31 grudnia 2011

0…

Czuję się dokladnie tak, jak w tytule.
Wobec powyższego spędzę chyba sylwestra z „Sezonem na misia”. Mam 3 części. Starczy.

29 grudnia 2011

Końcowe odliczanie

2…
Poziom chandry osiąga apogeum.
Poprzednim razem jakoś lepiej to znosiłam. Może dlatego, że – choć zmieniałam zupełnie profil pracy – zostawałam w firmie. Teraz podjęłam decyzję o odejściu.
I niby lżej, bo zapadła, ale jakoś nie lepiej.

27 grudnia 2011

Końcowe odliczanie

3…
Są takie chwile, które zaskakują mnie na tyle negatywnie, że chyba się cieszę, że z niektórymi osobami już współpracować nie będę. No nie wiem, może ja jestem nienormalna, może wychowałam się w jakichś dzikich warunkach, może mój ptasi móżdżek odbiera jakieś inne bodźce, chadza odrębnymi ścieżkami.
W mojej głowie wszystko układa się tak:
- przeszło dwa lata pracowaliśmy pod nadzorem dyrektora i jego zastępczyni,
- likwidują nasz oddział,
- szef nie będzie szefem, a szefowa szefową,
- można kogoś nie lubić lub być wobec niego obojętnym,
- kultura wymaga, żeby się jakoś z klasą pożegnać.
No nikt mi nie powie, że złożenie się po 5 zł na prezent pożegnalny na osobę (czyli w sumie 10 od łebka na dwoje dyrektorów) to jest suma, której nie da się udźwignąć. (Ile to wypadnie na dzień roboczy za 2 lata i kwartał?).
Ja to bym chciała, żeby jakoś się to wszystko ładnie skończyło. Mimo wszystko. Żeby te 50 osób przyszło na 10 minut do sali konferencyjnej, podziękowało, uśmiechnęło się albo uściskało na koniec. Żeby kupić jakiś składkowy prezent, kwiaty. W końcu ci ludzie nam płacili przez przeszło 2 lata. I nie zauważyłam, żeby na kimś oszczędzali, jak mieli z czego dać.
Czuję się jak idotka. Bo ja nie uważam, że to jest dziwactwo. Ja sądzę, że to dobre wychowanie.
To ja tłumaczyłam 50 razy, po co przychodzę i grzecznie pytałam, czy ktoś zechce uczestniczyć, że to nie jest obowiązek i nawet, jak ktoś się nie złoży, to nie będzie pominięty.
Ja zbierałam pieniądze.
Ja – zupełnie solo, bo nikt mi w tym nie pomógł – próbowałam wymyślić, co kupić. Żeby było ładne, przydatne i nie stało się jakimś „kurzozbiorem” albo uciążliwym dodatkiem, z którym nie wiadomo co zrobić.
Ja w swoim prywatnym czasie pojechałam do sklepu i zrobiłam nie wiem ile kilometrów, żeby w ramach posiadanych środków to wszystko kupić.
Ja szukałam opakowań (w innym sklepie), co nie było wcale łatwe, bo zaraz po świętach i opakowania wymiotło.
Ja pakowałam.
Ja zamawiam kwiaty i ja je przywiozę.
Ja płacę za paliwo.
Ja wymyśliłam, żeby wydrukować dyplomy uznania – bo zawsze, kiedy nie było pieniędzy, żeby kogoś nagrodzić, to choć tak szefostwo próbowało podziękować za wkład pracy.
Ja napisałam teksty – żeby było trochę śmiesznie i trochę wzruszająco.
Ja uprosiłam kogoś, żeby to obrobił graficznie.
Ja przypilnuję wydruku i żeby nie zapomnieć o anyramkach.
Ja dbam, żeby zarezerwować salę, wszystkich spędzić i zrobić niespodziankę.
I nic, cholera, za to nie chcę. Tylko żeby było tak, jak należy. Jakoś tak godnie.
Dziś usłyszałam: my nie rozumiemy, co to za zwyczaj w ogóle, żeby się tak z kimś żegnać czy coś kupować.
I smutno mi się zrobiło.
Bo wiem, że to w końcu dobrze wypadnie. Że się parę osób roześmieje, kilka się wzruszy, ktoś się popłacze i nagle zrobi się ciepło. I tak powinno być.
I nic, cholera, za to nie chcę. Nawet „dziękuję” nie jest potrzebne. Tylko żeby było należycie. A tu taki syf.
Jak słowo daję… pora iść w stronę światła.

4 grudnia 2011

Kraina Wiecznego Mruczenia

Tusieńka odeszła tak,  jak żyła: cichutko, nie robiąc nikomu żadnego kłopotu.
Zostawiła mi w sercu taką rankę, z której plasterek zawsze będzie się odklejał.

Naszemu Panu Doktorowi dziękujemy za profesjonalizm i wysoką kulturę osobistą. Jak zawsze.
Jeśli ktoś mieszka w pobliżu, naszą lecznicę i naszych lekarzy polecamy z całego serca.
Dobrze, że w domu są inne koty, bo powrót do pustego mieszkania byłby nie do zniesienia.

Kiedy była mała, zapowiadała się na niezłego informatyka.

1 grudnia 2011

Na czasie – żarcik rekrutacyjny

Popularny u nas ostatnio.
Do prezesa firmy wpada kadrowiec z połową ryzy dokumentów i od drzwi krzyczy:
- Panie prezesie, panie prezesie, proszę spojrzeć! Aż tylu kandydatów spełnia nasze wygórowane oczekiwania!
Prezes bierze dokumenty i bez oglądania połowę wyrzuca do kosza.
- Ależ panie prezesie! – woła kadrowiec – Ci też spełniają oczekiwania!
- A co, chcesz pan współpracować z pechowcami?

29 listopada 2011

Dyskusja esemesowa pomiędzy matką a córką

CórkaCzuję się, jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł.
MatkaInfekcja, tak?
CórkaNieżyt nosa.
MatkaŁadne słowo taki nieżyt.
CórkaSłowo ładne, wydzielina z nosa mniej.
MatkaLepsza z nosa wydzielina
niż we włosach Twych plwocina*!
CórkaMiła Twoja rymowanka.
Ubliżanie już od ranka.
Dla córeczki takie słowa –
recepta na wagary gotowa.
Plwocina, plwociną,
a tu jednorożce giną.
Matka (musi mieć ostatnie słowo)Kocham Cię. Nieodrodnaś!
* No przepraszam… Uwielbiam słowo „plwocina”. Niebywałe wprost. Nie wiązać z desygnatem.

26 listopada 2011

W sytuacjach stresowych produkuję pożywienie na kilogramy

Należę bowiem do osób, które nie potrafią pozostawać w bezczynności. Z zajętymi rękami lepiej mi się myśli.
W związku z powyższym dokonałam dziś zakupów spożywczych (uwaga! za 100 zł! akcja „O” wdrożona) i wyprodukowałam sześć obiadów. Mogłabym z posiadanych produktów wyprodukować również siódmy (na piątek), ale się powstrzymałam, żeby ewentualnie zająć czymś ręce w tygodniu.
Efektem działań macoszych firmy jest przekarmienie mojej rodziny.

Chciałam tutaj podkreślić, że ja się umiem zorganizować, bo te 100 zł starczyło jeszcze na bieżące zakupy żywieniowe poza ciepłymi posiłkami oraz wino. Za 9,99. I na pewno będzie dobre, już tam się nie bójcie.
Prezesa doprowadzam do regularnego szału straszeniem ubóstwem. Zacisnęłam kościste paluchy wokół jego portfela i nie puszczam, co powoduje u niego odruchy histeryczne.
Nie ma! Dopóki czegoś nie wymyślę i nie zapewnię rodzinie regularnych przyzwoitych dochodów z mojej pracy, nikt tu złotówki nie wyda bez mojej wiedzy. Koniec i bomba.
Tak na marginesie – jeśli zacznę robić przetwory, powstrzymajcie mnie.

22 listopada 2011

Telegram

Szukam pracy. STOP.
Może być ciężka i taka, w której inni się poddali. STOP.
Lubię wyzwania. STOP.

PS Matka Poczta okazała się niestety złą macochą z bajki o królewnie Śnieżce.

15 listopada 2011

Kto tam żądny kocich aktualności??? Voila!


Na co mi przyszło, biednej sierocie?
Znosić bez przerwy kaprysy kocie!
I doprowadzać na skraj ruiny
budżet niewielkiej, lecz MEJ, rodziny!
Każdy poranek – wyzwanie nowe,
koty do tego są wszak gotowe.
Pokarm z Royala to jest policzek
dla kulturalnych panien kociczek.
Dziś jemy tylko wołowe serce,
a świeże zdobyć – trudne to wielce!
Jutro to serce już się nie nada.
Tak mi Tusieńka świtem powiada.
Jutro być może coś z wieprzowiny,
nad sercem bowiem stroimy miny.
A może przysmak z półki Whiskasa
będzie jak znalazł i pierwsza klasa?
A może chrupek pana Winstona?
Może myśl jakaś inna, szalona?
Może coś z drobiu? A może rybka?
Decyzja w sprawie nie będzie szybka.
I mało tego! Wszakże wyzwaniem
będzie posiłku tego podanie!
Bowiem jedzenie w kocim „karmniku”
trudności stwarzać może bez liku.
Jemy w łazience, na parapecie,
co na to, Państwo Drodzy, powiecie?
Może „paciaję” podamy z ręki?
Takie mam teraz za karę męki.
A na dokładkę jeszcze kroplówka.
Od tych kroplówek boli mnie główka.
Plucie tabletką prosto do celu…
Wyzwań mam wiele, Mój Przyjacielu!
O sińcach wspomnę jeszcze, niebożę,
obyć bez tego tu się nie może.
Kot bowiem mieści się gdzieś przy słupkach,
ale nie mieści się tam ma dupka…
Gdy Ci się zdaje, Drogi Człowiecze,
że Ci dzień który przez palce ciecze,
nie czekaj dłużej, spraw sobie kotka!
Kotek to będzie przyjemność słodka!
On Ci pokaże na czym to życie
polegać może – podpowiem skrycie.
On Cię ustawi za to do kąta.
A potem pójdziesz kuwetę sprzątać!

11 listopada 2011

Dzisiejszą notkę sponsorują literki B i D

W wolnej chwili zajrzyjcie na blog mojej koleżanki, współzałożycielki Klubu Gospodyń Miejskich. Tylko nie na głodniaka.
Z czystym sumieniem polecam, również osobom spoza Śląska, bo autorka podróżuje, więc pisze o tym, co zjadła zarówno na miejscu, jak i „w świecie”.
No i sama trochę gotuje.
A oprócz tego ostatnio oszalała przetworniczo.
PS Papryczka była pyszna. Słoiczek zwrócę.

8 listopada 2011

Korekta

Ups. W poprzedniej notce mialo być: „Otrzymuje smsy o treści”.
A nie – maile ;o)

Redakcja przeprasza wszystkich zainteresowanych.

7 listopada 2011

Nieuchronny rozwój

Prezes jest pracownikiem w 100licy zaledwie od dni siedmiu, a już otrzymuje maile o treści:
„Miałam cesarkę, brzuch trochę mnie boli, ale obie z Alicją czujemy się dobrze”.

Drodzy Czytelnicy! Szykuje się ślub!
Wyjdę za niego, bo w chwili obecnej nie mam nawet jak się z nim rozwieść!

2 listopada 2011

Zmiany, zmiany

Prezes został wielkim kierownikiem w swojej centrali. Można więc go często spotkać w 100licy. Np. teraz.
Wyliczyłam mu, że jego utrzymanie na obczyźnie kosztowalo nas dziś 7 zł.
Puści nas z torbami, ot co!

I każe mi rozmawiać ze sobą przez skejpa. A potem się śmieje z mojego wyglądu.
Rozważam wymianę zamków.

27 października 2011

Grubo

Dziś do dyrekcji przyszła… mama pracownika!
Bo on taki więcej nieśmiały.

Widziałam później mutanta. Rzeczywiście jakby więcej.

22 października 2011

Dieta dla kota z nerką

Kot z nerką powinien zjeść następującą mieszankę:
-  60 g gotowanej piersi kurczaka,
- 1 jajko,
- 350 g ryżu,
- 2 łyżeczki oleju.
Plus specjalny proszek, zapobiegający przyswajaniu fosforu.

Pytanie brzmi, czy kot doceni wysiłek, wkładany w gotowanie mu domowych obiadków.
Kot bez nerki marki Edek docenia zdecydowanie. Nie jest dla nas jednak targetem.

14 października 2011

Kultura organizacyjna

Piątek. Za chwilę weekend. Przychodzimy do pracy. Nic specjalnego się nie dzieje. Wobec powyższego przegląd wydarzeń gospodarczych.
News dnia:

Zwolnienia na poczcie. Głębokie cięcia wydatków
Zarząd Poczty Polskiej rozważa ostrą redukcję oddziałów rejonowych centrum Poczty. Z obecnych 62 ma pozostać tylko ok. 20. Redukcje będą dotyczyć kierownictwa oraz personelu administracyjnego. Łącznie stracić pracę może ponad tysiąc osób – informuje „Rzeczpospolita”.

A pod spodem link reklamowy:

Motywowanie Pracowników
Rozwiązania Sodexo dla Motywowania Pracowników – Sprawdź Możliwości!

Czuję się w cholerę zmotywowana.

10 października 2011

Podsumowując powiem tylko:

Bardzo się cieszę.
Naprawdę.
Kamień z serca.
Osobom chorym psychicznie z parciem na władzę Polacy powiedzieli wreszcie stanowcze „nie”*.
Ufff…

* Choć nie ukrywam, że wolałabym jeszcze bardziej stanowcze. Np. miażdżące.

6 października 2011

Aby odbarczyć nieco temat kota…


Normalnie muszę. Milczałam 11 lat. A właściwie 5, bo tyle prowadzę blog. Jak już mnie rozrywało, to pisałam coś enigmatycznie, używając tzw. OKREŚLEŃ, ale to z OKREŚLENIAMI jest takie niefajne. A moja praca to pasmo sukcesów. I najfajniejsi są klienci.

Więc postanowiłam złamać świętą zasadę anonimowości, zwłaszcza  że jest ona wyłącznie teoretyczna, gdyż większość Szacownych Gości zna mnie z imienia i nazwiska, a niektórzy to się ze mną zakoleżankowali na fejsbókó i wiedzą, gdzie pracuję. Niech tam więc! Co mają nie wszyscy wiedzieć.
Rozpoczynam niniejszym cykl o klientach. Zapowiadam, że będzie poczytny.

Bo ja pracuję dla matki poczty. I się zajmuję m.in. rozpatrywaniem reklamacji, co potrafi rozczulać mnie do łez. Szczęścia. Albo dna rozpaczy. Oprócz tego jestem pełnomocnikiem mojego szefa, więc trafiają mi się KLIENCI. Tak, jak ta pani wczoraj.

Weszła i od drzwi zaczyna, że w USC zamówiła sobie 3 odpisy aktu urodzenia. Nieźle, myślę sobie. Jak tak się zaczyna, to się musi rozwinąć w jakąś ciekawą stronę. I nie myliłam się.
Więc pani opowiada mi dalej, że później okazało się, że ona jednak potrzebuje dwa te odpisy. A zapłaciła 66 zł. A przecież trzeba 44 zł. I ma nadpłacone te 22 zł. No to poszła do USC i oni jej powiedzieli, żeby przyszła na pocztę i powiedziała, żeby jej oddać. I nawet jej na kwitku napisali, żeby poczta zwróciła, bo jest nadpłata. 22 zł. O, pani patrzy.
Ja to cierpliwa jestem i nie z takimi miałam do czynienia. No to mówię pani, że poczta nie może jej zwrócić pieniędzy, które należą do USC, bo to nie są poczty pieniądze. Ale jej powiedzieli, że tak ma być i mam jej natychmiast zwrócić. 22 zł. Ona ma kwitek.
Pani mi pokaże ten kwitek. Na kwitku jak byk stoi, że pani w Urzędzie Miasta wpłacała. W kasie. Bo to taki fintifluszek wyrwany nie wiadomo skąd. Więc radzę, by się pani z tym kwitkiem udała do UM, to pewnie jej zwrócą. A właśnie, że nie, bo poczta ma jej zwrócić. Tłumaczenie, że UM to nie poczta i odwrotnie, nie odnosi skutku.
Modlę się o cierpliwość. Wpadam na pomysł, jak pani wytłumaczyć łopatologicznie. I mówię, że tak samo by pani mogła pójść do obuwniczego naprzeciwko, żeby jej zwrócili pieniądze z UM, bo to taka sama relacja. Przykład – było nie było – dość barwny. Na to pani, żebym jej nie traktowała jak głupiej i oddawać pieniądze.

Finalnie wydusiłam z pani pod jaki numer na tej ulicy kazali jej pójść. Więc o 2 mniejszy niż do nas (czyli wejście obok). Szybko przetworzyłam fakty – tam się mieści… kasa UM. Pani to nie usatysfakcjonowało, obraziła się, powiedziała, że jestem nieuprzejma i poszła sobie.
Uważam, że jestem święta.

A dziś opowiedziałam tę historyjkę MM (pamiętacie MM?). I, patrzcie Państwo, on miał lepszy przypadek.
Klient kiedyś do niego przyszedł. Z butami. Podetknął mu buty pod nos i mówi: patrz pan, rozleciały się w całości. Co za dziadostwo. Reklamować chciałem. Tłumaczenia na nic się nie zdały. Okazało się potem, że gdzieś na naszej ulicy jest siedziba rzecznika praw konsumenta. Ale oj tam, co to ludziom za różnica. Budynek poczty okazały, to wszedł. Patrzy na wywieszkę: reklamacje. No to przyszedł zareklamować. Buty.

A ostatnio sąd do nas napisał, żebyśmy w trybie pilnym dostarczyli mu akt zgonu pana Iksińskiego.
W końcu dla sądu to żadna różnica czy USC, czy poczta.
To co się ludziom dziwić.

2 października 2011

No i tak…

Wyniki bez zmian. To znaczy mocznik lekko przekroczony (40 – norma 36), kreatynina też (3,0 – norma 2,4). Czyli nie jest dobrze. Ale w piątek rano kicia obudziła się rześka i pozytywnie nastawiona do świata, przeniosła się z piętra na dół i zażądała posiłku. Serce mi skoczyło, bo w czwartek wieczorem miała kompletną zapaść, nerki praktycznie się zatrzymały, spuchła, osowiała i myślałam, że to koniec. Przepłakałam prawie całą noc.
Na szczęście, jak mawia stare przysłowie: ranek jest mądrzejszy od wieczora.
Nasz wet wyniki obejrzał, zrobił też morfologię (anemia) i powiedział:
- Leczy się zwierzęta nie wyniki. Samopoczucie ważniejsze.
No to walczymy dalej. Nawadniamy podskórnie – niestety nie w systemie stałym, bo czasem puchnie nam lewa łapka i musimy robić przerwy. Zakupiliśmy karmę dla kotów z PNN (25 zł za 500 g. AAAAAA!!!) i cieszymy się, że została zaakcepowana. Karmimy po trochu przez cały dzien bez przerwy, bo niestety z jedzeniem nie jest tak łatwo, jak byśmy chcieli. Kicia uważa, że mamy poświęcać jej maksimum czasu, rzucać po jednym chrupku tak, żeby mogła go upolować. Na szczęście nawadnianie traktuje jak przykry obowiązek i stara się z niego godnie wywiązać.
Kolejne badania w piątek lub w sobotę.

Oczywiście każdy, kto tylko chce, może uważać, że przesadzam. Ale ja kocham moje zwierzęta i będę je ratowała tak długo, dopóki nie cierpią.
Uważam, że jestem Tusieńce to winna za lata całkowicie bezinteresownej miłości. Pokochała mnie bowiem całym swoim małym, kocim serduszkiem w dniu, kiedy schowałam ją za pazuchę zaraz po wyciagnięciu spod maski samochodu.
O, taką.

23 września 2011

Kot mi się zepsuł

W dodatku ten najważniejszy kot. Mój. Zepsuł się dość drastycznie.

22 września 2011
Godz. 16.00 – przyjazd z pracy. Siku. Próba zapakowania zepsutego kota do kosza.
Godz. 16.15 – kot zapakowany.
Godz. 16.16 – kot zbiega nie zważając na swoje zepsucie.
Godz. 16.17 – ponowna próba zapakowania kota do kosza.
Godz. 16.20 – kot zapakowany, drzwiczki zamknięte. Kot drze się przeraźliwie.
Godz. 16.21 – wędrówka klatką schodową w dół. Kot jest słyszalny poza budynkiem.
Godz. 16.22 – w samochodzie. Wie już cała dzielnica.
Godz. 16.22 i pół – ruszamy. Wie całe miasto.
Godz. 16.23 – 16.40 – mijane samochody ustępują nam z drogi jak karetce. Pewnie ze względu na sygnał dźwiękowy.
Godz. 16.40 – lecznica. Nie ma nikogo w poczekalni. Super!
Godz. 16.41 – 16.55 – oględziny kota, z których nic nie wynika. Pobranie krwi. Kot ma drgawki ze strachu.
Godz. 16.55 – 17.15 – oczekiwanie na wyniki badań. Kot ma nadzieję, że zaraz wracamy do domu, więc milczy zintegrowany z koszem. Mimikra wykręcona do maksimum.
Godz. 17.15 – okazuje się, że kot ma niewydolność nerek. Nadzieje na szybki powrót zostają zniweczone. Kot zostaje dostrzeżony pomimo pełnej integracji z koszem, a następnie podstępnie wywleczony na stół.
Godz. 17.20 – 18.50 – golenie kota. Kot daje do zrozumienia, że nie aprobuje takich zachowań. Wenflon. Kot przenosi się do własnego matrixu i udaje, że nasza rzeczywistość nie istnieje. Kroplówka. Kot odczuwa przenikanie rzeczywistości do matrixu i postanawia z tym skończyć. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. I tak w niekończoność.
Godz. 18.51 – odpięcie kota. Drgawki ze strachu. Kot wraca do kosza, zatrzaskuje za sobą drzwiczki, zamyka zamki i wiesza kłódkę.
Godz. 18.52 – pani doktor uświadamia, że kroplówkę należy zrobić samodzielnie w domu 2 razy i przyjechać jutro. Ja mam drgawki.
Godz. 19.10 – pobieram pół lecznicy sprzętu do nakraplania, strzykawki, igły. Drgawki się wzmagają. Kot mentalnie nieobecny. Pobieram specjalistyczną odżywkę, którą „koty uwielbiają!” oraz strzykawkę na wypadek, gdyby mój nie uwielbiał.
Godz. 19.15 – uiszczam połowę rachunku, bo na cały mnie nie stać.
Godz. 19.20 – 19.35 – powrót do domu. Kot wyje i chce się wydostać. Jak wyżej w drodze do.
Godz. 19.36 – wejście do domu. Kot wyważa drzwiczki kosza i znika.
Godz. 20.00 – kot nie uwielbia odżywki.
Godz. 20.05 – 20.30 – karmienie kota na siłę za pomocą strzykawki. Zaczynam przenosić się do własnego matrixu.

23 września 2011
Godz. 04.00 – budzik.
Godz. 04.01 – chcę umrzeć.
Godz. 04.02 – lokalizowanie kota. Naiwny kot myśli, że ma to za sobą i się nie ukrywa.
Godz. 04.03 – mocowanie pojemnika z kroplówką na oknie. Pacyfikacja kota. Manipulacje podłączające. Kot ogłasza sprzeciw. Wenflon jest zatkany. Chce mi się płakać. Odtwarzanie w głowie komunikatu: jeśli wenflon będzie zatkany, proszę wkłuć się w żyłę i odetkać. Płaczę. Odtykam. Kot nie chce być odetkany. Nierówna walka. DZIAŁA! Wokół kłębią się inne koty, które koniecznie chcą uczestniczyć. Odganiam je wszystkimi kończynami, które nie są zaangażowane w proces.
Godz. 04.15 – 05.30 – kropla na sekundę. Kot nie chce. Inne koty chcą. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Nogi mi drętwieją. Usiłuję zmienić pozycję. Kot nie chce. Inne koty chcą. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja. Kroplówka. Pacyfikacja.
Godz. 05.30 – 07.00 – odpięcie kota. Karmienie innych kotów. Powrót do sypialni i namawianie kota na jedzenie indywidualne. Przygotowanie do wyjścia. Namawianie kota na spożycie czegokolwiek. Karmienie kota strzykawką. Kot nie chce. Inne koty wręcz przeciwnie. Na granicy histerii.
Godz. 07.10 – wyjście do pracy.

Następna kroplówka o 14.00.
Niech mnie ktoś przytuli.

8 września 2011

Ktoś mi zrobił nieoczekiwany koniec lata

A ja odkryłam, że mam jeszcze jedne sandałki, w których nie chodziłam w tym roku. I teraz mi zimno.
A Potomstwo ma gorączkę 38,5. Ja to bym chciała mieć taki rozmiar odzieży.
Mam przeczucie, że aura do końca roku nie będzie mnie rozpieszczać.
Foch.

31 sierpnia 2011

Obejrzałam film*

Otóż obejrzałam sobie wczoraj po raz pierwszy w życiu (taki opóźniony zapłon) film „39 i pół”. Odkryłam tam radośnie kilka fajnych grypsików.
No i przychodzę dziś rano do Zakładu dla obłąkanych i od drzwi walę do sekretarki: „Jedną białą, Pani Kiciu, kawę!”. Chwyciło.

Po paru godzinach zachciało mi się znowu kawy, więc tym razem skorzystałam z komunikatora. No i piszę:
„Pani Kiciu – jeśli ma Pani odrobinę czasu, ochoty i woli, to ja jedną białą, Pani Kiciu, kawę”.
Po dwóch minutach w drzwiach staje Pani Kicia z kawą. Zareagowałam radośnie.
Po kolejnej minucie Pani Kicia** staje w drzwiach ponownie i mówi:
- Słuchaj… Odczytałam właśnie twoją wiadomość na komunikatorze.
- No tak – spoglądam na nią zdziwiona – i przyniosłaś mi kawę.
- Nie. Ja ją odczytałam TERAZ.
- Ale jak to?
- Nie wiem. Siedziałam tyłem do komputera i kserowałam dokumenty. Nagle poczułam impuls, wstałam, zrobiłam ci kawę i przyniosłam. A jak wróciłam, zerknęłam do kompa, bo mi się wygaszacz włączył. Mam ciary.

Strach sobie w Zakładzie coś pomyśleć…

* nie w całości, ma się rozumieć, bo to serial – rozpoczęłam raczej
** Pani Kicia zostanie już chyba Panią Kicią. Nadmieniam, że jest to przefajna dziewczyna z jajami i uwielbiam ją.

30 sierpnia 2011

Nowe doświadczenie

Całe moje życie, z bliżej nieznanych przyczyn, polega na motywowaniu ludzi do podejmowania różnych działań. Oczywiście motywowanie to jest dość szeroko pojęte. Niemniej zawsze uważałam, że najlepsze skutki odnosi motywowanie pozytywne.

Ostatnio – doprowadzona do ostateczności – musiałam motywować negatywnie (czyt. kopnąć w… ten tego). I co? Przyszło i podziękowało. Bo się zmotywowało. I zmieniło.

Ciekawe doświadczenie.

22 sierpnia 2011

Napisałam książkę*

Otóż wróciłam do pracy.

W pracy, jak to w pracy: liczne ciało pracownicze przybyło, by się przywitać (dla pozoru), a następnie wyciagnąć wszystkie śmieci/pułapki/sprawy/sprawki/podchwytliwe pytanka (niepotrzebne skreślić), które kisiło w segregatorach przez dwa tygodnie z myślą, by zepsuć mi humor od 7.30.

A i tak nie przebili jednej pani, co to czekała do południa (taka przenoszona ciąża), bo chciała z przytupem zepsuć mi humor na zawsze. Nie udało się.

Jedna ze sprawek wynikła ok. 11. E. przyszła do mnie, podetknęła mi pod nos stos dokumentów i odkrywczo zakrzyknęła:
- O! O!
- Odeślij, gdzie należy, a twórcom usterkę – westchnęłam.
No to wystawiła usterkę.

W związku z otrzymaniem w dniu
dzisiejszym przez Zakład dla obłąkanych dwóch nieprawidłowo skierowanych  dokumentów XY przypominam, że formularze dotyczące
ww. usługi, po ich przyjęciu od klienta należy przesyłać do TegoToATegoMiejsca
(tu dokładny adres). O tym fakcie zostali Państwo poinformowani pismami nr  XXX z dnia oraz  nr YYY z dnia. Powyższy obowiązek wynika
również z Zarządzenia nr ZZZ z dnia w sprawie bla bla bla. Wobec powyższego
prosimy o przypomnienie pracownikom zasad obowiązujących przy wykonywaniu
omawianych czynności, aby w przyszłości uniknąć niepotrzebnego wydłużenia procesu
oraz w celu wyeliminowania nieprawidłowości w tym zakresie.

Stosowne wytłumaczenie popełnionej nieprawidłowości
proszę odesłać w terminie do na mój adres mailowy, przesyłając również do
wiadomości pani moje-waterloo.**

A oni jej na to:

W ODPOWIEDZI NA CENNĄ SUGESTIĘ (sic!) NIEPRAWIDŁOWO SKIEROWNYCH DOKUMENTÓWINFORMUJEMY, ŻE PRACOWNICY ZOSTALI POINFORMOWANI O RZETELNYM WYKONYWANIUOBOWIĄZKÓW PRZY PRZYJMOWANIU I WYSYŁANIU DOKUMENTÓW XY.

Normalnie uśmiałam się jak norka. Natychmiast przypomniał mi się skecz Kabaretu Dudek „Książka życzeń”.

Cudowne.
Miłego oglądania.

* w pewnym sensie jest to parafraza
** No co??? Postarała się, bo jest profesjonalistką.

10 sierpnia 2011

Dialogi na 4 nogi


Wprowadzenie.
Prezes, jak się okazało (bo nikt o tym nie pamiętał), jeszcze nigdy nie został sam w domu.
Potomstwo rzuca brudne skarpetki na środek dywanu w swoim pokoju, czego nie potrafię wyplenić (chyba, że z całym Potomstwem).

Osoby:
Prezes

Czas akcji:
10.00

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Prezes: Wróciłem z pracy i w domu jest po prostu okropnie. Muminek posprzątał w swoim pokoju przed wyjazdem i jest tak nieznośnie nienaturalnie. Aż tak źle, że rzuciłem swoje brudne skarpetki na środej jej dywanu, żeby się poczuć bardziej swojsko!

5 sierpnia 2011

Co to jest dyplomacja?

Dyplomacja to umiejętność powiedzenia komuś „spieprzaj” w taki sposób, by poczuł podniecenie przed zbliżającą się podróżą.

To ja spieprzam wraz z moim podnieceniem.
Od 15.30 mam urlop.
Żyć, nie umierać.

20 lipca 2011

Absurdy

Aby zameldować się na pobyt czasowy we własnym mieszkaniu (na dowód posiadania którego ma się odpis aktu notarialnego), w Urzędzie Miasta trzeba podać: swój stan cywilny, dane byłego współmałżonka (w moim przypadku rozwiedzionego od lat 13.) oraz wykształcenie.

Następnie trzeba się podpisać (z podaniem numeru dowodu osobistego) dwa razy: w pozycji chętnego oraz udzielającego zgody na meldunek czasowy (sama jej sobie udzielam).

Chyba zepsułam panu urzędasowi dzień. Przy wykształceniu zacisnęłam zęby, przy stanie cywilnym zacisnęłam pośladki. Przy danych deadmałżonka mnie poniosło.

Pytania:
1. czy gdybym miała wykształcenie podstawowe, mogłabym zameldować się w MOIM mieszkaniu?
2. czy deadmałżonek nie powinien przypadkiem przyjechać z Krakowa do Chorzowa żeby sprawdzić, czy mogę mieszkać w MOIM mieszkaniu (które nie pochodzi z majątku wspólnego)?
3. czemu nie kazali mi przyjść z ojcem?
4. a co, gdyby ojciec nie żył?
5. dlaczego kobiety nie mają mózgu (bo tak są traktowane)?

PS Pan urzędas chciał, abym wypełniła druk w zakresie stosunku do służby wojskowej (mam olewający, nie ma zasadniczej).

PS 2 W urzędzie 3 stanowiska ds. obsługi w zakresie meldunkowym, 2 czynne (okres urlopowy, rozumiem), obsługuje 1 osoba, druga parzy kawę. 20 minut. Pod pokojem kolejka.

PS 3 Pan urzędas zapytany o podstawę prawną do oczekiwania ode mnie tych wszystkich informacji powiedział: nie ma.

A idąc do UM złamałam obcas. W satynowych, różowych pantoflach z Prima Mody. I nie można mi się dziwić, że mnie poniosło.

2 lipca 2011

Potomstwo dołączyło do grona zarobkujących

I nie mam tu bynajmniej na myśli zajęć dorywczych, ale regularny etat, czyli 8 godzin dziennie przez miesiąc wakacji. W związku z odbyciem pierwszej dniówki, słownik Potomstwa wzbogacił się o wyrażenia:
- moja zmiana,
- nie będę grała, muszę się położyć spać, bo rano idę do pracy,
- mamo, czy zrobiłaś coś na obiad, czy mam sama zorganizować itd.
Serce rośnie.

Obecnie pracuje na pierwszą zmianę, czyli wstaje o 4, wychodzi o 5, bo zaczyna o 6.
Kiedy ona wychodzi do pracy, my jeszcze głęboko śpimy.

Ale czad.

20 czerwca 2011

Rozkokoszanie

Mistrz zamieszkał. A jutro może się nawet zamelduje. Obecnie przechodzi żółtaczkę fizjologiczną, co objawia się piękną karnacją – opalenizna jak po urlopie na Lazurowym Wybrzeżu.
Zdradzę Wam tajemnicę – najlepsze są stopy! Rozmiar XXXXXXXXS.

Kukułka

Urodził się w czwartek. Waży 2800 i mierzy 52 cm. Ciocia dzielnie dotrzymała mamie towarzystwa prawie do samego końca (bo na blok operacyjny jednak nie wpuścili). Zgadnijcie, kto pierwszy przytulał, nosił i niańczył?
HA!

5 czerwca 2011

Zadanie domowe w zderzeniu z płodnością wyobraźni rodziny

Oczywiście robię to, co jest prawnie zakazane, czyli sama sobie zadaję zadania domowe i odrabiam je w czasie wolnym. W omawianym przypadku jest to układanie pytań do konkursu zawodowego w Zakładzie dla obłąkanych.

Jedno z pytań dotyczy rozszyfrowania skrótu „SOK” (Standard Obsługi Klienta), który jest tytułem oficjalnej regulacji zachowań pracowników w Zakładzie dla obłąkanych. Rodzina wspiera mnie, jak może. Oto kilka propozycji:

Sprawnie Okradam Klientów,
Szaleństwo Ogrodowego Krasnala,
Stanowczo Odmawiam Komentarza,
Szukam Okazji Każdorazowo,
Składam Odpowiednio Kalesony,
Szczypię Oraz Kłuję.

Żadne nie nadaje się na wariant, ale i tak dobrze się bawię.

23 maja 2011

Nic w przyrodzie nie ginie

Za udział wzięli:
MM
prezesowa

Miejsce akcji:
kabinecik prezesowej

Czas akcji:
około południa

MM: Przygotowałem na dziś historyjkę z życia wziętą.
prezesowa: Dajesz, bracie.
MM: Mój kumpel mówi do laski: – Nie bolą cię nogi? Ona mu na to: – Bolą, a co? A on (tu MM zerka mi w głąb czaszki): – Wcale mnie to nie dziwi, całą noc chodziłaś mi po głowie!

Podsumowanie: jeden z najwytrwalszych wzdychulców, jakich w życiu znałam.

18 maja 2011

Cierpienia ciąg dalszy

Napiernicza mnie:
- dziąsło,
- policzek wewnątrz,
- policzek na zewnątrz,
- oczodół,
- powieka (!!!).

Żądam satysfakcji!
Kto mi to uszył, pytam się?

17 maja 2011

Cierpię

I nie jest to bynajmniej cierpienie o wymiarze metafizycznym. Metafizyczne ma moja dentystka, którą pozostawiłam w samotności, aby przemyślała sobie, jak to się stało, że w moim zębie nr 7 – 2 zaistniała dziura jak Berlin. Wyglądała mi na taką, co to ma wyrzuty sumienia. No ja myślę.

Nie wiem, czy już się kiedyś przyznałam, ale mam obsesję dentystyczną. Jako posiadaczka pełnego garnituru zębów własnych (za wyjątkiem dolnych ósemek, które mi po prostu nie wyrosły), nie potrafię pogodzić się z myślą, że któregokolwiek z nich może kiedyś zabraknąć. A tu niewykryta rzeczona dziura jak Berlin stała się punktem wyjścia do przemyśleń na temat. Mam 30 zębów (no bo te dwa, to wiadomo). Ktoś mi zrobił psikusa i może mi jednego zabraknąć. Nic nie zostało przesądzone. Muszę czekać.
No to czekam.
Czekanie może potrwać np. 3 lata.
Czuję się podle.

Jedynym plusem mojej dzisiejszej przygody stomatologicznej jest komentarz na temat paradontozy: nie posiadam. Podobno z moim podejściem higienicznym nie posiądę. Czyli myć. Szorować i niciować.
I niech mi kto udowodni wyższość szczoteczki klasycznej nad elektryczną. Figa.
A nadmienić muszę, że skłonności do zepsucia mam porażające. Zębów również.

11 maja 2011

Dialogi „robocze”

Za udział biorą:
prezesowa
dyrektorka prezesowej

Czas akcji:
8.00

Miejsce akcji:
korytarz przed kabinecikiem prezesowej

dyrektorka prezesowej: Szlag mnie zaraz trafi. Wyglądasz zdecydowanie za dobrze!!!
prezesowa: Natychmiast utnę sobie głowę.

28 kwietnia 2011

Paciuuuuu…

Ja Ci przypominam, jeśli w razie gdyby nie zauważyłaś.

Ta notka była dedykowana paci i sponsorowały ją literki em oraz wu.

11 kwietnia 2011

Pewna miła Joasia

szyje przecudnej urody misie, zajączki i inne zwierzątka. Jestem chodzącym dowodem na to, że ręcznie uszyty miś jest najlepszym przyjacielem człowieka. A co dopiero cztery misie.
No tak, mam cztery. Przyznaję się bez bicia.
Z tymi misiami Asi to jest tak, jak z kotami. Człowiek chce mieć jednego, a potem to już samo idzie. I okropnie trudno się powstrzymać. Bo co Asia chwyci w palce igłę, to bardziej urodziwe dziecko się rodzi.
Łapię się na tym, że zaczynam być zazdrosna o wszystkie misie, które kupują od Asi inni ludzie. Ale zdaję sobie sprawę, że nie mogę się zamisić na amen. Mimo, że bardzo bym chciała.

Asia utrzymuje się z szycia. Podkreślam – utrzymuje się, tak? Starożytni mawiali, że navigare necesse est, ale żyć – mocium panie – też trzeba. Wobec powyższego, Moje Szanowne Czytelnictwo, proponuję, abyśta byly oryginalne na święta i od święta. Sobie misia (KONIECZNIE!!!) i misia bliskim w prezencie, tak?

Z Asią można skontaktować się przez blog. Albo przeze mnie, jeśli kto sobie życzy. Mogę robić za skrzynkę kontaktową.

A więc hasło na dziś: MIŚ.
Nie bądźcie rury.

7 kwietnia 2011

Marzenia

- Jeszcze tylko przetrwać jutro – westchnęła prezesowa znad bilansu, planu gospodarczego, informacji o podwyżkach czynszów i innego dziadostwa. – A potem już chyba z górki. Na dzień, może dwa.

BU.

PS Wyobraźcie sobie, że trafiłam w końcu na facebook. I to z powodu psa mojej przyjaciółki. Po prostu musiałam drania zobaczyć. Warto było.

2 kwietnia 2011

Wiek jest rzeczą względną

- pomyślałam, przyglądając się sobie w lustrze.
Z punktu widzenia mojej córki jestem zgrzybiałą staruszką – dokładnie pamiętam, co o osobach w moim wieku myślałam, mając lat 17. Z punktu widzenia moich rodziców (70 i 75) ledwo wyrosłam z etapu nastolatki.
Co myślę ja sama? Mnie jest dobrze, nie narzekam. Ukończywszy lat 38 czuję, że znajduję się właśnie na szczycie możliwości.

I cieszę się z pierwszego dnia reszty mojego życia. Jak z każdego. Nawet, gdy akurat nie mam urodzin.

1 kwietnia 2011

Dialogi na cztery ręce

Histerycznie występują:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
przestrzeń teleinformatyczna (po naszemu: komunikator)

Czas akcji:
ok. południa

prezesowa: Wyobraź sobie, że zdarzyła mi się dziś zabawna sytuacja. Otóż na prywatną komórkę otrzymałam MMS ze zdjęciem nowonarodzonego dziecięcia, bez słowa komentarza i z numeru, którego nie znam. Odpisałam, że gratuluję udanego potomka, lecz chciałabym wiedzieć KOMU. Odpowiedzi nie otrzymałam. Przypominasz sobie może, czy ktoś znajomy był ostatnio w ciąży?
Prezes: Nie. I korzystając z okazji chciałbym również podkreślić, że nie mam z tą sprawą absolutnie nic wspólnego!

Dialogi na cztery ręce

Histerycznie występują:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
przestrzeń teleinformatyczna (po naszemu: komunikator)

Czas akcji:
ok. południa

prezesowa: Wyobraź sobie, że zdarzyła mi się dziś zabawna sytuacja. Otóż na prywatną komórkę otrzymałam MMS ze zdjęciem nowonarodzonego dziecięcia, bez słowa komentarza i z numeru, którego nie znam. Odpisałam, że gratuluję udanego potomka, lecz chciałabym wiedzieć KOMU. Odpowiedzi nie otrzymałam. Przypominasz sobie może, czy ktoś znajomy był ostatnio w ciąży?
Prezes: Nie. I korzystając z okazji chciałbym również podkreślić, że nie mam z tą sprawą absolutnie nic wspólnego!

29 marca 2011

Krawcowa… niech jej szczęście sprzyja

Mało tego, że mnie przyjęła, upięła na mnie te wszystkie szmaty (zabrakło jej szpilek), to jeszcze bierze od zwężenia kiecki 10 zł. Tak! Dziesięć złotych. Za 10 złotych ta miła kobieta upina, pruje, tnie i zszywa ponownie. Musiałabym chyba przymierać głodem, żeby tak dziubdziać za dychę. Czapki z głów i szacunku moc.
Tymczasem oddała mi trzy kiecki i widmo świecenia golizną w godzinach służbowych zostało oddalone.

No dobra, przyznam się, że i tak nie wytrzymałam. Wyskoczyłam w sobotę na pół godzinki do centrum outletowego i już po 3. godzinach karta kredytowa odmówiła mi posłuszeństwa. Zakomunikowałam to Prezesowi poprzez sms z komentarzem, że do wypłaty będę jego utrzymanką. A święty ten człowiek przyjął rzecz dzielnie i odpowiedział (uwaga! ręka do góry która ma świętszego męża!) tą samą drogą: „Najważniejsze, że jesteś zadowolona”.
Po czym zamówił mi wymarzoną torebkę u Wojewodzica na urodziny.
Ran jego niegodnam całować.

Samochodu natomiast nadal nie mamy.

22 marca 2011

Jestem niezwykle wprost uzdolniona

I chciałam to podkreślić z całą mocą oraz stanowczością. Otóż w poniedziałek sprzedałam samochód. Był to samochód, który kupiłam w poprzednią sobotę. Sprzedałam go za tę samą cenę, za którą kupiłam.
Knif polega na tym, że w uprzedni czwartek zepsuł mu się silnik.

Ręka do góry, kto uważa, że mam niezwykłe szczęście do kupowania samochodów?

Przy rozważaniach należy niewątpliwie wziąć pod uwagę fakt, że w poprzednio zakupionym samochodzie… wymieniliśmy silnik.

A teraz chwila przerwy na liczne, jak zwykł był to określać Protoplasta, techniczne określenia wojskowe. Dla niezorientowanych – rzut mięsem w dal oraz do celu, jak kto woli.

Właśnie sobie uświadomiłam, że przy zakupie obu tych samochodów upierał się Prezes… A teraz, metodą Pollyanny, znajdźmy w tym jakąś jasną stronę.
Otóż… hmmm… wyrabiam się. Poprzednio nic nie udało mi się odzyskać. A teraz wszystko.
Burzliwe oklaski. Na stojaka.

Uwaga na marginesie. Mamy co prawda pieniądze. Pieniądze piechotą nie chodzą. W przeciwieństwie do mnie. Chyba się oflaguję.

Kurtyna.

PS I chciałam jeszcze dodać, że z okazji awarii silnika złamałam sobie paznokieć. W związku z powyższym uprzedni właściciel samochodu powinien zostać zlinczowany. Pocieszający jest jedynie fakt, że zapłacił za lawetę, niech go piekło pochłonie.
O!

18 marca 2011

Masz ci los…

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam swoje zdjęcia z Sylwestra. Miałam przeczucie, że jest źle, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że jest Tragicznie. Było.
Więc postanowiłam to zmienić. Najpierw zmieniłam „muszę” na „chcę”.

No to mam!
Ratunku!!! Nie mam się w co ubrać!!! Dziś rano odbyłam półgodzinną gimnastykę, polegającą na zakładaniu i ściąganiu kolejnych ciuchów, które jeszcze przed chwilą się nadawały. Wszystko można poddać delikatnemu liftingowi, prawda? Wszystko poza… workami.

Grozi mi chodzenie do pracy nago. Nawet majtki mam za wielkie.
Tonę! Tonę!

Na marginesie chciałam wspomnieć, że chwilowo nie posiadam gotóweczki na zakupki. A zadłużać się na sukienusie nie chcę. Ale się porobiło… Oby tylko zaprzyjaźniona pani krawcowa zlitowała się nade mną i powiedziała, że coś z worów da się zwęzić. A jak się nie da? Albo jak ma zajęte terminy?
Jest zimno!!!
Kupiłam jedną parę dżinsów, bo nie mam ani jednej pary spodni, które nadawałyby się do noszenia, jeśliby je związać sznurkiem. Nie mam kiecek, nie mam bluzek, nie mam marynarek. Nie mam płaszcza, kurtki, nic. Nie mam, cholera, majtek i biustonoszy!!! Mam szaliki. Może uda się jakoś nimi obwiązać, żeby goły tyłek nie wystawał.

No tak, oczywiście, że się cieszę. Bardzo. I jestem z siebie dumna. Efekt jest piorunujący. Tylko jak wybrnąć z dołka odzieżowego?

14 marca 2011

Ja rozumiem,

że można nie kochać swojego dziecka i w związku z tym dać mu na imię Ingeborga. Ale żeby Ingeborga Gizdal? A Olimpia Wróbel?

A Olimpia Góra???

Oto pokłosie mojej dzisiejszej pracy. A to tylko jeden z 365 dni w roku.

11 marca 2011

Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że już nie dam rady,

Dobry, Stary Pan Bóg daje mi naukę, a ja staram się pilnie słuchać i wdrażać. Tym razem nauką jest trzęsienie ziemi i tsunami. Czymże są moje prywatne kłopoty w odniesieniu do? Otóż niczem (Nietzschem).
To idę otrzeć nosa i… do roboty. Życie nie będzie czekało, aż się namyślę.

7 marca 2011

Byłam grzeczna

Myłam rączki przed jedzeniem. I ząbki po. Mało tego! Nawet przygotowywałam to jedzenie!!!
Mówiłam: dzień dobry, dziękuję i przepraszam.
Ładnie i schludnie się ubierałam i nawet odchamiłam się w sobotę poprzez bytność w Teatrze Stu.

Więc nie rozumiem zupełnie, czym znowu sobie zasłużyłam, żeby zostać dyrektorem. I to w dodatku na cały tydzień!!! Życie jest skrajnie niesprawiedliwe i koniec.

Przyjmuję kondolencję w każdej liczbie.

PS Jakby kto się chciał poskarżyć, to dziś jestem na dyżurze i przyjmuję petentów. Do 17. Radzę się pospieszyć.

3 marca 2011



Usłyszeć, wypowiedziane przez łzy, zdanie od własnej, szesnastoletniej córki:
 - Mamo, kocham cię najbardziej na świecie.

Bezcenne.

Za resztę zapła…

Za jaką resztę? Reszta nie ma już żadnego znaczenia.

22 lutego 2011

Potomstwa przypadki

- Kiedy mieszkałyśmy na Brzozowej – peroruje Potomstwo wieczorową porą, apetycznie zwinięte na fotelu pod kocysiem – nie chodziłam w nocy sikać, bo się bałam potwora spod łóżka.
Zrywam się z fotela naprzeciwko i lecę przytulać.
- Nic nie wiedziałam – łkam dramatycznie w kocyś.
- O sikaniu?
- O potworze spod łóżka. Mam wyrzuty sumienia.
- No co ty! Nie powiedziałam ci.
- No właśnie!!!

I tak to po latach człowiek się dowiaduje, że ma dwóję z macierzyństwa.
Nie wiedziałam nawet, że mieszkamy z potworem. A gdyby złapał mnie za nogę???

16 lutego 2011

Dziś miałam Przygodę

Otóż nie udałam się do pracy, bo byłam z Potomstwem
umówiona do lekarza (tak, do kolejnego). Zadowolona z siebie i wyspana wbiłam się w obuwie
oraz 15483215866 warstw odzieży, by udać się w kierunku lecznicy i wtedy
okazało się, że Prezes zamknął mnie od zewnątrz. Mój klucz ostatnio
nawala, więc niniejszym zostałam uwięzioną w wieży księżniczką.

Mało mnie szlag nie
trafił.

Zadzwoniłam do Prezesa, nawrzucałam mu od ostatnich, co jednak nie rozwiązało mojego
problemu. Skok przez okno z drugiego piętra nie wchodził w grę. Koty
były bardzo zainteresowane (grupowo) moim miotaniem się po domu i
wykrzykiwaniem wyrazów obelżywych. Po 15. minutach
bezowocnych prób wydostania się przez normalne wyjście doznałam
olśnienia niczym pomysłowy Dobromir. Toż na górze posiadam
wejście/wyjście awaryjne! Pytanie tylko czy w domu są klucze… Onegdaj
Prezes mi je zabrał, bo opowiadałam wszystkim znajomym, że to są
specjalne drzwi do wpuszczania i wypuszczania kochanka w sposób bezkolizyjny – otóż Prezes wchodzi po pracy dołem, a
w tym czasie kochanek opuszcza zebranych górą tak, by panowie nie
musieli się spotykać, bo to kłopotliwe.

Spocona już nieco oraz zdyszana, naubierana i na
szpilach walę schodkami promującymi trzeźwość na górę, jak
mantrę powtarzając „oby były, oby były, oby były”. Były… Jeszcze tylko szarpanina
z kolejnymi, rzadko używanymi drzwiami i wpadam wprost do schowka,
zawalonego gratami pod sufit, próbując sforsować następne drzwi, tym
razem na korytarz. Udało się! Banda z tyłu już czeka, by się wymknąć.
Pohukując zatrzaskuję im drzwi przed nosami i galopem ruszam z
trzeciego w dół, próbując w międzyczasie zawiadomić Potomstwo telefonicznie o stanie
rzeczy.
Zdążyłyśmy.

A ktoś mógłby uznać, że mam nudne i monotonne życie.

13 lutego 2011

Czasami trudno mi pogodzić się z faktem,

że świat tak naprawdę jest zupełnie inny niż chciałabym, aby był. O ludzi głównie mi chodzi.
Myślę o dojrzewaniu do widzenia świata prawdziwie, jak o bolesnym odzieraniu ze skóry złudzeń. Niebezpiecznie zbliżam się do czterdziestki (o Boże!!! powiedziałam to!) i wciąż nie ma we mnie zgody na zakłamanie. Każdą utratę postrzegania ludzi przez kolorowe szkiełko przeżywam długo i boleśnie. Trawię tygodniami i miesiącami tę niezgodność pomiędzy „chcę” a „jest”. Zawsze boli tak samo.

I wcale nie piszę tego dlatego, że przeżywam obecnie jakieś rozczarowanie. Ot, refleksja.
Ale taka, która rodzi postawę pełną rezygnacji.

Co za szczęście, że niedługo wiosna. Z każdym rokiem czekam bardziej.

9 lutego 2011

No i odnalazłam to moje waterloo

Poległam.
Gardło ał.
Kaszel ał.
Katar ał.
Gorączka… nie mam pojęcia, bo ktoś pożarł wszystkie termometry. Ale mój termometr organiczny mówi, że tak.

To odwalę raz dwa to, co muszę dziś zrobić i spróbuję dotrzeć do jakiegoś lekarza. A następnie zamierzam nie oglądać Zakładu dla obłąkanych do poniedziałku.
Za to zamierzam się wybyczyć. Oprócz dzisiejszego popołudnia, bo niestety muszę z Potomstwem na szczepienie oraz do lekarza.
Nie skrzypieć – samo nie może pójść, bo jej nie przyjmą z powodu nieletnia.

4 lutego 2011

Rodzina jest głęboko przekonana, że wszystko trafia na blog

Występują:
prezesowa
Potomstwo (co to skończy w tym roku 17 lat)

Czas akcji:

popołudnie

Miejsce akcji:
salon

Potomstwo (międląc w dłoni niezidentyfikowany zeszyt): Musimy o czymś porozmawiać.
prezesowa (zezując podejrzliwie na międlony zeszyt): Dostałaś uwagę?

Chwila ciszy zakonczona radosnym kwikiem zgromadzonych.

Potomstwo
: Ach, jaka będzie piękna notka na blogu!

Dzienne Polek rozmowy

Z udział biorą:
prezesowa
zastępczyni osobistego dyrektora prezesowej

Czas akcji:
ok. 9.00

Miejsce akcji:
gabinet dyrektorki

prezesowa (w nastroju depresyjnym): Mówię ci, do niczego się nie nadaję. Nic mi nie wychodzi. Jestem złą matką – nie umiem wychować dziecka. Jestem złym kierownikiem – nie udaje mi się osiągnąć wyznaczonych celów. Jestem złym pra…
dyrektorka: Dobrze się czujesz?
prezesowa: No właśnie źle. Dlatego to wszystko mówię.
dyrektorka: Ale ja się pytam, czy ty się dobrze czujesz umysłowo.

1 lutego 2011

Były miętowe.

Nigdy nie miałam miętowych szpilek. Piękne.
Udawałam, że się nie znamy.
Ale kiedy trzy półki później uśmiechnęła się do mnie malusia torebeczka w tym samym odcieniu…

No dobra. Uległam.
W końcu schudłam 8 kilo i coś mi się należy w nagrodę.
Zwłaszcza, że z godnością ominęłam stoisko Grycana.

30 stycznia 2011

Dialogi. No tak. A gdy uczestniczą 3 osoby?

Za udział wzięli:
Prezes
prezesowa
Potomstwo (uwięzione przy oknie za stertą gratów)

Miejsce akcji:
świeżo wymalowany pokój Potomstwa

Czas akcji:
ok. 20.00

Prezes: Musimy jej kupić nowy żyrandol.
prezesowa: No tak, przynajmniej 3 źródła światła, żeby oświetlić tę ciemną norę.
Potomstwo: To jest piękny kolor. A tak w ogóle to myślałam, żeby tu (wskazuje paluchem) postawić taką (macha gałęzią) dużą lampę.
prezesowa: Znowu to samo… Ja też o tym myślałam. Ostatnio ciągle nam się to zdarza.
Potomstwo: Może są na to jakieś leki.
prezesowa: To ja mam propozycję. Zawieśmy jej stary żyrandol, on nawet pasuje. Do pracy światło ma, a w kącie postawimy taką (macha gałęzią) lampę z IKEI.
Prezes: Może być.
prezesowa: I znalazłyśmy komódkę. I w IKEI widziałam takie fajne zielone dywany. Albo w Black Red White. A w Castoramie były obrazki w zielone jabluszka. I…
Prezes: Opanuj się.
Potomstwo (pociąga nosem): Niech mi ktoś poda chusteczkę.
prezesowa: No coooo? Kiedy fajne były te obrazki.
Prezes: Przestań wydawać tyle pieniędzy.
Potomstwo (pociąga bardziej wymownie): Chusteczkę mi podajcie!
prezesowa: I chciała kwiatki. W Lidlu niedługo będą fajne kwiatki.
Prezes: No co jest z tym wydawaniem?
Potomstwo (pociaga tak, że szafa zaczyna trzeszczeć w szwach): Chusteczkę!!!
prezesowa: No przestań. Mam schowane fajne doniczki – idealne do tych kolorów.
Potomstwo (sprawia wrażenie, jakby nos miał jej odpaść z hukiem): CHUSTECZKĘ!!!
Prezes: Czy ja mam fabrykę pieniędzy?
Potomstwo: Halo! HALOOOOO!!! CHUSTECZKĘ!!!
prezesowa: Nie bądź skąpy.
Potomstwo (wydaje dźwięki, jakich nikt jeszcze nie słyszał, jak żyje): Czy ktoś słyszał, że potrzebuję chusteczki?
prezesowa: To se weź.
Potomstwo (przeżywa załamanie nerwowe): …

28 stycznia 2011

Wszędzie zdarzają mi się tzw. Dialogi. W pracy też.

Z udział wzięli:
prezesowa
osobisty dyrektor prezesowej

Czas akcji:
piatek, godz. 14.00

Miejsce akcji:
osobisty gabinecik prezesowej

prezesowa (rozgoryczona i doprowadzona do ostateczności): W dupie! Rozumiesz? W dupie to mam!!! Składam wypowiedzenie!!! W takich warunkach nie można pracować! Pęcherz mi rozwala, bo nie mam kiedy sikać, żołądek mi siada, bo nie mam kiedy jeść, uszy mi więdną od słuchania tego wszystkiego, łeb mi pęka, a tyłek mi się splaszcza od krzesła!!! Dlaczego mi to zrobiłeś*???
osobisty dyrektor prezesowej (z charakterystycznym dla niego spokojem): Pozwól, że zapytam, parafrazując Kmicica: Pan to do mnie mówisz prywatnie czy służbowo?
prezesowa (puszczając parę uszami): Prywatnie. Służbowo nie mogę, bo mi płacisz za buty.
osobisty dyrektor prezesowej: Za chlebek ci nie płacę?
prezesowa: Nie. Przecież mówiłam, że nie mam kiedy jeść. Przez to ubyło ci w tym roku 7 kilo kierownika.
osobisty dyrektor prezesowej: Najlepszego kierownika, zapomniałaś dodać.
prezesowa: Pan się mi podlizujesz prywatnie czy służbowo?

* To wszystko przez niego, bo to on mnie tam posadził. No to niech wie!

25 stycznia 2011

Nie ma to jak się załapać

w dobrym momencie do dobrego towarzystwa. Od razu się człowiek robi popularny.
CBDO patrząc w statystyki.

No i kogo tam nie ma… same sławy.
Mamo!!! Tato!!! Zaistniałam!!!
Normalnie siedzę w kącie przykryta ścierką do podłogi i pękam z dumy.

A inicjatywa szczytna – poleca się Państwa łaskawej uwadze.

18 stycznia 2011

Korzystając z feryjnej nieobecności Potomstwa

zasiadam sobie przy jej biurku, które jest perfekcyjną norą. Ciepło, cicho – bo Prezes na górze zajmuje się swoimi sprawami. Z głośniczka smooth jazz, załatwiam zaległą korespondencję. Żyć, nie umierać.
Wokół mnie powoli gromadzą się ciepłe kocie ciałka, napełnione po uszy karmą Royal Canin – z jednej strony róziowego* laptopika Karolek mruczy w takt muzyki, z drugiej Edzio, w pobliżu przemykają obie kotki. Jest spokojnie, sennie, miło.

I nagle ci kretyni zaczynają bekać. A potem mój śliczny rudy koteczek jak nie ziewnie mi prosto w twarz! Co one żrą, do diaska!!!

* Tak!!! Dorobiłam sie własnego laptopika!!! Róziowego!!! Sama wybierałam (tu: duma).

8 stycznia 2011

Dialogi na 4 rogi

Za udział biorą:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
sklep osiedlowy

Czas akcji:
popołudnie

prezesowa (zamyślając się przy półce): Ciekawe dlaczego te same maszynki do golenia w wersji żeńskiej są o 50 groszy droższe niż w wersji męskiej?
Prezes: Bo i tak kupicie. Kolor różowy to magia.

6 stycznia 2011

Nowy rok zaczynamy rozrywkowo

Dziś koncercik zaprzyjaźnionego zespołu Mirash w Leśniczówce w WPKiW. Idziemy sprawdzić, jak chłopcy grają po wydaniu płyty. Lubię koncerty, na których mogę sobie pośpiewać, bo teksty znam na pamięć. W tym przypadku wszystkie, co sobie zapewniłam, robiąc za redakcję.

Obecnie zajmuję się pilnowaniem, czy ktoś zakupił biały pisak do autografów, odmawiając przyjęcia egzemplarza płyty w prezencie. Nie ma podpisików, nie ma wielbicielków. Ot co!