz, nosisz, karmisz z ręki, pomagasz przy lewatywie, dajesz zastrzyki, kroplówki, czyli twoja wina. Ci, co mdleli albo nie umieli, zawsze są na wygranej pozycji. Ale niech tam. Byle towarzystwo było zdrowe.

29 czerwca 2014

1755

Seria trzecia duńskiej produkcji Rząd, o której już kiedyś pisałam, naprawdę mnie nie zawodzi.

Trudno się oderwać. Oglądam trzeci odcinek i nie mogę przestać. Od momentu, gdy zaprzestaliśmy współpracy z jakąkolwiek telewizją, skupiam się wyłącznie na oglądaniu dość dobrze wyselekcjonowanych pozycji. I to mi odpowiada. Poza tym wciąż zdarzają się nam zabawne sytuacje, związane z telewizją. Ktoś coś nam opowiada, my mówimy, że nie mamy telewizora i nie oglądamy, zapada taka niezręczna cisza, a ja jestem setnie ubawiona. Nie mieć telewizji?! Dziwne.

Nadal przeglądam ogłoszenia. Wszystkie znalezione przeze mnie domy podobają się Prezesowi, co jest bardzo wygodne. Albo niespotykanie spokojny z niego człowiek, albo mamy zbliżony gust. Coraz więcej widzę ogłoszeń z chałupami w bardzo rozsądnej cenie. Jeśli taką wybierzemy, to prawdopodobnie bank nie będzie nawet stroił fochów w związku z naszym hipotecznym mieszkaniem. A wtedy można to przemyśleć: sprzedaż czy wynajem. I tak leci.

Kot zatkany.
Istnieje obawa, że zbliżamy się do ostrych narzędzi.
Nie je, nie pije, jest osowiały, nie schodzi z piętra.
Biduś.

Mam nadzieję, że jutro sprawa ostatecznie się rozwiąże.

1754

Kot popadł w stupor. Nie wyea się i koniec.

Pani doktor napompowała kota ze wszystkich stron. Podskórnie płynami, dopyszcznie olejem parafinowym, dotylnie lewatywą. I dołożyła Nospę w zastrzyku.
Kot, po raz pierwszy w swym czteroletnim życiu, dostał szału, zaczął drapać i usiłował ugryźć mnie w palec. Jednakowoż pragnę podkreślić, że czynił próby jedynie do czasu, gdy nie wyjęto mu sprzętu z tej części kota, gdzie słońce nie dochodzi. Później wyłącznie patrzył ze smutkiem.
Teraz wypiera całe zdarzenia. I nadal jest zintegrowany.
Dostałam strzykawkę z olejem na później i drugą z Nospą. Też na później. (Tak, od czasów Tusieńki robię zastrzyki i kroplówki). Pozostaje nam jedynie modlitwa, a więc módlmy się, bo kolejny krok to już rozwiązania chirurgiczne.

Czym kot się tak zatkał - nie wiadomo. Pozostałe koty nie wykazują objawów zatkania.

***

Obejrzeliśmy kolejny dom. Tym razem parterowy i w pełni dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych, ponieważ mieszka w nim rodzina z leżącą córką. To dostosowanie jest akurat fajne, choć dla nas zbędne. Ot, bonus.
Jednakowoż jeśli Państwo myślało, że tamten był na wsi, to się Państwo pomyliło. TEN jest na wsi. Na wsi głębokiej i zabitej dechą. Choć, paradoksalnie, dojazd lepszy. Żadnych korków nie przewiduje się.

Sam domek całkiem przyzwoity, nieduży, z otwartą - zgodnie z moimi potrzebami - przestrzenią. Działka inna, bo gleby inne: więcej zarośnięcia, co zdecydowanie sprzyja niesocjalizowaniu się z sąsiadami, a nie sprzyja bimbaniu sobie i poruszaniu ruchem posuwisto - zwrotnym za kosiarką. Za to zdecydowanie mądrzejsze ogrzewanie i odprowadzanie ścieków. No i kawałek osobistej drogi, bo dom jest odsunięty w tak zwaną głąb. Tereny nadal leśne, czyli - w domyśle - bez niespodzianek budowniczych.
Podsumowując: ładny, naprawdę niedrogi, acz nie obudził w nas tych emocji, co poprzedni.

W przyszły weekend, jeśli wszystko się ułoży, obejrzymy kolejne dwa. Te już niestety przez agencje.

Update
Może jeszcze zdjęcie tarasiku (poprzednio też było niefrontalne). Stare, ale teraz wygląda podobnie, tylko roślinności więcej.


1753

Pod moją nieobecność Państwo sobie obejrzy film Jabłka Adama.


Na przykład, o: TUTAJ. Można też sobie coś przeczytać o tym filmie. Ażebyście nie musieli szukać, to ja Wam pokaże drogę.
------->>> TĘDY
Jak wspominałam, kino skandynawskie mi robi. Więc zachęcam.

A ja tymczasem kota na przegląd i dom do przeglądu. Bądźcie umiarkowanie niegrzeczni. Na filmie kwiczeć mniej spektakularnie niż ja. Bo to już naprawdę był nietakt.

28 czerwca 2014

1752

Jeśli kiedyś komuś zachce się domu, uczulam szczególnie na jedno słowo: klimatyczny. Jeśli coś jest klimatyczne, to znaczy, że kompletna ruina.

Poza tym mam refleksję, że pośrednicy piszą tak głupio, że nie sposób przejść mimo tego obojętnie. Dajmy na to: wchodząc do domu nie sposób nie zauważyć salonu. Rozumiem, że ma więcej niż 2 na 2 metry. Nie sądzicie, że takie gadanie powinno być karalne?!

Namyśliłam się!
Przytaczam całe ogłoszenie.
Rozwaliło mnie.

Chciałam Państwu zaproponować przepiękny jednorodzinny dom położony z zielonej dzielnicy Xxxx. Dom z 1999 roku, wybudowany w technologii murowanej. Nieruchomość wyjątkowa, postawiona na pięknej zalesionej działce o powierzchni 3931m2, która sprawi, iż nowy właściciel poczuje się tutaj jak na urlopie. Wejście do domu znajduje się na parterze. Wchodząc do środka nie sposób nie zauważyć salonu z klimatycznym kominkiem, przy którym to, można spędzić chłodne zimowe wieczory rozkoszując się ciepłem rozpalonego ognia. Dodatkowo na parterze znajduje się dwoje drzwi: jedne prowadzą do pokoju gospodarczego z kotłownią, drugie do garażu. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ nowi właściciele będą mieli możliwość przejścia do tych pomieszczeń nie wychodząc na dwór. Na piętro domu prowadzą dębowe, kręte schody. Na piętrze znajdują się trzy pokoje oraz niewielki pokoik mogący służyć za garderobę lub pokój biurowy. Duża łazienka z wanną z pewnością umili nowym właścicielom chwile po ciężkim dniu pracy. Kuchnia duża z możliwością stworzenia jadalni. Niewątpliwym atutem nieruchomości są dwa duże tarasy oplatające dom. Jeden z nich ma schody umożliwiające wejście z boku domu. Jest to bardzo przemyślane rozwiązanie, umożliwiające wniesienie do domu dużych mebli. Dom o betonowych stropach z dodatkowymi wzmocnieniami. Dach kryty papą w bardzo dobrym stanie. Dom ogrzewany jest piecem węglowym. Dodatkowo pod domem duża piwnica z wejściem od zewnątrz oraz wejściem znajdującym się pod krętymi schodami. Właściciele dbając o bezpieczeństwo zamontowali system alarmowy, okna na parterze okratowane, na piętrze z roletami zewnętrznymi.
Działka na której stoi dom niezwykle urokliwa. Nowy właściciel będzie miał kawałek lasu na wyłączność. Wiosną i latem chwile spędzone na tarasie umili szum drzew. Jesienią właściciele będą mogli wybrać się na grzyby rosnące na własnej działce. Dla miłośników przyrody na końcu działki tereny porośnięte gatunkami chronionymi. 


Jeżeli chcesz uzyskać więcej szczegółów zadzwoń do mnie już teraz. Jestem tu po to aby znaleźć dla Ciebie wymarzoną nieruchomość. Pamiętaj Twój dom to Twoje drugie oblicze!


Dzwonię. Przecież dopiero po 22.

1751

Kot nadal zatkany. Odmawia posiłków. Zaproponowałam mu kolejne 2 cm tego czegoś, co ma mu wypchnąć to coś stamtąd. Pożarł radośnie, po czym wlazł do torby papierowej i siedzi.

W międzyczasie otrzymałam odpowiedź od państwa domkowych. Proponują nam cenę o 80.000 zł wyższą niż zaplanowana. Tym samym domkowi w lesie powiedzcie "papa". Tak, też mi przykro.
No to drążę dalej. Znalazłam dom - dla odmiany - parterowy. I trochę w inną stronę. Jutro jedziemy go zobaczyć. Metraż domu i działki podobny. Tylko jest nowszy i tańszy - jak podejrzewam, sprzedający zapoznali się z cenami nieruchomości ZANIM zamieścili ogłoszenie.

Z tego wszystkiego cykl mi się skrócił do 23. dni. No, rewelacja. Nie zarobię w fabryce na tampony. I tak mam krótki, bo 26-, 27-dniowy. Wolałabym mieć ponad trzydzieści, ekonomiczniej by wyszło. Ale może to już początki menopauzy. Co tu kryć - człowiek nieco przechodzony. Wzdech. Pora na ten dom, naprawdę. Bo jak jeszcze poczekam, to kosiarka może mnie za sobą pociągnąć do centrum wsi. Mnie i balkonik.

A tak na marginesie - kluczem wyszukiwania jest odległość od mojej pracy. Prezes, oglądając wybrane przeze mnie nieruchomości, zmienia na bieżąco lokalizację biura. W sumie gdy się pracuje w korpo, to można korzystać z możliwości sieci, nieprawdaż? Nie tu, to tam. I tak to stałam się osią wszechświata, czyli wszystko kręci się wokół mnie.

Zaesemesowałam do Potomstwa: "nie będziesz mieszkać w lesie - można rozpocząć radowanie się". Odpowiedź przyszła natychmiast: "znam cię, znajdziesz nowy las". W związku z powyższym przesłałam jej namiar na nieruchomość, która w obrębie działki posiadała garaż z małym mieszkankiem nad (poza obrębem samego domu). Ostrzega, że w takiej sytuacji może nie wyprowadzić się nigdy. Zwłaszcza że nad garaż prowadzi milion schodów, więc prawdopodobnie nigdy bym do tego śmietniska nie wlazła. Za 10, 15 lat po prostu byśmy to podpalili i upiekli kiełbaski.

Trochę mi smutno. Prezesowi chyba też, bo podsumował, że trzydzieści kafli by dorzucił. Ale osiemdziesiąt to już przesada. Cóż... życie toczy się dalej.

1750

Kot mi się zepsuł poprzez zatkanie kota. Od tyłu.

Ponieważ kot odmówił przyjmowania posiłków, hopsasania, miziaków, kradzieży i innych czynności, które standardowo wykonuje, został zapakowany do kuferka i zawieziony do lecznicy. Kot nie chciał zarówno pakowania, jak i wiezienia oraz kontaktu ze specjalistą. Niechęć swoją wyrażał dobitnie. Po czym spociły mu się stopy i eksplodował łupieżem, który zniknął natychmiast po powrocie do domu. Fascynująca historia.

Przy okazji przeglądu kota odkryto:
- dwa dodatkowe zęby*, o których nikt wcześniej nie mówił**,
- zaczątki kamienia nazębnego,
- lekko zaczerwienione dziąsła***,
- sporo twardej kupy, całkowicie zintegrowanej z kotem.

Wszystkie pozostałe części kota funkcjonują należycie.

Kot otrzymał:
- nawodnienie w postaci kroplówki podskórnej****,
- pastę o aromacie rybnym z przeznaczeniem rozitegrowania kupy z kotem,
- darmową próbkę karmy weterynaryjnej Urinary (na zachętę), którą pochłonął natychmiast po nawodnieniu (chociaż podobno jest niesmaczna),
- solenną obietnicę, że jeśli nie dokona rozintegrowania, to otrzyma w promocji wlew oficerski.

Kot jest minimalnie na mnie obrażony i udaje, że nie słyszał.
Zachęcam go do defekacji.
Jutro przejaw najwyższej formy zaufania, czyli kontrola - w domyśle - opustoszałych jelit.

PS Pani zachęca do kontrolnych badań krwi w kierunku ewentualnych niedyspozycji nerkowych wszystkie zamieszkałe koty. Ponieważ mamy tylko dwa transporterki, Zocha pojedzie przy następnej okazji. Karol jeszcze nie wie. Przeczuwam foch w wersji ekstremalnej.




* Przypuszczam, że jemu wyrosły te, które nie wyrosły mnie - w naturze jest równowaga.
** Jakby mało było tych wampirzych kłów.
*** Pewnie przez te początki kamienia.
**** Poszło szybko, bo przecież mam doświadczenie.

27 czerwca 2014

1749

Nosz... jakie to Państwo niecierpliwe.

Oczywiście rozumiem, że się nie spodziewacie, ale - uwaga! - mnie się czasem nie chce. Zaskakujące, prawda? A jednak. Więc nie zamierzam Wam tu piachem w oczy: nie chciało mi się i tyle. Swoją drogą - dostrzegam pewną regularność: lato mnie rozleniwia. Nawet biorąc pod uwagę, że aura nie rozpieszcza.

Co tam, więc?
Otóż jedyną rzeczą, której człowiek w fabryce może być pewny, to zmienność nastrojów Szefa. Jeszcze w środę tłukł mnie za pewną rzecz kijem w głowę, by już w czwartek za tę samą rzecz podziękować publicznie, co przyjęłam z dobrodziejstwem inwentarza i bez komentarza.
Pracownik zaś, który był tzw. Obiektem, oczekiwał o poranku w korytarzu u drzwi windy, by się kajać i przepraszać. Powiadomiony, że nie mam do niego uwag oraz zastrzeżeń, eksplodował uczuciem, obejmującym poklepywanie po pleckach i zapewnienia, żebym wszystko zwaliła na niego, bo i tak jest na cenzurowanym, a po co mnie się ma obrywać. Tym samym uczynił miłą i swojską atmosferę pokoju między narodami i zupełnie nie zmienił mojego nastawienia, zakładającego wzięcie na siebie szefowskiego ataku. Nobles obliż. Tak to postrzegam. Ja jestem kierownikiem, ja za wszystko odpowiadam, nie będzie mi tu nikt rozstawiał ludzi po kątach, sama sobie poradzę.

W związku z czym opowiedziałam mu dykteryjkę, na okoliczność której ryknął śmiechem, po czym zaczął kaszleć, w wyniku czego o mało się nie udusił i przyprawił mnie o niepokój, dotyczący stania się przypadkowym sprawcą zgonu.
- Mój drogi - podsumowałam - nie umiesz się bawić jak dorosły i więcej żadnego kawału ci nie opowiem.
Było, minęło.

***

Odbyliśmy liczne wycieczki. Plany zagospodarowania przestrzennego sprawdzone, mapy u geodetów takoż, księgi wieczyste również. W związku z powyższym wysłałam do państwa sprzedających maila z informacją ile i dlaczego tyle zamierzamy im zapłacić. A teraz oczekujemy odpowiedzi. Jeśli tak - no to mamy dom. Zawieramy umowę przedwstępną, wpłacamy zaliczkę, idziemy do banków po prośbie. I inne tam takie. Jeśli nie - okrywamy się smuteczkiem i eksplorujemy dalej. Założenie jest bowiem takie, że jeszcze w tym roku wypijemy kawę na własnym tarasie i położymy głowy na poduszkach w swoim osobistym domu. Wbrew pozorom czasu niewiele, bo tylko pół roku. A tu procedura bankowa, niezbędne remonty, przeprowadzki - sradzki.

Żądam trawy. Żądam i pożądam. I będę mieć, choćby się to komu nie podobało.
Ora et labora.

25 czerwca 2014

1748

Cały misterny plan piątkowy diabli mi wzięli w jednej chwili.

Otóż chciałam wybrać jeden dzień urlopu, celem udania się do urzędu gminy i przejrzenia planów zagospodarowania przestrzennego. Nie pragnę się bowiem dowiedzieć za dwa lata, że przed moim domkiem marzeń biegnie autostrada. Oddzielona ode mnie parkingiem i supermarketem. Nawet wniosek sobie wypełniłam. I co?

I Szef dostał dziś regularnego szału, którego centrum stał się jeden z moich pracowników. W dodatku akuracik nieobecny. Obawiam się, że ów szał potrwa i, jeśli będę poza fabryką, to w poniedziałek mogę zastać uszczuploną liczbę podwładnych. Gdyż szefowski gniew lubi przybierać różne, arcyciekawe formy. Tedy trza się przeciwstawić z całom siłom i godnościom osobistom. Bo może i coś tam lekuchno nagrzmocił, ale to jeszcze nie jest powód, żeby, panie, tego.

Przewiduję jutro przecudowny poranek. Zgodnie z wymyślonym przeze mnie i wielce prawdopodobnym scenariuszem, już o świtaniu padną gromy. W związku z czym pracownika muszę schować do szafy i oprzeć się o drzwi. Przy czym, co martwi mnie najbardziej, będę zmuszona przybyć do fabryki punktualnie, co mi się raczej nie zdarza. Bo trzeba być przed Szefem, żeby nie zdążył przemeblować mi podstawowej komórki zakładowej. Pod moją nieprzytomność.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, moje życie jest barwne.

24 czerwca 2014

1747

Dykteryjka.

Przypomniały mi się dawne czasy. Otóż ongiś, gdy przyjeżdżało się do drugich-rodziców, na spotkanie wybiegała człowiekowi czereda bachorów*. Wszystkie należało ukochać i uściskać**, a także wyspowiadać się na okoliczność ewentualnych darów. Później następowała wymiana aktualności oraz nieśmiertelne pytanie:
- Ciociu***, ile u nas zostaniesz?!

Druga-mama bardzo się o to złościła i tłumaczyła dzieciom, że tak nie wolno. Że pytana osoba czuje się, jakby wszyscy tylko czekali, kiedy się wyniesie. Nie ukrywam, że ja się tak nie czułam, ale wierzę drugiej-mamie, że ktoś może owszem. Puszczałam więc drugomamine moralniaki koło uszu i odpowiadałam zgodnie z prawdą. Najczęściej słyszałam natychmiast pełne rozczarowania:
- Tak króóóóótkooo...?
To naturalnie kładło pewien cień na teorię drugiej-mamy, ale oj tam.

No i parkuję ci ja pewnego dnia pod furtką drugich, z domu wypadają stosowne czeredy, dobiegają do mnie, ja zapieram się o samochód, by nie zostać zaobściskiwaną na śmierć, a tu najmłodszy staje przede mną i cieniutkim głosikiem pyta:
- Ciociu... Jak długo zamierzasz cieszyć nas swoją obecnością?

Nauczyła!


* Oraz czereda psów i kotów. Psy nic nie gadały, tylko właziły na łeb. Za tymi grupami leniwym krokiem zdążali drudzy - żeby pozbierać szczątki. O ile, oczywiście, z gości coś zostało. Obecnie czereda bachorów jest pełnoletnia w 4/6. I - niestety - najczęściej nieobecna.
** Oprócz Czwartorodnego. Oni z Aspergerem mają swoje zwyczaje. Aczkolwiek nie narzekam, gdyż do dziś jestem zaszczycana całusem. Tylko obecnie muszę stanąć na palcach, a jego poprosić, żeby ukląkł.
*** Tak, podobno były takie czasy, kiedy mówili do mnie "ciociu". To było jakoś przed tymi czasami, gdy zaczęli mówić: "Aśka, posuń się".

23 czerwca 2014

1746

Trochę jestem zażenowana.

Topowym daniem u nas w domu są jednogarnkowe wariacje wokół papryki, pomidorów, cebulki, pieczarek i czosnku z piersią z kurczaka. Czasem, gdy poniesie mnie melanż, dorzucam doń cukinię albo seler naciowy, bakłażana czy co mi tam pod rękę podejdzie. Dziś pierś z kurczaka wymieniłam na suchą krakowską z indyka (Pikok robi wędliny, do których wchodzi np. 140 g mięsa wyłącznie! drobiowego na 100 g kiełbasy - i to jest normalne rozwiązanie, IMHO). Czasem surowe pomidory zamieniam na krajane z puszki - mniej roboty.

Ile bym nie zrobiła - zeżrą jednego dnia.

Pomyślałam kiedyś, że pożyczę od mamy taki wielki sagan, nawalę tam kilogramy produktów i poczekam na efekty. Jeśli pochłoną przez 24 godziny, to wymiękam.
Nie rozumiem fenomenu.
Ale faktycznie, jest smaczne i mało roboty.

PS Dziś za krojczego robi Prezes. Oświadczyłam, że idzie mu tak dobrze, że może ze mną zamieszkać. Przyjął entuzjastycznie.
PS 2 Jest zadowolony z siebie do tego stopnia, że stoi i kręci w garze.
PS 3 Zapomniał dodać czosnku i posunął się do siekania, bo uważa, że siekany jest lepszy niż przepchnięty przez praskę. Muszę go częściej eksploatować - stanowisko szefowej kuchni, która wydaje polecenia i jest odpowiedzialna wyłącznie za doprawianie, bardzo mi leży.

Update
Eksperymentuję ostatnio z kuminem.
Bardzo.
I dorzuciłam szczodrą garść makaronu.
Owszem, też.

1745

Szef na koniec spotkania przegląda dane, dotyczące wykonania planów. W danych nic się nie zgadza, daty porozjeżdżane, na ten sam dzień miesiąca figurują inne wartości. Szef próbuje dokonać z nami jakiejś analizy, co jest z góry skazane na porażkę. W końcu zrezygnowanym głosem stwierdza pod adresem nieobecnego wykonawcy:

Chyba się nie powstrzymam, żeby go nie opierdolić.

PS Chowam się po kątach, żeby nie wpadł na pomysł, że mam coś z tym zrobić. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Choć przyznam, po rzuceniu okiem na materiał, że zaczęłabym od potrząśnięcia tym i owym. Pójdę do kąta i przeczekam to.

22 czerwca 2014

1744

Księgi sprawdzone - hipoteka wolna.

Fajnie, że tak się uzupełniamy. Prezes leci po kwestiach technicznych, ja po urzędowych. Nie było mi znowu tak łatwo, bo elektroniczne księgi wieczyste narzucają nowy numer, a my mamy stary. Ale od czego wrodzony intelekt. Znalazłam. Prezes tymczasem przestudiował wszelkie dostępne fora i mnóstwo literatury na temat systemu budownictwa. A potem zadzwoniliśmy jeszcze do naszego ulubionego fachowca, który wie WSZYSTKO. Opinie się pokrywają, co przyniosło ulgę.

Muszę jeszcze skoczyć do gminy, celem sprawdzenia planów zagospodarowania przestrzennego i do geodezji, żeby sprawdzić, czy dane z ksiąg wieczystych pokrywają się z planami geodezyjnymi. I, jeśli tak, przedstawić stosowną propozycję. Oraz czekać na jej akceptację. Bądź nie.

Ano - zobaczymy.

PS Państwo myślało, że gdy pójdę do pracy, to nie będę pisać. A tu niespodzianka. Coś całkowicie innego potrafi zaprzątnąć mnie bez reszty.

21 czerwca 2014

1743

Dom obejrzany.

Znamy więc już jego słabe strony i państwo sprzedający też znają, ponieważ nasza pani inspektor bardzo ładnie i grzecznie ich o tym powiadomiła. Mimo wszystko nadal jesteśmy skłonni chatkę zakupić, ale oczywiście nie za taką cenę, za jaką jest wystawiona. Wobec powyższego przed nami faza przedostatnia, czyli sprawa dogadania się finansowego. Albo nie, oczywiście. I potem się zobaczy. Jakby co - jeśli nie ten dom, to inny. Ale na pewno w najbliższym czasie.

***

Poza wszystkim, usłyszeliśmy niedawno anegdotkę, która rozbawiła nas na długo i opowiadamy ją każdemu, kto chce i nie chce słuchać.

Otóż pewna nasza znajoma mieszka w Bytomiu. Z góry przepraszam wszystkich bytomian, którzy to czytają, i proszę, żeby się nie obrażali. Nasza znajoma jest bardzo szczęśliwa z powodu miejsca zamieszkania, uwielbia to miasto, choć traktuje je z przymrużeniem oka.
Warto zaznaczyć, że kiedyś, lata temu, Bytom był miastem, do którego np. jeździło się na zakupy. Sklepy były zaopatrzone lepiej niż gdzie indziej, a sam Bytom tętnił życiem. Później doprowadzono go praktycznie do ruiny, z której powoli się podnosi, jednak z uwagi na degradację infrastruktury ten proces jeszcze potrwa.

Znajoma mieszka w pięknie odremontowanej kamienicy, a okna jej mieszkania wychodzą na zadbany skwer. Chwaliła się niedawno, że teraz dopiero rozumie, co to znaczy mieć wszędzie blisko. Biega na piechotę gdzie chce i jest szczęśliwa. Niemniej sąsiedztwo jest... hmmm... dyskusyjne. Ludność wstaje o poranku i całymi rodzinami sunie do MOPSu. To jest ich główny cel i sens życia. W pobliżu domu mają za to cztery monopolowe, czynne całą dobę.

Jakiś czas temu do naszej znajomej miała przyjechać w odwiedziny koleżanka. Znajoma wracała z pracy i trochę się spieszyła, bo chciała przygotować z tej okazji jakiś posiłek. Wchodząc do klatki schodowej przypomniała sobie, że koleżanka lubi napić się szampana, w związku z czym zawróciła i udała się do jednego z okolicznych monopoli. Już sam pomysł kupowania szampana w tej okolicy jest zabawny. Zapewne mieli w sklepie jedną butelkę i to silnie zakurzoną.
Weszła do środka i zauważyła, że tuż przed nią przybyła dostawa świeżych krupnioków*. Zapach rozchodził się po całym pomieszczeniu i ciepłe danie kusiło. Poprosiła więc o odważenie połowy kilograma tego rarytasu** oraz, oczywiście, butelkę szampana. Zestawienie tych produktów rozbawiło mnie po raz wtóry w trakcie opowiadania.
Sprzedawczyni nawet okiem nie mrugnęła. Odważyła pół kilo w garmażerii, zapakowała, przyniosła butelkę i oznajmiła:
- 4,80 zł.
- Ile?! - żachnęła się znajoma.
A sprzedawczyni na to, tonem podniesionym i mocno poirytowanym:
- Proszę brać, jak daję. TANIEJ NIE BĘDZIE!!!

PS Okazało się, że krupnioki były zjadliwe, a wino musujące nie zabijało. Czego i Państwu życzę.


* Informacja dla goroli: kaszanka ;)
** Ja nie lubię, ale przyjmuję do wiadomości, że są tacy, którzy przepadają.

20 czerwca 2014

1742

Zapomniałam opisać pewne niedawne zdarzenie, które doprowadziło mnie prawie do łez szczęścia.

Otóż po pracy udaję się na zakupy. Niewiele mam do kupienia, a za to niezbyt się spieszę. Stoję z koszykiem przy kasie w Lidlu i rozpoczynam leniwą kontemplację rzeczywistości. Przede mną trzy osoby: pani, która kończy pakować zakupy, pani z nieprzesadnie dużą liczbą produktów (ale jednak) oraz mój bohater z puszką piwa - sztuk 1 (słownie: jedna). Skupmy się na nim.

Uczciwej postury mężczyzna, w trudnym do określenia wieku, najpewniej młodszy niż można by przypuszczać, gdyż uporczywe przebywanie w zakładach opiekuńczo - żywieniowych z okratowanymi oknami zwykło ludzi postarzać. Na widocznych spod ubrania częściach bohatera tatuaże, wynikające bezpośrednio z subkultury penitencjarnej. Na przedramionach tzw. sznyty w ilościach hurtowych. Strach pomyśleć, co mu wcześniej z żołądka usuwano. Jednym słowem - człowiek spodziewa się wszystkiego.

Kobieta przy kasie przekłada siatki do kosza. W tym momencie nasz bohater zwraca się do poprzedzającej go w kolejce damy.
- Szanowna pani! Czy byłaby pani tak łaskawa i przepuściła mnie? Mam tylko jedną rzecz.
Pani, wytrącona z myśli o czymś całkowicie zewnętrznym, obraca się do pytającego i zastyga. Po krótkiej chwili wybąkuje:
- Proszę.
Nasz bohater przemieszcza się zgrabnie koło niej, odwraca i kontynuuje:
- Bardzo dziękuję. Niezwykle pani uprzejma.
Kobieta uśmiecha się dla przyzwoitości, pewnie myśląc, że zapłaci mu za to piwo, byle sobie poszedł. Zadowolony mężczyzna zajmuje miejsce przy samej kasie i raz jeszcze zwraca się do niewiasty:
- Chciałbym podkreślić, że jest pani wyjątkowo uprzejma. I jestem pani prawdziwie wdzięczny.
Kasjerka przesuwa piwo przez czytnik, mężczyzna płaci i, odchodząc, raz jeszcze kłania się pani, która go przepuściła w kolejce.
- Szalenie pani dziękuję. Jest pani naprawdę uprzejma.

Wyraz twarzy interlokutorki - bezcenny.
Mój zapewne też - całą energię pożytkuję na pilnowanie, by się nie posikać.

1741

Mój Szef jest człowiekiem wielu zalet.

Jednak dziś przeszedł sam siebie. Muzyka, którą stworzył, uplasowała go na pierwszym miejscu listy artystów wszech czasów. A było to tak.
Spotkanie poranne miało się ku końcowi. Jużeśmy wstawali, jużeśmy się zbierali, aż tu nagle, nie wiadomo skąd, dotarły nas prawdziwie anielskie pienia. Cała sala zastygła w idealnym milczeniu. Nikt nawet palcem nie kiwnął, zatrzymany wpół kroku. Jakby świat stanął wraz z nami na chwilę. Jakby ruch planet przestał istnieć na ten krótki, ulotny moment.
I gdy tak staliśmy, zauroczeni, rozległy się surmy i dźwięk dzwonków, a za nimi najpiękniejszy tekst, jaki kiedykolwiek słyszałam:
- I żebym tu o dwunastej nikogo nie widział!

Naprawdę nie wypadało się sprzeciwiać.

19 czerwca 2014

1740

Uważam, że snucie się po chałupie all day long w różowych, flanelowych gatkach od piżamy w sówki jest stanowczo niedostatecznie rozreklamowane.
- A wyobraź sobie, jak będziesz się w nich snuła po ogrodzie - podpowiada Prezes.
- Po ogrodzie nie, bo sąsiedzi się gapią - odpowiadam.
- Akurat cię takie rzeczy ruszają - mruczy pod nosem.
Fakt. W większości przypadków opinie ludzkości mam w głębokim dupiu. Poza tym hołduję złotej zasadzie: rób coś z przekonaniem, a zaraz znajdą się naśladowcy. Ciekawe, czy Allegro dysponuje tyloma parami różowych, flanelowych gatek w sówki?

1739

Napiszę, jeśli Państwo pozwolą, słów kilka o wychowywaniu zwierząt w moim postrzeganiu.

To jest łatwe, bo trzeba się wysilić tylko raz. Tak uważam. Reszta dzieje się sama.
Wysililiśmy się raz, wiele lat temu. I wychowaliśmy Pana Stefana. Przygarnęliśmy go, zawszonego jak nieszczęście, cztero- może pięciotygodniowego. Był absolutnym cudem natury. Malusią kluseczką na mikroskopijnych nóżkach, z trójkątnym ogonkiem. Nosiliśmy go do kuwety cierpliwie, sto razy dziennie. Żeby za którymś razem zrozumiał, do czego ten domek ze żwirkiem służy. Pozwalaliśmy mu oglądać bajki w telewizji (uwielbiał szczególnie "Epokę lodowcową"), pilnując, by przy tym nie przeziębił sobie nerek i pęcherza, bo mieszkaliśmy na parterze i było bardzo zimno.

To były komiczne sytuacje, bo Pan Stefan zastygał przed telewizorem stojąc słupka. Porozumiewaliśmy się na migi, żeby go nie dekoncentrować. Jedno z nas w absolutnej ciszy podnosiło kota, a drugie podkładało mu pod pupę poduszeczkę. I on oglądał dalej, jakby nie zauważył, że coś się wydarzyło. Szczególnie fascynowała go wiewiórka oraz jej żołędź.
Uczyliśmy cierpliwie nosić szeleczki, a potem obróżkę. Na początku się przewracał, jakby te szelki przygniatały go do ziemi. Potem sam z siebie zaczął prosić, żeby założyć mu obróżkę, gdy chciał wyjść na spacer. Prowadził nas do wieszaka w przedpokoju i trącał w nogi. Wiedzieliśmy, o co chodzi.

Pozwalaliśmy mu bawić się z dziećmi, pilnując, by nie czyniły mu żadnej krzywdy. Jeździł w samochodzie Barbie, woził lalki na grzbiecie, szalał z piłkami. Dzięki temu pokochał wszystkie dzieciaki, a i one uwielbiały jego. Cała populacja z osiedla. Słowo Wam daję - wołały go, żeby wyszedł na podwórko, a on tylko na to czekał. I gnał do nich radośnie.

Kiedy Pan Stefan był już wychowany, spod maski w samochodzie wydłubałam Tusieńkę. Nie miała więcej niż cztery, pięć tygodni. Była cudną kuleczką na mikroskopijnych nóżkach i z trójkątnym ogonkiem. Przerażoną, zgnębioną przez złych ludzi odrobinką, która pod szafę wchodziła nie uginając kolan. Nie wysikała się przez pierwsze półtorej doby. Byłam przerażona. Nosiłam, przytulałam, przemawiałam czule. Zsikała się wreszcie w łóżku, bo zrobiło jej się ciepło i poczuła się bezpieczna. Żebyście wiedzieli, jak się cieszyliśmy! A że pościel trzeba było prać? Phi! A kogo to w ogóle obchodzi?!

Wychowaniem Tusieńki zajął się Pan Stefan. My nie zrobiliśmy nic. Po prostu kochaliśmy łagodnie, nie zakładaliśmy kapturów (ewidentnie jakiś gnój w kapturze coś musiał jej zrobić), czapek i nie robiliśmy turbanów z ręcznika, nie podnosiliśmy głosu i pozwoliliśmy sprawom toczyć się samym. Zapatrzona w tego wielkiego, rudego kocura, malusia, czarna kulka robiła absolutnie wszystko, by być taka, jak on.

Wreszcie Tusiaczek był wychowany. Kiedy zginął Stefan, Tusieńka mało nie umarła z żalu. Czekała na niego czujnie przez całą dobę. Ale on nie wracał. To zmieniło ją na zawsze.
A potem pojawiła się Zosia. Miała już pięć miesięcy, była harda i charakterna - ot, dziecko ulicy. Usiłowała wywalczyć sobie dominującą pozycję w stadzie. Ale nasza Tuśka, choć bardzo się bała i nie znosiła agresywnych zachowań, nauczyła Zochę wszystkiego. Pokazała, gdzie się je, a gdzie sika. Wyedukowała z korzystania z drapaczki. I starała się przy tym nie zginąć.

I tak dalej, i tak dalej. Włączając Karola, który trafił do nas jako dorosła, ukształtowana osoba. My tylko kochaliśmy czule, kotki zrobiły resztę.

I dlatego, Moi Drodzy, nie obawiam się, że będziemy mieli problem z jakimkolwiek zwierzęciem. Bo my bardzo kochamy. A miłość dba o bezpieczeństwo, chroni przed agresją, wyznacza granice, daje port i przystań. Miłość nie oczekuje efektów, jest cierpliwa i wybaczająca. Pozwala się rozwijać nawet najbardziej niezdyscyplinowanym i charakternym.
A reszta? Resztę zrobią nasze koty.
Może się nawet okazać, że będzie trzeba kupić jakąś wielką kuwetę i oduczyć psa miauczeć.
A może nie oduczać? Niech sobie miauczy, co to szkodzi.

Zdaję sobie sprawę, że psy mają inną mentalność niż koty.
Jestem dość dojrzałą osobą i zanim wezmę do domu jakiekolwiek zwierzątko, dużo czytam i pytam. Gdy trzeba, potrafię skorzystać ze wsparcia behawiorysty. Już to robiliśmy. Pani była ŚWIETNA.
No, chyba że zwierzę bierze nas - to kapa. Korzystamy z instynktu i nadrabiamy zaległości teoretyczne nocami.

Gabo - bardzo sobie cenię Twoją radę, bo jestem przekonana, że płynie prosto z serca. Gdybym miała kiedyś jakiekolwiek problemy z psem, to - jeśli pozwolisz - przyjdę z tym do Ciebie. Pozwolisz?
(Tak tylko pytam - z przyzwoitości, bo przecież doskonale wiem, że mi pomożesz).
:-)

18 czerwca 2014

1738

Rozdział przeszedł.

- O to, to jest dobre! Jak na to wpadłaś?
Wyraźnie złapałam tekst, którego fabryka nie tyka.
- Znalazłam taki amerykański artykuł i wydał mi się mądry. Ale działałam na wyczucie.
- Świetne ujęcie. Bardzo mi się podoba. Przemyślane. Mądre.
No cóż... Też mi się podobało, więc nawet go rozumiem. Jak to się stało, że nikt do tej pory nie natrafił?

- Słuchaj... - Szef odwiesił się po chwili milczenia. - Skąd brałaś materiały do podsumowania? Jest znakomite.
- Z głowy. Akurat to napisałam bez posiłkowania się literaturą.
- Nie wiem doprawdy, co mam o tym myśleć. Pracujesz tu pięć minut, a piszesz, jakbyś się na tym znała od lat. Poruszające. Ty naprawdę rozumiesz, o co chodzi! I to całkowicie bez wykształcenia kierunkowego!
Ano staram się. Nie mówiłam, że jestem robotem wieloczynnościowym?

***

- Poszukałam dziś hodowli. I wyobraź sobie, że jest w Katowicach - oznajmiłam Prezesowi.
- Świnek?
- Piesków.
- No to będziemy mieli grubasa. Drogie?
- Znośnie. Poza tym czytam dużo o rasie. Zasadniczo piszą, że leniwe bydlaki. I charakterne. Nadają się do pilnowania obejść, a przy tym nie są zbyt pyskate.
- Rozumiem, że trzeba będzie gada wychować - westchnął.
- Coś ty, Zośka go wychowa. A poza tym - jakim wyzwaniem może być ułożenie psa z charakterem, gdy wychowało się pierdyliard kotów?!

***

Wygląda na to, że pisaniem zarobiłam na psa. Mój pierwszy życiowy konkret z pisania. Z przyjemnością przyjmę kolejne zlecenia.

17 czerwca 2014

1737

Skupmy się na plusach.

Pierwszy jest taki, że napisałam w końcu mój rozdział do książki.
Drugi jest taki, że nawet ładna bibliografia mi wyszła.
Trzeci jest taki, że oddałam to Szefowi do kontroli jakości.
Czwarty jest taki, że od razu się za to zabrał.
Piąty jest taki, że przeczytał połowę i jego uwagi są kosmetyczne. Póki co.

Pierwszy minus: nie zdążył doczytać do końca. Jutro ciąg dalszy nastąpi.
Drugi minus: przerwał przed częścią, która może go nie usatysfakcjonować w sensie merytorycznym, a to jest kawałek, na który uparł się dyrektor.

Szósty jest taki, że zadzwoniłam do mojego lokatora i poinformowałam go o konieczności sprzedaży lokalu, który zamieszkuje, a on się ucieszył i powiedział, że chętnie kupi.
Siódmy jest taki, że to mieszkanie jest małe i powinien dostać kredyt od strzału.

Pierwsza ambiwalencja: prawdopodobnie mogłabym dostać więcej. Ale lubię święty spokój. Mniej ruchów, więcej luzu.

Ósmy jest taki, że wsparłam dziś kobietę w potrzebie, przekazując jej dwie suknie wieczorowe, w które i tak się nie wbiję, bo mi człowiek Asia urósł. Niestety nie do góry. Ale za to dwa przedmioty mniej do przeprowadzania.
Dziewiąty jest taki, że koleżanka postanowiła mi za te kiecki zapłacić, więc odzyskam, co zainwestowałam. Radość, nie?
Dziesiąty jest taki, że prawdopodobnie uda nam się z Zuzią wreszcie pójść do ginekologa, co wcale nie jest proste, gdy usiłuje się zgrać dwa cykle i wolne terminy.

Nie zapominajmy też, że żyję i mam się dobrze. A Szef na koniec naszego spotkania jeszcze mnie zawrócił od drzwi, żeby mi powiedzieć, że ładnie wyglądam. To co się mam nie cieszyć, jak jest z czego. Oby passa trwała.


Update
I przybył nam jeden obserwator. Jak miło. Dzień dobry, tuli, tuli.

1736

Temat zdominował wszystko.

W domu o domu. W pracy o domu. Przez telefon o domu. Staram się odkleić od tego i z Zuzią rozmawiać o sesji. Zuzia nie chce rozmawiać o sesji. O domu też nie chce, więc różnicy to nie robi.

Wczorajsza ponad 2-godzinna pogaduszka z Matką Chrzestną opiewała na:
- ogrzewanie,
- kominek,
- piec typu koza,
- próżnienie szamba,
- remont kuchni,
- remont łazienki,
- remont jako zjawisko,
- konieczność napicia się przed remontem, w trakcie i po.
Matka Chrzestna szaleje, bo chce mieć mnie blisko. Ja też chcę ją mieć, więc jesteśmy w tej kwestii zgodne.

Poza tym Dzik z matką też się wyprowadza na jesieni. W związku z powyższym musiałyśmy ustalić jakąś lokalizację, która nam będzie w miarę po drodze. No to ustaliłyśmy. Jeśli obie wylądujemy zgodnie z planem, będziemy do siebie miały 17 km. Albo się znajdzie jakąś drogę przez wsie. Bo nie wiem, czy se Państwo zdaje sprawę, ale postanowiłam być ze wsi. Dla odmiany. Nie ma powodu, żeby całe życie być z miasta.

I teraz pomyślałam, że ta hipotetyczna przeprowadzka może być punktem wyjścia do zmiany nazwiska, którą planuję od lat. Nie, nigdzie nie wychodzę. Po prostu od dawna chcę odczepić mojego byłego małżonka, który mi siedzi na drugim członie. Zuzia zezwoliła już dawno, ale nie chciało mi się przechodzić przez kołowrót wymiany dokumentów. A w tej sytuacji i tak będę musiała.
No to mamy ustalone.

Co by tu jeszcze zmienić w swoim życiu?

16 czerwca 2014

1735

Wiszę na telefonie, wiszę.

Okazuje się, że mam mnóstwo przyjaciół, którzy mają domy i się znają. Mnóstwo dobrej woli, tony dobrej energii. Liczne rady, bardzo pomocne. Fajnie.

Kolejny plus dodatni?
Jeśli to wszystko się dopnie, będziemy z Matką Chrzestną sąsiadkami.
Ostatnio miałyśmy tak 20 lat temu.
Cieszymy się.

Wino. Baaardzo dużo wina.

1734

Obudziłam się dziś o 5:00 w stanie skrajnej paniki.

To się nie uda.
Zadłużymy się i skończymy pod mostem.
Ja tego wszystkiego nie przetrzymam.
Na pewno wtopimy.
Boję się.
Boję.
B.

Uspokoił mnie dopiero powtarzalny i przewidywalny cykl fabryczny. Szłam korytarzami, mijałam jedne drzwi za drugimi i emocje opadały. Pierwszy raz doceniłam, że to prawdziwe szczęście pracować w miejscu, które ma z góry ustalony rytm, oferuje cykliczne czynności, co to wcześniej wydawały mi się trochę irytujące. A dziś zmieniłam zdanie. To może mnie uratować przed szaleństwem.

Wczoraj wieczorem zadzwoniłam do naszej pani inspektor i opowiedziałam jej o wszystkim. Dziś zadzwoniłam do państwa, którzy sprzedają dom. W sobotę chwila prawdy. Jeśli wszystko będzie w porządku, zaczynamy się targować.
B jak brzuch mnie boli.

Pokażę Wam jeszcze ogród. Chcecie?
Widok z tarasu.


Zuzia, świeżo po kolejnym egzaminie, wyrzuciła dziś z siebie jednym tchem:
- Nie zamierzam mieszkać w żadnym lesie!!! I nikt nie będzie mi mówił, który jest mój pokój!!!
Dostanie, który zechce. Np. z widokiem na ogród. Ten jest przecież najfajniejszy.

15 czerwca 2014

1733

Byliśmy obejrzeć dom.

I co? I tragedia. Jest... śliczny. W zasadzie skończyło się tym, że siedzieliśmy w samochodzie i nikt nie chciał zacząć. Bo nie wiedział jak. Moglibyśmy wprowadzić się dzisiaj.

Znaleźliśmy uliczkę, przy której stoi, ale nie mogliśmy znaleźć numeru. Uliczka się kończyła - zaczynał się lasek. Zadzwoniłam do państwa, którzy sprzedają z zapytaniem, co mamy robić.
- A wjechała pani do lasu?
Nie wjechałam. Droga co prawda asfaltowa, ale jakoś nie wyglądała. No, dobra. Ruszyliśmy do lasu. 100 metrów dalej przed nami pojawiło się osiedle domków, a droga szła dalej do kolejnych miejscowości. Szok. Przed bramą, po drugiej stronie ulicy, las. Działka jest idealnie prostokątna, po drugiej stronie brama i wyjście... do lasu. Ale budowa tam trwa, więc perspektywicznie będzie kolejny rząd domków. Co właściwie nie robi wielkiej różnicy. A tak naprawdę raczej jest plusem dodatnim, bo bezpieczniej.

Dół domu jest całkowicie otwarty, co, jak wiadomo, jest z mojego punktu widzenia plusem dodatnim (przestrzeń, przestrzeń!). Salon i kuchnia, ubikacja, spiżarnia i schody na górę. Obok, na poziomie zerowym, pomieszczenie gospodarcze i jednostanowiskowy garaż. Ale przed garażem miejsce na dwa samochody, więc ścisku dupy nie ma. Garaż jest wysoki, więc został w nim dorobiony sufit z klapą i opuszczanymi schodami, a na górze znajduje się drugie pomieszczenie gospodarcze - taki strych. Idealna przechowalnia różnych różności, co to ich nie trzeba mieć pod ręką, ale nie wywalamy*. Jeśli się zastanowić, można by przekuć na ten stryszek drzwi z domu.
Na górze trzy pokoje i całkiem spora łazienka z wanną i prysznicem.
Wpadłam na pomysł przekucia drzwiczek z góry do stryszku, ale jesteśmy oboje ciągle w szoku i nie potrafimy wymyślić, z której właściwie strony ten stryszek się znajduje. Co obrazuje stan naszych dusz po oględzinach.

Dom jest w stanie do wprowadzenia się po malowaniu i drobnych poprawkach (typu: tu sobie zabudujmy szafę). Teren ogrodzony w całości (i to ładnie, drewnianym płotem z trzech stron, a kutym ogrodzeniem od frontu), wybrukowany, również po bokach, garaż ma automatyczną bramę i wjazd też sterowany jest pilotem. Kryty dachówką. Ma wykafelkowany taras, działka jest (o, niebiosa!) trawnikiem z drzewkami. Ma ok. 1.000 metrów, więc moglibyśmy nawet zrealizować mój pomysł sprzed lat, żeby w ogrodzie postawić malutki domek dla gości (np. brdę, którą kupuje się w częściach).

Skąd więc moja uwaga o tragedii? Wiadomo, kasa. Aczkolwiek natychmiast porozumiałam się z naszą inspektorką budowlaną, a ona rozwiała moje podejrzenia o drożyźnie.
- Muszę zobaczyć dokumenty. Ale jeśli materiały budowlane są porządne, to jest to bardzo przyzwoita cena.

Zuzia wrzeszczy, że nie będzie mieszkać w lesie. Żałuję, że odsypiała imprezę i nie pojechała z nami. Może zmieniłaby zdanie. Namawiam tę upartą (siłą się powstrzymuję, by nie napisać "oślicę") osobę, żeby pojechała tam z nami za tydzień.
Tak. Poprosiłam o konsultację fachowca. Będziemy sprawdzać stan budowlany i księgi.

Jestem PRZERAŻONA.
I chyba chcę spełnić swoje marzenie.
Stan absolutnej ambiwalencji.


PS Do centrum handlowego jest bliżej niż mamy teraz. Z lasu. Zabawne, prawda?
PS Sąsiedzi po bokach w wieku: po czterdziestce i po pięćdziesiątce. Cisza.


* I wreszcie półki na buty!!! Przecież i tak idę do samochodu. Oboszszsz...

14 czerwca 2014

1732

Odczuwam smutek egzystencji.

1731

Lektury.

Na wstępie oświadczam, co wszyscy w zasadzie powinni już zauważyć, że jestem całkowicie pozbawioną ambicji hedonistką. Rozwój? To nie dla mnie. Jestem od lat rozwinięta ponad miarę. To co się będę. Poza tym w pracy ciągle czytam jakieś rzeczy, których czytać wcale nie chcę, nie są z mojej działki (wszystko przez ten złudnie inteligentny wygląd)*, w związku z czym hedonistyczne podejście w czasie prywatnym od chwili zatrudnienia w fabryce tylko mi się pogłębiło**.

Dygresja
Pokłóciłam się wczoraj z dyrektorem. Właściwie to on się pokłócił. Sam ze sobą, bo ja milczałam, gdyż dużo ćwiczę i dobrze na tym wychodzę. Więc było tak, że kazał mi zrobić coś całkowicie od czapy, mnie trafił szlag, gdyż sądzę, że jakieś granice jednak istnieją, a że komunikat był ubrany w formę "trzeba to zrobić", zapytałam: "a kto to zrobi, bo ja nie posiadam kompetencji?". Łooooo, jak się rozsierdził. Wyrzucał z siebie wiele pytań, głównie: "coooo?", "chyba żartujesz?", "co ty do mnie mówisz?" i takie tam. Ja milczałam. A ponieważ milczałam wystarczająco długo, zrobi to sam. Genialne w swej prostocie.
Koniec dygresji

Wracając do lektur: czytam książki dla przyjemności. Czasami, ale nieprzesadnie często, sięgam jednak do czegoś rozwijającego. Biję się w piersi. W każdym razie tak odkryłam profesora Szczeklika. To jest trudna lektura, więc trawię po kawałeczku. Trudna, ale nośna. Nie poddaję się.

Zasadniczo na co dzień czytuję fantastykę i to raczej z części fantasy niż science fiction. Tak, czytałam Lema. To jazda obowiązkowa. Ale rzadko wracam. Bo ja wracam. Moim zdaniem największy sens ma czytanie czegoś, co w człowieku zostaje. Więc cenię sobie lektury, które znam i z którymi spotykam się cyklicznie.
Nie czytuję w ogóle romansów, angielska literatura z tej półki, najbardziej znana i klasyczna, doprowadza mnie do histerii. To samo z kryminałami. Tak, owszem, Agatę Christie przerobiłam, Ludluma też, ale nie w całości. Van Gulika mam chyba całą serię. Jakieś flagowe tknęłam, ale nic po tym we mnie nie zostało. Lubię kryminały w postaci filmu, ale nie książek.

Czytuję więc namiętnie, co mi się tam podwinie. Mam wiele lektur zaczytanych do cna: Eco, Kishona, Haszka, Meissnera, Kapuścińskiego, Kołakowskiego, Janosha, Conan Doyle'a, Gaimana, Dickensa (o reszcie klasycznej klasyki nawet nie wspominam), w końcu Musierowiczową, Milne'a, Jansson (dostałam kiedyś od Prezesa całe Muminki - piękny prezent), Travers czy Montgomery. Prawda jest taka, że człowiekowi bezustannie przydarza się w życiu jakaś niepogoda.
Żeby Was rozbawić, powiem jeszcze, że do moich topowych autorów należą Kopaliński i Bruckner, co z beletrystyką nie ma absolutnie nic wspólnego.
Zawsze wracam do Gałczyńskiego, którego fraza wybitnie do mnie trafia, choć z poezji (poza Przyborą) jakoś niezauważenie wyrosłam. W każdym razie zaczęliśmy się nudzić w swoim towarzystwie.

Właściwie to mam taką konstrukcję, że czytam wszystko, co mi w ręce trafi***. Aczkolwiek potrafię już porzucić, jeśli mnie nie ujmie. W związku z tym trudno mi odpowiedzieć na pytanie, co czytać. Wszystko czytać. Po prostu brać i czytać. Bo to człowieka kształtuje i wyrabia mu gust czytelniczy. A z gustami, jak wiadomo, nie dyskutuje się.


* Naprawdę. Nie uwierzylibyście, gdzie ja pracuję. Nikt nie chce w to uwierzyć. Kiedy o tym mówię, naród zawsze się śmieje. A gdy zauważa, że ja na poważnie, to wpada w stupor. Wszystko to jakoś nie konweniuje.
** Co ciekawe, lubię swoją pracę. Mam więc zestaw z bonusem - płacą mi za w sumie naprawdę fajne rzeczy. I cholernie ciekawe. Gdyby nie przypadek, nigdy bym nie miała szansy tknąć takiego tematu. Niby jak?
*** Prócz romansów i kryminałów. W ogóle szeroko pojętej obyczajówki. Zwłaszcza polskiej i amerykańskiej.

13 czerwca 2014

1730

Poniósł mnie melanż.

Brzoskwinka na polskich dróżkach.

Brzoskwinka i jej MP3

Brzoskwinka, władca małp

Brzoskwinka na tratwie

Brzoskwinka w galarecie

Złota Brybka

Brzoskwinka na ziarnkach grochu

Brzoskwinka w kapelutku

1729

Wstaję ci ja rano, idę do kuchni, a tam...


Widać, że sesja w pełnym rozkwicie.
Tak, specjalnie kupiłam tę brzoskwinię. Właśnie z uwagi na czubek. Byłam pewna, że to będzie miało jakiś ciag dalszy. I nie pomyliłam się.
Limonka czeka na powrót Prezesa. Podczas jego nieobecneości nie wypiłam nawet kropli alkoholu i sądzę, że przyszedł czas, by rozprawić się znowy z mojito.



Update:
Naturalnie natychmiast skombinowałam kapelutek z papierka do muffinki. Udar słoneczny już brzoskwini nie grozi.

12 czerwca 2014

1728

Nie wiem, jak w innych domach, ale u nas lodówka bywa źródłem informacji o świecie.

Na przykład: kiedy kładłam się spać wczoraj, to była jeszcze zwykła lodówka. Wisiało na niej kilka magnesików z zabawnymi napisami życzeniowymi (Mój Boże, jeśli nie mogę być szczupła, niech moi przyjaciele będą grubi!) lub prawdami o życiu (Kac nie jest od alkoholu, ale od wstawania), lista telefonów i adresów znajomych Zuzi, jakieś zdjęcie sprzed dwudziestu lat, liścik, który napisała do mnie nieletnia tzw. krzywusem, numer telefonu do dzielnicowego czy zalecenia lekarskie wprost od alergologa. A rano...
Rano wszystko się zmieniło.


Pojawiły się Komunikaty. Hasła Wywrotowe. Zwroty Zmieniające Życie.


PRZYWRÓĆCIE INTERNETY! - głosiło pierwsze.

Ogłaszam strajk - komunikowało następne.

FACEBOOKI

SERIALE

(Stało dalej).
A na koniec:

Witam!
Chciałabym zgłosić, że internety są do ..., a raczej w ogóle ich nie ma!
Chętnie wymienię je na stare.
Z poważaniem,
użytkownik internetów

Pozostała korespondencja została załączona na karteczce, przyczepionej do książki, którą nieopatrznie porzuciłam w kuchni. (Np. lista zakupów do poczynienia z obrazkową ilustracją dla debilnych matek).
Moje życie jest niezwykle barwne.
Tak.

1727

Są takie dni w tygodniu, ze wcale nie chce mi się tu pisać.

To może wynikać z faktu, że są takie dni w tygodniu, gdy w pracy dużo piszę. W opozycji do tych, gdy sporo biegam. Dziś pisałam. Zasadniczo to kończę. Wygląda, że się wyrobię do poniedziałku, czyli zgodnie z planem. Jestem porażona swoją skutecznością. No i bardzo ucieszona przyszłą możliwością przekręcania tego tekstu na entą stronę dla innych potrzeb. Autoplagiat to bardzo świńska rzecz.


I pamiętajcie, Drogie Dziateczki, żeby tego nigdy nie robić. Wszakże już raz skasowałyście za ten tekst. No.

Zauważyłam taką zasadę, że gdy się pracuje w systemie cyklicznych spotkań, to dzień roboczy jest jakiś krótszy. Nigdy wcześniej tak nie miałam. A teraz, zanim się rozpędzę przy własnym biurku, już mi wskakuje mózgotrzep popołudniowy. A od popołudniowego do wyjścia z fabryki już tylko jeden krok. Rano natomiast do niczego wysiłkowego się nie zabieram, gdyż i tak muszę iść na spotkanie, więc całkowicie wybiłabym się z rytmu.

Nie, żebym się codziennie spóźniała do pracy. Nieeee... skąd. Raz przyszłam punktualnie. No, dobra, z dziesięć razy. Mam jakiś syndrom spóźniania. To mi się stało, gdy byłam lumpenproletariatem. Wcześniej chodziłam, jak w zegarku. Czyżbym zyskała dystans?

Moja koleżanka, ta psycholożka, mówi, że nie zyskałam. I żebym przestała się zarzynać. Gdyby ona wiedziała, co ja robiłam wcześniej! Słowo Wam daję, że w fabryce naprawdę nie wiedzą, co to znaczy pracować na akord. Jak sobie przypomnę to przemożne zmęczenie, kiedy wracałam do domu, to mi się odechciewa. I owszem, może zarabiam mało, ale warunki są wielce kulturalne. Dwóch paranoicznych szefów wcale nie zmienia tego faktu. Albowiem wszyscy szefowie są paranoiczni w mniejszym lub większym stopniu. Pewnie też jestem.

Ej! Na pewno jestem, bo uważam, że ludzie powinni pracować. Znaczy - w pracy.

Podzielę się z Wami jeszcze jednym zabawnym spostrzeżeniem. Mianowicie coś się takiego stało, że przychodzą do mnie ludzie, którzy robią w fabryce od stuleci i proszą, żebym im wytłumaczyła, jak to wszystko ugryźć, bo oni nie umio. Każdorazowo niepomiernie mnie to bawi. Im dalej w las, tym bardziej. Mówiłam, że umiem wyglądać inteligentnie?

11 czerwca 2014

1726

Jama wypiaskowana. Mam Wam za złe.

No co? Komuś muszę mieć, a tu Potomstwo wybyło, a Prezes w Warszawie. Komuś muszę mieć, bo ja wszystkie manipulacje w jamie bardzo boleśnie przeżywam. Piaskowanie średnio trzy tygodnie. Hardcore, czyli naprawę ubytku przyszyjkowego - do trzech miesięcy. Nic za to nie mogę. Gdybym mogła, to na pewno bym się nie bolała. To wcale nie jest fajne.

I teraz chciałabym, żeby ktoś docenił, że ja jestem wzorowym pacjentem stomatologicznym. Mimo tego, że:
1. otwór jamowy mam jakiś nienormatywny (w sensie: mały),
2. zawias mam trudno otwieralny,
3. wszystkie operacje w obrębie są dla mnie bardzo bolesne lub (low level) przynajmniej koszmarnie przykre.
I ja chodzę do tego dentysty z podziwu godnym samozaparciem. A mam chyba tylko dwa nieplombowane zęby (kiedyś zrobiłam sobie zdjęcie panoramiczne i prawda wyszła na jaw dość drastycznie). Za to wszystkie własne. Konkretnie - trzydzieści. Bo dwie dolne ósemki mi nie wyrosły. No i dobrze - służyłyby pewnie tylko do bolenia.

Na szczęście Matka Natura spogląda na mnie litościwie i czasem sprawia, że ubytki przy szyjkach samoczynnie mi się mineralizują i zachodzą czymś na kształt szkliwa. Nie jest to ładne, ale przynajmniej generuje niebolenie. A że, jak wspominałam, otwór jamowy mam jakiś dziwnie niewielki, więc to się nie rzuca w oczy (nawet rzadko uśmiecham się "z zębami" i to wcale nie dlatego, że jestem nieszczera, wiesz, martuuho?).

Dlatego też uporczywie trzymam się mojej dentystki. Ona to rozumie. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. A poza wszystkim jest znakomitym fachowcem i walczy o te moje zęby, z którymi mam związek emocjonalny. Jeśli kiedyś powie, że coś musimy bezwzględnie usunąć, to ja nie wiem. Może ją zabiję. Albo siebie. I ona o tym wie!

Przy okazji nadmienię, że to samo mam z uchem. Już kiedyś pisałam. Kolega laryngolog traktuje mnie narzędziami dla niemowląt. I jeszcze narzeka, że to nie do pomyślenia, żeby mieć taki mały kanał słuchowy. Pocieszam się, że w ramach rekompensaty dano mi wielkie serce. Co? Może nie?
Nawet Wam nie opowiem o innych rzeczach, ale był taki lekarz, który zawołał do mnie pół przychodni i mówił, że czegoś takiego w życiu nie widział. No proszę. A na pierwszy rzut oka mieszczę się w normie, c'nie?

To idę mieć Wam za złe w łóżku. Będzie bardziej dramatycznie.

1725

Zdążyłam.

Od rodziny oderwał mnie SMS od pracownika, że Szef wychodzi dziś wcześniej. Międląc w ustach przekleństwa, pożegnałam wszystkich, przeprosiłam ciocię-wdowę, że nie mogę zostać dłużej i poleciałam. Pracownik stał przed budynkiem z teczką w garści. Otwarłam tylko okno i po garach.

Do kombinatu jaworznickiego trafiłam dzięki precyzyjnym podpowiedziom Tomasza Knapika. Panie sekretarki już czekały, co mnie urzekło (powiedział im!). Zlokalizowały swojego dyrektora, zaproponowały kawę, ale wyglądało, że przybędzie naprawdę szybko, więc grzecznie podziękowałam. I słusznie, bo nie trwało to dłużej niż minutę. Podpisał dokumenty i powiedział:
- Zwróciła pani uwagę, jak ja się podpisuję?
Po czym puścił do mnie oko. No to na przyszłość mamy załatwione.

Do fabryki zdążyłam przed wyjściem Szefa. Ujrzawszy mnie w drzwiach swojego gabinetu, uniósł brwi.
- Przecież ktoś inny mógł mi to przynieść!
- Byłam w Jaworznie.
- Sama tam byłaś?!
- No tak...
- Wiesz... Nie sądziłem, że tak obowiązkowi ludzie jeszcze istnieją.
- Dyrektor chciał się ze mną umówić wczoraj w Katowicach, żebym nie musiała tam jeździć, ale nie umiałam tego zorganizować ze względu na obrót dokumentacji.
- Haha! On się wcale nie chciał z tobą umówić, żebyś nie musiała jeździć, on się po prostu chciał z tobą umówić!
Przemilczałam to.
- Już któryś raz zwracam ci uwagę - kontynuował - że jakiś facet chce się z tobą spotkać. A ty jakbyś tego nie widziała.
Przemilczałam to*.
- Strasznie mi ciebie dzisiaj brakowało - zmienił temat.
- Coś się stało?
- A był tu taki facet i dostęp do bazy naukowej mi pokazywał.
- Bierzemy? - zainteresowałam się.
- Nie mam zamiaru podejmować takich decyzji bez ciebie. Kazałem mu przyjść we wrześniu.
- Ale ja mam urlop tylko do jutra - zachichotałam.
- Postoi pod drzwiami, to nabierze odpowiedniego stosunku do twojej ważności.
- Aha. To skoro mamy czas do września, nie będę sobie tym zawracać mojej ślicznej główki.
- No i słusznie. Leć. I tak odgryzłem ci część urlopu. Zobaczymy się w poniedziałek albo we wtorek.

Upał.
Idę wypiaskować zęby. Poczuję łączność z plażą.



* Państwo zauważyło, jak się wyrobiłam przez ostatnie miesiące w milczeniu?!

10 czerwca 2014

1724

Cudowne popołudnie.

Zamyśliłam się, wracając do domu (temat w dalszej części). Pamiętałam, żeby pojechać w zupełnie inną stronę niż zwykle i zamówić kwiaty na jutrzejszy pogrzeb. Pamiętałam, żeby kupić chleb. Obiad na mnie czekał, bo mam dorosłe dziecko, które zrobi (zazdrośćcie). Pamiętałam nawet, żeby schować auto do garażu, a to wcale nie jest takie oczywiste, bo ja się zawieszam. Kiedyś np. znalazłam myszkę w lodówce. I to nie jest mój topowy wyczyn. Topowy to jest, jak nie poznałam własnej matki na ulicy.

Bardzo byłam z siebie zadowolona. Obiad zjadłam, gary uprzątnęłam. I właśnie się zorientowałam, że skończyły mi się fajki. I lody. I że auto mam w garażu. No, po prostu cudownie. Wiem, nie powinnam palić, bo to niezdrowe. I jeść lodów też nie powinnam, bo nadto uszczęśliwiam świat nadmiarem mego piękna. Ot, dążę do ideału. Forma idealną jest kula.

I teraz muszę wyleźć, co mnie nie nastraja pozytywnie.

Zawiesiłam się, bo jutro ten pogrzeb i wzięłam urlop. Urlop jest od tego, żeby nie iść do pracy. No to o 14:30 dowiedziałam się, że muszę pojechać do fabryki. Na stypie będę miała ciśnienie. W dodatku muszę pojechać do fabryki, żeby zabrać dokumenty, jechać z nimi do Jaworzna po dwa podpisy i wrócić do fabryki. I zdążyć na 14:00. To mnie naturalnie zachwyca. Że już nie wspomnę o kosztach, które poniosę z tego tytułu.

Jasny punkt jest taki, że pan dyrektor kombinatu jaworznickiego, do którego będę się udawać, z samości do mnie oddzwonił i nie musiałam go ścigać po nocy, generując sobie poziom stresu high. Drugi jasny punkt jest taki, że zrozumiał moją potrzebę posiadania jego podpisu JUTRO. Trzeci jasny punkt jest taki, że - choć zaproponował mi spotkanie przed ósmą, na które z przyczyn oczywistych nie mogę się stawić - przyjął do wiadomości ważniejszą ważność i zaproponował, żebym przyjechała, o której mogę, zażądała kawy i zadysponowała, aby sekretarka znalazła go, gdziekolwiek będzie się znajdował, a zostawi wszystko, by przybyć.
- Pani Joasiu, przecież nie musi się pani sama fatygować. Proszę przysłać jakiegoś swojego asystenta.
- Nie mogę, panie dyrektorze.
- A to dlaczego?
- Bo nikt mu nie zapłaci za jazdę do Jaworzna.
- A pani zapłaci?
- Nie zapłaci.
- Ahaaa... Rozumiem. Proszę wybaczyć, jeśli będzie pani musiała chwilę na mnie zaczekać. Rozumie pani - taka praca.
- Dziękuję panu za tę uprzejmość.
- Proszę nie żartować.
Miły.
Był nawet skłonny spotkać się dziś ze mną w Katowicach, ale na szczęście przypomniało mu się, że musi odwieźć teściów na lotnisko. Na szczęście - bo te dokumenty ma teraz ktoś zupełnie inny. A ja nie mam koncepcji, jak je odebrać przed jutrem. I tłumaczenie mu tego wszystkiego nieco mnie przerosło.
Czwarty jasny punkt jest taki, że pokazało się światełko w tunelu. Jutro o 14:00 być może wręczę to wszystko Szefowi do rąk własnych. Co, daj Panie, ocali mnie przed niechybną śmiercią.

Byle nie było korków.

Tak, wiem, to nie powinno mieć miejsca. I co z tego?

1723

Że też żaden oponent mi się nie trafił... Zwalam na aurę.

Tymczasem w pracy warunki mam naprawdę luksusowe. Urlopu dyrekcja nie daje, lecz w to miejsce otrzymuję Warunki Urlopowe. Normalnie... Egipt. Postuluję dowiezienie pół wywrotki piasku, woda bieżąca jest na bieżąco, można by skonstruować plażę. Jeśli się ktoś uprze - dopuszczam plażę naturystów.

Za to jutro rano uczestniczę w pogrzebie, który - z uwagi na prawdziwie letnie nastroje - został zaplanowany na godzinę 9:00 rano. Nie wiem, czy to coś zmienia. O 9:00 jest o jeden stopień chłodniej niż o 12:00.
Najfajniejsza w tym wszystkim wydaje się stypa. Obiad o 10:30... wypas. Jeszcze nigdy nie jadłam.

Odświeżam sobie wszytskie kawały o pogrzebach, które znam. Ktoś musi być pierwszy i przełamać atmosferę. Na stypie po babci tato po prostu wstał i zaapelował, żeby ktoś wreszcie opowiedział kawał. Sądzę, że z późniejszego rozwoju sytuacji babcia byłaby prawdziwie dumna. Co jak co, ale poczucie humoru to ona miała.

Potomstwo baaaardzo zadowolone, że musi wstać, narysować sobie twarz i wyjść. A to wszystko w godzinach dla niej nieogarnialnych. Ja też jestem zadowolona, bo:
a. do fabryki nie idę,
b. wstaję później niż normalnie.
Najbardziej zadowolony jest Prezes, gdyż przebywa w stolicy.

Nie umiem sobie przypomnieć tych wszystkich argumentów, które winny mnie przywieść do wykonywania jakichś działań. Ktoś coś?

9 czerwca 2014

1722

Żyjąc niejako na pograniczu rzeczywistości, co umożliwia mi wydalenie z domu telewizora i radia, mam szczęście unikać różnych sensacji. Nie do końca jednak i nie zawsze. Bo internetu się nie pozbędę. W związku z czym część niewypowiedzianego szczęścia w postaci ludzkich postaw i tak mnie tknie.

Przy okazji dyskusji o głupiej kurwie oraz oganianiu się od mężczyzn, wynikła mi tu debata w duecie, która - tu wszystkich zaskoczę* - zahaczyła o aborcję. Ponieważ jestem dość nieprzejednana w tej sprawie, a moje miasto rozpowszechnia już plakaty, na których widnieją zdjęcia, jak to biegam po terenie z zakrzywionym patykiem i wszystkim wszystko abortuję (nie mylić z "aportuję"), to co mi zależy... pociągnę. Tym bardziej, że internety mnie zbombardowały.

Otóż.

Dwóch nastolatków (14 i 15) zgwałciło swoją kuzynkę, 11-letnie dziecko, w wyniku czego zaszła w ciążę (przeraża mnie, jak te dzieci teraz szybko dojrzewają). Rodzice wystąpili do sadu o zgodę na dokonanie aborcji. No i się zaczęło. Głos zabrał m.in. mój najulubieńszy felietonista - Tomasz Terlikowski. To jest, proszę ja Was, geniusz manipulacji. Jakże on te słóweczka z gracją przeplata, jakże lekko w jednym, krótkim akapiciku  nazywa jedenastolatkę dzieckiem, a następnie kobietą. Zawsze tak samo wzruszenie mnie ogarnia, gdy skoczę na Frondzię i coś tam sobie skubnę.

Chciałabym przywołać kilka moich ukochanych  sformułowań, którymi pierze się mózgi na okoliczność usuwania ciąż. Absolutny top: dzieciątko noszone pod sercem. Wstałam z fotela, zrobiłam dwa kroki, stanęłam przed lustrem (2 x 4 m), zadarłam kiecę i patrzę, co też tam mam pod sercem. I niestety, z przykrością stwierdzam, że dążąc tokiem myślenia Terlika, pod sercem mam stolec. A nie, bo byłam przed chwilą w ustroniu. Gdzie dokonałam samoistnej aborcji stolca. Pozostała jedynie samotna i smutna kiszka. Poczułam się pusta.

Ja tam nie wiem, czego aktywistów katolickich uczą na biologii, ale u mnie mówili, że po niektórym po drodze wydarza się jeszcze żołądek. Jelitka. Nery. Ątroba. Zresztą, co ja będę. Państwo se samo popaczy, bo wielce przystojną rycinę znalazłam. Z myszką.


Nie zamierzam podnosić kwestii dzieciątka (pieniążków, samochodzików, jachcików). Dla jednego dzieciątko, dla drugiego zygota. Ale niezaprzeczalnym faktem jest, że, ni chuja, nikt nie ma macicy pod sercem. Zresztą wszystko zależy od przyjętej pozycji, bo jeśli się leży na brzuchu, to pod sercem ma się płuca, a gdy na plecach, to np. kręgosłup. A jak kogo ułańska fantazja poniesie i stanie na głowie, to... Dajmy spokój.

Po drugie: "Aborcjoniści chcą zabić dziecko i ponownie zgwałcić jedenastolatkę". I teraz nie mam pewności, jak cały ten akt ma się odbyć. Czy mianowicie zabiją to dziecko, a następnie zgwałcą trupa? Toż to nie aborcjoniści, tylko mordercy i nekrofile. Fe.

"Aborcja w niczym nie pomaga dziewczynce" - pisze dalej znakomity znawca dusz i umysłów. Jak wszyscy wiemy, skończył medycynę, wyspecjalizował się w psychiatrii, a mimochodem strzelił se studia na psychologii. Może ruszać w Polskę, by terapeutyzować maluczkich. Wozem Drzymały. Znaczy ruszać wozem, bo terapia wozem wydaje się rozwiązaniem dość ostatecznym. Całkowicie wypiera z głowy wszystkie myśli o aborcji. Oczywiście, jeśli się trafi kołem.

Potem prawi o traumie, jaką dla każdej kobiety aborcja, o wstrząsie, który oddziaływuje na całe życie każdej kobiety (a więc już nie dziewczynki?), wpędza ją w depresję i niszczy jej psychikę. Ani słowa o jakichkolwiek badaniach, które potwierdzałyby tezę istnienia syndromu postaborcyjnego. Bo też nie ma się na co powołać - jakoś nie udało się tej teorii nigdy udowodnić. Ale Bóg Terlik WIE. Chyba nikt nie będzie z nim o tym dyskutował? Jak mówi, to wie. Przecież gdyby nie wiedział, toby nie mówił. Proste.

I jeszcze jeden z moich ulubionych fragmentów, czyli prośba o modlitwę. Niech Bóg nawróci serca dziecka, matki i jej rodziców. Nie udało mi się wymyślić z jakiej to złej drogi nasz dobry Pan Bóg ma nawracać ów płód, ale zakładam, że skoro Terlikowski mówi, to wie. O czym już wyżej. Pewnie się onemu płodu po prostu udzieliło. Chce się, podstępny, na złość Terlikowi, wyabortować. W kosmos.

Nie, nie będzie linka do tych bzdur. Nie ma bata, żebym świrowi nabijała odwiedzin. Jeśli już macie coś sobie poczytać, to lepiej o świętym gwałcie, bo taki w naszej rzeczywistości istnieje. Pawiem narodów jesteśmy i papugą - pstryk maluszkami i z profanum robimy sacrum**.
A jeszcze lepiej - oświadczenie w sprawie praw zgwałconego dziecka. M.in. prawa do prywatności. I nie zapomnijcie podpisać petycję. Link na samym dole.



* Jest ironia w narodzie, gdyby ktoś nie zauważył.
** Kto ma penisa, ten wie. 3000 osób się pod tym podpisało. Ludzie, jedzcie gówno, przecież miliony much nie mogą się mylić.

1721

Jeszcze południe nie wybiło, a mnie już się mózg lasuje od projektów ustawy o zmianie ustawy, finansowań różnych zabawnych typów działalności i innych takich rozkoszności.

Faktem jest, że warunki pracy genialne. Jedyne telefony, które dziś odbieram, to te od koleżanek i kolegów z zapytaniem, czy nie mam przypadkiem ochoty zapalić. Owszem, mam. Właściwie to chętnie przeniosłabym się za stodołę z laptopikiem, bo mi się o wiele lepiej pisze, gdy mogę rujnować organizm nikotyną i substancjami smolistymi bez odrywania się i wybijania z toku myślowego.
Swoją drogą - minimalnie mnie irytuje, kiedy komórka, która powinna się z założenia orientować w pewnych sprawach, nie potrafi mi odpowiedzieć, czy projekt ustawy przeszedł i poprawki weszły w życie, czy też nie. Sama se sprawdzić również umiem, lecz sądzę, że jeśli komuś płacą za śledzenie takich rzeczy, to byłoby niebiańsko, gdyby śledził, c'nie?

Och... i jeszcze tylko pragnę klimatyzacji. Choć być może nadto jestem wyuzdana.
I żeby mi nowy pracownik nie przychodził tu co pięć sekund. Bo jeszcze dwa wejścia i go lutnę za niesamodzielność w myśleniu.

8 czerwca 2014

1720

No, dobra. Pojechałam, wróciłam, wszystko na miejscu. Podejście praktyczne - dwa zimne piwa w upale dają dystans do wszelkich projektów naukowych świata. Siata z oscypkami imponująca.

Jutro nie zamierzam spieszyć się do pracy. Dla równowagi mogę wyjść stamtąd wcześniej. Prawda, jaka jestem spolegliwa? Poza tym w radiu mówili, że jak na zewnątrz jest 25 stopni, a w pomieszczeniu 28, to się podciąga pod upał i pracodawca powinien zapewnić. Ponieważ mój niczego mi nie zapewnia, być może będę musiała, zgodnie z Kodeksem pracy, powstrzymać się od pracy. Na wypasie - zadzwonię do tych pijaków do Zakopanego i powiem, że siłą się powstrzymuję.

Albowiem jutro w ostatniej komnacie w najwyższej wieży będzie Egipt. Czego i Państwu nie życzę. Dobranoc.

7 czerwca 2014

1719

Wszystko można podpiąć pod dom.

Np. idzie na siłownię i wraca z routerem. Owszem, rozmawialiśmy, że trzeba wymienić obecny. Ale, że jeszcze nie teraz, bo działa, choć generuje błędy. Wraca, pokazuje mi pudełko i zaczyna opowieść. Gdy on zaczyna opowieść, to ja od razu wiem, że coś jest na rzeczy. I w zasadzie po tylu latach to już powinien wiedzieć, c'nie? A ten swoje. W każdym razie przyjęłam te dwie stówy z godnością. I udaję głęboką wiarę, że brał pod uwagę dom. A ten ma zasięg 200m2. Jakbyśmy mieli co najmniej kupować dom o takiej powierzchni. Jasne, jasne.

Jeśli niebawem przywlecze w zębach na drugie grill murowany, to przyjmę z godnością. Gdyż niekłótliwa jestem z natury. Dobra, czasem mi żyłka strzela, ale tak rzadko, że powinno się o tym pieśni pisać i wędrować z nimi od wioski do wioski. Westcham.

A jutro, ach, jutro rajd do Zakopanego. Cieszy, że tonem nieznoszącym sprzeciwu poinformowałam kierowcę: "Jedziemy na tyle wcześnie, żeby kupić oscypki, odbębniamy i wracamy galopem", a on to przyjął bez zadawania zbędnych pytań. Dzięki czemu istnieje szansa, że prześpię się trochę z niedzieli na poniedziałek. I nie będziemy się tutaj rozdzierać, że mi fabryka ukradła niedzielę, która jest wszakże naszym dobrem największym. Będziemy się cieszyć, że nie muszę z nimi pić wódki, pląsać, udawać się w góry, na baseny i inne tam poróbstwa.

Cieszmy się i radujmy, alleluja.

PS Śmiać mi się chce od czasu, gdy się dowiedziałam, jak wiele osób wraca w niedzielę. Taki prztyczek.

1718

Muszę przemyśleć tematy notek, które wrzucam w krótkim czasie. Gdyż kolekcjonuję w mym aksamitnym woreczku perełki, prowokujące do biegania po łoterlowskim ogródku i zadeptywania grządek. A wczoraj niechcący poszło zarówno o traktowaniu kobiet, jak i o domu. A w końcu pojawiła się prowokancja do wrzucania komciów. I nie wiem, co najbardziej zadziałało. W każdym razie ktoś mi nasrał w tulipany.

Już o tym rozmawialiśmy, że buty wszystkich biorą, przy czym dziewczęta dostają stanu podgorączkowego i słowotoku, a chłopcy... nie wiem. Może udają się w miejsce odosobnienia, gdzie dokonują śmiałych wizualizacji. Na przykład takich butów na własnych stópkach, rozmiar czterdzieści pięć i trzy czwarte. W każdym razie milczą, jakby nie mieli nic do powiedzenia. Co jest z gruntu nieprawdziwe, bo zahacza o temat szeroko pojętej seksualności, a przecież pandeMonia mówiła, że trzeba o seksie, gdyż to bierze. Moja redaktorka też mi to mówiła i jeszcze kazała wrzucić na warsztat, ale w głębi mnie natychmiast pojawiła się myśl, że oj, oj, co to będzie, jeśli tatuś przeczyta, nietakciędzieckowychowywałem. W związku z powyższym smaczna opowieść o tym, jak się z Prezesem smarujemy dżemem z musztardą, a w chwilach uniesień wycieramy kotem, będzie musiała poczekać. (Dżem powinien być truskawkowy, a kot nie powinien być rudy, bo nie konweniuje kolorystycznie).

Skoro już jednak jesteśmy przy kwestii erotycznych wzruszeń, to sąsiad dziś nie rżnie. Dla odmiany na dachu garażu (ja go widzę z góry) zagnieździło się trzech miłych panów w strojach silnie zredukowanych i wiercą. Albo kują (i gwiżdżą). Już się miałam zirytować, ale wyjrzałam i postanowiłam im przebaczyć, a szczególnie jednemu. Widać taka karma - jeden dzień w tygodniu wolny, ale nie od kucia i pacania packą. Chyba dokonam kilku śmiałych zakupów, a potem rzucę się do garów, zgodnie z mą rolą społeczną. Przy okazji będę przemykała wielokrotnie na tle okien, bo co se będę żałować, życie jest takie krótkie. W dodatku nie muszę być w zwiewnym peniuarze (moje ulubione, flanelowe gatki w sówki są o wiele wygodniejsze i fajnie miziają w tyłek), bo oni niżej, to i tak nie zauważą.

Kazałam Prezesowi nadmuchać (no co Wy - nie nakręcać się) taki przyrząd do boksowania dla Dzika, albowiem wraca dziś chłopina z łąk i pól zielonych, więc mamy zaległy Dzień Dziecka. Przy tym wyraziłam wątpliwość, czy to jest dobry pomysł, żeby mu taki prezent teraz dawać, skoro za parę dni urodziny, a on i tak jest za mały, żeby zatrybić, że coś go ominęło (a zasięgnęłam w tej gorącej kwestii opinii matki, która szurnęła aplauzem). Sprowokowała mnie do tych rozważań myśl, że u nich w domu trwa remont, ergo pierdolnik regularny. Prezes, jak zwykle, miał coś do powiedzenia.
- Nie wtrącaj się, ona ma prawo sama źle wychować swoje dziecko. Ty już źle wychowałaś swoje dziecko. I twoja matka też.
- Chyba twoja.
- Moja cię nie wychowywała, bo się wtedy nie znałyście.
Po czym czule ucałował mnie w czoło oraz oddalił się zapobiegliwie i rączo poza zasięg mych ramion. A nie miałam pod ręką niczego, żeby tym w niego rzucić.

Co o tym wszystkim sądzi moje źle wychowane dziecko, nie wiemy. Gdyż, mimo wyraźnego przebywania w domu, jest całkowicie nieprzytomne, co nie dziwi, jeśli człowiek sobie uzmysłowi, że świętowała wczoraj zamknięcie sesji zaliczeniowej. I o której powróciła... nie wiadomo. Nie badam również, w jakim stanie, na okoliczność czego zamknęłam ją w pokoju, za to otwarłam na oścież okno w kuchni. Co się będę kisić w smrodzie.

A Prezesowi spodobało się wczoraj picie mojito z udziałem mięty w gustownym opakowanku, którą to nabyłam dnia uprzedniego w Lidlu.


Więc o 10:30 zaproponował mi powtórkę. Nie umiał jedynie znaleźć rozwiązania, kto skoczy po zakupy. Wobec powyższego oboje nadal jesteśmy trzeźwi.
Czego i Państwu nie życzymy.

PS Jeśli poszukujecie lektury na sobotę, to Oisaj prowadzi serię "Warto zajrzeć" i poleca, dokąd można się udać. Dziś odcinek szósty.

6 czerwca 2014

1717

Interakcje zintensyfikowane, czyli: krzyczymy.

Siedzę sobie na zydelku w kuchni (gdzie moje miejsce), za plecami otwarte na oścież okno, na zewnątrz toczy się życie. Sąsiad standardowo - rżnie. Gdzieś tam ktoś przechodzi ulicą. Kukułka daje czadu. Inny ktoś siedzi na werandzie, wystawiając twarz do słońca. I nagle, gdzieś w tym zewnętrznym świecie, rozgłośne: APSIK!!!
- Na zdrowie!!! - wrzeszczę, co sił w płucach.
Z łazienki wystawia głowę oszołomione Potomstwo.
- A ty co?
- No, kichnął ktoś.
- Na dworze?
- Tak.
- Aha... - zawiesza się, patrząc na mnie wzrokiem karcącej matki. Na szczęście nie rysuje kółka na czole.


Po chwili w jej pokoju dzwoni telefon.
- ZARAAAAZ!!! - ryczy zirytowana.
Po minucie wypływa z łazienki i kieruje się do siebie, więc patrzę na nią wzrokiem uprzywilejowanego kretyna.
- Nooo coooooo?! Dzwonią, debile, i dzwonią! A poza tym: jaka matka, taka córka.


Kurtyna.

1716

I byłbym żem zapomniał, że do Melisek dostałem gratis. Proszę bardzo:


Łechecheche!

Chwilowo zawiesiłam na drzwiach łazienki, bo nie mam więcej klamek. Łaskawej Państwa uwadze podsuwam sformułowanie: dom bez klamek. To nie może być przypadek!!!

Tłumaczenie dla niejęzycznych: "Nie przeszkadzać. Kupuję nowe buty".

1715

Marzy mi się interakcja.

Chciałabym, żeby mój blog stał się kiedyś miejscem, gdzie toczą się różne dysputy na szerszą skalę. Tak, tak - nienażarta jestem. Pewnie powiecie, że przecież dyskusje mają się znakomicie i ja nie zaprzeczę. Mam jedynie na myśli, że większość czytaczy po prostu nigdy się nie odzywa. Patrzę w statystyki, to wiem. Jeśli przebiega tędy dziennie ok. 1000. osób, to 20. wiernych fanów, którym chce się ze mną np. nie zgodzić, jest - co tu kryć - drobnym procentem. A ja lubię z ludźmi pogadać. Szczególnie, kiedy się NIE zgadzają. A co!

Zmieniam temat.
Jak wiadomo, mam ostatnio ciśnienie na posiadanie własnego domu. Właściwie to marzę o tym od lat, ale teraz mnie przyparło dość silnie. Poprzednio miałam to jakieś osiem lat temu i wtedy Prezes znalazł dla mnie mieszkanie, które obecnie zasiedlamy. Chciałam dwupoziomowe, to mam. A teraz chcę więcej. A konkretnie to nie chcę. Sąsiadów.

Jak się Wam podoba taki domeczek?


5 czerwca 2014

1714

Głupia kurwa.

Pozostaje do przedyskutowania jeszcze jeden aspekt, co to go od lat mam na myśli. Mianowicie owa niemal mitologiczna kurwa, którą jesteśmy nazywane bez względu na wybór, jakiego dokonamy w relacji z mężczyzną. Oczywiście natychmiast uprzedzam, że nie chodzi o każdą relację i każdego mężczyznę. W zasadzie mam nadzieję, że to jest jasne dla wszystkich Czytelników mojego blogu, ale niech tam! Powiem, nie wymydli mi się. Doprecyzowuję więc: chodzi o TE, specyficzne relacje. Niejako bez relacji.

Bo jest tak. Jeśli mężczyzna zalicza wiele partnerek, to jest gość. Koledzy poklepują go po plecach, mrugają porozumiewawczo, a gdy sami są monogamiczni lub mają mniej szczęścia/umiejętności, to pewnie nawet trochę zazdroszczą. Dymanie wszystkiego, co za szybko nie ucieka, jest w męskim świecie czymś o szczególnej wartości. Mało tego - nawet część kobiet prędzej zainteresuje się kolegą, za którym snuje się opinia łamacza serc niewieścich, niż cichym, spokojnym i wyważonym sąsiadem, który popatruje na nie z nieśmiałym usmiechem. Niby potępią w ogólnej dyskusji, ale gdyby tylko zechciał...

U kobiet odwrotnie. Przyznanie się do zaliczenia większej liczby partnerów przypina soczystą łatkę kurwy i ani jej zakryć, ani zmyć, ani w inną kapotę się przebrać. Można ewentualnie wyjechać gdzieś daleko i zmylić pogonie. Jest to naturalnie ściśle związane z niezaprzeczalną marką Maryi Dziewicy i prócz wymiaru kajdan, jakie nakłada kobiecie, miało też mieć przed wynalezieniem antybiotyków pewien rys praktyczny. Kiła szalała, więc za żonę warto było brać osobę czystą - co mogło zagwarantować powicie zdrowego potomstwa. Fakt zarażenia się podczas nocy poślubnej różnymi tam syfilisami od świeżuśkiego małżonka, zdawał się nie istnieć. Mężczyzna przecież musi się wyszumieć*.

Czyli mamy jeden aspekt: jeśli puszczalska, to kurwa. Ale jest też drugi, o wiele ciekawszy. Bo gdy dać nie chce, to też kurwa. Głupia kurwa w dodatku. Mogłabym zapytać, ile z Was zostało nazwanych kurwami przez jakiegoś śmierdziela, co to nie rozumie słowa NIE, ale nie zapytam. To jest naprawdę upokarzające. Jako że znajduję się poniekąd we własnym kawałku internetów, mogę powiedzieć, że ja byłam ową głupia kurwą wielokrotnie i o ile na początku po takim wydarzeniu po prostu płakałam, o tyle w miarę upływu lat, prócz obrzydzenia, odczuwam też w pewnym sensie fascynację pokrętnymi ścieżkami, jakimi chadzają męskie umysły.

Bo w końcu, skoro unoszę z miejsca zdarzania moją cześć niewieścią niczym niezbrukaną, to jednak zbliżam się w jakiś sposób do tej Maryi. Skąd więc przypinana łata, przeciągająca mnie do poziomu przedstawicielki świata płatnego seksu? Dlaczego rozgoryczenie i zawód odrzuconego hipotetycznego kochanka, prowadzą go do myśli, że jestem kurwą? (Głupią - koniecznie). Z kurwą chcieli gdzieś w miejscu obojętnym? Ale odpłatnie? Bo kurestwo zakłada przecież obrót gotówkowy.

Niestety trudno mi nie dojść do tego wniosku, który tu zaraz zwerbalizuję. Otóż, niestety, niestety, dla dużej części mężczyzn kobiety są po prostu przedmiotami. I tak je traktują. Ekskjuzelemo - dziurą. A właściwie zespołem dziur. Wiem, że to brzydko opowiadać tego typu historie. Ale czy nie bardziej brzydko jest tak właśnie o kimś myśleć? To przecież dlatego tak boli, gdy nazwą nas kurwą zaraz po tym, gdy - z nakładem wielu sił i środków - pozbyłyśmy się napastnika (sic!), który nam po prostu zagrażał. A potem uciekamy, by ta uprzedmiotawiająca kurwa mogła gonić nas ulicami, nawet gdy agresor znika z pola widzenia.

I na koniec jeszcze jedna myśl. Otóż w niektórych kręgach zwykło się określać oczekiwania wobec partnerek w następujący sposób: żeby była kucharką w kuchni, damą w salonie i kurwą w sypialni. Czy ja, Drodzy Panowie, oczekuję od Was, żebyście byli Rockefellerami w sklepach, Adonisami przed moimi koleżankami i Sokratesami na rodzinnych spotkaniach? A do tego - co tu kryć - w sypialni potężnymi Wikingami, o mocach przerobowych na poziomie młodego ogiera?!

Otóż nie.
Bo ja od mężczyzny oczekuję, żeby był dobrym i mądrym człowiekiem.
Tylko tyle. I aż tyle.


* Aspekt dziewictwa, niesionego radośnie przez liczne religie, ma tę samą mniej więcej aktualność, wartość i podobnie przystaje do dzisiejszych warunków, jak - nie przymierzając - ubój rytualny. Dobre rozwiązanie na pustyni, gdzie żywność psuła się szybko. Absurdalne, gdy na wyciągnięcie ręki stoi lodówka. Oba te przeżytki służyły kiedyś jednemu: niedopuszczeniu do wymarcia gatunku na okoliczność chorób. Jednak na obecnym etapie cywilizacyjnym pasują jak szambonurkowi suknia balowa. I może warto się nad tym wreszcie pochylić.

1713

Naima ma naprawdę dobrą notkę.

Tak tylko mówię, jeśli jeszcze nie czytaliście, gdy zaktualizował się blogroll. Może ktoś przegapił. Nie chcę jej tam naspamować przesadnie, więc skomentuję to u siebie. Rozwój dyskusji znaczy.
Bo widzicie, ja mam dość śmiałą teorię. Mianowicie, że takie sytuacje spotykają WSZYSTKIE kobiety. Statystyka wynosi znacznie więcej niż 100%, ponieważ również wszystkie kobiety spotyka to wielokrotnie. Nie ma znaczenia, czy jesteś ładna, czy brzydka, chuda czy gruba, wysoka czy niska, z dużym czy małym biustem/tyłkiem, na szpilkach, w mini czy w dresie, bo właśnie biegałaś. Jesteś kobietą i to wystarczający powód, by część mężczyzn sądziła, że jesteś chętna.

Lubię o takich rzeczach rozmawiać z Prezesem, ponieważ cenię sobie męski punkt widzenia. W dodatku mam pewność, że odpowie szczerze i nie będzie przebierał w słowach. Każdemu innemu facetowi mogłoby być nieporęcznie wywalić kawę na ławę. Jednak nasza relacja, blisko piętnastoletnia, pozwala przecież na powiedzenie sobie szczerze, jak wyglądają pewne sprawy.

Wielokrotnie drążyliśmy już temat kobiecej atrakcyjności i jak postrzegają to mężczyźni. Pewnego dnia Prezes powiedział mi wprost:
- Przestań. Facetów w ogóle nie interesują nogi, tyłki, cycki itp. Mężczyźni dzielą kobiety tylko na dwie kategorie: da się wydymać, nie da się wydymać. Koniec.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie chodzi tu o to, że mężczyźni nie postrzegają pewnych kobiet jako atrakcyjnych. Oczywiście że jedne się podobają, a inne nie, to jasne. Chodzi o podejście. I wiem, że on mówi prawdę. Bo nie bez znaczenia jest funkcjonujące w pewnych męskich kręgach powiedzonko "kto wybrzydza, ten nie rucha". W tłumaczeniu na nasze, jest to trawestacja myśli "carpe diem". I właśnie z tego powodu argument o prowokowaniu (bo szła sama ciemnym zaułkiem, bo miała mini, bo patrzyła prowokująco) jest całkowicie bez sensu. A priori. O czym świadczą gwałty na staruszkach, dokonywane w biały dzień (przykład ekstremalny).

I tak, to spotyka nas wszystkie. W mniejszym lub większym nasileniu. Z mniejszą lub większą częstotliwością. Czasem po prostu nie chcemy się do tego przyznać. Nawet same przed sobą. Ale to nie znaczy, że problem nie istnieje. On jest POTĘŻNY. On jest słoniem przed nosem niektórych mężczyzn, uporczywie próbujących winę za przemoc zepchnąć na ofiarę.


Dlaczego piszę tylko o mężczyznach, kiedy zdarza się, że i kobiety mówią takie rzeczy? Bo uważam, że kobiety są w takie sądy wmanipulowywane. Przez mężczyzn właśnie. Przez system.
I mam to głęboko przemyślane. (Można zażyczyć sobie rozwinięcia, gdyby komuś bardzo zależało).

Update
Ciąg dalszy nastąpił.