29 listopada 2013

1366

A teraz chwila dla zainteresowanych. W pewnym sensie nakręciła mnie na to martuuha (ładną ma najnowszą notkę o feminizmie, idźcie zobaczyć) - ona ma takie zwyczaje bezbożne, pisać do mnie nocą ciemną z żądaniem porad językowych. Niby przypuszczenie posiada, że ja coś wiem.

I tak nam się wczoraj złożyło, że wyjaśniałyśmy pisownię pewnego słowa, sięgając przy tym do jego etymologii, gdyż martuuha jest osóbką niezwykle dociekliwą i nie daje się spławiać formami typu "a skąd ja to mam wiedzieć". Uważa po prostu, że wiem i mam obowiązek natychmiast się z nią podzielić. Kocham tę moją martuuhę i się dzielę, no przecież nie będę udawała, że jestem z wykształcenia inżynierem górnictwa. Nawet zwlekłam się z fotela i poszłam na pięterko po Brücknera, który co prawda niczego nie rozjaśnił, ale dał nam chwile radości (Marcie jedną, mnie - jak zwykle - znacznie więcej). Owszem, mam w domu TEGO Brücknera z 1927 r. Mam i nie oddam*.

Dzięki tej chwilowej, nocnej uczcie intelektualnej, wpadł mi do głowy pomysł, żeby urządzić tu sobie kącik polonistyczny. Od razu podkreślę, że do niczego nie aspiruję, tytułów nie posiadam (magister to nie jest tytuł naukowy) i ogólnie się nie szanuję. Ale powiedzmy, że czasami coś gdzieś dzwoni, trzeba tylko ustalić w którym kościele. Na bardziej skomplikowane pytania odpowiada profesor Bańko. (Tak mówię, jakby się ktoś zapomniał). Są jednak sprawy proste. Jak na przykład słynne nie.

Pisowania łączna i rozdzielna przeczenia nie z różnymi częściami tego, co chcielibyśmy przekazać światu, ma swoją długą historię, okraszoną wstrętem użytkowników. Jeszcze z czasownikami to było w miarę łatwo. Od początku rozdzielnie (no, pewnie że z wyjątkami, ale dość klarownymi, czyli: niedowidzieć, niedosypiać, niecierpliwić się, nienawidzić, niecierpieć = nie znosić). Ale zaraz potem zaczynały się schody.

Co do pozostałych kwestii, to już musiano walnąć ludzkość edyktem. W związku z powyższym w roku 1918 Akademia Umiejętności zarządziła, że owo uprzykrzone nie należy pisać łącznie również z zaimkami, przysłówkami, przymionikami i rzeczownikami. Nie wpadła azali na pomysł, być wcisnąć kaganek oświaty w imiesłowy. Jednak nie zamierzam przed Państwem ukrywać, że w słownikach można było w owym czasie spotkać zalecenia, dotyczące pisowni łącznej partykuły nie z imiesłowami przymiotnikowymi, czyli: niedouczony, niedozwolony czy też nieopłacony (który to imiesłów, zwłaszcza w połączeniu z rzeczownikiem rachunek, jest mi ostatnio szczególnie bliski).

A co potem? Tylko gorzej. Nadszedł rok 1936, a z nim upragniona i wyczekana reforma ortografii. Parę spraw wyprostowano, dowalając jednocześnie imiesłowom tak, że statystyczny Polak - jeśli jeszcze do tej pory tego nie zrobił - właśnie zaczął nienawidzić wszystkich tych cholernych imiesłowów, niech je dunder świśnie. Żeby różnicować pisownię w zależności od znaczenia?! Bogobojny człowiek nie robi takich rzeczy!
A jednak.

No i się zaczęło.
Palacze, choć w danej chwili nie palący, nie powinni siedzieć w przedziale dla niepalących.
Niezbadane wyroki losu wiodą nas w gąszcz dziedzin nie zbadanych.
Mężczyzna ten miał temperament niepohamowany - nie pohamowany był żadnym zakazem.
Jednym słowem - zasadodawca zażądał od użytkownika wiedzy doprawdy tajemnej, czyli rozróżniania dwóch typów imiesłowów przymiotnikowych: w znaczeniu przymiotnikowym lub czasownikowym.
Litości.

Ale, ale! Nie wszyscy poloniści są takimi świrami, jak podejrzewacie! Piąta kolumna została utworzona, przegrupowana i rozpoczęła atak... trwający bez mała lat 61. Zasadniczo niektórzy opozycjoniści pomarli. Nawet może ich dzieci pomarły. Ale wnuki, napędzone dwoma pokoleniami podjudzaczy, doprowadziły wreszcie do stanu, o którym marzyliśmy wszyscy przez długie lata.

Moi Drodzi! Informuję Was uprzejmie, że istnieje Błogosławiona Uchwała Ortograficzna Nr 1 Rady Języka Polskiego w sprawie pisowni nie z imiesłowami przymiotnikowymi (przyjęta 9 grudnia 1997 r.), która brzmi:
Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni "nie" z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

Prawda że pięknie? Kamień z serca. Jak pisać? Razem! Razem pisać! Nie dumać, nie kombinować, nie sięgać do kompetencji językowych, tylko RAZEM PISAĆ**! Ufff...
Cieszycie się?

Wiem, wiem, część z Was jest zapewne zaskoczona. Szczególnie faktem, że to już w 1997 r. (uprawomocniło się w 1998). Ale oj tam. Kto (oprócz mnie) śledzi pracę Rady Języka Polskiego?!
Zwłaszcza że ostatnio jakby przysnęła. Opiniuje tylko te imiona dla USC i opiniuje.
Nuda.



Posiłkowałam się artykułem jednego z moich wykładowców - profesora Edwarda Polańskiego. Pełną treść (polecam!) można znaleźć tutaj.
Natomiast do RJP - tędy. A do umiłowanej uchwały - tędy.


* Starsze książki też (buchacha!!!).
** Kto jeszcze tego ode mnie nie słyszał? Word to nie jest słownik. Word jest głupi. Będziecie się radzić idioty?!

1365

Ktoś powiedział, że zemsta to danie, które najlepiej smakuje na zimno. Był to człowiek przepełniony mądrością. Krynica. Chwała mu.

Chwila mojego tryumfu nadchodzi. Jest już blisko. Rączki zacieram.

I tak się jakoś układa, że to, co spędzało mi sen z powiek, denerwowało - niepotrzebnie przecież, niebawem obróci się przeciw sprawcy. Mało tego, z całej afery wynika kilka dobrych dla mnie rzeczy, bo ja wiedzę uważam za jedną z najwyższych wartości.

Może ja wreszcie zaczynam iść w dobrym kierunku?

28 listopada 2013

1364

95 lat temu, 28 listopada 1918 r. marszałek Józef Piłsudski podpisał dekret, na mocy którego Polki uzyskały prawa wyborcze. Mamy więc co dziś świętować, Drogie Panie.

A poza tym ładnie się zbiegło z numerem notki. W roku 1364, staraniem króla Kazimierza Wielkiego, powstał Uniwersytet, dziś zwany Jagiellońskim.

Fajnie być kobietą. Inteligentną kobietą jeszcze fajniej. Wypijmy za to!


I teraz to naprawdę brakuje guzika "lubię to" ;o)

1363

Całkiem niespodziewanie napadła mnie dziś jedna z ulubionych piosenek w wykonaniu Anny Marii Jopek (i oczywiście trzyma).


Chodzę sobie i mruczę, mruczę sobie i chodzę. Wiecie, jak to jest. I nagle...


Pogadajmy o cichych wielbicielach. To swoisty gatunek, naprawdę. Mawia się, że każda przyzwoita kobieta powinna mieć przyjaciela geja, ale ja uważam, że choć jednego cichego wielbiciela. Żeby można było za lat iks, w długie zimowe wieczory, trzęsąc się starczo - opowiadać wnukom (wnuczkom!): och! jak on się we mnie kochał!

Onegdaj w zdecydowanie za krótki i zdecydowanie niewieczór opowiedziałam martuuże (żebyś wiedziała, że tak, skoro piszesz przez h) o moim osobistym cichym wielbicielu, co nie doprowadziło jej do spazmów ze szczęścia tylko dlatego, że jest niezwykle dobrze wychowana. W każdym razie nie omieszkała wydobyć na światło dzienne kilku niepochlebnych uwag pod moim adresem. (Znowu kwestia bruzdy - lub też jej braku, kto wie - wypłynęła).

Otóż mój wielbiciel był tak cichy, że o samym fakcie dowiedziałam się od osób trzecich, zupełnie przypadkiem, w dodatku dwadzieścia lat później. Mogłabym wręcz zaryzykować twierdzenie, że był kompletnym idiotą, choć martuuha sugerowała nieco odmienne rozwiązanie. (Jest bezpośrednia). Prawdopodobnie skrywanie tego uczucia przed zainteresowaną naprawdę wiele go kosztowało. Nie był bowiem w moim życiu osobą przypadkową, tkwił tam naonczas lat z piętnaście, widywaliśmy się na co dzień. Gdy o tym obecnie myślę, to naprawdę żal mi chłopaka (no, dobra, dziś ma czterdzieści lat). Kochać się bez wzajemności w osobie spotykanej przynajmniej raz dziennie, musi być mordęgą.

Niedługo po tym, gdy tzw. osoby trzecie wyjawiły mi tę latami skrywaną tajemnicę, a ja pozwoliłam im śmiać się z mojej skrajnie zdziwionej miny przez godzinę, natknęłam się na cichego wielbiciela w internetach. Podejrzewam obecnie, że to nie był przypadek, w dodatku to nie ja się na niego natknęłam, tylko mnie odnalazł. I pierwszy raz, tak na oko po trzydziestu latach znajomości, zaproponował mi pójście na kawę! (Po śląsku to się nazywa langelajtung*). No, pewnie że się zgodziłam! W końcu w latach szczenięcych spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu i NAPRAWDĘ go lubiłam.
A w dodatku, posiadłszy wiedzę tajemną, chciałam go poobserwować (suka).

I co? Jajco. Nawyk zwyciężył. Na kawę nie poszliśmy, a z internetów zniknął. I tyle go widziałam. Proceder ten zapewne potrwa do końca czyjegoś życia.

Dziewczyny! Nie bądźcie takie! Sprzedajcie jakąś historię o swoim cichym wielbicielu, co? Albo chociaż o takimż koleżanki (siostry, kuzynki). Uwielbiam opowieści!


* coś w stylu: zwolniony refleks

27 listopada 2013

1362

Kiedy dotarła do mnie informacja, że TVP1 postanawia po przeszło dwudziestu latach wskrzesić Kobrę, poczułam ten miły dreszcz, który towarzyszy mi, gdy dowiaduję się, że (ach!) wreszcie wznowiono "Cholonka", w telewizji niepublicznej jakiś maniak wygrzebał spod kurzu "Zacne grzechy" lub mogę kupić na DVD "Kolację na cztery ręce". Dla smaku dodam, że po obejrzeniu tej ostatniej wstałam z fotela i biłam brawo. Tak, u siebie w domu. Aż cud, że się nie popłakałam. Geniusz w czystej postaci.

Naturalną konsekwencją było więc i napisanie notki, i informacje na fejsie. Ludzie - bierzcie i jedzcie. Nie będę takich wiadomości zostawiała zazdrośnie dla siebie. Mam nadzieję, że przyłożyłam rękę do oglądalności, czyli ok. półtoramilionowej widowni ostatniego Teatru Sensacji. Krzew się, kulturo. Rzadko się widujemy.

Pełni zapału zgromadziliśmy się przed telewizorem z dziesięciominutowym wyprzedzeniem. Sensacja to nie lada - mało się u nas ogląda telewizji, a już kupą... niespotykane. Żeby tylko to niepospolite wydarzenie nie było łabędzim śpiewem.

Dawno już nie oglądałam sztuki zagranej tak źle. Właściwie - niezagranej w ogóle. Trudno mówić nawet o aktorskim rzemiośle, artyzm pomijam. Czwórka aktorów, z których cokolwiek dobrego można by powiedzieć jedynie o Fryczu, choć i on zagrał zdecydowanie poniżej swoich możliwości. A rólkę, choć maleńką, miał całkiem przyzwoitą, i wydobyć z niej mógł o wiele, wiele więcej.
Karolak - człowiek, który w każdych okolicznościach gra tylko siebie. Sympatyczny i dający się lubić, ale niezdolny kompletnie do wyjścia poza ramy własnej cielesności i charakteru. Nie potrafię o nim nawet powiedzieć: aktor charakterystyczny. To po prostu Karolak, zupełnie odrębny gatunek. Dobrze mu w rolach łapiących za serce, zabawnych, lekko podstarzałych, niegrzecznych Piotrusiów Panów - przypuszczalnie taki ma właśnie charakter.
Baar - znakomity dowód na to, że wygląd to nie wszystko. Ładna twarz, zgrabne nogi i pustka. Mimika na poziomie ameby. Płaska, pozbawiona wyrazu, niemająca zupełnie nic do przekazania. Całkowicie położona, jedyna w tym spektaklu rola kobieca. Smutek i sromota. Żartowaliśmy, że najlepsza scena z jej udziałem to ta, gdzie Karolak wnosi ją do pomieszczenia zawiniętą w dywan. I człowiek ma nadzieję.
I wreszcie Woronicz, który swoim brakiem przygotowania na poziomie elementarnym zepsuł całe przedstawienie. Człowiek normalnie w pewnym momencie przestawał śledzić akcję i zaciskał pośladki w oczekiwaniu na kolejną wpadkę. Nie potrafię napisać nic, poza: żenujące. A przecież znam tego aktora i wiem, że potrafi.

Scenariusz? Niczego sobie. Na pewno można było wydobyć z niego i humor, i napięcie.
Scenografia? Nic ciekawego. Poprawna.
Choreografia? Nieprzemyślana. Aktorzy zasłaniali się czasem i nie grali do widza.
Publiczność w studiu? Dała się ponieść magii bezpośredniego kontaktu (co zresztą w teatrze uwielbiam).
Reżyseria... No, właśnie. Tknęła mnie, nie będę oszukiwać, myśl - a może wszystkiemu winny jest reżyser? Może nie pozwolił się aktorom rozwinąć i to on odpowiada za tę klęskę? Pewnie nigdy się tego nie dowiem.
I wreszcie autor. Szczęśliwie ominęły go wszystkie wpadki werbalne. Ale jak on się musiał czuć, skupiony - z racji bariery językowej - na grze, a właściwie jej braku? To zresztą było widać, gdy wywołano go na scenę. Wyraźnie chciał być miły.
I jeszcze ta eksplodująca optymizmem prowadząca. Coś na kształt: posikajmy się ze szczęścia. Czy naprawdę w dzisiejszych czasach w miarę inteligentny człowiek musi być nieustannie rażony prądem, by mógł odebrać jakiekolwiek bodźce?

Paradoksalnie pomyślałam dziś, że ta klapa ma jednak pozytywny wydźwięk. Pół Polski właśnie... rozmawia o teatrze! Czy można sobie życzyć czegoś więcej?

Będę oglądać wytrwale wszystkie następne przedstawienia, które - żywię głęboką nadzieję - telewizja zechce nam zaprezentować. Jakieś zasady trzeba mieć. Prawda?

1361

Pewien Bob Budowniczy


otrzymał dar serca matki w postaci swojego pierwszego "dorosłego" łóżka. Matka natomiast otrzymała dar serca Boba w postaci nocy spędzanych w pojedynkę. Oboje wydają się zadowoleni z zaistniałej sytuacji.
Dowód (połowniczny, ale zawsze):


Wpadłam tam dziś na chwilę, korzystając z przytomności Boba (zwykle, gdy przypływam, on odpływa). Na mój widok zawył radośnie:
- Ciociuuuuuu! A widziałaś moje nowe łóżko?! Mama takiego nie ma!!!
Widziałam, ale nie podzieliłam się z nim tymi szczegółami. Co ma się dziecko nie cieszyć.

1360

Ostrzeżenie: NIE JEMY, NIE PIJEMY! Żeby mi potem nie było.

Nie mogłam się oprzeć...
Oczywiście chciałabym umożliwić wszystkim obejrzenie tego filmu tutaj, ale blogspot pozwala wyłącznie sięgnąć do YouTube'a albo zasobów osobistych. Więc zapraszam do przeskoczenia na chwilę w inne miejsce. Nie pożałujecie.

Wraz z córką rozważamy kwestię wdrożenia tej techniki.

23 listopada 2013

1358

Lubię sobie czasem zajrzeć do snafu, choć czarne tło z białymi literkami bardzo mi szkodzi na oko. Wierzę więc, że świat docenia mój wysiłek, jakim jest dobrnięcie do końca tekstu.

Tym razemu snafu wzięła na warsztat udane związki i naprawdę fajnie jej wyszło. Lubię takie poczucie humoru. A i rady są nie od rzeczy. Trudno się do czegoś przyczepić.

W książce doszłam do bardzo poważnych momentów, traktowanych zupełnie niepoważnie. I czuję, że jak skończę, to będę to musiała przeczytać to jeszcze raz. Bo myśli są dobrze ułożone. Posegregowane. Ubrane we właściwe słowa. Przyda się.

Dalej drażni mnie korekta. Nic za to nie mogę. Zęby bolą.

1357

Nigdy nie podejrzewałam, że będę do czegoś takiego namawiać, ale... mamy szansę wskrzesić Kobrę!

Kto to jeszcze pamięta? Kobra leciała w czwartki - ulice wymierały. Ludzie siedzieli w domach, świetlicach, zakładali się o pieniądze "kto zabił". Część spektakli przeszła do historii, jak jedna ze sztuk Edgara Wallace'a, w której Andrzej Łapicki grał policjanta. Spektakl szedł na żywo. Podczas przesłuchania komisarz usiadł w fotelu, a ten się pod nim załamał. Łapicki miał nerwy ze stali - wstał z podłogi, posprzątał resztki mebla i dalej przesłuchiwał. Na stojąco. Następnego dnia w prasie pisano głównie o tym.

Doskonale pamiętam to podniecenie, gromadzące wszystkich przed telewizorami. Nie było opcji, by opuścić Kobrę. Moja mama pracowała popołudniami i wieczorami, była pośrednikiem ubezpieczeniowym. W czwartki zawsze wracała wcześniej. Chciała obejrzeć spektakl. No i nie było po co pchać się ludziom do mieszkań w tym czasie - wszyscy, jak przyciągani niewidocznym magnesem, lgnęli do ekranów.

Kawał dobrej telewizji, naprawdę.

W najbliższy poniedziałek TVP 1 wyemituje dwuaktówkę Rogera Mortimera-Smitha "Dawne grzechy". Tym samym na ekrany po przeszło dwóch dekadach powróci Teatr Sensacji. Podobno na stałe - jeśli premiera zgromadzi odpowiednio dużą widownię (niestety nie wiem, ile to jest "dużo"). Sądzę, że w zalewie bylejakości - warto.

W związku z tym zachęcam do rozsiadania się przed telewizorami. Tak, ja - znany nieoglądacz - zachęcam. A to chyba coś znaczy.

Pamiętajcie: TVP 1, poniedziałek, godz. 20.25. Może uda się nam jeszcze coś uratować.

22 listopada 2013

1356

Przepraszam, jak kogoś to nie zachęca, to mam jeszcze taki cytacik. Rzecz dzieje się w trzynaste urodziny autorki. Caz jest jej młodszą o dwa lata siostrą. Weena - o lat cztery.

   Przewracając oczami z pogardą Caz wręcza mi urodzinową laurkę. Na obrazku widnieję ja z nosem zajmującym mniej więcej trzy czwarte twarzy. W środku tekst: "Pamietaj: obiecałaś, że gdy skończysz 18 lat, to się wyprowadzisz, a ja będę mogła zająć twój pokój. Jeszcze tylko pięć lat! Chyba że wcześniej umrzesz! Wszystkiego dobrego. Caz".
   Weena ma dziewięć lat - treść jej laurki też dotyczy mojej wyprowadzki i odziedziczenia po mnie pokoju. U niej jednak tekst wypowiadają roboty, co sprawia, że wydźwięk tych życzeń jest mniej osobisty.

Płakałam przy tym fragmencie.


1355

Martuuha się upominała o cytaty i w pewnym momencie jeden wpadł mi w oko, pewnie z pobudek osobistych. Więc go zaprezentuję. Od razu zaznaczam, że z cytatami z tej książki jest naprawdę ciężko, bo akcja i tok myślenia wartkie, trudno gdzieś zacząć i skończyć. A całej książki nie będę tu przepisywać. Aż tak daleko moja skłonność do podlizywania się czytelnikom nie sięga.

Czyli jesteśmy w następującym miejscu: autorka dojrzewa, zaczęła miesiączkować, zmienia się jej ciało. Ogólna rewolucja. Chichram się, bo nie prowadziłam pamiętnika w analogicznym okresie i zupełnie nie potrafię sobie przypomnieć, jak to u mnie przebiegało. Ale pewnie podobnie, bo człowiek dorastający jest potwornie egzaltowany.

   Oczywiście, wiem, że wiek dojrzewania to niezwkły czas... odkrywania. Przestudiowałam podręcznik anatomii Henry'ego Graya w poszukiwaniu pikantniejszych kawałków. Mogę zacytować linijka po linijce cały rozdział o zmianach, które zachodzą w układzie nerwowym dziewcząt i chłopców - o tym, jak nastoletni mózg eksploduje pod wpływem hormonów płciowych.
   Istota biała - czyli włókna nerwowe wyglądem przypominające druciki - wyznacza sieć autostrad, po których porusza się rozsądek. Mózg rozbłyskuje jak Wschodnie Wybrzeże o zmierzchu - pulsowanie świateł, eksplodujące gwiazdy, spirale i fale. W wieku lat czternastu mój organizm to jeden wielki eksperyment. Doznaję wewnętrznego wskrzeszenia. Jestem w samym centrum pewnego rodzaju eksplozji możliwości, za które w późniejszych latach będę musiała sporo zapłacić, by w nocnych klubach, na imprezach, w toaletach - odliczając kilka dych na pigułki - choć w jednej dziesiątej poczuć się tak niepohamowaną, rozluźnioną i szczęśliwą.
   (...) Podobnie jak wszystkie nastolatki mam poczucie, że z powodzeniem zastąpiłabym każdego dorosłego na świecie. Mogę być, kurwa, geniuszem.
   (...) A 14 marca 1990 roku notuję: "Odkryłam sens życia: zespół Squeeze i ich Cool For Cats! Ale dają czadu!".
   Jednak szczerze mówiąc, jestem tak zajęta gaszeniem pożaru wywołanego fizjologią dojrzewania, że nie mam czasu zajmować się swoim mózgiem ani możliwościami wyzwolenia we mnie jakiegoś geniuszu. Przecież to jakieś wariactwo. Co chwilę pojawia się jakieś gówno. Krwawienie i eksperymentowanie z masturbacją to tylko wierzchołek góry lodowej. Przekształcanie się mojego ciała z czegoś, co dotąd robiło jedynie kupę i układanki, w jakis magiczny dom towarowy, który pewnego dnia będzie oferował dzieci, stanowi teraz główny powód moich zmartwień.

Jak kogoś to nie zachęca, to ja już nie wiem.

1354

My tu sobie gadu-gadu, a drugie piętro stoi. Oto materiał dowodowy. Proszsz...


1353

Usiłuję zrobić sobie dzwonek z kultowego utworu (którego znajomość zawdzięczam Zgredkowi) "Niemiłość 2". Posunęłam się tak daleko, że chciałam zapłacić zespołowi 99 centów - a znana jestem ze skąpstwa, by wejść w posiadanie wersji o dobrej jakości. Okazało się to niemożliwe. Zespół sprzedaje wyłącznie "Niemiłość" (w domyśle: 1). A tam refren brzmi: w nosie to mam.

Protestuję. W nosie to ja mam szczątkowe owłosienie i kozę. Ale już niedługo.

21 listopada 2013

1352

Coś zmęczona jestem, a nie wiem czym. Spędziłam wszak szalenie miłe popołudnie z mamąPiotra (i nawet zdalnie z Piotrem, którego bolał ząb, o czym nie omieszkał nam donieść i pewnie byłby rozczarowany, jak dalece się nie przejęłyśmy). Wypiłyśmy sobie dużo kawy, a następnie ruszyłyśmy na podbój sklepów bieliźniarskich. I to właściwie mamaPiotra powinna być zmęczona, gdyż zmusiłam ją do przymierzenia 15 staników. Co najmniej. I do domu pojechała z pustymi rękami. Na otarcie łez paniom sklepowym, nabyłam ramiączka, bo ktoś mi ukradł. Dorwę drania.

Zapowiadam, że to jeszcze nie koniec, ponieważ nie czuję satysfakcji, gdy mamaPiotra nie ma nowego stanika. I dlatego za skalp zawlokę nie do tych nowomodnych i wypasionych butików, tylko do mojego ulubionego sklepu, gdzie są najfajniejsze braffiterki na świecie. I jest tam też wybór. Nie to co w tych bezdurnych centrach handlowych.

Protoplastów natomiast wywiezłam przed południem do Reala i próbowałam zgubić, ale się nie udało. Na otarcie łez sklep zaoferował mi pakiet dwudziestu czterech rolek papieru toaletowego mola za 13,95. I teraz nie mam go gdzie schować. Problem nie bedzie jednak długo nas męczył, ponieważ oni ten papier chyba jedzą. Zużycie srajtaśmy jest wprostproporcjonalne do brudzenia ubrań.

20 listopada 2013

1351

Dzięki komentarzowi Paćki i osobistej pomysłowości, naszło mnie niespodziewane wspomnienie o najgłupszym operatorze niszczarki, jakiego w życiu widziałam. A debili, co muszę podkreślić z całą mocą, spotkałam naprawdę wielu. Niektórzy się wręcz zapisali złotymi zgłoskami. Ale operator niszczarki chyba najbardziej.

Przyznać trzeba, że wysokiej klasy umiejętności wykazywał od pierwszej chwili, gdy się zobaczyliśmy. Rzadko spotykany egzemplarz. Ale kiedy postanowił zniszczyć sobie kartkę, przebił wszytko. Owszem, słyszałam, że ludzie wkręcają w te noże różne rzeczy. Ale żeby... marynarkę?!
W dodatku zamiast zatrzymać sprzęt stosownym guziczkiem i cofnąć, celem odzyskania resztek, zaczął się szarpać i bawić ludzkość tańcem świętego Wita.

Ktoś litościwy go uratował. Choć uważam, że niesłusznie. Matka Natura chciała wszak zlikwidować wadliwe geny poprzez rozdrobnienie całkowite. I się nie udało. Żal. Żal wielki.

PS Potem został radnym. Lepiej nie pytajcie.

1350

Z nory Zuzanny wydobywa się treść, nasycona dużą dawką dramatyzmu.
- Mówiłam ci, że ojciec Marka umarł?
- Jezusmaria, jakiego Marka?! (Matka Zuzanny analizuje wszystkie rodzinne znajomości).
- Dębskiego.

No tak. Jeszcze nie oglądałam tego odcinka...

1349

Wymiana esemesowa kwitnie.

Matka Zuzanny (z pięterka): Nie zapomnij zabrać śniadania.
Zuzanna (z dołu): Nie zapomnę.

Zuzanna (z uczelni): No i zapomniałam.
Matka Zuzanny (wybita z rytmu): Czego?
Zuzanna: Śniadania!
Matka Zuzanny: Czy Ty teraz widzisz, jaka jesteś niegrzeczna?

Matka Zuzanny wstała o 5.10, zrobiła śniadania na wynos i odwiozła Tego Pana na dworzec w mieście wojewódzkim. I teraz ona uważa, że to jest rażąca niewdzięczność. Foch.

19 listopada 2013

1348

Tuż przed lekcją głośnego czytania.

Prezes: A co ty tam czytasz, że się tak chichrasz?
Matka Zuzanny: Książkę na temat feminizmu. Bardzo śmieszna.
Prezes (poważnie i z zadęciem): Jak na temat feminizmu, to musi być śmieszna.

A teraz zagadka. Gdzie obecnie przebywa Prezes i dlaczego kara będzie trwała tak długo? ;o)

1347

Wszystko, cholera, przez Zakurzoną. Mało jej było ten cholerny blog o książkach prowadzić, wodzić mnie na pokuszenie we dnie i w nocy, ostatnie grosze z portfelika mi wyłuskiwać. Flądra. Mało jej było, jeszcze sobie vloga założyła z drugą taką samą wariatką i gadają do mnie, a ja nałogowo tego słucham, listonosz mnie przez to znielubił, bo nosić musi.
Trochę Kurtury - apeluję o trochę kultury!

Wzięła mi tu pokazała ostatnio


I ja teraz się muszę chichrać z poważnych rzeczy. Bo książka jest o feminizmie, ale doprawdy z drygiem napisana. Czytam w domu wyjątki na głos, bo się okazuje, że na świecie więcej takich świrusów, jak my. To pewnie jakiś wirus.

To idę czytać. Co tu będę głupoty pisała, jak mi książka stygnie.


Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dodała, że wydawnictwo Sonia Draga powinno się minimalnie ogarnąć w zakresie korekty. Ale oj tam.

18 listopada 2013

1346

Drodzy Dobrzy Ludzie!

Jak co roku o tej porze, bierzemy się za Robótkę. Nie będę się przesadnie rozpisywała, bo sa tacy, co to zrobili lepiej i do nich Was odsyłam. Znaczy tych, co pierwszy raz. Bo ci, co zawsze, to wiadomo.
Bebe, jak co roku, machnęła piękny sztandar. O:


A my machniemy karteczki. Prawda, że machniemy? No, pewnie!

Czyli tak: w wolnej chwili powieszę Robótkę z boczku, a tymczasem gnajcie do Kaczki i Bebe.
Możecie też na fejsbóczka, jak ktoś lubi.

1345

Zuzanna (wychodząc z domu): Mamo... Nie mogę, jak na ciebie patrzę.
Matka Zuzanny: Aleosochoci?
Zuzanna: Jesteś rozczochrana i odziana w T-shirt z krową na piersi.
Matka Zuzanny: Co chcesz od T-shirta? Jest piękny.
Zuzanna (wzdycha): Kiedyś wyglądałaś inaczej (kostiumiki i szpilusie - przyp. autorki).
Matka Zuzanny: I co, tęsknisz za tym?
Zuzanna: Jak się zastanowić, to tak jest nawet śmieszniej.

Rozczochrana? Można mieć rozczochrane włosy długości 1,5 centymetra? Ja to jestem zdolna!

17 listopada 2013

1344

Przyszedł dziś kolejny mail nie do mnie i straciłam cierpliwość. Zadzwoniłam do mojej imienniczki (i nazwiskniczki), przedstawiłam się, wywaliłam kawę na ławę i uprzejmie poprosiłam o usunięcie defektu.

Pani okazała się sympatyczna, bardzo mnie przepraszała, obiecała, że to się już nie powtórzy, bo będzie bardziej uważna. Ostrzegłam, że w razie czego znam jej adres, co ja wybitnie rozbawiło. Jakoś mniej się śmiała, gdy opowiedziałam o działalności gospodarczej jej małżonka. Tak to jest, drogie państwo, jak różne instytucje naruszają stosowną ustawę.

Tymczasem odsłoniłam przed Panem i Władcą głęboko skrywaną tajemnicę w postaci jednego z zespołów muzycznych z czasów mojej głębokiej młodości. Zespół nazywał się Dr. Hackenbush i śpiewał takie piosenki, że słuchając ich po dwudziestu pięciu latach płaczę ze śmiechu. Pan i Władca też płacze, gdyż jako żywo ów nurt w muzyce rockowej był mu całkowicie obcy, więc żywi pretensję, że przez ćwierć wieku nie mógł sobie podśpiewywać pod nosem.

Szczególnie do gustu przypadł mu utwór wdzięczny, a nieskomplikowany.


Są na YT lepszej jakości nagrania ścieżki dźwiękowej, ale chciałam pokazać tę ATMOSFERĘ!

I teraz mamy wytrych. Mówię na przykład:
- Do cholery, znowu pisze do mnie jakiś wór ze sklepu z rękodzielnictwem i upiera się, że to ja u niego kupuję, choć mu tłumaczę wszystko, jak krowie na rowie.
A on na to z góry:
- To pisz do niego, pisz. (Przechodzi na śpiew) Jebał cię pies... itd.

16 listopada 2013

1343

Matka Zuzanny: Gdzie jest cola?!
Zuzanna: Jak chcesz, to ci mogę szklankę zwymiotować.

1342

Ostatnio moje myśli oscylują wokół określenia "wystarczająco dobrze". Zastanawiam się, z czego mogę zrezygnować, by moje życie było wystarczająco dobre. Co trzeba mieć, żeby żyć, a co można odpuścić. Czy naprawdę trzeba koniecznie posiadać różne rzeczy, żeby poprawnie funkcjonować? Wtajemniczeni wiedzą oczwiście, że nie mam na myśli przedmiotów materialnych, bo bez nich znakomicie daję sobie radę. Lubię mieć możliwość kupienia sobie ulubionych perfum, ale bez nich też ogarniam i nawet nie czuję żalu. Mam ponad 80 par butów. Czy gdybym miała mniej, czułabym się nieszczęśliwa? Bynajmniej.

Dotychczasowe życie przyzwyczaiło mnie mnie do możliwości. Podkreślam: szeroko pojętych. Dziś zastanawiam się nad posiadaniem, ale nie materialnym. Co daje mi poczucie bezpieczeństwa? Czy do tego jest mi potrzebny jakiś inny człowiek, czy mogę zaspokoić ten głód w pojedynkę? Czy dostrzegam swoją wartość, niedodbitą w oczach drugiego człowieka? Czy potrafię sama sobie powiedzieć: jestem kimś ważnym, mam coś, co mogę dać światu i wcale nie muszę tego widzieć w oczach innych ludzi?

Fajnie jest być chwalonym. Swoje poczucie wartości budować na docenieniu, uczuciu, że jest się potrzebnym, nieodzownym. Czy potrafię to zbudować sama? Zrozumieć, że nie potrzebuję lustrzanego odbicia? Uwierzyć, że moja wartość wynika ze mnie samej, a nie czyjeś akceptacji?

Mnóstwo we mnie ostatnio wątpliwości i pytań. Sytuacja poniekąd temu sprzyja, bo żaden Indianin nie stoi nad ogniskiem i nie nadaje znaków dymnych (och. jaka jesteś milusia i niezastąpiona). Mam czas, by się zastanowić nad sobą. Jest mi cholernie ciężko, ale wierzę, że to dobre. Wszystko istnieje po coś. Wiem, że to specjalnie dla mnie. Ale strasznie, strasznie mi z tym ciężko. Znikąd wsparcia. Muszę pracować sama. Pracuję. Choć czasem to jest okupione łzami. (Druga-mamo - nie potrafię przysiąc, że nie chciałabym siedzieć teraz w Twojej kuchni).

Już niedługo zrozumiem, że jestem wartością samą w sobie. Dziś chciałabym, żeby mnie ktoś uratował.
Ani się waż, królewiczu na białym koniu! Zasadniczo to... wal się. Idź sobie ratować inne królewny.

1341

(na melodię ludową)

Sklejam sobie, sklejam,
aż się mózg lasuje.
A jak coś posklejam,
to się rozlatuje!

U-HA!

Wersja alternatywna części drugiej:

Chyba zaraz je..ę
albo nogą grzebnę!

Macierzyństwo bez lukru na finiszu. Łaskawie ostrzą zęby i pazury.

15 listopada 2013

1340

Zuzanna: A wiesz, że struś ma gałkę oczną większą niż mózg?
Matka Zuzanny: Podejrzewam o to samo kilka znanych mi osób.

1339

Donoszę uprzejmie, że pani, która w pierdyliardzie sklepów internetowych podaje mój adres mailowy zamiast swojego, ma się znakomicie. Dzięki jej działalności prowadzę rozległą korespondencję z wieloma podmiotami gospodarczymi, co pozwala mi się zorientować w ogólnym poziomie intelektualnym społeczeństwa. Dawno już minęły czasy, kiedy przytulałam do serca myśl, że bezrobocie ma swoje zalety w postaci możliwości unikania ludzkiego debilizmu. Otóż nie. Kretyni znajdą człowieka nawet w jego własnym domu i to za zamkniętymi drzwiami.

Co ciekawe, nikt (podkreślam) jeszcze mnie nie przeprosił, że spamuje mi do skrzynki. Jedno niewielkie słowo znacznie poprawiłoby mi nastrój, naprawdę. Ja oczywiście rozumiem, że to nie ich wina, że baba jest kopnięta, ale jak już sobie wyjaśnimy sprawę, a oni dalej pchają spam, to w sumie byłby całkiem nie od rzeczy napisać "przepraszam". A nie pouczać mnie, że automat. To weź, worze, wyedytuj bazę i w miejsce mojego maila wpisz swój. niebywale skomplikowana operacja.

A babsko zajmuje się rękodzielnictwem. I na potęgę kupuje kilogramy półproduktów do dekoracji.
Strzeż się, kobieto, bo wiem, gdzie mieszkasz.

14 listopada 2013

1338

W pełnym rozpasaniu nabyłyśmy sobie kapcioszki. Ja mam róziowe. Ona ma białe (i wyciera nimi podłogę, cholera).


W kapcioszkach jest baaardzo cieplutko. Lubię takie przedmioty. Szczególnie za 15,99 zł.

1337

Czy ja już kiedyś mówiłam, że nie zawsze od razu wiemy, dlaczego coś się dzieje? I myślimy często: okropne, męczące, za co mnie to spotyka? A po jakimś czasie wszystkie elementy układanki trafiają na swoje miejsce i okazuje się, że to było najlepsze, co mogło nas spotkać. Że było nam potrzebne z różnych przyczyn. A to, by się czegoś nauczyć. A to, by naprawić jakieś popełnione wcześniej błędy. Stać się kimś lepszym.

Im jestem starsza, tym mi w pewnym sensie łatwiej. Nie znaczy to oczywiście, że nie przeżywam, nie płaczę, nie złoszczę się, nie tupię nogami i nie wygrażam niebiosom pięścią w bezsilnej złości. Pewnie że wygrażam. Ale krótko. Łatwiej mi się opanować i spróbować myśleć o wielu sprawach inaczej niż wtedy, gdy się zdarzały. Po prostu dumam: czego mam się nauczyć?

Przeczytałam niedawno (cytuję z niczego, czyli z głowy), że wszystko, co się dzieje, dzieje się DLA nas. I im wcześniej to zrozumiemy, tym będziemy szczęśliwsi. Coś w tym jest, trzeba się tylko otworzyć, co bywa dość trudne.

A wiecie, czemu to piszę? Bo wciąż kopię się z tym stypendium socjalnym. Dziś byłam w ZUSie. Dzięki tej wizycie wykryłam kilka nieprawidłowości, które - dzięki sprzyjającej koniunkturze - można wyprostować. Gdyby pani z kwestury (pozdrawiamy serdecznie) nie była taka skrupulatna, pewnie wyszłoby to na jaw za 10 lat (ZUS ma czas). I kto wie, jakie wtedy byłyby problemy. A tak... nauczyłam się nowych rzeczy. Naprawię stare błędy. Usunę problem, który się pojawił, a zupełnie nie miałam świadomości, że istnieje, wprowadzona w błąd przez fachowca.

Owszem, to wszystko jest kłopotliwe. Ale chyba warto, co? No to mam za co dzisiaj podziękować.

12 listopada 2013

1336

Zdążam sobie w kierunku domu. Dostrzegam nadjeżdżający z przeciwka samochód Zuzanny. Mijając się, podnosimy w identycznym geście lewe dłonie i uśmiechamy się do siebie. Lubię to moje pełnoletnie dziecko. Serio. (Bo kochać to jedno, a lubić - czasem osobna wartość).

Oczywiście osobną kwestią pozostaje jej powrót z ostatnionastej, osobistej imprezy urodzinowej, gdyż poniósł ją melanż, wróciła o dziewiątej (tak, rano), spała w tramwaju, co pozwoliło jej minąć Chorzów lekką ręką. Niedzielny poranek, lokalna żulia i moje dziecko jednorodne, śpiące w tramwaju. Na pocieszenie - Ola też zasnęła. W autobusie. Wysiadła po nawrocie na pętli. Moje na to nie wpadło i z Bytomia dojechało taksówką. Dobre i to.

Batalia o stypendium trwa. Pani z kwestury pisze maile, ja piszę maile, dzwonimy do siebie, niedługo umówimy się na kawę. Zapłaciłam już czesne dwukrotnie, kasy ni słychu, ni widu, coraz weselsza atmosfera. Szykujcie cebulę, chleb może być suchy, namoczymy w rosołku Knorra. (Spakujcie rosołek). Jestem, jak się okazało, przypadkiem jedynym w swoim rodzaju. Na moją nieśmiałą uwagę, że zasadniczo wystarczyłoby się oprzeć na zaświadczeniu z urzędu skarbowego i oświadczeniu delikwenta, które wszakże obejmuje swym skrzydłem opiekuńczym kodeks karny, interlokutorka wzdycha:
- Żeby pani wiedziała, jakie rzeczy studenci w oświadczeniach wypisują, toby pani nie uwierzyła.
Owszem, uwierzyłabym, nie jestem znowu taki Tomasz. A niech się życia uczą, raz ich skubnie prokurator, to będą uważali. Proste jak budowa cepa.

I tak sobie płyniemy. Vivere non est necesse, navigare necesse est - jak mawiali starożytni. No to azymut na jakąś spokojną przystań iiii... WIOSŁUJ, WIOSŁUJ! OD CZEGO MASZ RĘCE, JAK NIE WIOSŁUJESZ?!

11 listopada 2013

1335

- Zrobię coś wypasionego w ten listopadowy wieczór - informuje córka ze swojego pokoju. - Zmienię pościel i opróżnię śmietnik.

Łał.

1334

Jak doprowadzić ludzi do pasji prawie nie używając rąk.
Oraz, oczywiście, #zadługienieczytam.

Punkt pierwszy: publikuj regularnie i przyzwyczaj wszystkich do swojej aktywności.
Punkt drugi: zamilknij na dłuższy czas nie podając powodu.
Punkt trzeci: wróć i napisz coś, co wszystkich wkurwi.


Malala Yousafzai powinna natychmiast zniknąć z przestrzeni publicznej!

W roku 2013 do Nagrody Nobla nominowano szesnastoletnią Pakistankę - Malalę Yousafzai. Uznano ją za aktywistkę, działającą na rzecz dostępu do edukacji oraz praw kobiet. Ponieważ nie każdy śledzi tego typu wydarzenia, pozwolę sobie przybliżyć je w skrócie.

W roku 2009 w Pakistanie rebelianci zaatakowali siły rządowe i przejęli władzę, opanowując całą dolinę Swat, w której żyła rodzina Yousafzai. Wprowadzono prawo szariatu, zamykając szkoły i drogę do edukacji zamieszkałym tam dziewczynkom. W tym czasie do ojca Malali zgłosił się znajomy, który poszukiwał osoby, mogącej na stronie BBC poprowadzić blog na temat zaistniałej sytuacji. Indagowany zaproponował swoją, naówczas dwunastolenią, córkę. Tak zaczęła się historia, której finał obserwuje dziś cały świat.

Malala podjęła się zadania i rozpoczęła publikowanie pod pseudonimem, który bardzo krótko skrywał jej prawdziwą tożsamość. W międzyczasie dolina Swat została odbita przez wojska rządowe, a sama Malala uznana za dziecięcą bohaterkę i licznie uhonorowana. Jednak talibowie o niej nie zapomnieli, grożąc i nastając na nią. Trzy lata później do autokaru, wiozącego uczniów do szkoły, wdarł się zamachowiec i postrzelił Malalę w głowę i szyję, w wyniku czego długo walczyła o życie, a uszczerbek na zdrowiu będzie jej towarzyszył do końca.

Świat zachodni ruszył na pomoc. Rodzina Yousafzai zamieszkała w Wielkiej Brytanii, Malalą zajęła się tamtejsza służba zdrowia, sprawę nagłośniono, przyznano dziecku Nagrodę Sacharowa i zgloszono jej kandydaturę do pokojowej Nagrody Nobla, której finalnie nie otrzymała.
I bardzo dobrze.

Cała sprawa jest dla mnie absolutnym skandalem. Obwiniam za tę sytuację wszystkich, poczynając od rodziców Malali i kretyna z BBC, poprzez władze pakistańskie, media, rządy państw europejskich i Stanów Zjednoczonych, na zwykłych, szarych obywatelach tych ostatnich kończąc. Każdy z wymienionych zachował się jak hiena, żerująca na bezpieczeństwie dziecka. I to podkreślam z całą mocą. Malala nie jest żadna bojowniczką, działającą na rzecz dostępu do edukacji. Jest dzieckiem, któremu zabroniono się uczyć, choć marzyła o karierze lekarki. Nie jest też działaczką na rzecz równouprawnienia kobiet. I nie jest nawet kobietą. Jest dzieckiem. Bezwolnym i zmanipulowanym przez dorosłych, którzy dostrzegają problem i, zamiast go zlikwidować, na pierwszą linię frontu posyłają dwunastolatkę.

Jak to się stało, że ojciec Malali sam nie próbował walczyć, choćby słowem, o dobrostan swojej córki? O czym myśleli rodzice, gdy wystawili córkę pod lufy talibów? Jak mało mają wyobraźni i czym tak naprawdę kierują się w życiu? Bo nawet niewyedukowana i pochodząca z priwislańskiego kraju osoba zdaje sobie sprawę, że talibowie to maniacy religijni, którzy nie cofną się przed nikim i niczym.
Co skłoniło dziennikarza BBC do przyjęcia propozycji, aby dwunastolenie dziecko narażało się na bestialskie ataki? W imię czego? Czy naprawdę chodziło o czyjekolwiek prawa?
Gdzie były władze Pakistanu, kiedy do małej dziewczynki przychodziły listy z okrutnymi pogróżkami? Jak zabezpieczono ją przed ich realizacją?
Gdzie jest Zachód, kiedy prawa kobiet łamane są w bezwzględny, bezlitosny sposób? Co robią rządzący, by zapobiegać tej sytuacji? Jakie konkretnie podejmują działania? KON-KRET-NIE?!

I wreszcie my sami, którzy rozczulamy się nad bohaterską postawą małej dziewczynki, która nie zdaje sobie sprawy, że wkręcono ją bezmyślnie w medialny biznes. Bo ona tak naprawdę nie rozumiała, co jej zagraża. Można bowiem całe życie nie zrealizować swoich marzeń. Natomiast jako trup nie zrealizuje się ich na pewno.

Nie żywię dla Malali szacunku. To, co czuję, to litość, żal i wstyd. Biedne, biedne dziecko, któremu odebrano cały świat. Nie pozwolono się bawić i dorastać. Marzyć. Wysilać, by realizowało swoje plany, budowało w mozole przyszłość i szczęście.
Z tego samego powodu gorszę się na widok pomnika małego powstańca. Zaciskam usta na myśl o nieletnich harcerzach, stających w obronie niepodległości. Dostaję szału, gdy docierają do mnie zdjęcia małych bojowników, którym ktoś wcisnął do rąk karabin, czasem większy niż oni sami, i kazał go używać.
Wszystko to jest ZŁE.

A winni jesteśmy my, dorośli. Idziemy na łatwiznę. Wysługujemy się DZIEĆMI. Bo co? Niech ktoś poda jeden sensowny powód.

Spójrzcie na swoje pociechy, jeśli snują się po domu. Czy pozwolilibyście wplątać je w zabijanie? Czy narazilibyście ich życie i zdrowie dla ideałów? Czy stworzylibyście wokół nich sytuację zagrożenia? Bo ja nie. I w dupie mam wszystko wielkie i piękne - chroniłabym moje dziecko do końca. Nie cofnęłabym się przed żadnym świństwem, żeby moja córka była bezpieczna. Ale JA bym to zrobiła, nie ona. Bo od tego jestem matką. Od tego jestem dorosła.
Czymże różni się ta dziewczyneczka o smagłej, częściowo sparaliżowanej buzi i wielkich, nad wiek dojrzałych oczach, od naszych dzieci? Dlaczego uważamy, że mamy prawo zabierać jej dzieciństwo, narażać ją na tak potworne rzeczy? Bo... No, właśnie, bo co?

Protestuję.
Żądam dziecinstwa dla Malali.
Żądam dojrzałości od dorosłych.
I mam absolutnie gdzieś wszystko, co się na ten temat mówi.
Mam to W DUPIE.

1 listopada 2013