31 października 2013

1332

Wczorajsze popoludnie z martuuhą - cudowne, jak zawsze. Ciepłe, w zrozumieniu własnych i cudzych słabości, zabawne, odświeżające intelektualnie.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, że - rechocząc jak wściekła nad posiłkiem - opluła mi salon, SALON!, nie żałując i nie pomijając ścian, a następnie twarz otarła rękawem, a rękaw w fotel, ale oj tam. Nie bądźmy drobiazgowi, wszakże nie wpada częściej niż raz na tydzień.

Mitenki - pigwówka.

By ukoić uporczywą myśl o malowaniu, przywiozła nalewkę oraz trzy słoiki malin. Naturalnie zakładam dobre intencje - nie musiała myśleć, że jestem na diecie, przecież to nie jej dieta, ona ma odchudzanie w gdziesiu, jest piękna i bez tego. Jak tylko drzwi trzasnęły, rzuciłam się na pierwszy z brzegu słoik (rodzinę wdeptując w kafle), że niby przypadkiem po blacie się potoczył, ratować musiałam, ojezusmaria, pyszne. Nie wiem, na ile herbat mi starczy, rodzina podłączyła się na krzywy ryj, nie ma z nich żadnego pożytku, tylko człowiekowi wyżrą. Nic się nie ma własnego. Pokoju nawet nie mam, a wszyscy mają. Dziwne. W każdym razie, jak mnie zirytują, to się wyprowadzę - będę wtedy miała dla siebie całe mieszkanie (ciasne, ale własne). Maliny zabiorę, cały alkohol z barku i koty. Kto bogatemu zabroni.
A potem zażądam łożyć. Na. Każdy ma takie dzieci, na jakie sobie zasłużył. Nie wnoszę reklamacji.

Martuuha ma obecnie samochód w kolorze nadziei i rzeczywiście coś na kształt człowiek czuje, jak mu się do domu wtarabania. Potem jest smutno, bo jedzie sobie w siną dal i tylko o północku, tak sama z siebie, donosi, że dojechała bezpiecznie i w sumie to fajnie było. Wierzę, fotela nie piorę, nie po to mam koty, żeby tego nie wylizały. Kupuję stopery do uszu, bo systematyczny odgłos szurania kocim językiem po pozostałościach po matuusze i aksamicie fotela jest nie do zniesienia.

Nie wiem doprawdy, jak to zniesę, że ona już nie w tym Krakowie, że jeździć mimo nie będzie. Zdecydowanie nie lubię. Całkiem osobiście rzecz odbieram, czyli, że do siebie. Żądam martuuhy i dostępu do morza.
Tak na złość, to się być może zwalę na łeb odwodniku. I martuuhę ze sobą przywlokę, niech odwodnik też ma ściany oplute, co ma mieć czyste. Zrobimy jej instalację ze spożytego posiłku i alkoholu. Bo alkohol jest myślą przewodnią tego przedsięwzięcia.

Owszem, notki na trzech blogach mogą być barwne.

29 października 2013

1331

Taki otóż mam nastrój obecnie. W najbardziej walecznych momentach. Proponuję zacząć gdzieś od 2:19.


Możecie sobie mówić, co chcecie, ale Chopin zawsze mnie porywa. Jest w nim coś cholernie polskiego.

1330

Jak się w nocy z zimna zbudzisz - stypendium socjalne dla twojego dziecka nieosiągalne.

Mówię Wam, droga przez mękę. Nikt mianowicie nie przewidział, że samotna matka może się miotać po pięciu źródłach zarobkowania, a i tak żyć w ubóstwie. Kwestionariusze na oko proste do wypełnienia. Haczyk - żądają kwot netto. Skopałam się z PITem, sklęłam, na czym świat stoi, zadzwoniłam do księgowej. To jest dobra kobieta, wszystko mi w tabelce wyliczyła. Dołożyła tzw. dochody utracone, wszystko netto, składki, sratki, kij ci w oko. Dokumenty w oryginale i kopie (jezusmarianiezgubtego!). Teczka wyszła.

Pani w kwesturze nie ogarnęła. Za dużo na jej świat jednego etatu. Więc zażądała więcej. (Gdzie mój wyrok rozwodowy?!). Oświadczenie o alimentach - nie oświadczę, że są, jak nie ma. Wszystko w zgodzie z wszechwładnym PITem. Urząd skarbowy zaświadczenia wystawił, w miłej zresztą atmosferze, bo on jest wzorcowy, ten mój urząd, od czasu, jak się dyrekcja zmieniła. Frontem do klienta.

Uczelnia jest prywatna. Czesne atomowe. Zuzia stoi pod kwesturą czwarty raz. Godzinami. Na zajęcia nie zdąży. Wciąż nie wiemy, czy nie potrzebujemy zaświadczenia od ortopedy o braku płaskostopia.
Dziś okopała, nastrój ma bojowy, o czym donosi w esemesach. Jak tego nie załatwi, to jutro tam pojadę i panie naprawdę się dowiedzą, jak wygląda obsługa klienta. Może nawet ustalę to z rektorem.

Nie muszą dawać stypendiów socjalnych. Ale jak dają, to oczekujemy obsługi, jak należy.

PS Z rzeczy "zabawnych". Na stronie informacja, jak byk: PIT nie jest dla nich dokumentem, proszę przedstawić zaświadczenie ze skarbóki. Przynosi zaświadczenie: gdzie PIT?
QUERVA.


Update - 13.45.

Jak nie dostajesz alimentów, musisz (!) mieć wszczęte postepowanie komornicze. Oczywiście dowiadujesz się tego za czwartym pobytem. Idę wziąć coś na uspokojenie.

1329

- Wiesz, mamo, zawsze się zastanawiałam, skąd się biorą te zdjęcia na wiocha.pl. A tu przyjeżdżam wczoraj pod dom i patrz. Cóż za zmyślny sposób na przymocowanie rury wydechowej.


28 października 2013

1328

My tu sobie pierdu-pierdu, a po sąsiedzku na piwnicach stanął parter. Dość wysoki. Se Państwo teraz wyobrażą, gdzie się skończy trzecie piętro, a na nim poddasze.


Teraz w budownictwie mieszkaniowym wszędzie takie tempo, czy tylko tu? Bo mię zaciekawiło.

27 października 2013

1327

Ciemności kryją ziemię. Cierpię. Będę tak cierpiała gdzieś do kwietnia. Szlag mnie będzie trafiał.

Kiedy przychodzi wiosna i na drzewach, krzewach pojawia się sugestia zieleni, jakby filtr, wstępuje we mnie nowy duch. Chce mi się żyć. Wszystko wydaje się takie proste. Niestety zauważam, że w miarę upływu czasu te wiosny są jakby krótsze. Zgodziłabym się, żeby wszystko było krótsze. W końcu to będzie czterdziesta pierwsza wiosna mojego życia, więc jest coś z odczuwaniem upływu czasu. Ale nie. Złośliwie nie. Jesienie i zimy wydłużają się w nieskończoność, a wiosny i lata przebiegają przez moje życie galopem.

Nauczyłam sie cenić każdy ciepły, słoneczny, zielony dzień. Rano staję w oknie i myślę: jak pięknie, życie ma sens. Niestety od jakiegoś czasu drugą myślą jest: cholera, znowu się to szybko skończy. Zdecydowanie za szybko.
Chciałabym być niedźwiedziem. Albo jakimś innym śpiochem zimowym. Nie patrzyłabym na to świństwo za oknem, a przez uchylone powieki wdzierałoby sie słońce.

Rinonka - przybywam. Weź zamów jakąś pogodę dla ludzi, dobra?

26 października 2013

1326

Jakiś czas temu pisałam notkę z myślą przewodnią "żyłka mi strzeliła". Chodziło o więcej spraw, ale kluczową był fakt sprawowania zarządu przez moi we wspólnocie mieszkaniowej. Oraz tego, co się wokół owej wspólnoty dzieje. A szczególnie w środku.

Po wymianie parunastu maili żyłka strzeliła też mojej koleżance z sąsiedniej klatki, która zawnioskowała o zwołanie zebrania na tę przykrą okoliczność. Podała nawet program. Od tej pory strawiłam mnóstwo czasu na myśleniu, co właściwie przygotować i w jakim kształcie. Pewne dane przeglądowe by się przydały, ale jak to zrobić? Jak?

Pomysł dość krystaliczny zaczął mi kiełkować ze dwa dni temu. Dziś przebił się przez glebę, wystrzelił w górę i eksplodował kwiatkiem. Z osiem godzin siedziałam przy komputerze (obiadu nie było, ale nie narzekali). Wysiedziałam prezentację przeglądową przez lat sześć, w strukturalnym ujęciu przychodów i kosztów. Jestem zmęczona. I bardzo dumna. Właśnie to tam widać, co chciałam, by ujrzało światło dzienne.

Nikt we mnie nie będzie rzucał gównem zza węgła. Liczby są liczbami. Co było do okazania. O!

25 października 2013

1325

Notka niesponsorowana, za to odważna i obrazoburcza.

Niezwykle produktywnie spędziłam dzisiejsze przedpołudnie, choć nie mogę określić tego słowem "miło". Mianowicie zrobiłam sobie remont twarzy. Z dawna wyglądany. Na czterdziestkę obiecany. Wyegzekwowałam. I tu się od razu wyjaśnia, dlaczego notka obrazoburcza i odważna. Zauważyłam bowiem, że o wszystkim można powiedzieć światu, tylko nie o medycynie estetycznej albo chirurgii plastycznej (nie, to jeszcze nie mój etap, ale w przyszłości nie wykluczam).

Z nieznanych mi powodów kobiety nie przyznają się do tego typu zabiegów. Opowieści na temat "dlaczego tak dobrze wyglądam" słyszałam już w życiu na pęczki. Wszystkie były głupie i z gruntu nieprawdziwe. Szczególnie bawią mnie te o dobrych genach. Nagle się jej te geny objawiły. Przez poprzednie pięćdziesiąt lat były akurat na wycieczce krajoznawczej. I się przedłużyła.

Jakoś wstyd się przyznać. Dlaczego? Mogę tylko przypuszczać. Może chodzi o to, że kobieta, poddająca się zabiegom medycyny estetycznej zostanie uznana za pustą? Skupioną wyłącznie na swojej urodzie? Szastającą pieniędzmi bez uzasadnienia? Albo może to jest jakiś lans, tak udawać, że się człowiek nie starzeje, jak inni? Ja tam się starzeję zgodnie z planem Matki Natury. Ale nie zamierzam oddawać przyczółków nazbyt łatwo.

I gdyby ktoś kiedykolwiek chciał mi zrobić jakikolwiek prezent, to informuję, że zbieram do puszki. W nosie mam kosmetyki, biżuterię, porcelany, kryształy i co tam jeszcze. Mam puszkę, przyjmuję wolne datki i zbieram. Się w pewnej chwili uzbiera. Traktuję to jako higienę osobistą. Nic dodać, nic ująć.
Można zostać fundatorem jakiejś części twarzy, jeśli ktoś chce. Oficjalnym. Zapraszam.

A wracając do niemiło. Myślę, że kwestia odczuwania bólu w moim przypadku silnie jest uzależniona od fazy cyklu. No to dzisiaj nie trafiłam. Czy żałuję? BUCHACHACHACHA!!! Za dwa tygodnie idę na poprawki!


Z innej beczki. Dziecko wczoraj wieczorem wykonało solo karczemną awanturę na okoliczność mojej niezgody na powracanie pieszo z przystanku tramwajowego o północku. Kiedyś już pewnie pisałam, że okolica niekoniecznie, trzeba przewalić z buta ok. 800 m - z jednej strony ogródki działkowe, z drugiej składnica złomu. Ryje takie się tam plączą, że i za dnia nieprzyjemnie.
Zasada znana od lat - nie wiem, co się stało. Naprawdę.
Dziś wypruła na jakiś koncert. W czasie przygotowań i już nieomal w drzwiach wymieniamy uwagi, opowiadamy sobie różne rzeczy i chichramy się.
- O co ci właściwie poszło wczoraj? - pytam na koniec.
- Nie wiem. Przepraszam cię - i rzuca się przytulać.

O, żesz! Co się z tą moją dorosłą córką porobiło! No fajna jest po prostu. Jestem z niej DUMNA.

24 października 2013

1324

Rozwijam się jak papier toaletowy. Byłam dziś na rozmowie rekrutacyjnej. Naprawdę! I w dodatku, wbrew memu czarnowidztwu, udało się wbić obłość wielorybią w jakąś kieckę biznesową, a już się obawiałam, że pójdę w namiocie. Na pocieszenie, ponieważ dress code mnie zasmuca, dołożyłam szpilki w kolorze fuksji. Bardzo profesjonalnie, bardzo. Ale myśl, że wzuję czarny trzewik i cała będę taka ę, ę, ę, jak na pogrzebie, napełniała mnie obrzydzeniem.
Więc szarości i czernie, a potem dup! Fuksja. Mam też torebkę, a co!

Szaleństwo to zawdzięczam jednak samozaparciu, albowiem 4,5 kg udało mi się zrzucić w tym miesiącu. A kiecka jest rozciągliwa. I nagle poczułam też potrzebę pozbawienia się tych retro loczków, co to mi na łbie się kłębią ostatnio, i powrotu do fryzury, którą znają Państwo Szanowne ze zdjęcia. Może i mniej jest ona kobieca, lecz jakże wygodna oraz praktyczna. Oj, obawiam się, że kariera loczków chyli się ku upadkowi, co (przewidywalnie) doprowadzi do histerii ukochaną fryzjerkę. Albowiem ostatnio przed moją wizytą schowała wszystkie nożyczki i udawała, że to mięsny. Czasem obawiam się jej zemsty. Mam sny, że upieram się przy jakimś własnym projekcie owłosieniowym, a ona - z wściekłości - tnie na łyso. Oby to pozostało w strefie majaków sennych.

Nie, no co Wy! Żadnych konkretów, jeśli kto ciekawy. Zobaczymy, czy sytuacja jest rozwojowa. Można przepychać w moją stronę życzenia szczęścia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy.


PS Jedem doprawdy rozczarowana, bo o pierwszej wnocy znowu nikogo tu nie było. Nie można Was z oka spuścić. A już dążyliśmy w dobrym kierunku...

23 października 2013

1323

W ramach działalności społecznej dokonuję korekty wypocin Susan's Teamu na temat organizacji pracy placówek zbiorowego żywienia. Niby rozrywka taka. Oczywiście dostarczyły mi ją dzisiaj i dzisiaj! muszę skończyć, bo rzecz musi być jutro oddana. Kocham.

Najlepsze zdanie, jakie znalazłam, brzmi:
"Pracownik przedszkola, który ma kontakt z żywnością, powinien posiadać książeczkę do spraw sanitarno-epidemiologicznych, wiedzę z zakresu przygotowywania posiłków, zatruć i zakażeń pokarmowych (...)".

Słusznie. Jak truć bachory, to skutecznie.

O, mam drugie!
"Oświetlenie stanowisk pracy wyłącznie światłem sztucznym jest niegodne (...)".


PS Śmiejcie się z błędu, nie z twórców. Albowiem powiadam Wam, nie wiadomo, kiedy traficie w me pazury. I będzie głupio! Hehe.

1322

Owszem, słyszałam już o kolejkach, ustawiających sie przed Lidlem na dziesięć minut przed otwarciem. Ba! Mało tego! Widziałam na własne oczy. Wczoraj sprawdziłam, że tak jest też przed innymi sklepami. W tym przypadku E. Leclerc.

Godz. 7.57.


Godz. 7.58. Tłum gęstnieje.


Godz. 7.59. Wszyscy w blokach startowych, pochyleni nad wózkami dla lepszego wyjścia z progu.


O 8.00 otwarli sklep i... ruszyli!
Przepraszam bardzo, ktory my mamy rok? Czy ci ludzie nie mają przypadkiem nierówno pod kopułą? Oczywiście można zastosować wycieczkę osobistą i powiedzieć, że ja też tam byłam. Nie przeczę. Ale wracałam tamtędy akurat z urzędu skarbowego i pomyślałam, że załatwię zakupy, żeby już potem nie lecieć.
O co chodzi?! Powariowali ludziska?

21 października 2013

1321

Zaczęło się od tego, że pojechałam dziś do Krakowa. Wszystkich, którzy chcieli: spotkać się ze mną, jechać ze mną, cokolwiek ze mną - bardzo przepraszam. Szczególnie Chudą. Bardzo. Termin ustaliłam praktycznie wczoraj, zabierałam tatę i wszystko było robione w biegu.
Ale do rzeczy. Więc jedziemy sobie z tatusiem do Krakowa. Warto nadmienić, że mój tatuś - z zawodu i powołania prawnik - nie pracuje już dwa lata. Ergo - nudzi się okrutnie i wykorzystuje do ostatka każdego wolnego słuchacza. Zaczął od "dzień dobry, córeczko" i przymknął się na chwilę, gdy go powiadomiłam, że ma żwawo wysiadać, bo mnie policja zgarnie. To samo robił w drodze powrotnej.

Muszę wstydliwie przyznać, że mimo wszystko lubię gadanie taty. Po pierwsze jestem zwolniona z jakiejkolwiek aktywności. Po drugie - w bardziej zamierzchłych czasach byłby z pewnością niezwykle cenionym bardem. Wiedzę ma przeogromną, a do tego tzw. nerw. No, umie po prostu. Czasami nie mogę uwierzyć, skąd się to wszystko bierze. Żeby takie szczegóły? Niesamowite. Opowieści ojca dotyczą głównie historii, Polski i powszechnej, ale jak go umiejętnie wkręcić, to wspominki człowiek też wyciągnie.
Ostrzeżenie: ja tego słucham od urodzenia i mam wprawę. Nieprzyzwyczajonym szkodzi.

Wsiadł, przywitał się i zagaił, jaką to wdzięczność do mnie czuje, że go w tym roku zabrałam na wycieczkę szlakiem I Brygady oraz że nie zapomniałam wziąć go do tego Krakowa, który kocha bardzo i tęskni. I że jakbym czegoś potrzebowała... Przybrałam poważny wyraz twarzy.
- Dobrze, że o tym wspomniałeś, tato. Bo właśnie jest taka jedna rzecz.
Tatuś spoważniał w ułamku sekundy i skupił się na mnie z należytą starannością (co oczywiście było bardzo śmieszne).
- Słucham.
- Bo kiedyś opowiadałeś mi, jak dziadek startował w zawodach hippicznych i coś tam było z nagrodami. Nie pamiętam, o co chodziło i chciałabym, abyś sprzedał mi to jeszcze raz.
Powietrze uszło w sposób prawie namacalny.

Z dziadkiem to było tak. Przez lata, jako - jak ustaliliśmy - ułan, startował w przeróżnych zawodach, a to garnizonowych, a to różnych ogólnych na Naszu. Prywatnie uważam, że powinno sie mówić "na Naszym", ale oj tam. Tak, koń miał na imię Nasz. Końcem lat dwudziestych wzięli udział w jednej z pierwszych (potem zmieniono reguły) rozgrywek, objętych patronatem wojewody łódzkiego. Zwyczaj naonczas był taki, że różni oficjele i patroni fundowali nagrody dla zwycięzców.
Nikt dziś sobie nie przypomina, co było nagrodą za zajęcie pierwszego miejsca. W pamięci potomnych został jedynie fakt, że drugiemu zawodnikowi przypadała przepiękna dubeltówka, na którą większość zainteresowanych ostrzyła sobie zęby. Dziadek również. I co z tym teraz zrobić? Wygrać zawody - honor, ale ta strzelba...
Podobno było jasne, że dziadek i Nasz wygraną mają w kieszeni. W związku z powyższym szanowne koleżeństwo wykluczyło ich z grupy mogących wejść w posiadanie owego upragnionego cudu, skupiając się na rywalizacji między sobą. Zwyczajnie dziadka zlekceważyli. Mój szanowny przodek zrobił więc towarzystwu psiku i przejechał pakrour (czy jak się tam dziadostwo pisze) w najlepszym czasie, umyślnie strącając ostatnią przeszkodę, dzięki czemu zajął szlachetną pozycję numer dwa. Zgarniając tym samym wymarzoną nagrodę. Podobno koledzy mu nie darowali i w kantynie poniósł skutki swoich podłych działań.

- Pytałem kiedyś ojca, czemu się tak złośliwie uparł na ostatnią przeszkodę - kontynuowal tato.
- Właśnie, mógł strącić jakąś środkową, przecież przy takim przejeździe umyślne działanie było aż nazbyt widoczne.
- Też tak sądziłem. Ale powiedział, że zawsze coś mogło im nie pójść (nigdy nie zwalał na konia, mówił "my") i dubeltówka przeszłaby koło nosa. A tak miał pewność. I wygrał.

Podobno nagroda ta towarzyszyła dziadkowi do 1939 r. Pozbył się jej dopiero, gdy weszli Niemcy. Życie jest cenniejsze od nagród i pamiątek.

20 października 2013

1320

Mam widać jakąś magiczna więź z martuuhą, bo też oglądam Czas honoru (i też jestem w piątym sezonie). Co krok popadam w zadumę nad zachowaniami ludzkimi w czasach ekstremalnych, wolą przetrwania, relatywizmem postaw oraz samymi pojęciami dobra i zła.

Nie oceniam. Nietrudno jest pójść na łatwiznę i odsądzić kogoś od czci i wiary. Ocenić bez poznawania szczegółów, wydać wyrok i go wykonać. Chciałoby się żyć w czarno-białym świecie, gdzie nie trzeba szamotać się w odcieniach szarości. To dobre - to złe. Szybko, higienicznie. A tu figa. Nie ma zdarzeń, postaw, wartości jednoznacznych. We wszystkim tkwi magiczne ale.

Ile podłości można wyrządzić innym ludziom, nader szybko przechodząc do ocen, wie pewnie każdy. Wiele już słyszałam w życiu historii o niesprawiedliwych wyrokach (nie o sądowe mi chodzi), krzywdzie, ostracyzmie. Sama mogłabym niejedno na ten temat powiedzieć. Komunikacja jest najtrudniejszą sprawą na świecie. Gdyby była łatwiejsza, nikt nie prowadziłby wojen, nie dokonywał aktów zemsty lub też, w wersji znacznie lżejszej: nie obrażał (również się), nie szkalował i osławionej nogi nie podkładał.

Zauważyłam, że coraz częściej odpuszczam. Mam na myśli wychodzenie do ludzi. Przez ostatnie dwa lata oberwałam tyle razy, że przestałam już liczyć. Najłatwiej jest mi się wycofać. Nie wdawać w rozmowę, nie naprawiać niczego, wręcz - nie wychodzić z domu. Chadzam czasem (śmiej się teraz, dora) na samotne spacery. Tylko ja i moje myśli. Nikt do mnie nie mówi, nikt o nic nie pyta, niczego ode mnie nie chce. To stwarza kokon, w którym dobrze i bezpiecznie się czuję.
Oczywiście wiem, że powinnam przestać, bo od takich zachowań do kiwania się w fotelu niedaleko, ale jest mi z tym dobrze i jakoś mi się nie chce. Walczyć.

Przede mną kolejna nieprzyjemna sytuacja i muszę się z nią zmierzyć. Nie ma ucieczki, nawet w łażenie bez celu. I ten brak możliwości zrobienia uniku bardzo wyprowadza mnie z równowagi. Czegoś potrzebuję, ale nie wiem czego. Wiszę. Trwam.

19 października 2013

1319

Jak już jesteśmy przy zdjęciach...

Otóż dużo ostatnio przeglądam i dużo o tym przeglądaniu myślę. Ponieważ mam średni dystans do sprawy z uwagi na wieloletnią znajomość tychże zdjęć, bardzo pomocna okazuje się córka, która z kolei nie ma znajomości, więc - co za tym idzie - dystans posiada. Dostrzega rzeczy, których ja nie widzę całkowicie.
Zaśmiewamy się do łez z wygladu różnych osób (babcia) w dzieciństwie i odnajdujemy porażające podobieństwa między różnymi członkami rodziny. Potwierdzenie znalazł po raz kolejny fakt, że z dziada pradziada, ekhm! - z babci prababci jesteśmy klonami. Jakkolwiek ten pan, co ze mną mieszka nie podkreślałby, że jestem wypadkową wad obojga moich rodziców.

W związku z tym wszystkim, o czym już napisałam, postanowiłam zaprezentować szerszej grupie społecznej pewne fakty w zderzeniu. Albowiem oglądanie zdjęć w określonym zestawie bywa szczególnie interesujące.
Dziś, po wczorajszej dawce pierwiastka Y, kobiety. A konkretnie moja Mama i Jej Mama w analogicznej sytuacji.



Na zdjęciu górnym twarz mężczyzny została zakryta, gdyż jest to pierwszy, były wszakże, małżonek mojej protoplastki. Nie ruszajmy, bo się smród rozejdzie.

Z ciekawostek.
1. Buty. Otóż obuwie ślubne mojej mamy (a wyszła za ten mąż w roku 1959) istnieje do dziś. I ma kolor granatowy.
2. Zdjęcie drugie jest podarte. Babcia była krewka, a dziadek był dziwkarz. Wierzcie lub nie - do śmierci.

1318

Bardzo bym chciała, aby moje poświęcenie zostało docenione. Skaner bowiem znajduje się w NORZE, gdzie - by postawić komputer i usiąść - trzeba posłużyć się saperką. Na szczęście przeszłość harcerską posiadam, to i saperka się znajdzie. A jutro rano w ruch pójdzie łopata mentalna. Przyłupie się nią wprost w czółko, może na chwilę część śmietnika zniknie.

Powracam do notek wspomnieniowych. Na zdjęciu Dziadek - porucznik Wojska Polskiego. Ja się tam na szarżach nie znam, więc nie wiem, co on był w momencie robienia zdjęć. Ale przy okazji znalazlam wycinek z prasy o zawodach konnych, gdzie się go, z przeproszeniem, z nazwiska wymienia, gdyż stanął na podium. Jest z tym związana angdotka, ale tłucze mi się jedynie po puszce mózgowej. Postanowiłam, że wezmę część zdjęć do rodziców, żeby tata pomógł mi je opisać, to przy okazji odświeżę i dopiszę.

Voila!



Nie można powiedzieć, urodziwy był z niego młodzieniec. A te włoski to miał takie przylizane do końca życia. I na WSZYSTKICH zdjęciach grupowych widnieje otoczony wianuszkiem obcych bab. Tedy wracam Państwa do notki o słuchaniu starych ludzi.

PS Bonus. Nie mogłam się oprzeć. Mój tatuś w roli starszego brata. Ergo - stryj w roli młodszego. Cium, cium.


18 października 2013

1317

Przeglądam czasem archiwa dyskowe i znajduję wiele ciekawych rzeczy. Dziś na przyklad odkopałam folder, pochodzący z wielce zamierzchłych czasów, kiedy ci, co dziś są STUDENTKAMI (ekhm, ekhm), byli po prostu zwykłymi szczylami.

Jak wiadomo, w stosunku do szczyla człowiek winien stosować jakiś system wychowawczy. W czasach zaplutego niemowlęctwa znęcałam się więc nad dzieckiem w jedyny dostępny sposób (żeby śladów na skórze nie było), czyli czytałam mu książki. Do dziś żywię wiele ciepłych uczuć do Marii Konopnickiej. Jakże cudownie usypia półroczniak, gdy mu niezbyt głośno, a za to rytmicznie, czytać wierszyk Na jagody! Później ten sam efekt osiąga się Sierotką Marysią. Do Roty nie doszłyśmy.

Z czasem dojrzewa nie tylko szczyl, ale też w technikach manipulacyjnych wyspecjalizowuje się rodzic. Osiągnęłam więc kolejny dan i zaczęłam... pisać. Żeby potem czytać, ma się rozumieć. I już nie o usypianie wyłącznie chodziło, tylko o ulubione narzędzie protoplasty, czyli smrodek dydaktyczny.

O, na przykład wstręt higieniczny.

Gdy wracam z podwórka, to jest oczywiste,
zaraz mama spyta: a łapki masz czyste?
Ciągle tylko łapki, ziewam gdy to słyszę,
chyba się ta mama niczym nie popisze.
Ale włos się jeży, pełen jestem trwogi,
co to będzie, kiedy spyta się o nogi?!

Tudzież porządkowy.

Gdy światło gaśnie,
gdy dziecko zaśnie,
to do porządków
ruszają z kątków
krasnale.

A ten z czapeczką 
ściera chusteczką
wszystkie te kurze,
co leżą dłużej
przy ścianie.

Tamten w gałgankach
zbiera ubranka,
które zdradziecko
rozrzuca dziecko
po kątach.

Ten znów w paseczki
zajrzał do teczki.
Literki czyta
w schludnych zeszytach
skupiony.

Śpioch zwany Gapciem
posprawdzał kapcie.
Czy stoją w rządku?
Tak – dla porządku.
Pod łóżkiem.

Krasnal brzuchaty
podlewa kwiaty.
Gładzi, dba o nie,
już w wodzie tonie
donica.

Gdy noc głęboka,
świat tonie w mrokach,
do norki wraca
zmęczony pracą
krasnalek.

Już wstaje dzionek.
Wszystko zrobione!
We wszystkich kątkach
już po porządkach
cichutkich.

Miło mieć w domu takie krasnale,
nie trzeba wtedy martwić się wcale
ani o śmieci, ani o kurze,
można się bawić o wiele dłużej.
Lecz gdy się skończy cierpliwość mam,
to będziesz musiał posprzątać sam!

Że już nie wspomnę o zdrowotnym.

Powiem ci, misiu, do ucha,
tylko mnie, misiu, słuchaj.
Wracam z przedszkola do domu,
a mama po kryjomu
sprawdziła czy jestem czysty
i wzięła mnie do dentysty.

Misiu! Mówię ci do ucha!
Słuchaj!

Bo ja się bałem ogromnie,
gdy mama mówi do mnie:
„Chodź, do dentysty idziemy,
ząbki ci zalakujemy”.
Zalakujemy? Laboga!
I ogarnęła mnie trwoga.

Misiu, mówię ci do ucha,
ty mnie, misiu, lepiej słuchaj...

Myślę sobie – dam drapaka,
sprawa jest nie byle jaka.
Dentysta... kto go tam wie,
co on mi zrobić chce.
Zalakujemy – też coś!
Dentysta... to straszne dość.

Co za miś! On nie słucha,
a ja mu mówię do ucha.

Przychodzę, siadam i patrzę,
i czekam, aż się zacznie,
i boję się ogromnie,
że jakiś potwór do mnie
zbliży się, gdy nie czuję
i coś mi zalakuje!

Misiu, nie śpij w takiej chwili!
Co za miś, moi mili!

Weszła pani, całkiem biała,
wciąż się do mnie uśmiechała.
Usiadła sobie wysoko,
puściła raz do mnie oko.
Otwarłem buzię – spojrzała
i oto historia cała.

A misio językiem mlasnął
i zasnął.

No i zaczekajmy, jak przeczyta to po latach. Ciekawe czy pamięta.

1316

Zmęczona coś jestem. Czyżby przesilenie jesienne? Kryzys miałam już przed 21.00. Zadziwiające.

Pani dietetyczka in spe rzuciła się przeimprezować piątkową noc, w dodatku z alkoholem, bo kazała się podwieźć. Utrzymujemy, że wywieźliśmy ją do lasu.
A jutro zaczyna się realne życie studenta, czyli zakuwanie neurona. No, cóż. Zanim się zacznie tresować ludzkość na okoliczność spożywki, trzeba przyswoić podstawy. Coś tak czuję, że niedlugo więcej będzie przyswajania niż imprezowania. Ale oczywiście nie zamierzam się kłócić. Po prostu za ewentualną poprawkę będzie sobie musiała zapłacić sama.
Póki co - szuka roboty. Może się szykuje do płacenia.

17 października 2013

1315

Nieopatrznie wpadam do Gniazda Nieogarnialnego Nieporządku i całuję moją małą studentkę w czółko.
- Mówiłam ci, że jesteś bardzo udanym dzieckiem?
- ZNOWU PIJESZ?!

(Maaamoooo, już to opisujesz na blogu?!)

1314

Przepraszam się z Państwem, ale w tym tygodniu na mój blog trafił ktoś, kto wpisał w wyszukiwarkę frazę kot mi się popsuł. Muszę koniecznie sprawdzić, czy któryś z tych darmozjadów nie jest popsuty. Bo, że zepsuty, akurat wiem. Kompletnie nie posiadam żadnych przymiotów wychowawcy, rozpuszczam gawiedź jak dziadowski bicz i jeszcze się cieszę, że ma dobre samopoczucie. Ta gawiedź.
Co za szczęście, że dziecko się jakoś wychowało, naprawdę.

Dygresyjka
Edward, jak wiadomo, jest całkowicie wyzuty z agresji. Jeszcze nie słyszałam, aby fuknął, syknął, nie widziałam, żeby drapnął. Nic z tych rzeczy. Tak do tego przywykłam, że ostatnio chciałam mu coś z ryja wyciągnąć. Coś spożywczego znaczy. Głowę miał spuszczoną i zajęty był wielce, więc nie zauważył, co się kroi. I wyciągam ci ja rękę, łapię za ten bezcenny towar, a tu: kchchchchchch! Normalnie mnie zatkało. A Edward? Podniósł głowę, zobaczył, że to ja, w oczach mu rozbłysł napis mamusia i... natychmiast włożył mi sporną spożywkę w dłoń. Oddał po prostu. I co? I oczywiście byłam dumna, jak to wychowałam, że się z mamusią bez dyskusji dzieli. Mało tego! Oddaje! Słabo mi, jak siebie słucham.
Koniec dygresyjki

Tak sobie pitolę od rzeczy, bo siedzę nad korektami. Oko mi się skrzywiło i porywa mię szaleństwo. Zawsze tak mam. Czy wybrałam sobie dobry zawód? Bo nie wiem.

Tymczasem w ultrakrótkim czasie muszę nauczyć się dobrze obsługiwać pewien niszowy program dużej, całkowicie nie niszowej firmy. Od mojej wprawy zależy bowiem jakość porozumienia się z przedstawicielstwem owej firmy, aby wyłuszczyło, co go w tym programie boli. Naturalnie znowu zostałam wysłana na front wschodni, bo przecież wiadomo, że ja się najlepiej dogadam. Zawsze jak jest jakaś niewdzięczna robota, to przypada mnie. Czy ja już wspominałam, że nie lubię ludzi, bo one som gupie? W większości. I strasznie się martwię, że pani w dużej, całkowicie nie niszowej firmie, okaże się przedstawicielką większości świata. I się będę denerwować, a muszę być uprzejma, jak chcę mieć na chlebek. Ech, życie...

1313

Budzi się człowiek rano, patrzy w lewo...


patrzy w prawo...


patrzy przed siebie...


Obcy - decydujące starcie.

16 października 2013

1312

Tymczasem w Państwie Duńskim nadal trwa festiwal absurdu, kołtunerii, polowań na czarownice i wymazywań gumką myszką nazwisk podejrzanych z akt stosownych służb.

Wszystko to przypomina grę w głuchy telefon. Na początku łańcucha siedzi dziecko i mówi do ucha pierwszej osobie, że ksiądz je obmacuje. Wiadomość przechodzi przez kolejne osoby, wreszcie trafia na Michalika i ten triumfalnie wykrzykuje, że on wie, bo słuch ma doskonały! Oto rodzice, środowisko, pornografia, geje, lesbijki i ideologia gender! Winni, winni, winni! Rozpalajcie stosy!

Tymczasem to już było. Kilka kart w historii kościół katolicki zapisał pieczołowicie drobnym maczkiem. Już palił, wyrzynał w pień i krzywdził. Bo mu argumentacja zawiodła. I teraz też zawodzi.

Powiedzmy sobie wprost, głośno i wyraźnie:
MOLESTOWANIOM DZIECI PRZEZ KSIĘŻA WINNI SĄ TYLKO I WYŁĄCZNIE KSIĘŻA,
a cały kościół katolicki winien jest zmowie milczenia, ukrywaniu prawdy, tolerowaniu tego procederu i udawaniu, że nic się nie stało.
I nie zmieni tego swoista nowomowa ani erystyczne chwyty. Nie ma takiej możliwości.

1311

Nie jest wcale tajemnicą, że prosiłam już siedem razy, aby przykręcić kran w łazience. Efekt wiadomy. Dziś nadszedł czas zemsty. Nie łazienkowy co prawda, ale internetowo - komputerowy.

Nie miałam świadomości, że gniazdko, na którym wisi cały sprzęt, właściwie nie jest gniazdkiem, a artystycznym splotem drucików, zachęcających do tańca świętego Wita każdego, kto tylko się zbliży. Szczęśliwie nikomu do głowy nie wpadło, by włazić za szafkę, a mam tu na myśli szczególnie licznie zamieszkałe koty. Fantazja ułańska ich nie poniosła. Przypadkowo.
O poranku Ten Pan uprasował sobie koszulę, złożył deskę, wsadził ją za szafkę, rozerwał węzeł gordyjski i pozbawił świat dostępu do świata. Zorientowałam się nieco po jego wyjściu, gdyż telefon uległ bezprecedensowemu uzdrowieniu. A z internetem się nie łączył. Zdążając po nitce do kłębka odkryłam przyczynę i krew mnie nagła zalała. Internet włączyłam sobie innym sposobem, a następnie zapowiedziałam Temu Panu, żeby nie oczekiwał łaskawego przyjęcia.
Dziwnym trafem po powrocie do domu nie marnował czasu, tylko udał sie na górę. A ponieważ wyłączył elektryfikację miast i wsi, postanowiłam czas spożytkować na pracę i ruszyłam za nim, by rozwiesić pranie.

- Uwaga - zaintonował Ten Pan. - Zaczynam. W razie, gdyby jednak trzasnęło, walnij mnie tym oto taboretem.
- W życiu - odpowiedziłam filozoficznie.
- Rozumiem, że ci na mnie zależy, ale chodzi o moje zdrowie i byt.
- W życiu, bo ma metalowe nóżki. Jeszcze mnie porazi.
- Twoja czułość jest roztkliwiająca.
- Mogę cię walnąć deską.
- Dobra. To zaczynam.

...

- Wiesz co?
- Co?
- Chciałem ci tylko uzmysłowić, że jakbym skończył się trzepać pod wpływem elektryczności, to możesz przestać walić. Słowo.
- Nie martw się. Jesteś bezpieczny.
- Naprawdę?
- Tak. Dopóki przynosisz pieniądze. Chociaż...
- O Jezu...
- Chociaż ostatnio potrzeby nieco wzrosły, więc radzę ci uważać.

15 października 2013

1310

Właśnie zepsuł mi się telefon. Tak bez zapowiedzi. Po prostu umarł.
ZARAZ SZLAG MNIE JASNY TRAFI!

Dobrze, że przynajmniej kontakty i kalendarz mam w chmurze. Kolejna utrata tych dwóch rzeczy tym razem by mnie przerosła.

1309

O czym dziś nie będziemy.
Otóż o tym nie będziemy, bo czasem brak mi już sił. A kultura osobista zaorana. Zresztą Naima już to zrobiła. Na pewno lepiej niż ja.
Nie będziemy też o pogodzie, bo dobrze się nie zapowiada.
Nie będziemy (chwilowo) o dziadku, bo dziś mi się nie chce.
O moich upadkach życiowych też nie będziemy, bo to mnie przygnębia.
I o Babci Sąsiadce. Bo nie chce ze mną rozmawiać ani się spotykać. Z nikim nie chce.
Więc może?

- Mamo! Ty się mną w ogóle nie interesujesz!
- (Dwie sekundy zapowietrzenia). Przepraszam. Omówmy więc...
- O, nie! Nie i nie! Nie wtrącaj się! Bez przerwy tylko we wszystko się wtrącasz!

Kurtyna.

Na marginesie.
- Mamo, w tym domu to strach się odezwać. Wszystko potem czytam na tym cholernym blogu!

14 października 2013

1308

Rozmawiałam ostatnio z mamą na temat tego, jak mało wiem o mojej babci ze strony taty (to ta od pogrzebu, jeśli ktoś pamięta). I że dostrzegam w tym swoją winę. A było tak.

Kiedy na świat przyszedł syn pierworodny, mój tato, babcia miała lat 27. Jak na dwudziestolecie międzywojenne była więc panną zdecydowanie przejrzałą. Łączy się z tym pewna anegdota rodzinna, którą już pewnie opowiadałam, więc tym razem sobie daruję. Kiedy zaś urodziłam się ja, tato miał lat 37, a babcia, co wynika z nauk ścisłych, 64. Dla mnie to było zdecydowanie za późno.

Babcia, jak donoszą najstarsi górale, miała w życiu pod górkę od samego początku, nie ma się więc co dziwić, że na starość była wredna. (Aczkolwiek umysł jak brzytwa). Jej pech zaczął się od tego, że powito ją w rodzinie żydowskiej, ale jak na złość - całkowicie zasymilowanej. Już sobie wyobrażam to zawieszenie między światami. To niebycie ani - ani. A wtedy, co warto podkreślić, granice przebiegały dość widocznie.
Problem powstaje zaraz w następnym kroku. Otóż sklerotyczni górale donoszą, że pradziadkowie odumarli bardzo wcześnie, a babcię przejęła na wychowanie ciotka, skutecznie się jej pozbywając z domu z użyciem pensji, a może i nawet szkoły u sióstr. Tymczasem doskonale pamiętam, jak mi bohaterka opowiadała dykteryjkę o swym zamążpójściu (nawiasem mówiąc i tutaj dostrzegam jakiś szwindel), w której główną rolę grał ojciec panny młodej.
Więc jak to naprawdę było, już się nie dowiemy.

Następnie babcia była poszła za mąż za zawodowego żołnierza. Wszystkie panie teraz wzdychają i kiwają głowami ze współczuciem. Jakkolwiek mit dziadka nie funkcjonowałby w rodzinie, to ja nie jestem jedynie wnuczką - jestem też dorosłą kobietą z przeszłością i swoje wiem. Określenie "ułańska fantazja" nie wzięło się znikąd. Owszem, ułanem był. O kartach wiem i o wędrówkach codziennych po służbie od kapliczki do kapliczki, a o dziwkach nikt nie mówi, ale przystojniak był z niego nie lada, więc nie udawajmy, że nie umiemy dodać dwóch do dwóch.
W każdym razie różne historie babcia mi opowiadała (choć skąpo) pod nieobecność ojca. A i rozwiodła się z dziadkiem pod koniec jego życia (!) zapewne nie bez powodu, czego mi zresztą długo nie uświadamiano.

Okupację spędziła schowana gdzieś pod Nowym Sączem. Prawdopodobnie wywieziono ją tam zaraz zdarzeniu, które mi kiedyś sama opowiedziała. Mianowicie wędrując po Plantach napotkała grupę Żydów, prowadzonych przez Niemców do trasportu, i któryś z nich zawołał coś do niej w jidisz. (Znajomości języka wypierała się do końca dni swoich). Nie wiem nic o tym okresie i pewnie nikt nie wie. Dziadek z synami mieszkał natomiast nadal w swym rodzinnym mieście.

Babcia była wykształcona. Miała małą i dużą, przedwojenną jeszcze, maturę. Skończyła też studia. Była, jak ja - filologiem. Przez dziesiątki lat uczyła w szkole. Najpierw dzieci, a potem dorosłych. Wreszcie, na emeryturze, pracowała jako bibliotekarka.

Urodziłam się za późno. Byłam jej jedyną wnuczką, a i córek nie miała. Wiem, że chciała mi wiele opowiedzieć. Kiedy mogła - nie słuchałam. Najpierw byłam za młoda. Potem - zbyt zajęta swoimi sprawami. Nie dojrzałam w tym czasie na tyle, by zrozumieć pewne rzeczy i zamienić się w słuch. Wreszcie pochorowała się, zniedołężniała i umarła. A razem z nią, na zawsze odeszły zdarzenia z życia, wspomnienia, anegdotki i wielkie, przemyślane mądrości. Straciłam je bezpowrotnie i straciła je też moja córka. Na zawsze.

Czasem brakuje mi jej ironicznego spojrzenia na świat, złośliwości i nieprawdopodobnego poczucia humoru. Może kiedyś. W innym miejscu. W innym czasie.

Miejcie cierpliwość i dobrą wolę. Słuchajcie starych ludzi. Odwiedzajcie ich częściej niż od święta. Mają niewiele czasu. Wy też macie mało, by spędzić go razem. Bardzo mało. Nie da się tego naprawić.

13 października 2013

1307

Kolejny kwiatek pojawił się wczoraj. Wysłuchałam go w radiu RMF - niestety byłam w trasie, z sobą za kierownicą w dodatku. Zaprzątnięta myśleniem o czymś zupełnie innym oraz słuchaniem jednym uchem wynurzeń mamy na temat "pokażę ci szpital, w którym się urodziłaś", zdążyłam jedynie rzucić "czekaj" i podgłośnić radio. Niestety nie spojrzałam na zegarek. Wiem więc jaka stacja, ponieważ na RMF - dość uniwersalny, gdy się człowiek przemieszcza na większych odległościach - przerzuciłam, kiedy zacharczała mi stacja lokalna, której zwykle słucham. Podejrzewam, że mogły to być wiadomości o 15.00, z uwagi na czas, kiedy wróciłam do domu. Nie potrafię znaleźć tego nagrania, może ktoś jest bardziej wprawny i mi pomoże. Nie chcialabym być bowiem gołosłowna.

Otóż stacja puścila wypowiedź Dziwisza na temat, który zajmuje ostatnio wszystkich. Wcale mnie to nie zdziwiło, że się wypowiada, wszyscy się wypowiadają, część nawet niemądrze (eufemizm). Są tacy, co bronią szańców do upadłego, nie zważając na krzywdę, czynioną innym ludziom. Gdyby kościół zachował zdrowy rozsądek, jednoznacznie potępiłby PRZESTĘPSTWA, jakimi są molestowania i przemocowe akty seksualne, szczególnie wobec nieletnich. A potem zająłby się z werwą tropieniem tych przestępstw we własnych szeregach. Tymczasem nie zajmuje się. I dobrze. Jak wspomniała martuuha, kościół w Polsce wrogów nie potrzebuje, więc z prawdziwą przyjemnością poczekam, aż sam się wykończy.
I niech się wtedy odbudowuje, ale już na porządnych podwalinach: pokorze i przykazaniu miłości. Ale to nieprędko.

Wróćmy jednak do wypowiedzi, która po raz kolejny podniosła mi ciśnienie, ponieważ zahaczała o dwa omawiane przeze zjawiska: miganie się od odpowiedzialności i kłamliwy, pokrętny język. Zwrócił się bowiem Dziwisz do świata za pośrednictwem mediów o traktowanie ogółu kleru zgodnie z postępowaniem większości księży (czyli tych, co nie molestują), jako przykład podając fakt, że na zarządzanym przez niego terenie - i tu czasu nie określił - zapadł zaledwie jeden prawomocny wyrok w takiej sprawie, a zaledwie trzy takie postępowania są w toku. I tu doszło, po raz kolejny, do kuriozum. Otóż ksiądz, jak relacjonował Dziwisz, wobec którego sprawa została zamknięta, został skazany wyrokiem w zawieszeniu, ponieważ (uwaga!) nie można było w pełni dowieść jego winy.
Zatkalo mnie.
Jak łatwo jest mieszać w głowach maluczkim. Wystarczy powiedzieć, że zawiasy otrzymuje się, gdy prokuratura "nie może w pełni dowieść winy". Czyżbym była ostatnią świadomą w tym kraju? Bo nikt nie sprostował. Powiedzmy sobie wprost: wyroki w zawieszeniu otrzymują osoby, wobec których podobne postępowania w przeszłości nie zaistniały, rokują, nie zagrażają innym ludziom, są księżmi (wybierz dowolną konfigurację). A nie ci, którym winy nie dowiedziono. Jeśli wyrok zapadł, co do winy nie było wątpliwości.

Myli się również Dziwisz, gdy próbuje manipulacji tego typu. Jedyny ratunek dla kościoła katolickiego jest taki, że ludzie zechcą postrzegać go jednostkowo, czyli wierzyć, że te porządne niedobitki stanowią jakąś regułę. O ile ktoś jest jeszcze w stanie. Ja nie już nie jestem, od dawna.

12 października 2013

1306

Wracałam dziś sobie samochodem z dłuższej trasy, radio gadało i... znowu się zdenerwowałam. Na ten sam temat, co ostatnio. Więc żeby to przetrawić, proponuję w zamian jesden z moich najulubieńszych numerów kabaretowych.

Szanowne Państwo! Przed Wami niekwestionowana Królowa Polskiej Estrady!


11 października 2013

1305

Żyłka mi, niestety, strzeliła.

Jeśli ktoś sobie wyobraża, że zarządzanie wspólnotą mieszkaniową to jest fajne zajęcie i zamierza się tego podjąć, niech zdusi tę myśl w zarodku. Zaufajcie mi, mam wieloletnie doświadczenie i od dawna budzę się co dzień z myślą, żeby to rzucić.
To samo tyczy się rady nadzorczej w spółdzielni mieszkaniowej. Też mam wieloletnie doświadczenie i już to rzuciłam. Co prawdopodobnie wydatnie wpłynęło na moją higienę psychiczną.
Podobnie rzecz ma się do bycia przewodniczącą komisji rewizyjnej czegokolwieka bądzia. Zrezygnujcie zanim wejdziecie w bagno. To jest rada, płynąca z głębi mych trzewi.

Nie ma to jak dostać kopa w twarz za wieloletnią, wierną służbę. Szczególnie, gdy robi się coś za darmo albo za grosze tak śmieszne, że niewarto o nich nawet wspominać. Ku chwale ojczyzny. Baczność, spocznij. Albo nie - lepiej nie spoczywaj, bo za łatwo się kopie leżącego.

Muszę się nad sobą zastanowić. Rzecz nie przytrafia mi się po raz pierwszy, za to w różnych miejscach. Czyli problem musi leżeć po mojej stronie. To nie świat jest podły i zły, tylko ja czegoś nie ogarniam. Coś robię źle. Trzeba się z tym zmierzyć.

Chuda! Przyjdź tu i obiecaj, że nie oplwasz mnie na jakimś etapie działalności MbLu. Bo to już zmusiłoby mnie do wizyty u lekarza, który na każdy argument się uśmiecha, a potem woła dwóch osiłków z gustowną jesionką, której rękawy wydają się podejrzanie długie.
Naprawdę.

1304

LEDWO

ŻYJĘ


Doniosę jedynie uprzejmie, że u Babci Sąsiadki jakby coś szło w dobrą stroną. Wasze myśli najwyraźniej pomogły.

10 października 2013

1303

- Masz rację, mamo.

Ratunkuuuu! Nie jestem na to przygotowana!!!

1302

Postanowiłam solennie, że tym razem nie dam ponownie zakuć się w kajdany lapsusów, jedynie słusznych wykładni i interpretacji, wybaczeń i zatarć w pamięci. Do upadłego będę punktowała i upubliczniała wszystko, co tylko uda mi się znaleźć. Albowiem ostatnie (gumowe, jak pisze Naima) granice zostały dla mnie przekroczone. Nie zapomnę. Nie wybaczę.

Przypominam i podkreślam - wypowiedź Michalika, upadlająca wszystkich przyzwoitych ludzi na świecie, nie jest ani odosobniona, ani przypadkowa. Nie jest lapsusem, pomyłką czy pomrocznością jasną. Nie wynika z wieku, przepracowania lub niewłaściwie dobranych leków.
To jego głębokie przekonanie, bo jest - zwyczajnie i po prostu - ZŁYM, PODŁYM CZŁOWIEKIEM.

Wszystkich, którym wśród szaleńczego pędu dzisiejszych czasów umykają różne sprawy, odsyłam do kolejnego artykułu. Jeśli ktoś nie chce opierać się na doniesieniach prasowych, zawsze może podążyć do źródeł, jakimi są strony katolickie z jednej, a informacje na temat wyroków sądowych z drugiej strony (wierzę, że można dotrzeć).

A wielbicielom warsztatu, dobrze działającego mózgu i sprawnych palców, polecam lekturę blogu Naimy. Nic dodać, nic ująć.
Koniec z kulturą osobistą. Jestem polonistką i posiadłam umiejętność czytania. Podążę więc za wieszczem: Gwałt nich się gwałtem odciska.

1301

Znowu wpadł mi do głowy pomysł na poważna notkę i już zasiadłam przed klawiaturą... ale nie. Litości. Ostatnio jakby nieco drętwa się zrobiłam. Te filmy szwedzkie. Komentarze do wydarzeń ostatnich dni. Jakieś felietony o stosunku do religii. No ileż można.
Co prawda ludzkość zdwoiła wysiłki w tabelce "chodzo se", z czego mogłabym wnioskować, że jednak poważne tematy Was jarają, ale na szczęście zgredek dostał głupawki (czyli taka norma w zachowaniu) i wszystko powróciło na właściwe tory.

Następnie przyszedł mi do głowy temat mniej poważny i nawet uznałam, że to ma sens, ale opisanie go zajmie mi trochę czasu, więc również odpuściłam. No, może nie tyle odpuściłam, co troszkę przesunęłam na wektorze codzienności. Później przypomniało mi się, że tato opowiedział mi kilka historii z życia dziadka, które - przed opisaniem - chciałam z czymś porównać. I owszem, porównałam. A potem mi uciekło. Do tego też muszę wrócić i to KONIECZNIE. Jak nie opiszę, to zapomnę i cudeńka te znikną w pomroce dziejów.

W związku z powyższym, drogą eliminacji, pokażę Wam na dzień dobry aktualności budowlane. Będą Państwo zaskoczone.

Tak, tak! Na piwnicach kładą już stropy.

A koty zażądały mleka. Długo udawałam, że nie rozumiem, o co chodzi. Ale rozwinęły przede mną prawdziwe bogactwo posiadanego repertuaru środków nacisku. No i wycisnęły. A potem Edek przegonił wszystkich od misek i wypił całe mleko sam.
Obiecuję sobie wiele atrakcji w czasie tej sraczki.

Apdejt
JEST!

9 października 2013

1300

UWAGA! #zadługienieczytam
(10 października dokonuję minimalnej autokorekty, bo nasunęła mi się myśl o jakiejś regule).

W magazynie świątecznym Gazety Wyborczej (nr 233. 7962, 5-6 października 2013, str. 16) opublikowany został felieton Jarosława Mikołajewskiego Żarty się skończyły. Motto brzmi następująco:
Papież Franciszek to człowiek, który jest w stanie sprzedać bazylikę św. Piotra, żeby pomóc Afryce. Tego prowincjonalni polscy biskupi, zajęci walką z masonami, jogą i dziennikarzami, nie rozumieją.

Cytat ten znakomicie odzwierciedla wymowę całości artykułu oraz sytuację kościoła katolickiego w Polsce. Pontyfikat Franciszka dokonał bowiem tak wyraźnego rozłamu w polskim klerze, jakiego chyba dotąd nie odnotowano. Po jednej stronie znaleźli się kapłani, zainteresowani głównie przekazem Ewangelii, stanowiącym wsparcie i dającym nadzieję. Po drugiej natomiast - zastygły beton typowo polskiego układu zwierzchnictwa.

Franciszek nie bez powodu przyjął imię świętego z Asyżu i tego polski kościół nie potrafi przełknąć. Papieskie apele o ograniczanie przez kler własnych dóbr doczesnych budzą sprzeciw, niedorzeczne tłumaczenia i aż nazbyt zawiłe interpretacje.
- Ubóstwo to nie dziadostwo - mówił jeszcze niedawno dzisiejszy ulubieniec mas, Józef Michalik.
Tymczasem papież Franciszek do nikogo nie apelował o chodzenie boso lub w dziurawych sandałach.
- Wybierajcie skromniejsze modele (samochodów - przyp. autorki). Pomyślcie o dzieciach umierających z głodu i zaoszczędzone pieniądze przekażcie im.
Jak zinterpretowano to w polskim piekiełku? Szczególnie, co ostatnio staje się regułą, zabawną wersję wyprodukował rzecznik KEP, ks. Józef Kloch, próbując dowieść, że samochód dla biskupa za 150 tys. zł to nie jest przesada, bo potrzebuje go do jazdy po dużych diecezjach. (sic!).
Mimowolnie (i wbrew sobie) zaczynam odczuwać litość dla tego człowieka. Nader bowiem często musi ostatnio tłumaczyć się przed opinią publiczną z rzeczy, których ani wytłumaczyć, ani obronić się nie da.

Kościół katolicki w Polsce (pewnie i na świecie, ale polski znam lepiej niż np. angielski) obrzydliwie nadużywa języka jako narzędzia*. Pokrętność wypowiedzi, które z wierzchu mają wyglądać na przepełnione miłością, pokorą i zrozumieniem, budzi we mnie wstręt i odrazę. Co więcej, emocje te tak podkręca, że zaczynam, choć tego nie znoszę, odchodzić od przedmiotu i oceniać człowieka. Słowa mają wielką moc, stwórczą - nie zapominajmy (na początku było słowo). Raz wypowiedziane, nie znikają nigdy. Nie da się ich wymazać, skorygować, zmienić. Wiszą nad nami jak niewidzialna czapa. Na zawsze.

Myślę, że polska wierchuszka kościelna zaczyna się sama lekko wytrącać z przesadnie dobrego samopoczucia. W końcu byk za bykiem leci kumulacyjnie, jakby pękła jakaś niewidzialna tama. Tymczasem młodzież (starsi również, lecz u młodych jest to szczególnie widoczne) w przeważającej większości do kościoła jako takiego nie jest przekonana. I mowa nienawiści (nie potrafię inaczej sklasyfikować wczorajszej sytuacji), ewidentne kłamstwa (bruzda dotykowa), szkalowanie i poniżanie inności, polityczne agitacje tylko tę niechęć umacniają.
Przewrotnie się z tego cieszę, bo religii (nie mylić z wiarą) jestem przeciwna. Pierze mózgi i krzywdzi najbardziej bezbronnych, całość swych działań nakierowując wyłącznie na budowanie potęgi, czyli (jak zwykle) władzę i pieniądze.

Nie przypominam sobie czasów, wyjmując niezwykle głębokie dzieciństwo, gdy byłam lekko natchniona, abym do katolicyzmu miała pozytywne nastawienie. Być może jakąś legendarną rolę odegrał w tym fakt, że odmówiono mi chrztu, co mateczce - zupełnie niepotrzebnie - udało się zmienić za pomocą prawych środków płatniczych**. Odcięto mnie tym samym od grzechu pierworodnego, o zdanie wcale nie pytając, i głęboko, głęboko! żałuję tego do dziś.
W stanie poniekąd uświęconym wytrwałam do klasy ósmej, kiedy to wywalono mnie za drzwi po raz pierwszy drugi, zabraniając przekraczania progu ziemi uświęconej. Jak to za co? Za głupie pytania przecież!
Próbę pojednania podjęłam jako osoba pełnoletnia, w klasie maturalnej, kiedy zawiązano konkordat i religia wdarła się do szkół. Moja wyciągnięta ręka została naówczas błyskawicznie przytrzaśnięta drzwiami, za którymi znalazłam się po raz wtóry trzeci (do trzech razy sztuka?), za co z kolei jestem wdzięczna, bo od tej chwili mózg już działał bez zarzutu.

Nie przypominam sobie więc czasów, kiedy miałabym do katolicyzmu nastawienie pozytywne. Powiedzmy, że długo wychodziło mi bycie neutralną. W miarę. Niestety to, co dzieje się ostatnimi laty, wytrąca mnie skutecznie z uczuć letnich. Obawiam się - raz na zawsze. I nawet ów Franciszek, mający wszakże swoje za uszami, raczej tego nie uratuje.

Podsumowując, oddam głos felietoniście.
Kiedy nad Wisłą roztrząsamy rewelacje księdza, który mówił o bruzdach dotykowych dzieci zrodzonych z in vitro, papież mówi o miłosierdziu.
Kiedy nasi biskupi wciąż się głowią (albo i nie), co zrobić z o. Rydzykiem, papież jednym ruchem wymienia niechcianego sekretarza stanu, zapowiada demokratyczne wybory w Konferencji Episkopatu Włoch i zabiera się do pracy nad konstytucją.
Kiedy nasz Kościół chroni tajemnice swojego majątku, Franciszek poddaje bank watykański międzynarodowej kontroli. Kiedy papież mówi o katolickich obsesjach, nasz dostojnik podczas uroczystości poświęconej Zagładzie potępia aborcję.
Kiedy nasi biskupi obrażają się na TVN i "Gazetę Wyborczą", papież udziela wywiadu ateiście, założycielowi lewicowego dziennika.

Wierzę głęboko w Bożą mądrość. Nie, żebym oczekiwała dla kogoś mąk piekielnych, szczególnie że w piekło akurat nie wierzę, pojmując to raczej jako oddalenie i brak. Ale mam nadzieję na iskrę satysfakcji, gdy zobaczę ich miny. Bezcenne. Za resztę chętnie zapłacę kartą Mastercard.



* Mam na myśli chociażby wypowiedź Sławoja Leszka Głódzia, który, zmuszony prawdopodobnie do wygłoszenia publicznych przeprosin, powiedział: 
"Przebaczam i proszę o to samo, jeśli ktoś uważa, że moim postępowaniem go skrzywdziłem!".
Przebacza - to znaczy, że jest co przebaczać (wina zaistniała). Został skrzywdzony, lecz jest wielkoduszny i potrafi unieść się ponad własne rany. "Jeśli ktoś uważa, że go skrzywdziłem" - czyli nie skrzywdziłem, tylko ktoś ma takie widzimisię. Ale jestem chodzącą miłością Bożą i wybaczam mu to niemądre odczucie. Nie można przecież od maluczkich wymagać, by widzieli rzeczy takimi, jakie są, prawda?  W jedyny zresztą słuszny sposób. (Jeśli ktoś nie pamięta, chodziło wtedy o poniżanie podwładnych przez pana Głódzia).

** O, ironio, identyczna sytuacja dotyczyła Zuzanny i do dziś nie potrafię wybaczyć sobie ówczesnego konformizmu. Nie zapomnę również tego wyrobionego gestu, tych pieniędzy, znikających płynnie i tajemniczo w szufladzie biurka, a wreszcie udawanego skupienia przy wertowaniu zeszytów i wyznaczaniu terminu. Oczywiście nie w niedzielę. Nie z lepszymi, uczciwymi dziećmi. Cicho, w mało popularnych godzinach i bez rozgłosu (conditio sine qua non)!

8 października 2013

1299

NIE
BĘDĘ
TEGO
TOLEROWAŁA!!!

Jeśli kościół katolicki w tym kraju akceptuje w swoich szeregach takiego skurwysyna jak Michalik, w dodatku wynosi go do godności arcybiskupa, to ja uważam się za zwolnioną z jakichkolwiek kulturalnych zachowań w stosunku do tego ugrupowania.
Nie zapomnę im. Nigdy.

Kim jesteś, pomiocie, żeby niewinne dzieci obarczać winą za molestowanie przez księży?! Ofiary i ich rodziny?! Mało, że kobiety obarczacie winą za gwałty?!
Kim trzeba być, do kurwy nędzy?!

1298

Muszę przyznać, że posiadam pewne słabości*. Od paru miesięcy jedną z nich są filmy kryminalne produkcji szwedzkiej. Wcześniej, kiedy pracowałam, nie miałam nigdy czasu na oglądanie telewizji. Teraz mam i nie waham się go użyć (oczywiście w specyficznym zakresie).

Prócz lekko mrocznego klimatu, filmy te są skrajnie różne od produkcji amerykańskiej. Akcja nie zapieprza jak szalona. Krew nie leje się po ścianach. Jeśli ktoś kogoś uderza, to zwykle raz, co wystarcza. Policjanci nie są mutantami - można ich zaskoczyć i nie zawsze wygrywają.

Poza tym jest jeszcze jedna sprawa, która szalenie mnie ujmuje. Główne role często grają kobiety, będąc czołowymi postaciami produkcji. Np. Vera - mój ulubiony. Tytułową bohaterką jest szefowa lokalnej policji, pani dobrze po pięćdziesiątce, z nadwagą, nieładna, autorytarna i uszczypliwa, za to cholernie bystra i inteligentna. A przy tym dobry człowiek. Bardzo ją lubię. Albo Maria Wern. I wiele innych. Wymienione przeze mnie tytuły to seriale. Odcinek trwa półtorej godziny. Można go smakować na spokojnie.

Jeszcze coś. To są filmy, na które zwracała kiedyś uwagę odwodnik. Czyli:
1. główne role grają w nich kobiety,
2. przepełniają je dialogi kobiet z kobietami,
3. nie są to rozmowy o mężczyznach (z założenia).
W przestrzeni pojawiają się też osoby niepełnosprawne. Nie jakiś tam biedny kaleka na wózku, siedzący samotnie w parku pod kocykiem i przypatrujący się liściom na wietrze. Występują w roli, uwaga: niebezpieczeństwo, równoprawnych obywateli, a więc np. pracowników. Po prostu są, żyją, pracują, zarabiają, robią zakupy. Jak inni, pełnosprawni ludzie. Norma. Dla Polaków - szok.

Kobiety w szwedzkich filmach niekoniecznie są ładne, młode i szczupłe (Vera - kocham ją, miałam taką szefową). Za to ubierają się wygodnie, nieprzesadnie (lub wcale) malują, z godnością noszą swoje twarze z oznakami starzenia, nie napotykają na szowinistyczne komentarze, ceni się je w pracy za przymioty z nią związane. A pracują w policji, hucie, są nurkami, polityczkami. Nikogo to nie dziwi. Mało tego! W niektórych, wyjątkowych sytuacjach, wyraźnie podkreśla się wychowanie dzieci z zachowaniem tzw. standardowych wzorców płci. Pewnie nie muszę dodawać, że negatywnie.

Odpoczywam przy tych filmach. Świat jest w nich... normalny.


* Pewnie nikt się do tej pory nie zorientował.

7 października 2013

1297

Przyszły wiadomości ze szpitala...

Babcia Sąsiadka w pierwszą noc po przywiezieniu z oddziału chirurgicznego miała zawał. Po przewiezieniu karetką na obecny oddział - udar. I do tego dostała zapalenia płuc.
Pomyślcie o niej ciepło przez chwilę...

1296

Płaszcz przybył. Bluzki też. Jedna bluzka natychmiast została zarekwirowana przez progeniturę. Ach, życie, życie... że tak westchnę filozoficznie.

Odzież wierzchnia zdecydowanie nie wygląda, jakby kosztowała 9,50 zł. No, 23,50 zł, bo 14,00 zł za wysyłkę. Ale na 23,50 zł też nie wygląda. Czyli na jakiś czas mam z głowy, a potem liczę na utratę gabarytu, to do starych się zmieszczę. Jakichś tam, co nie wyglądają jak krowie z gardła. Dobra, większość wygląda, jak krowie z gardła, ale spróbuję nieco zreanimować.

Bluzki przybyły wcześniej, bo listem (a płaszcz paczką). Rozpakowałam, pokwiliłam z powodu rabunku, kopertę zutylizowałam. A teraz wchodzę do kuchni i...


... okruszki.

6 października 2013

1295

Odwiedzam niedawno Dzika i jego uroczą matkę. Dzik, wymowny jak zawsze, już w drzwiach wita mnie gromkim okrzykiem:
- Ciocia! Patrz! Szalejem, szalejem!!!
I oczywiście szaleństwo to natychmiast wciela w życie, przy okazji popełniając jakieś przestępstwo.
- Dziku - rozpoczynam pogadankę. - Tak nie wolno.
Następnie przez czas jakiś wywodzę moralniaka z podaniem przykładów, dlaczego nie wolno i czym to może skutkować.
Dzik, skupiwszy na mnie wzrok, niespodziewanie wytrzymuje całą tyradę, słucha uważnie i nawet nogami nie przebiera. Gdy kończę, wzdycha, wzrusza ramionami i podsumowuje:
- Ja pierdolę! Nie ma łatwo...
Po czym wydala się do swojego pokoju.

Na szczęście. Przez kolejne pięć minut jestem niezdolną do niczego szmatą, zalegającą w łazience z ręcznikiem przy twarzy. I tylko wstrząsają mną drgawki. Dzięki Bogu nie dopytał później, dlaczego płakałam. Nie wiem, jakbym mu miała to wytłumaczyć.

5 października 2013

1294

Ufff...
Skończyłam pisać swój rozdział do MbLu. Owszem, gonienie ludzi do roboty, sprawdzanie tekstów, nawracanie, gdy zboczą z trasy - jest trudne. Ale napisać coś od siebie w tej kołomyi... daj pan spokój.
Zastanawiam się, czy dać to do przeczytania Zu. Poprzednie czytała jako pierwsza, nie powiem. Ale ten jest chyba najbardziej osobisty ze wszystkich.
Może dać po fakcie?

Poczekam chwilę. I tak to przeczyta. Najwyżej sama się zgłosi.

1293

Babcię Sąsiadkę zabrało dziś pogotowie. Na bieżąco monitoruję sytuację telefonicznie (z synem). Na szczęście wykluczono trzeci udar, a było podejrzenie, bo i mówić znów zaczęła strasznie niewyraźnie, i z poruszaniem się były problemy.
Cukier - ponad 300. EKG nieładne - podejrzewają zawał.
Biedna ta kobieta. Jest dokuczliwa, złośliwa, niecierpliwa i uparta. Ale strasznie schorowana, jedno napędza drugie. Żal mi jej. Obawiam się, że to początek końca. No i jakoś wątpię, żeby mastektomia w ogóle doszła do skutku.

Tymczasem ja przeżywam drugą młodość. Moja twarz wygląda, że pożal się Boże. Wyrzut syfa porażający. Do tego, wszystkie usadzone głęboko, bolesne, rozgrzewające skórę nieznośnie. Jak patrzę w lustro, to mi słabo.
Na wysypisku odzieży wszystko wróciło do normy. A Zu pojechała umyć dziadkom okna. I ogarnąć chałupę. Nie mogą znaleźć nikogo do sprzątania, mama już sobie z tym nie radzi. Najzabawniejsze są firmy, które parają się zawodowo sprzątaczkostwem i mówią, że nie przyjdą, bo sprzątanie im się nie opłaca. Nie rozumiem, czemu się więc tym zajmują.
Myślę o tego typu działalności. To chyba ma sens.

4 października 2013

1292

Jadę sobie samochodem, a w radiu rozmowa ojca i syna Hajzerów. O depresji jesiennej.
- Przeczytałem poradniki - mówi syn. - We wszystkich piszą, żeby iść na spacer. A w niektórych, żeby się nażreć. I puścić trochę kasy w miasto.
- Jak ktoś ma - podpowiada ojciec.
Odbiłam w lewo. Na spacer nie pójdę, bo nie jestem emerytką i się brzydzę. Nie można puścić w miasto czegoś, czego się nie ma. Zaparkowałam pod cukiernią.

Ostatnia wieczerza.
Mam kawę, mam ciastko i nie zawaham się ich użyć.
A od jutra dieta.
W dupiu! Nie mogę już dłużej tolerować faktu, że szafa pełna, ale wszystko muszę zakładać parami. Jeden żakiet na lewą rękę, jeden na prawą. Guziki nie zawsze pasują do dziurek, a w plecy wieje.
Koniec z tym.
Howgh!!!

1291

Przypomnijcie mi, błagam, przypomnijcie mi, jak się cieszyłam, że wraca, że już jest tuż, tuż.
Przypomnijcie mi, zanim zaplombuję ten przybytek razem z całym, zgromadzonym w nim burdelem. Albo też wyniosę ją do garażu i każę sobie płacić za najem.
Ile? Ile okryć wierzchnich, w postaci bluz i swetrów, można zużyć dziennie, by następnie, zbulone, rzucić na komodę? Ile par spodni? Ile koszul, T-shirtów, bokserek? DZIENNIE!!!
Cholera. Cholera jasna i psiakrew.

A wczoraj mi mówi, żeby zlikwidować tę komodę i ach! będzie pani zadowolona - zniknie miejsce do rzucania. Przecież znam tę małpę, rzuci na podłogę. Podłoga w niczym jej nie przeszkadza.
Zamiast tego proponuje duże lustro.
I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby jeden (słownie: jeden) krok dalej nie miała luster o wysokości dwóch i długości pięciu metrów.

Zabiję się. Albo ją. Albo jakiegoś kota, niech no się który nawinie.


Update
Wracam do domu po dziewiętnastej. Cisza, ciemność. Jedyne źródło światła na wysypisku odzieży.
- Ogarnęłam.
Czyta, czyta, śledzi mnie.

3 października 2013

1290

Przepraszam, jakoś nie mam melodii do pisania. Komentarze czytam i odpowiadam na nie, ale to mogę przez telefon. Pewnie gdyby się notki dało wrzucać w taki sposób - wrzucałabym, choć dziubdziolenie nie jest moją mocną stroną.

W kwestii, która wszystkich najbardziej interesuje. Babcia Sąsiadka odbyła zabieg oszczędzający. Całkiem nieźle się po nim czuła. Niestety badanie histopatologiczne usuniętego guza przyniosło wyrok - amputacja konieczna. Na takie dictum Babcia Sąsiadka wypisała się ze szpitala.
Owszem, rolę w tej sztuce odegrało nakręcenie się na lepsze rozwiązanie, ale nie bez znaczenia pozostawał sam szpital - absolutne kuriozum. Choć może nie wiem, bo nie bywam. Może to powszechne. W każdym razie warunki były skrajnie niesprzyjające i skończyło się, jak wiadomo.
Ponieważ pozostaję w stałym kontakcie z Badylem, ustalamy m.in. styl działania, który doprowadzi do szczęśliwego zakończenia, czyli wykorzystania terminu mastektomii, przydzielonego Babci Sąsiadce na miejscu. W sumie logistycznie to nawet głupie nie jest. Tylko musimy ją namówić.

Oczywiście zbieram się, żeby opisać drogę krzyżową przyjęcia do szpitala, ale chwilowo mnie to raczej przygnębia niż śmieszy. Strach pomyśleć, że człowiek w potrzebie się znajdzie i trafi w takie miejsce. Fu. Myślę, że jeszcze chwila i poczucie humoru zwycięży.

Tymczasem córka jednorodna studiuje pełną gębą (zajęcia ruszyły od pierwszego, a nie od drugiego października), w związku z powyższym strach się po domu plątać, bo paznokcie człowiekowi ogląda, na temat schorzeń wątroby się wypowiada i ogólnie mądrzy.
A dziś zapytałam lekkomyślnie:
- Do której masz lekcje?
I dostałam wklepy, aż echo poniosło.
No, cóż... Lekcje się skończyły nieodwracalnie.


Update
Ach! Kupiłam płaszcz na Allegro. Za 9,50 zł. Wygląda bardzo przyzwoicie, co się skontroluje, jak spłynie. Ponieważ udało mi się tak tanio, dokupiłam trzy bluzeczki. Jestem gruba, w nic się nie mieszczę, a goła nie zamierzam. O.

2 października 2013

1289

Na otarcie łez - w promocji...

KRÓWCIA!!!


Love is in the air...

PS Też mam krówcię, ale słabszą. Umówiłyśmy się, że dostaniecie dwie krówcie w pakiecie. Jest na co czekać. Słowo.

PS2
Komentarze, dochodzące z pokoju obok.
- Rooooobert...
- Co?
- Nie daję sobie rady z życiem!

1288

Oj, żyję, żyję. Są komplikacje.
Jutro.