31 marca 2007

Nie płacz

- Nie płacz tak strasznie – mówię do telefonu – musisz wziąć coś na uspokojenie, rozumiesz?

- Tak, oczywiście, że pojadę z tobą do szpitala – potwierdzam – kiedy tylko zechcesz, w każdej chwili.

- Masz na koncie chociaż parę chwil snu? – pytam – Musisz jeść.

Umyłam wszystkie okna i lustra. Umyłam kafle w kuchni i łazience.
Zrobiłam śniadanie, zrobię obiad.
Nie chce mi się jeść.
Muszę jechać na zakupy.

W poniedziałek skończę 34 lata. W poniedziałek minie rok od chwili, gdy zginął nam Stefan.
Mam ochotę zagrzebać się w pościel i przeczekać.

Miałam dla was wczoraj miłą notkę

Bo z drugim-tatą jest fajnie.
Miałam też plany. Wracając po 18 do domu myślałam, że o 21.30 będę już w łóżku, po kolacji i odebraniu poczty. Że sobie poczytam, a rano cała moja zaniedbana ostatnio rodzina zrobi coś wspólnie.

O 20.15 dowiedziałam się, że mój kuzyn jest nieprzytomny, że zabiera go karetka. Jego rodzice nic nie wiedzieli. Musiałam do nich pojechać. Musiałam im to powiedzieć. Zabrałam ich do szpitala i musiałam patrzeć na ich ból.
Musiałam też być z kimś dla mojego kuzyna bliskim i słuchać, jak zanosi się od płaczu.

Leży na OIOMie. Oddycha za niego respirator. Dziś rano stan nadal jest bez zmian.

Na razie jeszcze nie wiem, dlaczego to wszystko dzieje się wokół mnie. To na pewno ma sens. Może to sprawdzian mojego człowieczeństwa.

30 marca 2007

Zwykle tego nie robię, ale teraz czuję, że muszę

Oto artykuł, na który natrafiłam dziś rano na onecie. Donoszę uprzejmie, że ja jestem spokojna, jak ocean.
Ale ta monstrualna bzdura wytrąciła mnie z równowagi.

„Precz z Brzechwą
Jan Brzechwa (prawdziwe nazwisko Lesman) nie jest godny, by patronować szkołom, przedszkolom i ulicom w dziesiątkach polskich miast
Nie ma wśród jego utworów wierszy sławiących bohaterstwo polskiego oręża, patriotyzm i wierność Kościołowi. W zamian pożal się Boże „poeta” bez skrupułów zatruwa młode polskie umysły wirusem „gorszości” w porównaniu z innymi. Nie trzeba nawet pisać, kim, zdaniem poety o nazwisku Lesman, ukrywającego się jedynie za pseudonimem Brzechwa, są owi „lepsi”!

Redakcji „Stanu Przejściowego” udało się dotrzeć do tajnego uzasadnienia wniosku Ligi Polskich Rodzin, która zażądała usunięcia nazwiska Jana Brzechwy z listy patronów ulic najpierw we Wrocławiu, a następnie w całej Polsce. Ideę wsparł już wicemarszałek sejmu Janusz Dobrosz (kiedyś PSL, obecnie LPR).

Powodem wniosku LPR nie jest – jak sugerowały lewicowe media oraz zbliżona do Platformy Obywatelskiej prasa liberalna – wiersz Brzechwy Kaczka dziwaczka. Wiersz, który w pewnych kręgach bywa wykorzystywany do mało śmiesznych ataków na dwie najważniejsze osoby w państwie, nie pojawia się w dokumencie przygotowanym przez LPR w ogóle.

Oto najważniejsze fragmenty dokumentu, który zdobyliśmy.

2.

Jan Brzechwa (prawdziwe nazwisko Lesman) nie jest godny, by patronować szkołom, przedszkolom i ulicom w dziesiątkach polskich miast. Nie zasługuje, by płody jego nienawistnego pióra kształtowały wyobraźnię milionów Polaków. Nie tylko z powodu ukrywanych przez lata wierszy sławiących komunizm, sowiecką armię i Józefa Stalina. Znacznie większych spustoszeń dokonały niewinne na pierwszy rzut oka wiersze, za pośrednictwem których przez kilkadziesiąt lat Lesman-Brzechwa sączył w umysły polskich dzieci jad kompleksów, niewiary w siłę narodu i bezbożność.

Nie ma wśród jego utworów wierszy sławiących bohaterstwo polskiego oręża, patriotyzm i wierność Kościołowi. W zamian pożal się Boże „poeta” bez skrupułów zatruwa młode polskie umysły wirusem „gorszości” w porównaniu z innymi. Nie trzeba nawet pisać, kim, zdaniem poety o nazwisku Lesman, ukrywającego się jedynie za pseudonimem Brzechwa, są owi „lepsi”!

Mali Polacy w jego wierszach to wyłącznie niepoprawni zarozumialcy (Samochwała w kącie stała / I wciąż tak opowiadała), notoryczni kłamcy (Pomyśl tylko, co ty pleciesz! / To zwyczajne kłamstwo przecież) i godne pogardy nieroby (Na tapczanie siedzi leń, / Nic nie robi cały dzień).

Z poematów takich jak Pchła szachrajka czy Szelmostwa Lisa Witalisa wynika wprost, że Polacy to także oszuści, naciągacze, populiści, a w dodatku germanofile (Był Witalis rodem z Polski, lecz kapelusz miał tyrolski). Nie trzeba chyba dowodzić, iż jest to w oczywisty sposób realizacja tego samego programu, który w okresie II wojny światowej miał uczynić z Polaków podludzi.

Takimi rzekomo wychowawczymi wierszami Lesmana próbowano zastąpić patriotyczne utwory Stanisława Jachowicza czy Władysława Bełzy.
3.

Nie ma wśród utworów Lesmana-Brzechwy takich, które budziłyby w młodych Polakach uczucia wyższe, są za to rymowanki przedstawiające nasz naród jako godnych pogardy donosicieli (- Któż się ciebie o to pyta! – Nikt, Ja jestem skarżypyta), gospodarczych nieudaczników (Więc zamienił stryjek / Siekierkę na kijek), brudasów i bałaganiarzy (Pan starosta jadł przy stole, / Naraz patrzy / włos w rosole), osoby histeryczne (Matka wpadła w stan nerwowy / i musiała zażyć bromu) i – trudno to dłużej ukrywać – ociężałe umysłowo (Ojciec zaś poszedł po rozum do głowy / I kiedy powróci / nie wiadomo).

Wśród najczęściej drukowanych wierszy Lesmana znajdują się rymowanki jakby pisane na zamówienie propagandy okresu zaborów czy wręcz czasu okupacji hitlerowskiej i sowieckiej. Podkreślają one niezdolność Polaków do samoorganizacji, budowy własnego państwa i zajęcia należnego nam miejsca w wielkiej rodzinie państw demokratycznych.

Polacy jawią się w nich jako naród, który nie jest w stanie wykorzystać ofiarowanej mu szansy (Usiadł i spojrzał ogromnie struty / Na swoje siedmiomilowe buty, / Zdjął je ze złością, do wody wrzucił / I na bosaka do domu wrócił), potrafi jedynie wywoływać na całym świecie awantury (Przy tych słowach popadł w zapał, / Za czuprynę Prota złapał, / Wytarmosił bez litości, / Porachował wszystkie kości), czyli z założenia skazany jest na rolę służebną w stosunku do społeczeństw lepiej zorganizowanych i stojących na wyższym szczeblu cywilizacyjnym (Po co wasze swary głupie, / Wnet i tak zginiemy w zupie), w których powinni wykonywać zajęcia najprostsze, niewymagające wykształcenia większego niż umiejętność czytania i pisania w zakresie podstawowym.

4.

Lesman od samego początku działał ze szczególną perfidią, pozornie niewinnymi utworami sącząc do świadomości młodych Polaków truciznę zwątpienia. Człowiek ów odważył się nawet podnieść rękę na integralność polskiego państwa, sugerując niezdolność do koegzystencji we wspólnych granicach takich rzek jak Odra, w którą wbijał graniczne słupy Bolesław Chrobry, Warta, płynąca przez gospodarną Wielkopolskę (Ponoć pierwsza rzekła Warta, / Że jest Noteć nic niewarta, / Warcie na to rzekła Odra, / Że jest głupia i niedobra) i ozdoba wschodniej Polski đ malowniczy Wieprz (Wtedy padły słowa Wieprza: / – Sama też nie jesteś lepsza!).

Tzw. poeta sugerował polski bałagan (aż ciśnie się pod pióro pytanie, w czyim interesie było to bardzo kiepsko ukrywane nawiązywanie do stereotypu polnische Wirtschaft), wykluczający prawo polskiego państwa do zajmowania miejsca w sercu Europy (Siedlce wpadły do Krakowa, / Kraków zmienił się w jezioro, / Nowy Targ za San się schował, / A San urósł w górę sporą).

Doskonale koresponduje to z obecnym także w wierszach Lesmana podkreślaniem wyższości gospodarki kołchozowo-spółdzielczej, charakterystycznej dla okresu, gdy Polska pozbawiona była suwerenności (Nikt nikogo nie oszwabia, / Nikt na nikim nie zarabia, / Bo gdzie łączą wspólne cele, / Tam są wszyscy przyjaciele), nad gospodarką wolnorynkową (Kto powiedział, że jest drogo? / Nie prosiłem z was nikogo / By odwiedzał moją knieję. / Komu drogo – niechaj nie je!).
5.

Jakby tego wszystkiego było jeszcze za mało, Brzechwa-Lesman chciał uczynić idolem polskich dzieci niejakiego Ambrożego Kleksa, człowieka niewiadomego pochodzenia, niewiadomej religii (choć wiele sugerować może noszony przezeń czarny chałat i długa broda) i niewiadomej profesji (bo przecież nie można poważnie traktować rzekomej Akademii, w której naucza się kleksografii i kleksologii), przedstawiający się jako „doktor nauk tajemnych”.

Kleks utrzymuje podejrzane kontakty na Wschodzie i dysponuje najnowocześniejszymi środkami technicznymi, jakie wykorzystują w swej pracy obce wywiady (oko, które jest w stanie wysłać na przeszpiegi w kosmos, to przecież nic innego, jak najnowocześniejsza sonda szpiegowska, a okularów, które w miarę potrzeby zmieniają się w rower, nie powstydziłby się sam James Bond). Rzekome podróże, które Kleks odbywa do ludzi podejrzanej proweniencji (np. niejakiego doktora Paj-Chi-Wo), i jeszcze bardziej podejrzane zajęcia, którym się oddaje, niedwuznacznie sugerują, że jest to przedstawiciel służb, wypełniający zadania, których wrogich wobec Rzeczypospolitej celów łatwo możemy się domyślić. Jeśli prawdziwe oblicze i intencje Kleksa nie zostały do tej pory ujawnione przez komisję Antoniego Macierewicza, świadczy to jedynie o bardzo wysokim poziomie jego zakonspirowania.

Zło, na które dzieci na całym świecie zostały narażone dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to rozpoczęło się szaleństwo związane z kolejnymi tomami przygód Harry’ego Pottera, zaatakowało małych Polaków już pół wieku wcześniej, właśnie przygodami Ambrożego Kleksa, które wyszły spod pióra Lesmana. Już choćby to wystarczy, by ostatecznie wykreślić go z grona osób, którym powierzamy dusze i umysły naszych dzieci.

6.

Jak udało się nam dowiedzieć, Liga Polskich Rodzin przygotowuje kolejny wniosek o skreślenie z listy lektur i usunięcie z grona patronów polskich ulic i szkół Juliana Tuwima. Jednym z argumentów ma być ośmieszający polski parlamentaryzm wiersz Ptasie radio.”

Poza wszystkim, to z analizy i interpretacji wiersza: NIEDOSTATECZNY!!!

Czy nie czas, żeby powiedzieć: DOŚĆ???

29 marca 2007

Dziś jest bardzo dobry dzień

Wiosna, panie sierżancie!!!

Dziś jest taki dzień, który co roku zatrzymuje mnie na chwilę, cieszy i pobudza do rozmyślań.
Wiosna po prostu wybuchła. Zobaczyłam dziś drzewo calusieńkie w kwiatach. Szpalery zielonych krzewów, liście, liście, liście.
Drugi-tata przeżywa dziś szczyt formy. Jest absolutnie przytomny i kosmicznie złośliwy. A to oznacza, że właśnie wrócił z dalekiej, trudnej podróży. Poinformowałam go więc, że nie będę się z nim wdawała w jakiekolwiek dysputy, tylko poczekam, aż będzie godnym partnerem (czytaj: nie przewróci się, jak go delikatnie popchnę) i wtedy powrócimy do tych wszystkich kwestii, które był łaskaw na mój temat wygłosić. Nie wyraził entuzjazmu.
Druga-mama musiała nas dziś trochę oburczeć, bo tak się rozkręciliśmy w opowiadaniu dowcipasów, aż czynnik nadzorujący uznał, że jeszcze chwila, a drugiemu-tacie głowa pęknie.
No to przestaliśmy. Znaczy – ja przestałam. Dowcipkować.
Rozkręciłam się tak, bo to, co dziś zobaczyłam nadzwyczajnie podniosło mnie na duchu.

Witaj, drugi-tato. Długo cię nie było…

Dodatkowymi atrakcjami były dziś wizyty. Wyobraźcie sobie, że poznałam wreszcie Krynię! Od razu przypadła mi do gustu. Mówię wam – ekstra babka! Bardzo ładna, elegancka, inteligentna, dowcipna. Ho, ho! Myślę, że nasza znajomość może się rozwinąć :o)
Ale najpiękniejszą chwilą dzisiejszego dnia była wizyta dzieci. O, przepraszam! Młodzież przyjechała! O psiekrwie, jak oni wyrośli! Kacper i Kajtek… no faceci po prostu, a Zuzia… Kochani, jak ją widziałam ostatnio, to była brzydkim kaczątkiem. A dzisiaj? Tak, tak, dzisiaj zobaczyłam łabędzia.
To wszystko oczywiście nastroiło mnie nostalgicznie i zastanawiam się teraz nad upływem czasu. Nie wiem, niestety, kiedy to się wszystko odbywa. Sama niedawno jeszcze nosiłam na rękach malusią dziewczyneczkę, a teraz mam w domu naburmuszoną nastolatkę, która uważa, że jestem starym, zrzędnym pudłem.
Złapałam się na tym, że widzę tylko poniedziałki i piątki, że wszystko leci, pędzi, gna, że…

A co wam tam będę przynudzać!
:o)

Mam głupie pytanie

Czy ktoś z was nie jest przypadkiem biegły w sprawach oddelegowywania pracowników do pracy w komisjach zakładowych organizacji związkowych?
Mamy problem z przepisami.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
koleżanka z kadr
wycieruch domowy

Czas akcji:
11.00

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

koleżanka z kadr: Kochana, mam do ciebie wyjątkowo nietypowe pytanie.
wycieruch: A to nie jesteś oryginalna, wszyscy mi takie zadają. Wal śmiało.
koleżanka z kadr wyłuszcza problem
wycieruch odpowiedź ma rękawie
koleżanka z kadr: Zaprawdę powiadam ci, że to jest niewiarygodne, ale ciebie nie da się zaskoczyć.

Plany na wieczór

Donoszę uprzejmie, że Szef wczoraj zadzwonił do mnie z delegacji i oznajmił, że powraca na gościnne łono rodziny. Rozmarzył się przy tym nieco i zaproponował mi wspólne spędzenie wieczoru.

Dojechał do domu przede mną i koło 19.00 zadzwonił raz jeszcze, kusząc mnie wizją przebywania we dwoje, herbatki z cytrynką, czułości, ciepła i… wspólnego oglądania meczu.

PS Zainteresowanych informuję, że jako odpoczynek wojownika z najwyższej półki, rzeczywiście obejrzałam z nim ten mecz. Szczęśliwie znudził się po pierwszej połowie i pozwolił mi iść spać.

Konstruktywna samokrytyka

Donoszę uprzejmie, że jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Nie ma to tamto, każdemu się zdarza, że jest niegrzeczny i sobie zasłuży. Mnie też się zdarzyło, rozum poszedł do szuflady i zamieściłam na blogu głupawą notkę.
Bardzo za to przepraszam.
Przede wszystkim drugich-rodziców i ich bliskich.
Potem was, czytelników.
Zaraz potem Pana Boga – wraz z prośbą, żeby już się na mnie nie gniewał, otworzył szufladę i dał mi jeszcze szansę.
A najbardziej ze wszystkiego to dziękuję Skierce, za to że, nie przebierając w środkach, wprost zwróciła mi uwagę, że wiatr mi hula pod kopułą, co by wskazywało na jakieś wolne miejsce, które się tam zrobiło. Bardzo Ci dziękuję, Skierko.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że ostatnio na drugie mam Obłęd.

28 marca 2007

Niespodzianka

A ja dzisiaj rozmawiałam z drugim-tatą przez telefoooooon…. A wy nieeeeee…

;o)

Jesteśmy jednym słowem na dobrej drodze, co? Oświadczenie rekonwalescenta brzmiało: fizycznie dobrze, samopoczucie w normie, pogoda jest sprzyjająca, cieszy się na nową korespondencję.
A potem bardzo grzecznie mnie spławił, co ma się nijak do opisów drugiej-mamy, która twierdzi, że jest potworem i trzeba go zawieźć na warsztat na generalkę. Ponieważ przez tyle czasu ani razu nie byłam świadkiem żadnych głupot, w mojej obecności drugi-tata zachowuje się wzorowo, śmiem podejrzewać, że może jakiesik kalumnie się pojawiają ;o)

Bardzo dziwne zjawisko

Donoszę uprzejmie, że tuż po świętach Bożego Narodzenia, mój ulubiony sklep „przy drodze” został zamkniety w celu zmiany właściciela, a co za tym idzie – remotu. Informuję, że przedmiotem ulubienia sklepu nie jest jakość jego pracy, tylko miejsce, w którym się znajduje oraz wydłużone godziny funkcjonowania. Zwyczajnie sobie jadę ja, nigdzie zbaczać nie muszę, w godzinach dziwnych się to odbywa, a sklep stoi i jest czynny.
Znaczy był, bo go sprzedali i nowy właściciel zakmnął w celu przeprowadzenia remontu. Zaznaczam, że jak wiadomo Stadło mieszka w sporym mieście, więc i sklep przydrożny jest spory. A dokładnie to to był Mini Mal, a teraz jest Billa.
Wracając do merituum: sklep był nieczynny przez trzy niewygodne miesiące. Niewygodne, bo musiałam jeździć gdzieś indziej. A dziś właśnie nastąpiło jego otwarcie.
Piszę tu sobie takie długie wstępy, a właściwie chodzi mi o to, że jak przejeżdżałam tam rano przed siódmą, to zauważyłam, że przed zamkniętym jeszcze sklepem stoi kolejka.

Oszaleli???

27 marca 2007

Najpierw wiadomości z frontu

Veni.
Vidi.

Drugi-tata schudł, ale szacowne oblicze wygląda nieco lepiej. Coś jakby rumieńce troszkę zakiełkowały na policzkach. Opuchlizna z oka bardzo ładnie schodzi, więc przestał się martwić, że przy okazji usunęli mu oko. W promocji. Zamieniliśmy parę słów, machaliśmy sobie jak zwykle. Bardzo go cieszy – wiecie co ;o)
Na głowie ma wzbudzającą szacunek bliznę, ale obgadałyśmy to z drugą-mamą, komentując, że każdy prawdziwy mężczyzna szacunek budzącą bliznę winien posiadać.
Szef też posiada, tyle że nie na głowie, ale na brzuchu. Jest to blizna po wyrostku, ale za to solidna i Szef zawsze na tę okoliczność wymyśla przeróżne mrożące krew w żyłach historie. Np. o tym, jak napadło go sześciu wściekłych skinheadów, wbili mu w brzuch nóż i przekręcili siedem razy. Ona sam ze wspomnianym nożem w brzuchu dał im wszystkim taki wycisk, że wylądowali na intensywnej terapii.
Damy więc drugiemu-tacie szansę, aby mógł po latach opowiadać podobne bzdury swoim hipotetycznym wnukom. Ponieważ młodość dziadków plasuje się z punktu widzenia wnuków gdzieś w okolicach epoki kamienia łupanego, będzie mógł np. udawać, że to blizna od szrapnela. I nikt się nie zorientuje.
A poza tym, zaufajmy jego wyobraźni.
Blizna pięknie się goi, wiem, bo dziś asystowałam przy zmianie opatrunku. Nic się nie ślimaczy i gdybym nie była dzieckiem z dobrego domu z fortepianem, rzekłabym, że jak na psie!
Drugiego-tatę odwiedzają pielgrzymki, dziś np. w jednym momencie miał aż troje gości, wliczając w to moją skromną osobę, a wyliczając drugą-mamę, która gościem nie jest, a wygląda raczej na dobrze okopanego domownika. Na zadomowienie wskazuje zwłaszcza solidny fotel, który druga-mama zgrabnie wcisnęła pomiędzy dwa łóżka w sali drugiego-taty.
Oprócz zwykłych ludzi, jak np. ja, drugiego-tatę odwiedzają różne strasznie ważne szpitalne persony, co do których straciłyśmy z drugą-mamą rozeznanie już jakiś czas temu i nie potrafimy zupełnie zidentyfikować, kto przez kogo jest nasłany. Ordynatory tam chodzą, panie, różne dziekany i profesory, a co za tym idzie – drugiego-tatę owiał nimb tajemniczości i wszyscy zaczynają na wszelki wypadek głupawo się na jego widok uśmiechać przypuszczając, że jest jakim ministrem albo przynajmniej wojewodą.
Pielęgniarka na moich oczach ćwierkała dziś do niego tak słodko, że druga-mama zmuszona była zgromić ją wzrokiem.
To się, panie, nazywa: przechodzić proces ozdrowieńczy.
Drugi-tata polecił mi dziś rozróżniać machanie ze szpitalnego łóżka tzw. chwilowe (czyli na chwilowe wyjście na papieroska) i machanie finalne (na do widzenia), które charakteryzuje się ruchem zamaszystym obydwu kończyn górnych. A ja jestem pojętną uczennicą i staram się nadążać za koncepcjami pacjenta.

Ogólnie z dnia na dzień jest odrobinkę lepiej. Druga-mama pewnie mniej to zauważa, ale ja widziałam drugiego-tatę w sobotę i uważam, że wyraźnie coś drgnęło. Jestem pewna, że z czasem wszystko wróci do normy.

Mam prośbę

Wszyscy, którzy zwracacie się do mnie z jakimikolwiek prośbami na blogu – na górze strony jest mój adres e-mail. Proszę, piszcie do mnie maile, ja zapominam przesyłać informacji osobom, które proszą o coś w komentarzach, strasznie mam teraz dużo pracy i dostaję kilogramy korespondencji. Staram się na nią odpisywać i obiecuję, że żaden mail nie pozostanie bez odpowiedzi. Nie chciałabym, żeby coś mi uciekło!
Piszcie do mnie. Jak coś „wskoczy” mi na skrzynkę, to będzie mi łatwiej sobie z tym wszyskim poradzić.
Jeśli ktoś prosił mnie w komentarzach o cokolwiek, a ja nie odpowiedziałam, to nie jest lekceważenie, tylko uciekło mi w natłoku informacji.

Piszcie do mnie maile! Wtedy jest duża szansa, że niczego nie przegapię.
Bardzo przepraszam wszystkich, którzy poczuli się zaniedbani i odtrąceni :o))

26 marca 2007

Odwiedziny

Dziś drugiego-tatę odwiedził anestezjolog, który uczestniczył w jego operacji. Bardzo miły człowiek, zainteresował się nami, kwitnącymi przed blokiem operacyjnym, kiedy drugi-tata pojechał na generalny remont. Mimo, że nie musiał. Bardzo mi to zapadło w pamięć, wprost przeciwnie do drugiej-mamy, która wcale tego nie pamięta, ale też trudno jej się dziwić. Odniosłam więc bardzo pozytywne wrażenie i miałam uczucie, że oddałyśmy drugiego-tatę w dobre ręce.
Ale do rzeczy: pan anestezjolog przyszedł, zbadał drugiego-tatę i orzekł, że wszystko jest bardzo dobrze. No i że nie ma co liczyć na jakąś rewolucję. Postępy przyjdą, ale małymi kroczkami.

Ja sama uzyskałam informacje z innego źródła i informacja ta mówiła, że stan drugiego-taty o wiele przewyższa oczekiwania lekarzy i że ma on naprawdę dużą szansę na całkowity powrót do zdrowia.
Źródło przyznało wreszcie to, co już wiemy, że operacja była naprawdę trudna i że stan drugiego-taty był o wiele poważniejszy niż lekarze mówili drugiej-mamie. Tym bardziej pocieszające są dzisiejsze rokowania.

Okropne jest tylko to, że ja wam piszę o tym na blogu, a nie zdążyłam jeszcze poinformować o tym osoby najbardziej zainteresowanej. Na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że moje dwie z trzech prac upomniały się dziś o mnie ze zdwojoną siłą i dopiero teraz wróciłam do domu, a telefon odbierałam w drodze.
U drugich-rodziców niestety dziś być nie mogłam.
Pojadę do nich jutro, zawiozę – wiecie co, sprawdzę, czy drugi-tata jest grzeczny i czy nie biega po korytarzach, jak to zrobił dziś rano!!!
W końcu wciąż przecież absolutnie nie wolno mu wstawać.

Jestem dobrej myśli i pełna nadziei. Zaraz podzielę się nią z drugą-mamą, bo ona jest zmęczona tym wszystkim i odnoszę wrażenie, że „siada” jej optymizm.

Z innej beczki: dziś uświadomiłam sobie, że zupełnie przestałam być anonimowym użytkownikiem internetu i wyznam wam, że trochę mnie to przeraziło. Oczywiście nie wycofałabym się z niczego, co zrobiłam do tej pory, bo nadal uważam to za swój obowiązek, ale rzeczywiście uczucia są nieco mieszane.
Chyba zaprzestaną naigrawania się z moich szefów, co? Bo może się okazać, że teoria, że świat jest mały i wszyscy się znają wcale nie jest teorią spisku, niestety…
Tak, na pewno świat stał się nieco inny. Choroba drugiego-taty zmieniła nie tylko drugą-mamę, dzieci, ich bliskich. Zmieniła też wiele osób na świecie. Wliczając w to mnie.
I wiecie co? Dziś na warsztatach musiałam opowiedzieć o czymś dla mnie prawdziwie przyjemnym, o jakiejś swojej radości. Jak myślicie, o czym opowiedziałam?
O WAS!
O tym absolutnie nieprawdopodobnym zdarzeniu, które połączyło tak wielu zupełnie sobie przecież obcych ludzi.
Powiedziałam, że coś takiego nie wydarzyło mi się nigdy dotąd i życzę każdemu człowiekowi, żeby mógł kiedykolwiek w swoim życiu doświadczyć takiej kumulacji dobra. Jeśli to możliwe – nie w tak dramatycznych okolicznościach.
Dziękuję Wam, Kochani.
Zmieniliście moje życie.

25 marca 2007

Obyś żył w ciekawych czasach

Mawia przekleństwo.
Przed chwilą ktoś dał mi cynk, że pod naszym domem stoi straż pożarna. Ja się palę i nic o tym nie wiem!!! Matko!
W dodatku jesteśmy z Szefem zarządem wspólnoty i normalnie nas zlinczują…

Wrzasnęłam na Szefa, żeby tam leciał. Ja już o całopaleniu nie mówię, ale żeby nas przypadkiem rachunkiem nie obciążyli!!! O tempora, o mores! Tak teraz jest. Człowiekowi chałupa się spali, a na koniec przyjdzie faktura ze straży pożarnej.

Na szczęście wieści okazały się o tyle przesadzone, że nie chałupa, tylko śmietnik, a właściwie nie śmietnik, tylko kartony koło śmietnika. Odpowiedzialny za zamieszanie cieć – podpalacz sprawę ugasił samodzielnie, a jak się strażak zgłosi z rachunkiem, to go odeślemy do tego, kto po niego zadzwonił. Tak się dławi inicjatywę ;o)

Nie wiem, jak wy, ale ja mam wrażenie, że jestem osobą, która przyciąga interesujące sytuacje.

No nie powiedziałam, że zabawne!

Nowiny

Drugi-tata czuje się coraz lepiej. Mam nadzieję, że nie wyobrażacie sobie, że biega po oddziale i ślizgiem zalicza korytarze, ale zeszła mu trochę opuchlizna z oka i póki co na drugim się nie pojawiła, poznał swoją szanowną małżonkę i był uprzejmy odbyć dwie krótkie rozmowy telefoniczne.
Dla osób, które zdają sobie sprawę z tego, jak poważne są zagrożenia dla pacjenta po takiej operacji, wszystkie wiadomości o takich drobiazgach są niezwykle radosne.
Lekarz, który operował drugiego-tatę zrobił mu przegląd gwarancyjny i orzekł, że wszystko jest na dobrej drodze: odruchy w porządku, nie ma negatywnych reakcji ze strony mózgu.
Trzeba po prostu dać mu teraz czas na to, by mógł dojść do siebie.

Pozytywne i ciepłe myśli nadal się przydadzą, więc nie ustawajcie, kochani, w przesyłaniu pozytywnej energii.

O mnie niestety dopominają się już dość mocno wszystkie służbowe sprawy odłożone na tydzień, więc do kliniki pojadę dopiero we wtorek. Na szczęście jest Krysia, która czuwa nad drugimi-rodzicami oraz są błogosławione telefony komórkowe. Więc nadal będę nadawała po uzyskaniu następnych informacji!

Poprzednia notka

została przeredagowana na życzenie drugiej-mamy.
Ona, jako główna zainteresowana, ma prawo do ostatecznej decyzji i mnie nie wolno się z nią spierać w takich sprawach.

Nie może mi natomiast zabronić wykonywania pewnych czynności ;o)))))

24 marca 2007

A co tam dzisiaj…

No a dzisiaj jest tak:
Drugi-tata leży i większość czasu przesypia. Po ułożeniu jego ciała widać odprężenie, więc już go głowa pewnie nie boli. Zresztą zapytałam go i tak mi właśnie powiedział. Bardzo cichutko.
Poznał mnie. To było bardzo miłe. Dziś mi nie pomachał, ręce ma cały czas przywiązane do łóżka. To przykre, ale konieczne, żeby nie wyrwał sobie z głowy drenu.
Jest bardzo wymizerowany. Nie ma się czemu dziwić – zmęczenie organizmu musi być ogromne. Ma też obrzęki i fatalny wylew na oku. Pośmiałyśmy się z drugą-mamą, że nie ma całkowitej pewności, czy to ona go pod oko nie strzeliła za karę, że ją tak udręczył. Spodziewamy się, że i drugie oko mu spuchnie i zsinieje – jego sąsiad z pokoju, który miał operację wcześniej, wygląda jak po solidnej bójce.
Druga-mama jest jak odmieniona. Bardzo, bardzo zmęczona, wyczerpana, ale aż promienieje. I, co najważniejsze, zaczęła jeść.

Kochani!

Wszyscy musimy zdawać sobie sprawę z tego, że przed drugimi-rodzicami jeszcze bardzo długa droga. Rekonwalescencja potrwa. Po niej pojawi się potrzeba rehabilitacji. Drugi-tata, nawet jeśli wróci do pełnej sprawności, czego z całego serca wszyscy mu życzymy, nie będzie mógł już nigdy żyć tak, jak kiedyś.
Wszyscy wiemy, jak ciężko całe życie pracował. Każdy, kto ma odrobinę zdrowego rozsądku wie, że dochody tej rodziny dzieli się przez osiem. Że jeden człowiek nie ma możliwości zarobić tyle, żeby zapewnić tak licznej rodzinie dostatnie życie. Pamiętajcie, że to są ludzie, którzy sami mając niewiele, dzielą się jeszcze z innymi!

===OCENZUROWANE PRZEZ DRUGA-MAME===

23 marca 2007

Odpoczęłam troszkę

Zjadłam coś, zrugałam rodzinę i wypłakałam się.
Teraz mogę się wam przyznać do czegoś.
Wykonałam dzisiaj straszną, niewyobrażalną pracę. Pięć razy jechałam windą po wyrok. Pięć razy przez całą jazdę trzymałam się ściany, myśląc co powiem drugiej-mamie, jeśli coś poszło nie tak. Ona sama nie miała siły do tej windy dojść. Wiedziałam, że muszę, ale nade wszystko chciałam zatkać uszy i po prostu uciec.

Za tę straszną pracę spotkały mnie aż trzy nagrody:
pierwsza – gdy zobaczyłam na pustym wcześniej miejscu łóżko z drugim-tatą, któremu bardzo coś się nie podobało;
druga – kiedy na burym, szpitalnym korytarzu druga-mama wzięła mnie za ręce, przytuliła się do mnie i powiedziała mi na ucho coś bardzo ważnego
i trzecia – kiedy pod poprzednią notką zobaczyłam komentarz Misi.

Warto było, Misieńko.
Fajni ci się starzy trafili, wiesz?

Nie mam pomysłu na tytuł

Drodzy!

Wróciłam w tej chwili z kliniki. Widziałam, że Krynia już pisała, że drugi-tata jest po operacji.
Więc od początku:

Drugi-tata poddał się nieprofesjonalnej usłudze fryzjerskiej o 9.30 i pojechał sobie na blok operacyjny. Udało mi się troszkę doprowadzić do pionu rozklejoną drugą-mamę i zjechałyśmy na parter w celu wypalenia 324381361275 papierosów. Przez sześć godzin opowiadałyśmy sobie różne dziwne historie. Jestem przekonana, że druga-mama zwymiotuje na mój widok przy najbliższej okazji. Ile można słuchać jednej baby???

Ok. 15.30 drugi-tata powrócił z bloku operacyjnego. Zastałam go w sali obsztorcowującego za coś pielęgniarkę. Nie mam pojęcia za co, bo w te pędy pognałam na parter, celem poinformowania o tym fakcie drugiej-mamy.
Drugi-tata żyje i ma się względnie dobrze. Wszystkie odruchy ma w normie, rozumie, co się do niego mówi, gada do rzeczy i chrapie jak drwal.
Ze wszystkich możliwych części ciała wyłażą mu rurki o różnych przeznaczeniach. Jedne coś w drugiego-tatę pompują, a inne wypompowują. Jest więc obecnie dobrze funkcjonującą fabryką i to wszystko w obrębie jednego szpitalnego łóżka.

Zaczyna do mnie przychodzić wiecie co.
Czekam na resztę, a jutro to, co pojawiło się dzisiaj, zawiozę wiecie gdzie.
Tymczasem pozwólcie, że przechylę się do tyłu, walnę na podłogę i tam już zostanę.
Odezwę się do was jutro, po powrocie z kliniki.

Nie zapomnijcie podziękować Komuś za otrzymane łaski!!!

No, do dzieła!

Rozruszam się tylko trochę i wychodzę.
Nie wiedziałam, że Miśka przyjeżdża, muszę sprawdzić, czy ktoś ją przywozi, czy też pociągiem się pojawi – wtedy trzeba ją zgarnąć z dworca, bo będzie miała daleko.

Myślcie o drugim-tacie, myślcie. Cały czas. Na to, co napisała druga-mama o pogrzebie nie zwracajcie uwagi, palce jej się obślizgnęły po klawiaturze. Żadnego pogrzebu nie będzie, odwołany na 80 lat.

Jak najszybciej będzie się dało – dam wam znać, że wszystko jest dobrze.
:o)))

22 marca 2007

600 kilometrów w tyłku

Niejasne przeczucie podniosło mi dziś głowę o 6.00. Następnie za włosy ściągnęło mnie po schodach i zawlekło do kuchni. Tam nastawiło pełny czajnik wody, wyciągnęło z szafki termos i wykonało śniadanie na wynos.
Już w samochodzie niejasne przeczucie objawiło się w całej krasie.
- Jesteś już w pracy? – zapytał małodziarski głosik w słuchawce.
- Eeeee tam. Mam dosyć tej roboty, rzucam ją! – odpowiedziałam przewrotnie, spodziewając się dalszego ciągu.
- Przyjedź do mnie – poprosił małodziarski głosik.
- Kochana! Solidna firma spełnia najskrytsze marzenia swoich klientów ZANIM zdążą sami je wymyślić. Jestem już w drodze, będę za kwadrans.
- A to dobrze – głosikowi wyraźnie się poprawiło.
- Spałaś choć trochę? – zapytałam.
W słuchawce zapadła taka krępująca cisza.
- Wszystko jasne – odpowiedziałam ciszy – Zaraz tam będę.

- Boże, skąd wiedziałaś??? – zapytała druga-mama łakomie wpatrując się w termos.
- Mówiłam ci, solidna firma, pamiętasz?
- Zrobiłaś mi kawy?
- A czego byś się napiła?
- Herbatki.
- Nasz klient, nasz pan! – odpowiedziałam, nalewając do kubeczka herbatki z cytryną.

- Jakiś skunks ukradł mi cały ręcznik papierowy – oznajmiła druga-mama znad kubeczka.
- Tam masz trochę – pokazałam kciukiem na siatkę z ręcznikiem i bułeczkami.
Tym razem o nic już nie zapytała.

Koło 18.00 odstawiłam do domu ofiarę chirurgów, własnych protoplastów, a także wymieniłam samochód „na trasę” na „miejski”, bo tamten mi nie pasuje do sznurowadeł i wpadłam do kliniki.
Drugi-tata akurat łaskaw był nie spać. Pomachał mi na powitanie.
- Same kobiety cię odwiedzają – uśmiechnęła się druga-mama – jestem zazdrosna.
Drugi-tata uniósł pytająco brew.
- No: Beata, Krysia, a teraz Asia. Znasz Asię, prawda?
- Znam – odpowiedział drugi-tata – a potem zmrużył oko i dodał – ale zupełnie nie wiem, czego można się po niej spodziewać!
Biorąc pod uwagę, że w poniedziałek oznajmił mi, że jeszcze się zastanowi, czy moja opieka mu się opłaca, jego tyłek w lipcu będzie siny od moich kopniaków.

- Co jadłaś? – zapytałam na korytarzu przewrotnie, by nie zadawać pytań zamkniętych i nie dać się zbyć.
- Bułkę! – podejrzanie szybko odpowiedziała druga-mama.
- Czy to może ta sama bułka, którą mydliłaś mi oczy rano?
- Była O-GROM-NA! Poza tym piję soczki, wiesz? Takie marchewkowe. One są zupełnie, jak zupa!
Ręce opadają…

Ale prawdziwy cud zdarzył się koło 19.00, kiedy zadzwoniła Krysia i powiedziała, że załatwiła, żeby znajoma pielęgniarka z sąsiedniego oddziału została z drugim-tatą na noc.
Krysiu – jesteś cudowna.
Druga-mama wreszcie się prześpi.

Drugi-tata ma mieć operację jutro jako pierwszy w serii. Nie bardzo wiemy, o której godzinie, więc na wszelki wypadek wcale nie idźcie spać i zacznijcie trzymać kciuki JUŻ.

Będę tam z drugą-mamą od 8.00.

21 marca 2007

Wyjeżdżam jutro na cały dzień

Rano jadę do tych Janek i wrócę pod wieczór.
Potem zorganizuję jakieś pożywienie i pojadę do szpitala, druga-mama musi dziś zostać tam na noc. Mam nadzieję, że jakoś wspólnie przetrwają.
Kryniu02, jeśli czytasz tego bloga i jeśli możesz – przypilnuj, proszę, żeby coś zjadła. Ja wiem, że jest oporna i ciągle mówi, że nie jest głodna, ale to nie do końca tak.
Nie potrzeba nam drugiej-mamy leżącej na sąsiednim oddziale, obok drugiego-taty.
Zajrzę jutro wieczorem. Ci, którzy jeszcze do mnie nie napisali – PROSZĘ.
Trzymajcie się.

Hej tam, orły, sokoły!!!

10 maili to dla mnie stanowczo za mało!!!
Piszcie do mnie.
Piszcie i wy, które się nigdy nie odzywacie i tylko czytacie sobie po cichutku.
Piszcie. zobowiązuję was do pisania.
Ale już!!!

Robię takie śmieszne drobiazgi

Donoszę uprzejmie, że robienie śmiesznych drobiazgów ma na celu pokazanie drugim-rodzicom pewnych rzeczy. Np. wczoraj koło południa założyłam na stronie licznik. Nie wiem, co on tam za głupoty pokazuje, ale w statystykach odnotowano już 4 500 wejść na tę stronę przez te parę dni w tym tygodniu!
Patrzcie, ilu przyjaciół mają drudzy-rodzice!
Zajrzałam w ostatnie 50 wizyt. Oczywiście nie wszystkie adresy statystyki mi identyfikują, ale zobaczcie, skąd jesteście:

Belgia
Bielsko-Biała
Bydgoszcz
Ciechanów
Francja
Hiszpania
Kanada
Katowice
Kielce
Kraków
Lublin
Łódź
Niemcy
okręg katowicki
Olsztyn
Opole
Polska
Poznań
Radom
Rzeszów
Stany Zjednoczone
Tarnów
Warszawa
Wilno, Litwa
Wrocław
woj. dolnośląskie
woj. kujawsko-pomorskie
woj. łódzkie
woj. małopolskie
woj. mazowieckie
woj. podkarpackie
woj. pomorskie
woj. śląskie
woj. świętokrzyskie
woj. wielkopolskie
woj. zachodniopomorskie

Oczywiście miejsca powtarzają się w różnych adresach IP, no i mam wgląd tylko w 50 ostatnich.
Jak sprawa się szczęśliwie zakończy, to ja to wszystko pokażę, komu trzeba!

:o)

Tymczasem w Archiwum X… (idiotyczne prośby)

Osoby:
radca prawny
wycieruch domowy

Czas akcji:
11.00

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

radca prawny (wkracza z dokumentem w dłoni): Proszę pani, jakiś pan przyszedł do nas, zostawił ten dokument, nie chciał nic o sobie powiedzieć i uciekł. Proszę mi pomóc.
wycieruch: Nie ma sprawy. Już biegnę, dopadnę drania i przywlokę do was za włosy!

Relacja

Donoszę uprzejmie, że dopadłam drugą-mamę w wolnej chwili i wydusiłam z niej wszystko, co się dało, bez krzty litości.
Drugi-tata nadal przez większość czasu utrzymywany jest w nieprzytomności. W tych krótkich momentach, kiedy nie śpi, jest pojony i karmiony przez drugą-mamę, zaopatrzoną przez Krynię02 w specjalną maseczkę. Maseczka zapobiega obrzucaniu drugiego-taty tzw. gilem. Na szczęście druga-mama czuje się już trochę lepiej, po zażyciu końskiej dawki różnej prowieniencji środków.
Krynia02 opiekuje się drugą-mamą i drugim-tatą z pełnym oddaniem. Gotuje kompociki, bo drugiemu-tacie nie wolno soków, a brzydzi go już, jak ostatnio powiedziała druga-mama, sucha woda. Przygotowuje mięska w postaci przetartej, żeby mu ułatwić życie i w ogóle jest aniołem, za co jej dziękujemy z całego serca.
W piatek wielki dzień trzymania kciuków. Zrobię wszystko, żeby wyrwać się i być w szpitalu z drugą-mamą. Przeszkodę stanowi jedynie moja własna rodzina, która w osobie przedstawiciela również znajduje się w szpitalu i jest dla odmiany PO operacji. Szpital z kolei znajduje się w cholerę daleko od Śląska, bo w Jankach koło Warszawy. W każdej chwili mogę dostać cynk, że muszę tam jechać i mam tylko nadzieję, że to wypadnie jutro, a co za tym idzie, w piatek będę mogła zerwać się z pracy i spędzić dzień na oddziale neurochirurgii. W Archiwum X najbliżsi chodzą jak w zegarku, wiedzą i są gotowi wypuścić mnie z tego więzienia, jeśli będzie taka konieczność.
Drugiej-mamie nic nie mówcie, bo ona piska, że to niepotrzebne, ale co ona tam może wiedzieć, nieprawdaż?
Weekend prawdopodobnie druga-mama spędzi w domu – po operacji drugi-tata będzie leżał na OIOMie i tam go nie będzie można odwiedzać.
Druga-mama nie nadąża odbierać telefonu. Terroryzowana jest również cała rodzina na numer stacjonarny. Dzwonią tam wszyscy bliscy, oferując konkretną, sensowną pomoc. Zaprzyjaźnione rodziny zastępcze obiecały zająć się dziećmi w razie potrzeby, więc druga-mama będzie mogła być z drugim-tatą, ile się uda.

Nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że życie jest piękne, a ludzie z gruntu dobrzy.
Pamietacie grupę ESD z książki Małgorzaty Musierowcz? Nasz eksperymentalny sygnał dobra zatacza takie kręgi, że HO! HO!

Mam maleńka koncepcyjkę

Donosze uprzejmie, że dziękuję za tyle dobrych, ciepłych słów. Czuję się tak przechwalona, że cud, że poruszam sie po ziemi, jak inni ludzie ;o)
Myślę, że już wystarczy, hihi.

Kochani/Kochane!
Mam pewną zabawną koncepcję, którą chciałabym się z wami podzielić.
Piszcie do mnie proszę na adres:

usmiechlosu@poczta.onet.pl,

wystarczy, że w każdym e-mailu będzie nick z komentarzy lub bloga.
Zbiorę wasze adresy, odezwę się do każdej osoby i napiszę, o co chodzi.

Tymczasem jest jeszcze wcześnie, więc nie naciskam, ale naturalnie później zadzwonię do drugiej-mamy, wyczeszę ją z wszystkich informacji i będę nadal sprawozdawała.

Cotku – na pewno wszystko przeczytałaś już na blogu drugiej-mamy, więc, jeśli pozwolisz, nie będę powielała informacji.
Trzymajcie się Kochani/Kochane!

No serce rośnie, jak człowiek to widzi!!! Ech…

20 marca 2007

Niusy

Donoszę uprzejmie, że dzwoniła druga-mama. Drugi-tata po badaniach, wyznaczono datę zabiegu.
Druga-mama przenosi się do Kryni02, która, jak już wspominałam, mieszka przy samej klinice. Bardzo się cieszę, że będzie miała bliziutko do szpitala i nie będzie musiała tłuc się przez Śląsk. Za to w każdej chwili będzie mogła biec do drugiego-taty, gdyby zaistniała taka potrzeba.
Troszkę mi tylko szkoda, że miałam ją dla siebie tak krótko ;o)
Jeśli wszystko dobrze się ułoży, druga-mama zajrzy dzisiaj na swojego bloga i odezwie się do wszystkich.
Dziękuję wam za uwagę i za odwiedziny, jeśli będzie taka potrzeba, wejdę ponownie w rolę „przekazywacza”, bo rzeczywiście jestem blisko i na bieżąco.
A drugiej-mamie u Kryni02 na pewno będzie bardzo miło i dobrze.

Obiadki

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Czas akcji:
12.30

Miejsce akcji:
komunikator

wycieruch (o planowanym obiedzie): To co, kochanie, leniwe czy naleśniczki z serem i czekoladą?
Szef: Leniwe bym wolał.
wycieruch: Straszne. Zawsze wolisz leniwe, a mnie nie pozwalasz być leniwą.
Szef(poprawiając sie szybko): Tzn. ja zjem, co zrobisz. I będę zadowolony.
wycieruch: Jasne. Jakie masz wyjście, biedny miś.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
kolega z rachunkowości
wycieruch domowy
koleżanka Ania jako niemy świadek

Czas akcji:
11.30

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

kolega z rachunkowości (wkracza i przemawia tonem łaskawego władcy): Witam, witam. No, nie wstawajcie, dziewczynki.
wycieruch domowy (zrywa się na równe nogi i strzela na całe gardło): Mowy nie ma!!! Wyklęty powstań ludu zieeeemi!!!

A życie leci swoim torem, czyli Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
kierownik rachunkowości
wycieruch domowy

Czas akcji:
12.00

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

wycieruch (o żenująco-przywalającej kupie materiału przesłanej przez kierownika rachunkowości): Piszesz dziś do mnie, mój drogi, piszesz. I piszesz, i piszesz.
kierownik rachunkowości: No cóż… Do niektórych kobiet łatwiej pisać niż z nimi rozmawiać!

Zadzwoniłam do podwożącego

ponieważ nie wiem, czy telefon jeszcze działa, no i nie chciałam być upierdliwa.
Druga-mama dotarła do szpitala.
- Odwiozłem pod same drzwi, żeby nie zmokła – powiedział – punkt 10.00, zgodnie z umową.
No!
Druga-mama spotka się dziś może z Krynią02, która faktycznie mieszka przy samej klinice. No i może coś z tego wyniknie. Coś oczywiście wygodnego dla drugich-rodziców.
Nie będę drugiej-mamy dręczyła, jeśli pozwolicie i poczekam, aż sama da mi znać, co i jak.
A jakby sie baaardzo przedłużało, to zadzwonię do dyżurki pielęgniarek i zapytam, czy można ją poprosić do telefonu.
Ach, jak mnie jest trudno się pozbyć!

Już piszę

Przepraszam, że dopiero dzisiaj, ale obie wczoraj nie miałyśmy już siły.

Dojechał.
Biedny, umęczony, z wielkim bólem głowy zakotwiczył w szpitalu.
Wyprzedził drugą-mamę karetką na trasie i był uprzejmy pozwolić sobie wobec mnie na drobne złośliwostki, za co, oczywiście, kopnę go w tyłek, jak tylko wstanie.
No przecież nie mogę leżącego… ;o)
Na początku umieszczono drugiego-tatę w sali z osobami po operacjach, ale panie pielęgniarki były na tyle miłe, że już po chwili przeniosły go do osobnej sali, gdzie leży sam i gdzie jest cicho. Bardzo przeszkadzało mu pikanie monitorów.
Dostał bardzo silne leki, zjadł troszeczkę i zasnął.
Z pomocą brata drugiego-taty udało mi się wytłumaczyć drugiej-mamie, że nie ma potrzeby, żeby koczowała w szpitalu, bo nie pomoże w niczym, a że sama jest potwornie zakatarzona – to może jeszcze zaszkodzić.
Pojechałyśmy do domu.
Druga-mama zjadła jakiś żenujący posiłek i to tylko dlatego, że z napięciem wgapiały się w nią trzy pary kocich oczu. A potem poszła spać. Słyszałam, że noc miała słabą, bo katar ją męczył solidnie. Niemniej – spała. No i mam nadzieję, że nadal śpi.
Zorganizowałam jej dowóz do kliniki ok. godz. 10.00, bo o tej porze pozwolono jej przyjechać.
Nie martwcie się, patrząc przez okno – dotrze suchą nogą ;o)

Dzisiaj drugi-tata będzie miał przeprowadzone wszystkie badania i druga-mama zadecyduje, co robić dalej. W grę wchodzi powrót do domu – z takim przeziębieniem nie ma czego szukać w szpitalu – to może bardziej zaszkodzić niż pomóc.
Bez względu na to, jaką decyzję podejmie – ja jestem na miejscu i będę do niego zaglądała każdego dnia, zadbam i przypilnuję. Słowo.

Aha, kto może dziś nie dzwonić do drugiej-mamy, niech nie dzwoni. Wyładowuje jej się komórka, a nie wzięła ładowarki. Ważne, żeby w razie potrzeby miała kontakt ze światem.

19 marca 2007

Dowcipów chwilowo nie będzie

Ponieważ nie jest śmiesznie, dowcipów chwilowo nie będzie.
Ze wszystkich przyjaciół, którzy okazali troskę i zainteresowanie sprawą pomocy drugim-rodzicom, los do działania wybrał mnie. Zobowiązuję się wobec tego informować was o wszystkim, co będzie się działo, za pozwoleniem drugiej-mamy, w jak najkrótszym czasie, bo wiem, że wszyscy martwicie się, myślicie, modlicie się i czekacie.
Drugi-tata jest przewożony do kliniki w Katowicach – Ligocie, gdzie czeka na niego doświadczony zespół neurochirurgów. Ja czekam na telefon drugiej-mamy z informacją, że dojechali i prawdopodobnie pojadę na miejsce.
W czasie, kiedy drugi-tata będzie przebywał pod opieką kliniki, druga-mama będzie mieszkała u nas. Obiecuję wam wszystkim, że otoczymy ją uważną i czułą opieką i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby ta straszna historia miała dobre zakończenie.
Uruchomiliśmy już wszystkie kontakty w środowisku medycznym.
Drugą-mamę zawiniemy w kołdrę i przypilnujemy, żeby się leczyła, bo ona teraz drugiemu-tacie jest bardzo potrzebna i niekoniecznie z grypą.
Jeśli tylko druga-mama zechce – udostepnimy jej łącze, żeby mogła dzielić się z wami, jak zawsze, swoimi przemyśleniami.
Oprócz tego będziemy ją karmić, wozić i o nią dbać :o)
No i będziemy myśleć pozytywnie, ciepło i z zaangażowaniem.
O co i was wszystkich bardzo proszę.

17 marca 2007

Jeśli ktokolwiek tu przychodzi

Jeśli ktokolwiek tu przychodzi, zagląda, czyta – drugi-tata, mąż drugiej-mamy jest w szpitalu.
W bardzo ciężkim stanie.
Niewiele możemy zrobić.
Możemy się tylko modlić.
Proszę.
Poświęćcie choć minutę jednym z najlepszych ludzi, jakich znam.

16 marca 2007

Uwaga, uwaga

Donoszę uprzejmie, że jest 13.55.
O 15.30 stąd wyjdę.
Pojadę do domu.
Jak dotrę, będzie coś koło 15.55.

Iiiiii…

Ugotuję obiad!!!

Pierwszy raz od tygodnia chyba.

A potem się zaszyję i nie dam się wypruć.
To jest plan!

15 marca 2007

KKK, czyli księgowości krótki kurs

Donoszę uprzejmie, że grunt, to wymyślić jakiś sposób.
Ja np. działam jak dzieci w podstawówce, uczące się deklinacji:

mianownik: kto? co?
dopełniacz: kogo? czego? (nie ma)
celownik: komu? czemu? (się przyglądam)

I jadę tak:
winien (mi jest ten gościu spod czwórki, jego mać) 397,18,
ma (już wycieruszek, bo jest przekonujący) 398,00,
saldo (pamietaj, kobito, jego na minusie) – 0,82!

Na wszystko jest sposób, tylko niech mnie nikt nie wytrąca z dobrego samopoczucia.

Walczę z księgowością

Donoszę uprzejmie, że podjęłam nierówną walkę z księgowością wspólnoty. Walka jest nierówna, bo humanistką będąc muszę samodzielnie i zupełnie bez przygotowania domyślać się

O CO, DO CHOLERY, CHODZI!

Ciekawe, czy kontrolują to jakieś czynniki zewnętrzne.
Oby nie, a jeśli tak – oby nie za szybko.

PS Z całą pewnością wiem już, że w księgowości plus to minus, a minus to plus, czyli zupełnie odwrotnie niż normalny człowiek by podejrzewał.
Ale oj no…
Nie będziemy się czepiać logiki, nieprawdaż?

Ważne, że po moim dwukrotnym expose czynsze spływają z zaległościami.
Eviva l’arte!

Kiedyś ludzie żyli inaczej

Donoszę uprzejmie, że tak mi się przypomniało na fali przewalającego się i wszechobecnego antysemityzmu.
Otóż w mieście urodzenia wycierucha, zwłaszcza przed urodzeniem wycierucha, chadzało się do dentysty, którym był – jak to się mawia w rodzinie – stary Isenberg. Nie mam 100 % pewności, co do pisowni nazwiska, ale jak bym nie napisała i tak wiadomo, o co chodzi. Stary Isenberg znał moją Mamę od dziecka, leczył jej zęby przez całe życie (Mamy oczywiście, bo on to zapewne dłużej) i był cenionym fachowcem. Nie wiem, jak toczyły sie losy wojenne starego Isenberga, ale rzecz, o której chcę opowiedzieć, miała miejsce w roku 1973, tuż przed urodzeniem wycierucha, a konkretnie na jakieś trzy tygodnie przed urodzeniem. Otóż Mamę zaczął boleć ząb. To znaczy on ją zaczął na…., ale nie mogę tego napisać, bo tu jest miejsce publiczne. Więc zaczął ją boleć ten ząb, a była w dziewiątym miesiącu ciąży. I była sobota… Niewprawionych informuję, że to jest szabas.
No więc Mama udała się naturalnie do starego Isenberga, bo ząb ją na…, znaczy – bolał bardzo. Stary Isenberg gabinet prowadził we własnym domu. A była, jak wspominałam sobota. Mama miała pewien zgryz moralny, ale w obliczu zęba wszelkie problemy etyczne maleją. Zadzwoniła więc. Po dłuższej chwili stary Isenberg otworzył drzwi. Zmierzył Mamę z góry na dół i podniósł pytająco brew. Albowiem nie było przyjęte, by pacjenci pojawiali się w sobotę. Zwłaszcza w porze uroczystej kolacji.
Mama zebrała się w sobie (i we mnie przy okazji) i powiedziała:
- Ząb mnie boli.
- Czy jest sobota? – zapytał stary Isenberg.
- Bardzo mnie boli – odpowiedziała Mama.
Stary Isenberg westchnął i zaprosił mamę na fotel.
- Zęba trzeba wyrwać – zawyrokował po chwili.
- No to LU! – strzeliła Protoplastka histerycznie.
- Dziecko… Czy ja wyglądam jak ginekolog – położnik? – zapytał stary Isenber niezbyt mądrze – Przecież jak pociągnę, to mi tu urodzisz.
- Nie urodzę!
- Mowy nie ma.
Mama wstała z fotela, wyszła z gabinetu, otwarła drzwi wyjściowe i usiadła na schodach.
- Co ty robisz, dziecko? – zapytał stary Isenberg.
- Nie ruszę się stąd, dopóki mi pan nie wyrwie tego zęba! – odpowiedziała rodzicielka, okopując się.

I co?

Wyrwał.
Co więcej, osiągnął przy tym wyrywaniu wyżyny kunsztu. Mama mówi, że poczuła tylko, jak założył kleszcze i już było po sprawie.
Nie wziął pieniędzy.
Była sobota.

A ja urodziłam się trzy tygodnie później.
Kulturalnie.
W szpitalu.

Takie byli, panie, czasy.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
7.50

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastępca dyrektora (nie wiadomo o czym, ale prawdopodobnie o porannej kawie): Dziś nie piję, bo jadę.
wycieruch: Dobrze choć raz zobaczyć cię w pracy trzeźwego.

8-o

Ludzie, czy wy wiecie, że jest już połowa marca???

Kiedy to się stało, do diaska???

Zakładamy nową frakcję

Donoszę uprzejmie, że w Archiwum X zrobiła się kłopotliwa sytuacja, ponieważ sekretariat ma zakaz robienia zakupów. Zakupy bieżące zostaną zrealizowane w terminie do trzech miesięcy.

Nie ma mleka.

Kawa bez mleka picia się nie doczeka.

Kupujemy mleko samodzielnie i oklejamy je karteczkami. Lodówkę w kuchni mamy zapchną półlitrowymi opakowaniami mleka skondensowanego z imionami właścicieli. W naszej komórce organizacyjnej usiłujemy zachować granice rozsądku, więc kupujemy mleko w systemie rotacyjnym tak, żeby w lodówce stało jedno. Działowe.
Zabawne, bo dyrekcja robi to samo, a właściwie jest prekursorem tych działań.
Dyrekcja powoduje u mnie odruch wymiotny.

Quo vadis, domine???

Jaś nie doczekał

Donoszę uprzejmie, że gnałam wczoraj na złamanie karku do domu po to, by nie spotkać się z pania inspektor. Krążą na ten temat dziwne opowiadania o źle odłożonych domofonach.
Ciekawe jak tam w takiej sytuacji z zasięgiem telekomunikacyjnym…

14 marca 2007

Zygmunt Kęstowicz

Donoszę uprzejmie, że Zygmunt Kęstowicz miał na swoim koncie naprawdę wiele, wiele ról.
W filmach, w serialach, w teatrze.
Ale najbardziej mi żal, że odszedł dzisiaj Pan Zygmunt z „Piątku z Pankracym”, który był motywem przewodnim mojego dzieciństwa.
Tak mi przykro, Panie Zygmuncie.
Widocznie na placki-pankracki czekał już ktoś inny.

Dziwne propozycje

Donoszę uprzejmie, że Szef powrócił i rozpoczął składanie mi dziwnych propozycji. Jedną z nich był kredyt. Ponieważ na słowo „kredyt” reaguję alergicznie (mamy jeden na samochód i jeden hipoteczny), zatkałam uszy i uciekłam z krzykiem. Potem okazało się, że chodzi o kredyt na wyremontowanie dachu dla naszej wspólnoty. Nadal krzyczę, ale staram się też podawać logiczne argumenty, które zabiją ten pomysł np.: nie mamy czym zabezpieczyć kredytu, bo ludzkość (w tym my sami) ma już pobrane kredyty hipoteczne pod swoje mieszkania i kicha; zebranie właścicieli musiałoby wyrazić na to zgodę i to pewnie jednogłośnie, a nie widzę szans, bo jedyna jednogłośna decyzja, którą podjęła ta grupa ludzi, to wybór Szefa na prezesa (a wycierucha na członka zarządu). Ale to był imperatyw kategoryczny.

Cudem udało się nam wejść na konto wspólnoty i zapłacić rachunek za ciepłą wodę. Na osłodę natychmiast pojawił się rachunek za ciepło. W dodatku wynosi 6 razy tyle, co tamten.

Urząd Skarbowy i ZUS są czynne do 15.00. Pytam się, w jaki sposób normalny człowiek ma tam coś załatwić, jeśli wychodzi z pracy o 15.30? Napadłam wczoraj pana strażnika w ZUSie i dowiedziałam się, że mam szansę raz w tygodniu. W czwartek. Niestety jest to czwartek, że tak powiem – po terminie.

Muszę sobie prześwietlić dwa zęby i nie mam kiedy tego zrobić.

Dzisiaj przyjeżdża pani inspektor budowlana i trochę się martwię, że zaśpiewa nam taką kwotę, że nam gatki zlecą. No i sprawa zrobi się znowu aktualna: poszukiwanie inspektora o zacięciu społecznikowskim, bo forsy nadal nie ma.

Kotka J. jest bardzo zdyscyplinowana i wraca do domu zawsze zgodnie z umową. Znaczy, mówię jej, żeby wróciła np. o 19.30 i jak podjeżdżam pod dom o 19.35, to ona już na mnie czeka.
Bardzo praktyczne.

Jak zeszłam dziś rano na dół o 5.30, to w całym SALONIE (!) rozwleczony był koci pompon. W dodatku w formie rozbioru na czynniki pierwsze. Takie rzeczy o poranku zawsze zniechęcają mnie do działania.

Dziś środa, a sąsiadka z nową córką wróci w piątek i się, Proszę Szacownych Czytelników, spanie skończy.
A miałam plany na sobotę.

Mam sąsiada stolarza. Polecam. To bardzo praktyczne. Obiecał naprawić mi komodę, którą Potomstwo nadwerężyło podle.

Bardzo chcę na urlop do Egiptu.
Albo gdzieś, gdzie mogę leżeć i mieć to wszystko gdzieś.
Bardzo.

13 marca 2007

No i się posypało

Donoszę uprzejmie, że nadmiar obowiązków w końcu musiał odbić mi się czkawką. Dziś doszło do takiej scysji z kierownikiem, że mało się nie pobiliśmy. W efekcie ja siedziałam zamknięta w pokoju i płakałam, kierowniczek się miotał i oczy mu wychodziły z nadmiaru ciśnienia, a wszyscy starali się zniknąć z widoku. Szczęśliwie nadmiar emocji doprowadził do zdjęcia ze mnie części obowiązków, choćby drobnych, ale za to pracochłonnych i kłopotliwych.
Nie wiadomo tylko dlaczego to się musi odbywać kosztem takich emocji. Muszę popracować nad sobą, wiadomo, że on nie przestanie wpychać mi na plecy wszystkiego, co się da. Ja sama musze trochę zwolnić i przede wszystkim nie sprawiać wrażenia, że podołam, że zdążę, że nie ma sprawy.
Jest sprawa.
Jest masę spraw i nawet ja nie nadążam.

11 marca 2007

Urodziny

Donoszę uprzejmie, że właśnie mi się przypomniało, że siedemnastego Protoplastka ma urodziny, a ja nie mam prezentu, nie mam koncepcji nań, nie mam czasu, żeby polatać i natchnąć się i psiekrwie!

Wszystkie pomysły, którymi ktokolwiek zechce się ze mną podzielić, przyjmę z ulgą i wdzięcznością!

Nowe życie

Donoszę uprzejmie, że w mieszkaniu naprzeciwko przybyła nam nowa lokatorka. W dodatku z wagą 5060 g!!!
Póki co, współczujemy mamie, pochylamy się z szacunkiem nad jej wysiłkiem i bardzo się cieszymy.
Ostatnie zapewne ulegnie zmianie, kiedy dziecię przybędzie w gościnne progi swojego domostwa i zacznie drzeć się dniami i nocami w bezpośrednim sąsiedztwie naszej sypialni.
Dniami nam nie przeszkadza, a Zośka ze spaniem przeniesie się pewnie na dół.
Gorzej z nocami, niestety…

Poza tym:
- od czasu przejęcia w zarząd naszej wspólnoty pokłóciliśmy się z Szefem 800 razy,
- znalazłam inspektora budowlanego, który zrobi nam przedmiar na dach,
- przygotowałam ludzkości wysokości czynszów,
- odbyliśmy wizytę w banku celem dostania się do konta i nie zostało to uwieńczone sukcesem,
- Szef odkopał nie wiadomo skąd kolegę, który pracuje w formie dystrybucji pokryć dachowych i to rokuje dobrze,
- wszyscy krewni i znajomi królika straszą nas, że nie znajdziemy wykonawców, bo pojechali do Anglii,
- stworzyłam obie umowy dla zarządu i nawet w połowie są podpisane,
- na biurku leży faktura za ciepło i nie mam jak jej zapłacić,
- ciągle nie wiem, co z odprowadzaniem podatku CIT,
- przekopujemy się przez circa 20 segregatorów z dokumentacją,
- Szef zabrał walizkę i pojechał w delegację (3 dni), pozostawiając mnie samą z tym bajzlem,
- jutro trzeba iść do pracy, a tam czeka mnie sądny dzień,
- szukamy chętnego, który zechce strzelić sobie na naszej ścianie szczytowej reklamę wielkoformatową i bulić za to, jak za zboże,
- matoły w rządzie zmieniają mi prawo spółdzielcze (pracuję jeszcze w spółdzielni!!!) na niedopuszczalnie gorsze, a nam w tym roku przypadają wybory do rady nadzorczej i wszystko trzeba przyspieszyć, żeby się nie załapać na nowe warunki,
- Potomstwo wreszcie przyszło po rozum do głowy i zaczęło kombinować, jak tu sobie poprawić średnią na koniec podstawówki i to cieszy,
- J. wyjechała w delegację i zostawiła mi w spadku swojego kota, do którego muszę latać ze trzy razy dziennie, a jutro nie wrócę do domu przed 20.00, więc kotu się będzie nudziło, jak diabli,
- że o własnych trzech (kotach) nie wspomnę,
- już po prostu nie wiem, gdzie wcisnąć gimnastykę korekcyjną Potomstwa,
- jestem na skraju szaleństwa,
- kto da więcej???

9 marca 2007

Wariuję

Donoszę uprzejmie, że rozmawiałam już dzisiaj z tyloma idiotami, że po prostu dostaję sama świra i w dodatku nie wiem, czy to się kiedykolwiek naprawi. Zwyczajnie nie jestem w stanie wytłumaczyć ludzkości co to jest plan zatrudnienia, a co to jest wykonanie i jak się to rozbija na poszczególne grupy zawodowe. Smaczku dodaje fakt, że w zasadzie są to osoby, które się tym zajmują. Może więc coś ze mną jest nie tak? Może dostałam pomieszania i przemawiam różnymi (obcymi zaznaczam) językami?
Doszło do tego, że zadzwoniłam do własnego ojca i wszystko, czego od niego chciałam powtórzylam mu trzy razy, co go trochę zdenerwowało, bo on podobno rozumie za pierwszym. Ja tam nie wiem. Wszyscy mówią, że niby rozumieją za pierwszym, a nikt nie rozumie.
Czy słowo FORMUŁA w excelu to jest jakaś przesada? Normalnie, jak powiedziałam FORMUŁA, to po drugiej stronie zapadała cisza. Odpadłam, jak dostałam z jednej jednostki arkusz, a tam w komórce było napisane: 11=6+5.
Czy to jest, psiajucha, arkusz kalkulacyjny? A może zaczniemy sobie przesyłać faksem karteczki z odręcznym pismem?
Dobra, jestem załamana poziomem niektórych osób.
Skąd się ta durnota bierze?
No skąd?

8 marca 2007

Party

Donoszę uprzejmie, że party odbyło się o pół godziny wcześniej, a w dodatku nie było standing. Dostałyśmy po ciastku (paskudne, niestety) i przepisowym tulipanie (goździki jak widać są niepolityczne). Dyrekcja nie dała się namówić na występy artystyczne, mimo że problem ten został szeroko przedyskutowany przed jej przybyciem na okoliczność konkursu mokrych spodenek (zamiast podkoszulków). Przez niektórych nawet z obrzydzeniem (zgaduj – zgadula, kto się odważył wygłosić taką kwestię). Kierownik marketingu zaoferował się, że zatańczy, ale został wyśmiany. Nikt więcej z żadną propozycją nie odważył się wyskoczyć. Było drętwo. Dyrekcja w ramach zabawiania publiki wygłosiła orędzie o liberalizacji rynku archiuwmiksowego, co spotkało się z kilkoma ziewnięciami.
Ogólnie jestem zażenowana.
Niestety mam dzis tzw. popołudniówkę, więc podobna żenada czeka mnie jeszcze w drugim zakładzie dla obłąkanych.

Życzenia dniokobietne

Donoszę uprzejmie, że nie wierzę.
Dyrekcja o 10.00 funduje nam standing party w swoim gabinecie…
Nie wiem, czy można odmówić ze względów ideologicznych?

Życzenia dniokobietne

Donoszę uprzejmie, że parę minut później w drzwiach pojawia się kierownik zaprzyjaźniony, z różami (cóż za fantazja!) w dłoni. Staje nieśmiało i pyta:
- Cóż robić, dziewczyny, w tym pieknym dniu?
- Uważam, że powinieneś zaprezentować nam jakąś melorecytację połączoną ze zdejmowaniem poszczególnych części garderoby – molestuję seksistowsko.
- Chyba nie mam jeszcze tyle doświadczenia zawodowego w Archiwun X, żeby to przetrzymać bez uszczerbku dla psychiki – podsumowuje i rzuca się do obcałowywania.

Życzenia dniokobietne

Donoszę uprzejmie, że wchodzę rano do pokoju, a na biurku standardowy tulipan (szkoda, że nie rajstopy!). Podejrzewając, kto jest darczyńcą, krzyczę w eter:

- A wiesz, że prezenty podrzuca tylko Mikołaj?
- No co, nie chciałem stać jak ta sierota z miną spaniela – odpowiada mój prywatny kierownik z drugiego pokoju.
- Dlaczego, dlaczego? Postój trochę!

Przyszedł.
Postał.
Wyglądał jak spaniel.
Brawo.

Wspólnota Mieszkaniowa

Donoszę uprzejmie, że zaprawdę, zaprawdę jestem odpoczynkiem wojownika i płynie on rączo na fali mojego sukcesu.

Więc zajęłam się tą wspólnotą. Pomogłam głównej księgowej wybrnąć z różnych meandrów zarządzania. Stworzyłam plan gospodarczy, wytłumaczyłam jakie podwyżki są dla nas konieczne i jak zrobić, żeby były jak najmniej dotkliwe. Przybliżyłam pewne zawiłości regulaminu i ustawy. Rozjaśniłam niejasności.
A wtedy Szef się zgłosił i powiedział, że on może być prezesem.

I co powiecie?
Wybrali go jednogłośnie!

Dzień lasu

Donoszę uprzejmie, że nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las.
Więc, moje panie, w tym pięknym, słonecznym, wiosennym juz prawie dniu życzmy sobie, żeby się zrobiło normalnie. I żebyśmy umiały być dla siebie przyjaciółkami.

7 marca 2007

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
7.30

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastępca dyrektora: Chciałem przyjść do was na kawę, ale właśnie się dowiedziałem, że kawa w sekretariacie się skończyła, a następne zamówienie zrealizują nam za trzy miesiące.
wycieruch domowy: No to czas odkurzyć w domu termos.

Zarobiona jestem

Donoszę uprzejmie, że jeśli się nie odzywam to znaczy, że papiery przywaliły mnie tak, że całą energię poświęcam na wydostanie się, a przynajmniej na złapanie oddechu. Przepraszam. Bardzo chcę, ale nie mam jak.

5 marca 2007

Wyznania milosne

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Czas akcji:
ok. 17.30

Miejsce akcji:
kuchnia

wycieruch (spogląda czule na Szefa i przytula się do niego): Kocham Cię. Bardzo.
Szef: Ja Ciebie też, skarbie.

Szef (zerkając z góry na wycierucha): A swoją drogą, skąd te nagłe wyznania?
wycieruch: Uświadomiłam sobie, że często w tym codziennym zagonieniu zaczynam niektóre rzeczy uznawać za zwykłe, oczywiste. A one przecież takie nie są.
Szef: Mam to samo. Jak czasem otwieram puszkę z czekoladkami i okazuje się, że jest pusta.

Nietypowe rozwiązania

Donoszę uprzejmie, że ledwo żyję. Martwi mię to ciut, ponieważ przysłowie mówi, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień, a przysłowia – jak wiadomo – są mądrościa narodu. Tydzień zapowiada się wobec tego prawdziwie obiecująco.
Zaraz po pracy udaję się do dentysty, który będzie rozpatrywał mój problem okulistyczny, ponieważ nie jestem minimalistką i nie zamierzam poprzestawać na chodzeniu z okiem do okulisty. Jak się rozkręcę, to pójdę z tym okiem również do ortopedy, co mi tam! Jak sobie pomyślę, ile jeszcze atrakcji z tej dziedziny mnie czeka, to śmiać mi się chce.
Już wiem, że wszystkie popołudnia do czwartku włącznie mam zajęte i coraz bardziej zaczynam się cieszyć własną przedsiębiorczością, która kazała mi przy niedzieli przygotować trzy obiady – przynajmniej na jakiś czas mamy zagwarantowane wyżywienie. Jak się żarcie skończy – raz, dwa, trzy – gotuje Szef, który tymczasem:
- przewozi Potomstwo w różne strony,
- naprawia z sąsiadem wymiennik ciepła w piwnicy,
- chodzi po dachu i zatyka dziury,
- doradza głównej księgowej wspólnoty w kwestii protokolarnego przekazywania dokumentacji,
- uczy się,
- rozmawia kwalifikacyjnie,
- zwyczajnie pracuje,
- sprząta,
- kocha mnie,
- zapisuje się razem ze mną do Partii Kobiet.

Jeśli kiedykolwiek powiem złe słowo o tym człowieku – zwyczajnie zdejmijcie z nóg szpileczki, Moje Panie, a następnie zdzielcie mnie nimi po głowie.
Wielokrotnie.

Niech mam.

Chwilowe załamanie

Donoszę uprzejmie, że ręce mi o(d)padły zaraz z rana. Otóż, jak wiadomo Szacownym Czytelnikom, odbyłam z fanfarami urlop wypoczynkowy o przydatności do spożycia w liczbie dni 10 (roboczych). W tym czasie tzw. ruscy przysłali nam dwa dokumenty: wystapienie i nakaz. Ja pomijam kwestię odesłania ruskim zwrotki (taka żółta karteczka z tyłu koperty), bo nawet tego nie zrobili. Ale wystapienie i nakaz to są, o bogowie!, dwa niezależne dokumenty. I sądzę, że powinno się czytać papiery tej wagi. Tak mię dziś tkło, zaglądam, a data odpowiedzi na wystąpienie mija 12.03! Pytam się więc ci ja kolegi kierownika, co zrobił w tym kierunku. Nic, bo on wcale nie ma świadomości. Konstruktywnie odpowiedział mi:
- Ups…
LUDZIE!!!!!!!!!!
A jakbym taka ja umarła?
A jakby pańska matka tędy przechodziła?
Ja wiem, że matka siedzi z tyłu i nikt nie jest niezastapiony, ale po prostu denerwuje mnie coś takiego.
Jakby kto chciał stanowisko kierownicze w Archiwum X, to proszę bardzo. Żadne kompetencje nie są wymagane. Lepiej! Im mniej kompetencji, tym bardziej wartościowy pracownik…

2 marca 2007

Zaskoczenie

Donoszę uprzejmie, że z przyjemnością stwierdzam, że w 100licy też mieszkają ludzie. Niestety zwykły człowiek z reszty Polski miewa często ogromne problemy w załatwieniu czegokolwiek w Warszawie. Naprawdę ciężko jest unikać uogólnień. To chyba porównywalne z urzędem skarbowym. Widział kto kiedy normalna obsługę w tej instytucji? No właśnie.
Ale dziś spróbowałam wejść w posiadanie pewnej skomplikowanej informacji w Archiwum X w Warszawie i wyobraźcie sobie, Szacowni Czytelnicy, że prawie mi się udało. Z tym prawie jakoś sobie poradzę samodzielnie, bo kontakt był miły i serdeczny, więc nie ma to tamto.
Wzywam więc wszystkich zainteresowanych, by wzięli udział w waleniu murów nietolerancji terytorialno-środkowopolskiej.
OLE!

Dawno, dawno temu o Potomstwie

Donoszę uprzejmie, że dawno temu Szef wypowiedział się również o Potomstwie. Z tekstu wynikają dla niewprawionych pewne niejasności, informuję więc, że Potomstwo jest moim potomstwem, ale, jako że nie jestem chitra, dzielę się nim z Szefem od wielu lat. Niech ma. Dlaczego tylko ja mam być ofiarą?

Szef o Potomstwie: O Potomstwie nie można napisać nic złego. Absolutnie nic. I nie myślcie sobie, że próbuję się komuś podlizać w trosce o swoje zdrowie i życie. O nie! Potomstwo jest czarującą osóbką. Jest taka słodka i taka milusia. A przy tym tak uparta i niecierpliwa, że mogłoby to doprowadzić do szału kogoś nieuodpornionego. Na szczęście w moim przypadku proces asymilacji i akceptacji wysokiego e i niskiego b (czy raczej bu) przebiegł szybko i prawie bezboleśnie. Brak Potomstwa w domu jest bardzo odczuwalny i w zasadzie nie lubię jak znika na dłuższy czas, bo trochę tęsknie za jej gadulstwem. Bo Potomstwo dużo mówi, ale jak jej zaczną wypadać mleczne zęby, to może być nawet zabawne.(Szef)”

Niestety przewidywania Szefa się nie sprawdziły. Potomstwu wypadły potem mleczne zęby, ale nie sepleniło wcale, ku naszej rozpaczy. Natomiast nasilenie gadania, a także wysokiego e i niskiego b trwa po dziś dzień. Wszystkim hipotetycznym partnerom życiowym Potomstwa składamy serdeczne wyrazy współczucia.
Jesteśmy z wami i trzymamy kciuki!

Koks

Donoszę uprzejmie, że Szef zdał wczoraj pewien egzamin, czego wcale się nie spodziewał. Wrócił do domu nocką ciemną, złachany i nabuzowany, że już o uporczywym kaszelku nie wspomnę. Normalnie chodził i kaszlał, oszaleć można. Skarcony przez kobiety domowe wypił pół litra syropu, a następnie stwierdził, że ni huhu, nie zaśnie. W tej tragicznej sytuacji udał się do szufladki z lekami i strzelił sobie coś na sen. Coś na sen jest u nas użytkowane niezwykle rzadko i właściwie wyłącznie przez Szefa. Cos na sen jest bardzo fajna tabletką, zapewnia ok. 6 godzin nieprzerwanego snu i nie wywołuje porannego kaca. Ma tylko jedną wadę: po cosiu na sen Szef w nocy bredzi. A że jest człowiekiem inteligentnym i o szerokich horyzontach, bredzi w sposób czasami niezwykle interesujący. Bredzenie Szefa wywołuje zabawne reakcje, ponieważ kompletnie wytrąca mnie z objęć Morfeusza. Po prostu zaśmiewam się do rozpuku. Np. wczoraj znienacka zaczął obmacywać mi twarz niczym niewidomy.
- Co robisz? – zapytałam sennie.
- Zupełnie nie wiem, ilu nas tu jest – oświadczył, wprowadzając mnie z początku w zdumienie, ponieważ jako jedyna chyba byłam świadoma, że znajdujemy się we własnym łóżku. To kto niby miał tam być? Podejrzane…
Kiedyś zdarzyło się, że usiadł w środku nocy i całkiem przytomnie zapytał mnie:
- Widziałaś?
- Ale co? – odpowiedziałam.
- Wiedziałaś te cztery kobiety, które przebiegły koło nas?
Jasne…
Podsumowując: życie z Szefem jest niezwykle atrakcyjne.

1 marca 2007

Dawno, dawno temu…

Donosze uprzejmie, że właśnie moja koleżanka przypomniała mi, że czytała niedawno to, co napisał o mnie Szef na stronie domowej. Odgrzebałam tę stronę spod gruzów zapomnienia i oto, co znalazłam:

Szef pisze ciepło o Wycieruchu: Jeśli znacie Wycierucha (a znacie ją na pewno, bo inaczej by was tu nie było) wiecie jaka jest: urocza, ciepła, mądra i pogodna. Z pewnością dostrzegliście te cechy rozmawiając z nią na czacie lub GG. W realnym życiu jest taka sama, tyle że sto razy fajniej jest cieszyć się jej bliskością niż samą obecnością on-line.

Do tego, że jest urocza, dochodzi fakt, że przyjemnie się na nią patrzy. Nie dość że jest bardzo miła, potrafi znakomicie okazać to mimiką twarzy (zwracam uwagę na bardzo zielone oczy, które czasem mówią więcej niż tysiąc słów) i gestami (ach, ach). Jest bardzo inteligentna, energiczna i ma w sobie to coś co sprawia, że przy niej to co dobre jest jeszcze lepsze, a to co złe łatwiejsze do pokonania.Nie będę ukrywał, że o dziką radość przyprawia mnie fakt, że udało mi się zdobyć jej miłość. A chyba nikomu nie uszedł uwagi fakt, że faceci czwórkami walą za nią jak w dym… hę??? Tylko pamiętajcie: karabin dziadka przywiozłem ze sobą i czyszczę go każdego ranka przed śniadaniem. Nie jestem wścibski i nie wnikam w to z kim gawędzi sobie mój Wycieruszek, ale jak mi się który nie spodoba, to zniknie cicho i bez rozgłosu. Tyczy się to również tych typków, którzy rozsiewają bezpodstawne plotki, jakobym był trzymany w piwnicy i zmuszany siłą do pracy domowych, takich jak np. obieranie ziemniaków, mycie okien, rozwieszania prania itp. itd. O nie! Jasne, robię takie rzeczy, ale bynajmniej nie pod przymusem, ale z własnej woli.

Osobny akapit należy poświęcić talentom Wycierucha. Ludzie, jak ona gotuje. Pod okno naszej kuchni ciągną pielgrzymki. Sąsiad bez przerwy myje swojego Poloneza, żeby móc tylko poczuć woń tych fantastycznych potraw. Wyobraźcie sobie chociażby taki zestaw: zupa pomidorowa, kluski śląskie, pieczeń, surówka, a potem poczwórny deser.

No dobra, ale żeby nie było później gadek o moim przyziemnym i prymitywnym podejściu do życia. Wycieruch rozmawia ze mną o kulturze, nauce i takie tam… Pozostańmy przy tym, że prowadzimy interesujące i rozwijające rozmowy, wymieniamy poglądy i dzielimy się przemyśleniami. O tym, że są naprawdę interesujące niech świadczy fakt, że poznając ją bliżej, umarłem dla czata (inna rzecz, że zostałem błyskawicznie zapomniany, zwłaszcza, przez pewnych zazdrosnych samców). Poza tym Wycieruch podsuwa mi różne ciekawe książki, które w miarę możliwości czytam (obecnie jestem na średnio zaawansowanym poziomie, bo lista lektur jest bardzo długa). Jest mnóstwo małych i dużych cech, które mi się w Wycieruchu podobają. Jest mnóstwo szczegółów które można by pominąć, ale również mają ogromne znaczenie. Jeszcze dużo czasu minie zanim odkryję choćby połowę zasobów jej wspaniałej, kobiecej natury, ale to będzie wspaniałe przeżycie. Życzę wszystkim takiego partnera. (Szef)

P.S. Do Wycierucha: W związku z wysoce pochlebną wymową powyższego tekstu mam kilka propozycji dotyczących chociażby najbliższych deserów, wieczorów i weekendów, które, jak się spodziewam, znajdą przychylność w Twoich oczach. Ale na początek bardzo proszę o dodanie 50 cm łańcucha, bo przy obecnej długości z trudem sięgam w najdalsze kąciki rurą od odkurzacza (boli mnie od tego szyja), a poza tym domagam się , żeby w zupie było więcej brukwi, a w posłaniu mniej pcheł. Twój Szefunio.”

Warto było pogrzebać w starociach, co?

Dowal Potomstwu

Donoszę uprzejmie, że zastanawiam się, czy dowalić Potomstwu, jak będzie niegrzeczne. Dowalanie miałoby miejsce w poniedziałki. Potomstwo rozpoczyna bowiem dobrze tydzień od zajęć na lodowisku o godz. 8.45. Następnie ma lekcje w szkole zakończone basenem do 15.20. O 18.00 ma angielski, a dowalanie polegałoby na wstawieniu o 17.00 gimnastyki korekcyjnej. Odliczając 10 minut na przyjście ze szkoły i ok. 20 minut na dojazd na gimnastykę, miałaby 1 godzinę i 10 minut na odrobienie zadań i naukę, bo jak skończy angielski o 19.15 (+ pół godziny na powrót do domu), to już raczej nie będzie w stanie. A w końcu zadania z angielskiego też trzeba odrabiać, bo następny w środę.
Podłość ludzka nie zna granic.
Jak mnie wnerwi, to ją wkręcę, że zapomni umyć zębów.
Czy jestem wystarczająco wredna?

:o)

Wspólnota Mieszkaniowa – nowy temat seryjny

Donoszę uprzejmie, że wkracza nowy temat seryjny i dotyczy naszej wspólnoty mieszkaniowej. Zajawka już była, a sprawy komplikują się w przystępie geometrycznym.
Spustoszony odrzuconą przeze mnie rękawicą Zarząd, zmuszony został do wykonania realnego planu gospodarczego. Prezes Zarządu nie wie naturalnie w ogóle, o co chodzi, więc plan wykonuje główna księgowa, która też pojęcia zbyt wielkiego nie ma.
Spanikowana zadzwoniła naturalnie do mnie, żebym jej pomogła.
Bardzo śmieszne.
Bardzo.
Że niby ktoś ma po tym wszystkim pozamiatać, tak?
Znaczy ja mam.

No tak, naturalnie, że się z nią spotkam, oczywiście, że jej pomogę, w końcu nie chodzi o obrażanie się, nieprawdaż? A garb rośnie. Wczoraj w zaciszu domowym zapadła decyzja, że będę miała męża prezesa.
A ja spokojnie pozostanę sobie w cieniu, będę robiła czarną robotę i pluła sobie w odbicie lustrzane.

Inaczej dom nam się zawali.

Poranek, dzień już nie wiem który, bo straciłam rachubę w tym młynie

Donoszę uprzejmie, że po raz enty dochodzę do wniosku, że jestem kompletną kretynką. Fakt jest niezaprzeczalny, ponieważ zupełnie nie wyciągam wniosków z własnych doświadczeń i nieustannie robię błędne założenia. Tym razem założyłam sobie, że jak wszystkie dyrekcje i wszystkie kierowniki se pojadą na naradę, to będzie względny spokój. Jakże się myliłam! Jak zwykle, zresztą. Na swoją obronę, Wysoki Sądzie, mam jedynie to, że moja koleżanka Ania zrobiła takie samo kretyńskie założenie i też bierze w tyłek.
Zaczęło sie od samiuśkiego ranka i trwa. Wszyscy zawalili terminy, co wpływa na moje zawalenie terminu jutrzejszego. Nieustannie wpływaja mi na biurko tzw. świnki, czyli takie problemy, których wolałabym się nie tykać i gdzie one były, jak kierownictwo tyłki płaszczyło w swoich gabinecikach? No gdzie???
Donoszę również uprzejmie, że jak słyszę sformułowanie „zadanie audytowe”, to kompletną treść żołądkową mam w gardle. Luz, niech mnie jeszcze ktoś przeaudytuje, to przecież dla mojego dobra!!!
No i ciągle jeszcze nie miałam czasu, żeby przeczytać wystąpienie Państwowej Inspekcji Pracy. A zabierałam się za to trzykrotnie.
Ja cie sunę, nooo….