26 czerwca 2015

2098


imię i nazwisko
adres
PESEL
URZĄD STANU CYWILNEGO
W …………………...


Wniosek o zmianę nazwiska

Wnoszę o zmianę nazwiska z ………………………. na ……………………………..

UZASADNIENIE: 

Szanowni Państwo!
             W chwili obecnej noszę nazwisko dwuczłonowe, składające się z mojego nazwiska panieńskiego oraz nazwiska byłego współmałżonka. Z owym współmałżonkiem nie łączy mnie już nic, poza całkowicie pełnoletnim dzieckiem oraz prawomocnym wyrokiem rozwodowym. Dziecko – bardzo uprzejmie zapytane – na ową zmianę wyraziło zgodę, natomiast wyrok to jakość sama w sobie. Na dogłębne przemyślenie tej sprawy miałam lat nieomal 17, na tyle bowiem opiewa rzeczony wyrok, można więc przyjąć, że moja decyzja w żadnej mierze nie jest pochopna. Natomiast rodziców bardzo kocham, bo to mili ludzie i nawet, jak na swój wiek, całkiem żwawi. W związku z czym nie widzę przeciwwskazań dla dalszego noszenia nazwiska, z którym powołali mnie na świat. Dodatkowo po tylu latach czuję głęboką potrzebę, by zamknąć całkowicie rozdział mojego śp. małżeństwa, szczególnie że do dziś nie dostrzegam w nim jakiegoś wyjątkowego sensu. Poza, ma się rozumieć, ww. dzieckiem. Przy tym pragnę podkreślić, że jestem przy zdrowych zmysłach, choć zdarza się, że niektórzy mają co do tego wątpliwości.
              Do nazwiska panieńskiego po rozwodzie nie powróciłam z uwagi na – naówczas – małoletnią córkę, a w szczególności jej komfort psychiczny. Nie wiem czy to wystarczyło, ale daję słowo, że bardzo się starałam.
              W związku z powyższym byłabym ogromnie zobowiązana, gdyby spojrzeli Państwo na moją prośbę łaskawym okiem i przychylili się do niej. Może to nie jest jakaś wielka sprawa, ale da mi pewna wewnętrzną wolność. A to jednak coś, jakby nie patrzeć.




...............................................................
                                                                                                                  data i podpis wnioskodawcy




Myślicie, że chwyci?

23 czerwca 2015

2097

Dziś przeżyłam chwilowe załamanie. Nie mogłam się rozkleić, bo zaraz po załamaniu musiałam zrobić odbiór robót. A do tego nie można być wrakiem. Opiszę Wam pokrótce, co obecnie robię. Bo do tej pory było bardzo ogólnikowo.

Kupno domu zmienia wiele spraw w naszym życiu, co wymaga dokonania zamknięć. Rzecz jest trudna, pracochłonna, męcząca, a czas nagli. Na to nakłada się moje permanentne przemęczenie, skutkujące zaburzeniami snu. I kółko się zamyka.
O wielu sprawach tu nie piszę i pewnie nawet dziś nie oddam Wam kompletu, bo są rzeczy na niebie i ziemi, które jakoś definiują moją prywatność. Wolałabym jednak zostawić je dla siebie, więc będziecie musieli uwierzyć na słowo, że pod "i tak dalej" kryje się jeszcze wiele takich bardzo poważnych, których zlekceważyć nie mogę.

Jak wiecie, zarządzamy wspólnotą mieszkaniową.
Z własnego zaniedbania, do czego się przyznaję, muszę zakończyć masę dokumentacji. Godziny ślęczenia nad papierami, tym trudniejsze, że organizm ledwo dyszy. Przy tym zrobiliśmy dziś odbiór robót, związanych z remontem piwnic. Jeszcze malowanie klatek schodowych, koszenie trawników, zebranie z właścicielami, przekazanie zarządu. Oraz normalne, codzienne czynności: papierologia, rachunki, terminy, ZUS, urząd skarbowy, te sprawy. A mam tego dość już od dawna. Dlatego też nie planujemy wynajęcia tego mieszkania. Chcemy je sprzedać i zostawić to wszystko za sobą.

Praca.
Dużo ostatnio. Staram się robić wszystkie normalne rzeczy, a do tego prowadzę sprawy, które podobno tylko ja mogę. Filmy kręcę, nadzoruję montaże, redaguję artykuły, piszę własne, gardło sobie podrzynam kompletując dane badawcze i staram się nie odkorkować. Dziś Szef obiecał mi miesiąc urlopu. Ciekawe, ile z tego wykorzystam na pracę, tyle że z domu.

Rodzice.
Mama trzyma się nad podziw, a poza tym widzi, że podpieram się nosem, więc stara się nie obarczać mnie niczym, czym nie musi. A to o tyle podnosi poprzeczkę, że stwarza mi kolejną półkę w pamięci. Czuwam, dopytuję - żeby się gdzieś nie zagnała w tym "nierobieniu problemu".
Taty rany cięte, kłute i szarpane lepiej, choć - mimo jego nadziei - sprawność nogi nie powróci prawdopodobnie nigdy. Nadal bardzo mało chodzi, dziś przeszedł ulica ok. 300 m i zadzwonił po taksówkę. Jest jak jest. Przy okazji nogi zrobiono mu większość możliwych badań i niestety wyszedł na jaw nowotwór. To nie jest najgorsze - owszem, ma 80 lat, ale to dobry materiał, z tych, co to mało która bomba ruszy. Tylko że on nie chce się leczyć. Dziś tak się na niego wściekłam, że z okazji Dnia Ojca wrzeszczałam coś w guście: jeśli chcesz umrzeć, to bądź łaskaw załatwić tę sprawę od ręki przed moją przeprowadzką, bo nie mam czasu na pogrzeby. Co pan zrobisz? Nic nie zrobisz.
Załatwiam lekarzy, wożę na badania i w inne miejsca, wykłócam się o wszystko, robię zakupy, pilnuję terminów. I jestem wściekła, rozgoryczona, nieszczęśliwa. Nie ma na niego sposobu.

Koty.
Zośka u jednego weterynarza, Czesiek u dwóch. Tony leków, badania laboratoryjne. Na szczęście ropnie na bródce Edka w dużej części się wchłonęły, więc widmo operacji w skali mikro bez żadnego zapasu skóry i tkanki tłuszczowej jakby nieco zbladło. Karol zrzucił trochę kota, co na pewno pomaga jego rzepkom cierpiącym na schorzenie yorków.

Zuzia.
Zamknęła sesję, kończy praktyki, wyjeżdża piątego lipca na trzy miesiące do Anglii. Ubezpieczenia, przeglądy (wszystko przed czasem), koszty leczenia na NFZ i prywatne. W międzyczasie, z nudów, choruje - laryngolog na cito, płukanie zatok. pilnowanie, żeby miała pieniądze, bo ona nic nie chce - wie, że jesteśmy goli. I jeszcze uratowała życie jeżowi, co kosztowało nas siedem stów. I wciąż nie możemy kupić drugiej felgi.

Dom.
Nawet nie chcę o tym pisać. Bank doprowadził mnie dziś do białości. Plus miliony formalności, sądy, urzędy, zawieranie umów, remonty, pakowanie, zdobywanie kartonów. Nie mam już w ogóle siły, a gdzie tam do końca.

Mieszkanie.
Musimy je sprzedać i to pilnie, bo generuje koszty. Lekki lifting, ogłoszenia, wizyty kupujących - chyba zwalę to na Prezesa. Muszę mieć te pieniądze, żeby popłacić długi, nie mogę tego odłożyć. Niczego z powyższych rzeczy, rozumiecie? Niczego nie mogę odłożyć.

A oprócz tego normalne życie.
Właściwie brak życia.
Kumulacja życia.
Niebywała, niespotykana wręcz intensywność życia.
I kilka spraw z grupy "i tak dalej".

Jestem DRAMATYCZNIE przemęczona.
Nie mogę spać.
To pójdę chociaż poleżeć, c'nie? Pomarzę o ciszy i trawie. O tej trawie do koszenia, która jest po prostu dla mnie ulgą, choć może tego nie rozumiecie.

Gdy to wszystko się przewali, gdy zamknę niektóre drzwi, zajmę się swoim zdrowiem. Obiecuję.

22 czerwca 2015

2096

Przeprowadzki mają tylko dwie jasne strony.
Pierwsza jest taka, że - przynajmniej w teorii - przenosimy się do fajniejszego miejsca niż to, w którym obecnie mieszkamy.
Druga natomiast otwiera możliwość pozbycia się pierdyliona zupełnie do niczego niepotrzebnych chabazi.

Jasne. Wieść gminna niesie, że istnieją ludzie, co to nie mają po kątach dziwnych przydasiów. Sama poznałam takich jednych. Z tym, że byli nieco… eee… upośledzeni psychicznie. Oraz Posiadali Tajemnicę. Tajemnicą tą był schowek. I wierzcie lub nie: takiego pierdolnika to nawet ja nigdzie nie mam. Finalnie znajomość nie utrzymała się przesadnie długo.

W każdym razie, taaaak, wywalamy jak szaleni. I rzeczywiście okazało się, że mamy tony przedmiotów całkowicie do niczego niepotrzebnych. Ja natomiast posiadam obecnie refleksję, że nie muszę utrzymywać przemysłu odzieżowo-obuwniczego, bo kto mnie zmusi.

No i faza pakowania została rozpoczęta, w domu kartony rosną jak grzyby po deszczu, a ja zapomniałam pojechać do notariuszki, by zawieźć jej zwrotkę z sądu. Tak mi się, widzicie, wkodowało, że zrobiłam wszystko, co do mnie należy. No więc nie zrobiłam. Idę se nastawić przypominajkę, żeby tam jutro zadzwonić, przeprosić i umówić się na środę. Bosz, mówię Wam, ile mam jeszcze prac różnych i to niezwiązanych z całą sytuacją… Normalnie mi się odechciewa.

Aha. I owszem, dziękuję bardzo, nie mogę spać. Od jakiegoś miesiąca. To mi dość nie pomaga w całej sytuacji.
Ech...

13 czerwca 2015

2093

I jeszcze nam się pralka dziś zepsuła, dacie wiarę?! Na miesiąc przed wyprowadzką wyrzuciłam do kosza 850 zł. Nie wiem czy mam się rozpłakać, czy coś kopnąć.
Pralkę już skopałam.
Nie daję rady.

12 czerwca 2015

2092

Wyrok wynosi 30 lat bez prawa łaski.

Swoją drogą - to, jak banki rypią klientów, a "specjaliści" są niedouczeni, rozwala mi system. Ale zawsze mogę przecież nie brać kredytu i nie mieć domu.

PS 4 lipca zapłacimy pierwszą ratę, a nadal będziemy bezdomni. Oto współczesny cud.

9 czerwca 2015

2091

Żyję (dzięki, doro).

W piątek umowa kredytowa. W kolejny czwartek notariusz.
Muszę jeszcze tylko w tym tygodniu:
- jechać z Cześkiem do okulisty,
- kupić prezent na urodziny Dzikowi,
- odbyć urodziny Dzika,
- jechać z Zośką na USG,
- obskoczyć fryzjera,
- zafarbować włosy,
- przestać marzyć o hennie i ją zrobić,
- załatwić ojcu dofinansowanie na sprzęt ortopedyczny,
- spotkać się z mamąPiotra na długie Polek rozmowy (to akurat jest jasny punkt)
- przypilnować remontu piwnic,
- zrobić księgowania do wspólnoty,
- zobaczyć się z rodzicami,
- zawieźć ojca na kontrolę do lekarza,
- zbilansować środki we wspólnocie i zaplanować wydatki co do grosza,
- popracować z dziewczynami nad nowym MbL-em,
- zaplanować remonty w domu i mieszkaniu,
- zacząć przygotowywać pakowanie,
- ogarnąć do końca garaż (piwnica, na szczęście, wysprzątana),
- nie zwariować.
A oprócz tego normalna praca. I normalne życie.
Teraz Państwo rozumi, że blog jest gdzieś w okolicach piątej rano.

To idę na pocztę.