30 czerwca 2008

Fatalne zbiegi okoliczności

Chyba była w moim pokoju jakaś nowa sprzątaczka (w piątek), bo zamknęła mi wszystkie okna. Na cały weekend. Zakotwiczywszy na gościnnym łonie pracodawcy odczułam, że Jest Duszno. Duszno, jak cholera jasna. I nie chce się wywietrzyć przez cały dzień.

Dom, który znalazła dla mnie koleżanka jest do dupy. Ma jeden plus – graniczy działką z koleżanką. Pozostałe cechy są wypadkową bezmyślności twórców. Czy ktoś wie, dlaczego ludzie dzielą sobie parter w domu na jakieś dziwne kicimenty, zamiast pieprznąć wielki salon?
Nadal jestem bez-domna.

Całą niedzielę pracowaliśmy z Prezesem na masełko do chlebka. Bo na chlebek zarabiamy w Archiwum X. Niniejszym nie miałam niedzieli. A fe!

Potomstwo pojechało sobie, nie zabrawszy kosmetyków do mycia i smarowania. Strach myśleć, jak będzie wyglądała po powrocie. Jeden wrzód.
Zadzwoniłam i wydałam polecenie natychmiastowego zakupu w aptece.
Tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Zaraz zadzwonię powtórnie i sprawdzę, czy nadaję się na kierownika, którym – jak wiadomo – jestem od jutra.

Znalazłam sklep telewizji polskiej i tam jest mnóstwo przeokropnie porywających DVD z teatrami telewizji. Postanowiłam zrujnować na tę okoliczność naszą podstawową komórkę społeczną, żebrząc uzyskałam akceptację szeryfa, a oni… Nie Odbierają Telefonu.
Świnie.

Pojadę teraz do domu, a Prezesa nie będzie, bo poszedł Sobie Wyciąć. Ponieważ źródła doniosły, że chirurg wstał dziś lewą nogą, wydałam polecenie Prezesowi, żeby w razie czego użył wszelkich argumentów (kop w …). Żadnego złośliwego usuwania potrzebnych narządów.

Chyba się walnę na kanapę po powrocie.
Dobra myśl?

28 czerwca 2008

Dementuję

Nieprawdą jest, jakoby moje-waterloo wyłącznie pracowała.
Dziś rano została podle wywleczona z łóżka przez bandę kotów, a następnie zachęcona do wyjazdu na łowy przecenowe przez Prezesa.
Karta kredytowa mi się przepaliła.

A teraz jadę posiedzieć w ogródku u znajomych i pogrilować oraz wypić winko.
O!

27 czerwca 2008

Notka inauguracyjna

Wchodzę,patrzę: na liczniku stuknęła okrągła liczba! Już 5.000 różnych osób przewinęło sie przez tego bloga od marca zeszłego roku.
Dziękuję, pozdrawiam, zapraszam ponownie!
Idźcie i rozmnażajcie się.

Dyrekcja wpłynęła dziś rano na papieroska i oznajmiła:
- Mam dekret!
- Zostajesz prezydentem?
- Dla ciebie mam!
- To DAWAJ!
- Tu nie mam, tylko chciałem ci oznajmić, że szef ściąga ci „po”*. Teraz będziesz całym kierownikiem, a nie pół osoby kierownika.
- No, to pieknie. Idziemy po ten papier!
- A figę. Dam ci w poniedziałek.
- Nie dasz się człowiekowi pocieszyć przez weekend?
- Daję ci na razie polizać cukierek przez papierek.
- No cóż, dobre i to. Ale tylko pod warunkiem, że otrzymam w promocji równiez gratulacyjny uścisk dłoni przełożonego.
- Mówisz – masz.
- Rozumiem, że również mogę składać gratulacje?
- No, niestety nie. Mnie szef nie ściągnął.
- A to pracuj nad sobą, pracuj!

* tak wyjaśniam, jakby kto nie wiedział: „po” – pełnienie obowiązków, taki okres próbny dla stanowiska kierowniczego.

26 czerwca 2008

Każdy ma jakieś atrakcje w życiu

Eradykacja (łac. eradicatio) – w medycynie oznacza całkowite usunięcie (wytępienie), brak występowania patogenu w organizmach ludzkich, zwierzęcych i innych elementach środowiska. Udało się to osiągnąć w przypadku tylko jednej choroby – ospy prawdziwej, którą w 1980 roku WHO uznała za wyeliminowaną. Ostatnie istniejące wirusy ospy prawdziwej, są przechowywane w laboratoriach dla celów naukowych.

Obecnie terminu eradykacja używa się najczęściej do określa procedury leczniczej, mającej na celu usunięcie bakterii Helicobacter pylori z przewodu pokarmowego. W tym celu przeważnie stosuje się leczenie przebiegające według schematu:

Działania niepożądane

Zajebiście.
Brać L4 od razu czy poczekać na wystąpienie objawów?

PS Amoksycyklina odpada (po próbie penicylinowej miałam drgawki).

25 czerwca 2008

Zaczątki geniuszu

Wiedziona nieodparta potrzebą uczynienia porządku w niektórych partiach mieszkania, przetrzebiłam wczoraj szafę z ciuchów, których nie założyłam ze dwa lata/w które mi się tyłek nie mieści.
W związku z powyższym wokół moich poprzednich zakupów utworzył się dodatkowy nimb: nic nowego na widoku nie zalega, rzucają się natomiast w oczy trzy reklamówki szmat, których pozbywam się z domu. A gdyby jednak jakiś smród się rozszedł, to zawsze mogę powiedzieć, że przecież wydaliłam trzy reklamówki, to w co się mam ubrać? Czyż nie jestem genialna?

W czasie wolnych przebiegów w pracy szkolę. Się.
Zakupiłam „Gazetę Prawną” z płytą „szkolenie na CD” i trawię. Sporo tego jest i nie da się tak naraz. Szkolenie nosi dumne miano: „Komunikacja i perswazja, czyli jak skutecznie porozumiewać się z innymi”.
Za 20 minut mam spotkanie z wydawcą, to zaraz na nim wypróbuję. W tym wypadku opór, bo to on chce sprzedać mnie, a nie odwrotnie. No co? Trzeba nad sobą pracować. Jeszcze przyjdzie czas na osiadanie na laurach.
Na emeryturze.

Potomstwo natomiast zdobywa kolejne szlify we współpracy z bankiem. Poszło sobie wpłacić pieniądze na własne konto. Mam nadzieję, że owocnie.

Prezes wraca dziś z delegacji i kompulsywne zakupy trzeba nieco przyciszyć.

24 czerwca 2008

Wyrazić tęsknotę

Prezes w delegacji, a my z Potomstwem skoczyłyśmy po południu ufetować Dzień Ojca. Znaczy ja fetowałam, a Potomstwo załapało się na obiadek w dziadków dla towarzystwa (Cygan dał się powiesić). Po wizycie Potomstwo doszło do wniosku, że potrzebuje coś tam z centrum handlowego, więc skoczyłyśmy.
I tak od kapliczki…
Przeceny ruszyły.

Wieczorem w domu spojrzałam na balustradę schodów, gdzie przerzucone były te wszystkie szmatki, co to je kupiłam niechcący, przy okazji wkładu do urządzenia antyowadowego oraz kremu do depilacji. Potomstwo podążyło wzrokiem za mną i uśmiechnęło się zjadliwie pod nosem.
- No co??? – zapytałam zaczepnie – Tęsknię za Prezesem, mam niszę emocjonalną i muszę ją czymś zatkać. Np. zakupami.
- Sądząc po rozmiarach dokonanych czynów – wycedziło Potomstwo – tęsknisz jak cholera.

Na wszelki wypadek, by uniknąć rodzinnych waśni, zebrałam się w sobie i o 23.00 pochowałam te szmaty do szafy, żeby nie rzucały się w oczy.
A potem się powie, że stare.

23 czerwca 2008

Z chłopami źle, a bez chłopów jeszcze gorzej

Nie wiem, jak u was, ale na Śląsku dzisiaj jakieś 80 st. C. Żar się z nieba leje, a klimatyzacji w pomieszczeniach nie uświadczysz. Jak sobie pomyślę, że po pracy mam wsiąść do samochodu, to włos mi się jeży.

Tymczasem Prezes, jak zwykle zresztą, ogłuchł na moje argumenty, że odkładanie okularów na mikrofalówkę, która znajduje się w centrum niebieskiego szlaku, wiodącego każdego kota przy zdrowych zmysłach wprost na lodówkę, doprowadził do zniszczeń nieodwracalnych. Karolunio, który podróżował jak zwykle, stąpnął swoją delikatną, kocią, siedmiokilową stópką wprost w okularki bezoprawkowe, powodując tym samym niezłą rozpierduchę. Następnie był niezwykle zadziwiony i dyżurował przy zniszczonym sprzęcie z anielską niewinnością wypisaną na nieskażonym myśleniem czole. Za co oczywiście zebrał od Prezesa, więc popadł w depresję i odwócił się do ściany, by cierpieć w samotności i ogólnej wzgardzie.
Nie omieszkałam ochrzanić Prezesa, bo w końcu to nie kocia wina, że szlak wytyczono tak, a nie inaczej.

Prezes, wyjeżdżawszy w kolejną delegację, pozostawił mi okulary (a właściwie ich resztki) z poleceniem dokonania wymiany szkła.
Ponieważ od tego upału padły nam dziś serwery, postanowiłam się udać.
BŁĄD.
Koszmarna temperatura spowodowała, że sunęłam ulicami centrum niczym Barbapapa (pamiętacie tę bajkę?), ledwo żywa. U naszego optyka okazało się, że nikt nie może sobie przypomnieć, z jakiej dostawy pochodzą, więc – niewiele myśląc – zakłóciłam Prezesowi naradę nudnych facetów od bajtów. I co powiecie? Uznał, że i tak zmieniły mu się szkła, więc musi samodzielnie dotrzeć do optyka i zmienić całe okulary.

PO CO, DO CHOLERY, RUSZAŁAM SIĘ Z BUDYNKU, GDZIE JEST JESZCZE W MIARĘ WZGLĘDNIE???

22 czerwca 2008

Przy niedzieli

Obecnie niezwykle doceniam bezruch. Wczoraj znowu pół dnia zajęć parasłużbowych, ponieważ do moich obowiązków należy również „bywanie” na różnych imprezach, związanych (mniej lub bardziej) z moją pracą. Dla mnie, osoby konstruktywnej i zadaniowej, obowiązek niezwykle męczący. Niby nic się nie robi, poza rozmawianiem z ludźmi. Ale styl tego rozmawiania, ech… No i trzeba założyć szpilki, ą i ę, te sprawy.
Po południu wpadli rodzice i w zasadzie cały dzień minął nie wiadomo kiedy.
Znowu nieposprzątane.

Dziś też nie możemy się nigdzie ruszyć, bo Prezes ma ostatnie spotkanie z promotorką. W środku dnia w dodatku. Wczoraj przyznał się, że jego praca magisterska liczy 170 stron, więc natychmiast został odsądzony od czci i wiary. Szaleniec. Niestety nie zdąży obronić się w tym miesiącu i przerzucili go na wrzesień.

Wstaliśmy wcześnie, śniadanie dawno za nami. Zrobiłam hurtem wszystkie opłaty domowe oraz wspólnotowe i w zasadzie powinnam usiąść do księgowań, to byłoby uczciwe, nie mówiąc już o tym, że konieczne.
Nie chce mi się potwornie.
Muszę wyskoczyć po jakieś zakupy żywnościowe, w domu nie ma grama pieczywa, masła, sera, wędliny. Nie mówiąc o propozycjach obiadowych. No, poza kalafiorem, który zjemy z Potomstwem jutro, bo Prezes znowu jedzie w delegację i wróci w środę wieczorem.

A wczoraj mama przywiozła nam pierogi z jagodami. Więc jestem zwolniona z dzisiejszego gotowania. Cieszmy się i radujmy.

19 czerwca 2008

Moje waterloo

Nareszcie nadszedł czas, by nadać notce tytuł właściwy, dementując tym samym pogłoski o skazaniu na sukces.
Wczoraj odbyła się narada służbowa z dyrektorami jednostek, które nam podlegają. Ponieważ, jak wiadomo, jestem chorobliwie ambitna, zaproponowałam mojemu szefowi, że zrealizuję temat na miarę swoich możliwości, a on podejrzanie szybko się zgodził. No to zrealizowałam. I nie wiem, czy nie zacząć prowadzić bloga pt.: „Ucieczka z Alcatraz”.
Prezentacja nosi szumny tytuł: „Problemy z prowadzeniem działalności w zakresie usługi XY”, roboczo przekuty w ułamku sekundy na „Ściana płaczu”. Założeniem podstawowym dla podległych mi kierowników było: wypłaczcie się, a ja się postaram coś z tym zrobić.
O ja cię pierdziu! Dali mi do wiwatu.
Poniewczasie sądzę, że ambicja gorsza od faszyzmu.
Nie pytaj się człowieku głupawo.
Oczywiście od razu mówię, że część osób podeszła do sprawy naprawdę profesjonalnie. Pojawiły się uwagi do możliwości korzystania z oprogramowania, do przepisów, regulujących niektóre czynności, to technologii wykonywania operacji. Widać, że się ludzkość przyłożyła, nie ma to tamto. W pocie czoła przebrnęłyśmy przez fury papieru oraz kilobajtów, uzyskując zadowalające i niezadowalające rezultaty, bo na ustawodawcę święty Boże nie pomoże.
Pojawiły się też pytania z cyklu: tak nam źle, że łomatkobosko. Nad tymi mogłam się tylko pochylić, bo załatwienie spraw z tej działki nie leży w mojej mocy.
Niektórzy jakby nieco się omsknęli i zasypali mnie pytaniami, na które nie mogę odpowiedzieć, bo merytorycznie należą do kogoś innego. Oczywiście muszę tu podkreślić, że i tak udało mi się zdobyć część informacji, a do pozostałych po prostu wskazałam, komu należy zawracać gitarę. Łącznie z Dyrektorem Naszym Najdyrektorszym w Warszawie (i takie były!).
A na deser – moja ulubiona kategoria pt.: „Jesteś gópia i nikt cię nie lubi”.
No ja sobie zdaję sprawę. Przełożony nie jest od lubienia, czepia się, zleca dodatkowe zadania i wymaga ich wykonania. Na tle jednego z takich pytań doszło do koszmarnej scysji na forum publicznym. Jedna z jednostek zarzuciła mojej pracownicy, że jest opieszała. Oczywiście nie wymieniono jej z nazwiska, ale tylko ona zajmuje się dokumentacją przetargową, więc nie trzeba było dociekać, o co chodzi. Wyznaję ze wstydem, że nieco się wzburzyłam czytając, bo pracownica jest solidna, uczciwa, kompetentna i zawsze robi, co do niej należy, a w dodatku w terminie. A poza tym JEST MOJA! I wara.
Smaczku całej sprawie dodaje fakt kompletnego i systematycznego spieprzania wniosków o przeprowadzenie postępowania publicznego przez nadawcę skargi. Delikatnie (naprawdę!) odpowiedziałam, żeby dali spokój.
Dyrekcja nadawcy wybuchnęła stekiem zarzutów, mniej niż średnio skorelowanych z rzeczywistością.
A na koniec, w kuluarach, powiedziała, że ona mi pokaże.

No to nie spałam w tym domu, bo cała sytuacja była więcej niż niesmaczna. Z nerwów wydrapałam sobie dziurę w głowie, ponieważ – jak wiadomo – ja zawsze szukam winy w sobie.

Szef przybył na papieroska o poranku.
- Będę składała konstruktywną samokrytykę, droga dyrekcjo – oświadczyłam.
- Ta? – mruknął znad zapalniczki – A w jakiej kwestii?
- W kwestii tej wczorajszej awantury na naradzie z panią X.
- Niczego nie zauważyłem.
W sumie fajnie, jak szef jest po twojej stronie.
A samokrytykę i tak złożyłam. Na koniec powiedział mi:
- To dla mnie nowe doświadczenie, być odbiorcą twoich frustracji. Rób dalej to, co robisz, bo ci dobrze idzie.

Dziś dzień spotkań z kontrahentami, renegocjacji umów i walki o kasę.
To mnie nieco odkoruje.

18 czerwca 2008

Wpadam na chwilę, nie mówcie nikomu

Zostałam sama w domu.
Prezes pojechał do stolicy na jakieś niezwyle ważne i potwornie nudne spotkanie panów od bajtów, które potrwa trzy dni. Był łaskaw o 5.20 wezwać taksówkę, choć wcześniej proponował, żebym odwiozła go na dworzec do Katowic. Podejrzewam opętanie.
Potomstwo wybrało się z wycieczką szkolną na Czantorię.
Jak stąd wyrwę po pracy, to… to… to… walnę się do łóżka i będę spała, jak wściekła do 20.00. Bo wtedy powróci biorca genów pełen wrażeń.

Tymczasem zasuwam zrobić sobie próbę generalną mojego dzisiejszego exposee.
Arivederci! (a rivederci?)

17 czerwca 2008

Co? Że nie piszę?

Pracuję dziewiąty dzień w tym tygodniu, to i nie ma się czemu dziwić.
Jutro też nic nie napiszę, bo rano odwalę korespondencję, podzielę pracę, potem mam przetarg i modlę się w duchu, żeby się szybko skończył, bo pół godziny później już mam naradę i w dodatku występuję pierwsza. A mam dwie prezentacje, z czego jedna ma 60 slajdów. W przerwach będę leciała rączym kłusem na górę, żeby popodpisywać pisma.
Jak się komu chce, to niech napisze za mnie notkę, prześle mailem, a ja ją umieszczę.
Proszę o rozrywkowe podchodzenie do tematu.

12 czerwca 2008

Nie było mnie,

ponieważ mnie nie było. Dostałam pilne polecenie od szefa, żeby jechać negocjować do Opola, to pojechałam. Podrzucił mi temat negocjacji, jego zdanie w tej kwestii znam, więc nie musiałam pytać. Zaplanowałam, że zajmie mi to z godzinkę i na 13.00 będę z powrotem. O, Święta Naiwności. Wszystko poszło w zupełnie innym kierunku i wyszłam ze spotkania po 4 godzinach wyżęta jak stara ściera. Po stronie wydawców prasy: dwóch dyrektorów i jeden prezes. Po stronie Archiwum X: mój szef (zastępca dyrektora) – milczący jak żona Lota, ja i mój pracownik, zabrany – jak się okazało – zupełnie nie na temat. Przydałaby się Beatka. A właściwie ze dwie dziewczyny i jeszcze dwóch innych kierowników, zupełnie innych działów.
Strzelali do mnie we trzech, jak z haubicy.
Zastępca milczał (nie zna się, z poza tym go zatkało), pracownik milczał (bo był nie na temat).
Obecni dyrektorzy jednostki opolskiej milczeli, niech ich szlag trafi.
Kierowniczka z Opola nawet nie pisnęła.

Wnioski:
1. to nieuczciwe, żeby wystawiać do negocjacji jedną słabą kobietę przeciwko dwóm dyrektorom i jednemu prezesowi, w dodatku wszyscy „byli” dziennikarze;
2. normalny człowiek nie gada z dziennikarzem, bo on przerywa, jest niewychowany, pyta, a z góry ma już ustalone odpowiedzi;
3. to nie fair, żeby wystawiać biedną słabą kobietę do rozmów, których temat nie jest znany, a w dodatku jest agresywny i nalatujący (ten temat);
4. mało nie zdechłam;
5. zmiotłam ich z powierzchni ziemi opolskiej.

Inna sprawa, że wczorajsze rozmowy stanowią dla mnie źródło niemałej satysfakcji. Jako jedyna zachowywałam się kulturalnie, nikomu nie przerywałam, robiłam notatki, żeby nie pominąć żadnej kwestii (tak, wiem, że to irytuje rozmówców – a niech mają, gady!), przeanalizowałam sytuację w mig i doprowadziłam rozmowy do punktu, w którym powinny się znaleźć.
A w dodatku nie dałam się zaszczekać i nie obawiałam się upomnieć interlokutorów (pany prezesy i derektory, przypominam), jakie są zasady kulturalnej rozmowy. W dodatku złośliwie i nie pozostawiając miejsca na ripostę.
Zasnęłam ze zmęczenia w samochodzie w drodze powrotnej.
A jak się obudziłam, to poinformowałam mojego przełożonego, że mnie wystawił bez litości, że to jest świństwo i że idzie termin przydzielania premii kwartalnej. Żeby sobie nie zapomniał.

A dziś mój dział o poranku stworzył tzw. mur, celem zasłonienia koleżanki, która podrzucała mi efekty działalności 4 osób, uzyskane podczas mojej nieobecności. Kiedyś się wykończę, tak?

10 czerwca 2008

Przychodzi baba do lekarza…

Osoby:
prezesowa
zastępca dyrektora*

Czas akcji:
13.00

Miejsce akcji:
kabiniecik prezesowej

zastępca dyrektora: (wkraczając z impetem, oświadcza radośnie) Przyszedłem! Cieszysz się?
prezesowa: Czy ty podejrzewasz, że ja nie mam instynktu samozachowawczego do tego stopnia, żeby powiedzieć własnemu szefowi, że się nie cieszę, że przyszedł?
zastępca dyrektora: (smutnieje) A tak naprawdę?
prezesowa: Nie mogę odpowiedzieć, bo eksplodowałam z radości.

Osoby:
prezesowa
sekretarka

Czas akcji:
14.30

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

prezesowa: Jest szef?
sekretarka: Ale twój czy mój**?
prezesowa: Kochana, twój szef, to jest również szef mojego szefa i jako taki, jest wszakże naszym wspólnym dobrem.

* zastępca dyrektora, który występował będzie w „dyskusjach z Archiwum X” obecnie, nie jest bynajmniej tym zastępcą, który występował kiedyś. Na szczęście.
** strukturalnie prezesowa podlega bezpośrednio jednemu z dwóch zastępców naczelnego.

9 czerwca 2008

Krótka notka o tym, co potrafią kobiety


Moja znajoma, po czterdziestce, matka dwóch dorosłych córek, kiedy pokłóci się z mężem, idzie do łazienki, rozbiera się do bielizny, staje przed lustrem i z dziką satysfakcją w oku mówi:
- A dobrze mu tak!!!

Dzwonię dziś do mojej pracownicy. Zamiast niej odbiera koleżanka z biurka obok, którą naturalnie poznaję po głosie, więc mówię:
- Beatko, Oleńka gdzieś poszła?
- Oleńka jest u pani kierownik – odpowiada Beatka.
- O, ty kłamczuszko – ripostuję.

No i nie skończę tej notki, bo muszę lecieć.
Może później.

7 czerwca 2008

Dieta Deana Ornisha

Osoby:
Potomstwo
Prezes
milcząca prezesowa

Czas akcji:
13.30

Miejsce akcji:
pomiędzy półkami z książkami

Potomstwo do prezesowej: A może chciałabyś przyjść na dietę Deana Ornisha? (czyta) „Niskotłuszczowa dieta wegetariańska, której autor zaleca spożywanie zbóż, ze względu na zawarte w nich złożone węglowodany, a także owoców i warzyw. Prowadzi nie tylko do utrzaty wagi: może też być jednym ze środków zapobiegających chorobie wieńcowej”.
Prezes w pustkę: A może chciałabyś przejść na dietę Potwora Ciasteczkowego?

Przy sobocie

Uczciwie, przy sobocie,
sprzątamy w czoła pocie.

Tymczasem niektórzy…

6 czerwca 2008

Notka dla kobiet

Całe swoje życie, z wyłączeniem okresu przepoczwarzania oraz ciążowego i wczesnomacierzyńskiego, nosiłam biustonosz w rozmiarze 80D (ostatnio, w związku z urośnięciem, kupiłam 85D). W czasach młodości durnej i chmurnej problem ten był dla mnie silnie kompleksogenny. Wszyscy mieli 75B.
W czasach dorosłych kompleks zanikł, a w jego miejsce pojawiły się przemyślenia dotyczące kłopotliwości posiadania tzw. dużego cyca. W dodatku oferta bieliźniarska jest, jaka jest, a jak było 10 czy 15 lat temu, to wszyscy (a właściwie niektórzy) doskonale wiedzą. Staniki na duże biusty były trudnozdobywalne, a jak były, to wyglądały niczym chomąto, cisnęły, uwierały i miały ramiączka 50 cm szerokości, wykoślawiające ramiona. Syf z malarią.
Czasy się zmieniły, producenci coraz częście frontem do klienta, biustonosze coraz ładniejsze, a ja nadal czułam się źle. Tu mnie ciśnie, tu mi zwisa, tu mi tłuszcz wywala. Niedogodności te, jak to kobieta, przyjmowałam z dobrodziejstwem inwentarza, zakładając, że taka już nasza babska dola.

Aż tu pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, trafiłam na stronę www.stanikomania.pl (obrzydliwa reklama) i… wsiąkłam. W sposób prosty i jednoznaczny wytłumaczono mi, że ze mną wszystko w porządku. Nie jestem krzywa, gruba i nieforemna, a problem leży po stronie wychowaczej oraz ofertowej. Zgodnie z instrukcjami dokonałam szczegółowych pomiarów i dostałam czkawki. Wyszło czarno na białym, że rozmiar 85D powinnam pociąć na kawałki, zastępując go angielskim 36G, co przekłada się na nasze mniej więcej jako 80G (ze skłonnością do 75G). Z początku nie mogłam uwierzyć. G? Gie??? Gie w moim telewizorze noszą panie z cyckami przerobionymi dla potrzeb produkcji pornograficznej! I żeby 80, a nawet 75? Z moją wagą?

Odpychałam to od siebie przez czas jakiś, aż w końcu podjęłam damską decyzję. Co mi szkodzi spróbować? Przecież nkt mnie nie zmusi, tak? No tak.
Wczoraj udałam się do sklepu z bielizną i, przewidując problem miseczki G, zażądałam biustonosza w rozmiarze 80 z największą miską, jaką mają. Mieli 80F. Piękną, misterną koronkę firmy Samanta, model Ariadna. Ładny.
Jęcząc z powodu problemów z klimatyzacją, udałam się do przymierzalni, założyłam i… oniemiałam. Matko Boska!

Już go nie zdjęłam. Nie patrząc na cenę, ucięłam w przymierzalni metkę, założyłam bluzkę i udałam się do kasy.
- Nie wiem, czy zdarzają sie Paniom takie sytuacje, ale nie zedrze Pani ze mnie tego stanika za skarby świata! – oświadczyłam – Chciałabym zapłacić.
- Takie sytuacje zdarzają się częściej niz Pani sądzi – odpowiedziała ekspedientka.
Po czym skasowała mnie uprzejmie.

Uwaga! Testowane na własnym ciele!
Nic mi nigdzie nie wyłazi. Bułeczki, które miałam pod pachami, zniknęły. Z pleców – zniknęły. Nic mnie nigdzie nie ciśnie. Nic mnie nie uwiera. Ramiączka mi się nie wrzynają. I jeszcze na dodatek ładnie wygląda. A wszystko za stoczterdzieścisześć.
Uwagi dotyczące ceny: lepiej mieć dwa porządne i nosić na zmianę, niż pięć dziadowskich, koniec, kropka.

Podsumowanie.
Odkryłam nową jakość życia.
To tyle.

5 czerwca 2008

Poranna codzienność

J. przebywa obecnie w Toronto, skąd śle tęskne smsy, żeby jej spłacić kartę kredytową oraz dopytuje się o numer buta, bo odkryła gigantyczne przeceny w Nine West. Istnieje podejrzenie, że stanę się szczęśliwą posiadaczką drugiej pary firmowego obuwia, prosto z Kanady w dodatku. Na wszelki wypadek podałam rozmiar o 1/2 numera większy.
Wobec powyższych okoliczności znowu mamy Jadwigę na garnuszku. Wczoraj odkryłam, że Jadwiga się nudzi sama, więc zwabiła do domu dwa kleszcze i się z nimi zintegrowała. Postaram się uciąć ten proceder jeszcze dziś, a jak nie, niech płacą za wynajem.

Nieustannie targujemy się, kto rano nakarmi Jadwigę.

Osoby:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
6.20

Miejsce akcji:
kuchnia

prezesowa: Proszę cię, idź nakarmić kota.
Prezes z Karolkiem na kolanach: (mina)
prezesowa: Nie rób mi tu min. Ja mogę iść, ale ty wstajesz pierwszy, karmisz nasze tałatajstwo i robisz wszystkim śniadanie.
Prezes: Nie zrobiłem miny.
prezesowa: Zrobiłeś.
Prezes: Zrobiłem minę do Karolka. Bo on zrobił minę do mnie. To była kontrmina na jego minę.
prezesowa: (wie swoje)

4 czerwca 2008

Notka meteorologiczna

Spadł deszcz i jakoś się ludziom lepiej myśli. Możecie sobie uważać, że to nie ma znaczenia, ale ja mam sypialnię na poddaszu i, choć dach jest przyzwoicie zaizolowany, to jednak skutki długotrwałego i uporczywego nasłonecznienia dają się odczuć. Wczorajsza wieczorna duchota była tak potworna, że nie miałam siły przenieść się z fotela do łóżka, bo po drodze schody.

Do Kryni ze splinkiem: a wyobraź sobie, że musiałabyś iść do roboty…

Dodatkowo do histerii doprowadzają mnie sąsiedzi z domku obok, którzy dokupili sobie nieco gruntu, strzelili płotek i postawili tam basen dla wieloryba (zrobię zdjęcie i wam pokażę). W takich chwilach mam stuprocentową pewność, że posiadanie własnego domu z minimalną choćby działką, staje się kantowskim imperatywem kategorycznym.

Do Kryni ze splinkiem: a wyobraź sobie, że mieszkałabyś w bloku z wielkiej płyty, na szesnastym i zepsułaby się winda…

Jadę sobie samochodem rozgrzanym jak bomba atomowa i mijam młode dzierlatki, ubrane w chusteczkę do nosa oraz dwa rzemyki na stopie. Zbieram ramiona do przodu, żeby wpuścić nieco powietrza pod zbroję (kostium) i zastanawiam się, czy zimą znikną mi koszmarne odparzenia na udach od pasków silikonu w pończochach oraz odpędzam zgubne myśli o wielkich, opuchniętych stopach w pełnych pantoflach na 10-centymetrowej szpilce. Czuję się jak wodnik w przypowieści ludowej.

Do Kryni ze splinkiem: a wyobraź sobie, że istnieje coś takiego, jak kod ubraniowy i nie możesz przed nim uciec…

Z westchnieniem wyobrażam sobie emerytów, którzy nigdzie się nie spieszą, nikt ich nie bombarduje pytaniami, od których cierpnie skóra i  nie muszą z wywalonym ozorem wykazywać swojej inteligencji, swoich kompetencji oraz przydatności do użycia, która w każdej, najbardziej zaskakującej chwili może się skończyć. Myślę o ludziach, którzy wypracowali sobie najniższe choćby świadczenia i nie poświęcają uwagi wściekłym strajkom w ich firmie, które mogą pozbawić ich comiesięcznej możliwości oddania haraczu bankowi.

Do Kryni ze splinkiem: a wyobraź sobie, jakie ma lęki człowiek w wieku produkcyjnym, któremu dowala się gigantyczne oczekiwania, odbierając jednocześnie minimalne poczucie bezpieczeństwa…

I tak dalej, i tym podobne.

Notka meteorologiczna nie ma na celu dokopania Kryni. Ma na celu wyłącznie stworzenie dystansu do zwykłości i codzienności, która może wydawać się upierdliwa, monotonna i bezperspektywiczna.
Umyślnie nie wplotłam w to wszystko wątku zdrowotnego, bo myślę, że jako osoba w wieku produkcyjnym, nie mam prawa do narzekania, ale przypominam, że jestem ślepa na jedno łoko i to się posuwa. Ostatnio również odnoszę wrażenie, że pracodawca uhodował mi jednak wrzoda, ale oj tam.
Życie jest jak papier toaletowy: absolutnie jednorazowego użytku i trzeba się cieszyć, że się człowiek nie musi podcierać palcem.

PS Sama jestem zaskoczona, do jakich można dojść wniosków.
PSS Wstałam o 5.30, wokół była cisza jak makiem zasiał i tylko ptaszki wiodły takie trele, że trudno było się nie uśmiechnąć i  nie mpomyśleć, że to wszystko ma jednak jakiś głębszy sens.
PPS Tak, ja też chętnie pobyłabym na Malediwach.

Dopisek z 19.05.
Ten basen wygląda tak:

3 czerwca 2008

Ten kot mnie wkurwia

Przepraszam za podkradanie tytułu, ale czasem trzeba wygłosić jakąś życiową prawdę.
Obudziłam się dziś o 3.27. Wiem na pewno, bo jaśniało, więc sprawdziłam, czy aby nie warto podnieść z łóżka zewłoka. Nie było warto. To oczywiście z mojego punktu widzenia, ponieważ nasza ukochana, cieplutka, futrzana, ruda kuleczka, ten wredny, krwiożerczy, spasiony Garfield, miał zdanie przeciwne. Ono było tak przeciwne, jak tylko może być przeciwne, czyli o jakieś 180 st. Po dłuższych negocjacjach okazał wolę pójścia na ustępstwa i, mrucząc jak zawodowa armia wyznawców Zen, położył mi się na twarzy.
Było cudownie.
Morfeusz opuścił mnie definitywnie, uznając, że nie będzie się wygłupiał, bo delikatne i usypiające dźwięki liry za cholerę nie przebiją się przez samochód ciężarowy MAN z przyczepą na zakręcie.
Jakież wysublimowane techniki zabijania mogą przyjść do głowy osobie kompletnie pacyfistycznie nastawionej do świata…
Ostatkiem sił zwaliłam z twarzy milusińskiego i przytuliłam się do Prezesa z całą mocą, wychodząc z założenia, że jeśli JEGO kot tak mnie karze, to nie ma najmniejszego powodu, żeby on korzystał do woli z luksusu wypoczynku nocnego. Niestety. Na niego wredna świnia się nie przeniosła i nawet nie drgnął. Karolunio natomiast uznał, że zabawa jest pyszna i przystawił mi się do potylicy, uzyskując tym samym zabójczy rezonans.

Wobec powyższych okoliczności nie mogę złożyć oświadczenia, że jestem wypoczeta i rześka, jak skowroneczek.
Na szczęście odwołali mi naradę i nie muszę jutro jechać przez pół Polski.
Dobre i to.

PS Kupiłam nową książkę Ziemiańskiego „Toy”. Ostrzegam przed pochopnym wydawaniem pieniędzy.