25 października 2016

2365

Obożebożenko, piesek Lesiek jest ranny i może nawet umrzeć za jakieś osiemnaście sekund.

Otóż.
Wróciłyśmy wczoraj z Zuzanną do domu dopiero przed osiemnastą. Prezes wyjechany. Tumult, szaleństwo, niuch, podbieg, wzdryg. Ciepło było i pogodnie, więc wszyscy wypruli do ogrodu. Po jakimś czasie wrócili, akurat siedziałam w fotelu w salonie i pisałam poprzednią notkę, a to trochę trwa i wymaga skupienia.
- Mamo - dotarł do mnie głos pełen wyrzutu. - Mamo!
- Co?
- Pies koło ciebie leży, jest jakiś nieszczęśliwy i nie przychodzi na wołanie.
O, faktycznie. Leży i rozsiewa pustkę emocjonalną oraz dramat i tragedię.
- Co tam, syneczku? - zapragnęłam wiedzieć. - Życie cię uwiera?

Nie życie, moi drodzy. Rana! Ogromna, przygnębiająca, śmiertelna, półcentymetrowa rana na udzie, brocząca psią krwią serdeczną, a uciekało przez nią życie. Ojojane rany mniej bolą, wspomniałam starą prawdę.
- Ojojojojojojoj - pochyliłam się nad pieskiem Leśkiem. - Mój biedny, ranny szczeniaczek ze schroniska, co to się stało pieseczkowi, chodź, mamusia cię przytuli, ojojojojojojoj.
Pies był umierający i moje zainteresowanie nadeszło w ostatniej chwili.

Postanowiłam obejrzeć rzeczony defekt. Pies omdlewał. Poszłam po latarkę, na widok której zainteresowany wykazał maksymalny brak ufności i zwiał, nie zważając na gigantyczny ubytek psa w psie. W końcu zniewoliliśmy go we dwoje z Prezesem, obejrzałam z bliska to śmiertelne nieomal (0,5 cm) zranienie, popsikaliśmy Octeniseptem, żeby się zakażenie nie wdało - od czego pies o mało nie umarł. Kulał. Po schodach nie mógł. Żebrać do stołu nie przyszedł, tylko leżał taki samotny i porzucony w legowisku pod schodami*. Wieczorem ostatkiem sił dowlókł się do łóżka, ale nie wskoczył, tylko kazał się podsadzić i padł śmiertelnie zmęczony w piernaty. Rano kulał, nie chciał wyjść na sikanie. Śniadanie? Owszem, zjadł. Ale tylko ze względu na mnie**!

Napisałam z pracy do Zuzi, która zaczynała później zajęcia, w sprawie psiego żyć albo nie żyć.
W odpowiedzi otrzymałam naganę, żebym przestała, bo pies ma się znakomicie, z ranki - o, przepraszam! - ze śmiertelnego zranienia nie broczy i w ogóle nie ma tematu.

To potem Wam powiem, czy zaczął kuleć na mój widok po południu. Bestia podstępna.
No, cóż... w rodzinie wielodzietnej trzeba umieć zawalczyć o zainteresowanie, c'nie?


* W końcu dał się uprosić i ewentualnie zjadł kawałek bułeczki z masełkiem, ale zrobił to tylko dla mnie!
** To co, że szybko?! Czepcie się tramwaja!!!

24 października 2016

2364

Notka o tym, że w każdej szafie leży trup i czeka na otwarcie drzwi, czyli dlaczego #jestemznatalią

Na początku, dla porządku, wrzucam kontekst, bo może jest jeszcze w tym kraju ktoś, kto nie czytał, nie słyszał i nie wie. Parę dni temu Natalia Przybysz, o której istnieniu nie miałam pojęcia, a teraz wiem, że jest piosenkarką, ale dalej nie kojarzę człowieka, udzieliła wywiadu Wysokim Obcasom. W wywiadzie tym opowiedziała o swojej twórczości i emocjach, ale przede wszystkim o piosence, która stała się jej coming outem - przyznaniem do wykonania aborcji.

Na Natalię wylał się hejt w tak gigantycznej skali, że przestał to ogarniać ktokolwiek. Co więcej: dostało się dziewczynie nie tylko od środowisk zygotariańskich, ale również od rzeczonych sióstr w czarnym proteście. Z całego, dość obszernego wywiadu zapamiętano jedynie, że Przybysz ma 60-metrowe mieszkanie i uważa je za zbyt małe dla trójki dzieci i dwojga dorosłych. Tymczasem chodzi przecież o coś zupełnie innego. Mianowicie o powiedzenie głośno, że się miało aborcję. Nie dlatego, że rak, Down, gwałt. Dlatego, że była to ciąża przypadkowa, nieplanowana i niechciana.

Mnóstwo osób (owszem, czytuję komentarze) podniosło krzyk, że Przybysz wybrała bardzo zły moment: zamiast pomóc czarnemu protestowi, dała jego przeciwnikom argument, że furda szczytne ideały, a tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby się skrobać na potęgę.
A gówno.

Po pierwsze: nigdy nie ma właściwej chwili na wylot trupa z szafy. Tabu nie przestaje być tabu tylko dlatego, że zmieniają się okoliczności. Przestaje nim być, bo pojawia się pierwszy człowiek, który je przełamuje, a za nim idą następni i kolejni. Ośmielają się mówić głośno rzeczy niepopularne, oswajają temat, powoli zmieniają powszechny ogląd. Przypominam, że jeszcze sto lat temu kobiety nie były ludźmi, a parę lat wcześniej nie byli nimi kolorowi mężczyźni. Całkiem niedawno lekarze uważali mycie rąk pomiędzy jednym a drugim pacjentem za nowomodne głupoty. A tu ktoś zrobił pierwszy krok i spotkał się najpierw z nienawiścią, potem z odrzuceniem, a jeszcze później okazało się, że zmienił sposób myślenia o człowieku jako białym, heteroseksualnym mężczyźnie (a także wykazał, że bakterie jednak istnieją). Której pani z tym źle, niech napisze. A, nie - sorry. Nie może tego napisać, bo jako nie-człowiek nie ma prawa do publicznej wypowiedzi [1]. Szach i mat.

Po drugie: usuwanie ciąży wcale nie jest wymysłem dzisiejszych czasów. Wręcz przeciwnie - jest stare jak świat. Kobiety pozbywały się ich tak długo, jak istnieje ludzkość. Czy robiły to dlatego, że z badań prenatalnych wynikało ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu? A może wiedziały, że jeśli donoszą, to stracą wzrok? Figę. Pozbywały się brzuchów, BO NIE CHCIAŁY BYĆ W CIĄŻY. Powodów mogły być setki - za dużo dzieci, w ogóle dzieci, gwałty, odium dziewictwa, z którego nie można było zrezygnować, żeby nie skończyć z etykietą kurwy i móc ułożyć sobie życie, czyli wyjść za mąż i powić pierdyliardy dzieciuków z prawego łoża, wizja utraty wolności oraz co tam jeszcze sobie wymyślicie. Zły moment po prostu. Ktoś to w końcu musi powiedzieć głośno.

Po trzecie: wg badań szacunkowych w Polsce żyje obecnie ok. 5 milionów kobiet, które usunęły przynajmniej jedną ciążę [4]. Ja sama znam kilka. Każda z Was zna. Mężczyźni mogli nie dowiedzieć się tego wprost, bo to nie jest temat, o którym rozmawia się z mężczyznami, ale my wiemy. Głosu jednej Natalii Przybysz i jednej nieodżałowanej pamięci Marii Czubaszek można nie usłyszeć. Ale głos, choćby cichy, choćby nawet szept, powielony 5 milionów razy, dotrze do każdego. A co dopiero krzyk. Nie da się przejść obojętnie mimo 5. milionów kobiet krzyczących Miałam aborcję. To nie jest temat marginalny, tylko całkiem powszechny sposób postępowania. Miejmy odrobinę odwagi, żeby mówić o tym normalnie, a nie upychać w szafie trupa, który śmierdzi na całą kamienicę.

Dlatego jestem z Natalią. Ma dziewczyna jaja jak dynie.
Przestańmy wreszcie chować się za fałszywym wstydem i miejmy odwagę powiedzieć, że wystarczającym powodem, by nie być w ciąży, jest niechęć do bycia w ciąży. Pierdololo o kompromisie aborcyjnym jest tanie tak długo, jak długo będzie istnieć choć jedna kobieta, która nażre się w tajemnicy jakiegoś gówna, rzuci ze schodów, wykąpie we wrzątku albo włoży sobie wieszak w pochwę. Co jest - oswójcie się, do cholery - powszechne i na porządku dziennym.

Przestańmy się krygować i zacznijmy zmieniać świat.

Najpierw ja.
Gdybym teraz zaszła w ciążę, usunęłabym ją bez chwili namysłu. W szpitalu za granicą, bo mnie na to stać i za stara jestem na szafowanie homeostazą.
Walczę, by mogły tak zrobić kobiety, których na to nie stać. Bo jestem człowiekiem. Jestem kobietą. Jestem siostrą. I mam trochę szarych komórek oraz nie waham się używać. Ot, co.



PS Nie spraszałam zygotarian. Komentarze o krzyczących blastocystach (w każdej formie) zaliczą wylot. W ogóle mnie to nie interesuje i nie piszę po to, żeby poznać tego typu opinie. Szerokiej drogi życzę. Cześć, pa, kupcie mi coś.


[1] Jestem w trakcie oglądania "Bożej podszewki". Ta scena, gdy lekarz mówi do męża Maryśki, że trzeba jej usunąć macicę, ale on musi wyrazić na to zgodę - cudownie zagrana przez Agnieszkę Krukównę [2], z przerażeniem, nieśmiało wyglądającą zza parawanu, niemającą nic do powiedzenia na temat własnego ciała. Polecam.
[2] Agnieszka Krukówna jest moją szkolną koleżanką. A jej młodszą siostrę uczyłam polskiego w liceum. W tym samym zresztą, którego jestem absolwentką [3].
[3] Chwila przerwy na utwór muzyczny a propos.
[4] Nie posiłkuję się tutaj konkretnymi badaniami, ale gdzieś mi przemknęło, kto je wykonał, więc można odnaleźć.

22 października 2016

2363

Dzik - lat nieomal pięć i pół. Ma Poglądy.

Rzecz wydarzyła się niedawno, na urodzinach Cioci. Ciocia właściwie jest ciocią Matki Dzika, co oczywiście nie ma żadnego znaczenia dla przedstawianych rewelacji. W każdym razie impreza trwała w najlepsze. Na parterze ona trwała, a Dzik przebywał na pięterku z Tą Kaczką, gdyż ustalono, że grzeczne dzieci* winny o pewnej porze opuścić towarzystwo dorosłych. Szczególnie gdy nadużywają. Dorośli, ma się rozumieć.

Kaczka - niespodzianka


Ta Kaczka jest urody nieco zeszmaconej, gdyż towarzyszy Dzikowi od czasów - z punktu widzenia Dzika - zamierzchłych. Wiele przeszła**. Niedawno nawet kilka zabiegów operacyjnych, czyli rozprucie, wybebeszenie, napchanie ponowne, doszycie nowych oków (bo oczko mu odleciało, temu misiu) i licznych ozdóbek. Proszę się zapoznać:
Państwo - Stuart, Stuart - Państwo.
Dziękuję.

Wróćmy do opowieści. W pewnej chwili Dzik jak cień spłynął ze schodków na parter, pod pachą dzierżąc Tę Kaczkę***. Odchrząknął sumiennie, by zwrócić na siebie uwagę zgromadzonych, po czym obwieścił:
- To już nie jest Stuart - tu zawiesił głos, by podkreślić dramatyzm. - Teraz to jest Stanisław Piórko!
Pełnolotni uczestnicy spędu w obliczu tego wiekopomnego oświadczenia zastygli oraz, ma się rozumieć, zamilkli. Wykorzystując tę pełną napięcia ciszę Dzik przepłynął ku jednej z cioć i pociągnął ją za rękaw. A następnie, czyniąc użytek z faktu, że pochyliła się ku niemu, scenicznym szeptem nakazał:
- Powiedz głośno, żeby wszyscy usłyszeli: STANISŁAW PIÓRKO NA PREZYDENTA!



* Działanie podprogowe.
** Tym eufemizmem pragnę dać Państwu do zrozumienia, że bycie wielokrotnie obrzyganym nie jest neutralne z punktu widzenia jakości życia.
*** Na początku sądziłam, że to nie jest post polityczny.

11 października 2016

2362

Nie miała baba kłopotu...


Oto bogate wnętrze psa Hanusi. Owszem, trzeba było wyciągnąć za pomocą skalpela. Tyle miałam przytomności, że zawinszowałam sobie w komplecie sterylkę i czipowanie - ja tam przedstawicielom medycznym w nic nie wierzę, a najbardziej, gdy mówią, że coś nie boli. Weź se, kmiocie, wbij taką grubą igłę i wstrzyknij czipa, a potem pogadamy.

Bardzo emocjonujący dzień.

Hania na pustaka, bo w żołądku jednak dziura. Jutro wieczorem dopiero dostanie trochę rosołku, który jej mamusia, ma się rozumieć, ugotuje. Napiła się wody (wolno), wysikała i śpi. Bida straszna, serce się kraje.


9 października 2016

2361

Wczoraj przyjechali do nas goście. Nie jest żadną tajemnicą, że nasze zwierzęta uwielbiają wszystkich gości i natychmiast stawiają się tłumnie, by witać wchodzących: przechadzać się wielokrotnie tam i z powrotem w celu zwrócenia na siebie uwagi i załapania się na głaski (koty) oraz szaleńczych hopsasów, tarzania się po podłodze i włażenia na głowę w celu zwrócenia na siebie uwagi i załapania się na głaski (psy). Każdy ma taki środek wyrazu, na jaki sobie zapracował.

Wczoraj Lesiek przebił wszystko.

Z tego szczęścia, że oto zjawiły się trzy nowe osoby, w dodatku prozwierzęce i chętne do pieszczot, rozpędził się z kwikiem i... jednym zwinnym susem znalazł się na stole! Z uwagi na moją reakcję (wrzask i gwałtowne wymachy wszystkimi kończynami), przebiegł po nim (2 metry), zeskoczył z drugiej strony i bez kompleksów kontynuował taniec-połamaniec.

Kto mi podrzucił tego psa?!

7 października 2016

2360

Na fejsie pod poprzednim wpisem pojawił się komentarz o treści: "Wulgarnie....! Bardzo". I to mnie zachęciło do wypowiedzi na temat wulgaryzmów, a także agresji nadającego komunikat.

Otóż.
Z mojego punktu widzenia wulgaryzmy są takimi samymi słowami, jak wszystkie inne. Jestem językoznawczynią, co większość z Was wie, lubię je jako materię, oglądam, miziam za uszkiem, wypuszczam i patrzę, jak ludzie na nie reagują. Oprócz tego mam taką wadę systemu, że nie widzę. W sensie: dla mnie istnieje tylko to, co nazwane. Może być w głowie, a więc nie głośno, ale muszę wypowiedzieć słowo, żeby zauważyć i zapamiętać. Dla mnie świat składa się ze słów, znam ich wiele (pewnie trochę więcej niż statystyczny użytkownik) i nie waham się używać z gestem. Nie potrafię wizualizować.

Czyli: wulgaryzmy są takimi samymi słowami, jak wszystkie inne. Różni je od pozostałych tylko jedno - niosą duży ładunek emocji. Zwróćcie uwagę na ten gatunek, który idzie ulicą i kurwuje co drugi wyraz. Tam się w środku coś dzieje, gotuje, buzują gwałtowne uczucia, a oni nie potrafią ich nazwać... Nie są to wszakże wybujali intelektualiści, których uczono, który widelec służy do jedzenia ślimaków - tylko sól tej ziemi. Do tego dokłada się dzisiejszy galop informacyjny, atak bodźców oraz naturalna skłonność języka do uproszczeń. I macie wynik.

Jak wspominałam, posiadam całkiem spory zasób słów. Mało tego: potrafię ich sensownie używać (i w miarę bezbłędnie pisać), a także dostosować się do sytuacji. Mogę doprowadzić zdania do wynaturzenia w postaci minimum pięciozgłoskowców* co oddech, choć za tym nie przepadam. Przy tym sądzę, że jeśli uważam coś za grube nadużycie, to nie warto tonąć w eufemizmach.

Jest jeszcze jeden aspekt wypowiedzi, na który nie zwykliśmy zwracać uwagi. Mianowicie odrębność języka kobiet od języka mężczyzn. Dziewczynki mają być grzeczne. Od urodzenia uczy się nas, byśmy były czyste, skromne, odzywały się jak najmniej, a jeśli już, to bardzo elegancko. Ze dwa miesiące temu wyłącznie przez grzeczność nie przylutowałam własne matce**, która siedząc w altance i puszczając dymy rzekła:
- Jak te dziewczynki dziś bluzgają! Są gorsze niż chłopcy!
Było gorąco. Pragnę podkreślić, że ani razu nie użyłam słowa "głupia", "wkurwiasz" czy związku frazeologicznego "kopnij się w głowę". Czuję się wewnętrzną zwyciężczynią.

Moja mama (lat 75), choć z wyraźnym zacięciem feministycznym, jest jednak wykwitem swoich czasów. Wiele trudu włożono, by jej wpoić, że ma siedzieć ze złączonymi nogami i się zamknąć. Kiedyś w ogóle nie przeklinała, teraz bardzo rzadko. Wyobraźcie sobie taką sytuację:
Przedpokój w mieszkaniu moich rodziców - budowlana pomyłka: od drzwi wejściowych kiszka, po kilku metrach rozchodzi się w pokaźny prostokąt. Goście zawsze w kolejce. Przy tym kiszka jest ślepa*** i ciemna. Rzecz wydarzyła się w czasach, gdy pod drzwiami stało mleko. Matka po nie poszła, otwarła drzwi, podniosła butelkę, zamknęła drzwi, zrobiła w ciemnym przedpokoju dwa kroki i... z całą energią przyfasoliła piszczelą w drzwi szafki, które otwarły się za nią, gdy zmierzała po mleko (i nie zauważyła).
- KURWA!!! - wrzasnęła matka i trudno się dziwić.
Nie pamiętam, ile miałam lat, ale pierwszy raz w życiu usłyszałam z jej ust brzydkie słowo. Nie wyszłam ze swojego pokoju do południa. Taka siła rażenia. Rzeźnia.

Do czego dążę? Ano do stwierdzenia, że łatwiej nam przyjąć słowo żwawsze z ust, czy spod pióra, mężczyzny niż kobiety. To jest znakomicie widoczne w komentarzach dotyczących czarnego protestu: wypomina się z niesmakiem, że niektóre kobiety były agresywne (zwłaszcza werbalnie). Nie były. Co najwyżej lekko zbliżyły się do męskich zachowań w analogicznej sytuacji.
Gorąco pragnę podkreślić, że tak długo, jak kobiety będą trzymały buzie w ciup, a rączki w małdrzyk, nic się nie zmieni, bo takie właśnie zachowania są społecznie oczekiwane. Przekraczajmyż granice. Ja tam nie zamierzam spełniać niczyich oczekiwań, prócz własnych i Wam też to z serca rekomenduję. Oraz oddychajcie przeponą. Kobiety zwykle oddychają szczytami płuc, co nie jest najlepszym pomysłem. Używajcie przepony, to obniża timbre głosu. Kiedy dojdziecie do wprawy, będziecie mogły do jakiegoś debila huknąć basem****:

SPIERDALAJ GŁUPI CHUJU!!!



* Ale po co?
** Jest tylko jedna.
*** Jak to kiszka.
**** Naturalnie przesadzam, ale rzeczywiście oddychając przeponą się nie piszczy. Piszczenie i omdlewające głosiki są słabe. Serio.

5 października 2016

2359

Moje drogie, moi drodzy!

W świat gruchnęła wieść, że PiS ugiął się z powodu kobiecych protestów i zakończył prace nad projektem zaostrzającym ustawę antyaborcyjną, czyli całkowitym zakazem aborcji. Wyszedł na mównicę Gowin, ten, co mu krzyczą blastocysty i powiedział, że to byłoby niewyobrażalnym okrucieństwem. Gowin... ktoś mu wierzy? Really? Fala radości zalała środowiska kobie...
A, nie - chwileczkę. Coś tu śmierdzi, nie czujecie?

Napiszę to teraz, żebyście mi potem nie mówili, że post factum to każdy umie powiedzieć "wiedziałam". Kaczyński to jest polityk z krwi i kości. Opętany nienawiścią do wszystkiego i wszystkich mały skurwiel, upośledzony emocjonalnie gnom, usiłujący odegrać się za własne nieudane życie na innych ludziach, żeby tylko nie zmierzyć się z osobistą niedoskonałością, ale nie głupiec. Oj, nie. Z intelektem u niego wszystko w porządku, a nawet lepiej. Jest politykiem przez duże P, choć nikomu nie musi się to podobać. Z mojego punktu widzenia to najgorszy z możliwych typ: inteligencja jak brzytwa i całkowity brak moralności spowodowany aberracją psychiczną. Z tego się rekrutują krwawi mordercy milionów. Ale tańczymy dokładnie tak, jak on nam gra. Zaplanował każdy ruch i teraz się cieszy, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Od samego początku intencją PiSu było zapchanie mordy episkopatowi. Z góry było wiadomo, że całkowity zakaz aborcji nie przejdzie. Tym bardziej, że sprzeciwiają mu się nie tylko lewackie kurwy, ale również spora część elektoratu partii rządzącej, a także duża grupa wyznawców narodowego opętania. Niemniej długi trzeba spłacać. W Polsce wygrywa ten, kto ma po swojej stronie kościół katolicki, to wiemy nie od dziś. Wielka siła, ogromna możliwość wywierania wpływu. Co powie ksiądz z ambony, to miliony bezwolnych, bezmyślnych automatów zrobią. Może nie mam racji?!

PiS zaciągnął dług i trzeba go spłacić. Całkowicie się nie da, bo kościół to studnia bez dna, ale przynajmniej częściowo. Co jest chodliwym towarem? ZAWSZE kobiety, które nazywam największymi niewolnikami w historii świata. Nie po to kościół od dwóch tysięcy lat robi wszystko w celu trzymania nas na krótkim łańcuchu, żeby mu teraz jedna z drugą szmatą fikała. A grzebanie w majtkach jest idealnym narzędziem.

Ad rem. Od samego początku było wiadomo, że całkowity zakaz aborcji nie przejdzie, ale prezes Polski nie jest głupi. Czyż nie będzie łakomym kąskiem wypracowanie kolejnego "kompromisu aborcyjnego"? W ten oto kwiecisty sposób pragnę Was poinformować, że cały czas chodziło o wykreślenia z dopuszczeń możliwości terminacji ciąży z powodu nieodwracalnych uszkodzeń płodu. Zwróćcie uwagę, wokół czego oscyluje retoryka dzieciątek pod serduszkiem. Pozwolę sobie nie epatować Was zdjęciami owych "dzieciątek" - kto chce, niech zajrzy do starych, dobrych Pochodnych kofeiny. Przypominam tylko, że to się nie odzobaczy.

I tak to wspomnicie niebawem moje słowa. Dwa dopuszczenia zostaną: zagrożenie życia matki i ciąża z czynu przestępczego. Zostaną, bo obecnie to jest minimalny odsetek terminacji. Zniknie natomiast możliwość usunięcia ślicznego dzieciątka z Zespołem Downa. No, sami popatrzcie.

Zdjęcie pochodzi z portalu polki.pl
Awwwww... jaka słodka... Mielibyście sumienie powiedzieć jej, że powinna nie żyć*?! Pewnie nie. Zwłaszcza, gdy z jej ograniczeniami boryka się ktoś inny.

Inaczej sprawa ma się z uroczym bobasem obciążonym Syndromem Robertsa.

vismaya-maitreya.pl
No co? Nie podoba się? Dzieciątko przecież, Pambuk Wam dał, to nie wypada odmawiać! TU możecie sobie poczytać, jakie są obciążenia i gwarantuję, że szybciej wymienicie, co JEST w porządku. I... dacie radę! Tym bardziej, że nie będziecie mieć wyjścia.
Albo taki zaśniad groniasty, no, cudeńko. Trochę może przy tym pęknąć macica, ale ŻYCIE PONAD WSZYSTKO. Życie zaśniadu, ma się rozumieć. Któren to pochodzi wprost od komórki żęskiej i mięskiej. Serio, serio. Poczęliście, to macie - do kogo pretensje.

Jednym słowem - wszystko idzie zgodnie z planem. Trzeba, niestety, znacznie więcej niż kilka rozhisteryzowanych lewackich kurew, żeby to zatrzymać. Bo wiecie - mnie czarny protest nie cieszy. Powiem więcej: moim zdanie wyszło chujowo. 150 tysięcy? A co to jest?

ORGIA NIENAWIŚCI NIE USTANIE, PÓKI NIE PODNIESIEMY ZACIŚNIĘTEJ PIĘŚCI 
W S Z Y S T K I E




* Moja ulubiona retoryka.

2358

Moje poglądy na kwetię wyboru są powszechnie znane. Zawsze powtarzam, że jedynym kryterium, jakie kobieta winna spełnić, by dokonać aborcji, to nie chcieć być w ciąży. Nie zamierzam tego tematu rozwijać, nie interesuje mnie, dlaczego tak wiele osób nie zajmuje się własną, a wyłacznie cudzą moralnością[1], bo to jest oczywiste. Nie wdaję się również w żadne dysputy na ten temat, ponieważ mam w dupie poglądy zdecydowanej większości ludu pracującego miast i wsi oraz emerytów[2]. Do czasu, gdy nie włażą z tymi poglądami niczym zabłoconymi buciorami w życie moje lub osób mi bliskich. Żyj i daj żyć innym, powtarzam. Jaka szkoda, że nie chcą słuchać.

Przeciwników prawa wyboru uważam za szkodliwych idiotów i wcale nie wstydzę się do tego przyznać. Podobnie mam z rasistami, ksenofobami, homofobami, antyfeministami, wieloma innymi fobami i anty. Oraz myśliwymi. Po prostu miło by było, gdyby ktoś poddał ich jakiejś terapii, na przykład elektrowstrząsom. To jest moja osobista opinia i nie wymagam, żeby ktokolwiek ją podzielał. Ale tak naprawdę to jestem przekonana, że podziela wielu, tylko wstydzą się do tego przyznać. A ja nie, bo mam na to wyjebane, jak na wiele rzeczy zresztą.

Niemniej zdarza się, że wejdę niechcący na jakąś idiotyczną argumentację i nie umiem tego odzobaczyć. Dziś przypieprzyłam czołem w dwa artykuły "Gościa"[3] (pierwszy i drugi) i opadło mi wszystko, co jeszcze sterczało[4]. Co prawda poglądy mam ugruntowane, ale to nie idzie w parze z całkowitą odpornością na ludzki debilizm.

"Namawiali ją do aborcji. Urodziła Karola Wojtyłę".
Czy tylko ja widzę, że użyto tu argumentu kompletnie od czapy? Dano kobiecie wybór, a ona z niego skorzystała. O to właśnie walczę ja i tysiące zwolenników prawa wyboru. Możesz zrobić to, co uważasz za najlepsze dla siebie. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do aborcji. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do donoszenia ciąży. Nie rozumiesz tego? A gdyby wprowadzono obligatoryjne dawstwo, tobyś rozumiał/a? Rankiem staje u drzwi załoga G i informuje cię, że nie pójdziesz dziś do roboty, bo masz zgodność tkankową i oddawaj nerkę. Mamy nadzieję, że nic nie jadłeś/aś, bo możesz nie przeżyć operacji. Peszek.

"Namawiali ją do aborcji. Urodziła Karola Wojtyłę".
A gdyby urodziła wioskowego głupka, kulawego Jaśka niemotę, to byłoby mniej znaczące? Fakt, pewnie w "Gościu" nic by o tym nie napisali. Bo w końcu życie jest największą wartością, ale przecież nie każde. Jaśka by się zamknęło na całe życie w chlewiku i morda w kubeł. Mogła się wyskrobać, jak jej lekarz radził.

"Namawiali ją do aborcji. Urodziła Karola Wojtyłę".
Jeśli namawiają cię do aborcji, a ty się sprzeciwisz, to urodzisz Karola Wojtyłę. Masz tu pismo z obietnicą od Pambuczka, patrz, jest pieczątka kurii, znaczy - ważne.

A ludzie to czytają, kiwają w zadumie głowami, bo przecież mogliśmy nie mieć papieża. Naszego papieża! Koniec świata i Ameryki.

Na osobny akapit zasługuje artykuł drugi pod szumnym tytułem: "Skąd wiemy, że lekarz chciał aborcji K. Wojtyły?". Bo przecież wiemy na pewno, chuj, że to było w 1919 i najstarsi górale nie pamiętają. Ważne, że tak powiedziała[5] sąsiadka z Wadowic. I że tak powiedziała[6] akuszerka, obecna[7] przy narodzinach Karola Wojtyły. No i naturalnie ważąca jest tu opinia dziennikarki, która zna nazwisko (sic!) położnika Emilii Wojtyły.

Znacie pojęcie anecdata? Nie znacie? To się Wujka Google'a zapytajcie.

----

Tak na marginesie: pani Wojtyła, jeśli już chcemy określać ją własnością męża, była Wojtylina, a nie Wojtyłowa. Ale to tylko na marginesie.




[1] Zasadniczo w ogóle nie rozpatruję tego w kategoriach etycznych, ale taki ton rozmowie nadają przeciwnicy prawa wyboru.
[2] Przy czym dość interesują mnie poglądy dzieci. Przynajmniej do momentu, gdy nie zaczynają powtarzać tępo prawd objawionych po dorosłych.
[3] Tak, czytuję różne publikacje, nawet niezgodne z moim światopoglądem, bo to mi go poszerza.
[4] Włosy, dajmy na to. Bo cycki już dawno nie.
[5] Podobno.
[6] Podobno.
[7] Podobno.