31 lipca 2014

1820

Och!

Życie na kreskę (Marta Zabłocka) opublikowała na fejsie swój nowy rysunek i nie mogłam się powstrzymać. Albowiem pięknym on ci. O takich właśnie rzeczach mówi się: "w punkt".
A jakie to uniwersalne i do ilu dziedzin życia się ma! Państwo samo zobaczy.


1819

W mieście świadczenia pracy nastąpiło dziś urwanie chmury. Zalało nam budynek w ciągu dwudziestu minut. Wychodząc z roboty spotkałam w piwnicach (tak, wyłażę przez piwnice, bo mi tak wygodnie) szalejący zespół sprzątający, który usuwał wodę, sięgającą kostek. Latali z wiadrami i jakimiś dziwnymi urządzeniami, a potok rwał.

Doszłam do drzwi i utknęłam. Na zewnątrz oberwanie chmury. Postałyśmy z koleżanką, pogadałyśmy o zmienności aury, po czym znudziłyśmy się oczekiwaniem i postanowiłyśmy wyjść. Zzułam szpilki, bo mi się szkoda zrobiło i ruszyłam do samochodu w samych pończochach, budząc powszechną radość zgromadzonych pod daszkiem miłośników nikotyny i substancji smolistych. Ale prawdę mówiąc - wcale nie chciało mi się wsiadać do samochodu. Ten deszcz był bardzo ożywczy.

Na drogach prawdziwe pandemonium i klęska żywiołowa. Co rusz napotykałam podtopione samochody na poboczu, dzięki czemu po raz kolejny pobłogosławiłam inwestycję w postaci Hondy CRV. Moja masywna i wysoka Smoczyca parła przez zalane drogi niczym lodołamacz po krze i nawet nie parskała. W ogóle jej nie obeszło. Kocham to auto.


Na zdjęciu widzimy rzeczkę tak, gdzie powinna być ulica. Podkreślam, że zdjęcie zrobiłam dopiero w chwili, gdy wyjechałam na górkę. Chwilę wcześniej Golf przede mną miał wodę do wysokości połowy zderzaka.


A tak wyglądało w płytszych miejscach. Wodospad zalewał mi przednią szybę. W głębszych - dach. Czad, mówię Wam.

Deklaracja.
Dopóki sytuacja finansowo - życiowa nie zaciśnie mi się na krtani, nie zrezygnuję z tego samochodu. Tak, dużo pali. Ale sprawdza się bez pudła w tylu sytuacjach, że macham ręką na koszty. Szczególnie zimą, gdy z palcem w nosie pokonuję wszystkie zaspy, korzystam z napędu na cztery, wyjeżdżam z miejsc, w których wszyscy zostają, oczekując zmiany pogody.
Zawsze marzyłam o SUVie. Teraz wiem na pewno, że to nie były marzenia od czapy.

1818

Szef: Słuchajcie, kto ma ten mój wykład?
Sala (milczy).
Szef: Od dwóch godzin go szukam i nie mogę znaleźć. Denerwuje mnie to. Taki fajny wykład... Asia, nie masz tego wykładu?
Łoterloo: Nie, ale mogę szefowi pomóc.
Szef: Tak? W jaki sposób?
Łoterloo: Przyjdę do szefa i zacznę się upierać, że chcę jakiś inny wykład. Szef się zdenerwuje, zacznie szukać tego, o co ja proszę, i przypadkiem znajdzie właściwy.
Sala (chichocze).
Szef: A skąd wiesz, że ja się zdenerwuję?
Łoterloo: Bo szef się zawsze denerwuje, gdy ja chcę jakiś wykład.
Sala (zamiera).
Szef: Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, że ty nie umrzesz zwykłą śmiercią!
Sala (kwiczy).

***

Kilka minut później. Sprawozdanie z działalności.

Szef: Asia, a co u ciebie?
Łoterloo: W trosce o własne bezpieczeństwo postanowiłam się już dziś nie odzywać.
Sala (wyje - pojawiają się gwizdy).
Szef: Chcę, żebyś wiedziała, że ja to doceniam.

30 lipca 2014

1817

Uwaga, metafora będzie.


Ach!


Nadal metafora.


Że też nikt nie pożegnał czereśni z taką emfazą.
Będę tęsknić.
BARDZO.

1816

Skoro szczęśliwie mamy za sobą drażliwą notkę 1815, to spieszę donieść, że chętnie coś bym Wam opowiedziała, ale nie wyrabiam. Duszno, cholerajasnapsiakrew.

***

- Szefie, kontaktowała się ze mną pani z Warszawy i pytała, kogo podać do kontaktu na stronie głównej. W ramach Towarzystwa, oczywiście.
- Jak to kogo?! Siebie podaj. Ty jesteś odpowiedzialna, ty pracę traktujesz poważnie. Nie wiem, jak to robisz, ale potrafisz wszystkich przypilnować. Mnie nawet potrafisz przypilnować. Zmusić mnie potrafisz! Chociaż ja się opieram!!!
- Noooo... Jeszcze trochę i trzeba będzie poszukać mi przytulnego pokoju w psychiatryku.

***

(Wymiana SMS-owa).
Jasiek: Chcę iść z tobą zapalić. Powiedz tylko - kiedy...
Łoterloo: KIEDY!!!

W pracy jedyną sensowną czynnością jest wychodzenie na papierosa.

***

Podsumowanie dnia.
Szef: Joanna, a co u Ciebie?
Łoterloo (bierze oddech): ...
Szef: U ciebie przerąbane. Deadline masz pojutrze, wszystko w proszku, wszyscy mają to w dupie, nikomu nic się nie chce, a sympozjum nie poczeka, lenie patentowane, potem będziesz siedziała do północy.
Łoterloo: Szef pyta, szef odpowiada. Ja się zgadzam, bo porządny pracownik z szefem się nie sprzecza.
Sala: Lizus.
Łoterloo: Lenie patentowane.

***

Matka postanowiła odwiedzić mnie w pracy. Niestety wie już, z jakiego autobusu skorzystać. Drżyjcie narody.

***

Dyrekcja wraca w poniedziałek po tygodniowej nieobecności. Przeczuwam gwałtowne skoki ciśnienia w licznych organizmach.

1815

Ojciec Wwwirgiliusz wykazał się czujnością iście zajęczą i zasygnalizował, że notka nr 1815 powinna być szczególna.
Proszę bardzo.

Od dłuższego czasu mam kilka pomysłów na koszulki z nadrukami. Dziś pragnę Państwu przedstawić dwie wizualizacje tej samej myśli przewodniej. Od razu zaznaczam, że po głowie chodzi mi też hardcore, lecz istnieje obawa, że byłabym jedyną wciśniętą w taki T-shirt. Więc może nie warto.
Uwaga.
Wersja nr 1 (poważna - na koszulki szare):


Wersja nr 2 (frywolna):


Jakieś pomysły? Wskazówki? Marzę o obnoszeniu się z moim feminizmem!

29 lipca 2014

1814

Taka sytuacja.


Nie wiecie czasem, co kieruje ludźmi, gdy zamieszczają w aukcjach zdjęcia ciuchów, wykonane na ukos?! W każdym razie uznałam, że na ukos fajna. I wciągnięta na mój bufet oraz resztę też będzie fajna. Choć nie na ukos, bo tak się nie da chodzić. A przynajmniej - nie budząc podejrzeń. Więc licytuję.

Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale bierze mnie na falbanki. Dzidzia piernik. Pierdnik. Może to pierwsze objawy menopauzy?! Właściwie menopauza to bardzo fajne urządzenie. Będę na wszystkich ryczeć, a oni będą wzdychać i to usprawiedliwiać. Myślę, czyby już nie zacząć. No co? Pan Bóg kule nosi, nie? Czy to człowiek wie, kiedy go trafi? A jak się kto przyczepi, to powiem, że mi gorąco i słabo. I mam hercklekoty. Nie mylić z heksenszusem. I poproszę, żeby otwarli okno. Dobre!

1813

Napisałam dziś SMS do Jasia:
"Janie. Nikotyna sama do płuc się nie wtłoczy".
Gdy wychodziłam z budynku już czekał i podejrzanie się cieszył.

Jasio mieszka w Katowicach, więc gdy jadę po pracy np. do rodziców, to zawsze go informuję i podrzucam do połowy drogi. Znaczy jego drogi - do domu. Zważając na Środki Masowej Zagłady (KZK GOP), zyskuje przypuszczalnie ok. pół godziny. Trudno więc się dziwić jego entuzjazmowi.
Dziś umówiłam się na kawę z moją byłą dyrektorką. Wciągnąwszy porcję nikotyny, poinformowałam o tym Jasia.
- Jasiu, jadę dziś do Silesii. Chcesz się zabrać?
- Jasne!
- Ale o 14.20.
- Ożesz! Czyli planujemy ucieczkę z pracy?
- Co za słownik. Planujemy z godnością opuścić fabrykę 40 minut przed czasem, gdyż jest duszno i 40 minut szybciej się zmęczyliśmy. To zrozumiałe dla każdej rozsądnej osoby.
- Poza moją kierowniczką. I teraz będę musiał wymyślić jakiś powód. A co mówią twoi pracownicy, gdy chcą wyjść wcześniej?
- Mówią: idę se.
- Żartujesz?!
- Nie. Czasem ja im mówię: przestańcie pracować, bo to obrzydliwe, i zróbmy rząd. A potem udajemy się na ucieczkę grupową.

Po tej krótkiej wymianie zdań Jasio zaczął wyglądać na lekko wymiętego. Następnie wydał z siebie dźwięk przypominający pisklę sępa, pobrał dawkę nikotyny i podsumował tonem grobowym:
- Od pierwszego wejrzenia uważałem, że moim powołaniem jest pracować u ciebie.
- Nie widzę przeciwwskazań.
- Nie wiem, jak dyrekcja - westchnął.
- Powiedz, że czujesz powołanie.
Nie mam pojęcia, co tam nakłamał swojej szefowej, ale o 14.20 otrzymałam SMS o treści:
"Jestem za rogiem przy kiosku".
Setnie mnie to ubawiło. Partyzanci.

Wszedłszy do centrum handlowego, gdzie zamierzałam okupować kawiarnię, odetchnąwszy atmosferą wielkomiejską, zwróciłam się do Jasia:
- I widzisz? A mogłeś gnić w zakładzie dla obłąkanych. Czy czujesz wdzięczność?
Czuł. To się rzucało w oczy.

I tak się zabawiamy właśnie. Mówiłam, że lubię tę robotę?

1812

Chciałam kurturarnie zauważyć, że to nie jest koncert życzeń.

Pokój dobuduj.
Pracę znajdź.
Przedszkole obstaluj.
Chłopa polskiego naucz.
Posprzątaj.
Ugotuj.
Pieśń rozrywkowo - patrriotyczną zaśpiewaj.

EJ.

Ja tu zaoferowałam przebywanie w aurze świętości (łac. in odore sanctitatis), a Wy wybrzydzacie?! Pamiętajcie, że każdemu według zasług. A wybrzydzuchy to nie są zasługi. I mogą się obłoki rozsunąć na nieboskłonie, a zza nich wychynie naonczas karzące ramię sprawiedliwości i pokiwa Wam paluszkiem. Zobaczycie!

Pffff...

28 lipca 2014

1811

W sobotę dowiedziałam się, że tydzień temu zmarła moja znajoma. Miała 43 lata. Samotna matka z dwojgiem dzieci w wieku gimnazjalnym. Bardzo mnie to trzepnęło. Zawsze wydawała mi się taka "nie do zdarcia". Wesoła, szalona, imprezowa. Wyjątkowo ładna kobieta. Inteligentna. Dowcipna.
Pstryk!
Nie ma.

Dotarło to do mnie z całą mocą w sklepie. Stałam przed półką z chińszczyzną i szukałam czarnego sezamu do sushi. Pomyślałam o niej - po raz piętnasty tego dnia - i nagle zrobiło mi się słabo. Nie było gdzie usiąść, więc oparłam się o regał. I tak stałam. Nie wiem ile. Potem poczułam, że okropnie gniecie mnie za mostkiem. Zadzwoniłam do Prezesa.
- Nie ma sezamu - wybuczałam przez nos.
- Co się stało? - spytał czujnie.
- Ona umarła, wiesz? Była dwa lata starsza ode mnie...
- Zostaw to wszystko i wracaj do domu.
Zostawiłam.
Zaiste - prawda o życiu dopada nas w najbardziej nieoczekiwanych momentach.

1810

Dziś na obiad łosoś pieczony z sosem śmietanowo - koperkowym i surówką, a na deser faworki. Upiekł.

Zapragnęłam, by został gospodyniem domowym. Niestety czuję obawę, że tego nie uda się pogodzić z zarabianiem pieniędzy.
Faworki upiekł... Dla równowagi ja wyczyściłam kuwety z kocich gówien. A co! Zakupy przywlokłam też. A on mi robi kawę. Właśnie teraz. Fajny taki podział obowiązków. Mam zamiar go (podziału znaczy) przypilnować, gdy tylko zmieni pracę na stacjonarną (Prezes znaczy). Bo przy rozjazdowej było ciężko.

***

Coraz bardziej podoba mi się życie bez telewizji. Miałam rację, upierając się przy tym przez lata. Szkoda że dopięłam swego tak późno. Mogliśmy się wyalienować dziesięć lat temu. I mogliśmy nie mieć kurzozbiora w salonie. I kabli. Kable są bardzo be. Chciałabym poznać jedną kobietę, której kablowisko - wężowisko jest obojętne. Gdyż nie znam. Ale jeśli któraś pani ma zwis na kablowy kołtun, to ja po proszę o informację. Gdyż kable w znanym mi świecie zawsze są zarzewiem konfliktu.

***

Jest do wzięcia mieszkanie koło mnie - ktoś chętny? Na szali mamy codzienne oglądanie, w których butach śmigam do roboty, wino w moim towarzystwie bez zobowiązań i konieczności pobierania taksówki oraz możliwość nurzania się w Atmosferze. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka z ubikacją, przedpokój. Umeblowane. Na pierwszym piętrze. W identycznym mieszkaniu w drugiej klatce przystojny młody człowiek do wzięcia ;))))
Zaraz tam: stręczyła!

27 lipca 2014

1809

Prysznic pomaga.
Na 10 minut.
Nie bawię się*.


* Temperatura mi nie przeszkadza. Morderczy jest zaduch. Pogodynka donosi, że przez cały tydzień będą burze. I temperatura 28 - 29 stopni. Czyli zaduch. Umiernę.

1808

Ballada z trupem.

Pod stołem od kilku dni leżał zimny trup.
Właściwie to zastanawiam się, czy przypadkiem za życia też nie był zimny. Jednakowoż - zamordować tak pająka bez listości i porzucić truchło, to podłość. Może jest na to jakiś paragraf?
Wczoraj do trupa pod stołem dołączył zewłok na parapecie. Muchi. Oczywiście doceniam pasję łowcy, ale oczekiwałabym uprzatknięcia efektów morderczych instynktów. Zaproponowałam dokonanie dzieła Prezesu. Opierał się. W końcu udało mi się wytłumaczyć mu, że moje ozekiwania nie obejmują macania truchła nagą prawicą i żeby się zaopatrzył w papier toaletowy.

Dokonało się.
Na szczęście. Rozdziawione nogi martwego pająka wyglądają jednak nieco dramatycznie.

***

Chciałam się dziś chwycić jakiejś uczciwej roboty, ale jest za goraco. Chyba stać mnie jedynie na sformatowanie iPhona i zgranie go z japkowym laptopikiem. Bo do tej pory tego nie zrobiłam, przyznaję się. A że tego komputera używam na co dzień, to rzecz okazuje się dość niewygodna.
Więc ruszam w tę najeżoną przeszkodami podróż.
Na pewno w ciągu kolejnej godziny...

26 lipca 2014

1807

Wczoraj Prezes wytworzył sajgonki, przy których straciłam resztki rozsądku i umiaru. Dziś poprawił produkcją sushi. Jestem zażenowana faktem, że nie jem. Żrę.

Poza tym kupiłam sobie na Allegro dwa staniki, oba bardzo, z czego jeden tak cudny, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie dorzucić zdjęcia odzianego weń biustu do katalogu "Jestem feministką". Gdyż obecnie jestem feministką o przecudnie wypiętrzonych kulkach, otulonych kolorem morskim. Z różyczkami. Nie mogę się napatrzeć. Idiomka co prawda przetarła szlaki, lecz biust ma ukryty, tzn. w bluzkę. A w tym przypadku odziewanie w cokolwiek poza stanikiem wydaje się bezsensowne. Chyba przestanę zakładać góry - tak mi się podoba.
A drugi jest róziowy.
W groszki.
Jestem rozczulona.

Skąd bierze się ten pomysł, że feministki nie chcą nosić staników?! Uwielbiam. Od kiedy odkryłam właściwy dla siebie rozmiar, a na rynek z zachodnich rubieży zaczęły spływać cuda rąk gorseciarek, nie mogę przestać. Buty i stanik to podstawa egzystencji. Która ma duży biust, ta mnie w pełni zrozumie. Obecnie popycham po domu w górze zalotnie rozpiętej, co rusz rzucając okiem na własną definicję kobiecości, wyglądającą spod.
Tak, róziowy też niczego sobie, ale ten bardziej.

***

Zośka chodzi już całkiem ładnie, od czasu do czasu tylko kulejąc, co daje nadzieję na zrośnięcie się ścięgna bez udziału narzędzi chirurgicznych.
Karol siedzi w szafie i to mnie niepokoi coraz bardziej. Trauma czy dolegliwości somatyczne? Czuję, że trzeba będzie się udać, niestety.

25 lipca 2014

1806

Chyba niechcący zostałam Matką Założycielką.

Znów gdzieś w otchłani sieci natrafiłam na wątek, dotyczący feminizmu. I znów te same, oklepane hasła przeciwników. Że feministki to babochłopy (jeden chciał chyba wykazać dobrą wolę i napisał "kobietony"), że brzydkie, niedopchnięte, nóg nie golą i nikt ich nie chce. Cycuszki mi opadły.
I jakoś tak, w odruchu załamania, utworzyłam na fejsie nowy album, zatytułowany "Jestem feministką" - za radą Idiomki otagowany: #jestemfeministką.

Do albumu wrzucam dowody na to, że antyfeminiści się mylą, pisząc, że jestem babochłopem. A dowody mam niepodważalne. Zamieszczam dwa, których jeszcze nie znacie:

1. dzisiejsze zdjęcie z pracy (obuwie Zara)


2. oświadczenie, że w domu też jestem feministką (na płaskim)


Dziewczynom (i jednemu Bardzo Poważnemu Panu) się spodobało. Póki co, ruszyły za mną dwie - moja serdeczna koleżanka Magda i Idiomka właśnie. Magda zrobiła sobie sesję zdjęciową, na której pokazuje dłuuuugie nogi, zakończone różnymi, fikuśnymi butkami na obcasach. Piękną. A Idiomka pokazała - prócz butów - także imponujący i zachwycający BIUST!

Wiecie co? Świat jest pełen cudnych kobiet. Z prawdziwą przyjemnością czekam na ciąg dalszy. I Was też zachęcam. Pokażcie światu, jakie jesteście piękne na zewnątrz, bo, że w środku, wraz z Waszym feminizmem, to przecież doskonale wiem!

24 lipca 2014

1805

Ciśnienie chyba spadło drastycznie, bo mam śpiączkę funkcjonalną.

Prezes uradowany, bo załapaliśmy się na obiad u rodziców i nie musiał gotować. Przy okazji uradowana była ciocia, TA ciocia, bo wpadła do rodziców i załapała się na podwózkę do domu. Życie towarzyskie kwitnie, jak Państwo widzi. Jestem matką, ojcem i całym drzewem ginekologicznym tego sukcesu. A przynajmniej tak się czuję. Radość.
Poza tym Prezes odbył również rozmowę dyskwalifikacyjną, a jego dyrektor zgodził się na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Od września koniec delegacji.
Nareszcie.

***

Karolek chyba trochę lepiej, gdyż z okazji mego powrotu do domu wylazł z kąta, zażądał miziaków, a zaraz potem posiłku. Mam nadzieję, że niebawem mu przejdzie. Obolałe zwierzę to przykra sprawa. Ani mu pomóc, ani ulżyć, ani wytłumaczyć. Chciałby człowiek coś zrobić, a nie ma jak.
Zosia natomiast żwawa i radosna. Kuleje umiarkowanie, jest lepiej w tym względzie.
No i nikomu z ryja nie jedzie. Bonus.

***

A co tam, mianowicie, u Zuzi?
Dojechała na miejsce, mieszkanie znalazła, pracę złapała zaraz na drugi dzień, w keep lefcie porusza się jak stary, zarabia dodatkowo na podwożeniu ludzi pomiędzy punktem A i punktem B.
Mieszkanie ma tańsze, roboty więcej - czyli kasa leci, dziś dzwoniła, żeby ja pożałować, bo jedzie na pełnych obrotach już ósmy dzień i żąda weekendu.
Radzi sobie znakomicie.
Dumna z niej jestem.

23 lipca 2014

1804

Proszsz...
Państwo życzy - Państwo ma.

W roli głównej: Edward.
W pozostałych rolach: dyszenie Prezesa.
Reżyseria: Łoterloo.
Scenariusz: życie.
Oświetlenie: do dupy.


1803

Nie wiem doprawdy, jak on to robi.

Między wyjazdami służbowymi, pracą na miejscu, zajęciami własnymi, sprzątaniem, jeżdżeniem do lecznicy z kotami, uczestniczeniem w imprezach rodzinnych, rozkręcaniem piekarników i gotowaniem obiadów uznał, że obecna praca już mu się znudziła, męczy go i wkurwia. Wysłał więc jedno CV. Słownie: JEDNO. Do międzynarodowej korporacji. I ona, ta korporacja, natychmiast zapragnęła z nim rozmawiać. Rozmawiała namiętnie po polsku i w narzeczu, przysyłała mu maile, zapraszała do siebie, by dziś płakać do słuchawki z nadzieją, że będzie ich olśniewał. Termin: natychmiast.
Prezes zmienia pracę.
Wreszcie przestanie podróżować.
Znajdę mu tysiąc zajęć na miejscu - co za ulga.

Jak zwykle okazało się, że nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny. Gdybyśmy doszli do porozumienia w sprawie tego pierwszego domu, bylibyśmy obecnie w wirze procedury kredytowej i jedno nie sprzyjałoby drugiemu. Bardzo. W związku z powyższym uznałam, że komfort psychiczny Prezesa jest istotniejszy niż moje pragnienie posiadania domu natychmiast i wystopowałam lekko. Nie, nie zrezygnowałam, bynajmniej. Po prostu postanowiłam dać się rzeczom toczyć ich własnym torem.

Prezes wybrał sobie takie stanowisko, żeby więcej nie musieć już niczego udowadniać. Oznajmił mi, że teraz on to wszystko umie, a za chwilę jeszcze mu korporacja potwierdzi na piśmie. I jak mu się zechce znów zmienić pracę, to właściwie nie będzie musiał zrobić nic, tylko wejść i wnieść ze sobą aurę świętości. Ponieważ Prezes zajmuje się rzeczami, które spoczywają u mnie na półce z napisem "chiński i przyległości", to ja się nie wtrancam, zużywając energię na stosowne wsparcie oraz motywację pozytywną.

Jadąc na rozmowę powiedział:
- Nie wiem, czy dam sobie radę.
- Oni myślą o sobie to samo - odparłam. - I jeszcze: czy ich na ciebie stać.
Powinnam zostać wróżką.

***

Tymczasem w pracy, jak w pracy. Rozdziały wróciły z redakcji i mam ciśnienie, bo kolega, autor drugiego, poszedł sobie na urlop. Zadzwoniłam do niego wczoraj i usłyszałam, że nie ma dostępu do internetu i mieć nie będzie. Do 10 sierpnia.
Zrobił debilne błędy i ja to teraz muszę za niego poprawić.
Oko mi lata.
Machnęłam wydruk i poszłam do Szefa, nie będę się sama kopała z tym gównem. I co? Będę się sama kopała. Owszem, usłyszałam opinię, w której dominowały określenia typu: palant, dupek i leń, co jednak w niczym nie pomaga. Odnotuję sobie skrzętnie tę pozycję w kalendarzu, żeby mi nie uciekło po ustabilizowaniu emocji. I wyciągnę przy najbliższej okazji. Bardzo jadowicie.

***

Koty w miarę przyzwoicie, choć Karolka chyba buzia boli, bo przebywa w szafie. Ale na posiłek zszedł. Będzie żył.

22 lipca 2014

1802

- Jak się czujesz na urlopie?
- Cudownie! W piątek byłem w pracy, w poniedziałek na rozmowie kwalifikacyjnej, a dziś zostałem sprzątaczką!
- Źle na to patrzysz. Zaledwie od piątku jesteś na urlopie, a już doprowadziłeś dwa koty do ozdrowienia, rzuciłeś na kolana międzynarodową korporację i stałeś się obiektem zawiści pożądania* setek kobiet! A przy tym - cały czas zarabiasz.
- Powinni ci słono płacić za gadanie.


* Poprawka wprowadzona po stanowczym veto pandeMonii. Słusznym, trudno przeczyć.

1801

Dziś popołudniu, po czternastu latach związku, Prezes odkrył u mnie nowe strefy erogenne.

Jechaliśmy właśnie do weterynarza, żeby uszczęśliwić Zofię ostatnim zastrzykiem, gdy nagle Prezes zaczął opowiadać.
- Wstałem, jak wiesz, o 6:30. Kiedy wyszłaś, poodkurzałem mieszkanie. Wytarłem kurze. Zlikwidowałem stolik pod nieobecny telewizor, żeby nam nie przeszkadzał, a w to miejsce wstawiłem koci drapak. Posprzątałem w kuchni, umyłem wszystkie blaty i wytarłem półki. Ekspres wyczyściłem w całości, a potem umyłem też w środku mikrofalówkę. Rozkręciłem drzwiczki piekarnika i wyczyściłem szyby, także od wewnątrz, bo tam się nigdy nie dociera...
- Przestań... - wydyszałam. - Przecież ja prowadzę!
Prezes zastygł w bezruchu, zatrzymując tę chwilę zdało się - w nieskończoność. A potem po mistrzowsku wyprowadził ostatnie pchnięcie:
- Ugotowałem jarzynową.

Mój jęk niósł się ulicami miasta przez naprawdę długi, długi czas.

21 lipca 2014

1800

- Wreszcie przywieźli wentylatorek rozsądnych rozmiarów - powiedział dziś kolega, zatrzymując się tuż za moimi plecami, gdy patrzyłam przez okno na dziedziniec.


Tak, te czerwone paski wyznaczają miejsca parkingowe. "Wentylatorek" stoi na środkowym, zajmując po kawałku dwóch sąsiednich. Chyba nie tylko ja marzyłam dziś, żeby ktoś go włączył.

PS A co, myśleliście, że napiszę "dmuchnął"? Figa!

1799

Z całym szacunkiem dla weterynarzy, ale nie ma, jak nasz doktor Tomasz, którego wreszcie dziś przyłapaliśmy na gorącym uczynku, czyli trafiliśmy w jego zmianę.

Opowiedzieliśmy mu resztę historii Zośki, tę, której jeszcze nie znał. O tej nodze nieszczęsnej, o agresywnym zachowaniu, takim dla niej nietypowym, o reakcji na narkozę itd. Pokiwał głową, ponarzekał na pogodę, poinformował, że ona bardzo niesprzyjająco wpływa na reakcję zwierząt na leki, po czym oświadczył:
- Dobra, Zośka, wyłaź z pudła.
- Okropnie się wścieka - powiedziałam.
Tylko się uśmiechnął.

Zocha oczywiście próbowała go owarczeć, co całkowicie olał. Pogłaskał ją po głowinie, taką złoszczącą się, i pobłażliwie szepnął:
- Nie rób wiochy.
On bardzo lubi koty i zupełnie się jej nie boi, co wybija argumenty z łapy. W związku z powyższym zaniechała wydziwiania, jako całkowicie nieskutecznego.
Obmacał całego kota i od razu zawyrokował:
- To jest poważny problem. Ścięgno naderwane. Możemy jedynie czekać, może się zrośnie. Gdyby zerwało się całkowicie, przymocowałbym gwoździkiem. Ale dajmy jej szansę.
Kiedy i w jakich okolicznościach doszło do tego, nie wiadomo. Musiała się szarpnąć jakoś niefortunnie na stole. Niestety zwalam to na brak wprawy młodej lekarki, która się nią zajmowała i reagowała ciut nerwowo. Ale tego nie da się już odwrócić.

Obejrzał pyszczek, stwierdził, że się świetnie goi, uznał, że jutro ostatni zastrzyk. Karola zabraliśmy również, żeby mieć spokojne głowy, więc obejrzał i jego jamę - stan zadowalający.

Pan Tomasz nie jest lekarzem, który rozpieszcza... właścicieli. Nie, nie jest niegrzeczny czy szorstki, on po prostu mówi prawdę prosto w oczy, a ta prawda nie zawsze dodaje otuchy. Ale ja mu ufam, bo wiem, jak się stara, że stale się dokształca. I walczy o zwierzęta. A kiedy nie da się już walczyć, to jest na etacie doktora Mengele, bo jego koleżanki nie przepadają za usypianiem. Niefajna to rola.
Gdy przychodzi zakończyć wędrówkę przyjaciela, to właścicielowi chyba lepiej robić to w towarzystwie pani Izy - jest bardzo ciepła i serdeczna. Tomasz wykonuje w takich przypadkach swoją pracę, ale mentalnie się do tego dystansuje i trzyma na uboczu. Rozumiem to. Czasem tak trzeba, żeby nie oszaleć. Iza beczała razem ze mną, miała chusteczki, którymi dzieliłyśmy się solidarnie, była bardzo wspierająca. Z nim wolę walczyć. Z nią - żegnać. Choć nieraz mi powiedziała, że tego nienawidzi.

Poza tym porwałam się na rzecz z kosmosu. Szanowne Państwo, oto kocia szczoteczka do zębów:


Spróbuję, co mi szkodzi. A nuż. Doktor powiedział nam wprost (jak to on):
- Koty, jak ludzie - są różne. Jedne mają piękne zęby do końca życia, a inne się męczą, dopóki nie usuniemy wszystkich. I potem dopiero żyją sobie spokojnie całkowicie szczerbate, dalej jedzą suchą karmę i wszystko jest dobrze. Nie ma reguły. Ale spróbujcie, może się uda. Choć nie będzie łatwo.

Mycie zębów trzem kotom, codziennie...
Za wszystko pozostałe zapłacisz kartą (nazwy nie wymienię, bo się booty spamujące zlecą).

20 lipca 2014

1798

Państwo się zapytowywuje, co przyniosła Wróżka Zębuszka.

Owszem, nie jesteśmy znowu Tacy. Wróżka w cholerę się zjeździła w tym upale, gdy przyzwoici ludzie leżą w bezruchu przy całkowitym zaciemnieniu i maksymalnym zawentylatorowaniu. W końcu zdobyła. W domu okazało się, że brakuje części. Więc znów udała się do Afryki, żeby oddać egzemplarz wadliwy i znów ruszyła na poszukiwania. I dopadła. O, proszę:


Żeby nie było, że ktoś zęby oddał za darmo.

Tymczasem stary drapak stracił smętne resztki osnowy, został rozkręcony, podstawę i czubek się wypierze, kupi sznurek, owinie, skręci i będzie jak nowy. Na pięterku.


A niechta wią, że są naszymi dziubdziusiami. Szczególnie pani kulawa.

PS Z analizy wynika, że nastąpiło porażenie nóżki za pomocą antybiotyku, który jest najsilniejszym z możliwych, bo Zosia w dziąsłach ma istne kratery. Dziś dostała w kark, ale myślimy o zmianie środka, bo ten trzeba podawać minimum 5 dni, jeśli nie tydzień. A bardzo obciąża nerki i nie podoba mi się to, co wydarzyło się nodze. Żywię nadzieję, że to odwracalne! Na szczęście nie wygląda, jakby ją bolało, ale to, co tu dużo mówić, kalectwo. Bidusia.

19 lipca 2014

1797

Bidusie poranne.

Państwo zwróci uwagę na pieczołowicie dokonany wybór dodatków, podkreślający męski podbródek na zdjęciu pierwszym i subtelność pęcin na zdjęciu drugim.



Biduś wieczorny.

Tak się zmęczył całodobowym pilnowaniem dwojga rannych, które, te ranne, wciąż się rozłazili po chałupie i nie chcieli siedzieć w kupie. On potem musiał biegać, się denerwować, doglądać, zaglądać. Komu bądź.


Update
- Laluniek! - z obrzydzeniem stwierdza Prezes, gapiąc się na bidusia wieczornego. - Czy można go jeszcze bardziej upodlić?

1796

Kot został przyłapany na oszustwie i teraz się wstydzi.

Głaszczę. Przytulam. Ukochiwam. Pożałowywuję. Przemawiam miękko.
Zofia przyjmuje te karesy z wyższością.

W międzyczasie pomalutku, po cichutku, kawałeczek po kawałeczku, żeby nie naruszyć drażliwego miejsca (biedny, biedny kot), odklejam plaster dookoławenflonowy. Za każdym tknięciem łapy wrzask, histeria, warczenie. A potem trzepanie łapą, bo to boli i przeszkadza.
W końcu kot wskoczył na parapet kuchenny. Patrzę, patrzę (prawie nie oddycham), a ta małpa ma wenflon wyjęty! Cała histeria dotyczy odklejania plastra!!! O, żesz...
Jak Państwo rozumie, plaster z wenflonem zasiedlił już śmietnik.

Ja bym chciała coś wyjaśnić. To jest kot Zuzi. Zachowują się IDENTYCZNIE!!! Obie takie same małpy i udawaczki. Oraz kręć się wokół nich, dopieszczaj, pod nos podtykaj, a może naonczas wejrzą łaskawie. Może!

Noga nadal kulawa.
Zośka udaje, że sytuacja z plastrem nie miała miejsca.

PS Taka była bidusia, że zdecydowałyśmy z panią doktor o nawadnianiu. Przywiozłam sprzęt, płyn, podwiesiłam kroplówę na lampie, przygotowałam stanowisko, zwabiam czule. Ona oczywiście warczy. I jest odwodniona. I ma za złe. I się zatacza. I cierpi.
Po czym przyłapuję ją na chlaniu wprost z miski.
Nie wytrzymam z tym kotem!!!

1795

Aktualizacja systemu.

Karol pozbierał się koncertowo, pani doktor naciągnęła mi dla niego antybiotyk do dwóch strzykawek i obwieściła ryżemu, że nie chce go więcej widzieć. Z Zosią niedobrze. Właściwie nie wiadomo, co się dzieje, objawy są od czapy i wyglądają na niepowiązane. Wiadomo, że coś, nie wiadomo co.

Bardzo źle zniosła narkozę, częściowo z powodu pogody. Spałam dziś ok. dwóch godzin i to na kanapie w salonie (która jest przykrótka i nie umożliwia normalnego położenia się), ponieważ po pierwotnym, farmakologicznym wybudzeniu, Zośka zapadła w jakąś niezidentyfikowaną katalepsję, bardzo źle oddychała i zaczęła się wyziębiać. Gdzieś do 4:30 nosiłam ją na rękach, owiniętą w zuziny kocyk, który jest milutki, cieplutki i zachęcająco pachnie. Znaczy Zosi pachnie, bo mnie nie. Ale ojtam.

Z pyszczka wygląda źle. Obcy tego oczywiście nie widzą, ale nasi weterynarze przyjmują takie uwagi. Jest, jakby to określić... nie do końca przytomna. Nadal. W lecznicy dostała napadu koszmarnej agresji, co jest dla Zosi stanem absolutnie nietypowym. Nie udało się usunąć wenflonu (lekarka wymiękła, ja - wdrożona w bojach - zdjęłam w końcu opatrunek zabezpieczający i przecięłam plaster, z nadzieją, że może sama wydłubie, ale nie), który bardzo jej przeszkadza - jakby uwierał. Dałam kotu narazie spokój, niech chodzi tak, jak jest, może uda się ją do jutra zwabić na przytulanki i powolutku, powolutku...

Poza tym zaczęła bardzo dziwnie kuleć, jakby zwichnęła sobie staw skokowy w tylnej łapce. Zamiast chodzić po kociemu, na paluszkach, stawia tę nogę na płask od kolana. Coś ją wyraźnie boli, mimo zastrzyku przeciwzapalnego i przeciwbólowego, który dziś dostała. Cały czas do mnie przychodzi, przytula się i mruczy, by po chwili warczeć i syczeć. Wyraźnie prosi o pomoc, a ja nie potrafię. Co gorsza, problemu nie potrafi również zdiagnozować weterynarz. Pat. Czekamy do jutra, bo nic się nie da wymyślić.

Martwię się.

18 lipca 2014

1794

Przepraszam, że tak Was trzymałam długo w niepewności. Ale mieć w domu kota po narkozie to hardcore, a mieć dwa koty po narkozie i trzeciego, który musi pilnować tych dwóch, ale się przecież nie rozerwie...

Odebraliśmy nasze futrzane kuleczki zgodnie z planem, z czego Karolek w stanie znośnym, a Zosia gorzej. Trzeba jej było podać leki odwracające skutki narkozy, bo balibyśmy się zabrać ją z lecznicy niewybudzoną. Dobrze się stało, ponieważ obecnie są mniej więcej na tym samym etapie. To jest etap pijanego zająca. Plączą się po domu zakolami, dużo śpią i nie bardzo kontrolują sikanie, więc oboje zostaliśmy już oblani przez Karola, który się odpręża, kiedy nosimy go na rękach. I w nagrodę leje po nas radośnie. To oczywiście dobrze, bo wysikuje leki usypiające. Raczej niepokoję się o Zośkę, która od chwili odzyskania jakiej takiej przytomności kontroluje zwieracze, więc nie sika. Lanie pod siebie jest poniżej jej godności.

Oba na antybiotykach i środkach przeciwbólowych, oba nawodnione, Zosia po kroplówce, oba kłapią pyszczkami, w których jest inaczej, no i szwy przeszkadzają. Próbowałam nakarmić Edka, ale nie bardzo chciał, bo jest zestresowany tym wszystkim - grubasy niby wróciły, ale śmierdzą nieludzko i zataczają się, jak pijanice, więc on biega od jednego do drugiego ze słowem wsparcia, co jest trudne, bo rozłażą się w różne strony i on nie nadąża. Za to Karolek wykazuje duże zainteresowanie posiłkiem i jest mocno zawiedziony, że od 19:00 wczoraj nie dajemy mu możliwości napełnienia Karola paliwem. No, cóż... lekarz nie pozwolił, więc trzymamy się zaleceń. Edkiem muszę się trochę więcej zająć, bo jest wyraźnie niedoopiekowany - nas dwoje, koty trzy, w tym dwa wymagające nadzoru cały czas, to zdrowe dziecko, siłą rzeczy, spada z łopaty. Co go dosyć martwi.

No to pamiętniczki macie zaktualizowane.

1793

Mamy w domu jednego kota - to jest Bardzo Dziwne.

Owszem, dwa razy we wspólnym życiu zdarzyło się nam mieć jednego kota. Raz przez rok i raz przez miesiąc. Poza tym stan w liczbie 1 (słownie: jeden) nam się nie zdarza i budzi niepokój. Cały czas gapimy się na kota, zwracamy uwagę na kota, głaszczemy kota i mówimy do kota. Kot jest zadowolony.

Zostawiliśmy Karola nieprzytomnego i przytomną Zosię. Karol poszedł na pierwszy ogień, ponieważ od dawna okresowo kuleje, co nas niepokoiło, bo jest duży i obawialiśmy się zwyrodnienia stawów. W związku z tym w pakiecie otrzymał RTG, do czego musiał być nieprzytomny - nie dlatego, że nie da się z nim czegoś zrobić w lecznicy czy jest agresywny, ale dlatego, że musiał przyjąć dziwną pozycję. Stawy idealne, osteoporozy brak, zwyrodnień brak. W badaniu palpacyjnym odkryto... latające rzepki. Jako żywo nie widziałam czegoś takiego. Żyją swoim życiem.

Wada jest wrodzona i nic się z nią nie robi, chyba że zacznie kuleć często (teraz to się zdarza okazjonalnie) - wtedy operacyjnie zakłada się stabilizację. Twarz, obejrzana za nieprzytomności, wykazała jednak do usunięcia dwa kły: po przekątnej, czyli prawy górny i lewy dolny. Wizualizacja zgryzu i wyrazu pooperacyjnego doprowadziła nas do spazmów, aż pani doktor wzięła sflapciałego Karola na ręce, przytuliła go i czule wyszeptała:
- Nie słuchaj ich, Karolku. Jesteś śliczny.
Jedyne zalecenie lekarskie dla ryżego to zrzucić trochę cielska, żeby rzepek nie obciążać.

Odbiór kotów po tuningu zaplanowano na 15.30.
Zdążę się ostrzyc.

***

Wyhaczona Zuzia doniosła, że odezwie się po południu, gdyż... pracuje. No, proszę - od strzału. Ciekawe, co robi, za ile i gdzie. Się czegoś dowiem, to powiem.

1792

Sprawa z Dzikiem miała ciąg dalszy. Żebyśta sobie nie myśleli.

Następnego dnia plan był taki, że odwiozę Dzika do dziadka, a potem jego matkę do roboty. Dzik, jak Dzik - nie chciał rano wstawać, zrzędził, marudził i ogólnie nie przystawał. Matkę to w końcu zdenerwowało, więc rzuciła w przestrzeń:
- Wstawaj, bo ciocia nie będzie na ciebie czekać.
W łóżku zapadła absolutna cisza, a następnie Dzik wyprysnął z niego w okamgnieniu, w locie sam ściągnął pieluchę, którą zapobiegliwie zakłada mu się jeszcze na noc, i runął do łazienki z okrzykiem:
- To ja się wysikam.

Następnie odział się bez protestów, mruknął, że śniadanie zje u babci, po czym zjawił się u drzwi w oczekiwaniu na wybycie. Tymczasem dziadek przybył samodzielnie, w związku z czym Dzik opuścił lokal w ciszy i skupieniu, sugerując jedynie zabranie ulubionej zabawki. Nawet nie zauważyłam, kiedy odjechali.

No.
Żebym nie musiała znowu wyjść przed dom.

***

Jeden kot z głodu wyżera sałatę z parapetu. Drugi wali głową w śmietnik. Edek w tajemnicy chapsnął plasterek kiełbasy. Trzeba się będzie niebawem zbierać.

17 lipca 2014

1791

Wczoraj wieczorem Eduś upolował ćmę.

Był to zaprawdę wyjątkowy okaz ćmy. Wypasiona, wychowywana bezstresowo i rozrośnięta ponad miarę. Karol też na nią polował, ale mu się nie udało. Szczęśliwy i dumny syneczek mamusi zrobił to, co zawsze zwykł był robić z przedmiotami, posiadanymi w pyszczku, czyli przybiegł rączo, by się pochwalić. I doręczył mi ćmę. Żywą i ruchliwą. Wprost na stopę.

Eeeeee... Pffff... No więc... Ze wszystkich sił starałam się nie okazać braku entuzjazmu. Z kolei ćma, na szczęście, okazała resztki rozsądku i wymiksowała się. Ekspresem. Eduś był nieusatysfakcjonowany. W przeciwieństwie do mnie. Czego nadal usiłowałam nie okazać. Czy ja już wspominałam, że robal mnie brzydzi? I nie mówcie, że to jest owad. Albo co. Robal i już. Paskudny i nieakceptowalny. W tym zakresie jestem stuprocentową rasistką. Motyla dziennego też nie. Że skrzydełka ładne? A widzieliście resztę?!

***

W sklepie nieopodal trwa akcja krzewienia zdrowego życia. Ani. Jednej. Popielniczki. Na. Pierdyliard. Metrów. Kwadratowych. W przypływie ułańskiej fantazji nabyliśmy maleńki pucharek do lodów i upieramy się, że tak miało być. Niewątpliwą zaletą POPIELNICZKI jest to, że kosztowała 2,49 zł.

***

Jak Państwo sądzi - ile można przegadać przez telefon z martuuhą?

***

Jutro wyrywamy zęby. Czymta kciuki.

16 lipca 2014

1790

Zadzwonił.

- Wiesz... okrutnie się wczoraj zmasakrowaliśmy z kolegą i gdy wstałem rano, i przeczytałem twój SMS, to pomyślałem, że to racja. Nie umrę zwykłą śmiercią. Głowa mi wybuchnie.
- Wybuchnie zaraz po tym, jak ci napcham w dupę dynamitu i podpalę lont.

Ach! Te pełne czułości rozmowy! Co by nie mówić, wynik jest pozytywny. Znalazłam zegar w tablecie i wyłączyłam budzik. Faktycznie był ustawiony cyklicznie. Jutro o świtaniu ruszyłabym na stolnicę i wsadziła mu ten dynamit. Tak sądzę.

***

Dziecko donosi, że ma adres. Cudownie przestać być matką bezdomnej.

***

Potrzebuję na gwałt jakiego starego telefonu, bo nie mam w co wsadzić karty z LycaMobile. Moją nokię - staruszeczkę coś zeżarło. Może to dobry moment, by zacząć szukać nokii i znaleźć przypadkiem suszarkę?

***

O poranku usłyszałam przez okno syrenę alarmową. Wyła na pełny regulator. Aż się koty w szafach pochowały.
- Mamuuuuuuniaaaaaa!!! Ja nie chcę sandaaaaaałkóóóóóóóóów!!! Ja nie chcę zamykać drzwiiiiii!!!
Akurat schodziłam na dół. Gdy otwarłam drzwi od klatki, wrzask ucichł, jak ucięty nożem. Na chodniku stał Dzik i na mój widok zaczął wyglądać niewyraźnie.
- Czego się drzesz, synu szatana?! - zapytałam czule. - Nie akceptuję takich wrzasków. CISZA!
Zawstydzony Dzik poruszył się gwałtownie, by zniknąć za nogą matki.
Odwiozłam ich do dziadka. Przez całą drogę milczał jak zaklęty, choć normalnie gęba mu się nie zamyka. Pewnie z obawy przed przyschnięciem języka do podniebienia.
Wysiadłszy, obrócił się, posłał mi całusa i słodziutko powiedział:
- Pa, Asiu. Pa.

Możecie planować w swoich budżetach wynajmowanie mnie na godziny. Stawkę się ustali. Na sam mój widok dzieci zaczynają być grzeczne, muchy mrą w powietrzu, a chwasty więdną. Wachlarz usług dość szeroki, satysfakcja gwarantowana.

1789

Wczoraj Prezes wstał o 4 rano i pojechał do stolnicy.

Dziś o 4 rano obudziły mnie dźwięki. Nie były to dźwięki, które zidentyfikowałabym jako moje dźwięki budzące. Lecz nie przestawały, a dochodziły z gabinetu. Wstałam. Noga za nogą dowlekłam się do sąsiedniego pomieszczenia. Trochę mi zeszło na lokalizowaniu, bo nie byłam przesadnie dziarska. W końcu odnalazłam źródło - tablet Prezesa, który wyraźnie załapał budzenie cykliczne. O 4.

Nigdy nie dotykałam tego sprzętu, a była 4 rano i za cholerę  nie mogłam odnaleźć funkcji wyłączania. Jak Państwo rozumie, irytacja rosła z każdym pipnięciem. Już miałam otwierać okno celem pozbycia się wroga, gdy nagle... JEST. Zamilkł.

Ok. 6 rano napisałam do Prezesa SMS, w którym poinformowałam go, iż nie zejdzie z tego łez padołu leżąc sobie spokojnie w łóżku. Przeciwnie - ani chybi będzie to burzliwe wydarzenie. Nie odpowiedział.
Muszę go dziś ucapić, żeby mi wskazał, jak się ten @#$%^&$%^& budzik obsługuje. Drugiej pobudki o 4 mogę nie znieść. A on może nie przeżyć. Natomiast tablet może nas gwałtownie opuścić.

Lotem koszącym.

1788

Od czasu, gdy zainstalowałam sobie nowy sprzęcik w postaci kierunkowskazów ruchu sieciowego, zauważyłam, że w kuchni jestem z Chorzowa, a w pokoju z Zabrza.
Natomiast w fabryce przychodzę z Katowic.
I to też ma się nijak.

Miłego dnia Wam życzę, Moi Drodzy.

A na dzień dobry, stary numer Abelarda Gizy. Stary, ale jary!

15 lipca 2014

1787

Dziecko zameldowało przybycie do celu. Obecnie węszy za wiązką zgniłej słomy w jakimś ciemnym kącie pod dachem. W tym roku nie jest tragicznie, bo mogą spać w samochodzie. Jak się równiez okazało, fabryka ciastek nadal stoi, a więc istnieje szansa na zatrudnienie. Oraz zwrot wyasygnowanej przeze mnie gotówki.

***

Dzięki podstępnemu zawłaszczeniu wentylatora oraz pełnemu zaciemnieniu, udało mi się osiągnąć pewną w miarę przyzwoitą atmosferę w miejscu świadczenia pracy. Oczywiście nadal zazdroszczę tym, którzy zasiedlają pomieszczenia z klimatyzacją, zwłaszcza że w tych pomieszczeniach w zimie jest - dla odmiany - ciepło, w przeciwieństwie do mojego, w którym w zimie jest - dla odmiany - zimno. Bilans jednak wychodzi na zero, nie mogę narzekać, mam i saunę, i zamrażarkę. A że w nieoczekiwanych momentach? Życie, gdyby było nadto oczywiste, stałoby się nudne.

***

W domu oczekuje mnie mnóstwo zwierząt, bo i kocie stadko, i obsiadające je roztocza. Miło mieć liczną gromadkę. W dodatku żadne ze zwierzątek nigdzie się nie wybiera, wprost przeciwnie do dwunożnych domowników. A może bym pojechała do rodziców w odwiedziny? Rozważam opcję.

***

Kwadrans zszedł mi o poranku na szukaniu zapasowej suszarki do włosów, gdyż główną wzięło z się dziecko. Nie ma. Diabeł ogonem nakrył. Mam loczki. Szlag mnie trafia.

1786

Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło...

Nie ma dziecka - eintopf starczył na dwa dni.
Aż strach pomyśleć, ile zaoszczędzimy wody!

(Drogie roztocza, proszę śmiało rozsiąść się na kocie).

14 lipca 2014

1785

O 17:30 Krzysztof mówił, że do promu jeszcze 4,5 godziny.

Co tam będą robić do czwartej rano, nie wiadomo. Póki co, poruszają się prawą stroną jezdni i donoszą, że żyją. Na moje kulturalne pytanie: parlez vous francais? odpowiada: nie i chyba nie pogodomy. I żebym jej nie wypominała, że w zamierzchłych czasach napisała SMS, że chyba zgubiła potrwel. Albowiem jest pewna, że zna jeden język. No ja nie wiem.

***

Policja sprawdziła dziś mą trzeźwość. Stan - bez zmian.
Pani policja była dość zainteresowana i zapytała o zawód (tak, w trakcie kontroli trzeźwości). Standardowo odpowiedziałam, że miłosny. Nie jestem w stu procentach przekonana czy nadążyła. Lecz nie drążyła.

***

Prezes wyjeżdża jutro do stolicy i kiedy powróci - nie wiadomo. Zostaję więc słomianą wdową oraz słomianą osieroconą matką. Gdyby nie te koty, chyba targnęłabym się na.

***

Prezes zapytał mię dziś, czy ja sądzę, iż powinien pobrać urlop letni NOW. Oczywiście, niech sobie pobiera, koty się ucieszą. Ja się ucieszę. Ugotuje. Posprząta.
Zaczął krzyczeć piskliwym tonem, że mu organizuję urlop, którego wszakże zawsze za mało. A potem zamknął się w sobie.
Ja wezmę urlop, gdy wróci dziecko. Wtedy nie będę musiała sprzątać. Sprzątanie jest przereklamowane.

***

Szef mi zepsuł weekend, bo zadzwonił w piątek o 18:30. I jeszcze sugerował, że mam się cieszyć, bo nie w sobotę.
W odwecie ja zepsułam dziś tydzień. Cały. Wszystkim. Jestem z siebie bardzo dumna.

***

Popłaciłam wszystkie rachunki i nie mamy na pokarm. A to jeszcze nawet nie połowa miesiąca.
Datki przyjmuję.
Może być cebula oraz pilnik w chlebie. Muszę się stąd wydostać!

1784

No i pojechały.

Zanim dotrą tym autem do Trowbridge, zjem prawdopodobnie buty. Co prawda mała jeździ jak stary wyjadacz, ale jednak to pierwsza taka długa wyprawa. No i pierwszy keep left w jej życiu.
Da sobie radę, w to nie wątpię. Zawsze i ze wszystkim daje sobie radę.
Ale jestem mamą, nie? To się mogę martwić i niech mi ktoś zabroni.
Ech....

13 lipca 2014

1783

Zuzia pakuje się do odlotu. Na dwa miesiące.

W domu bałagan: walizki, kołdry, robocze buty do stania przy taśmie, kosmetyki, ręczniki i ogólny szał. W tym szale Zośka - opętana z rozpaczy, płacząca w przedpokoju, przenosząca myszy tam i z powrotem. Ten, kto wymyślił teorię, że koty przywiązują się do miejsca, w życiu nie widział nawet koniuszka kociego ogona.

Noszę Zośkę na rękach, przytulam i przemawiam czule.
- Wróci, zobaczysz. Wróci. Gdzie by jej było lepiej niż w domu z tobą.
Zupełnie nie obchodzi jej to, co mówię. Pogrążona w rozpaczy wygłasza własne teorie i łka. To będzie trudny czas. Zwłaszcza że przed nami wyzwania stomatologiczne.

Zuzia rusza o 6:00.

12 lipca 2014

1782

Zuzia wróciła do domu i, pominąwszy "dzień dobry", pisnęła od drzwi:
- Zostały dla mnie jakieś pomidorki?!
Fenomen pomidorków.

Przygotowałam więc instrukcję obrazkową (dorabiając dla niej pomidorki, w końcu to jedyne dziecko, jakie mam), ponieważ ja nigdy do żadnego przepisu nie podaję ilości - wszystko w kuchni robię na wyczucie w dłoni. A to nie ułatwia zainteresowanym przepisem. Wobec tego - proszę. Oto ilości.

1. Pokrojone i osolone pomidorki.


2. Czosnek przeciśnięty przez praskę.


3. Na to majonez (ja daję kielecki, bo innych nie lubię).


4. Top: tarty ser. U mnie akurat mozarella, ale basic to żółty.



PS Moi kuzyni okradli staruszków z sernika. Jestem minimalnie zażenowana.

1781

Reminiscencje poimprezowe.

Prezes był dziś ukończył, a więc odbyła się ta sławetna impreza z udziałem. I co?
- No i patrz pan - powiedziałam do mojego młodszego kuzyna podczas wspólnego papierosa w kuchni. - Ładnie wyszło. Nie mogło to tak być zawsze?
Żachnął się.
- Cholera! To samo chciałem powiedzieć. Zawsze podbierasz mi puentę.
Kolejna wspólna impreza w połowie sierpnia - z okazji jego urodzin.

Zeżarli, co było do zeżarcia, wypili, co było do wypicia i... uwaga! Całą grupą ruszyli na piechotę do domów. Tzn. ciocia i moi kuzyni na piechotę, bo mają niedaleko. A rodzice na tramwaj. Który ma przystanek pomiędzy naszymi domami. Moi rodzice. Na piechotę. Na tramwaj. Tego jeszcze nie było.

Udałam się Wam, c'nie?

***

- Z nieznanych przyczyn fenomen pomidorków znów święcił tryumfy - skwitował Prezes, znosząc talerzyki.
Fenomen pomidorków jest doprawdy poruszający. Tam nic nie ma, a wszyscy je wchłaniają, jakby były przynajmniej szampanem z kawiorem.

Robicie tak:
- pomidory w grubszych plastrach rozkładacie na talerzu,
- solicie,
- na to czosnek, przeciśnięty przez praskę (chyba że jesteście martuuhą, to siekacie),
- potem majonez
- i na górę tarty żółty ser.

Nikt nie rozumie, dlaczego to działa. ZAWSZE przy stole jest walka o ostatniego pomidorka. Ile bym nie zrobiła i kto by nie był moim gościem.

***

Prezes z moim młodszym kuzynem już się umówili na przyszłą sobotę, bo odkryli wspólne hobby i są zafascynowani.

***

Sernika upiekłam dwa kilogramy, bo wiem, jak jest. Każdy u mnie z grzeczności je jeden kawałek. I siedemnaście z niegrzeczności. Część elegancko zapakowałam - połowę dla moich kuzynów i cioci, drugą dla rodziców, żeby nie padli w tym tramwaju. Kuzyni powiedzieli, że poniosą, bo nie wypada, żeby starsi ludzie...
- Tatooooo... - krzyczałam przez okno - oni mają twój sernik. Nie daj się oszwabić.
- Co mówisz? - spytał tato.
- Nic, nic - kuzyni na wyprzódki zakłócali kontakt wzrokowy pomiędzy mną a protoplastą. - My wszystko załatwimy. Nie kłopocz się, stryju.
A przecież mogę im upiec tego sernika, ile tylko chcą i kiedy chcą. Stare konie - jak dzieci.

11 lipca 2014

1780

O so cho, czyli po wizji lokalnej.

Bylim zobaczyć dom. Sprawa jest skomplikowana, ponieważ istnieje pośrednik. Z ramienia pośrednika w roli pierwszoplanowej występuje wkurwiająca (no, sorry, nie da się tego innym słowem) pani, niewiele starsza od mojej córki. Nawiasem mówiąc, odkryłam niszę rynkową dla dziecka osobistego - nic nie trzeba wiedzieć, wystarczy prowadzić samochód, posługiwać się GPSem, trafiać do miejsca przeznaczenia i ładnie wyglądać. Dziecko to wszystko ma.

Pani była przerażająco indolentna. A że była młoda i ładna, to Prezesowi chyba trochę żal się jej zrobiło, gdy przejechałam kózkę walcem. I tu nie zamierzam wyrazić skruchy (martuuha - pacz!). Jeśli mam zapłacić komuś 15.000 zł, to chcę wiedzieć, za co. I takie pytanie pani zadałam, a ona nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Jestem głęboko przekonana, że - jako osoba całkowicie z zewnątrz - mam większe pojęcie o nieruchomościach niż pośredniczka.

Nie potrafiła nawet odpowiedzieć na pytanie, jaką dokumentację gromadzi biuro nieruchomości dla klienta. Przy drugim podejściu do tego pytania, kiedy próbowałam podrzucać odpowiedzi z cyklu: wyciąg z ksiąg wieczystych, pani uznała, że ją osaczam i atakuję.
Kurwa.
Ostatnio zarobiłam, pochwalę się, 2.500 zł brutto (hipotetycznie, bo jeszcze nie mam na koncie). Potrzebne do tego było napisanie artykułu NAUKOWEGO (naprawdę zatrudnili mnie na takim stanowisku!) z dziedziny, o której nie mam zielonego pojęcia, a wymaga ona lat bardzo ściśle sprofilowanych studiów, plus praktycznego doświadczenia. W zasadzie to zarobiłam 5.000 zł, ale połowę nie dla siebie. Kto pracuje naukowo, ten rozumie, jak to działa. Kto ja niby jestem, żeby przedstawiać jakiekolwiek teorie? Ja jestem nikt. To musi firmować jakieś nazwisko. Ergo: ja robię, Szef daje swą godność i kasuje połowę. I tak się cieszę, uwierzcie.

Przeryłam się przez kilka kubików literatury specjalistycznej, nad którą oczy mi łzawiły. I słowa nie powiem. Te kosmetyczne poprawki, wprowadzone przez Szefa, były po prostu śmieszne. Jestem z siebie dumna, a nikt mnie nie pochwalił. Cholerajasnapsiakrew. To poszłam do Prezesa i mówię mu, że robię w tym instytucie ds. opętania i szaleństwa zaledwie pięć miesięcy. I dałam sobie radę! Pochwal. Pochwal mnie czasami! (Żałosna ta potrzeba akceptacji).

W każdym razie, wracając do adremów, pani zamierzała zarobić trzy razy tyle, co ja, bez jakiejkolwiek znajomości tematu. Bez liźnięcia nawet. I w ogóle nie miała z tego tytułu wyrzutów sumienia. Nie-akceptuję-takich-postaw. W związku z powyższym stłukłam ją werbalnie i mentalnie. Jeśli chce zapłaty, stanowiącej równowartość pół roku mojej pracy, to musi się postarać. I gówno mnie obchodzi, czy płacze teraz w kąciku.

Sam dom - nie.
Właściciel - nie (z wyglądu cwaniaczek, to się przełoży na problemy z nieruchomością).
Ogrodzenie niekompletne, podjazd niewybrukowany, toaleta na dole nawet bez wylewki na podłodze, w garażu uszkodzona (lub niezamontowane prowadnice - zapewne nie bez powodu) brama, brak balkonu, brak tarasu, a on mi mówi, że za szafę w sypialni zapłacił pięć kafli. Mnie się ta szafa nie podoba i ja jej nie chcę. Oderwij se od ściany.
Jeśli chodzi o miejsce - w lecie super. W zimie... telepraca. Bo gdy spadnie śnieg, to się nie przekopiesz.
Gadanie, że dalsze działki są nieużytkami i nikt tam niczego nie będzie budował, zachwyciło mnie. Skąd bowiem ta pewność? Przekształcić nieużytki na rolną praktycznie się nie da (bo to kompletnie bez sensu), ale na budowlaną?! Rach, ciach i po sprawie. Tereny piękne, aż się proszą o dalszą rozbudowę osiedla.
Nie.

Szukam dalej.
Trochę mi smutno.
Przyznać się, kto mi nie życzy, ale już.

1779

Trzy ćwierci od śmierci.

A w zasadzie jedna. Bo Melisski już mam (nawet dwie pary, w tym jedne od Vivienne Westwood), Irregular Choice'y mam, zostały do zdobycia osławione pantofle od Louboutina. Dajmy na to takie:

I można umierać. Te ostatnie raczej w klimacie pandeMonii, czyli na półeczkę. Bo grzech w tym chodzić.

A propos grzech chodzić. Państwo samo zobaczy.


Widać, że jednak do fabryki nie przyleciałam na skrzydłach.
Prezes sugeruje zakup takich folii, jak na ekran telefonu.

A tutaj samo obuwie - rzut typowo fabryczny.


Chciałabym Wam jeszcze pokazać pudełko, na widok którego prawie się rozpłakałam. Dbają o każdy szczegół, włączając opakowanie. Gdy się kupuje czojsy, to nie trzeba do tego żadnej torby: pudełeczka mają własne, wysuwane sznureczki, za które można złapać i nieść. Gdy to zobaczyłam, musiałam natychmiast otworzyć Prosecco. Z bąbelkami.

Przepraszam za jakość zdjęcia - robiłam je w nocy, żeby natychmiast wysłać MMSem do martuuhy. A w kuchni mam lampę w postaci trzech żółtych kul. I światło jest, jakie jest.


10 lipca 2014

1778

Ha.
Haha.
Hahahhahhahahahahhahahha,
W punkt!


1777

Pod poprzednią notką Zuzia skomentowała:

A tak na serio, to jak Ty to robisz? Wiesz, szef szaleje, gromi, zwalnia a Ty nic, tumiwisizm itd.
Jakie są na to sposoby? ja jak widzę tylko maile od pewnych osób zaciskają mi się aż szczęki, a co dopiero jak mam z nimi konfrontację.... :(
a 20 lat już dawno nie mam, wypadałoby pomału mieć taką postawę :)

I temat ten wydał mi się godzien rozwinięcia.

Nie mam w zasadzie niczego konkretnego do poradzenia, bo rzecz wydaje mi się ściśle spersonalizowana. Jeden człowiek wychodzi z nerw, bo coś, a drugi, bo coś innego. Mechanizmy są różne, a efekt tylko z pozoru podobny. W każdym razie chodzi pewnie o wyznaczanie granic. W moim przypadku przez większość życia to był problem.

Zwróćcie uwagę, że zwykle (nie mówię, że zawsze, ale często) nie mamy problemów z asertywnością w stosunku do osób obcych, z którymi nie wchodzimy w różne zażyłości i zależności. Przy czym zdecydowanie mniejsze problemy mają chyba mężczyźni, ale i kobiety często sobie z tym radzą. Kłopoty zaczynają się w relacjach z bliskimi (rodzina) lub bliskimi zastępczymi (szef, współpracownicy itp.). Dziecku czy szefowi nie powiesz: spieprzaj, dziadu. Co innego dziadowi. Miałam identycznie.

Należę do tzw. prymusów. Jestem dopięta i posprzątana, zawsze przygotowana, słowna, obowiązkowa. Niewypełnienie polecenia przełożonego nie mieści mi się w głowie. Tworzy to płodne poletko pod zwalanie mi na plecy wszystkiego, co za szybko nie ucieka. Im bardziej odpowiedzialne stanowisko zajmuję, tym mocniej się staram, co pociąga za sobą nieprzespane noce (ja nie mogę nie wiedzieć i się nie znać), wypadające włosy i sraczkę. Najprostszy sposób, by mnie zabić, Amelio (która twierdzisz, że nie umrę zwykłą śmiercią), to uczynić mnie prezesem jakiejś wielkiej spółki bądź, dajmy na to, premierem. Zajadę się na śmierć. Bez potrzeby dopilnowywania.

Kilka lat temu niewiele brakowało. Obciążono mnie obowiązkami ponad fizyczne możliwości (bo przecież wiadomo, że ja zrobię najlepiej) i coś we mnie pękło. Właściwie to sądzę, że i tak nie skończyło się najgorzej. Ot - nawrzeszczałam na dyrektora, po czym rozpłakałam się histerycznie. A przecież mogłam dostać udaru. Albo zapaść na depresję. Możliwości mamy wiele.
- Jak chciałabyś to załatwić, gdybyś mogła cofnąć czas? - zapytała moja koleżanka, psycholog kliniczny.
- Na pewno bez krzyków i płaczu, bo to było upokarzające.
- Wobec powyższego dziś nauczymy się, jak wyznaczać granice - uśmiechnęła się ciepło.
I wiedziała, co mówiła. Przecież jestem prymuską, to mogę się nauczyć w trakcie jednej lekcji, prawda?

Naturalnie nie było tak kolorowo. Nawyki, które kierowały moim postępowaniem przez blisko 40 lat, nie znikły od jednej rozsądnej rady. Ćwiczyłam codziennie. Zaczęłam od mówienia stop w chwili, gdy czułam swędzenie w środku. Bez czekania na eksplozję. Bo wcześniej zaciskałam zęby i starałam się przetrzymać. A to jest głupie i złe. Dzięki pracy nad sobą udało mi się zacząć zatrzymywać różne niekorzystne sytuacje w zalążku, zamiast dopuszczać do eskalacji, kiedy nerwy miałam napięte jak postronki i o opanowaniu można było jedynie pomarzyć.

Potem zaczęłam się uczyć, jak nie brać do siebie. Zasadniczo oś poczucia winy jest spolaryzowana na loco w sobie z jednej strony, a zwalaniu wszystkiego na otoczenie z drugiej. Większość ludzi zdrowo balansuje gdzieś w wartościach środkowych. Ale nie ja. Ja czułam się winna ZAWSZE. Kuriozalna była oniegdysiejsza rozmowa z martuuhą.
- Fatalna pogoda - rzuciła martuuha w przestrzeń w celach fatycznych.
- Przepraszam - odpowiedziałam natychmiast, bo to było u mnie, więc czułam się odpowiedzialna, żeby jej pobyt przebiegał bez zastrzeżeń.

Obecnie udaje mi się w miarę dobrze rozpoznawać sytuacje, w których nie mam sobie nic do zarzucenia. A skoro nie mam, to czemu mam brać do siebie? Udaje mi się już w miarę dobrze rozpoznawać sytuacje, kiedy należy odpuścić - zrozumiałam bowiem, że beze mnie świat się nie zawali. Nie jestem odpowiedzialna za dobrostan Ziemi.
Jest takie powiedzenie, przypisywane Hemingway'owi: Denerwować się, to mścić się na własnym zdrowiu za głupotę innych. Naprawdę warto je przemyśleć.

I jeszcze jedna sprawa, którą chciałabym ten wywód zakończyć. Otóż to wszystko nie przyszło mi łatwo. Ciężko, długo i systematycznie na to pracowałam. Obecnie jestem pewna, że było warto. Zwłaszcza gdy opowiadam Prezesowi (a on ryczy ze śmiechu), jak to doprowadzam dyrektora do takiego stanu, że wrzeszczy, macha rękami oraz drze kartki i rzuca je na podłogę. A ja stoję i łagodnie się uśmiecham.

Przecież wystarczy nie wydawać mi poleceń, niezgodnych z przepisami, i czekać, że się mnie złapie na ich wykonaniu, a następnie wypierdoli bez mydła. Takiego wała. Postaraj się bardziej.

1776

Jedziemy windą po zlocie popołudniowym, liczna grupa uczestników, sami kierownicy. I Boguś.

Boguś jest naszym najstarszym pracownikiem. Jedziemy, jedziemy, winda zatrzymuje się na kolejnych piętrach, ludzie wysiadają. W końcu zostajemy z Bogusiem we dwoje. Drzwi się zamykają, Boguś wzdycha.
- Widziałaś? Sami kierownicy. Gdzie się nie obrócisz - kierownik.
- Właśnie - odpowiadam niezrażona. - A robić nie ma komu.
- Otóż to. To ty rób, a ja idę do domu.
I w ten oto sposób prawda o kierownikach (ja) i pracownikach (Boguś) ujrzała światło dzienne.

***

Dziecko donosi, że czojsy przybyły. Niestety spotkam się z nimi dopiero jutro, gdyż abowiem dziecko ciągnie wory w Żabce do 23:00. A odebrała i ma w samochodzie.

***

Dzwoniła wreszcie pani pośredniczka i po raz kolejny przesunęła oglądanie domu. Zaczynam przyglądać się temu z fascynacją. W każdym razie, o ile nic się nie zmieni, zobaczymy go jutro późnym popołudniem. Złożę stosowne sprawozdanie. Ze zdjęć wygląda przyzwoicie, przynajmniej wewnątrz. Gdyz na zewnątrz jest niepokojąco zielony. Co zabawne, od tego, co to się nie dogadaliśmy w sprawie ceny, jest 30.000 zł tańszy, ale za to o 50 m większy. No i, zdaje się, młodszy. To ja już nie wiem.

***

Pijąc z koleżanusią poranną kawę, poświęcamy się absolutnie niezbędnej czynności, czyli pięciu minutom dla bliźnich.
- No, tak.... - podsumowuje koleżanusia ów arcyważny proceder, odstawiając filiżankę i wydmuchując coś z elektronicznego papierosa. - Od czterdziestki to jesteśmy w skomplikowanym wieku. Faceci nie nadążają w żadnej dziedzinie. A szczególnie, gdy chodzi o seks. Właśnie! Jak tam u ciebie w tych sprawach?
- Dziękuję, w żaden sposób nie odstaję od archetypu - wzycham.
- Czekaj, bo mi się przypomniało. Mój mąż pyta, kiedy przyjedziesz.
- A co? Twój mąż chce za mną nadążyć, jak za tobą nie nadąża? W tych sprawach?
- Pojęcia nie mam. Przyjedź i sprawdzimy.
- Ja sprawdzę, a ty zrobisz z tego film pełnometrażowy. Tylko żeby mi drugi podbródek nie wisiał.
- Nie przejmuj się, brzuch mojego ślubnego ci zasłoni.
Lubię tę robotę.

9 lipca 2014

1775

Czasami oglądam buty dla sportu.

Słowo daję. Nie mam zamiaru niczego kupić i rzeczywiście nie kupuję. Obcuję. Dla przyjemności.
I chciałam Państwu pokazać, co wyobcowałam wczoraj w nocy, kiedy uznałam, że robię przerwę od oglądania "Downton Abbey". (Tak, dziesięć sezonów "Chirurgów" już zaliczyłam).

Zamieszczam jedno zdjęcie, a po resztę, czyli ogląd z różnych stron, zapraszam Państwa TU. To będzie doprawdy pouczający ogląd, więc nie żałujcie tego klika.
Na przykład one mnie, te buty, bardzo rozbawiają z rzutu en face. I od tyłu też wyglądają przebiegle. Sądzę, że oddają znakomicie mój charakter. Ale, jak wspominałam, zrobiłam to wyłącznie dla obcingu. Gdyby ktoś chciał mi je podarować, tobym przyjęła. Ale płacić za nie to przesada.

***

Obserwuję niepokojące objawy u Szefa. Zwykle paranoja pojawia się u niego w systemie sinusoidalnym, a obecnie zniżkujemy już trzy dni. Bez wizji na poprawę. Zgnoił dziś legiony, ze mną włącznie, czym - jak zawsze - w ogóle się nie przejęłam, uporczywie obstając przy stanowisku: jak się cieszę, że cię widzę. Im bardziej ja się cieszę, tym bardziej on się wkurwia. Co, ma się rozumieć, tylko nakręca moje rozbawienie. Ciekawe czy kiedyś przejrzy ten podstęp.

***

Odwiedziła mnie dziś w pracy mamaPiotra i wyraźnie jej się podobało. Najbardziej mój radosny tumiwisizm, co podkreśliła w windzie, gdzie huśtałam całym łoterlem, przytrzymując się rurki, i nuciłam pod nosem. Gdyby ktoś nie wierzył w to, co tu piszę, zawsze może zapytać świadka.
Świadek solennie postanowił bywać częściej. Musimy tylko pamiętać, by nie przechodzić przed smoczą pieczarą, bo stamtąd wydobywają się obficie opary nienawiści do świata. Ale to nie problem, istnieją drogi alternatywne, tym zabawniejsze, im bardziej podziemne.

***

Robotę dla przedstawiciela handlowego, z naciskiem na medycznego, chętnie przygarniemy. Gdyż został zredukowany w pogromie i niepokoi się, że nieprzesadnie chętnie świat zaprasza go na rozmowy. A czas leci i jeść trzeba.
Gdyby ktoś coś, to mój mail w profilu.
Będę dźwięczna, dzyń, dzyń.

8 lipca 2014

1774

Odkryłam właśnie w jakimś zakątku swojej duszy, że nad morze to bym pojechała.

Nie pamiętam już, kiedy byłam na jakimś urlopie. No i nie grozi mi, choćby ze względu na fakt, że Zuzia w poniedziałek wybywa w świat na dwa miesiące. W związku z czym nie ma z kim kotów zostawić. A z przypadkową osobą syneczek mamusi nie zostanie za żadne skarby świata.

***

Osoby:
Prezes
prezesowa
syneczek mamusi (stający na głowie)

Czas akcji:
zmierzch

Miejsce akcji:
kuchnia

prezesowa: Chodź no tu, syneczku mamusi.
(Syneczek mamusi natychmiast przybywa rączo, po czym staje na głowie i wyczynia).
prezesowa (rozczula się): Kochany taki. (Do Prezesa) Zobacz jaki laluniek, wszystkie nóżki do góry wystawił i się cieszy.
Prezes: Miał być dzikim, niezależnym kotem.
prezesowa: Mamusia nigdy by na to nie pozwoliła. Śliczny, kochany syneczek. Została z kotkiem w domu na czas jakiś i...
Prezes: I zrobiła z niego LALUŃKA!
(Laluniek wije się w konwulsjach ze szczęścia i wyraża zadowolenie z bycia laluńkiem).

***

Jest niezaprzeczalną prawdą oświeconą, że z każdego zwierzęcia zrobię ostatniego szmaciarza, który będzie pękał ze szczęścia na zawołanie. Muszę kiedyś spróbować z żółwiem.



1773

Odkryłam dziś w internetach, że ósmy lipca - dniem samojebki.
Hasło przewodnie brzmi: Nie popełniam tego samego błędu dwa razy. Robię to pięcio- lub sześciokrotnie, żeby mieć pewność.

To się ma.
Szef natłukł dziś wszystkim, którzy w porę nie uciekli, ze mną na czele*. Po czy wyjechał. Ponoć nie wróci i na to właśnie liczymy.
Wstąpiłam do kolegi, by połączyć się w bólu. Przekazał mi, żebym nie udawała się do Pałacu, bo naczelny tłucze tam wszystkich pracowników kijem. Cenna uwaga. Po co niby miałabym oberwać dwukrotnie? Nie, to nie jest ten sam błąd. To jest błąd całkowicie odrębny.

Na pocieszenie: przyszła koleżanka i przyniosła mi ciastko. Z malinami. I z galaretką. Natomiast rano przydybałam kolegę, ryjącego w zamrażalniku. Okazało się, że z tej rozpusty na śniadanie jada lody.
- Lodzika?! - kwiknęłam radośnie.
Kolega z tych nielicznych nieświntuszących, więc się spłonił i zmienił temat.
Ludzie to się dopieszczają, naprawdę. A ja, kretynka, przynoszę z domu kanapki. Trzeba z tym skończyć.

Czojsy do mnie pędzą. Planowane doręczenie w czwartek. Pewnie w piątek będzie lało, żebym nie mogła w nich wypruć.


* Czym jak zwykle oraz bezczelnie się nie przejmuję. Dodatkowo na jego pretensje odpowiedziałam, że bardzo dziękuję za wszelkie uwagi, bo to pozwala mi się uczyć. Kazał mi wyjść.

7 lipca 2014

1772

- Koleżanki mówią, że jeszcze góra trzy lata i będziesz miał kryzys wieku średniego. No to im powiedziałam, że ty masz kryzys wieku średniego od dziesięciu lat i mnie już nic nie zdziwi.
- A co niby miałbym zrobić z tym kryzysem?
- Pewnie będziesz rwał dwudziestolatki.
- Dwudziestolatki mają mnie gdzieś.
- Najwyżej kupisz se motór. Albo nie! Jakiś nisko zawieszony samochód! Bez dachu. Będziesz nim jeździł i rwał.
- Oszalałaś?! Przecież za trzy lata to ja już nie wysiądę z nisko zawieszonego samochodu, bo mi kręgosłup pęknie!!!

***

- Swoją drogą to ja się zastanawiam, o czym ty będziesz z nimi rozmawiał.
- Z kim?
- No z tymi wyrwanymi dwudziestolatkami.
- Yyyyy... Pfffff...
- Wiem! Zapytaj, jaki zespół lubią!
- Cooo?!
- No, zespół. I nic nie mów o Schubercie. Ani o Schummanie. Pamiętaj - grasz na basie, nic nie wspominaj o fortepianie.

***

- I chciałam podkreślić, że ja to wszystko z tobą przetrwałam.
- Co mianowicie?
- No, wiesz: jaki zespół lubisz i takie tam. A teraz łeb ci siwieje, zapuść se jeszcze brzuch i zaczniesz wyglądać, jak człowiek.
- Co za szczęście, że nie mam dzieci. One by mnie postarzały. I ciągnęłyby kasę. Żarły i srały, jak te koty!

***

- Światło se zapal.
- Po co?
- Do tego przykręcania. Ślepy jesteś jak kura i dłubiesz w drzwiach po ciemku.
- Już jest naprawione. Patrz!
- Właśnie. Pół roku musiało się kiwać i pół minuty roboty.
- I można, tak? I można?!
- Otóż.
- Znowu zostałem bohaterem we własnym domu. Jak już wygram te miliony, to się przekwalifikuję na zawodowego majsterkowicza.
- Nie zapomnij wyprodukować wizytówki.

1771

Sorry, ale jest za ciepło na pisanie.
Nawet koty znajdują się w zasięgu wentylatora. Mimo że szumi.
Oczywiście koty płci męskiej. Bo Zocha leży na internetach. Ani chybi ma coś do powiedzenia światu.

1770

Sauna.

Zdobyłam na wrogu wentylator. To pomoże mi przetrwać do popołudnia.
Ironią jest fakt, że całe piętro jest klimatyzowane - oprócz mojego pokoju. Koszmar. No i nie mam co żebrać o klimę, bo wiem, że za rok będę się przeprowadzać. Wonderful life.
Postanowiłam zawnioskować do dyrekcji, żeby naonczas umieściła mnie w najpodlejszym schowku na mopy na terenie fabryki. To powinno wszystkich usatysfakcjonować:
- po pierwsze, bo będę siedziała w gównianym pomieszczeniu,
- po drugie, bo będą myśleli, że spadłam z łopaty.
A mnie tam wiele nie potrzeba. Wentylator wtedy przysposobię na stałe.

Przez całą karierę zawodową zastanawia mnie, skąd w ludziach ta potrzeba nienawidzenia innych. Ja o nic nikogo nie proszę. Dają - biorę i nie komentuję. Nie dają - nie biorę i też nie komentuję. Ukuto roboczą teorię, że jestem nazbyt miła i uśmiechnięta. Mam się nie cieszyć głupio, bo to podpada. A ja mam po prostu taki charakter: nie przejmuję się głupstwami, nie potrzebuję być ważna i mieć racji, sądzę, że dobrze jest sobie pomagać i okazywać życzliwość, lubię dobre kontakty międzyludzkie, więc staram się o nie dbać. Jeszcze tylko musze zacząć kupować obuwie w Tesco i może osiągnę sukces.
Te buty wkurwiają. Wiem.

Miałam Wam już dawno powiedzieć, że odżywka do rzęs, którą dostałam na urodziny, działa. Posiadłam rzęs firanki. Niedługo będę sobie robić kucyki na powiekach. Można kupować, jeśli ktoś ma luźne mnóstwo pieniędzy.


6 lipca 2014

1769

Żeby nie było - ja nie chciałam jechać. To on.

W ogóle nie chadzam do centrów handlowych, bo nie ma po co. Znaczy byłoby po co, ale po co. No to nie chadzam. On chciał, to z nim poszłam. Do Saturna. I wtedy mi się przypomniało, że kilka miesięcy temu, gdy ostatni raz byłam w Silesii, mierzyłam w Zarze śliczne szpilki, ale uznałam, że są za drogie. No to wstąpiliśmy, bo wyprze.

Słowo "wyprze" pochodzi od wypierania towaru na zewnątrz w moim kierunku. Parli, parli i wyparli.


Pragnę podkreślić, że powinien mi być wdzięczny, gdyż albowiem oszczędziłam na torebce. Którą posiadam od lat kilku. Wyparli z Solara.


Można wzdychać.


PS PandeMonio - nie każ mi dłużej czekać na Twój mail, gdyż dałam słowo Prezesowi, że coś nas opuści. Nie możesz go zawieść. Seriously.

5 lipca 2014

1768

Historia rodzinna o tym, jak znów zostałam matką.

Pewnie wiele osób tak ma, ale mało kto się przyznaje. To ja się przyznam.
Mój tato miał młodszego brata. Brat taty miał dwóch synów. Najbliższa rodzina, a jednak kontakty były słabe. Gdzieś tam kiedyś ktoś się z kimś pokłócił, ktoś komuś na odcisk nastąpił, powiedział dwa słowa za dużo i stało się. Nie warto wracać do prehistorii. Niby utrzymywaliśmy rodzinne kontakty, ale nikt u nikogo raczej nie bywał. Znaczy w kupie. Bo wyłamały się z tego dwie osoby - ja (kto by podejrzewał) i mój starszy kuzyn. Tak było, od kiedy pamiętam. My dwoje w znakomitej komitywie, przeimprezowana wspólnie młodość, na kopy śmiesznych anegdotek.

Były też i inne chwile. Smutne i trudne. Niedopowiedzenia, przemilczenia i domyślania się. Co - jak wiadomo - nikomu na dobre nie wychodzi. Poza tym w pewnej chwili znalazłam się na indeksie. Mój młodszy kuzyn zaczął mieć problemy z alkoholem, a co za tym idzie - niszczył życie sobie, młodej żonie i malutkiemu synkowi. Dziewczyna, w kompletnej rozpaczy, bo nie miała się do kogo zwrócić, przyszła do mnie. A ja, jak to ja - nie kierowałam się więzami krwi, tylko zwykłą, ludzką przyzwoitością. No i pomogłam jej od niego odejść, a potem się rozwieść. Jak się można domyślić - zatrzaśnięto mi drzwi przed nosem. Ku rozpaczy ławy przysięgłych, bimbałam na to, bo uważam, że są w życiu ważniejsze sprawy niż pokrewieństwo. Chcecie po złości? Trudno. Refleksja nie należała do mnie.

I tak sobie było. Mijały lata wzlotów i upadków. Tkwiłam w przestrzeni pomiędzy światami i nadal sobie bimbałam. Do czasu, gdy mojemu starszemu kuzynowi zawaliło się życie i postawił od tego uciec. Tak się szczęśliwie złożyło, że byłam nieopodal. Ucieczka została udaremniona, choć z niemałym trudem, bo podszedł do sprawy nadzwyczaj fachowo i załatwił się koktajlem leków.
Po akcji ratowniczej i zajęciu łóżka dializowego, ktoś musiał powiadomić stryja i stryjenkę. Wzięłam głęboki wdech i pojechałam. Zgarnęłam, odziałam, zawiozłam do szpitala, zorganizowałam i znikłam, żeby nie stanowić przystanku dla roztoczy.

Od tego czasu wiele się zmieniło. Nie w stosunkach rodzinnych, ale pomiędzy nimi a mną. Myślę, że mieli wiele czasu, żeby to wszystko przemyśleć. Tyle samo czasu miał mój młodszy kuzyn, który się w końcu pozbierał, przestał chlać na umór, komplikować wszystkim życie, chwycił się za robotę i za moją namową zaistniał w życiu swojego syna. Może nie jest to wymarzona relacja, ale jest. To ważne.

W ostatnie Boże Narodzenie stryj zachorował. Kaszlał, kaszlał, leczyć się nie chciał, aż zasłabł i karetka zabrała go do szpitala. Diagnoza: bardzo poważne zapalenie płuc. Ta choroba zaciemniała pełny obraz diagnostyczny. Gdy udało się trochę go wyciągnąć, przyszedł kolejny cios - rak płuc. Stan: pozamiatane.
Żył jeszcze pół roku, z czego większość w szpitalach, a na koniec w hospicjum. Umarł w czerwcu.
Miałam wiele czasu, żeby to wszystko przemyśleć i wyciągnąć wnioski. No i zabrać się do roboty.

Najpierw, drugiego dnia po pogrzebie, zadzwoniłam do mojego starszego kuzyna i poinformowałam go, że ja już tak nie chcę. Że w końcu jesteśmy dla siebie najbliższą rodziną, że szkoda czasu, żeby coś wyjaśniać i prostować, że chcę, żeby wszyscy włożyli sobie różne żale w kieszeń i zaczęli być razem. Że żądam wspólnych imprez rodzinnych. I bycia razem przy wigilijnym stole. Że chcę mieć blisko siebie i jego samego, i jego młodszego brata, kiedy będą odchodzili moi rodzice. Żeby na nic nie było za późno.

Milczał przez dłuższą chwilę po mojej przemowie. A potem powiedział:
- Dziękuję.
A trochę głos miał niewyraźny.
- To co? Do roboty? - zapytałam.
- Do roboty. Ty swoich, ja swoich.
Pojechałam do rodziców i wyłuszczyłam im argumenty tonem nieznoszącym sprzeciwu. Mama zareagowała od razu, pogłaskała mnie po ręce i powiedziała:
- Masz rację, dziecko.
Tato ciut się zapowietrzył, a kiedy przekłułam balonik, poinformował zgromadzonych, że to jest jego pomysł. Cały on. Misja zakończyła się powodzeniem.
Mój starszy kuzyn zabrał swoją mamę na Mazury, żeby mogła trochę się od wszystkiego oderwać i z relacji telefonicznych wynikało, że dobrze mu idzie. Któregoś dnia zadzwonił i powiedział:
- Martwię się o mojego brata. Nie wiem, jak do tego podejść, on ma charakterek po ojcu, będzie ciężko.

Zadzwoniłam do młodego z samochodu.
- Jesteś w domu?
- Jestem.
- Mam do ciebie sprawę, mogę przyjechać?
- Pewnie.
- Tylko... wiesz co?
- No co?
- Załóż gacie, bo mogłabym tego nie znieść.
Ryknął śmiechem i podsumował:
- Uwielbiam, kiedy traktujesz mnie jak idiotę. Ale staram się to interpretować jako troskę.

Po raz trzeci opowiedziałam tę samą historię, choć muszę przyznać, że duszę miałam na ramieniu. Żeby to ukryć, podsumowałam:
- I nie bądź buc, co?
Wcale się nie obraził. Uśmiechnął się do mnie i powiedział:
- Cieszę się, że przyszłaś. Też o tym myślałam, ale nie wiedziałem, jak zacząć. A ciebie cholernie trudno spławić.

W przyszłym tygodniu urodziny Prezesa.
Zamierzamy spędzić je razem.
I tak, jam ci matką tego sukcesu. I cholernie jestem z siebie zadowolona.

1767

Sprawozdanie.

Koty nawet nie obraziły się dziś rano za brak śniadania, ponieważ były tak zdumione naszą postawą, że na to nie wpadły. Tymczasem ciut przed dziewiątą wyjęliśmy kontenerki przewozowe, zapakowaliśmy Karola (z oporami, coś mu zaświtało) i Zochę (bez oporów, ona chętnie pozwiedza) i wyruszyliśmy w drogę. Edek został sam w domu po raz pierwszy w życiu, bo Zuzia wyjechała do Krakowa.

Karol miał za złe od chwili, gdy celnym strzałem wepchnęłam go w głąb.
Oba przebadane, do książeczek przegląd rejestracyjny wbity warunkowo. Czas trwania warunku: dwa tygodnie.

Ryży, o, przepraszam, podobno teraz mówi się: bursztynowy - wszystko w normie, wyniki nerkowo - wątrobowe jak młody bóg. Prezes bardzo podbudowany, bo nie było naszego weterynarza i pani doktor powiedziała, że Karol wcale nie jest otyły, tylko po prostu duży i masywnej budowy, a tkanka tłuszczowa w normie. Mamy jedynie pilnować, żeby się nie obżerał. Nerki różnej wielkości, ale to się ponoć zdarza, taka uroda. Warunek: usunięcie jednego kła, a na pozostałych zębach kamienia. Poprosiliśmy również o RTG stawów w tylnych łapach, bo po skokach kuleje.
Bez tego kła będzie wyglądał na większego idiotę niż obecnie.

Zosia podobnie. Ma trochę obniżoną odporność (te węzły chłonne podżuchwowe pewnie nie bez powodu powiększone), nerki i ątróbka idealnie. Dostałam preparat wzmacniający dla niej na rzeczone dwa tygodnie. Do usunięcia dwa trzonowce, no i kamień.
Umówiliśmy się na 18 lipca, bierzemy urlopy i będziemy niańczyć przez cały weekend.

Podobno nie powinno być żadnego problemu z jedzeniem i nie ma potrzeby zmieniać diety. Pani doktor poinformowała nas, że koty rzadko gryzą chrupki, więc Zofia nie powinna mieć żadnych kłopotów w przyjmowaniu pokarmu.

Karolek został pochwalony, że taki grzeczny i zgodny, a on po prostu znajdował się w Matriksie - wypierał całą sytuację, leżał na stole rozpłaszczony jak żaba i udawał, że to wszystko się nie dzieje. Łapę dał sobie podgolić bez sprzeciwów, nie zatrzymywał krwawienia (wiecie, że koty potrafią w stresie nie krwawić, nawet z igłą wkłutą w żyłę?) i zapakował się do kontenerka natychmiast po pierwszych oznakach, że można. Zosia nawymyślała lekarce, ale również bez agresji. Kocham te moje koty - są cudowne, łagodne, lubią ludzi, nie drapią, nie gryzą i nie szamoczą się. Dobrze je wychowałam.
Przecież wiadomo, kto w tym domu wychowuje.
Wszystkich.
I wierzcie na słowo - to się robi miłością i spokojem.

Bardzo się cieszę, że tak wygląda sytuacja. Zęby to w sumie pikuś, układ moczowy zawsze spędza mi sen z powiek. A tu moje staruchy, oba z dużym przebiegiem, wyniki mają modelowe.
Zuzia, powiadomiona telefonicznie, podsumowała:
- Mądrze karmisz.
Dziadkowie, powiadomieni telefonicznie, wykazują duży optymizm.

A gdy to się skończy, czeka nas odrobaczanie i szczepienia. Już wydaliśmy przeszło stówę na łebka.
Kto ma pszczoły, ten ma miód,
kto ma dzieci, ten ma smród.

1766

Sarenza powiedziała, że ma ostatnie dwie pary butów Irregular Choice. W moim rozmiarze. I chce za nie 252,00 zł. Taniej nie będzie.

Jestem Geniuszem Zła.
Zapłaciłam kartą kredytową Prezesa.

4 lipca 2014

1765

I przypomniało mi się, że nie pokazałam Wam nowych butów, na które zrujnowałam się kwotą złotych polskich dwudziestu dziewięciu. No, dobra. I dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy. A teraz to nie chce mi się wyłazić na górę, gdzie spoczywają spokojnie w pudełeczku w szafie. Będzie trzeba zaczekać na zdjęcie.

Otóż Centro. Ja już o tym, zdaje się, pisałam. Pewnie wtedy, gdy kupiłam tam obuwie za piętnaście. Takie mają wyprze. Szał ciał. Ja u nich kupuję dla idei. Te buty Vicini to oni chcą teraz człowieku sprzedać za 69,95. Nie, nie kupiłam. Mają jakąś dziwną numerację i za cholerę nie mogę trafić. Przydałaby się połówka, która istnieje, ale akurat nie pomiędzy rozmiarami, o które mię się rozchodzi. Co prawda w jedne się wstrzeliłam, ale były dwie wersje: standardowe czółenka i open toe. W moim rozmiarze były te bez palców, ale widziałam pełne i wolałam tamte. Więc się obraziłam i kupiłam te śmieszne za trzy dychy. Oraz błękitne baleriny z koronki za dwie. Albowiem światło dzienne ujrzała naga prawda w postaci dziury w bucie, który służył mi do prowadzenia samochodu. W groszki. Znaczy - but w groszki. Właściwie oba.

To głupio mi się jakoś zrobiło: wielka paniusia z dziurą na pięcie. Słowo daję, że osobiście wyniosłam na śmietnik. Postałam tam trochę (nie, nie grzebałam), odbywając stosowną żałobę i poszłam. W końcu nie będę się modlić do balerin. Też kosztowały dwie dychy - nie ma się co rozczulać.
Ale były w groszki.
Lubię.

- Weź sobie moje - zaproponowało Potomstwo, bo ma identyczne i nie używa.
- Chyba twoja matka - odpowiedziałam ponuro.
Bo Potomstwo ma stopę o dwa rozmiary mniejszą ode mnie. Więc propozycja była podła.
Se poszłam, se kupiłam koronkowe. Teraz muszę nogi opalić, bo to jest kolor idealny do opalenizny. A ja wciąż straszę bielą. I to nie zębów, niestety.

A poza tym byłam na kawie z Ciocią Olą. Nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego nazywamy ją Ciocią Olą. Z pewnością stworzyłam ten gryps, ale to było ze dwadzieścia lat temu i zniknęło w pomroce dziejów.
Ciocia Ola ma dwóch synków, w wieku lat czterech i ośmiu, oraz męża w wieku nieprzyzwoitym. Wpadłszy po Ciocię Olę, poszłam sobie owych synków pooglądać, gdyż widuję rzadko. W przedpokoju przywitałam się kulturalnie i skróciłam dystans poprzez wręczenie darów w postaci całej reklamówki różnych żelków, które zostały natychmiast przechwycone przez tatusia celem wydzielania.
- Adasiu - zawołałam do starszego synka wychodząc.
- Słucham, ciociu?
- Pamiętaj, żeby odebrać ojcu te żelki, gdy wyjdę. Tatuś jest stanowczo za gruby, żeby je samodzielnie zjeść.

- Tatuś jest na diecie - zachichotała Ciocia Ola w samochodzie.
- No, patrz pani, jak się wstrzeliłam, hehe.
- Dobrze mu tak! - huknęła z mocą.
- Pewnie - odpowiedziałam śmiertelnie poważnie. - Co to za ojciec, co wyżera dzieciom wszystko z fryżydera?!

1764

Wczoraj Szef szukał ofiary. Miałam pecha.

Cały dzień udawało mi się skutecznie go unikać, więc się rozluźniłam. Źle. Wpadliśmy na siebie na zakręcie, gdy radośnie zdążałam do dyrektora technicznego (to ten ładny).
- Aaaaa! - wrzasnęłam, bo Szef wyskoczył na mnie znienacka zza rogu.
- Właśnie! - huknął. - Co ty mi tam podkładasz?! Ile razy mam to czytać?! Już to czytałem!!! Myślisz, że nie mam co robić?!

Poszło o artykuł, który Szef rzeczywiście zatwierdził, ale zleceniodawca poprosił o rozwinięcie trzech kwestii. Dla mnie nie ma problemu, jak to kiedyś Kaczka oznajmiła światu na fejsiku. Mianowicie zamieściła zdjęcie z czytanej aktualnie książki. O:


Coś chyba w tym jest.

W każdym razie Szef został powiadomiony, wyraził zgodę, zdziwił się uprzejmie, że mam zamiar dać sobie z tym radę samodzielnie, po czym... prawdopodobnie zapomniał. Tymczasem ja, by nie narażać go na zbytni wysiłek, dopisane rozwinięcia zaznaczyłam na czerwono, po czym dokleiłam karteluszek z instrukcja obsługi, wskazując numery stron (żeby nie musiał szukać) oraz informując go, że zasadniczo powinien przeczytać tylko część trzecią, bo dwie pierwsze opierają się na artykułach jego autorstwa, więc szkoda, żeby tracił czas na sprawdzanie siebie samego. Ale przecież nie o to chodziło - tylko o wrzaski.

Na dictum Szefa rozpromieniłam się, całą postawą podkreślając radość z naszego spotkania.
- Jeden, Szefie. Tylko części czerwone. Właściwie, zgodnie z przyklejoną instrukcją, tylko jedną część. Tak się cieszę, że już się Pan tym zajął.
Emanowałam optymizmam na pół budynku. To nie sprzyja przeczołgiwaniu. Szef burknął coś pod nosem, prawdopodobnie kwitując w ten sposób nieudaną próbę zeszmacenia mnie, i poszedł.

Tak oto zaświadczyłam, że działa w praktyce teoria, którą wpajałam ludziom na szkoleniach: uśmiechaj się i wykazuj pozytywne nastawienie. Uśmiechniętego trudniej zgnoić.