28 marca 2008

Mantra na dni ostatnie

Nie dam się sprowokować.
Nie dam się sprowokować.
Nie dam sie sprowokować.

Biegam, piszę, planuję, walczę i cały czas powtarzam w głowie moją nową mantrę. Dyrekcja odchodzi i od wtorku go NIE BĘDZIE. Tej myśli trzeba się trzymać uporczywie, nie reagować na jego zaczepki, nie dać się sprowokować, nic nie mówić, milczeć, milczeć jak głaz. Wiem, że stać go na to, żeby na zakończenie dać mi naganę z wpisem do akt, muszę się pilnować, milczeć, milczeć, milczeć jak głaz. Ciśnienie mam 1500. Że też takiego skurczysyna matka ziemia nosi. Ale ja jestem twarda. Wytrzymałam tak długo i tak wiele, że i te dwa dni jeszcze wytrzymam. Zniosę nawet publiczne pożegnania, wiem, że będę musiała podać mu rękę. Podam. Nie dam się sprowokować.

Powiedział mi kiedyś:
- Dopóki JA tu jestem dyrektorem, ty kierownikiem nie zostaniesz.
No to żegnaj DUPKU!
Witaj awansie!
Dla 1 kwietnia 2008 roku warto było.
Buchachachacha!!!

27 marca 2008

Czasami miewam ochotę

Żeby wsadzić kij w mrowisko. Myślałam, że dość radykalna w wydźwięku notka o wielkanocnym poniedziałku wywoła jakąś burzę. Sromotnaż to była ma porażka. Na szczęście po paru dniach odezwała się Babcia Małgosia, bo już mi się smutno zrobiło, że nie bywa, nie wierzyłam bowiem, że akurat jej ta tematyka nie ruszy. To, że z komentarzem wypłynęła Krynia – rozmumiem, znam bowiem jej pogląd na sprawy śmigusowe. Oraz na kilka innych. Niemniej sądziłam, że ktoś choć trochę się oburzy, inny wyjedzie na oburzonego i będzie hucpa.
Figa.
Jestem odrobinę zawiedziona waszym lenistwem lub konformizmem. Nie chcę nawet dopuszczać do siebie myśli, że prawie nikt się nie odezwał, bo najzwyczajniej macie w… eeeee… głębokim poważaniu moje wywody. Ukłułoby mnie to w samo serce, więc unikam tych kłujących myśli na rzecz życia we świecie ułudy, w którym jest mi dobrze, ciepło i bezpiecznie.
Ale rzeczywiście – abstrahując od zabawowego podejścia do tamtej notki, takie mam poglądy. Mogę je naturalnie przedstawić w sposób „przezbibułkowy”, niezmiernie grzecznie i bez wartościowania. Mogę też użyć słów grubszych albowiem jestem ci jako ta żaba – pięna i ęteligętna, i się nie rozerwę. Ale narzędzia mam, to mogę się posłużyć.
Ogólnie są chwile, kiedy marzy mi się kontrowersyjność. Właściwie to wygląda tak, że walczą we mnie stale dwie postawy: ulubienie świętego spokoju z bożym bojownikiem. Zwykle udaje mi się trwać spokojnie w centrum, ale czasem któraś z tych osobowości chwilowo uśpi tę drugą i korzysta. To znaczy czasem wyskakuje harpagon i rządzi. Stąd zapewne mylna opinia, że ja to wszystkiemu poradzę, jestem baba ze stali i nic mnie nie ruszy prócz korozji. Ponieważ na co dzień przeważa we mnie osobość jaszczurki na ciepłym kamieniu, to się nie spieram. Ma se ludzkość prawo sądzić, co se tam chce.

I zapowiadam wam, że kiedyś jeszcze znajdę jakiś temat, co ruszy z posad bryłę świata. Nie będziecie mi tu spać, jak słońce wyszło!

Myśl na dziś:
Zwyciężając bez zagrożenia, tryumfuje się bez chwały.
Pierre Corneille

26 marca 2008

Oryginalne? Mam dość!

Ruszyła maszyna po szynach - bynajmnie nie ospale.
Biegam, szaleję, załatwiam.
Schody w górę, schody w dół.
Za plecami ktoś majstruje mi przy pokojach.
Znalazłam sobie inne, a co.

I tak naprawdę to chciałabym, żeby już był pierwszy. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.

25 marca 2008

Będę obrazoburcza – najbardziej dla siebie samej

Otóż w sposób zaskakujący głównie dla mnie samej, z zadowoleniem przyjęłam pogodę świąteczną. Rodem z Bożego Narodzenia. Z przekornym uśmiechcem obserwowałam paskudne i ciaplate płatki śniegu, wirujące za oknem i jakoś nie przeklinałam pod nosem. Dlaczego, zapytacie? Pogoda ta bowiem stała się determinantem śmiguso – dyngusowych poczynań ludności. Owszem, przeczytałam dziś w prasie codziennej, że byli tacy, którym nie przeszkodziła. Niemniej ja sama, w trakcie międzymiejskiej podróży samochodem, nie dostrzegłam ani jednej wściekłej hordy z wiadrami. Udzielali się rodzinnie najwyraźniej.
Nie lubię tego zwyczaju. Nic mnie nie przekona. Uważam oblewanie kogoś wiadrem lub butelką wody za barbarzyństwo, wcale mnie to nie śmieszy i jestem przekonana, że bawi wyłącznie twórców rozrywki. Do szału doprowadza mnie lęk przed wyściubieniem czubka nosa z domu albowiem dla hord nie ma żadnych świętości. Najchętniej nalałabym takiemu jednemu z drugim, ale kijem. Może zwyczaj zabawny i akceptowany po wsiach, to i niech tam pozostanie.
Ogólnie nie akceptuję przesadny. Źle rozłożonego nadmiaru. Jestem osoba raczej umiarkowaną i centrośrodkową. Uważam, że do inteligentnych trafiają wysublimowane środki wyrazu i nie trzeba ich łoić kijem po łbie, żeby pojęli. Oklaski, wyznaczające momenty rozbawienia w serialach komediowych, krępują mnie. Zniechęca mnie założenie, że mój płytki mózg nie poradzi sobie z jakimś zagadnieniem.
Piekna Helena (już chyba przylgnie do niej ten pseudonim, co?) oczekiwała nas w odrzwiach ze szklanką, z wdziękiem skropiwszy przybyłych, by tradycji stało się zadość. I tak ma być.
Nic za to nie mogę. Trafia do mnie zwyczaj ludowy zarejestrowany na nośniku obrazowym.
Nie trawię tzw. swojskości.
Styl rustykalny nie dla mnie.
Przyznam się, że nie trawię nawet knajp stylizowanych na wiejskie chaty, nie wspomnę o jedzeniu.
No przepraszam. Jestem z miasta i tyle.

Myśl na dziś:
Dziwne rzeczy, te nawyki. Ludzie nie wiedzą, że je mają.
Agatha Christie

23 marca 2008

Każdy ma taką Wielkanoc, na jaką zasłużył

Zanim Wielkanoc nadeszła, postrzelił mnie tak zwany postrzał, co skutecznie zniechęciło mnie do mycia okien. Smugi są źle widoczne, jak się ma głowę przekręconą o 90 stopni w prawo. Dzięki wizycie w aptece oraz nadludzkiemu wysiłkowi (ał, ał – plaster rozgrzewający), postrzał udało się odstrzelić do kogoś innego.
Wczoraj rano wstałam z koszmarnym bólem w krzyżach…
Normalnie czuję się jak zgrzybiała staruszka. No, co jest, do diaska? Rozsypuję się? Starzeję? Czy co?

Oprócz tego Stadło nie ma zamiaru kisnąć w atmosferze światecznej przy stole i już o 10.30 było po kawie i cieście. Gdzie tradycje wielogodzinnego śniadania (czynność)? Skoro nikt się nie nażera o poranku, zmuszona byłam podjąć działania, mające na celu skierownie kury do piekarnika. Oprócz tego odnalazłam w lodówce zagubionego ogórka zielonego w całkiem dobrym stanie, który intensywnie pytał o drogę, więc będzie mizeria.

Ja sama natomiast za chwilę zamierzam zażyć kąpieli rozgrzewającej (niestety pod prysznicem), a następnie przykleić sobie plasterek na krzyże i do końca dnia cierpieć wymownie na okoliczność „ale piecze”. Mam nadzieję, że w związku z tymi działaniami, wstanę jutro jak nowa. No i dla zajęcia sobie myśli naturalnie popracuję. Bo w końcu wolny dzień, więc już naprawdę nie mam się czym wykręcić.

22 marca 2008

Przed nami Wielka Noc

Święto, które ma dla mnie wymiar szczególny.
Życzę Wam wszystkim, aby w te święta dotknęło Was Wielkie i Prawdziwe.
I Miłość Ponad Wszystko.

21 marca 2008

Parcie

Zupełnie nie umiem tego wytłumaczyć, ponieważ nie odczuwam pożądania od dłuższego czasu.
Właściwie to nie odczuwałam.
Do chwili, póki nie spotkałam JEJ.
Parę dni temu.
W Media Markcie.

Oszalałam na jej punkcie.
Chcemy być razem do końca naszych dni.
Przeszkodą jest Cena.

20 marca 2008

Z Ojcem świąteczne rozmowy

Jak zawsze – nieprawdopodobnie budujące.

- Tatusiu, czy wy macie w planie jakieś świateczne wojaże?
- A jest coś na rzeczy?
- Chciałam cię zachęcić do przybycia.
- Chyba nie mamy, bo mama zmieniła opony na letnie.
- Pospieszyła się, kobiecina. A czy sąsiednie miasto zalicza się do wojaży?
- Nie sądzę, w razie czego przybyć można taksówką.
- Rozumiem, że decyzja została podjęta niniejszym?
- Aaaa… nie! Zachęć mnie.
- Mazurki. Dwa.
- Muszę przyznać, że ty to umiesz zmotywować. Ale mało mi.
- Alkohol też posiadamy.
- Zadziwiające. A kawa?
- Wedle upodobań.
- Pomysł nie jest zły. Nie będę musiał ponosić kosztów i jeszcze po was zmywać. Przedyskutuję to z małżonką i może nawet rozbijemy jakiś obóz.
- Halo! Miałam na myśli wizytę towarzyską, a nie najazd Hunów!
- Hunowie też na poczatku przybywali z wizytą towarzyską, a dopiero potem grabili, gwałcili i palili.
- Przerażasz mnie. Ja strawiam grabież i palenie, ale żeby zaraz gwałcić? Nie podejrzewałam cię. Czy ostrzec Prezesa?
- E tam, ja już jestem stary i zgrzybiały. Dobrze, że mam jeszcze czym płacić.
- A wiesz? Może ożeń się z jakąś młódką. Stałeś się idealnym kandydatem na męża: stary, zgrzybiały i przy kasie!
- Dziecko drogie, jak ktoś się ożenił z twoją matką, to musiałby być niespełna rozumu, żeby się rzucić na coś takiego drugi raz!

Myśl na dziś:
Złudzenie zajmuje pierwsze miejsce wśród przyjemności.
Oscar Wilde

19 marca 2008

Czytam

Właściwie nie oznajmiłam niczego oryginalnego albowiem czytam stale: na siedząco, na stojąco, na leżąco, na głowie, pod kołdrą, w pociągu, w przeciągu i boso. Wczoraj kupiłam jeszcze ciepłą książkę o Aleksie Kurzemie: ”Nie trzeba mnie zabijać” P. Głuchowskiego i M. Kowalskiego i wsiąkłam. Książka jest do bólu tragiczna, ale ja nie o tym.

Miasteczko, w którym urodził się Kurzem nazywało się Kojdanów (obecnie Dzierżyńsk) – Łotwa. Błoto i klepisko. A w tym Kojdanowie kościół katolicki, cerkiew, synagoga i zbór protestancki! I można, tak? Można? A ile tam mogło być ludności, do diaska?

Myśl na dziś:
Mam wielką ambicję, by umrzeć z wyczerpania, a nie z nudy.
Thomas Carlyle

18 marca 2008

Rozdział o tym, że nigdy nie jest nudno

Uwaga! To będzie obgadywanie. Mam nadzieję, że osoba obgadywana nie obrazi się na śmierć.

Krynia od dłuższego czasu źle się czuje. Jak mówię, że od dłuższego, to znaczy, że od dłuższego. Systematycznie stosowałyśmy wobec niej wraz z drugą-mamą różne sporty ekstremalne:
- rzut pyskiem do celu;
- nawigację ukierunkowaną na przychodnię;
- manipulacje słowne;
- wizualizowanie rękoczynów;
- zwykłe, banalne groźby lub przekupstwa.
W zeszłym tygodniu, bez namawiania się, dokonałyśmy na Kryni gwałtu zbiorowego i tego już nie szczymała. Wczoraj rano popłynęła w końcu na szerokie wody testów alergologicznych.

O godz. 17.15 dzwoni telefon. Krynia. Rzadko dzwoni na komórkę, więc sam fakt był już lekko niepokojący. Odbieram. W telefonie spazm i zachłystywanie. Złapał mnie skurcz ogólnoustrojowy, ale starałam się nie wrzeszczeć.
- Co się dzieje?
- Chlip, chlip i smark!
- Powiesz mi co sie dzieje?
- Odebrałam, chlip, testy, smark.
- I?
- Jestem uczulona na Zuzię*. Bardzo. 15 smarków. Pozostale wyniki mam idealne.
- Musisz koniecznie spotkać się z alergologiem i porozmawiać o tym.
- Co ja teraz (chlip) zrobię (chlip), to jest (smark, smark) stary kot (chlip).
- To jej  nie dyskwalifikuje.
- (18 smarków i bu) Nikt jej nie zechce.
I tak dalej, i tak dalej, w ten sam deseń.
Proszę: nie płacz. Porozmawiasz z lekarzem. Sprawdzimy możliwości. W najgorszym razie poszukamy Zuzi domu.
Na taśmie było jednak nagrane, że starych kotów ludzie nie chcą, nie lubią i to dla kota wyrok.
Popluwszy obficie na palce zobowiązałam się, że sama z tym problemem nie zostanie, rozłączyłam się i rzuciłam w wir poszukiwań alergologa, który sam ma zwierzęta i rozumie takie problemy. Oraz ewentualnego wyjścia awaryjnego.
Po 15 minutach telefon rozdzwonił się powtórnie. Chlipy, buczenia i smarki były zdecydowanie mniej intensywne.
- Dzwoniłam do lekarza!
- Co powiedział?
- Że mnie odczuli!
- Czyli konflikt zażegnany?
- TAK!

Wnioski:
1. są na świecie lekarze, którzy biorą po uwagę ludzkie miłości i słabości oraz prośby;
2. znalazło się i wyjście awaryjne;
3. w całej panice nikt nie pochylił się nad kwestią, że prócz uczulenia, Kryni nic nie dolega!
4. nikt nie mówił, że życie jest łatwe, tak?

* kotka Kryni

Myśl na dziś:
Cierpienie mija, piekno pozostaje.
Auguste Renoir

17 marca 2008

Rozdział o tym, że takie rzeczy zdarzają się tylko mnie

12 lat temu.
Ustka.
Środek lata.
Wczasy w wersji damskiej, trójpokoleniowej. Babcia, matka i córka – lat niespełna 2. Upał, mały pokój na piętrze, prawie nie można prześlizgnąć się pomiędzy łóżkami. Pierwszy wieczór. Potomstwo spacyfikowane, siedzimy z Babcią przed pensjonatem, deliberując o rzeczy sednie.
- Maaaamoooo… Maaaaaaammmmmoooooo!!!
Oczywiście, że biegłam, no jakże inaczej. Klatka schodowa była nieoświetlona, schody w śliskich kaflach. Spierniczyłam się z tych schodów, to naturalne. Do rana noga była jak balon. Pojechałyśmy na pogotowie. W Ustce stacja nie wykonywała przeswietleń. Oprócz tego nic ich nie obchodziło, że nogę mam jak słoń, siną i nie mogę chodzić. Mam sobie radzić sama. Po prostu mnie wyprosili.
Co za szczęście, że miałyśmy samochód. Mama przemieliła pod nosem coś niewiarygodnie nieprzyzwoitego i zaciągnęła nas obie do pojazdu, kierując go do Słupska, do szpitala. W szpitalu była prześwietlarnia, był jakiś szemrany specjalista, a młody sanitariusz woził mnie na wózku po całym szpitalu i strasznie mieliśmy z tego dużo radochy. Zwłaszcza podczas wyścigów.
Założyli mi tzw. gips marszowy – pęknięte wyrostki w kostce.
Byłam jedyną osobą na plaży w gipsie.
Miałam 23 lata i okazało się, że gips jest chwytliwy…
Strasznie mnie faceci podrywali, ale uciekali ze względu na obecność ewentualnej teściowej.
Pamietam, że miałam jedno zdjęcie, jeśli je znajdę, to załączę. Jest koszmarnej jakości, ale oj tam!

W szpitalu odmówiono mi wypożyczenia kul. Bardzo śmieszne. Na szczęście właścicielkę pensjonatu tknęło sumienie – wymieniła nam pokój na większy, niżej i znalazła kule u jakichś znajowych. W końcu ciemna i śliska klatka schodowa…

Po kilku dniach okazało się, że gips jest założony źle. Zaczął się poruszać i przecierać na podeszwie. Kiedy ideał sięgnął bruku, wypożyczyłam od właścicielki kompletnie tępe nożyce do drobiu oraz pilnik do metalu, tępy jak kilku moich znajomych.
Prace w ogrodzie trwały dwie godziny. Pyłu były dwa kilogramy. Nogę owiązałam umiejętnie bandażem elastycznym.

Wniosek: cholernie ciężko chodzi się o kulach.

15 marca 2008

Skutki awansu

Rozwijamy się, tak? No tak. To poszaleliśmy. Już rankiem, po śniadaniu, wyruszyliśmy w centra handlowe i od razu zafundowaliśmy sobie nowy mebel. Na konto przyszłych wypłat.
Mebel odpowiada wszelkim standardom i rzuca na kolana urodą. Cena była rujnująca, ale co to dla nas – potentatów.
Proszę zwrócić łaskawą uwagę na kolorystykę, jakość wykonania, przydatność, trwale umocowany znak firmowy. Oczu nie można oderwać.
Każdy z lokatorów miał prawo wyrażenia opinii.
Trzy głosy ABSOLUTNIE ZA.

Niestety za tej radości natychmiast doszło do drobnej demolki.

Photobucket

Obecnego miejsca pobytu myszy nie znamy.

14 marca 2008

Trzeba zachowywać się przyzwoicie

W związku z dobrym wychowaniem, które wpajano mi przez wiele bolesnych lat prośbą i groźbą aż do osiągnięcia celu, uroczyście odtrąbiono właśnie koniec trzymania kciuków. Dziękuję. Skuteczność jest niebywała.
Dostałam awans. Trochę zaskakujący, nie powiem. Nie do końca udało się to, co chciałam osiągnąć, ale też założenia, na wszelki wypadek, były spore, co predystynowało je do kłopotliwości w realizacji. Tymczasem propozycja, którą otrzymałam dziś wieczorem była kompletnie niespodziewana i w dodatku nie miałam ani sekundy czasu na zastanowienie. Poza tym, który udało mi się wykraść poprzez kwiecistość wymowy, co dało mi możliwość przeanalizowania sytuacji. Dość instynktownego i pobieżnego, ale wszystkiego mieć nie można.
Finalnie myślę sobie, że może to nie być wcale złe rozwiązanie. Zostaję w dyrekcji zakładu dla obłąkanych, czyli w najwyższej jednostce na dwa województwa. Tym razem jednak ze służbowym telefonem i laptopem oraz dodatkiem szkodliwym, związanym z koniecznością kontaktowania się bez przerwy z dyrekcją (tzw. funkcyjne). Zabawne, bo nie wiem, ile będę zarabiała, ale podejrzewam, że istnieje ktoś, kto zadba, żebym z torbami nie poszła.

Uwaga metafizyczna.
Gdzieś tam, daleko, na chmurce, siedzi moja Szefowa. I pęka ze śmiechu. Dostałam jej działkę, tę, w której była fachowcem nad fachowcami.
Maczałaś w tym palce, Żabciu, co?
Dziękuję. Nie zawiedziesz się.
Na pewno.

Ogłoszenie wyników konkursu na miss lub mistera zakładu dla obłąkanych

Póki co, wiadomość nieoficjalna, ale wiem, że prawdziwa.
Dzięki waszej dobrej woli i ścierpniętym kciukom, wygrał ten, kto wygrać miał.
Miau, miau.

Ale jeszcze nie puszczajcie, bo obecnie tzw. tura „oczko niżej” i widzę, że coś mi się lekko wymyka. A skoro wasza wola była tak wielka, że przepchnęliście gościa na tak wysoki stołek, to potrzymajcie jeszcze za mnie.
Oczywiście nie muszę mówić, że to jest sprawa istotniejsza, prawda?

13 marca 2008

Dziś dzień reklamacji

Niskie ciśnienie najwyraźniej wzmaga w nas wszystkich wolę walki. Każde z nas od rana walczy reklamacyjnie. Ja – w sprawie monitora w Media Markcie, pani – w sprawie tralek w schodach, kierownik – w sprawie szafki pod telewizor. Póki co – wszyscy bez powodzenia. Ale walczymy.
Pani tak się rozkręciła, że przypomniała sobie o niespłaconych 10 złotych na karcie kredytowej, za który to ciężki i przestępczy czyn bank naliczył jej odsetki oraz karę w wysokości przeszło 40 zł. No to sobie poszukałyśmy w Internecie informacji z tej działki i pani się zbroi.

Dziś w zakładzie dla obłąkanych referendum. Opowiadamy się za (lub przeciw) przystapieniem do strajku z tytułu, że nam Zarządzający nie daje podwyżek, świnia jedna. Pytanie referendalne jest idiotyczne. Tak naprawdę nie pytają się nas o opinię, tylko o to czy będziem strajkować. Błąd. Dzięki temu społeczna opinia nie zostanie ujawniona, a dodatkowo nic z tego referendum nie wynika, bo nawet ci, co napiszą, że będa strajkować, wcale tego zrobić nie muszą. Wszak karty są nieimienne.

To idę, nawrzucam związkom zawodowym.

12 marca 2008

Wyraźnie wiośnieje

Wnoszę po tym, że moja higieniczność nabiera rozpędu. Nadal mam potrzebę drobnych korekt dookoła koła. Dentysta przyjmie moją siódemkę dopiero 25 marca niestety, zatem trzeba działać na innych frontach, bo pleśnią zarastam. Wczoraj postanowiłam pocierpieć za miliony i udałam się do kosmetyczki, która zeszmaciła mnie jak ostatnią. Twarz dziś jakby nie moja, choć wygląda znacznie lepiej niż czuję, że powinna. W ogóle byłam zaskoczona, jak spojrzałam w lustro po blisko trzech godzinach spędzonych w pozycji horyzontalnej. Całkiem przyzwoicie było i można ludziom fizis pokazać. Za to uczucia – protiwpałożne. Miałam wyciśnięty mózg. W ogóle nie lubię tego pobywania u kosmetyczki, koszmarnie się nudzę, czytać się nie da w takiej sytuacji i mam uczucie koszmarnego marnotrawstwa. Najlepiej, jakby mnie ktos uśpił i obudził po. I to wcale nie dlatego, że boli.

Tymczasem w sprawie sprawy nie dzieje się  nic. Właściwie to pewnie się dzieje, lecz nie jest to namacalne dla szaraczka (czyli dla mnie). Siedzą gdzieś tam na górze i radzą, a tak naprawdę, to boją się podjąć decyzję. Jakby te prolongaty mogły coś zmienić. I tak będzie trzeba się w końcu zdecydować. Zaczynam się martwić, że cała Polska ruszy w nowym planie od 1 kwietnia, a my nie, bo Warszawka nie podejmie kluczowych decyzji.
I znów, jak wiele razy przedtem, rozpoczynamy nową działkę, kompletnie nieprzygotowaną. Męczy.

Myśl na dziś:
Nic tak nie sprzyja spokojowi ducha jak brak własnego zdania.
Georg Christoph Lichtenberg

11 marca 2008

Rozdział, który np. Cotowi poświęcam

Miłuję, jak wiadomo, uczuciem stałym, niezmiennym i nienaruszalnym Kabaret Starszych Panów, a w szczególności Jeremiego Przyborę (zboczenie zawodowe, pewnie gdybym się kształciła w jakiejsi Akademii Muzycznej, to skłaniałabym się ku Jerzemu Wasowskiemu). Mam nawet pewną rewolucyjną teorię, że wraz z Nim umarł język polski. I, proszę bardzo, niechże się ktoś ze mną pospiera w tej kwestii.
Nie mam swojego ulubionego tekstu. Ponieważ nie jestem absolutnie w stanie go wybrać, postanowiłam ustanawiać piosenkę tygodnia. Lub, jeśli zajdzie taka potrzeba, nawet dnia.
W tym tygodniu, Proszę Szanownych Państwa, ”Szuja”:


Szuja!
Naomamiał, natruł i nabujał!
Szuja!
A wierzyłam przecież mu jak nikt!
Szuja!
Dziecku kazał mówić: „Proszę wuja”.
Alleluja
Wesołego! – zrobił mi i znikł.
Szuja!
Obrzydliwa larwa i szczeżuja.
Szuja!
Do najtępszych pierwotniaków rym.
Szuja!
Obojętny kamień i statuja!
Fałsz i ruja
ewidentnie powodują nim.

Gdy życie zdarło z faceta już maskę –
gdy mu fasada rozpada się z trzaskiem –
gdy zza niej wyjrzy jak dupa z pokrzywy
pysk zły i obrzydliwy
i pryśnie cały blef –
o, wtedy chociaż się pragniesz powściągać –
nie nasobaczyć i nie naurągać –
choć inwektywą żywą nie chcesz chlustać –
to same usta
wykrzykną tobie wbrew:
Szuja!*
(…)

Gdybymż była lat temu kilkanaście tą osobą co dziś, z całą pewnością śpiewałabym radośnie tę pieśń byłemu małżonkowi. Ale nie byłam. Choć – czy on by pojął komizm? Ątpię.

Wesołego Alleluja jej zrobił**… O Najwyższy! Mam nadzieję, że przytulasz pana Jeremiego do serca z całym oddaniem!

* podaję za Agnieszką Gołas – Ners, choć wysłuchuję w jednym miejscu nieco inną treść, ale to się zdarza nieraz, bo nagrań było kilka
** czy ktokolwiek słyszał „Szuję” w wykonaniu innym niż Ireny? I czy to się nadaje do spożycia?

Myśl na dziś:
Najwyższym skutkiem wykształcenia jest tolerancja.
Helen Keller

Uch, jak baba coś powie, to naprawdę do rzeczy.

10 marca 2008

Rozdział, w którym autorka udowadnia, że higiena szkodzi

Sytuacja jest (jak wiadomo) napięta, wobec powyższego uznałam w niedzielny poranek, że należy bezzwłocznie zrobić coś dla siebie. Nie ma, jak higiena osobista. Przegoniłam rodzinę, wytaszczyłam miseczkę z wonną kąpielą do stóp, radośnie wykonałam tzw. piękne nóżki (wiosna, panie sierżancie!), nałożyłam odżywkę na włosy – tu ponownie zaistniała czapka mikołajkowa – oraz maseczkę na twarz. Czułam się rewelacyjnie. Taka zadbana i jakby nieco lżejsza. Zmywszy i wytarłszy, zaczęłam kombinować, co mogę zrobić jeszcze.
Zapomniałam, że w domu się mówiło, że świnia się nie myje i też żyje!!! Idiotka.
Postanowiłam bowiem sięgnąć, gdzie wzrok nie sięga, bo to, że ludzie nie widzą, nie znaczy wcale, że ja nie wiem. W szale przywlokłam nić dentystyczną, obejrzałam garnitur w lustrze i uznałam, że na siódemkach jakby mi kamień osiada. Uczciwie i z zapałem zabrałam się do czyszczenia przestrzeni międzyzębowych.
Zadowolona ze swojej pilności byłam tak długo, dopóki zamaszystym ruchem nie wyjęłam sobie z otworu kawałka siódemki lewej dolnej!
Szlag by to!!!
Kawałek całkiem spory.
Już miałam zemdleć z wrażenia, kiedy przypomniało mi się, że moja dentystka jest na macierzyńskim i za byka nie wyciągnę jej w niedzielny wieczór z domu do gabinetu, żeby mi to natychmiast naprawiła. Otchłań rozpaczy uznałam za otwartą.
Bo trzeba wam wiedzieć, że na punkcie ząbków mam nieco kuku. Moja dentystka zamiaruje sobie zrobić mi zdjęcie i wywiesić na tablicy ogłoszeń, okraszone opisem: „Wzorowy pacjent”. Nie, żebym zostawiała u niej majątek pięciu pokoleń wstecz na jakieś wysublimowane zabiegi. Nic z tych rzeczy. Ale:
- myję ząbki bardzo grzecznie,
- czyszczę te przestrzenie,
- zgłaszam się na przegląd gwarancyjny co pół roku,
- i w dodatku przyciagam ze sobą rodzinę,
- łatam ząbki na bieżąco,
- żądam bezdyskusyjnie naprawiania wszystkiego, co się naprawić da i czego się nie da,
- kategorycznie odmawiam uczestnictwa w ekstrakcjach.
Summa summarum: posiadam wciąż wszystkie zęby własne i choć być może nie są jakieś specjalnie olśniewające, to moje, równe, bez osadu i nie oddam nikomu.
W tej sytuacji pozycja stojąca przed lustrem z kawałkiem zęba w ręce jest nie-do-pusz-czal-na!

Muszę do gabinetu dziś zadzwonić, bo w ostatniej rozmowie moja dentystka powiedziała mi, że wraca w połowie marca. Może już umawiają. Ja długo w tym strasznym stanie nie wytrzymam!

Myśl na dziś:
Niebezpiecznie jest być szczerym, chyba że jednocześnie jest się głupim.
George Bernard Shaw

7 marca 2008

Wędrówki ludów

Apogeum.

Dyrekcja chodzi po korytarzu i opowiada wszystkim, że jeszcze nic nie wiadomo. My natomiast wiemy, że on nie ma szans. Stanął do rekrutacji na stanowisko w jednej z naszych jednostek. Oczywiście „na wszelki wypadek”. Jasne.
Dziś zapadnie decyzja o przyszłości ponad 80. osób w tym budynku i wielu więcej na zewnątrz. A potem rozpoczną się wędrówki ludów, oszalałe szukanie miejsca dla siebie, bo uczciwe obsadzanie stołków w tym zakładzie dla obłąkanych to mit. Czasem odczuwam przejmującą przykrość, kiedy Potomstwo słucha o naszej pracy. Obalamy dogmaty (a jednak to możliwe!), niestety.
Nie ma uczciwego podejścia. Nie ma oceny kwalifikacji, wiedzy, wykształcenia i zaangażowania. Tylko i wyłącznie układ.
Na dłuższą metę to jest zwyczajnie męczące.

Znalazłam niszę rynkową, w którą można by wkroczyć, działać i zrobić pieniądze. Niestety wkład jest niezbędny. Spory wkład, którego nie mamy. W dodatku tę działalność musiałoby pociągnąć (przynajmniej na początku) tylko jedno z nas, bo drugie musi zostać na etacie. Wszak kredyt hipoteczny. I pochodne. Nie mamy żadnych oszczędności.

Czuję nadpływającą woń przełomu. Od 1 kwietnia zmieni się tu wszystko, a bez względu na dzisiejszy wynik, zmieni się całe moje życie. Trzeba się będzie pożegnać z pracą, którą lubię i znam na wylot. Z nawykami i przyzwyczajeniami.
Tak, wiem, koniec jest zawsze poczatkiem.
Ale smutno mi.

Myśl na dziś:
Im starszy jestem, tym lepiej widzę, że jedynym, co nie przepada, są marzenia.
Jean Cocteau

PS
Żenada. Znowu przesunęli termin ogłoszenia wyników dla naszego okręgu wyborczego. Na wtorek. Idę się wyspać, bo może się okazać, że to wszystko odbędzie się w przyszłym roku. To co się będę stresowała zawczasu.

6 marca 2008

Jak budującymi wieczorami wynagradzać sobie kiepskie dnie

Ponieważ jakiś cep przesunął ogłoszenie wyników na piątek, to wstrzymuję akcję dyszenia. Poprzestańmy na pozytywnych emocjach, dobrze?

Tymczasem wczorajszy wieczór z Krynią jak zwykle porywający. Zła to kobieta, która nierównomiernie obdziela ludzkość swoimi łaskami. Może nie powinnam się na ten temat wypowiadać, bo ja akurat należę do tej szczęśliwszej połowy, gdyż mam liczne okazje, żeby jej słuchać barwnych wywodów. A wy nie! Więc przyjmijcie ode mnie gorące i z serca płynące wyrazy współczucia.
Jednego tylko żałuję. Gdy zerknęłam na zegarek, dotarła do mnie druzgocąca informacja, że jest 21:20. A Krynia miała dla mnie w zanadrzu, jak to była uprzejma określić, łzawą historię miłosną. Niestety nie mogłam już jej wysłuchać. Po pierwsze z przyzwoitości (nie mieszka kobita sama!), a po drugie z powodu wychodzenia do pracy, niestety. Mam tylko nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze.
Donoszę uprzejmie, że Krynia zaplanowała dla mnie i dla drugiej-mamy prezent na swoje (sic!) okrągłe urodziny. Ponieważ dowiedziałam się już – jaki, a i druga-mama też wie, obie ogryzamy pazury i nie możemy się doczekać. Tym prezentem będzie Opowieść. Ślinka mi cieknie, jak sobie wyobrażę Krystynę deliberującą na pewne tematy z tą charakterystyczną dla niej swadą. Och! Ach! Po prostu zacznijcie sypać głowy popiołem.

Myśl na dziś:
Widzowie są niezwykle tolerancyjni.
Wybaczają wszystko prócz genialności.
Oscar Wilde

Mój Tarot na dziś. I proszę, śmiało, niech ktoś powie, że bez związku.

Obecna sytuacja: 

Śmierć
kolejna, istotna zmiana, stare ustępuje nowemu 

Nie należy obawiać się tej karty. Symbolizuje bowiem istotną zmianę w życiu. Coś przestało funkcjonować jak należy, musi więc odejść. W to miejsce pojawi się nowe. Czasem chodzi o nową pracę, związek czy miejsce zamieszkania. Często dotyczy zmiany w twoim sposobie postępowania czy myślenia. Dotychczasowe metody nie sprawdzają się, nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Musisz zastąpić je innymi, nowymi. Zmiany te są koniecznością, są naturalną konsekwencja twojego życia. Związane są one z poczuciem straty i rozczarowania. jednak tylko od ciebie i twoich doświadczeń zależy, jak te zmiany zniesiesz.
Rada Tarota:
Pamiętaj, że koniec zawsze zwiastuje nowy początek. „Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl po co żyjesz”. Musisz wziąć się w garść. Nie czas płakać nad rozlanym mlekiem. 

Dziewiątka pucharów
 
Karta „spełnionych życzeń”.

Pojawi się ogromna szansa na realizację twoich marzeń. Okoliczności są bardzo sprzyjające. Musisz podjąć tylko odpowiednie działania. Dziewiątka pucharów przepowiada czas bezpieczeństwa, stabilizacje emocjonalna i materialną. Nadszedł dobry moment dla nowych przedsięwzięć, możliwe są zaręczyny lub ślub. 

Najbliższa przyszłość
 

Trójka mieczy
 

Nadchodzą trudne czasy zwłaszcza w sferze uczuć. Może to być koniec związku, zdrada lub kłopoty w porozumieniu się. Nic nie jest jeszcze przesądzone. Coś jeszcze da się uratować lub zastąpić czymś korzystniejszym. Karta ta przynosi nadzieję na lepsze jutro. Pamiętaj, że po każdej burzy przychodzi spokój.
 

Głupiec
Wyzwanie, początek, nowa droga, ważny wybór, czas na zmiany 

Zacznie się zupełnie nowy rozdział w twoim życiu. Karta ta zwiastuje początek czegoś, co niesie za sobą nadzieję na lepsze jutro i jednocześnie lęk przed nieznanym. Zmiany te związane są często z pragnieniami przeżycia przygody, czegoś niezwykłego, co nada blasku życiu. Często karta ta zachęca, aby podejmować nowe wyzwania, zwłaszcza w momencie kiedy dotychczasowe sposoby zawiodły, a obecna sytuacja jest wręcz przytłaczająca. Wszelkie zmiany wymagają podjęcia trudnej decyzji. Tu karta zaleca roztropność.
Rada Tarota:
Nie lękaj się zmian. Z optymizmem patrz w przyszłość. Rozważnie podejmuj decyzje. 

Dalsza przyszłość:
 

Moc
Świadomość własnego JA, odwaga, siła, determinacja 

Karta ta symbolizuje siłę woli i charakteru. Sugeruje, że wszystkie dotychczasowe doświadczenia i zmagania wzmocniły cię. Dzięki temu posiadasz niesamowity wewnętrzny potencjał. Nie ma przeszkody, której nie byłbyś w stanie pokonać. Twoja siła, odwaga i determinacja jest tak mocna, że jesteś w stanie podołać wszelkim wyzwaniom i osiągnąć zamierzony cel. Ponadto jesteś na dobrej drodze do uzyskania świadomości własnego JA. Wyraźnie odczujesz swoją indywidualność. Karta ta oznacza także wzrost sił witalnych i powrót do zdrowia po ciężkiej chorobie.
 
Rada Tarota:
Posiadasz wielką siłę wewnętrzną, wykorzystaj ja dla dobrej sprawy. Nie nadużywaj władzy, jaką obecnie posiadasz. Nie bądź impulsywny. 

Wisielec
Poświęcenie, odrodzenie, zbawienie, spojrzenie na sprawy z innej perspektywy 

Wisielec wróży zmianę natury duchowej lub psychicznej. Pojawi się okoliczność zmuszająca do spojrzenia na swe życie z innej perspektywy. Będziesz zmuszony dokonać trudnego wyboru związanego z ofiarą lub rezygnacją z czegoś ważnego. Towarzyszyć będzie temu poczucie straty, a nawet krzywdy. Lecz niebawem przekonasz się, że poświęcenie opłaciło się. Często Wisielec symbolizuje odrodzenie i zbawienie. Utożsamiany jest z Prometeuszem. Czasem karta oznacza również chwilową stagnację w niekorzystnej sytuacji. Musisz uzbroić się w cierpliwość i poczekać na lepsze czasy.
Rada Tarota:
Pamiętaj, że „to, co kosztuje, stanowi wartość”. Od ciebie zależy, jak dotkliwe są doświadczenia! Czasem cierpliwość i przeczekanie jest najlepszym rozwiązaniem. 

Podsumowanie
 

Piątka mieczy
 

Nadchodzi czas, kiedy będziesz musiał stawić czoła zaistniałej sytuacji. Konieczne będzie działanie konstruktywne. Niejednokrotnie wymagać to będzie zmiany własnej postawy lub nawet rezygnację z własnych wymagań. Powinieneś przy tym pamiętać o rzeczywistych ograniczeniach i przeszkodach.

Nie podoba mi się ten kawałek o zdradzie.

5 marca 2008

It’s the final countdown

No to, kochani – do trzymania kciuków: MARSZ!!!
Rozpoczęło się końcowe odliczanie. To dziś. Mamy nadzieję, że koło 14.00 coś już będzie wiadomo. Moja kariera zawodowa właśnie się rozstrzyga.
Kto żyw i w miarę dobrze mi życzy: chuchać i dmuchać, myśleć, energię pozytywną słać.
Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć.

4 marca 2008

Czasem myślę, że jestem złym człowiekiem

Ostatnio dopada mnie wiele negatywnych emocji. Okazało się, że głównie dotyczą one miłej pani, która siedzi ze mną w pokoju. Staram się zachowywać spokojnie i nie dopuszczać do siebie pewnych sytuacji. Niestety wczoraj mi się nie udało. Naturalnie jestem już na tyle wyrobiona, żeby nie eksplodować w pracy, ale emocje wybuchły, jak tylko przekroczyłam próg zakładu dla obłąkanych i zamknęłam za sobą drzwi samochodu. Byłam u siebie i mogłam. Zadzwoniłam do koleżanki i wykrzyczałam jej w ucho, że dłużej nie wytrzymam, że odchodzę, że szukam sobie pracy na zewnątrz, bo nie mogę dłużej siedzieć w tej kupie gnoju. Jest cierpliwa. Wysłuchała. I nie obraziła się.
Kiedy mi przeszło, podjęłam życiową decyzję. O mojej przyszłości. Doszłam mianowicie do wniosku, że samo lubiene wykonywanej pracy nie wystarcza. Albo się wyrekrutuję jakoś sensownie przy obecnych zmianach, albo odchodzę. W ogóle. Na zewnątrz.
Dziś powiedziałam mojemu kierownikowi, że zwalniam miejsce w dziale. Że specjalnie odczekałam do dzisiaj, żeby nie myślał, że w emocjach. Że mam dosyć i że nawet takiej cierpliwej osobie, jak mnie, przebrało.
Widziałam, że jest mu przykro, ale zrozumiał. Nie oponował.
Poinformowałam, że pracuję dla niego do końca miesiąca, a potem się przenoszę.
Jest mi trochę lżej.

Nie wiem czy już tego nie pisałam, ale…
Myśl na dziś:
Sukces to zdolność przechodzenia od jednego niepowodzenia do drugiego bez utraty entuzjazmu.
Sir Winston Churchill

3 marca 2008

Powody do dumy

29 lutego Anno Domini 2008 odbyło się coroczne zebranie Stowarzyszenia. Hurtem. Za dwa lata.
Pomińmy szczegóły.
Nieskromnie zamieszczam poniżej gwóźdź programu i jednocześnie ogłaszam konkurs na wybór nalepszego miejsca na ścianie.
O:
Photobucket

Informuje się, że wąty co do daty należy wygłaszać gdzieś indziej :o)

2 marca 2008

Jadamy

Aby była sprawiedliwość*, gotujemy z Prezesem naprzemiennie. Tydzień on, tydzień ja. Okres prezesowski charakteryzuje się sporą ilością białka zwierzęcego, co znoszę z godnością i w milczeniu, wprost przeciwnie do Potomstwa**. Postanowiłam być wspaniałomyślna i przejęłam niedzielny obiad w tym tygodniu (mimo że nie mój).

Osoby:
Prezes
prezesowa
Potomstwo (milcząco potakujące)

Czas akcji:
11.30

Miejsce akcji:
kuchnia

Prezes: To co dziś na obiad?
prezesowa: Frittata z czereśniowymi pomidorami i papryką.
Potomstwo: … (oblizuje się z aprobatą)
Prezes: Mój Boże… Brzmi bardzo wegetariańsko***…

* bo sprawiedliwość musi być
** najczęściej używane komentarze: ścierwo, trup, zwłoki, martwe zwierzęta, coś tu zdechło
*** nieprawda, bo jajka