31 stycznia 2008

Nie ma o czym gadać

Wczoraj w domu, wieczorem, popłakałam się ze zmęczenia. Takie rzeczy nie zdarzają mi się zbyt często. Do tego dostałam temperatury, strasznie kaszlę i ledwo trzymam się na nogach. Za pół godziny schodzę do lekarza.
I idę na chorobowe.
A tu – niech się zawali.

Mam to gdzieś.

29 stycznia 2008

Osiągnięcia

Pa raliam:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
łazienka

Czas akcji:
22.30

Prezes: Wiesz, że w zeszłym roku uratowaliśmy kota od bezdomności?
prezesowa (przez pianę z pasty do zębów); Yhy. A dwa lata temu dwa.
Prezes: Psiekrwie, średnia nam spada.

Myśl na dziś:
Zamach to skrajna forma cenzury.
George Bernard Shaw

28 stycznia 2008

Ballada o ledwożyju

- Ledwo żyję – westchnęła prezesowa, a następnie dołożyła do tego liczne określenia, kompletnie nienadające się do druku.
Prezesowa swój zasób słów ma, a że wróciła właśnie do zakładu dla obłąkanych po tygodniowej bez mała nieobecności, to ów zasób jest jej obecnie szczególnie potrzebny. Prezesowa jest bowiem w pracy wyłącznie z tzw. panią, która to pani została w dodatku uczyniona kierownikiem prezesowej. W związku z powyższym prezesowa robi za cały dział, bo pani bryluje, a innych pracowników nie uświadczysz. Prezesowa dojrzała właśnie do strajku włoskiego.
- Napiszę sobie notkę na blogu – mruknęła i zabrała się do dzieła – Robota nie zając.
Profesjonalnie obłożona dokumentacją wydała walkę indolencji niektórych pracowników, poświęcając się o wiele przyjemniejszym czynnościom.
Nawiasem mówiąc prezesowej udało się dziś nabyć ostatni (spod lady!) egzemplarz „Cesarza” Kapuścińskiego. Tej pozycji akurat prezesostwo nie posiadało w domowej bibliotece, wobec czego prezesowa została obsypana pochwałami przez Prezesa. Ciekawe, kto pierwszy przeczyta. Inna rzecz, że Prezes ostatnimi czasy używa wielu pejoratywnych określeń dla schyłkowej twórczości ww. artysty. Niemniej prezesowa uważa, że nie ma co pitolić, jak się nie czytało, więc przeczyta, a potem ewentualnie zdecyduje, co myśli. I może nawet powie to głośno. Prezesowa jest też odrobinę wkurzona na obecne czasy i nie jest to uwaga bez związku. Jak zapewne niektórzy przypuszczają, prezesowa posiada zaplecze filologiczne, wobec czego z prawdziwą przykrością obserwuje kompletny upadek opisów bibliograficznych w książkach. Z ww. to nawet nie można wywnioskować, kiedy była napisana, nie wspominając już o pierwszym wydaniu.
- Kiedyś to były czasy – westchnęła prezesowa nad żenującym bełkotem wydawcy – Człowiek sobie zajrzał i wszystko wiedział. A teraz to figa.

Następnie prezesowa zerknęła w okno i z prawdziwą przyjemnością odnotowała iście wiosenną ilość słońca oraz bezchmurne niebo.
- Nie ma to tamto – pomyślała – Wiosna idzie, trzeba zrzucić z tyłka parę kilogramów. W dodatku JUŻ. I nie ma na co czekać.
Po tym stwierdzeniu prezesowa postanowiła odmawiać posiłków.
Zobaczymy, na ile starczy jej dobrej woli.

Myśl na dziś:
Najpiękniejszym, czego możemy doświadczyć, jest poczucie tajemnicy. To źródło wszelkiej prawdziwej sztuki i nauki.
Albert Einstein

27 stycznia 2008

Grzeszę

Pracuję nawet przy niedzieli. Inna rzecz, że trudno mi się dziwić. Zawsze więcej osób mam szansę zastać w domach w niedzielne popołudnie niż w tygodniu. Szczególnie, że pogoda taka, jak widać. Odwiedzam lokatorów, z każdym zamieniam kilka słów o jego bolączkach. Nie wyobrażacie sobie, jakie to męczące. Zwłaszcza, że nie przychodzę do nich z pieniędzmi, tylko z podwyżkami: woda podrożała, wywóz śmieci drastycznie, zaraz pójdzie w górę ciepło, prąd też poszedł, ale jeszcze nie mam faktury. Same dobre wiadomości. Na pocieszenie opowiadam, że bilans na finiszu i że wyszliśmy znakomicie. Sama cieszę się z tego najbardziej.

Jutro niestety do pracy, a najbliższe tygodnie będą naprawdę trudne. Zdaję sobie z tego w pełni sprawę, ale już jestem trochę zmęczona tym nieustannym kołowrotem. Tak, naturalnie, przetrwam i to, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że potem się polepszy. Ale trzeba wytrzymać. Mam nadzieję, że nie ustaniecie w podtrzymywaniu mnie na duchu.

Na koniec chciałam wam udowodnić, że rzeczywiście zrobiłam ten porządek na półkach z książkami.

Photobucket

Niektórym to się wydaje, że wszystko w domu dzieje się z ich powodu.

Myśl na dziś:
Im mniej ludzie wiedzą o tym, jak robi się kiełbasy i prawo, tym lepszy mają sen.
Otto von Bismarck

26 stycznia 2008

I może sobie Kiełbasińska opowiadać…

co tylko zechce na temat moich możliwości i weny twórczej. Nie ma weny. Właściwie są sprawy, o których bym mogła, ale nie chcę (praca).
„…Tak naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic aż do końca…”

No, może nie do końca, ale póki co, idę sobie poczytać, bo co tu będę wodę lała.

PS Kto mi ukradł cyferki z licznika???

24 stycznia 2008

Aktualności

Rano z Potomstwem do lekarza. Dostała jakiejś koszmarnej wysypki na tle alergicznym, walczymy od jakiegoś czasu, ale nie możemy sobie z nią poradzić. Niestety w ruch poszły sterydy. Na szczęście tylko na tydzień, mam nadzieję, że wysypka ustąpi i sytuacja jakoś się unormuje.

Myślę sobie, co udało mi się zrealizować z założeń.
Byliśmy na wycieczce.
Ciasto upieczone, a będzie jeszcze jedno.
Obiadki sobie jemy sympatyczne.
Spędzamy razem czas – śniadamy, obiadujemy i nawet czasem kolacjujemy we troje (plus te cholerne futrzaki).
Posprzątałam w zabudowie, zrobiłam miejsce na książki i nawet pogoniłam Prezesa, żeby ciut posprzątał u siebie.
Sporządziłam, skonsultowałam i klepnęłam nową umowę najmu.
Dziś po południu odbieram mieszkannie od lokatorów, jutro oddaję we władanie nowemu.
Przeczytałam książkę (hihihihi).
Został bilans. FE.

Jutro wpadną do nas znajomi, niestety będziemy bić pianę przez całą ich wizytę (bo z pracy), gdyż sytuacja nietęga i wariactwo kompletne. Dosięga mnie w domu (na ulicy, w sklepie, w przychodni, w aptece i nawet w kopalni) kilka razy dziennie. Wiem, że muszę to przetrwać, ale trochę męczy. I tak się cieszę, że akurat ten tydzień poza pracą. Przynajmniej pierwsza burza przewali się pod moją nieobecność.

To ja póńdę i sprawdzę czy nam wodę włączyli, bo awaria jest, a ja mam Monkowską potrzebę umycia rąk.

23 stycznia 2008

Rozwiewam watpliwości

Otóż większość z was pomyślała, a niektórzy nawet wyrazili podejrzenie, że tak zabalowałyśmy z Krynią, że nie możemy się z podłogi podnieść. Nic bardziej mylnego. Impreza miała charakter towarzysko – wspominkowy w duecie. Nie powiem, wino pękło. Nawet dwa. Ale jak na dwie całkiem solidne kobitki, pełnoletnie w dodatku, a poza tym usadzone w pomieszczeniu w amplitudzie ok. pięciogodzinnej – to jednak nie wypada najgorzej.
W każym razie o godz. 22.00 przyjechał po mnie Prezes i nawet nie zgłaszał uwag.
Było bardzo, bardzo miło.
Prezent, który skwapliwie przygotowałyśmy z drugą – mamą, został przyjęty z entuzjazmem.
Wniosek jest tylko jeden: my to się chyba nigdy nie nagadamy.

Wtręt do Magdy:
Słuchaj, Krysia złożyła na moje ręce obietnicę. Dotyczy ona ciebie i mnie. Jest po prostu powalająca. Już się ciesz.
Koniec wtrętu.

A wczoraj pojechaliśmy na wycieczkę do Wieliczki. Ponieważ (jak część z was wie) Prezes jest nietutejszy, to jeszcze nie był, nie widział, nie cisnął się w windzie i miał potrzebę. Wyjechaliśmy rano, wróciliśmy wieczorem i – co przyznam z lekkim rumieńcem – już mi się nie chciało odpalać komputera. Zwłaszcza, że prowadziłam w obie strony. Ale to już ostatni raz, jak daję się tak wyrolować.
I znów mam tylko jeden wniosek. Otóż moja klaustrofobia nie jest przytłaczająca. Niemniej 145 m pod ziemią, zamknięta w ciasnej klatce z ośmioma obcymi osobami, zawieszona w przestrzeni pomiędzy wsiadaniem a wysiadaniem, odczuwam lekki niepokój.
Właściwie to jeszcze minuta i zaczęłabym wrzeszczeć. Normalnie jakieś babsko tak się na mnie pchało, że nie mogłam oddychać. Koniec. Koniec ze zwiedzaniem wszystkiego, co znajduje sie pod ziemią. Bycie pod ziemią jest nienaturalne. Ciekawe, że jak byłam młodsza, to tak mi to nie przeszkadzało.

Oprócz tego moja praca dogania mnie nawet w domu. Jakoś tego nie lubię.

Wtręt do Krysi:
Ruszyło się w tę stronę, o której rozmawiałyśmy. Nagle się okazało, że to dla mnei potworny stres.
Koniec wtrętu i zarazem koniec notki.

21 stycznia 2008

Będąc kobietą w biegu

Z bliżej nieznanych przyczyn, kobieta na urlopie jest kobietą w biegu.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie podpuściła odrobinę Szacownego Grona, mimo pomalowanego wyłącznie jednego oka.

Ekhm, ekhm…
Donoszę uprzejmie, że znana w niektórych kręgach brunetka o przestępczej ksywie Krynia02, obchodzi dziś urodziny.
Znaczy sypie piachem w oczy, że nie obchodzi. Ale coż to dla nas. Ja się wpraszam realnie, wam sugeruję chóralne śpiewy w wersjii wirtualnej.
Sala koncertowa znajduje się TU!

A jutro postaram się wam opowiedzieć, jak było.

20 stycznia 2008

Wizyty i wizytacje

W rolach głównych:
Protoplasta
prezesowa

Czas akcji:
19.00

Miejsce akcji:
szumnie: salon

Protoplasta: Niezłe ciasto ci, dziecko, wyszło.
prezesowa: Zawsze tak jest, jak człowiek nie jest zobowiązany. Jakbym się napięła z jakiegoś powodu i bardzo chciała, żeby mi się udało, na 100% szlag by trafił.
Protoplasta (do zgromadzonych ze szczególnym uwzględneniem małżonki własnej): Popatrz, cholera, jak my przyjeżdżamy, to jej nie zależy. Ale gdyby przybyli teściowie, stałaby przy piecu cały dzień!

prezesowa
: Pewnie. I dostaliby z zakalcem.

19 stycznia 2008

Urlop – dzień pierwszy

Jak dobrze wstać skoro świt…

Karol poszedł na całość i zrzygał się w sypialni o ósmej. Zrobił to oczywiście specjalnie, ponieważ miał już ochotę na śniadanie. Niejednokrotnie wspominałam dobitnie, że Karol nie zainwestował w tic-tac’i i nie da się dłużej spać w pomieszczeniu, które zaszczycił zwrotem treści.
Krynia pokazała mi TO.
Oświadczam uroczyście, że tak właśnie Karol budzi Prezesa co dnia. Pozostałe koty są nieco mniej namolne, ale tylko dlatego, że najgorsza robota już jest odwalona, więc mogą zgarnąć śmietankę.
Nie pozostało nam nic innego, jak wstać, więc wstaliśmy i poszliśmy odśpiewać chóralną pieśń o cudzie poranka w pokoju Potomstwa ponieważ jesteśmy mściwi i nie ma tak, żebyśmy musieli chodzić, kiedy ona leży.
Ugotowałam obiad, upiekłam murzynka, zaprosiłam protoplastów i odcinam kupony od przyjemności posiadania wolnego.
Idę, se zagram w scrabble zanim przybędą.

18 stycznia 2008

Wniosek urlopowy podpisany

Pierwsze myśli, które pojawiły się w chwili przebrzmienia dzwonka budzika:
- jutro się wreszcie wyśpię!
- ale fajnie, w poniedziałek nie muszę iść do pracy!
No to: ale fajnie! Rzeczywiście pośpimy. Zrobię bilans we wspólnocie i porozliczam lokatorów. Zrobię porządek w najprzepastniejszej szafie w domu i wywalę to całe cholerne badziewie, które tam zalega. Potem w miejsce po badziewiu włożę inne badziewie i w ten sposób wygospodaruję nowe miejsce na książki albowiem stare się wyczerpało. Jak to się dzieje? Wprowadziliśmy się zaledwie 1,5 roku temu i wtedy cieszyłam się, że mam na półkach miejsce na nowe książki. Otóż nie mam już nawet pół centymetra. Książki znowu stoją w dwóch rzędach, leżą jedne na drugich i ogólnie tworzą bajzel. Ale nic to. Zrobię miejsce, a potem udam się na łowy. Ach, łowy, łowy! Gratka.

Oświadczenie.
Oto mowa do wszystkich, którzy nie czytają książek. Nie chcę być faszystowska, ale… współczuję wam, ludzie.
Koniec oświadczenia.

PS Informacja dla wszystkich wątpiących, a w szczególności dla pewnej Krystyny, z którą przerwało mi rozmowę telefoniczną:
Biorę urlop w takim dziwnym momencie roku, kiedy nie ma śniegu i zimowej aury, poniważ moje dziecko ma obecnie ferie. Biorę go, bo chcę z nią pobyć, kiedy mam okazję i nie przeszkadza mi, że w lecie będę miała o tydzień mniej, bo przecież będę miała 2 tygodnie. A może nie dożyję na przykład. I dlatego nie żal mi tego urlopu, bo będzie spędzony w najlepszy z najlepszych sposobów. To mówiłem ja, Jarząbek, trener 2 klasy.
Oprócz tego spędzę całe 9 dni z rodziną i to jest myśl, z której czerpię największą przyjemność. Pojedziemy na wycieczki. Ugotujemy sobie wymyślne obiadki i zrobimy wymyślne deserki. Udzielimy się towarzysko. Po prostu pobędziemy razem. Och i ach.

Tymczasem w pracy znowu zbliżają się zmiany organizacyjne. Im więcej zmian i im dlużej trwają, tym mniej mnie to już obchodzi. Pamiętam swoje reakcje przy reorganizacji numer jeden. Obecne są nieporównywalne. Doświadczenia, nabyte w tym czasie i późniejsze (zwłaszcza ostatnie) stworzyły skorupę, która staje się coraz mniej przepuszczalna.
Nie mam na to wpływu.
Nie mam zamiaru się przejmować.
O wszystkim jestem informowana na bieżąco, bo ja jestem, jak wiadomo, najlepiej poinformowana w zakładzie dla obłąkanych.

Jeszcze tylko wypchnąć wszystko, co się da.
Jeszcze popoprawiać błędy po pracownikach.
Przekazać informacje.
Wysłuchać uśmiechniętych życzeń miłego urlopu.
I spierniczam.
Będę nadawała z domu. Mam nadzieję, że na zupełnie niesłużbowe tematy.

Myśl na dziś:
Natchnienie jest gościem, który nie zawsze przychodzi na pierwsze zawołanie.
Piotr Czajkowski

PS Wyjaśnienie dla wszystkich, a szczególnie dla niejakiej Krystyny, z którą przerwało mi łączność telefoniczną.
Otóż biorę urlop w takim dziwnym momencie, w dodatku pozbawionym śniegu i zimowej aury, ponieważ Potomstwo ma ferie. I nieważne, co będziemy robić. Będę mogła z nią pobyć, a to jest najważniejsze. I dlatego nie żal mi tych pięciu dni, bo przecież w lecie i tak będę miała swoje dwa tygodnie.
Wyjazd na urlop – kupa szmalu.
Ciuchy – j.w.
Zrobić z córką deser na 4 ręcę w umączonej kuchni – bezcenne.

17 stycznia 2008

Więc jednak można żyć bez powietrza?

Odkrywanie, że można żyć bez Internetu jest bolesne i najeżone przeciwnościami losu. Napisy w stylu:
- spadaj, wejścia nie ma,
- niegrzecznym wstęp wzbroniony,
- do roboty, durna babo
są tym, czego nie lubię oglądać.
Zwłaszcza, że okazuje się, że Internet to jednak mój nałóg.
Wyobraźcie sobie, że was odcina i nie ma:
- poczty elektoricznej,
- ulubionych blogów,
- blogów własnych,
- wikipedii,
- słowników,
- skrabelków,
- gadania przez skype’a,
- innych.
A potem spróbujcie opisać swoje uczycia. Poetka pisała jak w tytule, co prawda o czymś zupełnie innym, ale… może nie do końca? Czy to jest tak, że jesteśmy już uzależnieni? A może to miłość? Zaspokajanie jakichś potrzeb?
Naturalnie od razu uprzedzam, że nie chodzi wcale o pragmatyczność narzędzia. Proszę mi się nie zasłaniać, że Internet to wiedza. Bla bla bla. Jasne, ale przecież są papierowe słowniki. Są encyklopedie. Są biblioteki. Są telefony, listy i spotkania twarzą w twarz. A mimo wszystko to medium pociąga nas, jak żadne inne.
Dlaczego?

Motto na dziś:
Wątpliwość nie jest dogodnym stanem, ale pewność jest absurdalna.
Voltaire

15 stycznia 2008

Wyszedłemk zamkniętyk*

Jeśli ktoś tu czeka od rana, to ja przepraszam, ale wróciłam do swojej pracy, a co za tym idzie – do kontrolowania. Więc dziś byłam w terenie.
Bardzo budujące przywitania kontrolera:
1. Dyrektorka umarła ze śmiechu na mój widok;
2. Kierowniczka powiedziała: No nareszcie! Od 2005 r. czekamy.
3. Pracownicy się wyraźnie ucieszyli, że mają rozrywkę.
Panie doktorze, nikt się mnie nie boi, a jak zapowiadam, że w tej sytuacji będę podła, bezwzględna, oślizgła i obrzydliwa, to się śmieją głupawo i idą po ciastko.
Całkiem dobre było**.
I tak pitu – pitu dniówka zeszła. Niemniej zawsze jestem bardzo zmęczona, kiedy wracam z kontroli. Zwłaszcza, że teraz jeżdżę dalej. Następny raz odbędę chyba w Częstochowie. Albo w Opolu. W piguły drogi i muszę wcześniej wstać.

Z innej beczki: odebrałam wczoraj samochód od mechanika. Zgadnijcie, gdzie jest teraz mój samochód? Brawo! U mechanika. Myślę, że jeszcze trochę i poproszę tam o azyl. Czy wam też pękają przednie szyby, czy to tylko ja tak mam, biedny miś?
Zrobiłam szybkie wyliczenia, ile potrzebujemy na cito, żeby ponaprawiać oba graciki. Otóż, drobiazg: 5.000 zł. Tak, też się uśmiałam do łez. Tymczasem szybę w drzwiach kierowcy mam podpartą drewnianym kołkiem. Słowo. Nie widać, bo pod tapicerką. A moi mili panowie samochodowie szukają części do prowadnicy, bo nowa kosztuje 1.500 zł. Tak, też się uśmiałam.
A sprzęgło kosztuje 1.300 zł.
A w drugim pewnie z 700 zł.
I nawet pilot w jednym kluczyku mi szlag trafił.
500 zł.
Więcej nawet mi się gadać nie chce.
Prezes mami mnie wizją jakichs dodatkowych dochodów. Oby. Bo inaczej wrócimy na 39 m.

PS Strasznie dawno ail się nie odzywała. Ail, jesteś jeszcze???


* A. A. Milne „Kubuś Puchatek” (a może „Chatka Puchatka? Kto wie…)
** No dobra, macie rację. Nie powinnam jeść tego ciastka. Ani żadnego innego. Jasne. Ale wiosna się zbliża i znów dieta…

14 stycznia 2008

Kto żyw, niech nie traci czujności

Wczoraj podjęłam się karkołomnej czynności rozładowania zmywarki (nigdy nie ma chętnych). Otwarłam sobie szafeczkę z kubeczkami, przekładałam kubeczki ze zmywareczki do szafeczki, czynność tę umilając sobie przewrzaskiwaniem się z Potomstwem przez całe mieszkanie. Nagle zadzwonił telefon (powieszony na haczyku w przedpokoju). Na moment straciłam czujność. Kiedy wróciłam, było tak:

Photobucket

Zadanie na dziś: wyciągnij z szafki wiszącej kota, który jest idealnie wpasowany w wielkość półki i nie chce współpracować, półka natomiast pełna jest tłukliwego asortymentu.
Czas na ćwiczenie: 10 minut.
Dowolna liczba podejść.
Stłuczka dyskwalifikuje.

PS Przepraszam za jakość zdjęcia, ale najbliżej było Potomstwo z telefonem.
Muszę się nauczyć nosić aparat na szyi. Everytime, everywhere.

Myśl na dziś:
Wykształcenie jest zdolnością odróżniania tego, co się wie, od tego, czego się nie wie.
Anatole France

Przepraszam, ale zupa była za słona i nie mogłam się oprzeć:
o tu.
hehe

13 stycznia 2008

Przy sobocie… wydajemy pieniądze

Oto bolesna prawda.
Pozbawieni chwilowo nadzoru nad Nieletnią, wyruszyliśmy w drogę, której celem było nabycie drogą kupna kurtki dla Prezesa. Trwają bowiem, jak wiadomo, przeceny posezonowe i ten przyjemny zbieg okoliczności jest punktem wyjścia dla licznie zebranych do uszczuplania sobie portfeli w sposób zastraszający. Kupno kurtki było w planie, lecz na tym rzecz miała się zakończyć albowiem nieopatrzenie tydzień wcześniej zrobiliśmy właśnie – dawno odkładany – rzut na wyściełanie podłogi w sypialni. Stosowną fotografię załączam, oczekując ochów i achów.

Nabycie przecudnej urody wyściełaczy miało skutek uboczny w postaci ziejącej dziury w potfelu, co miało z kolei dać mi do myślenia. Niestety, nie dało. Otóż wyznaję ze wstydem, że jestem nałogową amatorką (od łac. amo, amare) ciuchów z Solara. Przypadkowo zupełnie outlet Solara mieści się tuż przy outlecie, w którym Prezes nabył kurtkę. Wynik? Sytuacja stała się dramatyczna. Ale powiedzcie sami, czy moglibyście przejść zupełnie obojętnie obok marynareczki za złotych polskich 59? Tylko szczerze poproszę (informacja dodatkowa: cena wyjściowa marynareczki: 249 zł).
Stałam się więc szczęśliwą posiadaczką nowego garnituru, spódnicy oraz dżinsów Lee Cooper za 27,30 zł. No proszę, proszę – śmiało – kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Tymczasem poświęcam się również pewnemu nowemu przedsięwzięciu pisarskiemu, o którym powiadomię was w stosownym momencie. A wtedy będziecie mieli mnóstwo nowej lektury. A tymczasem cicho sza! I korzystajcie z weekendu bez opamiętania.

11 stycznia 2008

Wiedza jest narzędziem niebezpiecznym

Otóż, Drodzy Czytelnicy, jeśli jeszcze nie wiecie, muszę wam uświadomić, że jestem osobą problemową. No co wy, nie – problematyczną! Mogę naturalnie godzinami z różnymi tam takimi (no coooo???) bić pianę na okoliczność przeróżnych okoliczności, niemniej w pracy traktuję różne kwestie z należną im powagą (lub kompletnie bez), poświęcając im dokładnie tyle uwagi, na ile zasługują. Schemat jest zawsze ten sam (tu graf):

Photobucket
Muszę wyznać z odrobiną wstydu, że nie jestem skłonna do przesadnych roztrząsań, sprawy traktuję jako „do załatwienia” zamiast „do popieprzenia sobie”, sądzę, że problemy trzeba rozwiązywać i pchać wózek dalej. Takie mam przekonania i posiadam stosowne narzędzia w postaci wiedzy, którymi posługuję się z lubością. Jeśli czasami narzędzi nie posiadam, to je nabywam, w dodatku niezwykle szybko i sprawnie, ponieważ jeśli nawet nie wiem, gdzie szukać (lub mi się nie chce), to wiem, kogo o to zapytać. I tego od dawna uczę wszystkich w jakiś sposób podległych sobie pracowników.
Sprawy komplikują się w kontakcie z tą częścią ludzkości, która umieszcza swoje szacowne cztery litery na dyrektorskich stołkach.
Od czasu do czasu jakiemuś dyrektorowi:
a. Bóg rozum odbiera,
b. zachce się pokazać, jaki jest ważny.
Ludzkość w takich przypadkach idzie do tych dyrektorów, wysłuchuje, co ma wysłuchać, posiąka sobie nosem, a potem dzwoni do mnie, że jest problem i nie da się załatwić. Otóż, Kochani, nie ma spraw, których nie da się załatwić. Wobec zaistniałych czynników wyciągam mój graf i robię to, czego robić nie powinnam. Mianowicie ja znam dyrektorską mentalność. Nie będzie się zwykły pracownik sprzeczał z dyrektorska wolą, tak? Jak dyrekcja mówi, że nie, to nie i koniec. Wobec powyższego zwykły człowiek musi posiadać narzędzia. Cudownym narzędziem są powszechnie obowiązujące przepisy. I tego usiłuję nauczyć wszystkich w jakiś sposób podległych sobie pracowników. Weź, człowieku i wywiedź. Weź się uczep czegoś i drąż. Im więcej paragrafów i artykułów, tym większa szansa na rację po twojej stronie. Zawsze działa. Przygwożdżony elokwentnym wywodem z użyciem licznych rozporządzeń, ustaw, zarządzeń i innych dyrektor jest bezradny. On się nie może nie zgodzić, bo nie wie, o co chodzi. On by się musiał zastanowić, on by musiał pogrzebać, on by musiał się skupić. A na to, Wielce Uczeni Słuchacze, dyrektor nie ma… hmmm… czasu. Bo on ma ważniejsze zadania, tak? W obiegowej opinii oczywiście.
I tu go mamy, przygwożdżonego, bezradnego jak dziecko i miękkiego w naszych sprawnych dłoniach jak plastelina.
Wszystko cudnie działa, tylko ja muszę się jeszcze nauczyć, żeby tym moim pracownikom nie dawać gotowców, tylko kazać im szukać samym. Tak długo, aż im w nawyk wejdzie.

Jest tylko jeden problem. Otóż wiedza jest narzędziem niebezpiecznym i niewygodnym. Mądry (choć leniwy) szef będzie niańczył wiedźmę lub wiedźmina, bo tanim kosztem ma na usługach całe koło gospodyń wiejskich. Głupi będzie tępił, bo nie będzie mu się tu nikt z wywalonym ozorem wykazywał swoją inteligencją.
A ja dopiero wróciłam z zesłania, tak?
I może nie powinnam na to narażać innych, mniej ode mnie odpornych, tak?

Więc do rozważenia:
1. myśleć, rozwiązywać, radzić sobie i drżeć?
2. pieprzyć to (niech się zawali), rżnąć głupa i siedzieć wygodnie w ciepełku?

Tymczasem kolejny dyrektor został przeze mnie (pośrednio) pokonany w walce wręcz, co zostało dziś potwierdzone gromkimi wrzaskami grupowymi, których miałam przyjemność wysłuchać telefonicznie z sąsiedniego województwa.
Ciekawe czy się zorientował, że brałam w tym udział?

10 stycznia 2008

Prezes wygłasza exposee

W rolach głównych, starring i za udział biorą:
Prezes

Chórki:
prezesowa

Prezes: Wiesz… ja to bym nawet czytał twojego bloga, bo ja lubię twoje poczucie humoru. Ale po co będę czytał, jak ja to mam na co dzień.
prezesowa: Czemu mi to mówisz?
Prezes: Taka refleksja. Bo przed chwilą powiedziałaś: „po co”?

Motto na dziś:
Światem rządzi wyobraźnia.
Napoleon Bonaparte

Wyjątkowo celna uwaga, nie sądzicie?

9 stycznia 2008

Dziś święto: połowa tygodnia za nami

Padłam wczoraj jak kawka i wstałam po ośmiu godzinach, nieprzytomna kompletnie, śnięta i poetycznie blada. Na szczęście pracodawca przywitał mnie dwoma paskami, z których jasno wynika, że otrzymałam premię kwartalną oraz dodatkową. To ocaliło życie pracodawcy, ponieważ prócz pasków na biurku piętrzył się Mount Everest dokumentów, a wszak wiemy wszyscy, że byłam nieobecna tylko jeden dzień. Moja reakcja była oczywista i jednoznaczna: zaczęłam wrzeszczeć w sposób nieartykułowany, wyłuskawszy następnie z trzewi parę słów uważanych powszechnie za obelżywe. Z pokoju kierownika dosłyszałam komentarz:
- O, prezesowa przyszła.
- Co to, psiekrwie, jest??? - wypiszczałam w odpowiedzi.
Kierownik przybył, jak na skrzydłach i zmienił temat, jakby miał to zaplanowane:
- A widziałaś paseczki?
- Ja rozumiem, mój drogi, że ty mnie wynagradzasz za tę harówę i nawet się nie dziwię. Żądam szczegółów.
- Na temat kwoty? – kierownik rozpłynął się w uśmiechach.
- Bynajmniej. Jak zapewne wiesz, zawsze jest za mało. – wtrąciłam jadowicie – Na temat zbioru makulatury.
Umknął.
No dobra, dobra – przerobiłam. Przecież wiem, że muszę.

Z bliżej nieznanych mi przyczyn wszyscy dziś do mnie mówią telefonicznie tym samym tekstem:
- Dzień dobry! Mamy dwa problemy.
Zmówili się czy co? Muszę przeliczyć, ile podwójnych problemów rozwiązałam od 7.30.

Zapomniałam poinformować zebranych, że, w związku z cięciem kosztów, Zakład Dla Obłąkanych odebrał nam prenumeratę służbową. Ja gardzę. Udałam się wobec powyższego do najbliższego kiosku, gdzie dokonałam prenumeraty teczkowej Gazety Wyborczej. Wszystko pięknie działało do poniedziałku, kiedy paniom przeskoczyły zmiany robocze i rankiem inna pani niż zawsze dokonywała łupienia klienteli na nieprawdopodobne kwoty.
- Dzień dobry, mam u Państwa teczkową GW – za mną pięć osób.
- U nas?
- Oczywiście – za mną siedem osób.
- Ale na pewno?
- Z całkowitą pewnością – tłum gęstnieje z sekundy na sekundę.
- Nic podobnego, nie ma pani.
- Ależ oczywiście, że mam. Zapłaciłam za nią 26 zł – tłum cichnie i się skupia, a także wciąż gęstnieje.
- Nie ma pani, proszę pani. Nic o tym nie wiem.
- Proponuje pani jakieś rozwiązanie? – napięcie tłumu jest wprost namacalne.
- Nie dam pani gazety, może pani zapłacić.
- Jak to, przecież już zapłaciłam? – z tłumu dobiegają mnie komentarze.
- Nic o tym nie wiem.
Obróciłam się na pięcie, żeby nie radować ludzkości faktem, że chciałam rypnąć kiosk na złotówkę i przemielając pod nosem liczne odkrywcze myśli na temat zaangażowania pracowników, udałam się na łono. Gościnne.
Po południu w kiosku była właściwa pani, której przekazałam wersję skróconą.
Pani zaczęła krzyczeć, co myśli o tamtej pani. Zrobiło się jakby ciszej. Następnie wydała mi gazetę.
Dziś rano prasa na mnie czekała. Razem z wczorajszą, której nie odebrałam, bo byłam wiadomo gdzie, czyli nieobecna. Rano znów była tamta pani i trochę na mnie nakrzyczała na okoliczność tego, co ona myśli o tej sytuacji. Aby nie przenosić negatywnych emocji, bez słowa udałam się na łono.
Naprzeciw Zakładu Dla Obłąkanych znajduje się oddział GW. To tak na marginesie.

A w domu:
1. Potomstwo kolekcjonuje zarazki i jest mentalnie nieobecne oraz rozkapryszone (uwaga dla Potomstwa: jakbyś nie czytała cudzych listów, to byś nie wiedziała, że cię obgaduję i byłabyś szczęśliwsza);
2. Prezes kolekcjonuje zabiegi chirurgiczne;
3. koty niczego nie kolekcjonują, ale też są w domu.
Zagadka: Dlaczego ja jestem w pracy?

8 stycznia 2008

Dzień przerwy od pracy

Wpadam tylko na chwilę, bo zaraz wyjeżdżam. Mam dzień przerwy od pracy na obronę doktoratu mojej koleżanki. Ponieważ w powstaniu tego dzieła brałam czynny udział, to idę sobie obejrzeć efekty ;o) I zaprawdę powiadam wam: to ostatni doktorat na medycynie, który napisałam!!! Fuj.
A tak naprawdę, to idę tam w ramach wsparcia technicznego oraz duchowego, żeby doktorantka – bidula miała na kim oko zawiesić, jak już dostanie histerii.
Trzymajcie za nią kciuki.

Magdusiu, Krysiu – wy trzymajcie szczególnie, ponieważ doktorantkę znacie i… wiecie, prawda?
Dam znać, jak poszło i dlaczego pięć z minusem ;o)

Godz. 19.40
Dopiero wróciłam. Obrona była POPISOWA. Naprawdę byłam dumna, że brałam w tym wszystkim udział. Część Wysokiej Komisji wyraźnie chciała udowodnić doktorantce, że za wysokie progi na jej drobne, kobiece stópki, a ona z kolei pokazała im, gdzie raki zimnują. Kolejna po J. obrona była – w porównaniu – po prostu śmieszna. Czuję się trochę, jakbym sama właśnie obroniła doktorat, w dodatku na medycynie, jak wspominałam. Napięcie uciekło razem z podziękowaniami specjalnie dla mnie, przytulankami i łzami w oczach.
Bardzo wyjątkowe przeżycie.
I chyba pójdę spać z tego wszystkiego.

7 stycznia 2008

Poniedziałek – poranek, dzień pierwszy

Występują:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
około 7.00

Miejsce akcji:
prywatny środek lokomocji

prezesowa (na temat przygotowanego dla Prezesa śniadania do pracy): Wziąłeś sobie banana?
Prezes: Nie.
prezesowa: Nie?
Prezes: Nie, nie jestem.
prezesowa: Nie jesteś bananem?
Prezes:???
prezesowa: ???
Prezes: Nie jestem zdenerwowany!
prezesowa: Pytałam, czy wziąłeś banana! Więc laryngolog się kłania.
Prezes: Teraz to już jestem zdenerwowany.

5 stycznia 2008

Bardzo dziwne

Napisałam wczoraj notkę o trzynastej z okładem. Kiedy sprawdzałam po 22.00, jeszcze jej nie było.
Rozumiem – zawsze piszą, że może pojawić się z opóźnieniem. Ale takim???
Oby się nie okazało, że lepsze jest wrogiem dobrego – nowe możliwości bloga wpływają negatywnie na jakość świadczonych przez niego usług.

Krótkie spostrzeżenie:
Kiedy wczoraj jechaliśmy do pracy, na niebie było co? No co? No słońce. Znaczy w fazie wschodzącej. Ale to znaczy, że dążymy ku dobremu. Nareszcie. A dziś u nas ładna pogoda, to mnie nakręci do sprzątania.

Prośbę mam w imieniu akcji „Parkujesz? – Zdrapujesz!”
Wpiszcie, proszę, pięć tytułów gazet, które czytujecie. Tylko niech to nie będzie „Newsweek” albo „Wprost”. Chodzi o babskie gazety. Jeśli nie czytacie, to może czyta ktoś w waszym otoczeniu? Tylko błagam, to nie jest konkurs na ambitne czytelnictwo. Chodzi o popularność tytułów. Mam nadzieję, że dacie mi trochę materiału. Jakby się wpisały dwie osoby, to jest bez sensu.
Do komentarzy!
:o)

4 stycznia 2008

Właśnie zaczynam odczuwać skutku wielkiego powrotu

To jak? Wspominałam, że będę narzekać? No to nie narzekam, bo nie mam czasu. Pędzę jak szalona. Zwłaszcza, że telefoniada powitalna trwa, ale ze skutkiem ubocznym w postaci:
- Trudno się pracowało, kiedy Pani nie było… I mamy taki problem.
Wszyscy mają problemy, przez dwa miesiące z okładem się nagromadziło, ja to rozumiem. I chcę pomóc, rozwiązać, ale to się nie da w tak krótkim czasie. Papiery zwyczajnie mnie przywaliły, że głowy nie widać. Nie jem – to jedyny pozytywny aspekt sprawy – bo nie mam kiedy. Jak mi ktoś zrobi herbatę, to mam.
Ratunku.
I muszę zrobić bilans we wspólnocie. Wspominałam, że jestm urodzoną księgową? O matko…

Na osłodę: Rozmowy wieczorne.

Osoby:
Prezes
prezesowa
Karolek
Tuśka

Miejsce akcji:
sypialnia

Czas akcji:
ok. 23.00

Prezes (do Karolka myjącego tyłek): Bardzo ładnie, Karolusiu, musisz dbać o czystość odbytu.
Karoluś (myje zapamietale)
Prezes (do prezesowej): Widzisz, jak Karolek się stara? Bo niektórym kotom (palec na Tuśkę) to jedzie.
niektóre koty (drzemią zwinięte w kłębuszek i nie wadzą nikomu)
prezesowa (z oburzeniem): Twojemu jedzie z ryja.

3 stycznia 2008

Z serii: Kto to tutaj przyniósł?


Niby zwyczajna choinka…

Photobucket

Ale jakby coś… hmmm…

Photobucket

Kto TO tutaj przyniósł???



Winowajcy:



Photobucket

Photobucket

Zawsze ta sama zagadka…

Z pola boju:
kosmiczny absurd do kwadratu. Miła pani oskarżyła mnie dziś między wierszami, że kradnę, ale później się okazało, że nie jestem jedyną moralnie podejrzaną w tym zakładzie. A potem poszła do dyrekcji, żeby na mnie naskarżyć. Trwam w zadziwieniu, bo była w pracy zaledwie 1,5 h. Trzymam się, trzymam, słowo wam daję. Przecież to byłoby głupie, gdybym tego nie robiła.

Myśl na dziś:
Ludzie nie są więźniami losu, lecz jedynie swego własnego umysłu.
Franklin D. Roosevelt

2 stycznia 2008

A tymczasem w nowym roku…

Zaczęło się od hucpy i ułańskiej fantazji, która zaprowadziła mnie (wraz z krewnymi i znajomymi Królika) o 23.40 roku ubiegłego w gościnne progi Pewnej Krystyny. Dobra ta kobieta oniemiała przy domofonie, ale otwarła (bo serce ma litościwe i nie chciała trzymać kolędników na mrozie), by następnie zakwilić ze zdumienia i zażenowania, po czym zwiała i zmyliła pogonie. Pies zlał się ze szczęścia, że tyle gości naraz, Niezastąpiony nastomiast nie, ale był w białej koszuli i pod krawatem, co go usprawiedliwia. Zrobiliśmy masę zamieszania kotłując się po pokojach, z kieliszkami w rękach o 12 zwaliliśmy się na głowę Babci, a potem, pozostawiwszy wszystkich w osłupieniu, zmyliśmy montować kolejne hucpy nocne.

Dziś proza życia. Wróciłam do swojego pokoju, który obecnie dzielę z pewną niemiłą panią. Nie będę się nad tym rozczulała, powiem tylko, że muszę nad sobą popracować albowiem budzą się we mnie złośliwe instynkta. Niemniej sądzę, że i to doświadczenie ma mnie czegoś nauczyć. Na pewno nauczę się milczeć długodystansowo, ponieważ nie mam pani nic do powiedzenia (żeby nie zostało to wykorzystane przeciwko mnie) i nie interesuje mnie, co do powiedzenia ma ona. Dziś nie miałyśmy okazji, by sobie pomilczeć, ponieważ kierownik – świadom sytuacji – wysłał panią z misją. Ale jutro może być zabawnie. Chociaż tak naprawdę to pani powinniśmy współczuć, bo – jak wiecie – mnie trzeba czołgiem przejechać, bez tego nie będzie łatwo.

Odbieram na kopy telefonów od moich pracowników z dwóch województw i za każdym razem ten sam scenariusz – zwyczajnie i po ludzku cieszą się, że znowu jestem. I to jest właśnie argument za tym, by pracować uczciwie i ciężko, bo człowiek wyrabia sobie markę, a opinia się za nim ciągnie. Dobrze mi z tym i miło, naprawdę. Można więc uważać, że rok dobrze się rozpoczął, a co za tym idzie – będzie tak aż do 31 grudnia. Tej myśli się trzymam, tak postanowiłam i to będzie zrealizowane.
HOWGH!

PS Myśl na dziś:
Doświadczenie to nazwa, którą obdarzamy swoje błędy.
Oscar Wilde