11 grudnia 2009

Z cyklu „Ten kot mnie wkurwia”

A zwłaszcza jego mina, świadcząca o głębokim przekonaniu.

Oprócz kota, do szału doprowadza mnie własna matka. I tak już 36 lat.
To znoszę.
Choć czasem stara się wyjątkowo – na przykład dziś.
A przecież nie bez znaczenia jest fakt, że akurat posiadłam infekcję górnych dróg oddechowych. Co pozwala mi piszczeć. Bardzo dziś głośno piszczałam na matkę.
A potem odłożyłam słuchawkę. Sama się siebie boję – nie podniosłam na nią głosu nigdy wcześniej.
Tracę cierpliwość (starzeję się?) albo dorastam i wreszcie chcę być samodzielna. Jedno i drugie równie przerażające.

6 grudnia 2009

Dawno, dawno temu

wyjechałam na pierwsze „dorosłe” wakacje pod namiot. I od razu przywiozłam do domu niespodziankę.
A właściwie dwie niespodzianki.
Były z nami przez wiele, wiele lat. Ona – przez siedemnaście. On – przez dziewiętnaście.
Wypełniały domową przestrzeń i serca.
I tak samo, jak ja kiedyś czuwałam nad Ich snem, tak dla Nich punktem honoru było chronić spokój mojego nowo narodzonego dziecka.

Dwa lata temu ułożyliśmy pod sosenką siostrę. Dziś – brata.
Słabo się starasz, Mikołaju…

16 listopada 2009

Nie lubię poniedziałku

Wykazałam się dzis wybitną zapobiegliwością, przybywszy rano do pracy… bez komputera.
No niestety – odkryliśmy, że pracuję w domu w weekendy.
Posypuję się popiołem w kącie.

Kiedy już oceniłam, że dam sobie radę bez poczty mailowej przez jeden dzień odkryłam, że mam w torebce kluczyki do samochodu Prezesa. Pechowo jest dziś umówiony w warsztacie.
Wycieczka z Katowic do Chorzowa i z powrotem stała się obligatoryjna.

W tej sytuacji postanowiłam się przeprowadzić do nowego kabineciku.
To idę.

26 października 2009

Odcinam kupony

od dokonanej w sobotę drastycznej zmiany w wyglądzie własnym. Ponieważ nie jestem minimalistką, poszłam na całość i obecnie jestem zupełnie innym waterloo niż przez ostatnie… oj, nie pamiętam, jakieś 100 lat. A że jak szokować, to szokować, do zmiany wyglądu założyłam (do pracy!) jeansy oraz martensy.

Zajrzałam do szefa. Podniósł głowę znad pism (moich zresztą), wybałuszył oczy, wstał, wyciągnął rękę…
- Iksiński jestem, bardzo mi miło.
Usiadł, westchnął i dodał:
- Taka jesteś teraz… nie moja.
- Dbam, żeby ci się nie znudzić.
- Ty??? To niemożliwe.

Ludzie przystają na mój widok hehe.
No dobra, jutro już trochę odpuszczę, założę kostium i szpilki.

22 października 2009

Dla wyrównania negatywnych emocji

Na sekundę przed wyjściem z domu do pracy rzucam okiem do lustra, czy wszystko w porządku.
Prezes zerka na mnie, marszczy brew i komentuje:
- Teraz jeszcze cię troche zbrzydzimy i możemy iść.

Kamień z serca…

20 października 2009

Hurtem

I
Po powrocie do domu odkryłam, że biała myszka uczy się właśnie… sikać do kuwety.
Odpadam. Zocha rządzi, słowo daję, ten kot mnie zaskakuje.
Karol dziwnie się zachowywał, co zostało w pełni pojęte, kiedy wyjęliśmy z kuwety myszkę. Zapakował się tam natychmiast i walnął takie kupsko, że skomentowałam to na okoliczność wejścia w posiadanie patentu na broń biologiczną. Normalnie kupę mu się chciało, a kuwetka była zajęta. Istny dom wariatów.

II
Jedziemy samochodem, Prezes strasznie szarpie. W pewnym momencie zaczyna mnie to męczyć.
- Kochanie – ćwierkam uczuciowo – chcesz, żeby mi głowa odpadła?
- Wstyd się przyznać, ale czasami tak – odpowiada mężczyzna mojego życia.
No cóż… jest niewymienialny na żaden inny model, prawda?

28 września 2009

Wiele mnie już nie zdumiewa, a jednak się zdarza

Rozpoczęłam tydzień w sposób najgorszy z możliwych. Jedna z moich pracownic na koniec działalności zrobiła wszystko, co się tylko dało, żeby wymigać się od gaszenia światła i zwalić tę pracę na innych. Nie myślałam, że będę musiała coś takiego zrobić, ale wezwałam ją, wyraziłam swoje niezadowolenie, udzieliłam reprymendy i odebrałam premię.

Tak gdzieś po dwóch godzinach przyszła z prośbą o rozmowę. Ucieszyłam się – znaczy dotarło.
Usiadła i powiedziała:
- To już mi zostaw trochę tej premii, co Ci zależy.

W takich chwilach wiara w człowieka mi siada.

27 września 2009

No i wyszło szydło z worka

Okazało się w całej rozciągłości, że koszmarnie wolno „łapię”. Trzy lata zajęło mi domyślanie się, czemu Zofia wieczorami przynosi do sypialni różne przedmioty (gąbka, myszka). Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie fakt, że rozważania nad tym problemem były grupowe, a założenie niewłaściwe. Otóż wszyscy przyjęli, że ona przynosi PRZEDMIOTY. Jest zupełnie inaczej.
Zofia przynosi wieczorem do gniazda wyimaginowane DZIECI.
Wobec powyższego wczoraj uczyniliśmy ją matką wielodzietną.
Sprawdziło się. Wszyscy nocowali w łóżku.

Szanowni Państwo: Zofia wraz z przychówkiem.
Voila!

20 września 2009

Ku radości

postanowiłam podzielić się z Wami jednym z moich ostatnio najulubieńszych zdjęć.
Betowen był kibicem na Tour de Pologne w Zakopanem. Jak wspominałam onegdaj, z powodu szczątkowej sierści słońce przypieka go tam i owam.
Babcia Krynia znalazła na to sposób.
Betowen nie protestuje.
Rozwałka.

17 września 2009

Czytam artykuł o biustach

i stanikach. Wiadomo, o co chodzi – temat był już eksplorowany.
Na koniec autor podsumowuje, że faceci i tak nie patrzą głównie na biusty, raczej na nogi, twarz i sylwetkę.

- No to jak z tym jest? – pytam Prezesa, bo jestem w tym wieku, że już naprawdę chciałabym wiedzieć.
Prezes bierze głęboki wdech…
- Muszę zdradzić ci wielką męską tajemnicę. Faceci nie leca na cycki. Ani na nogi. Ani na nic innego.
- Nie??? To na co lecą? Bo ja już nic nie rozumiem.
- Na nic. Rozważają to pod kątem: da się puknąć, nie da się puknąć.

No i teraz wiele myślę o moim związku.
DA SIĘ PUKNĄĆ???!!!

16 września 2009

Krótko i w biegu

Pacia mnie dręczy, bo faktycznie nic o sobie nie piszę. Ledwo żyję i nie zapowiada się, żeby miało być lepiej.

W całkowitym skrócie:
- zakład dla obłąkanych jest w likwidacji;
- termin: 30 września;
- ostatni okres był dla mnie wyzwaniem – zagrożenie bezrobociem;
- przetrwałam;
- alokowałam się;
- będę pracowała w innej jednostce, też w Katowicach;
- zmieniam dział kompletnie – nowe wyzwania;
- no dobra – nie całkiem nowe, już tego dotykałam, ale i tak siwy dym;
- obecnie muszę zamknąć na zawsze swoją działalność, co się wiąże z niezłą jazdą: wszyscy pracują na akord;
- od 1 października będzie tylko gorzej;
- jestem tak zmęczona, że wjechałam dziś rano na skrzyżowanie na czerwonym świetle, prosto na czołówkę;
- nie, spoko, nic się nie stało, ale ten pan z naprzeciwka mnie nienawidzi i słusznie.

W domu wszystko w normie (mało bywam), tylko z mamą pat – byłyśmy w Łodzi u lekarza, niestety okazuje się, że doszliśmy do kresu możliwości medycznych, teraz już wszystko w rękach Szefa. Na szczęście wciąż wierzę, że mi tego nie zrobi.

Mam w tyle głowy kilka zabawnych notek (mimo wszystko), jak dam radę, będę uzupełniać.

11 września 2009

Czy z przeproszeniem

ktoś byłby uprzejmy mnie uświadomić, skąd się nagle wzięło tyle nowych osób?
Istnieje umiarkowane podejrzenie, że gdzieś ktoś poleca.
Gdzie i kto?
Zeznawać mi tu zaraz, jak na spowiedzi!

PS Nie odsyłać do statystyk, bo jakby w statystykach w odsyłaczach było, bym się gópio nie pytała którędy na Rzeszów.

7 września 2009

Absolutli fabiulołs

Historyjka autentyczna.

Pani była gościem ślubnym i weselnym pewnej młodej pary. Ślub konkordatowy, odbywa się w kościele. Dochodzi do przysięgi małżeńskiej. Na nieszczęście księdzu „zapomniało się” imię pana młodego. Odchyla więc dyskretnie mikrofon i pyta:
- Jak Pan się nazywa?
Mimo odchylonego mikrofonu „publika” słyszy, ale zdenerwowany pan młody nie.
- Jak Pan się nazywa? – pyta ksiądz ponownie, troszkę głośniej.
Zdenerwowany pan młody przytomnieje*, przysuwa do siebie mikrofon i pełnym głosem odpowiada:
- Pan się nazywa Jezus Chrystus!

KURTYNA

* To znaczy… nie mam pewności.

2 września 2009

Pasjami uwielbiam

te fascynujące przedmioty, które ludzie trzymaja w swoich ogródkach. Zawsze, gdy na to patrzę, budzi się we mnie ośliniony z pożądania socjolog, który natychmiast chce wydrzeć tajemnicę potrzeby posiadania krasnala ogrodowego. Kimkolwiek by nie był.

30 sierpnia 2009

Ssaki torbacze są wśród nas

Bądź czujny albowiem nigdy nie wiesz, z kim mieszkasz. Czyli: beczkę soli zjesz, a człowieka* nie poznasz.



* W końcu kot też człowiek.

23 lipca 2009

Bałtyk pachnie inaczej

I może sobie Kiełbasińska opowiadać, że może Śródziemne, a może Czerwone. Ja mam słabość do tego.
Oj wiem, że jest strasznie drogo, że nie ma gwarancji pogody, że plaże nieprzygotowane. Ale proszę mi to powiedzieć, kiedy o zachodzie słońca stoję na brzegu, a niesiony wiatrem zapach świdruje mi w nosie. Nie da się tego porównać z niczym innym.

Warunki mamy rewelacyjne, spodziewałam się o wiele mniej, mając doświadczenia z lokalną bazą noclegową. Sporo czasu spędzam w ogrodzie na huśtawce. Czytam sobie i cieszę się chwilą.

Marzę sobie również nierealnie o małym, białym domku w cichym zakątku przy wydmach.

PS Co nierealnie, to nierealnie. Natomiast z przerażeniem obserwuję zagęszczenie rozmów o psie. Jakby mało było tego, co już karmimy.

16 lipca 2009

W zakładzie dla obłąkanych trwa kolejna reorganizacja

W związku z tym nikt nie wie, co za chwilę będzie robił, a wszyscy, którzy dotąd uważali, że za mało im płacą, nagle zaczeli pod niebiosa wychwalać pracodawcę za wyjątkowo obfite wynagrodzenia. Tzw. zielona trawka bowiem czeka.
Denerwuję się za siebie i moich ludzi, za których – jako osoba obdarzona kwoczym instynktem – czuję się odpowiedzialna.

Wczoraj otrzymałam Propozycję.
Nie bez kozery piszę to wielką literą. Muszę przyznać, że mało co mnie w tych czasach zadziwia, ale Propozycja mnie zatkała na amen. W zatkaniu przetrwałam jakiś interwał czasowy. A następnie… odmówiłam. Do chwili obecnej nie mogę się otrząsnąć ze świadomości, jak łatwo mi poszło. Zakładam, że taka Propozycja więcej się w życiu nie powtórzy.
Okazuje się jednak, że moim marzeniem nie jest bycie ważną jak maggi w zupie. Nawet jeśli miałoby to być zdarzenie na Taką Skalę.

Swoją drogą ciekawa jestem, co teraz myśli sobie komisja (to się nie dzieje jednoosobowo), która Propozycję mi złożyła. Bawi mnie podejrzenie, że dramatycznie zważniałam i oni teraz podejrzewają np., że chcę zostać ministrem.

Nie chcę.

PS Od soboty urlop. Ponieważ nie da się odczepić od pracy, pewnie będę pewnie nadal donosiła uprzejmie. Znad morza.

13 lipca 2009

O, popatrz!

- kwiknął radośnie Prezes znad czytanej właśnie książki (Terry Pratchett „Złodziej czasu”) – Pratchett o Tobie napisał!
Podniosłam brew.


Gdyby nie fakt, że nieźle się ubawiłam, mogłabym się obrazić…

9 lipca 2009

Dialog małżeński wszech czasów – czyli: co każda z was chciałaby kiedyś usłyszeć

Występują:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
(podwójne – różnica pięter)
salon i gabinet

Czas akcji:
18.00

prezesowa: wykrzykuje do Prezesa siedemnaste pytanie, dotyczące ogólnych warunków ubezpieczenia mieszkań w sposób, którego Prezes nie znosi, czyli siedząc na dole w salonie, gdy Prezes siedzi na górze w gabinecie
Prezes: Kochanie, uspokój się. Jestem zajęty. Zajmuję się zarabianiem pieniędzy – ty się zajmij wydawaniem.

27 czerwca 2009

Babci i dziadka historia miłosna

była zaiste porywczo – romantyczna oraz niebywale skandaliczna, jak na owe czasy.
Babcia była panienką z dobrego domu z sekretem. Sekret – tak na dziś – nie był wcale oryginalny czy wydumany. Pradziadek bowiem, człowiek niezwykle bogaty, był kutwą potworną w zakresie obowiązków rodzinnych oraz posiadał niebywałą skłonność do malowniczych hulanek, w których uczestniczył był cały Żywiec. Jak można się spodziewać – na karmienie licznej dziatwy, że o ubieraniu nie wspomnę, dudków już nie starczało. Kwitła więc sobie babunia wsród owej dziatwy ubożuchno i w dziurawych butach, co w połączeniu z dwiema wojnami światowymi, porażającymi przygodami z tym związanymi oraz radosnym socjalizmem, ukształtowało ją na późniejsze lata w sposób dość przykry*. Niemniej pamiętać należy, że prócz skłonności do hulaszczego stylu bycia oraz kompletnej obojetności dla potomków, miał pradziadek niezwykle wysokie mniemanie o swym miejscu na drabinie społecznej i żadnej córki za byle kogo wydawać nie zamierzał.

W tym samym czasie, zbliżonym miejscu, choć innych okolicznościach, na niezwykle przystojnego i z błyskiem w oku młodzieńca wyrastał sobie mój dziadek. I jak to w bajkach bywa – nie trzeba wielkiej umiejętności, by dodać dwa do dwóch. W odpowiednim czasie muszka została dopasowana do najlepszej koszuli i dziadek uderzył w konkury.
Jak wszyscy Państwo zapewne się spodziewają, byle kto, choćby, o czym już kiedyś wspominałam, miastowy, przystojny i elegancki, o rękę młodej W…ówny starać się nie mógł. A właściwie mógł, lecz nie powinien oczekiwać powodzenia. W związku z tym drzwi rychło zamknęły się z hukiem, a dziadek – wraz ze swą bezdyskusyjną urodą, czarem, wdziękiem i pracowitością – znalazł się po ich nieogrzewanej stronie.

Co w tym czasie zaszło po drugiej stronie drzwi, nie wie nikt i już nigdy się nie dowie. Niemniej finał był taki, że po tej samej stronie drzwi niebawem znalazła się i babcia. Wyobraźcie sobie łaskawie tragizm tej sytuacji: młodziutka, urocza panienka z dobrego domu ląduje na bruku, bez żadnych środków do życia i, co więcej, możliwości ich zdobycia. I dziś byłoby to niezwykle trudne położenie, wtedy – kompletnie bez wyjścia. Mamy wszak przełom lat dwudziestych i trzydziestych. Panienki z dobrego domu nie bywają bezdomne i w jednych majtkach na tyłku. Jak można się spodziewać, nikt z rodziny pomocy w takiej sytuacji nie udzielał.

Co miała biedna robić? Udała się do jedynego człowieka, który był jej życzliwy, kochał ją i któremu jej los nie był obojętny. A wspomnieć należy, że dziadek był od babci starszy o zaledwie trzy lata, więc rozumiem, że nie spodziewają się Państwo po dwudziestolatku własnych latyfundiów oraz wieloźródłowych apanaży.
Tu znów mamy lukę w opowiadaniu. Co mówili, jak się zachowywali i co miało wpływ na rozwój wypadków – nie wiemy. Koniec końców bezdomną babcię przygarnęła do siebie przyszła teściowa, czyli panienka z dobrego domu zamieszkała pod jednym dachem z konkurentem do jej ręki. Mało tego! Mieszkała z nim do ślubu przez bez mała rok! W tych czasach!!! Skandal, ruja i poróbstwo, proszę Szanownych Czytelników!
A potem był ślub, dzieci i dzieci tych dzieci, z których jedno ma ociupinę daru do przelewania różnych rzeczy na papier, dzięki czemu piękne historie miłosne nie ulegają zapomnieniu.

Och, Prababko, o której milczą wszelkie przekazy! Przyznać trzeba, że byłaś kobietą z niebywałym kręgosłupem! Mam nadzieję, że odbierasz za to obecnie stosowną nagrodę!

Jak Państwo widzą – pochodzę z rodu silnych kobiet, więc nie ma się co dziwić.
Jak Państwo jeszcze nie wiedzą, ale się pewnie dowiedzą, pochodzę również z rodu, który pasjami lubował się w romantycznych i skandalicznych historiach miłosnych. Ponieważ mam wyraźnie potrzebę uzewnętrzniania pewnych rzeczy, w następnym odcinku opiszę takąż moich rodziców, a jeśli odwagi wystarczy, to w końcu może i własną.

Jak tak sobie o tym wszystkim myślę, to z drżeniem serca oczekuję na miłość życia mojej jedynaczki.
Ach! Co to będzie za ślub!

* Ze wspomnień mamy wynika, że babcia potrafiła pochłonąć niebywałe ilości, reglamentowanych przecież, słodyczy w pojedynkę i cichaczem przed własnymi dziećmi. Niech jej ziemia lekką będzie – dla wnuków była hojna.

24 czerwca 2009

Znowu oglądam zdjęcia

Co za to mogę, kiedy lubię. Fascynuje mnie uchwycenie tej ulotności chwili, tej nienamacalności.
Oglądam ze ich skupieniem, tych – którzy już dawno odeszli. Bo właśnie sepie lubię najbardziej, a bohaterowie sepiowych fotografii żyją już wyłącznie w pamięci.

Są zdjęcia, które zatrzymują mnie tylko na chwile. Sa takie, do których wracam latami, nieustannie odkrywając coś nowego w postaciach zastygłych w bezruchu, poważnych i trochę nierealnych. Świat się zmienił – obecnie zdjęcia są czymś zwykłym i ludzie bywają na nich nieodświętni i niepoważni. Tamte, sepiowe, uchwyciły wyjątkowość – bo czynność była rzadkością.

Znów zapraszam was serdecznie, uchylając drzwi do mojego domu.
Obejrzyjcie dziś galerię moich przodków (niektórych już znacie) na fotografiach najukochańszych.

Zdjęcie pierwsze.
Myślę, że może być zrobione w 1914 roku. Ta malutka osóbka w samym środku, w sukienczynie z białym kołnierzem, to mój dziadek Władysław. Pozostałe dzieci są jego rodzeństwem. Stoją z brzegu rodzice: mama w stroju żywieckim, piękna, posągowa kobieta. Fascynuje mnie rysunek ust i nosa, głęboko osadzone oczy – jak u mnie.
Siedzą dziadkowie dziadka (zwróćcie uwagę na dłonie).
To, co kocham w tym zdjęciu najbardziej, to miny i postawy dzieci, zwłaszcza chłopców. Mistrzostwo świata.

Zdjęcie drugie.
Trudno mi określić rok, ale na pewno lata dwudzieste, wnosząc z wieku babci Zofii, która urodziła się w 1916 r. Z tym zdjęciem wiąże się zabawna anegdota. Otóż babcia zawsze opowiadała, że w domu było dzieci mnóstwo, więc do komunii poszli całą grupą. Bieda była i dla niej na sukienkę już pieniędzy nie starczyło. Z opowiadania zawsze przebijał żal za czymś utraconym na zawsze.
Kiedyś nie przywiązywałam wagi do studiowania tego zdjęcia. Do chwili, gdy nadeszła właściwa pora. Ze smakiem spędziłam nad nim pół godzinki, a następnie doznałam olśnienia. Zerwałam się i pędem ruszyłam do mamy. Podetknęłam jej zdjęcie pod nos.
- Pamiętasz opowiadanie babci? To o braku sukienki?
- Pewnie.
- Która to babcia?
- Co się pytasz? Ta bez białej kiecki.
- Przyjrzyj się!!!
No i wyszło szydło z worka! Do dziś nie wiem, o co tak naprawdę chodziło, ale moja babcia Zofia siedzi w środku, to ta najstarsza, z warkoczami. Dostała białą sukienkę!
Uwaga na buty i kapelusiki.

Zdjęcie trzecie.
Wujek wąsiaty. Bohater narodowy – słowo daję, widziałam na nagrobku. Miał na imię Edward – ponieważ długo o tym nie wiedziałam, bo inaczej jak wujkiem wąsiatym go nie nazywamy, dopiero w tym roku, jeżdżąc z mamą i jej kuzynką na żywieckie cmentarze, żeby zobaczyć, gdzie przodków groby, doznałam olśnienia związanego z imieniem mojego brata. Dostał je po wujku wąsiatym. Mama opowiadała, że wujek bardzo ją lubił, sadzał na kolanach i pozwalał ciagnąć się za wąsy. Tylko jej ze wszystkich, licznych przecież dzieci.
Tu trudno mi mówić o jednym szczególe, bo całość jest urzekająca. Poza wszystkim – oczywiście wąsy. Ale ta zabawna, pociągła twarz! A uszy? A ten pół-, a może ćwierćuśmieszek???

Zdjęcie czwarte.
Babcia Zofia – dorosła już panna. Zawsze jednakowo zachwycają mnie jej rysy. Była śliczna. Jako jedyna ze wszystkich dzieci i wnuków mam, tak jak ona, zielone oczy. I jestem do niej podobna! Wiem, bo przestudiowałam już każdy centymetr jej twarzy. Wielokrotnie.
A poza tym – straszna z niej była cholera! To też nas łączy, nie powiem.
Tylko niestety nie jestem taka wiotka jak trzcina. Nie jestem i nigdy nie byłam.

I zdjęcie piąte.
Dziadek Władysław. Uganiało się za nim pół żywiecczyzny. Nie dziwota – przystojniak jak ta lala.
I straszny był babiarz. Do końca swoich dni. Nie miała babcia z nim łatwo, oj nie.
Tu – zdecydowanie oczy. Ale tez uśmiech. Fryzura! I muszka!!!

21 czerwca 2009

Beemwe powiada,

że tęskni za Karolkiem. My mniej, gdyż jest kosztotwórczy. Nie dość, że żre takie ilości, że tygrys by się nie powstydził, to jeszcze potem usiłuje nam udowodnić, że jest źle karmiony.
A było tak.

Onegdaj zwróciłam uwagę, że koty w naszym domu nieco za dobrze się mają, co bezpośrednio wpływa na ich promień. Karolek został zważony i wyszło, że osiągnął wagę średniego czołgu – jakieś 7,5 kg. W związku z powyższym nastąpiło ograniczenie racji żywnościowych z zachowaniem częstotliwości posiłków.
Pewnego dnia po przybyciu do domu ze zdziwieniem stwierdziłam obecność kałuży na środku salonu. Takie rzeczy nie mają u nas miejsca, albowiem wszyscy mają świadomość, że obetnę kawał ogona i to w sposób widowiskowy, żeby reszta miała o czym myśleć. W związku z powyższym uznałam, że nie możemy mówić o lekkomyślności, a raczej o problemie zdrowotnym.
Mówi się, że w domu, gdzie jest kilka kotów, istnieje problem ze znalezieniem winnego. Być może. Ja nie mam problemu. Karolek został, nie bez oporu ze strony Karolka, załadowany do kosza podróżnego*, a następnie wywieziony do Bytomia, gdzie mieści się nasza lecznica weterynaryjna**.

Po przybyciu do lecznicy Karolek zmienił zdanie co do kosza i nie zamierzał go opuścić sugerując, że nie jest idiotą. Nie jesteśmy mięczakami i w dodatku mieliśmy przewagę liczebną (3 dorosłe osoby, w tym jedna z dyplomem lekarza weterynarii i wieloletnim doświadczeniem). Po około dziesięciu minutach dokonaliśmy dezintegracji Karolka i kosza. Bohater dnia został zważony i wyszło na jaw, że waży zaledwie 4,7 kg. Podsunęliśmy ten fakt pani doktor wraz z pozostałymi objawami, więc zmarszczyła brew i stwierdziła, że robimy badania krwi w kierunku cukrzycy oraz chorób nerek. Następnie obmacała Karolka i powiedziała:
- Mój drogi, ale kupę to mógłbyś zrobić.
W tym momencie z sufitu spadła kuleczka i uderzyła kilkakrotnie w moją głowę, niczym u pomysłowego Dobromira.
- Pani doktor – poinformowałam prędko – to nie nerki, to kupa nam uwięzła.
No i rozpoczęliśmy operację dezintegracji Karolka i kupy. Ta część była, zdaniem Karolka, jedynym jasnym punktem dnia. Reszta (wciskanie do kosza, wynoszenie z JEGO domu, przewożenie samochodem, wyciskanie z kosza, obmacywanie przez obce osoby – nawet z dyplomem, wycinanie futerka z łapy i – o zgrozo! – pobieranie krwi) to przykry ciąg pomyłek. Karolek z pasją spożył zawartość strzykawki, a następnie skorzystał ze zmiany nastroju zgromadzonych i załadował się napowrót do koszyka. Poinformowani o konieczności zadzwonienia nazajutrz w celu uzyskania wiedzy o wynikach badań, skasowani na kwotę złotych polskich 75., powróciliśmy na gościnne łono, co zostało przez bohatera dnia przyjęte entuzjastycznie.

Po ok. 1,5 h z łazienki doszedł mnie głuchy łoskot serii z cekaemu.
- Kochanie, bądź łaskaw zajrzeć do sralni – zarządziłam z kuchni.
Nie było trzeba.
Ryży wypruł już letki z cichej kuwetki, a na twarzy miał wyraz błogi.
Następnym razem, zamist inwestować w tego gnojka, skoczę do apteki po buteleczkę parafiny w płynie za parę złotych.

PS Wyniki ideane.

* Kosz podróżny był elementem wyposażenia Karolka, bo PODOBNO w nim stale spał. Po zamieszkaniu nie stwierdzono.
** Oczywiście, że wiem, że w Chorzowie są lecznice. Ale ta jest NASZA. I nigdzie indziej nie jeździmy.

14 czerwca 2009

- Wyobraź sobie

- oświadcza Potomstwo – że widziałam w empiku książkę pt. „Kupa”. Jak ją zauważyłam, od razu pomyślałam o tobie*!

Zastanawiam się, czy włożyć to do szufladki opisanej jako klęska wychowawcza.

* Kupa bywa niezwykle wdzięcznym tematem rozmów w naszym domu.

9 czerwca 2009

Ani słowa od siebie

Tekst i zdjęcia bezwstydnie wykorzystane bez wiedzy i przyzwolenia autorki.
Ale cóż… taki twoj los marny, jeśli przestajesz z waterloo.
Wszystkie postaci i wypowiedzi są jak najbardziej prawdziwe, a jeśli nieprawdopodobne, to też sama tego nie wymyśliłam.

Nieustanną pasją naszego kota jest wnętrze ubikacji.
Zawsze musi być w łazience przed nami – nawet osiągając prędkość światła – żeby jak tylko zostanie otwarta klapa, był już w pozycji do zaglądania. Spuszczana woda wywołuje drżenie z ekscytacji. A moje bezczelne zasłanianie mu (jak już usiądę) powoduje, że żeby zajrzeć do wnętrza ubikacji stoi za mną i odpycha mnie łapką.
Za niedługo – po takich cierpliwych oraz stałych obserwacjach – myślę, że zacznie sam korzystać.

Wczoraj wpisałam do wyszukiwarki

imię i nazwisko mojego najgłówniejszego szefa. Pojawiło się mnóstwo linków. Otwarłam stronę i… ryp! trojan.
Posikałam się ze śmiechu*.
Muszę rozpowszechnić tę informację.

* Śmiesznie, bo mi zatrzymało. Gdyby nie zatrzymało, to pewnie inaczej bym śpiewała.

5 czerwca 2009

Jakoś nie mogłam się zebrać do nowej notki,

chociaż temat od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie.
Tymczasem dziś rano po przyjściu do pracy usłyszałam historyjkę, którą donoszę uprzejmie (czyli, że jest donoszona).

Jedna z moich pracownic jest mamą rocznego młodzieńca (dla przyjaciół Fifi). Dojeżdża do pracy spory kawałek, a w dodatku ma na tyle trudną sytuację, że opiekę dzienną nad synkiem sprawuje jej mama, która pracuje w systemie zmianowym i M. musi się do tego dostosowywać. Zmieniłam jej godziny pracy, żeby mogła to wszystko jakoś pożenić, ale w związku z tym musi o 5.30 wyjść z domu, bo inaczej nie uda jej się zawieźć synka do babci i dojechać do Katowic. Tłucze się więc z maluchem o nieprzyzwoitej godzinie przewozem w dni, kiedy ma dojazdy na styk.
Dodatkowo Fifi należy do tych dzieci, którym sen do niczego nie jest potrzebny, więc M. od przeszło roku jest chronicznie nieprzytomna.

Opowiedziała nam dziś, że od tygodnia w przewozie obserwowała ją jakaś stara torba, nieżyczliwie zresztą. Dziś nie wytrzymała, wysiadła razem z M., czyli wcześniej niż zawsze wysiada i wygłosiła do niej orędzie:
- Jak pani może to biedne dziecko tak wcześnie włóczyć! Nie wie pani, że taki maluch o tej porze powinien się obracać na drugi bok???

Nie mogę pojąć, skąd się w ludziach bierze TAKIE chamstwo. Że o odwadze i dobrym samopoczuciu już nie wspomnę.

31 maja 2009

Agent 007

czyli Beethoven się ukrywa.

Póki co, jest słaby w te klocki. Wszystkie kryjówki są lokalizowane w krótkim czasie.
Ale kombinuje nadal.

28 maja 2009

Jasne, że powiem, co to jest ślojder,

natomiast nie powiem, co to jest gabla, bo nie wiem jak. Ślojder to proca. Weki od krauzuf to gumki od słoików typu wek, ale to łatwe. Natomiast gabla… nie ma na to słowa. To jest rozwidlony kijek, stanowiący podstawę budowy procy.

Dygresja.
To tak, jak z kotem. Kot składa się z futra, kota właściwego i aparatu mruczącego.
Koniec dygresji.

Ale ja dziś o pracy, bo dawno nie było.
Otóż odbywam poranną pogawędkę z moimi pracownikami. Stoję na środku pokoju, jest początek dnia, ogólne jeszcze rozluźnienie, ktoś pije kawę, ktoś się krząta socjalnie. Przy jednym z biurek gabinet kosmetyczny – M. odkryła nowe powołanie i robi żele. Oczywiście nie w pracy, bo do tego potrzebuje czasu i lampy. W pracy świadczy usługi w zakresie frenczu.
Więc stoję sobie i peroruję:
prezesowa: No i nie zapominajcie, że M. się mnie kiedyś bała.
M (znad lakieru): Ja się ciebie cały czas boję.
R: Coś w tym jest, wszyscy się ciebie boimy.
O (poddawana zabiegom kosmetycznym): Stale.
prezesowa: Tak, to się rzuca w oczy. Zwłaszcza w aspekcie czynności, które obecnie wykonujecie. Przypominam, że mamy właśnie godziny pracy.
grupa pracownicza: hehehe

Więc w końcu doszłam do wniosku, że to skandal, żeby ludzie mieli tak ładnie ręce zrobione, a ja nie i zawnioskowałam do M. o wyświadczenie usługi. Zamknęłyśmy się we dwie u mnie w kabineciku, wyszło bardzo ładnie. M., po wykonaniu pracy zleconej, opuściła zebranych, a po chwili w drzwiach ukazała się delegacja, której celem była kontrola jakości.
B: I jak wyszło?
R: Pokaż, pokaż!
prezesowa: pokazuje
J: Eeee, no nieźle.
O: Super. Tak sobie pomyślałam, że teraz to mamy fajnie. Bo jak kierownikiem był P., to musiałyśmy się z kosmetyką czaić oraz kryć po kątach.
prezesowa: No i odkryłyśmy wyższość szefa kobiety nad szefem mężczyzną.

Innym razem w rozmowie z pracownikiem płci męskiej.
H: Bo ja słyszałem, że jak mnie nie ma w pobliżu, to wy sobie pokazujecie staniki i chciałem zapytać, dlaczego nigdy nie jestem zapraszany.
prezesowa: No wybacz!
H: Po prostu nie rozumiecie, że mężczyźni powinni mieć poważne zdanie doradcze w takich sprawach!
prezesowa: Nie będziemy się tu przy tobie obnażać wszak!
H: W ogóle się nie znacie na problemie!!!

To ja idę załatwiać bardzo ważne sprawy, ponieważ Prezes odkrył nowe powołanie i postanowił zostać strzelcem wyborowym oraz wziąć udział w zawodach. I teraz musi poćwiczyć, a ja muszę go wkręcić na jakąś strzelnicę. W miarę możliwości za darmochę.

26 maja 2009

Przypomniała mi się

jedna z moich ulubionych zagadek. Niezmiennie od lat rozbawia mnie do łez.
Gratka dla osób spoza Śląska.

„Co to je ślojder?

Ślojder to je gabla i dwa weki od krauzuf.”

22 maja 2009

Aktualizacje


„Tak sobie postanowiliśmy, że kot nie będzie spał z nami w łóżku”*

Czy te oczy mogą kłamać?

Navigare necesse est

Moim celem jest zrobić sobie tyle krzywdy, ile się tylko da. W miarę możliwości dbam, by uczynili mi ją ci, u których mieszkam. Potem rozpocznę odcinanie kuponów.

* Buchachachacha – wtrąciła moje-waterloo z francuska, albowiem i ten język nie był jej obcy.

18 maja 2009

Usiłuję obecnie zostać studentką,

ale normalnie ciężko jest. Tak w ogóle to się zastanawiam, czy w moim wieku to się nie powinno raczej stać po drugiej stronie katedry, co słusznie wykonuje J., uprzednio zapewniwszy sobie tytuł doktora nauk medycznych. Ja tam z medycyną mieć wspólnego nie zamierzam NIC, wypinam się na doktorat zadkiem w ogólności, lecz problem jakby pozostaje.
Znalazłam czas jakiś temu informację o projekcie europejskim, który osobom zdeterminowanym dofinansowuje studia podyplomowe. Ze zwykłego ludzkiego wścibstwa podejrzałam uczelnie na Śląsku i jest. Nawet kierunek znalazłam całkiem zabawny: psychologia w zarządzaniu.

Dygresja
Pracownicy, wejdziąwszy/wejszłszy w posiadanie wiedzy o moich planach, natychmiast poczuli się królikami doświadczalnymi i rozpoczęli burzliwe dyskusje pod hasłem: Czy to się godzi?
Koniec dygresji.

Dziś zarejestrowałam się elektronicznie i wygenerowałam dokumenty. Za piątym chyba podejściem, niech piekło pochłonie komputery. Jutro sobie wydrukuję i zaniosę do kadr, celem potwierdzenia, że jestem pracownikiem Archiwum X. Następnie chytrze się zaczaję i wystartuję o 4 nad ranem 6 czerwca, bo liczy się kolejność zgłoszeń. A od jednego pracodawcy do grupy przyjmują tylko 4 osoby. Podli.
Ale ja mam srebrnego szerszenia, niech sobie nie myślą.

Jak się załapię, będzie mnie to kosztowało złotych polskich 580. Za rok.
A potem będę się znęcała nad wszystkimi.
Was też nie ominie, bez złudzeń.

17 maja 2009

Co za przeokropne babsko z tej Kryni,

podebrała mi puentę do zdjęć. No to już wszystko wyjawiam, jak na świętej spowiedzi. Zwłaszcza, że pojawiły się pewniki.

Kotek rzeczywiście nie jest mój – został nowym wnuczkiem Kryni i synkiem jej mało motorycznego (jak sama pisze) syna oraz niezwykłej synowej – mojej zresztą imienniczki i w dodatku rówieśnicy (dobrze się dogadujemy). W związku z powyższym jestem „na bieżąco” albowiem w sposób zaskakujący zostałam mianowana (no dobra, sama się mianowałam) matką chrzestną. Mam nadzieję, że w związku z tym będę miała wpływ na zmianę imienia, co i tak jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę.

Kotek jest reprezentantem rasy devon rex, ma cztery miesiące i imię nadane nie bez przyczyny. Jest głuchy.
Oprócz tego w swoim króciutkim życiu miał już tyle pecha, że należy mu się naprawdę dobry, ciepły i kochający dom, więc taki właśnie otrzymał.
Urodził sie jako największy w miocie i przez pierwsze dni wszystko wyglądało super. Po tygodniu, jako jedyny, zatruł się mlekiem własnej mamy (z zastoju) i od tej pory był karmiony pokarmem syntetycznym. W związku z tym nikt nie zauważył, że jest głuchy, ponieważ na pojawienie się człowieka reagował entuzjastycznie, co na nic nie wskazywało. Potem okazało się, że nie słyszy. Finalnie trafił do pewnego małżeństwa z dwojgiem małych dzieci. Wszystko wyglądało całkiem nieźle, dopóki nie okazało się, że złapał koszmarną grzybicę, a nowi właściciele (niech ich piekło pochłonie) nie zajęli się jego leczeniem. Dopiero kiedy było już naprawdę źle, pojechali do weterynarza, a dowiedziawszy się, co jest na rzeczy, prędziutko doszli do wniosku, że nie chcą kota z grzybem, więc zostawili go u weterynarza, gdzie maluch – ledwo żywy – tydzień spędzil samotnie w klatce. Cała sytuacja wyszła na jaw w chwili, gdy zaniepokojeni hodowcy zażądali widzenia. Ujrzawszy kocie nieszczęście i warunki, w których przebywało – natychmiast zwrócili pieniądze i zabrali kotka do siebie, a następnie nakładem sił i środków przywrócili go do żywych.

Dygresja.
Hodowcy są niezwykle sympatycznymi ludźmi (poznałam). Są tez bardzo kulturalni, ponieważ TYCH TAM GNOJÓW nazywają „ci państwo”. Ja ich tak nie nazywam. Natomiast radośnie zacieram rączki, ponieważ okazało się, że Beethoven zaraził się grzybicą od drugiego kotka w ich domu. A ponieważ pozbyli się Beethovena, bo mają małe dzieci i „musieli je chronić przed taką paskudną chorobą”, wszystko odwróci się przeciwko nim. Jako że u Beethovena choroba była wtórną, a źródło jest gdzieś indziej. U nich w domu.
I możecie sobie uważać, że jestem wredna. Ale cieszę się myślą, jak wszyscy pokrywają się strupem.
Buchacha – zaśmiała się szatańsko.
Gińcie, źli ludzie!
Koniec dygresji.

Hodowcy postanowili, że za Beethovena nie chcą pieniędzy. Chcą tylko, żeby znalazł dobry dom. A że, jak mawia przysłowie, „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, oczekiwania zostały spełnione. Maluch dostał w prezencie cały pakiet ludzi, zachwyconych nim do granic wytrzymałości.
Ma dom, o jakim każdy kot zobowiązany jest marzyć.
Opiekunów, którzy otaczają go uczuciem i troską.
Babcię Krynię w pakiecie (nie mówcie nikomu, ale godność poszła w kąt i babcia Krynia bez żenady czołgała się za kotem po podłodze, a to jeszcze nie koniec).
Rodziców chrzestnych w postaci Stadła.
I w ogóle – fajnie jest.
Kotek ma jeszcze jeden problem – nie zstąpilo mu jedno jądro. Ale czy ktoś przejmowałby się takim drobiazgami?

Śmieję się w duchu, myśląc o tym, że ktoś stworzył tę kocinę specjalnie dla tej właśnie pary. Po pierwsze dla A., ponieważ ma uczulenie na kocią sierść, a devony nie uczulają (skądinąd – ciekawe). Po drugie dla M., bo ma w domu studio obróbki dźwięku (nie uwierzycie, jak głośno można puszczać muzykę), a kot jest głuchy jak pień. Zdrowe koty mają niezwykle wrażliwy słuch i prawdopodobnie nie wytrzymałyby takiej dawki.

I co? Zgrabnie pomyślane, nieprawdaż?
Zawsze uważałam, że z Pana Boga to jest niezły kawalarz!

A teraz zdjęcia. Już normalne. Zobaczcie, jaki piękny kotecek.

PS Do Martuuhy: pod R. Ja tam się na tym nie znam, ale chyba mogłaś to zrobić bez mojego udziału ;o)

12 maja 2009

Poznałam dziś przemiłego faceta,

czyli notka dedykowana Kryni.

Nic nie napiszę, bo – póki co – nie ma jeszcze pewników. Jak coś się zmieni, to pewnie, pewnie.
Drodzy Zgromadzeni! Teatrzyk Zielona Gęś ma zaszczyt przedstawić…

BEETHOVEN

No co? Każdy może sobie ziewnąć.



Milusi, co?



Z cyklu: zastanawiające pozycje.

A to już prawdziwie dla Kryni. Plus informacja: w pięć minut po przyjściu.
Zapytasz może o reakcję?
- E tam, gąbkę można zawsze wymienić.

;o)

Sam czar.

10 maja 2009

Potomstwo zadzieżgnęło

po raz wtóry.

„Co to znaczy defetyzm?”

Kwiknęłam radośnie, przewidując ciąg dalszy.

„Siejesz defetyzm? Na zielonaj szkole???”
„Tak”

Przyznaję ze wstydem, że nie wytrzymałam i zadzwoniłam.
- I kto ci to powiedział?
- Pani.
Wytłumaczyłam, walcząc z wybuchem radości. Nie, żebym nie miała pewności, że moja pierworodna nie może siać defetyzmu. Może. I to jeszcze jak.
- I co? – dopytałam podefinicyjnie.
- Sieję.

:o)

Donoszę uprzejmie, że Potomstwo powróciło na łono, w całości w dodatku i z górą brudnych szmat.
Od razu zażądało, żebym opuściła lokal, bo się wytrzymać nie da.
Witaj, Stabilizacjo!

7 maja 2009

Onegdaj wzburzony Prezes

zarzucił mi, że mam niewłaściwe podejście i wszystkich ludzi uważam za kretynów.
Nieprawda, nie wszystkich. Zaledwie większość. I to wyłącznie dlatego, że mam dowody rzeczowe.
Taki przykład na przykład:
Od 1 maja przerzuciliśmy pewne czynności, które wykonywało do tej pory Archiwum X, do Archiwum Y. Czynności dotyczyły magazynowania, zaopatrzenia, a co za tym idzie – rozsyłania określonej grupy towarów po kanałach dystrybucji. W związku z powyższym, posiadając liczne dowody, świadczące o debilizmie większości pracowników, w połowie kwietnia sama – tymy ręcami – napisałam stosowne procedury (ja nikomu nie ufam, niestety), które podpisali najważniejsi szefowie Archiwum X i Archiwum Y. Naturalnie wszystko poddane było licznym konsultacjom, bo – jak mawia Potomstwo – głupia żem nie jest. Następnie materiał został przekazany do wykonania.
I w tym momencie zaczęłam przewidywać trudności. Nie pomyliłam się.
Od tej chwili każdego dnia, wchodząc do pracy, wystosowuję w przestrzeń następujący apel:
„Każdy pracownik Archiwum winien obligatoryjnie złożyć egzamin z umiejętności czytania ze zrozumieniem. Kto nie zda – won!”.
Moi pracownicy się śmiali. A ja to przyjmowałam spokojnie. Przeczekałam ich śmiechy do momentu przejścia w stan łkania z rozpaczy. Jak odpowiedzieli na 375102827364538 debilnych pytań, przestali się cieszyć.

Następnie zebrałam te pytania i wywaliłam w teren maila, w którym przetłumaczyłam wszystko z polskiego na nasze. A przewidując kolejne kłopoty napisałam:
„Proszę do 29 kwietnia stosownie zatowarować kanały dystrybucji w przedmiotowy asortyment, a 30 kwietnia jego pozostałość przekazać do magazynu Archiwum Y.”.
No i co? G…o. Dziś dzwonią, że już im zabrakło, a magazyn nie realizuje dostaw.
Mam ich dość. Mieli towar, który powinni byli rozprowadzić, mając na uwadze, że magazyn będzie odbierał, przeliczał, zapoznawał się i trzeba im dać 5 minut, bo nigdy się tym nie zajmowali. Nie mam słów. Nie znoszę pracować z kretynami. To mnie szef rozliczy z realizacji planu i ta pozycja będzie widoczna, naprawdę. Bo sprzedaży nie ma. Wyprzedali się, intelektualiści w mordę kopani. Ciekawe, jak mam się z tego wytłumaczyć.

Takich przypadków to ja mam na pęczki. I nie ma się co dziwić, że jestem rasistką.
To ja przepraszam.

Na koniec dobra wiadomość – za dwa lata będą już wykonywane przeszczepy siatkówki. Idę się ustawić w kolejce, bo jak z materiałem do przeszczepów jest – każdy wie.

5 maja 2009

Wymiana esemesalna

Potomstwo na zielonej szkole (tak, tak, w naszym gimnazjum organizują), nie odzywa się wcale. Na zainicjowany przeze mnie kontakt odpowiedziało:
- Muszę z tobą rozmawiać?
A skąd, nie musi. Ważne, że się dobrze bawi.

Dziś nawiązało. Widząc na wyświetlaczu „Nać”*, uniosłam brwi.

„Nie chciałabyś mi przelać kieszonkowego?”
„Aż tak zabrakło ci kasy?”
„AŻ TAK to nie, ale wolę mieć.”
„Już masz stówę** na koncie. Znaj serce matki.”
„Kocham”
„Ja ciebie też, tylko bezinteresownie ;o)”

Ech i ach…

* Potomstwo zwane Nacią, bo „jaka matka, taka natka”.
** Kieszonkowe wynosi 50 zł miesięcznie. Ale oj tam.

29 kwietnia 2009

Jutro termin sprawozdawczy

dla całości umów komisowych.

Chcę umrzeć NATYCHMIAST!

W poprzednim wcieleniu musiałam być baaaardzo złym człowiekiem. I teraz dostaję za swoje.

28 kwietnia 2009

We wczorajszej GW ukazał się artykuł

który wrzucam tu w całości, bo nie jest długi, a szkoda Waszego czasu na szukanie.

Kościół walczy z pijanymi na drogach
Małgorzata Skowrońska

Jeśli widzisz, że rodzic wypił piwo i chce wsiąść do samochodu, zabierz mu kluczyki – będą radzić katecheci na lekcjach religii. To element walki Kościoła o bezpieczeństwo na drogach. W niedzielę we wszystkich kościołach odczytywany był list polskiego duszpasterza kierowców ks. Mariana Midury. Wierni dowiedzieli się z niego, że dbanie o bezpieczeństwo na drogach i walka z pijanymi kierowcami to obowiązek każdego katolika. Ks. Midura jest autorem akcji promującej bezpieczną jazdę, prowadzonej przez Episkopat w ramach duszpasterskiego programu „Otoczmy troską życie”.

- Często zapominamy, że przykazanie „Nie zabijaj” dotyczy nie tylko morderstw czy aborcji, ale również jazdy na drogach. Ktoś, kto po piwku wsiada do samochodu, stanowi zagrożenie dla siebie i innych. Tym samym może być potencjalnym mordercą – tłumaczy duszpasterz kierowców.
Ks. Midura przygotował też lekcje o bezpieczeństwie na drogach. Katecheci na religii będą wyświetlać film „Eksperyment” ze wstępem Krzysztofa Hołowczyca. Fabuła? Młodzi ludzie pokonują autem dwa razy wyznaczoną trasę. Pierwszy raz na trzeźwo, drugi – po wypiciu takiej ilości alkoholu, którą uważają za bezpieczną. – Różnice w czasie reakcji, w ocenie zagrożenia na drodze są widoczne gołym okiem. To przemawiający do wyobraźni dowód, że żadna ilość alkoholu w przypadku kierowcy nie może być uznana za bezpieczną – mówi ks. Midura.
Duszpasterz kierowców chce też, by katecheci tłumaczyli dzieciom, nawet tym z najmłodszych klas, że zabranie kluczyków pijanym rodzicom i schowanie ich to dobry uczynek. – To kontrowersyjne działanie, ale chodzi o skuteczność. Rodzic, któremu dziecko schowa kluczyki, może poczuć wstyd, że dziecko przypomina mu o tym, jak powinien się zachowywać. I o to chodzi, bo po czymś takim tatuś czy mamusia dwa razy się zastanowią, zanim wsiądą po piwie za kierownicę – wyjaśnia.

Jak twierdzi ks. Midura, polski Kościół jest pionierem we wprowadzaniu programu dbania o bezpieczeństwo na drogach. – Nigdzie na świecie Kościół nie włącza się w takie działania. Dlatego jesienią w Watykanie mamy przedstawić nasze doświadczenia na tym polu – mówi. I dodaje, że przy sanktuarium w Zabawie pod Tarnowem powstaje jedyny w Europie ośrodek terapeutyczny, w którym pomoc otrzymają rodziny i bliscy tych, którzy zginęli w wypadkach na drogach. Częścią tej terapii ma być budowa pomnika Przejście, symbolizującego ofiary wypadków. Taki pomnik jest na Węgrzech, ale bez ośrodka terapeutycznego.

- Na ośrodek dopiero zbieramy pieniądze, ale terapię dla osób po traumie powypadkowej już prowadzimy. Takie spotkania odbywają się każdego 18. dnia miesiąca o godz. 14 – mówi ks. Zbiegniew Szostak, kustosz sanktuarium bł. Karoliny Kózkówny w Zabawie.

W program, oprócz Kościoła, zaangażowani są: Komenda Główna Policji, psychologowie, Instytut Transportu Samochodowego w Warszawie i Stowarzyszenie Alter Ego. W sanktuarium raz w miesiącu ofiarom wypadków poświęcona jest droga krzyżowa, która gromadzi 3 tys. ludzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Nie ukrywam, że po przeczytaniu artykułu szarpnęły mną mieszane uczucia (czyli standard).

W pewnym sensie działania kościoła wpisują się w moje osobiste zapatrywania na zjawisko prowadzenia samochodu po użyciu. Nie ukrywam, że jestem bardzo restrykcyjna, jeśli o to chodzi. Uważam bowiem, że człowiek wsiadający za kierownicę po alkoholu (w dowolnej ilości) jest potencjalnym mordercą z premedytacją. W swoich poglądach jestem tak „zapieczona”, że chętnie postulowałabym o zmiany w kodeksie karnym, które taki punkt widzenia by reprezentowały. Nic mnie nie przekonuje, więc nie podejmuję na ten temat dyskusji, bo staje się bezprzedmiotowa, a dodatkowo nacechowana emocjonalnie. I jestem straszną faszystką, czy to się komu podoba, czy nie.

W związku z powyższym cieszę się, że dzieje się cokolwiek. Mam tu na myśli niezaprzeczalny fakt, że to, co zmienić jest najtrudniej, to ludzka mentalność. Upór w prezentowaniu pewnego stylu myślenia (sama, jak widać, nie jestem od tego wolna), w różnych zresztą kwestiach, a także niechęć do jakichkolwiek zmian, to cechy charakterystyczne przeważającej większości polskiego społeczeństwa. Myślę, że ludzi w ogóle, ale nie mam konkretnej wiedzy na temat innych krajów, więc wolę to przemilczeć.
A więc cieszę się z jakiejkolwiek aktywności. Ale… No właśnie. Zawsze się znajdzie jakieś ale. No więc: ale nie w ten sposób. To, co wtłucze dzieciom do głowy, zgodnie z artykułem, katecheta, jest po prostu złym rozwiązaniem. Mało tego – sądzę, że jest bardzo, bardzo złym rozwiązaniem. Już widzę tych pijanych rodziców, którzy zawstydzają się, kiedy dziecko chowa przed nimi kluczyki do samochodu postulując, żeby nie prowadzili po pijaku. Reakcja będzie przypuszczalnie skrajnie inna i gówniarzowi się porządnie dostanie. A następnie wpieniony rodzic wypije jeszcze dwie kolejki „dla uspokojenia”, a następnie i tak wsiądzie do samochodu i zabije 10 osób.

I tak to po raz kolejny myślę, że kościól katolicki może i chce dobrze, a wychodzi jak zawsze. Czyli kompletnie do bani, od czapy, bez sensu, debilnie (niepotrzebne skreślić).
I znowu myślę z tęsknotą o ludziach mądrych, rozważnych, myślących perspektywicznie.
A nie pod publiczkę i dla odnotowania w pamietnikach, jak to się podjęło działania, gdy inni trwali w bezruchu.

27 kwietnia 2009

Dorobiłam się wreszcie

szafki w łazience. Po blisko trzech latach zamieszkiwania, można to odtrąbić jako jakiś sukces. Szafka przecudnej urody, zakupiona w IKEA, którą cenimy nie tyle za dizajn, co za propozycje rozwiązań węwnątrzszafkowych. Wicie – rozumicie: wysuwane półeczki z róznymi śmiesznymi przegródkami i takie tam.
Szafka tej wielkości jest dodatkowo cudowna, ponieważ nareszcie udało mi się umieścić w łazience ręczniki, po które wcześniej trzeba byo za każdym razem latać na górę, co – biorąc pod uwagę pomysłowość w wykonaniu schodów (kiedyś zamieszczałam zdjęcia i ktoś pokusił się o komentarz – wydaje się niebezpieczne nieco. Zwłaszcza po mokremu.
Obecnie jestem zdeklarowanym odbiorcą ręczników w kolorze zielonym. Odcienie do wyboru. Niestety zieleń w wersji frotte jest wyjątkowo mało popularna, więc proszę rozpocząć polowanie. Póki co, zawiodomiono o oczekiwaniach Protoplastkę oraz Krynię – obie natychmiast przeczyściły fuzje.
Prezes szafkę skręcił po południu, korzystając z instrukcji dla debili (kto ma meble z IKEA, ten wie, o czym mówię). Okazało się, że wielokrotnie obśmiewany poziom instrukcji obrazkowych nie jest wcale czymś wydumanym, ponieważ po ustawieniu szafki w łazience Prezes zniknął w celu zamontowania drzwiczek, pozostawiając instrukcję w pokoju i kiedy zajrzałam do niego po kwardansie, to był niewyraźny i to bynajmniej nie z powodu rutinoscorbinu. Udałam się zajrzeć w obrazki i okazało się, że zawiasy go przerosyły, co zostało skorygowane. Przez moi.
Z półkami już mnie zostawił samą, słusznie wnioskując, kto tu będzie decydował o rozkładzie wnętrza. Ponieważ onegdaj staliśmy się szczęśliwymi właścicielami elektrycznej miniwkętareczki Boscha, odśpiewałam nieistnienie problemu, dokonałam szybkiego planowania, natychmiastowego wykonania i zabrałam się za przenoszenie badziewia wewnętrznego, co stało się punktem wyjścia do wyrzucenia pudełka niepotrzebnych gratów.
Następnie przeniosłam ręczniki, doszłam do wniosku – jak wyżej, popodziwiałam sobie wspólne dzieło, zarządziłam opicie kawą, a następnie z całym wdziękiem stłukłam trzy talerzyki deserowe Rosenthala z kompletu wyłacznie wyjściowego, który się suszył po gościach. Wobec powyższego uczucia związane z szafką w łazience klasyfikuję do ambiwalentnych.

PS O talerzyki nie wnoszę. Sądząc po cenach na allegro, strach pójść do sklepu firmowego. Cierpię.

Dopisek o 20.00, po przeczytaniu komentarza paćki.

Szafka:

Proponowane nóżki (wybraliśmy inne, ale zapomniałam nazwy i nie mam siły grzebać po stronie):


Półeczki, które mnie rozczulają (ten właśnie komplet nabyłam – bo są i inne):