31 grudnia 2016

2381

Życie ma to do siebie, że nie zawsze układa się po naszej myśli. Ba! Czasem drastycznie nie układa się po naszej myśli. My natomiast mamy to do siebie, że uważamy, jakoby wymyślony przez nas scenariusz był najlepszym z możliwych. Jedynym wręcz.
Bullshit.

Kiedy jako dwudziestotrzylatka zostałam sama z dzieckiem, rozbabranymi studiami i bez źródła utrzymania, wydawało mi się, że to absolutny koniec - świat się zawalił, nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną szalejąca naówczas, dwuletnia Zuzanna.
Dziś mam 43 lata, Zuzanna 22 i nadal żyjemy.

Kiedy miałam 25 lat, wypowiedziano mi bez zbędnej zwłoki najem mieszkania. Zostałam sama z maleńkim brzdącem, bez dachu nad głową i alimentów, najniższą krajową raz w miesiącu i przerażeniem między uszami. Wydawało mi się więc, że oto nadszedł absolutny koniec świata, który kolejny raz uprzejmie się zawalił, a ja nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną czteroletnia Zuzanna.
Nastąpiła niebywała mobilizacja: mama znalazła dla nas maleńkie mieszkanie w bloku sprzedawane na licytacji, tato się zadłużył, przekupiłyśmy częściowo, a częściowo wzięłyśmy na litość drugiego chętnego, który wraz z nami stanął w szranki i po raz pierwszy w życiu byłam u siebie. Ciasne, ale własne.

Kiedy miałam 27 lat, wyrzucono mnie z pracy na bruk. Zostałam sama z dzieckiem, rozbabranymi studiami podyplomowymi i bez źródła utrzymania. Rynek już wtedy nie był łatwy, przy tym nie było internetów odpowiadających na wszystkie pytania, nie mogłam znaleźć pracy i wizja całkowitego upadku stawała się coraz bardziej realna. Wydawało mi się więc, że oto nadszedł absolutny koniec, świat znów się zawalił, nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną sześcioletnia Zuzanna.
Znalazł się ktoś, kto mi pomógł, dzięki czemu w kolejnej firmie zakotwiczyłam na następnych dwanaście lat: z całkiem niezłymi zarobkami, które pozwoliły na zakup używanego samochodu (pierwszego, drugiego, a potem trzeciego), wzięcie kredytu hipotecznego i przeprowadzkę na większy metraż oraz utrzymywanie przez pewien czas nas trojga, bo Prezes akurat przebywał na radosnym bezrobociu.

Kiedy miałam 39 lat w mojej firmie ostatecznie się skisiło, więc - wyrobiwszy uprzednio stosowne kontakty - pobrałam oferowaną kasę i odeszłam. Wszystko układało się w miarę dobrze i wyglądało, że bez pracy pozostanę jakieś dwa miesiące, na co miałam środki. Tymczasem sytuacja zmieniła się diametralnie i zostałam ze szczątkowymi pieniędzmi na dwa lata. Świat mi się zawalił - miałam 40 lat, za to nie miałam najmarniejszej wizji na jakiekolwiek zajęcie, co w miarę upływu czasu wpędzało mnie w stan nieomal depresyjny i kółko się zamykało.
I znów znalazł się ktoś, kto podał mi rękę. Musiałam całkowicie zmienić profil, uczyć się jak szalona, ale na moje konto spływała wypłata*. W stosunkowo krótkim czasie moją umowę zmieniono na czas nieokreślony, Prezes zdecydował się na migrację do międzynarodowego korpo, znów wzięliśmy kredyt i kupiliśmy piękny, nowy dom, w którym jesteśmy niewyobrażalnie szczęśliwi i bogaci w czworonogi oraz dwuipółmetrowe choinki na święta.

Czas pomiędzy wystąpieniem poważnego życiowego problemu a jego rozwiązaniem każdorazowo był dla mnie niewyobrażalnie trudny, bolesny i pełen lęku. Nie znajdowałam żadnego punktu zaczepienia, nie mogłam niczego zaplanować, jutro było czarną dziurą w dupie murzyna przebywającego w ciemnym lesie o północy. Nie zmarnowałam tego.
Nauczyłam się wielu różnych rzeczy oraz pokory. Ona jest zawsze wartością dodaną. Słowo.

Moi Drodzy!
Z okazji nadchodzącego roku nie życzę Wam, żeby Wasze ścieżki zawsze były proste. Życie pozbawione cierpienia jest puste i niczego nie uczy. Życzę Wam zupełnie czegoś innego.
Żebyście potrafili rozwiązywać problemy.
Żeby w Waszym otoczeniu znalazł się zawsze choć jeden dobry człowiek, który Was wesprze, poda pomocną dłoń, chusteczkę jednorazową, a w odpowiedniej chwili zasadzi kopa w tyłek. Nie ten jest bowiem przyjacielem, kto zawsze głaszcze, ale ten, kto potrafi w stosownym momencie wsadzić palec w oko i przekręcić. To mobilizuje.
I w końcu... by kłopoty, z którymi sobie nie poradzicie sprawiły, że staniecie się lepszymi ludźmi. Życie to wędrówka i tylko wtedy ma jakiś sens. Stanie w miejscu niczego nie wnosi. Bądźcie dobrzy dla innych. Pomagajcie słabszym. Pamiętajcie, że zrozumienie jest lepsze niż krytyka. Dajcie sobie i innym wolność i prawo do stanowienia o własnym życiu. Dużo się uśmiechajcie. Żyjcie z myślą, by - kiedy Was zabraknie - innym zrobiło się nudno. Wstawajcie każdego dnia z głębokim przekonaniem, że każdy z Was zrobi dziś wszystko, by być dobrym, przyzwoitym człowiekiem.
Myślę o Was,
Najlepszego w nowym roku!


* Wszystkim, którym nie chce się wstawać rano do roboty, powiadam: praca nie jest karą, tylko błogosławieństwem. Bądźcie wdzięczni, by nigdy nie zakosztować, co to znaczy, gdy się jej nie ma.

20 grudnia 2016

2380

Proponuję połówkowy odbiór przemeblowania.

Tak wygląda obecnie część wypoczynkowa salonu:


Jak widzicie, brakuje górnego rzędu półek, czyli nadstawek, które mamy zamiar nabyć jutro, jeśli IKEA się zatowaruje. Prezes chce jeszcze źródła światła na nadstawkach, mnie nie zależy, więc się zgadzam. Zamierzam wymienić zasłony na kolorystycznie zbieżne z kanapą. I koniec remontu.


Ścieżka zdrowia dla psów została, oczywiście, przewidziana.


Brakuje nam lampy nad kanapą. Szukam. Podobno mężczyźni zawsze narzekają, że kobiety nie wiedzą, czego chcą lub nie umieją wybrać. Prezes narzeka (potwierdzając teorię, że trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona), że ja zawsze i niezwykle precyzyjnie wiem, czego chcę oraz dostaję wścieku, jeśli nie mogę tego kupić.

Czego chcę*? Chcę lampę podłogową o kształcie łuku, chromowaną i nieszczotkowaną, o wysokości ok 2 m, rozpiętości maksymalnie 1,90 m, z kloszem typu bow lub, jeszcze lepiej super bow o średnicy nie mniejszej niż 40 cm. I, owszem, można takie kupić, ale z białym kloszem, na czym pewnie się skończy, bo stracę cierpliwość.
Kiedy kupimy tę lampę, uzyskamy profesjonalne miejsce do gnicia z książką. Stanie w prawym, z Waszego punktu widzenia, rogu, by zwisnąć wprost nad kanapą. Niu, niu, niu.

Nadal nie został rozwiązany problem tzw. coffee table, ponieważ ten, który mamy, jest idealny w rozmiarze, ale kolor ma od czapy. Natomiast to, co oferuje rynek, jest zgodne kolorystycznie wyłącznie w wersji ławy. Z tym się jednak nie spieszę, wierząc, że kiedyś się uda.

Przemeblowanie salonu pociągnęło za sobą pewne zmiany na piętrze. Ocaliłam stary komplet wypoczynkowy, który jest nie do zdarcia (ma prawie 20 lat), a Zuzia zakwiliła, że chce go zabrać ze sobą, gdy będzie się wyprowadzała. W związku z tym zrobiłam dobrze gościom, likwidując w pokoju gościnnym duży regał na książki (mały został, gdyby się komuś chciało niezobowiązująco poczytać bez proszenia o lekturę - no... wszystkie książki się nie zmieściły) i wstawiając tam kanapę. Teraz można spędzić u nas czas we własnym pokoju, jeśli ktoś potrzebuje więcej prywatności - i nie trzeba do tego leżeć w łóżku, a można posiedzieć na kanapie. Jestem nawet gotowa dokupić jakiś malutki stoliczek, żeby można było na nim postawić kubek z herbatką.

Z sypialni zniknął jeden regał na książki, drugi zmienił miejsce i zapełni się pudełkami na drobiazgi (nie znoszę tzw. kurzozbiorów i nie będzie mi luzem śmietnik stał po półkach) oraz jednym rzędem książek świeżo zakupionych i przeznaczonych do pierwszego czytania. Symetrycznie po obu stronach szafek nocnych stanęły fotele z rzeczonego wypoczynku, bo przecież koty muszą mieć jakieś kulturalne warunki do spania.

Odsiano jedną komodę i jeden regał. Oraz obraz, gdyby ktoś był zainteresowany**. W całym domu.
Koszt: 5.000 zł na raty 0%.

Dziękuję, jestem z siebie bardzo zadowolona.


* Teraz ten popis, jak ja dokładnie to określam.
** Obraz jest bardzo przyjemny, ale nie mam na niego pomysłu. Mogę również wysłać kurierem, jak obmyślę sposób zabezpieczenia.


18 grudnia 2016

2379

Drodzy i mniej drodzy!

Wydawało mi się zawsze oczywiste, że każdy, kto poświęcił trochę czasu na lekturę tego bloga, zdaje sobie sprawę, że nie piszę go po to, żeby się komukolwiek podlizywać. Ponieważ blogerom często zadaje się pytanie dlaczego piszą (lub dlaczego zaczęli pisać), też w końcu zadałam sobie takie pytanie i doszłam do wniosku, że utrwalam w ten sposób skrawki rzeczywistości - ergo: piszę tak naprawdę dla siebie. A od kiedy fejs zaproponował nam usługę w postaci możliwości przeglądania wspomnień z danej daty, to już po prostu jest bajka. Wracam do danego dnia sprzed roku czy lat kilku i mam wiele radochy. Nie prowadzę bloga komercyjnego ani tematycznego, nie mam ambicji narąbać se poczytalności czy tutaj zarabiać. W związku z czym mogę sobie, co chcę.

Zwykle chcę dość lekko, bo lubię moje pozbawione ambicji, proste i nudne życie. Jest naprawdę dobre.

Czasem świat powiedzie mnie w felieton społeczny (czy coś w tym guście), ale nie za często.

Zasadniczo lubię interakcję z czytelnikami. Bardzo byłam wzruszona, gdy kibicowaliście procesowi ozdrowieńczemu moich kotów, a także zostawialiście ślad, że myślicie, jesteście obok, gdy ukochane zwierzęta odchodziły. Czytałam Wasze komentarze wielokrotnie - bardzo podnosiły mnie na duchu i wspierały. Z przyjemnością poznaję Wasze opinie na różne tematy, a nawet - o, zgrozo! - czuję potrzebę podzielenia się z czytelnikami jakimiś aktualnościami rangi światowej. I, nie powiem, przyjmuję zdania odmienne, jeśli wyrażone kulturalnie (patrz komentarz Joanny pod poprzednim postem) oraz nienachalnie ewangelizujące. Przypominam, że naprawdę długo znosiłam anonima-mordercę pod którymś z postów o czarnym proteście.

Jednak istnieją sprawy, na temat których nie chce mi się dyskutować i często uprzedzam o tym w treści notki, co właściwie oponentom powinno wiele wyjaśniać. Otóż: nie dyskutuję o prawach człowieka czy o stosunku do słabszych (dzieci, ludzie starsi, z niepełnosprawnościami, zwierzęta itd.), bo uważam, że debila nie przekonasz, więc po co się pocić. Do idioty trzeba w jego języku, a najlepiej kijem - to zrozumie, bo jego poziom.

Pragnę zatem podkreślić, że żadne komentarze tego typu:


nie będą tolerowane.

Ktoś zdaje się zapomniał, że ja jestem u siebie. Jeśli w czyimś domu jest przyjęte, żeby chodzić w gości i srać gospodarzom na środku salonu, to bawcie się dobrze, ale we własnym gronie. Nie spraszałam, co przypominam kolejny raz. I nie akceptuję ŻADNYCH wycieczek osobistych w kierunku osób bliskich.

Mogę usuwać komentarze i co mi zrobicie.
Mogę ograniczyć możliwość komentowania i co mi zrobicie.
Mogę zlikwidować możliwość komentowania i co mi zrobicie.
Mogę ograniczyć dostęp i co mi zrobicie.
Mogę zamknąć dla zwiedzających i co mi zrobicie.

Piszę dla siebie.
I co mi zrobicie, małe, śmieszne, gotujące się z nienawiści ludziki?
NIC.

17 grudnia 2016

2378

To, co się dzieje, jest przerażające.
Widzieliście, jak ZOMO pacyfikuje ludzi na ulicach?

Analogia do grudnia sprzed 35 lat jest aż nazbyt oczywista.

11 grudnia 2016

2377

Moja mamusia.
Wygrałaby absolutnie KAŻDY konkurs, do którego by przystąpiła.

Dzwoni do mnie w czwartek, że złamała jej się miotła, kup mi miotłę. Dobrze, mamo. Tylko żeby sztyl miała dla normalnych ludzi, a nie do pasa. Dobrze, mamo. Nie musi być dzisiaj. Dobrze, mamo. Ale wiesz... najbardziej to ja bym chciała miotłę fryzjerską. Dobrze mamo. Wiesz, gdzie taką kupić? Nie mam pojęcia. Ja też nie mam pojęcia. Nie martw się, mamo, poszukam, znajdę, będziesz miała, co tam chcesz.

Ja się nie pytam matki, po co jej miotła fryzjerska, każdy ma prawo u schyłku żywota otworzyć nielegalny zakład w mieszkaniu, zwłaszcza gdy nie ma przygotowania. Ja się nie pytam, jestem jak czekolada: ona nie pyta, ona rozumie. Za swoje w końcu chce, niech ma miotłę fryzjerską, a nawet cały salon. I włosy w talerzu - co mi tam.

Oczywiście dzwoni do mnie, gdy przebywam na gościnnym łonie pracodawcy. Ale od czego internety. Przeszukałam pilnie i nie znalazłam. Ale od czego serwisy aukcyjne. Przeszukałam pilnie i znalazłam. Nie myśląc wiele: kupiłam, zapłaciłam, popadłam w zadowolenie. Chciała fryzjerską, ma fryzjerską, w dodatku sprzedający nadał ją jeszcze w tym samym dniu.

Dzisiaj dzwoni, że ma miotłę. Wczoraj przyszła. W sobotę! I wiesz, strasznie drogie te przesyłki kurierskie, to się nie opłaca. Mamo, najtańsza paczka kosztuje 11 zeta, a ta 15, nie wiemy, gdzie kupić miotłę, nie wiemy, ile kosztuje, innych przesyłek sprzedający nie oferował, pewnie ma umowę z firmą kurierską, miotła na pewno była dużo tańsza niż w sklepie, zresztą mówiłaś, że 38 zł to tanio.

JA PRZECIEŻ NIC NIE MÓWIĘ!


Na to przychodzi Prezes i dalejże z pretensjami, że obiadu nie gotuję, chleba nie piekę i w ogóle co to jest!
Chyba owinę się w kocyk.

8 grudnia 2016

2376

No, dobra. Mam atak.

Potrzebuję tylko cztery kafle, żeby przemeblować w istotny sposób trzy pomieszczenia. W dodatku IKEA akurat chce mi sprzedać kanapę i regały na 24 raty x 0%. Wymyśliłam, jak to zrobić, żeby nie stracić starego kompletu wypoczynkowego, bo Zuzia nie potrafi sobie wyobrazić, że on zniknie z naszego życia na zawsze.

Wszystko zmierzyłam, pasuje idealnie.

Tylko pojechać do sklepu, dać się zweryfikować przez bank, ustalić datę transportu i mogę mieć idealnie funkcjonalny układ jeszcze przed świętami. A wydawało mi się, że będę musiała sporo poczekać i nie wiadomo ile wydać.

Z emocji dostałam sraczki.

6 grudnia 2016

2375

Co jest pod moimi powiekami, kiedy myślę o świętach?

My wszyscy przy stole.
Mama i Tata, którzy marudzą, nawijają makaron na uszy, każdą rzecz wiedzą lepiej i lepiej umieją zrobić, ale... wciąż ze mną są. Niech sobie gadają, ile dusza zapragnie. Co roku boję się, że ich zabraknie.
Zuzia, która przemyca treści o fajansiarstwie nastroju świątecznego, ale ciągle ze mną mieszka, bałagani i krzyczy na psy. Nadejdzie dzień, kiedy zasiądzie za tym stołem jako gość. Na szczęście jeszcze nie teraz.
Prezes, który przez ostatnie trzy dni usiłował się wymknąć, żeby w coś pograć, a przecież ciasto, zupa, ryba, dupa, weź to pranie, ile razy mogę prosić, żebyś wymienił żarówkę. Ale w końcu światło świeci, piec grzeje, a my już siedemnasty rok we dwoje. Czasem przystajemy patrząc na łąki i przytulamy się na oczach sąsiadów. A niech tam.
Koty, które snują się po stole, czego nie znoszę, mieszają łapskami w potrawach i demolują choinkę.
Psy, które snują się pod stołem, czego nie znoszę, mieszają łapskami w potrawach i demolują choinkę.
Choinka. Zeschnie, igły jej opadną i trzeba będzie sprzątać. Ale to dobro samo w sobie.

A oprócz tego...
Wielogodzinne sterczenie w kuchni, ale umiem się urządzić, obowiązki podzielić, film obejrzeć, napić się wina, znaleźć przyjemność w wałkowaniu ciast i smażeniu ryb.
Nie stoję w kolejkach, bo robię listy zakupów i przed wigilią już nie pojawiam się w sklepach.
Zapach. On jest niepowtarzalny.
To nieuchwytne ciepło. Jedyne.

Co roku życzę wszystkim tylko jednego - żebyśmy się przy tym stole znowu spotkali. Nic więcej mnie nie obchodzi. I Was też nie powinno.

Tymczasem ze wszystkich stron atakują mnie poradniki, jak przetrwać święta oraz informacje, że oto nadchodzą, oesu, jakjategonienawidzę. Czytam to, słucham i ręce mi opadają. Wy wszyscy, którzy nie znosicie świąt - sami jesteście autorami tej porażki, naprawdę. Jeśli co roku spędzacie święta w sposób, którego nie lubicie, tylko w Waszej mocy jest to zmienić. Zorganizujcie coś innego. Zachowajcie się inaczej niż zawsze - nikt nie pozostanie obojętny, bo akcja wywołuje reakcję.
Nie chcecie stać przy garach? Dajcie komuś zarobić.
Nie chcecie iść w gości? Podziękujcie za zaproszenie i życzcie wszystkiego dobrego.
Nie lubicie choinki? Nie kupujcie, to nie obowiązek.
Chcecie przez całe święta gnić pod kocykiem na kanapie? Odważcie się wreszcie.

Nie ma musów ani powinności, są tylko wybory. Wasze wybory i ich dla Was konsekwencje. Odważcie się je ponieść i przestańcie truć.

Czego Wam z serca życzę.

5 grudnia 2016

2374

Notka wolna od zwierząt. Prawie.


Zrobiłam błąd taktyczny i to się teraz zemści.
Owszem, byłam w dupie, ale - jak mawiał Kisiel - zaczęłam się tam już urządzać. Wszystko szło w dobrym kierunku, aż niespodziewanie straciłam czujność i okazało się, że jestem warta w złocie tyle, ile ważę (a nie jest to mało). Dzięki czemu mam teraz przerąbane. Niech to szlag.

Zaczęło się od tego, że Szef zadzwonił do mnie przy niedzieli o 21. Akurat leżałam na kanapie pod psem. Ponieważ zapotrzebowanie opiewało na przejrzenie maila, powiedziałam do psa:
- Zejdź ze mnie.
Szef udał, że nie słyszy.
- Zejdź ze mnie - powtórzyłam bardziej zdecydowanym tonem, bo pies też udawał, że nie słyszy.
Zasadniczo to było dość obraźliwe. Przeczekał i wyciągnął wnioski.

Drugi raz zadzwonił dziś rano, kiedy - jak przypuszczam* - powinnam już świadczyć pracę i zapytał kulturalnie, czy przypadkiem mnie nie obudził. Ucieszyłam się szczerze, usłyszawszy to pytanie, albowiem wyszło na jaw, że moje poczynania są dosyć skuteczne. Fakt, musiałam nad tym popracować parę lat, ale jednak. I wtedy się zaczęło.

Było źle. Tak źle, że o 13.15 koleżanka zrobiła mi kanapkę, przyniosła pod nos do gabinetu Szefa i przypilnowała, żebym wetknęła ją sobie w jakiś otwór. Kiedy o 13.55, siedząc za biurkiem władzy, klapnęłam jego laptopem i wyjęczałam, że koniec, a ja idę do domu... pogłaskał mnie po głowie i powiedział:
- Dziękuję ci, dziecko. Nie mam zielonego pojęcia, jak udało ci się to zrobić, ale wiedz, że jestem ci głęboko wdzięczny.
Po czym schował dokumenty do teczki, wziął do ręki mazak i opisał:
Wersja ostateczna, 5 grudnia 2016.
Potem zastanowił się chwilę i dopisał pod spodem:
KURWA.

A już było tak dobrze! Do niczego się nie nadawałam, wszystko psułam i miałam święty spokój.
Komu to, no... Komu to przeszkadzało?!


PS Osławione prawie.



* Nigdy się jakoś szczególnie nie zainteresowałam, o której zaczynam. Nie parkuję na dziedzińcu, żeby się w oczy nie rzucać, pilnuję, by nie zderzyć się z władzą, a władza w ramach wdzięczności udaje, że nie wie, że wie. I tak nieomal trzy lata.

3 grudnia 2016

2373

- Jest taka kłopotliwa sytuacja - poinformowałam dziś Prezesa.
- Mianowicie?
- Zrobiłam trochę porządku z klientami w centrum kulturalnym wsi polskiej.
- W Biedronce?
- Nooo.
- Ale z klientami?!
- Noooo.
- Mamy spalony sklep?
- Nie. Ale uprzedzam, jakby ktoś nam gównem okna obrzucił...

Bo to było tak.

Pojechałam po pracy na zakupy. Cimno, zimno, zamieć i pińcet osób w sklepie. Dwie kasy, do obu kolejka. Ja tam pochodzę z lat siedemdziesiątych, nie w takich kolejkach stałam. Nie lubię, ale obecnie obsługa jest dziarska, więc nie ma się o co fantować. Stoję. Za mną ustawia się młody tata z bardzo malutkim dzidziusiem i pełnym koszem. W sklepie ciepło, głośno, światło w oczy. Ja tam dzidziusiów nie lubię, nie rozczulają mnie i nigdy nie rozczulały, postać larwalna mnie nie bierze, ale dziecko jest dziecko. Odsunęłam się i zamachałam na niego, żeby przeszedł przede mnie. Oczywiście żaden patafian ze stojących przed nami ani drgnie.

Grzecznie podziękował, więc skwitowałam, że nie ma za co i ciut głośniejszym tonem poinformowałam świat, że tatuś winien być obsłużony poza kolejnością. Patafiany głuche jak pień.
- Żeby pani wiedziała... - westchnął chłopak. - Jak żona była w ciąży, to NIKT jej w kolejce nie przepuścił.
Nie trafiło. Ale w tym momencie z wnętrza sklepu napłynęła trzecia pani i zaprosiła klientelę do kasy numer pięć.

Jak nie ruszą! Mało chłopaka z dzieckiem nie zadeptali.
Troszeniuńkę mnie poniosło. Ciutkę. O, tyle. Normalnie... co brudu za paznokciem*.
Bardzo kulturalnym tonem, od którego drzewa umierają stojąc, huknęłam na motłoch.
- A może byście przepuścili pana z malutkim dzieckiem**!
Nie od dziś wiadomo, że motłochu trzeba kazać, bo nie ma mózgu, za to mores zna.
Nie od dziś wiadomo, że wkurzonej mnie nawet motłoch się nie sprzeciwi, bo nie ma mózgu, ale ma instynkt samozachowawczy. Dzięki temu ludzkość jeszcze nie wygięła.

Tłumek zamarł na ułamek sekundy, po czym prysnął na boki jak Morze Czerwone przed zmotywowanym odpowiednio Mojżeszem.
- Proszę bardzo, proszę - zaszemrał.
No to mogłam już spokojnie czekać w swojej kolejce.

To co? Zakładać te żaluzje?



* Gdybym zdenerwowała się BARDZO, toby wszyscy natychmiast zeszli na atak apopleksji. Albo coś. W każdym razie - żywy stąd nie wyjdzie nikt.
** Nie, to nie było pytanie. Skąd.

1 grudnia 2016

2372

Nadejszła zima.
Jeziora i rzeki skuł lód.

Dla Haneczki jest to pierwsza zima w życiu. Ochłodzenie poletnie przyjęła z niesmakiem. Owszem, wychodziła na siusiu, bo jest dobrze wychowanym i posłusznym pieskiem, ale dawała nam do zrozumienia, że czyni rzecz niechętnie i wyłącznie dla nas. Zupełnie inaczej sprawa ma się od chwili, gdy nawaliło tzw. białego gówna.

Szczyt haneczkowych wyczynów? Znaleźć największą zaspę, wsadzić w nią z rozmachem głowę aż po samą szyję, po czym cofać się, ciagnąc łeb za sobą w śniegu. Szczyt leśkowych możliwości? Kopsnąć Hankę, żeby wywaliła się w zaspę i skoczyć na nią z rozpędu, by przejechać spory dystans na swej radosnej towarzyszce, jak na saneczkach.

Zapewne nie muszę Wam tłumaczyć, jak bardzo cieszymy się, gdy nasze najukochańsze pieseczki wracają do domu.

PS Duże koty mają mdłości od samego patrzenia przez okno. Ale nie Edek. On musi zanieść sąsiadom dar w postaci kupy porannej.
Prezes: Nie przejdzie do sąsiadów, bo musiałby się przekopać przez zaspę pod płotem.
Łoterloo (wskazując krostopatym paluchem widok zimowy za oknem): A kto tam popieprza pomiędzy drzewami?
Prezes: A to dziad. Przekopał się!

28 listopada 2016

2371

Oto dziś dzień krwi i chwały.
Odzyskaliśmy zmywarkę.

Całej historii od A do Z postanowiłam poświęcić osobny post, bo jest tego warta. Przestałam ją nawet aktualizować na Facebooku, bo z dnia na dzień stawała się coraz bardziej absurdalna. Będę Was prosiła o udostępnienie tego zamierzonego posta jak najszerszej publiczności, aby maksymalna liczba osób zyskała pewność, że od firmy BEKO trzeba trzymać się jak najdalej, czyli gdzieś mniej więcej na drugiej półkuli.

A więc opiszę, ale dziś po prostu nie mam na to siły i jest mi niedobrze. W każdym razie: oby splajtowali jak najprędzej, z pożytkiem dla wszystkich klientów.
Ament.

17 listopada 2016

2370

My tu gadu-gadu, zmywarka, chleb, szafa torebkowa, a tymczasem niepostrzeżenie blogowi stuknęło lat dziesięć. Większość moich /PT/ Czytelników nawet tyle nie żyje. Ja natomiast już dziesięć lat plotę bez sensu i ktoś to czyta! Brawo ja.

Z tej okazji wystąpią dla Państwa ci wszyscy, dla których tak naprawdę tu przychodzicie.

Tycia i Pimpek
Pan Stefan
Tusieńka
Karollo
Jej Wysokość Zofia - Kłębek Nienawiści
Edeczek Mamusi Syneczek
Kapral Czesław Jedziniak
Leśniewski
Hanna Akcesorium
Karzące Ramię Prezesa Oraz Biurko I Zofia
Zuzanna (czego nie widać) Nadmorska
Niesamowite, ile tu głównych bohaterów, prawda? Aż dziw, że się wszyscy nie pogubili.
No to teraz jest ten moment, kiedy wszyscy wstają, rozgłośnie klaszczą i krzyczą:
AU-TOR-KA! AU-TOR-KA!!!

No już dobra, dobra.

I jeszcze autorka. Czyli ja. I Mysz. (Mysz była różowa, pamiętam ją).
Więc my wszyscy bardzo Państwu dziękujemy. Nie, nie zamykamy kramiku, bo nie wzięliśmy jeszcze za udział. Chociaż... Właściwie to wzięliśmy: dziesięć lat Waszej uwagi.

Bardzo to fajne.

14 listopada 2016

2369

Ktoś kiedyś chciał zobaczyć, jak wygląda szafa na torebki. Nie mam pomysłu, jak to sfotografować, żeby wszystko było jasne. W końcu wiemy, że umiem upiec chleb, naprawić gniazdko, wychować dziecko, a nie umiem zrobić głupiego zdjęcia. Ale co poradzę?

Podpowiedzi w podpisach.

Szafa otwarta

To lustro jest właśnie szafą - zamkniętą

9 listopada 2016

2368

Najmilsza Córeczko!

W '94 listopad był wyjątkowo paskudny. I nawet padał śnieg - taki ciężki i mokry, który czasem przymarza do chodników, by potem zmienić się pod nogami w wodnistą breję. Było zimno i ciemno, a ludzie, jak to zwykle w takich warunkach, warczeli na siebie. Jednak dla mnie to wszystko nie miało znaczenia. Bo ja o 7:05, usłyszałam gromki okrzyk położnej:
- Masz Zuzię!
A w chwilę potem, tuż nad moim brzuchem pojawiła się Twoja śliczna i bardzo niezadowolona buzia. Co jest oczywiście zrozumiałe - zarwałaś nockę i kazali Ci żyć o 7 rano. Nie Twoja pora.


9 listopada na zawsze zmieniło się wszystko. Nie oddałabym tego za żadne skarby świata.

Dziękuję Ci, że jesteś. Bez Ciebie życie nie miałoby najmniejszego sensu. Bądź szczęśliwa i o nic się nie martw. Czuwam.

                                                                                    mama

7 listopada 2016

2367

Upiekłam swój pierwszy chleb. Taka informacja dla tych, co nie majo fejsa.



Przepraszam się z Państwem - umiem upiec chleb, ale nie umiem zrobić przyzwoitego zdjęcia.

Pojechałam pochwalić się rodzicom.
Łoterloo: Tu masz wodę, wędzonego węgorza i chlebuś, który sam upiekłem.
Matka (obwąchując, ciamkając i przeżuwając): Klasa chlebuś, mniam, mniam.
Łoterloo: Ojciec?
TSZKPJMO*: Ja już mam swój ulubiony chlebuś.
Łoterloo: Ojciec!
TSZKPJMO: Kupuję sobie na rynku.
Łoterloo: Ja cię ostrzegam. Chociaż spróbuj, cholera jasna, jasna cholera!!! Całą noc piekłem, zakwas sam robiłem, do kroćset!
TSZKPJMO: Jaka ty agresywna jesteś do starego ojca!

***

Sześć kromek później.
TSZKPJMO (ciamkając i grzebiąc nożem w smalcu): Jak mi będziesz przywozić ten chlebek, to zaczekaj dzień lub dwa, bo ja nie jem świeżego.
Matka (wznosząc oczy ku sufitowi w zastępstwie nieba): A ja z nim żyję prawie pięćdziesiąt lat.
Łoterloo: Dobrze ci tak. W poprzednim wcieleniu byłas Hitlerem.


* Ten Stary Zrzęda, Który Podobno Jest Moim Ojcem

3 listopada 2016

2366

Pod notką 2364 Iza napisała:
... jak zgadzam się z Twoimi poglądami w całej rozciągłości, tak podoba mi się podejście prezentowane TUTAJ.
Czyli nawet w Polsce można spokojnie i normalnie, pomimo silnej różnicy poglądów. To duża ulga.

I ja się odniosę.

Dla wygody, ponieważ materiały internetowe czasem odchodzą do lamusa, kopiuję zapis tekstu nagrania, które w Deonie się pojawiło.

Kiedy mieszkaliśmy na 38m2 z dzieckiem i psem, zaszłam w ciążę. Nie rozumiem decyzji pani Natalii, ale hejt i obrażanie innych nie sprawią, że zmieni się świat. 

Maja Moller to mama dwójki dzieci i autorka bloga Chrześcijańska Mama. Spontanicznie nagrała film, w którym komentuje ostatnie wyznanie Natalii Przybysz i reakcje na nie. Publikujemy transkrypcję, a niżej video:

Może was dziwić miejsce tej transmisji i że jest na żywo, ale to totalny spontan. Pojechałam na zakupy w niedzielę, jako chrześcijańska mama, z racji tego, że - jak słychać - dopadła nas choroba. A jadąc tutaj, miałam przemyślenia o tym, czym żyje ostatnio część internetu, czyli "coming outu Natalii Przybysz". Jak można zobaczyć na jej stronie internetowej, wylała się na nią fala hejtu.

Chcę wam powiedzieć, dlaczego ja nie protestuję i nie hejtuję jako mama. To jest coś, czego jako mama nie rozumiem. Nie rozumiem żadnych pobudek dotyczących aborcji, ale w szczególności takich, które podała Natalia Przybysz. Tak naprawdę myślę, że każda z nas myśli podobnie. 

 38 m^2 z dzieckiem i psem

Kiedy my mieszkaliśmy na  38 m^2 z dzieckiem i psem i okazało się, że jestem w drugiej ciąży, to poszliśmy szukać kredytu mieszkaniowego po to, żeby powiększyć nasze lokum i stworzyć lepsze warunki mieszkaniowe. 

Decyzja takich osób jak pani Natalia jest dla mnie niezrozumiała, natomiast wiem, że od tego mojego niezrozumienia nie zmienia się świat. 

To, że ja tupnę nogą i zacznę kogoś obrażać, z przekonaniem, że mam słuszność, nie sprawi, że ta osoba się zmieni, to nie sprawi, że świat się zmieni. Tak naprawdę tym, co zmienia świat, jest właśnie to, co robię. Takie wychodzenie z ukrycia.

Łatwo oceniać z bezpiecznych odległości i miejsc

Łatwo jest usiąść za komputerem i z bezpiecznej odległości, z poczucia bezpieczeństwa, które daje anonimowość, pisać rzeczy, które są dla nas pewnie po części prawdziwe, ale nie niosą ze sobą niczego pozytywnego. Oprócz tego, że mi zrobi się lepiej, ponieważ wyrażę swoją złość, po części wyładuję się. 

Tym, co zmienia świat, jest mówienie, że można żyć inaczej. I sobie myślę, że gdybym nie wierzyła, a spotykałabym osoby, które mówią mi o tym, co jest negatywne, poprawne, niepoprawne moralnie, od których słyszę tylko taką mowę pełną potępienia, to nie wiem czy byłabym w Kościele. 

Ja miałam to szczęście, że spotkałam ludzi, którzy mi pokazali, że życie z Panem Bogiem jest fajne. Tylko tyle i aż tyle. I to jest zadanie każdej z nas. Może nie tutaj w internecie, ponieważ taka internetowa działalność pewnie dotyczy tylko części z nas. Ale tak naprawdę to jest zadanie każdej z nas w swoim miejscu, w którym żyjemy.

Dobre i fajne życie z Bogiem

Po prostu być sobą i pokazywać swoim życiem, że można żyć z Panem Bogiem. Można żyć fajnie, można żyć na 60 m^2 z piątką dzieci i być przy tym szczęśliwym, i dawać z siebie mnóstwo miłości. Od tego, że będziemy hejtować i poprawiać świat, ten świat się nie zmieni. Mimo że każdy z nas ma czasem taką potrzebę. Mimo że część z nas nazywa to napominaniem w duchu Ewangelii itd. - bzdura.

Tym, co może zmienić świat, nie jest napominanie innych i mówienie im, jak oni mają się zmieniać, tylko zmienianie siebie i pokazywanie, że można żyć dobrze, że można żyć fajnie, że można żyć jako katolik, chrześcijanin tymi wartościami w świecie. Nie jako jakieś dziwadło, czy ktoś oderwany od życia. Ale jak ktoś, kto żyje pełnią życia i pokazuje, że to jest fajne. I tego wam życzę.

Życzę wam też dobrej niedzieli. Takiej niedzieli, w której pokażecie innym, że żyjecie fajnie, dobrze z Panem Bogiem. I że głosicie otwartość na życie, niekoniecznie hejtując innych, czy zalewając świat upomnieniami, ale życiem na maksa. Do zobaczenia.

Zaskoczę Was... nie mam zamiaru naskoczyć na nią, że robi zakupy w niedzielę.
No, dobra - żartowałam. Wiadomo że nie napisałabym nigdy czegoś takiego, bo nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu, kiedy kto robi zakupy. Owszem, pewna spójność teorii i praktyki w człowieku jest potrzebna, ale nie ma co przesadzać.
Zasadniczo to chciałabym ogłosić, że mnie tez bardzo się podoba to, co powiedziała Maja. W szczególności ten fragment:

Od tego, że będziemy hejtować i poprawiać świat, ten świat się nie zmieni. Mimo że każdy z nas ma czasem taką potrzebę. Mimo że część z nas nazywa to napominaniem w duchu Ewangelii itd. - bzdura.

Tym, co może zmienić świat, nie jest napominanie innych i mówienie im, jak oni mają się zmieniać, tylko zmienianie siebie i pokazywanie, że można żyć dobrze, że można żyć fajnie, że można żyć jako katolik, chrześcijanin tymi wartościami w świecie. 

Tak właśnie postrzegam przekonywanie ludzi do idei: nie zakazami, nakazami, praniem mózgów, monotonną narracją, tylko przykładem własnego życia. Wierzcie lub nie, ale ja znam jedną (sic!) taką osobę, istotnie identyfikującą się z kościołem katolickim i jest nią... Chuda. NIGDY nie słyszałam i nie czytałam, żeby kogoś upominała, narzucała swoje poglądy czy umoralniała. A jednocześnie całym swoim życiem pokazuje, że jej wybór jest trafny. Kiedy episkopat odwraca się plecami do uchodźców, Chuda kupuje koc i oddaje go na zbiórkę. Kiedy prawicowy publicysta - a kościół nie protestuje, czyli przyzwala - nazywa Dryjańską "zdeformowaną", Chuda obmyśla, jak skuteczniej pomóc Mikołajkowi, choremu na rdzeniowy zanik mięśni.
- Jak ty to wytrzymujesz? - zapytałam kiedyś, oburzona kolejnym paskudnym wybrykiem kleru.
- Modlę się - odpowiedziała.
A ja wiem, że jej modlitwa ma prawdziwą wartość.

Chuda i jej podobni (czyli przypuszczalnie również Maja) są najlepszym, co przypadkiem udało się wyprodukować kościołowi katolickiemu w Polsce. Niestety jestem głęboko przekonana, że nie ma o tym pojęcia. Szkoda - bo to są osoby, które dają tej beznadziejnej instytucji jakąś szansę. Zasadniczo Maja pomyliła się tylko w jednym miejscu. O, tu:
Nie rozumiem żadnych pobudek dotyczących aborcji, ale w szczególności takich, które podała Natalia Przybysz. Tak naprawdę myślę, że każda z nas myśli podobnie. 
Powinna była powiedzieć "wydaje mi się". Bo rzeczywiście tylko jej się wydaje - ale dla całości wywodu nie ma to znaczenia.

***

Wiecie, że nigdy nie doszło pomiędzy mną a Dorotą do różnicy zdań na tematy społeczne? Sądzę, że za bardzo się szanujemy i rozumiemy, co kieruje tą drugą.
Szacunek - to jest bardzo fajne słowo.
Powtarzajcie je często.

25 października 2016

2365

Obożebożenko, piesek Lesiek jest ranny i może nawet umrzeć za jakieś osiemnaście sekund.

Otóż.
Wróciłyśmy wczoraj z Zuzanną do domu dopiero przed osiemnastą. Prezes wyjechany. Tumult, szaleństwo, niuch, podbieg, wzdryg. Ciepło było i pogodnie, więc wszyscy wypruli do ogrodu. Po jakimś czasie wrócili, akurat siedziałam w fotelu w salonie i pisałam poprzednią notkę, a to trochę trwa i wymaga skupienia.
- Mamo - dotarł do mnie głos pełen wyrzutu. - Mamo!
- Co?
- Pies koło ciebie leży, jest jakiś nieszczęśliwy i nie przychodzi na wołanie.
O, faktycznie. Leży i rozsiewa pustkę emocjonalną oraz dramat i tragedię.
- Co tam, syneczku? - zapragnęłam wiedzieć. - Życie cię uwiera?

Nie życie, moi drodzy. Rana! Ogromna, przygnębiająca, śmiertelna, półcentymetrowa rana na udzie, brocząca psią krwią serdeczną, a uciekało przez nią życie. Ojojane rany mniej bolą, wspomniałam starą prawdę.
- Ojojojojojojoj - pochyliłam się nad pieskiem Leśkiem. - Mój biedny, ranny szczeniaczek ze schroniska, co to się stało pieseczkowi, chodź, mamusia cię przytuli, ojojojojojojoj.
Pies był umierający i moje zainteresowanie nadeszło w ostatniej chwili.

Postanowiłam obejrzeć rzeczony defekt. Pies omdlewał. Poszłam po latarkę, na widok której zainteresowany wykazał maksymalny brak ufności i zwiał, nie zważając na gigantyczny ubytek psa w psie. W końcu zniewoliliśmy go we dwoje z Prezesem, obejrzałam z bliska to śmiertelne nieomal (0,5 cm) zranienie, popsikaliśmy Octeniseptem, żeby się zakażenie nie wdało - od czego pies o mało nie umarł. Kulał. Po schodach nie mógł. Żebrać do stołu nie przyszedł, tylko leżał taki samotny i porzucony w legowisku pod schodami*. Wieczorem ostatkiem sił dowlókł się do łóżka, ale nie wskoczył, tylko kazał się podsadzić i padł śmiertelnie zmęczony w piernaty. Rano kulał, nie chciał wyjść na sikanie. Śniadanie? Owszem, zjadł. Ale tylko ze względu na mnie**!

Napisałam z pracy do Zuzi, która zaczynała później zajęcia, w sprawie psiego żyć albo nie żyć.
W odpowiedzi otrzymałam naganę, żebym przestała, bo pies ma się znakomicie, z ranki - o, przepraszam! - ze śmiertelnego zranienia nie broczy i w ogóle nie ma tematu.

To potem Wam powiem, czy zaczął kuleć na mój widok po południu. Bestia podstępna.
No, cóż... w rodzinie wielodzietnej trzeba umieć zawalczyć o zainteresowanie, c'nie?


* W końcu dał się uprosić i ewentualnie zjadł kawałek bułeczki z masełkiem, ale zrobił to tylko dla mnie!
** To co, że szybko?! Czepcie się tramwaja!!!

24 października 2016

2364

Notka o tym, że w każdej szafie leży trup i czeka na otwarcie drzwi, czyli dlaczego #jestemznatalią

Na początku, dla porządku, wrzucam kontekst, bo może jest jeszcze w tym kraju ktoś, kto nie czytał, nie słyszał i nie wie. Parę dni temu Natalia Przybysz, o której istnieniu nie miałam pojęcia, a teraz wiem, że jest piosenkarką, ale dalej nie kojarzę człowieka, udzieliła wywiadu Wysokim Obcasom. W wywiadzie tym opowiedziała o swojej twórczości i emocjach, ale przede wszystkim o piosence, która stała się jej coming outem - przyznaniem do wykonania aborcji.

Na Natalię wylał się hejt w tak gigantycznej skali, że przestał to ogarniać ktokolwiek. Co więcej: dostało się dziewczynie nie tylko od środowisk zygotariańskich, ale również od rzeczonych sióstr w czarnym proteście. Z całego, dość obszernego wywiadu zapamiętano jedynie, że Przybysz ma 60-metrowe mieszkanie i uważa je za zbyt małe dla trójki dzieci i dwojga dorosłych. Tymczasem chodzi przecież o coś zupełnie innego. Mianowicie o powiedzenie głośno, że się miało aborcję. Nie dlatego, że rak, Down, gwałt. Dlatego, że była to ciąża przypadkowa, nieplanowana i niechciana.

Mnóstwo osób (owszem, czytuję komentarze) podniosło krzyk, że Przybysz wybrała bardzo zły moment: zamiast pomóc czarnemu protestowi, dała jego przeciwnikom argument, że furda szczytne ideały, a tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby się skrobać na potęgę.
A gówno.

Po pierwsze: nigdy nie ma właściwej chwili na wylot trupa z szafy. Tabu nie przestaje być tabu tylko dlatego, że zmieniają się okoliczności. Przestaje nim być, bo pojawia się pierwszy człowiek, który je przełamuje, a za nim idą następni i kolejni. Ośmielają się mówić głośno rzeczy niepopularne, oswajają temat, powoli zmieniają powszechny ogląd. Przypominam, że jeszcze sto lat temu kobiety nie były ludźmi, a parę lat wcześniej nie byli nimi kolorowi mężczyźni. Całkiem niedawno lekarze uważali mycie rąk pomiędzy jednym a drugim pacjentem za nowomodne głupoty. A tu ktoś zrobił pierwszy krok i spotkał się najpierw z nienawiścią, potem z odrzuceniem, a jeszcze później okazało się, że zmienił sposób myślenia o człowieku jako białym, heteroseksualnym mężczyźnie (a także wykazał, że bakterie jednak istnieją). Której pani z tym źle, niech napisze. A, nie - sorry. Nie może tego napisać, bo jako nie-człowiek nie ma prawa do publicznej wypowiedzi [1]. Szach i mat.

Po drugie: usuwanie ciąży wcale nie jest wymysłem dzisiejszych czasów. Wręcz przeciwnie - jest stare jak świat. Kobiety pozbywały się ich tak długo, jak istnieje ludzkość. Czy robiły to dlatego, że z badań prenatalnych wynikało ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu? A może wiedziały, że jeśli donoszą, to stracą wzrok? Figę. Pozbywały się brzuchów, BO NIE CHCIAŁY BYĆ W CIĄŻY. Powodów mogły być setki - za dużo dzieci, w ogóle dzieci, gwałty, odium dziewictwa, z którego nie można było zrezygnować, żeby nie skończyć z etykietą kurwy i móc ułożyć sobie życie, czyli wyjść za mąż i powić pierdyliardy dzieciuków z prawego łoża, wizja utraty wolności oraz co tam jeszcze sobie wymyślicie. Zły moment po prostu. Ktoś to w końcu musi powiedzieć głośno.

Po trzecie: wg badań szacunkowych w Polsce żyje obecnie ok. 5 milionów kobiet, które usunęły przynajmniej jedną ciążę [4]. Ja sama znam kilka. Każda z Was zna. Mężczyźni mogli nie dowiedzieć się tego wprost, bo to nie jest temat, o którym rozmawia się z mężczyznami, ale my wiemy. Głosu jednej Natalii Przybysz i jednej nieodżałowanej pamięci Marii Czubaszek można nie usłyszeć. Ale głos, choćby cichy, choćby nawet szept, powielony 5 milionów razy, dotrze do każdego. A co dopiero krzyk. Nie da się przejść obojętnie mimo 5. milionów kobiet krzyczących Miałam aborcję. To nie jest temat marginalny, tylko całkiem powszechny sposób postępowania. Miejmy odrobinę odwagi, żeby mówić o tym normalnie, a nie upychać w szafie trupa, który śmierdzi na całą kamienicę.

Dlatego jestem z Natalią. Ma dziewczyna jaja jak dynie.
Przestańmy wreszcie chować się za fałszywym wstydem i miejmy odwagę powiedzieć, że wystarczającym powodem, by nie być w ciąży, jest niechęć do bycia w ciąży. Pierdololo o kompromisie aborcyjnym jest tanie tak długo, jak długo będzie istnieć choć jedna kobieta, która nażre się w tajemnicy jakiegoś gówna, rzuci ze schodów, wykąpie we wrzątku albo włoży sobie wieszak w pochwę. Co jest - oswójcie się, do cholery - powszechne i na porządku dziennym.

Przestańmy się krygować i zacznijmy zmieniać świat.

Najpierw ja.
Gdybym teraz zaszła w ciążę, usunęłabym ją bez chwili namysłu. W szpitalu za granicą, bo mnie na to stać i za stara jestem na szafowanie homeostazą.
Walczę, by mogły tak zrobić kobiety, których na to nie stać. Bo jestem człowiekiem. Jestem kobietą. Jestem siostrą. I mam trochę szarych komórek oraz nie waham się używać. Ot, co.



PS Nie spraszałam zygotarian. Komentarze o krzyczących blastocystach (w każdej formie) zaliczą wylot. W ogóle mnie to nie interesuje i nie piszę po to, żeby poznać tego typu opinie. Szerokiej drogi życzę. Cześć, pa, kupcie mi coś.


[1] Jestem w trakcie oglądania "Bożej podszewki". Ta scena, gdy lekarz mówi do męża Maryśki, że trzeba jej usunąć macicę, ale on musi wyrazić na to zgodę - cudownie zagrana przez Agnieszkę Krukównę [2], z przerażeniem, nieśmiało wyglądającą zza parawanu, niemającą nic do powiedzenia na temat własnego ciała. Polecam.
[2] Agnieszka Krukówna jest moją szkolną koleżanką. A jej młodszą siostrę uczyłam polskiego w liceum. W tym samym zresztą, którego jestem absolwentką [3].
[3] Chwila przerwy na utwór muzyczny a propos.
[4] Nie posiłkuję się tutaj konkretnymi badaniami, ale gdzieś mi przemknęło, kto je wykonał, więc można odnaleźć.

22 października 2016

2363

Dzik - lat nieomal pięć i pół. Ma Poglądy.

Rzecz wydarzyła się niedawno, na urodzinach Cioci. Ciocia właściwie jest ciocią Matki Dzika, co oczywiście nie ma żadnego znaczenia dla przedstawianych rewelacji. W każdym razie impreza trwała w najlepsze. Na parterze ona trwała, a Dzik przebywał na pięterku z Tą Kaczką, gdyż ustalono, że grzeczne dzieci* winny o pewnej porze opuścić towarzystwo dorosłych. Szczególnie gdy nadużywają. Dorośli, ma się rozumieć.

Kaczka - niespodzianka


Ta Kaczka jest urody nieco zeszmaconej, gdyż towarzyszy Dzikowi od czasów - z punktu widzenia Dzika - zamierzchłych. Wiele przeszła**. Niedawno nawet kilka zabiegów operacyjnych, czyli rozprucie, wybebeszenie, napchanie ponowne, doszycie nowych oków (bo oczko mu odleciało, temu misiu) i licznych ozdóbek. Proszę się zapoznać:
Państwo - Stuart, Stuart - Państwo.
Dziękuję.

Wróćmy do opowieści. W pewnej chwili Dzik jak cień spłynął ze schodków na parter, pod pachą dzierżąc Tę Kaczkę***. Odchrząknął sumiennie, by zwrócić na siebie uwagę zgromadzonych, po czym obwieścił:
- To już nie jest Stuart - tu zawiesił głos, by podkreślić dramatyzm. - Teraz to jest Stanisław Piórko!
Pełnolotni uczestnicy spędu w obliczu tego wiekopomnego oświadczenia zastygli oraz, ma się rozumieć, zamilkli. Wykorzystując tę pełną napięcia ciszę Dzik przepłynął ku jednej z cioć i pociągnął ją za rękaw. A następnie, czyniąc użytek z faktu, że pochyliła się ku niemu, scenicznym szeptem nakazał:
- Powiedz głośno, żeby wszyscy usłyszeli: STANISŁAW PIÓRKO NA PREZYDENTA!



* Działanie podprogowe.
** Tym eufemizmem pragnę dać Państwu do zrozumienia, że bycie wielokrotnie obrzyganym nie jest neutralne z punktu widzenia jakości życia.
*** Na początku sądziłam, że to nie jest post polityczny.

11 października 2016

2362

Nie miała baba kłopotu...


Oto bogate wnętrze psa Hanusi. Owszem, trzeba było wyciągnąć za pomocą skalpela. Tyle miałam przytomności, że zawinszowałam sobie w komplecie sterylkę i czipowanie - ja tam przedstawicielom medycznym w nic nie wierzę, a najbardziej, gdy mówią, że coś nie boli. Weź se, kmiocie, wbij taką grubą igłę i wstrzyknij czipa, a potem pogadamy.

Bardzo emocjonujący dzień.

Hania na pustaka, bo w żołądku jednak dziura. Jutro wieczorem dopiero dostanie trochę rosołku, który jej mamusia, ma się rozumieć, ugotuje. Napiła się wody (wolno), wysikała i śpi. Bida straszna, serce się kraje.


9 października 2016

2361

Wczoraj przyjechali do nas goście. Nie jest żadną tajemnicą, że nasze zwierzęta uwielbiają wszystkich gości i natychmiast stawiają się tłumnie, by witać wchodzących: przechadzać się wielokrotnie tam i z powrotem w celu zwrócenia na siebie uwagi i załapania się na głaski (koty) oraz szaleńczych hopsasów, tarzania się po podłodze i włażenia na głowę w celu zwrócenia na siebie uwagi i załapania się na głaski (psy). Każdy ma taki środek wyrazu, na jaki sobie zapracował.

Wczoraj Lesiek przebił wszystko.

Z tego szczęścia, że oto zjawiły się trzy nowe osoby, w dodatku prozwierzęce i chętne do pieszczot, rozpędził się z kwikiem i... jednym zwinnym susem znalazł się na stole! Z uwagi na moją reakcję (wrzask i gwałtowne wymachy wszystkimi kończynami), przebiegł po nim (2 metry), zeskoczył z drugiej strony i bez kompleksów kontynuował taniec-połamaniec.

Kto mi podrzucił tego psa?!

7 października 2016

2360

Na fejsie pod poprzednim wpisem pojawił się komentarz o treści: "Wulgarnie....! Bardzo". I to mnie zachęciło do wypowiedzi na temat wulgaryzmów, a także agresji nadającego komunikat.

Otóż.
Z mojego punktu widzenia wulgaryzmy są takimi samymi słowami, jak wszystkie inne. Jestem językoznawczynią, co większość z Was wie, lubię je jako materię, oglądam, miziam za uszkiem, wypuszczam i patrzę, jak ludzie na nie reagują. Oprócz tego mam taką wadę systemu, że nie widzę. W sensie: dla mnie istnieje tylko to, co nazwane. Może być w głowie, a więc nie głośno, ale muszę wypowiedzieć słowo, żeby zauważyć i zapamiętać. Dla mnie świat składa się ze słów, znam ich wiele (pewnie trochę więcej niż statystyczny użytkownik) i nie waham się używać z gestem. Nie potrafię wizualizować.

Czyli: wulgaryzmy są takimi samymi słowami, jak wszystkie inne. Różni je od pozostałych tylko jedno - niosą duży ładunek emocji. Zwróćcie uwagę na ten gatunek, który idzie ulicą i kurwuje co drugi wyraz. Tam się w środku coś dzieje, gotuje, buzują gwałtowne uczucia, a oni nie potrafią ich nazwać... Nie są to wszakże wybujali intelektualiści, których uczono, który widelec służy do jedzenia ślimaków - tylko sól tej ziemi. Do tego dokłada się dzisiejszy galop informacyjny, atak bodźców oraz naturalna skłonność języka do uproszczeń. I macie wynik.

Jak wspominałam, posiadam całkiem spory zasób słów. Mało tego: potrafię ich sensownie używać (i w miarę bezbłędnie pisać), a także dostosować się do sytuacji. Mogę doprowadzić zdania do wynaturzenia w postaci minimum pięciozgłoskowców* co oddech, choć za tym nie przepadam. Przy tym sądzę, że jeśli uważam coś za grube nadużycie, to nie warto tonąć w eufemizmach.

Jest jeszcze jeden aspekt wypowiedzi, na który nie zwykliśmy zwracać uwagi. Mianowicie odrębność języka kobiet od języka mężczyzn. Dziewczynki mają być grzeczne. Od urodzenia uczy się nas, byśmy były czyste, skromne, odzywały się jak najmniej, a jeśli już, to bardzo elegancko. Ze dwa miesiące temu wyłącznie przez grzeczność nie przylutowałam własne matce**, która siedząc w altance i puszczając dymy rzekła:
- Jak te dziewczynki dziś bluzgają! Są gorsze niż chłopcy!
Było gorąco. Pragnę podkreślić, że ani razu nie użyłam słowa "głupia", "wkurwiasz" czy związku frazeologicznego "kopnij się w głowę". Czuję się wewnętrzną zwyciężczynią.

Moja mama (lat 75), choć z wyraźnym zacięciem feministycznym, jest jednak wykwitem swoich czasów. Wiele trudu włożono, by jej wpoić, że ma siedzieć ze złączonymi nogami i się zamknąć. Kiedyś w ogóle nie przeklinała, teraz bardzo rzadko. Wyobraźcie sobie taką sytuację:
Przedpokój w mieszkaniu moich rodziców - budowlana pomyłka: od drzwi wejściowych kiszka, po kilku metrach rozchodzi się w pokaźny prostokąt. Goście zawsze w kolejce. Przy tym kiszka jest ślepa*** i ciemna. Rzecz wydarzyła się w czasach, gdy pod drzwiami stało mleko. Matka po nie poszła, otwarła drzwi, podniosła butelkę, zamknęła drzwi, zrobiła w ciemnym przedpokoju dwa kroki i... z całą energią przyfasoliła piszczelą w drzwi szafki, które otwarły się za nią, gdy zmierzała po mleko (i nie zauważyła).
- KURWA!!! - wrzasnęła matka i trudno się dziwić.
Nie pamiętam, ile miałam lat, ale pierwszy raz w życiu usłyszałam z jej ust brzydkie słowo. Nie wyszłam ze swojego pokoju do południa. Taka siła rażenia. Rzeźnia.

Do czego dążę? Ano do stwierdzenia, że łatwiej nam przyjąć słowo żwawsze z ust, czy spod pióra, mężczyzny niż kobiety. To jest znakomicie widoczne w komentarzach dotyczących czarnego protestu: wypomina się z niesmakiem, że niektóre kobiety były agresywne (zwłaszcza werbalnie). Nie były. Co najwyżej lekko zbliżyły się do męskich zachowań w analogicznej sytuacji.
Gorąco pragnę podkreślić, że tak długo, jak kobiety będą trzymały buzie w ciup, a rączki w małdrzyk, nic się nie zmieni, bo takie właśnie zachowania są społecznie oczekiwane. Przekraczajmyż granice. Ja tam nie zamierzam spełniać niczyich oczekiwań, prócz własnych i Wam też to z serca rekomenduję. Oraz oddychajcie przeponą. Kobiety zwykle oddychają szczytami płuc, co nie jest najlepszym pomysłem. Używajcie przepony, to obniża timbre głosu. Kiedy dojdziecie do wprawy, będziecie mogły do jakiegoś debila huknąć basem****:

SPIERDALAJ GŁUPI CHUJU!!!



* Ale po co?
** Jest tylko jedna.
*** Jak to kiszka.
**** Naturalnie przesadzam, ale rzeczywiście oddychając przeponą się nie piszczy. Piszczenie i omdlewające głosiki są słabe. Serio.

5 października 2016

2359

Moje drogie, moi drodzy!

W świat gruchnęła wieść, że PiS ugiął się z powodu kobiecych protestów i zakończył prace nad projektem zaostrzającym ustawę antyaborcyjną, czyli całkowitym zakazem aborcji. Wyszedł na mównicę Gowin, ten, co mu krzyczą blastocysty i powiedział, że to byłoby niewyobrażalnym okrucieństwem. Gowin... ktoś mu wierzy? Really? Fala radości zalała środowiska kobie...
A, nie - chwileczkę. Coś tu śmierdzi, nie czujecie?

Napiszę to teraz, żebyście mi potem nie mówili, że post factum to każdy umie powiedzieć "wiedziałam". Kaczyński to jest polityk z krwi i kości. Opętany nienawiścią do wszystkiego i wszystkich mały skurwiel, upośledzony emocjonalnie gnom, usiłujący odegrać się za własne nieudane życie na innych ludziach, żeby tylko nie zmierzyć się z osobistą niedoskonałością, ale nie głupiec. Oj, nie. Z intelektem u niego wszystko w porządku, a nawet lepiej. Jest politykiem przez duże P, choć nikomu nie musi się to podobać. Z mojego punktu widzenia to najgorszy z możliwych typ: inteligencja jak brzytwa i całkowity brak moralności spowodowany aberracją psychiczną. Z tego się rekrutują krwawi mordercy milionów. Ale tańczymy dokładnie tak, jak on nam gra. Zaplanował każdy ruch i teraz się cieszy, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Od samego początku intencją PiSu było zapchanie mordy episkopatowi. Z góry było wiadomo, że całkowity zakaz aborcji nie przejdzie. Tym bardziej, że sprzeciwiają mu się nie tylko lewackie kurwy, ale również spora część elektoratu partii rządzącej, a także duża grupa wyznawców narodowego opętania. Niemniej długi trzeba spłacać. W Polsce wygrywa ten, kto ma po swojej stronie kościół katolicki, to wiemy nie od dziś. Wielka siła, ogromna możliwość wywierania wpływu. Co powie ksiądz z ambony, to miliony bezwolnych, bezmyślnych automatów zrobią. Może nie mam racji?!

PiS zaciągnął dług i trzeba go spłacić. Całkowicie się nie da, bo kościół to studnia bez dna, ale przynajmniej częściowo. Co jest chodliwym towarem? ZAWSZE kobiety, które nazywam największymi niewolnikami w historii świata. Nie po to kościół od dwóch tysięcy lat robi wszystko w celu trzymania nas na krótkim łańcuchu, żeby mu teraz jedna z drugą szmatą fikała. A grzebanie w majtkach jest idealnym narzędziem.

Ad rem. Od samego początku było wiadomo, że całkowity zakaz aborcji nie przejdzie, ale prezes Polski nie jest głupi. Czyż nie będzie łakomym kąskiem wypracowanie kolejnego "kompromisu aborcyjnego"? W ten oto kwiecisty sposób pragnę Was poinformować, że cały czas chodziło o wykreślenia z dopuszczeń możliwości terminacji ciąży z powodu nieodwracalnych uszkodzeń płodu. Zwróćcie uwagę, wokół czego oscyluje retoryka dzieciątek pod serduszkiem. Pozwolę sobie nie epatować Was zdjęciami owych "dzieciątek" - kto chce, niech zajrzy do starych, dobrych Pochodnych kofeiny. Przypominam tylko, że to się nie odzobaczy.

I tak to wspomnicie niebawem moje słowa. Dwa dopuszczenia zostaną: zagrożenie życia matki i ciąża z czynu przestępczego. Zostaną, bo obecnie to jest minimalny odsetek terminacji. Zniknie natomiast możliwość usunięcia ślicznego dzieciątka z Zespołem Downa. No, sami popatrzcie.

Zdjęcie pochodzi z portalu polki.pl
Awwwww... jaka słodka... Mielibyście sumienie powiedzieć jej, że powinna nie żyć*?! Pewnie nie. Zwłaszcza, gdy z jej ograniczeniami boryka się ktoś inny.

Inaczej sprawa ma się z uroczym bobasem obciążonym Syndromem Robertsa.

vismaya-maitreya.pl
No co? Nie podoba się? Dzieciątko przecież, Pambuk Wam dał, to nie wypada odmawiać! TU możecie sobie poczytać, jakie są obciążenia i gwarantuję, że szybciej wymienicie, co JEST w porządku. I... dacie radę! Tym bardziej, że nie będziecie mieć wyjścia.
Albo taki zaśniad groniasty, no, cudeńko. Trochę może przy tym pęknąć macica, ale ŻYCIE PONAD WSZYSTKO. Życie zaśniadu, ma się rozumieć. Któren to pochodzi wprost od komórki żęskiej i mięskiej. Serio, serio. Poczęliście, to macie - do kogo pretensje.

Jednym słowem - wszystko idzie zgodnie z planem. Trzeba, niestety, znacznie więcej niż kilka rozhisteryzowanych lewackich kurew, żeby to zatrzymać. Bo wiecie - mnie czarny protest nie cieszy. Powiem więcej: moim zdanie wyszło chujowo. 150 tysięcy? A co to jest?

ORGIA NIENAWIŚCI NIE USTANIE, PÓKI NIE PODNIESIEMY ZACIŚNIĘTEJ PIĘŚCI 
W S Z Y S T K I E




* Moja ulubiona retoryka.

2358

Moje poglądy na kwetię wyboru są powszechnie znane. Zawsze powtarzam, że jedynym kryterium, jakie kobieta winna spełnić, by dokonać aborcji, to nie chcieć być w ciąży. Nie zamierzam tego tematu rozwijać, nie interesuje mnie, dlaczego tak wiele osób nie zajmuje się własną, a wyłacznie cudzą moralnością[1], bo to jest oczywiste. Nie wdaję się również w żadne dysputy na ten temat, ponieważ mam w dupie poglądy zdecydowanej większości ludu pracującego miast i wsi oraz emerytów[2]. Do czasu, gdy nie włażą z tymi poglądami niczym zabłoconymi buciorami w życie moje lub osób mi bliskich. Żyj i daj żyć innym, powtarzam. Jaka szkoda, że nie chcą słuchać.

Przeciwników prawa wyboru uważam za szkodliwych idiotów i wcale nie wstydzę się do tego przyznać. Podobnie mam z rasistami, ksenofobami, homofobami, antyfeministami, wieloma innymi fobami i anty. Oraz myśliwymi. Po prostu miło by było, gdyby ktoś poddał ich jakiejś terapii, na przykład elektrowstrząsom. To jest moja osobista opinia i nie wymagam, żeby ktokolwiek ją podzielał. Ale tak naprawdę to jestem przekonana, że podziela wielu, tylko wstydzą się do tego przyznać. A ja nie, bo mam na to wyjebane, jak na wiele rzeczy zresztą.

Niemniej zdarza się, że wejdę niechcący na jakąś idiotyczną argumentację i nie umiem tego odzobaczyć. Dziś przypieprzyłam czołem w dwa artykuły "Gościa"[3] (pierwszy i drugi) i opadło mi wszystko, co jeszcze sterczało[4]. Co prawda poglądy mam ugruntowane, ale to nie idzie w parze z całkowitą odpornością na ludzki debilizm.

"Namawiali ją do aborcji. Urodziła Karola Wojtyłę".
Czy tylko ja widzę, że użyto tu argumentu kompletnie od czapy? Dano kobiecie wybór, a ona z niego skorzystała. O to właśnie walczę ja i tysiące zwolenników prawa wyboru. Możesz zrobić to, co uważasz za najlepsze dla siebie. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do aborcji. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do donoszenia ciąży. Nie rozumiesz tego? A gdyby wprowadzono obligatoryjne dawstwo, tobyś rozumiał/a? Rankiem staje u drzwi załoga G i informuje cię, że nie pójdziesz dziś do roboty, bo masz zgodność tkankową i oddawaj nerkę. Mamy nadzieję, że nic nie jadłeś/aś, bo możesz nie przeżyć operacji. Peszek.

"Namawiali ją do aborcji. Urodziła Karola Wojtyłę".
A gdyby urodziła wioskowego głupka, kulawego Jaśka niemotę, to byłoby mniej znaczące? Fakt, pewnie w "Gościu" nic by o tym nie napisali. Bo w końcu życie jest największą wartością, ale przecież nie każde. Jaśka by się zamknęło na całe życie w chlewiku i morda w kubeł. Mogła się wyskrobać, jak jej lekarz radził.

"Namawiali ją do aborcji. Urodziła Karola Wojtyłę".
Jeśli namawiają cię do aborcji, a ty się sprzeciwisz, to urodzisz Karola Wojtyłę. Masz tu pismo z obietnicą od Pambuczka, patrz, jest pieczątka kurii, znaczy - ważne.

A ludzie to czytają, kiwają w zadumie głowami, bo przecież mogliśmy nie mieć papieża. Naszego papieża! Koniec świata i Ameryki.

Na osobny akapit zasługuje artykuł drugi pod szumnym tytułem: "Skąd wiemy, że lekarz chciał aborcji K. Wojtyły?". Bo przecież wiemy na pewno, chuj, że to było w 1919 i najstarsi górale nie pamiętają. Ważne, że tak powiedziała[5] sąsiadka z Wadowic. I że tak powiedziała[6] akuszerka, obecna[7] przy narodzinach Karola Wojtyły. No i naturalnie ważąca jest tu opinia dziennikarki, która zna nazwisko (sic!) położnika Emilii Wojtyły.

Znacie pojęcie anecdata? Nie znacie? To się Wujka Google'a zapytajcie.

----

Tak na marginesie: pani Wojtyła, jeśli już chcemy określać ją własnością męża, była Wojtylina, a nie Wojtyłowa. Ale to tylko na marginesie.




[1] Zasadniczo w ogóle nie rozpatruję tego w kategoriach etycznych, ale taki ton rozmowie nadają przeciwnicy prawa wyboru.
[2] Przy czym dość interesują mnie poglądy dzieci. Przynajmniej do momentu, gdy nie zaczynają powtarzać tępo prawd objawionych po dorosłych.
[3] Tak, czytuję różne publikacje, nawet niezgodne z moim światopoglądem, bo to mi go poszerza.
[4] Włosy, dajmy na to. Bo cycki już dawno nie.
[5] Podobno.
[6] Podobno.
[7] Podobno.

28 września 2016

2357

Kochani!

Jeźliktochce to można całą łoterloową rodzinę poznać osobiście. Albo też obejrzeć z bezpiecznej odległości, a potem obgadać. W poniedziałek o szesnastej będziemy przed Teatrem Wyspiańskiego w Katowicach: Łoterloo, Prezes i Zuzanna.
Zastanawiamy się, czy wziąć Leśka, żeby olśniewał. I Hankę, żeby wszystkich zalizała.
Zapraszam. Nie zawahajcie się podejść i zagadać.

#CzarnyProtest

25 września 2016

2356

Wiem już na pewno, że nadeszła jesień.

Jesienią światło słoneczne jest zupełnie inne. W mieście nie zwracałam na to uwagi, po prostu cieszyłam się, gdy otrzymałam jeszcze jeden pogodny dzień. Teraz bacznie obserwuję, że zieleń rozświetlona jest pod innym kątem, a jasność ma chłodniejszą barwę. Wciąż jeszcze siedzę na tarasie, suszę pranie na sznurach w ogrodzie, ale już nie przenoszę się do cienia, bo tam króluje przenikliwy chłód.


Na stojaczku do fondue grzejemy sobie - użytkowaną ze stateczną wstrzemięźliwością - herbatę, którą przywiozła w lecie martuuha. Leniwie oszczędzamy ruchy, ciesząc się każdą chwilą. Jestem przekonana, że takich dni, jak dziś, nie zostało już w tym roku zbyt wiele.

Prezes zlikwidował okienne skrzynki i zaczął się odgrażać zabunkrowaniem mebli ogrodowych - przy moim kwiczącym sprzeciwie. W końcu nie możemy być pewni, że już nie będzie się dało posiedzieć na tarasie, prawda? Ja mam na tym tle obsesję i nerwicę natręctw. Jeśli tylko można być na zewnątrz, nic mnie w domu nie utrzyma. A do następnego lata bardzo daleka droga.
Niestety.

21 września 2016

2355

Nie piszę, bo mam kryzys twórczy.
Czasem coś krótko na fejsie, więc wezmo se założą te fejsy, bo nie wiadomo, ile to potrwa.

5 września 2016

2354

Piesek Leszek zabiera ostatnio Prezesa i wyprowadza go do lasu.


I w ogóle jest wzorem psa. Ech, dzieci... tak szybko dorastają. Na wołanie przychodzi, na spacerze nie ciągnie, siada, waruje, łapska podaje, wędruje przy nodze, ograniczył skakanie do minimum - sam miód. Oczywiście wszystko to nieobsesyjnie, ale ja doceniam.
Przy tym świeci przykładem, więc pies Hanka uczy się różnych rzeczy znacznie wcześniej. Obecnie jesteśmy na etapie oczekiwania przy misce w pozycji siedzącej na pozwolenie wciągania. Siadać już umie od dawna i, jak kiedyś pisałam, robi to z wielką zapalczywością. Uczy się również warować i coraz lepiej jej wychodzi. A gdy nie wychodzi, to zmianiam komendę z "Hanka, waruj" na "Hanka, wariuj" i to realizuje koncertowo. Umie też wytarzać się w gównie, na którą to okoliczność została wczoraj wyprana i zniosła to z prawdziwą godnością.

W domu jakby spokojniej i ciszej. Tak globalnie, oczywiście, bo przecież wiadomo, że trzeba się kłębić, gryźć, warczeć i szczekać z dupo na mojej stopie. Na obojętnej stopie zresztą, choć moja jest preferowana, albowiem często przebywa w kuchni, tuż pod ręką, która kroi różne smakowitości.

Hania, jak na Hanię, bardzo urosła. Nie jest już bezradną kuleczką na malusich łapkach, tylko przedsiębiorczą panienką, co to o swój interes zadba, mordę rozedrze* i wszędzie wlezie. Szczeka na labradora sąsiadów, który jest od dniej 20 razy większy i, na szczęście, bardzo wyrozumiały.
Nóżki jej się bardzo wydłużyły i jest chuda jak sto nieszczęść, a przy tym cały czas głodna. Co za szczęście, że kurdupel, bo inaczej nie zarobilibyśmy na jej wyżywienie.


A koty? Constans. Jakoś to wszystko znoszą.

* Wszyscy, którzy uważali, że może wyrośnie na kogoś większego, niech już porzucą nadzieje. Szczeka jak typowy pies zaczepno-obronny, czyli kurdupel, który zaczepia, a potem trzeba go bronić. Gdyby nie fakt, że jesteśmy przeciwni wrzaskom jako takim, to nawet byśmy zgagi nie uciszali, bo jest w tym dawaniu głosu prześmieszna**.

** Lesiek szczeka barytonem "łuf, łuf, łuf", a Hanka wrzaskonem "ałałałałałałałałałałalałałałałałał zamknij się ałąłałałałała cicho cholerny kundlu ałałał".

31 sierpnia 2016

2353

- Na wszystko może pan liczyć, panie podchorąży - powiedział kapral Kuraś do swojego dowódcy w "Polskich drogach" - tylko nie na wdzięczność dłużników. Tak mówił mój ojciec.
- Nie rób nikomu dobrze, nie będzie tobie źle - zwykła mawiać moja mama. - Pamiętaj: każdy dobry uczynek będzie ukarany.

Zdania te, ze wszech miar prawdziwe, przypomniały mi liczne historie z życia. W zależności od ładunku gatunkowego były one mniej lub bardziej przykre, gdy się działy i mniej lub bardziej humorystyczne, kiedy emocje opadły, a ja wspominałam je po latach. Przez z góra czterdzieści lat nizałam koraliki doświadczeń na sznury wniosków i nauczyłam się, że ludziom - owszem - należy pomagać, ale tylko wtedy, gdy o to poproszą i tylko w takim zakresie, jaki ta prośba obejmuje. Każde wyrychlanie się w tym względzie jest złe i mija się z celem. Bardzo często bowiem odbiorca naszej nazbyt prędkiej pomocy tak naprawdę wcale jej nie chce (bo akuracik pragnął się po prostu "odgadać" i tyle) albo dochodzi do zgubnego dla nas wniosku, że oto trafił frajera, więc będzie go doił, póki tchu w piersiach stanie.

Najbardziejszy przykład z mojego życia to osoba, której pomagałam wielokrotnie na różnych płaszczyznach, w tym finansowo. Rzecz trwała czas jakiś i zakończyła się wręcz spektakularnie w chwili, gdy raz jeden odmówiłam grzecznie kolejnego wsparcia. W odpowiedzi zostałam zmieszana z błotem, a stosunki interpersonalne ustały całkowicie. I byłabym zapomniała wyznać, że przed odlotem osoba ta mnie... okradła. I to na dużą sumę.

Właściwie to okradła Zuzię, która otrzymała w prezencie komunijnym od dziadków cztery złote monety. Dwie z nich opuściły nasze mieszkanie w tajemniczych okolicznościach i doprawdy doceniam gest, że nie wszystkie. Rodzicom nigdy się do tego nie przyznałam, żeby nie robić im przykrości. Zuzia wie; postaram się kiedyś odkupić jej te monety, stanowiące - było nie było - wiano mojego dziecka jednorodnego. A ponieważ dawno już pojęłam, że nie muszę udawać, że nie ma we mnie złych uczuć, bo złość stanowi taki sam element ludzkiego garnituru emocjonalnego, jak dobroć, to życzę tej osobie, żeby ktoś jej kiedyś odpłacił identycznie. I nawet nie muszę tego oglądać. Świadomość nieuchronności zdarzeń, prowadzących do naturalnej równowagi we wszechświecie, jest wystarczająco krzepiąca.

A jakie Was spotkały najbardziej podłe zachowania ze strony dłużników?

28 sierpnia 2016

2352

Mam w domu ścianę. Farba na ścianie liczy rok i wygląda tak:


Jeśli mam być szczera, na zdjęciu wychodzi lepiej niż w rzeczywistości.

Mogę też pokazać Wam rogi. Dajmy na to ten:


Również liczy rok.

Mam także drapak dla kotów. On liczy więcej niż rok, ale TO stało mu się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.


I nie, nie zrobiły tego koty, którym rzeczony drapak jest dedykowany.

Mam w domu wiele miejsc i przedmiotów w ruinie. Są też rzeczy, które chciałabym mieć, ale z nich zrezygnowałam. Pamiętam, że w poprzednim mieszkaniu istniał taki kąt, co to aż się prosił o masywny, wielki wazon z surowymi, łysymi gałęziami wewnątrz. Finalnie na ścianie zawieszone zostały półki na książki (czyli wszystko w normie), a pomysł zdobniczy odszedł w niebyt.

Dlaczego się na to godzę? Bo jestem dorosła i zdaję sobie sprawę, że zwierzęta mają pewne wymagania. One nie rozumieją, że nie wolno im deptać brudnymi nogami po ścianie, ponieważ ja chcę mieć ją czystą. Są kotami: wskakują tam, gdzie można wskoczyć; są psami: czują potrzebę gryzienia przedmiotów. Czy to mnie wkurwia? Owszem. Ale po stokroć wolę mieć w domu przyjaciela - czujące, myślące, kochające stworzenie - niż muzealne wnętrze, skrzętnie odkurzane gustowną miotełką (mam miotełkę, kupiłam se w Jysku za piątala), szczególnie że nienawidzę sprzątać.

Dlaczego dziś głoszę Wam te komunały?
Otóż napotkałam na fejsie ogłoszenie, które brzmiało:
Znajome poprosiły mnie o pomoc. Sunia, którą wyadoptowały wraca z adopcji, tzn właściciele chcą ją odwieść do schroniska z z którego wzięli. Powód ? Podgryza 4 letnie dziecko. Beza bo tak ją nazwali dla mnie bardziej Lejdi ( bo to szyk i klasa w jednym ) to ok.3 miesięczna sunia. O charakterze wiem nie wiele bo jest u mnie od wczoraj wieczora. Będzie pieskiem ok.15kg ma smukłą budowę i piękne umaszczenie.
Przepłakała całą noc, nie wie czemu po 2 tygodniach znudziła się rodzinie i ta odwiozła ją z powrotem za kraty. Tęskni koszmarnie - pomóż jej...
Mała przebywa pod Sochaczewem tel 502-159-114
Do ogłoszenia dołączono zdjęcie.


Coś mi pękło w środku do tego stopnia, że wystosowałam niecenzuralny apel do wszystkich znajomych.
Nieustannie zadziwia mnie ludzki debilizm - pies ma to do siebie, że gryzie, szczeka, skacze. Zwłaszcza, gdy jest mały. Może spróbuj, kretynie, wychować szczeniaka, zamiast oddawać go do schroniska?!
Mam w domu pięć adoptowanych zwierząt, jedno dziecko, które sobie urodziłam i jednego męża, którego sama wybrałam. Wszyscy wymienieni w wieku szczenięcym wykazywali charakterystyczną głupawkę, doprowadzając mnie niejednokrotnie do załamania nerwowego (najbardziej dziecko, bo najdłużej, mąż szybciej nauczył się słuchać). Doprowadzenie ich do względnej używalności kosztowało mnie sporo wysiłku i KONSEKWENCJI. Dodatkowo mam znakomitą świadomość, że wychowuje się nie przez pierdolenie po próżnicy, tylko poprzez przykład. Nie umiesz wychować szczeniaka? Nie mnóż się. Z dzieckiem tym bardziej ci się nie uda. A społeczeństwo o wiele lepiej znosi niewychowane zwierzę niż niewychowanego bachora.
Tymczasem sunia poleca się do adopcji. Potrzebuje swojego człowieka - ale takiego z odrobiną mózgu. Zwierzę nie jest rzeczą, nie obowiązują go przepisy o rękojmi, nie nadaje się do zwrotu z powodu niespełniania oczekiwań. Weźmiesz? Kochaj. I kochaj mądrze.
#NieKupujAdoptuj
PS Jeśli masz niewychowanego bachora albo narzekasz na męża, który jest dla ciebie niedobry, możesz mnie śmiało usunąć ze znajomych. Nie ma takiej ilości wina, które pozwoli mi to oglądać. Śmiało, bez krępacji.
Tymczasem: zdrowie przy pogodnej niedzieli.

Co z Wami, ludzie?! Ile macie lat, kto Was wychowywał i dlaczego źle? Jak to się stało, że jesteście pieprzonymi egocentrykami i nie czujecie potrzeby autorefleksji? Skąd to błędne przekonanie, że jesteście centrum wszechświata? Jakich doświadczeń potrzebujecie, żeby się przekonać, że jest zupełnie inaczej?! Oby Was nie spotkały, bo ja nikomu nie życzę źle.

Dojrzałość nierozerwalnie łączy się z rozsądkiem. To nie ma nic wspólnego z wiekiem. Prezes kiedyś powiedział mi:
Nie widzę potrzeby, żeby szanować kogoś, kto jest ode mnie tylko starszy. Starszy nie znaczy mądrzejszy. Doświadczenia pięćdziesięciolatka bywa doświadczeniem rocznego dziecka, powtórzonym pięćdziesiąt razy.
Tak! On ma rację! Fakt urodzenia się wcześniej nie ma nic wspólnego z życiową mądrością i dojrzałością. Ludzie od nas starsi są po prostu... starsi. A na szacunek trzeba sobie zasłużyć.

Nie kolekcjonujcie przeżytych lat, to nie ma najmniejszego sensu. Liczy się rozwój, autorefleksja, pokora. Liczy się mądrość i dobro w człowieku. To, jak traktujecie innych, szczególnie słabszych od siebie. Ideały, które stają się Waszymi. Nie napchane frazesami usta, ale świadectwo, pochodzące z postępowania. Kopiowanie osobistego debilizmu w obojętniej liczbie jednostek jest szkodliwe społecznie. Ośmielcie się podyskutować z biologią, generującą potrzebę replikacji, bo nieodrodne kopie niedojrzałych egocentryków są zwyczajnym wypaczeniem.

Gdyby ktoś dorosły chciał adoptować tego pokrzywdzonego przez los pieska, telefon znajdzie w ogłoszeniu. A gdyby chciał dać dobre, wieloletnie życie innemu stworzeniu - niech wygugla sobie najbliższe schronisko. Wszystkie pękają w szwach.

22 sierpnia 2016

2351

W ubiegłym tygodniu, korzystając z uroczej pogody, brać grupowo rzuciła się do ogrodu.

Eduś, jak to Eduś (mamusi syneczek najdroższy) - skromniutko, nie wadząc nikomu przycupnął sobie w trawie przy krzaczkach.

 

Długo w swej cichej samotni nie posiedział. (Hanka jest już mniej więcej rozmiaru Edka - perspektywa kłamie - tylko inaczej zbudowana).


Gdyż waliły tłumy.


Natomiast Karolek szczerbaty wnosił pretensje do wścibskich, wszędobylskich paparazzi.


Za to Prezes zasadził nowy miłorząb i jak mógł, tak starał się sprostać prośbom fanek o okazanie przystojnej łydki. Paczajom, jaki ma kapelutek!


Karolek, zniesmaczony nachalnością fotoreporterów, dokonał odbioru inwestycji. Paczajom, jaką ma kitę! (Karolek jest kotem uczciwego rozmiaru, przy czym po przeprowadzce wysmuklał bardzo i lekko wystają mu gnaty - ale za to odciąża kolanka, skalane schorzeniem wędrujących rzepek).


A Zocha... jak to Zocha. Miała na to wszystko wyrąbane. Uwielbiam tego kota niemal bałwochwalczo. Paczajom, jakie ma białe usteczka!


Nieuwieczniona na zdjęciach niezmordowana trzymaczka aparatu uprasza o docenienie wysiłków, polegających na rzucaniu się na glebę oraz wstawaniu i ponownym rzucaniu, wstawaniu, rzucaniu, wstawaniu... W piątek - być może na tę okoliczność - dopadły trzymaczkę korzonki. I trzymio.

21 sierpnia 2016

2350

Wprowadzenie.

Dawno, dawno temu zadzwoniłam z drogi do Prezesa z informacją, że niedługo będę w domu. Dowcipny ów człowiek skwitował moje starania przykrywając nieszczelnie mikrofon telefonu i wołając w przestrzeń:
- Zbierajcie się dziewczynki szybciutko, bo Asia już jedzie!
Tak narodziła się nowa świecka tradycja, eksploatowana obficie przy każdej możliwej okazji.

W piątek pojechałam do miasta i pożałowałam. O, wsi spokojna, wsi wesoła! Po cóż mi było cię opuszczać - jest lepiej nawet z tym remontem kanalizy, prowadzonym od półtora miesiąca, ze skutkiem ubocznym w postaci zamknięcia ulicy dojazdowej do naszej chałupiny. No, dobra, nikt sobie z tego zakazu ruchu nic nie robi, a i panowie drogowcy-kanałowcy przepuszczają miejscowych bez szemrania.
Na cóż mi więc było opuszczać, gdy natychmiast utknęłam w koszmarnym korku, z którego udało mi się uciec po - bagatela - godzinie. I to tylko dlatego, że znam Katowice, więc wiem, który trawnik między blokami przeciąć, żeby się znaleźć na wylocie.

I teraz do rzeczy.
Utknąwszy we wspomnianym korku, wysłałam Prezesowi tęsknego MMSa, obrazującego tragizm sytuacji.


Po dwóch minutach otrzymałam odpowiedź.


Przeszedł na level master.