30 listopada 2014

1995

Kolejny raz podjęłam uporczywą i, mam nadzieję, nieskazaną na porażkę walkę z bezą. Beza jest moją piętą achillesową. Złośliwie i uporczywie nie chce mi wyjść. Zawsze, ale to ZAWSZE, w środku ma ciągutka. Świnia. A mnie się, rozumiecie, marzy Pavlova. Zeżreć taka Pavlovą nim nadejdzie diety świt, który jest nieubłagany, albowiem po nocy zawsze przychodzi dzień. Tymczasem beza stawia bierny opór mym staraniom. Wredna, podła, na pasku kłamstw mnie wiodła.

Zaparłam się. Nie będzie mi tu beza. Upiekę. Będę piekła tak długo, aż wyjdzie, choćbym miała wyczyścić rynek jajczarski w promieniu 50. km. Poszukuję obecnie źródła jajek bezżółtkowych. Ile można, panie, majonezu ukręcić czy innego kogla-mogla. Zwłaszcza że surowe żółtko mię brzydzi niepomiernie. Co można jeszcze z samych żółtków?

Jaka ona teraz piękna, ta beza. Taka kształtna, obła, lekuchno przyrumieniona. Jeśli znajdę ciągnące się wnętrze, to ja zadźgam szpikulcem, nie zważając na zalotny loczek na czubku. Gorzej, że się cholerstwa sprawdzić nie da nim człowiek śmietanę ubije i owocami obłoży. A potem przykry zaskok i rozczarowanie. Miast westchnień - chujowa pani domu. Taka beza to mi psuje opinię. A sąsiad przed chwilą powiedział, że sernik wymiatał i on chce na tę Pavlovą. Pffff...

***

Tak na marginesie - miałam chitry plan, żeby połączyć dwutysięczną notkę z czterystutysięcznymi odwiedzinami. Kto, pytam się grzecznie, kto mi tu nawłaził i zepsuł?!
Z oka nie mogę Was spuścić nawet na moment.

1994

W piątek Prezes jechał z pracy do domu i kierownica mu się skrzywiła. W wyniku tej klęski dotarł ździebko później. I nie całkiem sam.


Dziękuję, orgia ma się znakomicie.
Czasopismo na samym dole nosi tytuł "Wiadomości ASP". Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego to czytamy. Nie, żadne z nas nie otarło się nawet o Akademię. Ale gazeta ciekawa i zaskakująco tania.
Tolkien jest jakimś starym wydaniem, które zaplątało się w magazynach. Nie ma to jak dokupić brakującą książkę za dychę. Pomijając fakt, że starsze wydania uważam za bardziej wartościowe - kto nie rozumie, czyta poprzednią notkę.
Miłej niedzieli. Korzystajcie nim dopadnie Was trud i znój.

29 listopada 2014

1993

Zastanawiam się często - wiadomo, taki zawód - nad językiem, którego używają osoby piszące książki. Pomijam oczywiście kwestię ewidentnych błędów, jakie jestem w stanie wybaczyć autorowi, ale korekcji i redakcji nigdy, choć z drugiej strony rodzi się we mnie obawa, że autor, który wydał ze dwie, trzy książki, a wydawnictwo na tym zarobiło, zaczyna czuć się tak ważny, że przestaje słuchać redaktora, w miejsce czego informuje, że jeszcze słowo, a zabierze swoje zabawki i wyniesie się do innej piaskownicy. Tak powstaje, jak przypuszczam, większość kulfonów wydawniczych na naszym rynku książkowym. Trudno mi bowiem uwierzyć, choć oczywiście i w tym zawodzie - jak w każdym - zdarzają się fachowcy i zwyczajne palanty, że w miarę doświadczony redaktor czy korektor nie dostrzega ewidentnych błędów, o które potykam się co krok. To jest naprawdę żmudna robota, godziny dziubdziania, ślęczenia nad słownikami i sprawdzania, co na to poradnia językowa. (O błogosławiona elektryfikacjo miast i wsi, która dałaś nam dostęp do profesorów-językoznawców niemal 24 h na dobę). Nawet wyjątkowy kmiot się w końcu ostuka. Przynajmniej trochę.

Właściwie więc nie chodzi mi o te ewidentne błędy czy niezgrabności w, dajmy na to, prowadzeniu dialogów - najsłabszej części wytworów beletrystycznych. Chodzi mi raczej o postrzeganie języka jako tworzywa, które pozwala na uwiarygodnienie opisywanych historii.
Bo książki muszą być spójne. Nie chodzi tylko o zwracanie uwagi na strój bohatera w odniesieniu do pory roku czy doby, nie tylko o jakąś spójność miejsca i czasu. Problem w tym, że większość piszących najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że język jest zwierciadłem rzeczywistości i musi być adekwatny do tego, o czym autor chce opowiedzieć. Będzie przykład, by wyjść poza bełkotliwą teorię.

Ku zdziwieniu Oisaja, już lata temu zabrałam się za czytanie Ziemiańskiego, który w odbiorze Janka jest skrajnym szowinistą, więc czytanie takich książek przeze mnie wydaje mu się nieco dziwne. To ja się wytłumaczę. Otóż czytam z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że nie wypowiadam żadnych sądów na tematy, na których się nie znam, więc by móc porozmawiać o antyfeminizmie Ziemiańskiego, czuję potrzebę zapoznania się z jego działalnością. Mam tak ze wszystkim. Jeśli nic nie wiem lub mało wiem o jakieś sprawie, to milczę. Zwyczajnie - cóż mogę mieć do powiedzenia.
Natomiast po drugie... Czytam, bo to wcale nie są złe książki. "Achaja" i jej kontynuacja w postaci "Pomnika cesarzowej Achai" (właśnie wyszedł tom IV tej drugiej części) są dziełem dość monumentalnym. Tomy miewają po 600 i więcej stron, a ukazało się już siedem. Ziemiański naprawdę potrafi radzić sobie z akcją, prowadzić niezależne wątki tak, by gdzieś w końcu spleść je w węzeł wspólnych wydarzeń, czasem dość zaskakująco zresztą, co mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, bo uważam się za człowieka w miarę przyzwoicie oczytanego, więc większość rozwiązań przychodzi mi do głowy zanim autor tam dobrnie i potem jest przykro*. Powielanie schematów jest słabe, powiadam Wam. Dlatego właśnie nie potrafię pojąć fenomenu Harlequinów w literaturze i komedii romantycznych w kinie.

Tak, owszem, Jasiek ma stuprocentową rację w sprawie szowinizmu. Wszystkie achajowe książki napisane są z punktu widzenia kobiety, o którym autor nie ma zielonego pojęcia i to aż do bólu (co jest dość dziwne), więc zdarzają się chwile, że wysychają mi ślinianki. Bywa tak głupio, że głupiej być nie może. Reakcje bohaterek są żałośnie stereotypowe i poddają mi przypuszczenie, że Ziemiański w domu zwykł wołać do żony:
- Zośka, jeszcze ze stołu niesprzątnięte? Bo nie dam na podpaski!
Po czym walić przebiegającą ze szmatą Zośkę w tyłek, obleśnie rechocząc. Najchętniej, gdy akurat zaprosił kolegów na mecz i wagon piwa.
Ani śladu granic prawdopodobieństwa, jak w danym momencie mogłaby zachować się kobieta. A już erotyka tych powieści po prostu woła o pomstę do nieba. Spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Jednak tym, co zadziwia mnie najbardziej, jest język. Zarówno sam autor, jak i kolektyw wydawniczy zdają się nie mieć zupełnie pojęcia o pewnej fundamentalnej sprawie. Otóż język w swej konstrukcji, jak wspomniałam powyżej, jest zwierciadłem rzeczywistości. Odbija ją po prostu i to w sposób dosłowny. To dlatego właśnie mówi się coraz głośniej o tym, że język polski jest patriarchalny - on dokładnie pokazuje codzienność naszego kraju. Żeńskie końcówki, które coraz intensywniej dorywają się do głosu, są celem licznych ataków i niesmacznych żartów. A to tylko pokazuje, że nasz świat się zmienia: za sterami samolotów zasiadają nie tylko piloci, ale też pilotki, w rządzie zasiadają nie tylko ministrowie, ale też ministry itp. Męski opór przeciw żeńskim końcówkom jest dla mnie całkowicie zrozumiały - oto wymykają się z rąk ostatnie bastiony. A są, ci oponenci, o czym może jeszcze nie wiedzą, na przegranej pozycji. Bo zmian powstrzymać się nie da.

Tymczasem Ziemiański opowiada o świecie kobiet, które (wyłącznie!) obejmują najwyższe urzędy, stanowią armię, sprawują władzę. I kompletnie nie przenosi tego na rodzinę, gdzie pierwsze skrzypce grają ojcowie, oraz na język właśnie. Żołnierze u niego biegły, oficerowie rozkazywały itd. Powiadam Wam, że to niemożliwe! Jeśli oś nacisku w tych społecznościach przenosi się na stronę damską, to język nie może być męski, to zwyczajnie nielogiczne. Skąd wzięło się słowo "żołnierze", skoro desygnat nie istnieje?! Wyobraźcie sobie, że o ogóle posłów w Polsce mówi się "parlamentarzystki". Bez względu na płeć. Idiotyczne? Dziwne? Nienaturalne? No pewnie! Skoro kobiety zyskały tu prawo wyborcze zaledwie 96 lat temu, to nie mogły zdominować języka tak, by najważniejsze funkcje w kraju miały w nazwie żeńską końcówkę. To samo zresztą działa w drugą stronę. Czy przyszłoby Wam do głowy, by o ogóle osób, sprawujących pieczę nad dziećmi w wieku 3-5, mówić "przedszkolanie"? Czy ten rzeczownik w ogóle posiada formę męską? Nie! Oto zawód od zawsze zdominowany przez kobiety, więc mówimy "przedszkolanki", mimo że (z czego bardzo się cieszę) coraz częściej garną się do niego fajni faceci.

"Żołnierze biegły i strzelały" u Ziemiańskiego brzmi źle, sztucznie i niewiarygodnie. Żołnierki po prostu eksplodują mi w mózgu, gdy tylko dotykam okładki. I oficery. I wszystkie inne ważne słowa, choćby na pierwszy rzut oka nam, obecnym czytelnikom i czytelniczkom, wydawały się trochę udziwnione. Bo tam, gdzie dzieje się akcja powieści, takie właśnie nazewnictwo byłoby oczywiste.
No i głową rodziny za żadne skarby świata nie mógł być ojciec.
Bo głową państwa nigdy nie był cesarz ani król.
Niby niewiele, a jednak daje w dupę.

* Tak, spierdolił koniec pierwszej trylogii, to było żenujące i smutne, ale my przecież nie o tym.

26 listopada 2014

1992

Postanowiłam zrobić Wam poranek do kawy. W pierwszej wersji chciałam napisać, że postanowiłam zrobić Wam do kawy, ale pomyślałam, że zaczniecie się przepychać w kolejce.
Oto przed Państwem Edward i Czesław. Oraz burdel. Burdel robi Zuzanna. A niech ma swój wkład w tę wiekopomną produkcję!


I tera Państwo widzi, jak to jest. Rozwali się taki jak basza i go myj. Bo jak nie, to rozdarty.

Miłej sirody. Siroda jest połową czwartku. Czwartek jest małym piątkiem. Enjoy!

25 listopada 2014

1991

Martuuha przypomniała, że nie było sprawozdania z pobytu w sali koncertowej. A ja zrobiłam dla Was zdjęcie! Oczywiście nie jest tak piękne, jak profesjonalne fotografie, które można obejrzeć w internetach, ale łapie chwilę i pokazuje ten ogrom. Uwaga!


Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie i już zawsze chcę siedzieć właśnie tam. Odległość od orkiestry jest porażająca - nie bardzo potrafię to ocenić metrażowo, ale sądzę, że osiągnęliśmy pułap (na oko) piątego, szóstego piętra. A akustyka jest taka, że gdy ktoś z parteru, usadowiony naprzeciw muzyków, kichnie, to ma się ochotę powiedzieć "na zdrowie". Jakby siedział obok. Szokujące i porywające.

Słuchaliśmy "Koncertu na fortepian i orkiestrę" Alfreda Schnittkego i "V Symfonii" Dymitra Szostakowicza pod batutą Stanisława Skrowaczewskiego. Pierwsza część była trudna, ale w tym czasie miałam atak dziecięcej fascynacji i prawie wisiałam z barierek, wgapiając się we wszystko. Aha - nie polecam osobom z lękiem wysokości, kupujcie bilety na miejsca w niższych rzędach. Rzeczywiście potknięcie na ostatnich schodach może spowodować lot koszący zakończony przewidywalnym wynikiem. I nic lotnika nie powstrzyma.

Żeby tak nie konać z zachwytu, powiem, co mi się nie podoba. A jest to tylko jedna rzecz, za to istotna i występująca zarówno w sali głównej, jak i kameralnej. Koszmarnie mało miejsca na nogi. Siedzenie w całkowitym bezruchu przez godzinę (czyli do przerwy) bardzo mnie zmęczyło, a potem była druga godzina. W kameralnej jest ciut lepiej, ale naprawdę ciut. Moja mama sugeruje, że skoro NOSPR budowali Japończycy, to plan był na ich rozmiary. Ja tam nie jestem kieszonkowa, ale też znowu nie jakaś monstrualna - trudno mi więc wyobrazić sobie osobę dwumetrową, upchniętą pomiędzy barierki a oparcie. Podejrzewam, że chciano upchnąć jak najwięcej siedzeń, ale to był zły pomysł.

Reszta jest zachwycająca. Czuję się głęboko usatysfakcjonowana, że takie miejsce znalazło się właśnie w moim mieście, z którym, choć tam nie mieszkam, jestem jednak mocno związana. Teraz ostrzę sobie zęby na nowe sale Muzeum Śląskiego - te podziemne, a rozjaśnione światłem dziennym. Cudowny pomysł wykorzystania nieczynnej kopalni. Trzymam kciuki za ludzi, którym przez następne lata przyjdzie władać Katowicami - obyście mnie zadziwili.

24 listopada 2014

1990

Otóż są na tej ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. A przynajmniej mnie. Co prawda należę raczej do gatunku tych, co filozofują, ale źródłosłów wspólny.

Mianowicie, Drodzy Czytelnicy, ja mało chadzam, a to z powodu, że lata temu zostałam homo automobiliticus i nie potrafię przez to przeskoczyć. Człowiek się łatwo przyzwyczaja do dobrego, leniwy jest z natury. Toteż omija mnie prawdopodobnie wiele wzruszeń, które inne osoby potraktowałyby być może zwyczajnie, lecz mój mózg, ukształtowany po części na Latającym Cyrku Monty Pythona, nie potrafi minąć obojętnie.

I tak. Urząd Miasta Chorzowa postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom wyborców, tworząc w różnych punktach kilka Biur Obsługi Mieszkańców (BOM). Ponieważ Urząd Miasta Chorzowa złośliwie nie korzysta z usług Poczty Polskiej, mieszkaniec musi utrafić w jakiś dzień, gdy rzeczony BOM nie pracuje do 13:00 (takie ułatwienie, Państwo rozumie) i odebrać sobie przesyłkę. Utrafiłam i to było dzisiaj. Pomijam, że liścik ów wydawał mi pan, któremu tak jechało z jamy, że mało nie umarłam, a przy tym uważał się za Don Juana* i przez kwadrans usiłował mnie zabawiać lekką i niezobowiązującą konwersacją, gdyż byłam na szpilkach, a to mi dodaje osobistego wdzięku i pewnej ulotności. Taka się, rozumiecie, robię godna zaopiekowania, gdy nieopatrznie zakiwnę i zafaluję biustem na 13-centymetrowym obcasie. Konkretnie to dwóch. Obcasach. I ja na tych obcasach, nie biust, który jest wszakże do czegoś przyczepiony. Czyli do mnie.

Ale nie o tym.
Wychodzę w końcu z tego BOMu, dążąc do samochodu i hiperwentylacji, a kawałek trzeba przejść. I nagle... Matkoświęto!!! Wryło mnie w chodnik, gdyż mózg potrzebował jednak ułamka sekundy, by przetworzyć treść wystawy, ujrzanej przez oczęta.


Teraz zajmujemy się całą rodziną analizą następującej problematyki: czy każdy rzemieślnik robi dla swych dziatek zabawki? A jeśli tak, to czy ten pan robił dla nich takie małe grobki? Grobulki? Grobcie? Grobusie? I czy te dzieci trawiły czas na organizacji pogrzebiczków i stypek? Przebierały lalki za wdówki w czarnych, tiulowych woalkach? Zatrudniały się nawzajem w charakterze płaczek?

Ryczałam ze szczęścia całą drogę do domu.
Nie, nigdy Wam nie wciskałam, że jestem normalna. Jeśli tak uważacie - poproszę o źródło.


* Do dziewczyn teraz przypis kieruję, panowie nie czytają. Wiecie, ten typ: okrągły kurdupel po pięćdziesiątce z przebrzmiałym... wszystkim, niezbyt chlujny, a koszula rozchodzi mu się w dolnych partiach okołoguziczkowych mięśnia piwnego, podkreślając dramatyzm sytuacji. Rozpacz po prostu. I ten pląs. Godowy taniec, rzec by można. Och^.

^ Ja się wcale nie naśmiewam, gdyż uważam siebie za, jakby to ująć... nienachalnie urodziwą. Ale przynajmniej zadbaną. I nie podrywam 20- czy 30-letnich chłopców, strosząc wyliniały pióropusz. Mam bowiem w planie do końca życia nie być żałosną.

23 listopada 2014

1989

Ja pierdzielę, mówię Wam, ile ten kot może zeżreć, to jest nieprawdopodobne. Nie mam pojęcia, czym to się skończy. Istny odkurzacz. Zważyliśmy go dzisiaj na wadze kuchennej, już 2300. Gdyby był wcześniakiem, 300 g temu wypisaliby go ze szpitala. Nie wiem, ile mu przybyło, bo nie wpadliśmy na pomysł, żeby zważyć drania na wjeździe, ale urósł wyraźnie i zaokrąglił się. Po przebytej w hodowli infekcji ważył pewnie nie więcej niż 1,5 kg - skóra i kości. Biduś był straszny. Przyglądaliśmy się dziś gnojkowi podczas wspólnego, kociego posiłku - ogon ma dłuższy niż Karol!!! Ludzie, to mutant będzie. Ani chybi geny szarpnął po tatusiu. Tatuś był większy niż nasz Karolek... Bydlę po prostu. A ja chciałam małego, smukłego, delikatnego ruska. Co za wtopa.

Je na oko z 10 razy dziennie. On jest malutki, boję się go przekarmiać, a ten cały czas głodny. Może z głodu tak ryczy? Bo go ssie? Ale, cholera, jaki żołądeczek może mieć niespełna półroczny kociak? Jak naparstek?! Właśnie wyjęłam kurze mięso z rosołu, obrałam ładnie, podzieliłam między Cześka i Edka. Edek pokręcił nosem i poszedł. Czesiek wpierdzielił obie porcje. Podudzie z kurczaka!!! Beknął, przeciągnął się i poszedł spać. Sprawdzam, czy oddycha. Wygląda na wielce ukontentowanego. Gdy tak byłam ostatnio, uchylił jedną powiekę, mruknął i uśmiechnął się pod wąsem. Nadmieniam, że wepchnął to wszystko po normalnej kolacji.

Może nie będę musiała kupować psa do tego domu, bo ten wyrośnie na jakiegoś brytana.

21 listopada 2014

1988

Ponieważ państwo udaje się na koncert do nowej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia,

PO PROSTU MAGDA

będzie patronowała filmowi o grubaskach, który nie wszyscy widzieli, gdyż albowiem fejsusia nie posiadajo.

Przed Państwem Placówka Zbiorowego Żywienia. Wstępnie uważano, że jeden klient jest niezdyscyplinowany, ale okazało się - dzięki podpowiedziom internautów - że on raczej taki awanturujący się. Internauci sugerowali, żeby zadzieżgnąć krawacik.


20 listopada 2014

1987

Nie, nic się nie stało, tylko miałam dużo roboty. I gdy już ją wykonałam, to nawet nie czytałam blogów, tylko tak sobie bezmyślnie surfowałam po fejsie. Czasem trzeba.

Natomiast wczoraj miałam ciekawą sytuację poznawczą i, prawdę mówiąc, nieco się na niej zawiesiłam. Ponieważ wiem, że ze środka widać najmniej ostro, udałam się do mojej ulubionej koleżanki-psycholożki, nakreśliłam sytuację i zawisłam jej wzrokiem na ustach.
- To teraz mi powiedz, co robię źle - wypaliłam.
- Taka rzecz, która przychodzi mi do głowy na szybko, to - odpowiedział psycholog kliniczny z wyżyn swojego autorytetu - że ty jesteś zbyt normalna. Nawet sobie nie wyobrażasz, jacy ludzie potrafią być zaburzeni. Proponowałabym, żebyś trochę przystopowała. Przestań być taka życzliwa, zainteresowana i serdeczna.

No i klops.

Ja to się z nawyku uśmiecham, bo lubię świat. Staram się cenić każdą chwilę - one są takie niepowtarzalne. Już dawno przestałam zatruwać sobie życie martwieniem się o sprawy, na które nie mam wpływu. Gdy ktoś mówi - słucham. Kiedy prosi o pomoc - robię, co w mojej mocy. Okazuję ciepło, bo lubię się dzielić, a mam go w środku dużo, choć jestem zmarzluchem. Gdy coś jest śmieszne, to się śmieję z całego serca. Śpiewam (dajcie spokój - w samotności). W dodatku nie wydaje mi się to jakimś szczególnym zachowaniem, a raczej normalnością. A tu proszę: niedobrze. Albo raczej... za dobrze.

Mam teraz o czym myśleć - jak się z tego wycofać, przynajmniej trochę. Okazywać serdeczność wybranym, a pozostałym ewentualnie życzliwe i lekko roztargnione zainteresowanie. Bo na całkowitą obojętność to chyba mnie nie stać. Musiałabym wciąż być napięta i nieustannie się pilnować, żeby mi uśmiech nie wypełzał na twarz. On to robi niejako bez mojej woli. Całkowicie niezdyscyplinowany.

Wypróbuję jutro na moich kolegach ze słynnej szóstki. Pójdę do nich, stanę i będę chłodno obojętna. Ciekawe, co zrobią. Zwłaszcza że dziś do nich wpadłam i przyniosłam sprężynkę, co doprowadziło cały zespół do spazmów. No, wiecie, taką sprężynkę, która jest w długopisie. Ostatnio intensywnie u nich perorowałam, wymachując pożyczonym długopisem, który był uszkodzony i eksplodował (ku radości zebranych). Wszystkie części wyzbierałam, tylko sprężynka zniknęła. Dziś rano wyszło na jaw, że korzystając z wybuchu, wskoczyła mi do kieszonki w koszuli. To poszłam i oddałam (dzięki czemu mają działający długopis).
Chyba nikt jeszcze nie przyniósł im sprężynki.
Radości było, co niemiara.

Prawdopodobnie postąpiłam wadliwie. Było ją zjeść.

17 listopada 2014

1986

I nadejszła ta wiekopomna chwila! Oto w glorii i chwale objawia się patronka notki szczególnej...

MARTUUHA!

Otóż pragnę przedstawić Państwu kuluary. Gdyż nie wszyscy wiedzą, że istnieją osoby, posiadające wiedzę o mym zastrzeżonym (sic!) numerze telefonu. Jak się okazuje, numer ten lekkomyślnie przekazałam niektórym typom i one mię tera, te typy, dręczom telefonicznie. Mianowicie dzwoniom do mię noco ciemno (czyli koło 19:00), naciskajo i usiłujo wymóc. W beszczelności swej formułują oczekiwania, jakobym miała się do niektórych notek przygotowywać miesiącami, materiały skrzętnie gromadzić, przemyśliwać, komponować. I pewnie jeszcze zatańczyć.

Wała.

Wszak wszyscy wiedzo, że ja stawiam na spontan, z myśleniem u mię kiepsko, planować to ja mogę, co będzie na śniadanie - i to wyłącznie najbliższe. Reszta przerasta mój mały rozumek - aż cud, że dwa zdania do rzeczy potrafię sklecić, a i tak wiadomo, że dla hecy. Potem przychodzo, czytajo i sie śmiejo. Taka karma.

Ale.

Tak się jakoś szczęśliwie splotło, że właśnie dziś rozpoczynam dziewiąty rok blogowania! (I teraz się wszystkie rzuciły do archiwów, paczo, data im się nie zgadza). HA! Wszakże blog ów kryje tajemnicę! Czy ktoś jeszcze pamięta, że prapoczątki pisaniny sięgają publikacji o wdzięcznym adresie "donosze-uprzejmie"?! Czy kogoś to wogle obchodzi? Czy ktoś się minimalnie pochylił, by życzyć mi wszystkiego najlepsiejszego? Nie. Jak zwykle. Wszystkieście som nastawione na konsumpcjonizm! Ja się już przyzwyczaiłam. Ja dumę mą oraz dorobek życiowy chowam w kieszeń, ja się obnosić nie będę. Ja sobie pójdę do łóżka i tam chlipnę żałośnie, książkę czytając. (O ile będzie taka możliwość zanim położy się na mnie pierdylion - srylion kotów, które ktoś tu wpuścił, a nie wiadomo kto).

MARTUUHO!

Osiem lat pracy twórczej Ci poświęcam. Osiem lat! Czy Ty sobie zdajesz sprawę, ile to czasu? Gówno - nie zdajesz, bo sama masz siedem. Alboiteż sześć. Mało tego! Ja teraz publicznie coś oświadczę. Bo wiecie... ja ją strrrrrasznie kocham, tę martuuhę. I okropnie, wstrętnie mnie wnerwia, że była tak blisko, to wzięła, się wyniosła. I teraz można się widywać wyłącznie okazjonalnie. A wszak łączy nas tak wiele, wliczając paczkę chusteczek z Hello Kitty, którą mi wysmarkała w rozpaczy, nie oszczędzając folijki. A chciałam zakolekcjonować. To nie.

U progu dziewiątego roku tej śmiesznej pisaniny, Tobie - martuuho - i sobie życzę, żeby nam się ścieżki do siebie wzajem prostowały i skracały. Bo, rozumiesz, chłopaki przychodzą i odchodzą, a dobra, porządna, trwała i uczciwa kobieca przyjaźń jest jedną z największych wartości, jakie nas mogą spotkać na tym łez padole.

(I co? Dobrze wyszło?)

Update
Żeby nie było żadnych wątpliwości - natychmiast po premierowej emisji przysłała mi obraźliwego SMSa.

16 listopada 2014

1985

Notkę wyborczą poświęcam

ANI i JOLI T.

Obowiązek obywatelski spełniony. Mamy z tym zawsze trochę roboty, bo głosujemy w różnych lokalach wyborczych. Prezes i Zuzanna zameldowani są na stale tutaj, a ja tam. A tutaj czasowo. W związku z powyższym wozimy się po całym mieście.

Tym razem okoliczności są bardzo sprzyjające, gdyż mamy jedną kandydatkę na prezydentę, a przy tym nie z ugrupowań, co do których powzięłam uzasadnioną niechęć. Niestety prawda jest taka, że póki w Polsce obowiązuje obecna ordynacja wyborcza, to nawet na poziomie lokalnym przynależność partyjna ma znaczenie. Każdy z kandydatów wie, że w pojedynkę nic nie zdziała, a jeśli fiknie - to będzie jego ostatnia kadencja. Ponieważ dość się nasłuchałam haseł typu "nie ma woli politycznej" do każdej, najdrobniejszej rzeczy, zbuntowałam się i pokazałam gest Kozakiewicza. W dodatku namówiłam do tego dwie osoby.
- Ona nie ma szans - zmartwił się Prezes.
- Jeśli każdy będzie myślał tak, jak ty, to rzeczywiście nie ma. Ale gdy pójdziemy i na nią zagłosujemy, to będzie miała trzy dodatkowe głosy. Dość już się nagłosowałam przeciw, teraz będę głosowała za. A ty rób, co chcesz.
Dzięki tej polityce, usłyszałam w samochodzie:
- Oddałem głos na trzy kobiety.
Ja też. A Zuzia jeszcze nie była, bo się snuje, ale zaraz ją pogonię, żeby wyautowała swoim głosem trzech facetów. Może to się nie uda od razu, ale krok za krokiem, krok po kroczku...

Naprawdę wszystko od nas zależy, ale pod warunkiem, że będziemy wybierać, a nie oddawać walkowerem. Tylko w takim przypadku dokładamy się do klęski. I nie ma co pitolić: "nie ma na kogo głosować". Jest. Tylko trzeba przestać wędrować po linii najmniejszego oporu. Ja właśnie do tego dojrzałam. A Wy?

15 listopada 2014

1984

Sponsorką dzisiejszego postu imprezowego (krótkiego, acz treściwego) jest

DAGA.

Jako kobieta renesansu, z pomocą rodziny imprezę przygotowałam, odbyłam, posprzątałam i jeszcze w szale kupiłam sobie garnki. Cesarzowi zostało oddane, co cesarskie, aczkolwiek muszę przyznać, że chyba wszyscy się starzeją, bo ani nie żarli jakoś przesadnie, a i alkohole nam zostały, bo dopiero pod koniec imprezy Prezes wraz z Czempionem (partnerem Matki Chrzestnej) chwycili się za wódeczkę, którą zresztą porzucili nie upiwszy nawet połowy. Przy okazji odkryliśmy bardzo dobre wino, więc jutro po spełnieniu obowiązku obywatelskiego kopniemy się z Prezesem do sklepu i kupimy cztery. Z czego jedno podarujemy Dziadkowi, a niech ma - skoro tak mu smakowało.

A skoro już szczątki gości zostały wymiecione, zainteresowałam Prezesa od lat przewijającą się tematyką dogorywających garów i z jego błogosławieństwem dorwałam się do serwisu aukcyjnego i nabyłam komplecik Tefala za złotych polskich 369, przy czym serwis ów omamił mnie promocją dwudziestozłotową, jeśli zechcę zakupu dokonać za pomocą komóreczki. Mnie tam wszystko jedno, za pomocą czego, więc dwie dychy łyknęłam gładziutko. W związku z powyższym gary kosztowały nas 349 zł i wreszcie zrobię sobie porządek w szufladzie. Marzę o tym od dawna, bo na wszystko zawsze za mało miejsca, a Tefal łaskawie produkuje asortyment bezuszny Ingenio  i dodaje dwa uchwyty. Mam już komplet trzech takich garnków i bardzo lubię. Dołożę kolejne trzy, a do tego dwie patelnie i wywalę kolekcję starych ździorbów, zabierających uszkami i rączkami zbyt wiele miejsca. Czuję głęboką satysfakcję. Zostawię tylko jeden gar, ten największy, bo czasem przydaje się do gotowania bigosu. Witaj porządku. Tęskniłam.

Pomidorki, na które przepis już kiedyś zamieszczałam, zniknęły jak sen złoty. Doprawdy nie wiem, co jest w tych pomidorkach, ale też je lubię i pochłaniam z chęcią. Z uwagi na nadmiar darów bożych, w najbliższych dniach zakupów nie przewiduje się. No i dobrze. Lodówkę wyczyścić, rozpasanego trybu życia nie prowadzić.

Dobranoc się z Państwem.

14 listopada 2014

1983

Piekę sobie. Jutro goście urodzinowi Zuzanny.

Serniczki sobie piekę, babkę sobie piekę i keksik. Sernika musi być dużo, żeby znów nie uruchomił się fatalny ciąg okoliczności, w wyniku którego moi starzy rodzice są bezpardonowo rabowani na ulicy. Niemalże w biały dzień. W dodatku przez rodzonych bratanków. Przy milczącej aprobacie bratowej - to pewnie z powodu, że nie jest rodzona. Więc piekę dwie blachy: dwa kilo sera, dwadzieścia jaj, dwie kostki masła. Szał ciał, a żeby im w bandziochy poszło. Mam wielu asystentów, spośród których na plan pierwszy wybija się kapral Czesław "Zawszegotowybycośzeżreć" Jedziniak. Eduś też nie jest od tego, a Karol z sypialni na piętrze przyleciał, bo wyczuł koniunkturę do wylizywania papierka po maśle. Niby tak przypadkiem się pojawił.

Koty żyją w znakomitej komitywie. Jest dokładnie tak, jak przewidywałam, czyli Edek z Cześkiem wybitnie przypadli sobie do gustu, temperament mają podobny, gonią, szaleją, wariują, skaczą, zwisają z sufitu i zgodnie kradną, co się da. Kot-złodziej to utrapienie. Dwóch kocich złodziei to pandemonium. Dwaj gorący sprzymierzeńcy akcji "Podziel się posiłkiem". Mały potrafi nawet wyrwać kiełbasę dużemu, taki fachura. Edzinek jest zawiedziony, bo do tej pory to właśnie on był specem od wyciągania szynki z cudzej mordy. A tu detronizacja. Nie zamawiał tego.

A sernik jest wiedeński, bo ja nie uznaję innego. Jak sernik, to sernik, a nie jakieś fiu-bździu z ciastem. Sernik ma się trzymać kupy bez ciasta i nie wolno go psuć w taki bezsensowny sposób. Ma być wysoki, wilgotny i słodki. Oraz ciężki ciężarem gatunkowym. Takie robię serniki i nie dam się za cholerę sprowadzić na złą drogę, a uważam, że każda jest zła, jeśli nie jest to ścieżka wiodąca wprost do sernika wiedeńskiego i wiekuistej szczęśliwości.

***

Zuzanna zgłasza niezadowolenie z dzisiejszego posiłku - nie angażuję się w to emocjonalnie, bo nie mój tydzień, więc dialog przechodzi jedynie przez wyżyny mojej świadomości. Ale trąba powietrzna porusza się po spirali, więc w końcu mnie wciąga.
Z: ... i zrobiłeś 1/3 obiadu! Do dupy z takim obiadem.
P: 2/3.
Z: Maaaamoooooo...
Ł (nieprzytomnie): Tak?
Z: Wyrzuć go!
Ł (nieprzytomnie): Kogo?
Z: JEGO!
Ł (daje się wciągnąć, niestety): A wiesz, ile ja zarabiam?
Z: Nie.
Ł: To i lepiej. W każdym razie: jeśli jesteś zainteresowana siedzeniem przy czymś więcej niż jedna dziesięciowatowa żarówka - i to na zmianę - jest nam potrzebny.
Z: No to go wymień.
Ł (nie odwracając wzroku od monitora): Tak, to jedyne wyjście. Ale wszystko musi się odbyć bardzo sprawnie, czyli ten pan wychodzi, a inny i jego pieniążki już czekają przed drzwiami.
P: Nikogo lepszego nie znajdziesz.
Ł (przytomnieje): Sugerujesz, że nikt na mnie nie poleci?
P: Poleci. Ale nie lepszy.
Ł: Bo wiesz - jeden mąż już mi kiedyś mówił, że nikt na mnie nie poleci. A ty poleciałeś.
P (z dumą): Noooo... Tak leciałem, że mało sobie nóg nie połamałem!
Z (oburzona): Czyli że nie da się go usunąć?!
P: Na to wygląda.

13 listopada 2014

1982

Och! Gosia z Manufaktury Radości wywołała niechcący temat, to ja sobie narobię teraz wrogów. Z rozkoszą, gdyż pasjami lubię kij w mrowisko. Pasjami. Będzie o alkoholu. (Aż poszłam po kieliszek, bo to się nie godzi, żeby opracowywać TAKI temat bez).

Alkohol jest używką, jak każda inna. I może stać się nałogiem, jak KAŻDA używka i KAŻDE zachowanie. Nałogi to nie tylko przyjmowanie tytoniu, alkoholu, narkotyków czy leków. To również zwykłe, codzienne zachowania, które, wykonywane kompulsywnie, wywołujące potrzebę powtarzania i niewolą nas (owszem, również kultywowanie "zdrowego" trybu życia). Wiem, o czym mówię - palę ponad 20 lat. Kiedy się zastanawiam, dochodzę do wniosku, że to jedyne natręctwo, z którego nie potrafię zrezygnować. No, może prócz czytania. A właściwie potrafię, ale muszę mieć naprawdę dobry powód. W moim przypadku takim powodem było dziecko - zorientowałam się, że jestem w ciąży gdzieś po dwóch tygodniach i natychmiast przestałam palić. Po prostu potrzeba się nie pojawiała. Wytrzymałam blisko półtora roku, czyli całą ciążę i czas karmienia piersią. Potem chęć wróciła jak bumerang i nie opuściła mnie do tej pory.

W powszechnej opinii alkohol jest złem, bo po nim ludzie robią się nieodpowiedzialni, wrodzy, agresywni i krzywdzą innych, często zależnych od siebie, czyli słabszych. Ale przecież to nie wina alkoholu! To w nas samych drzemią różne zła, które znajdują ujście w taki czy inny sposób. Jeśli ktoś nosi w sobie agresję, nienawiść, niskie poczucie własnej wartości, potrzebę chorobliwej dominacji, to te cechy nie wzięły się z picia - one się pod jego wpływem ujawniły. Gdyby kat nie pił, też byłby katem, procenty do tego niepotrzebne. Znalazłby inną wymówkę.

Sztuka tkwi w tym, żeby umieć radzić sobie samemu ze sobą. A jeśli dostrzeże się problem, który nas przerasta, umieć poprosić o pomoc. Alkohol nie ma tu nic do rzeczy, on jest katalizatorem, ścieżką, z której ludzie korzystają, bo prowadzi do osiągnięcia różnych celów. Ale sam z siebie nie jest powodem nieszczęść - to czynią kotłujące się w nas emocje. Czasem wydaje się, że nie mamy na nie wpływu, więc sięgamy po kieliszek, bo to odpręża, dodaje wiatru w żagle. Złudnie, ma się rozumieć.

Ja tam lubię się napić, ale pociąga mnie raczej smak niż efekt. Że niby co? Wyluzować bym się miała? Toć jestem luźna, jak sanki w maju. Na elokwencję miałoby mi wpłynąć? Chroń, Panie Boże, otoczenie od nadmiaru mojej elokwencji. Na odwagę? Jeśli jej w sobie nie znajduję na trzeźwo, to do dupy z taką odwagą po pijoku. Phikam na to. Bezwartościowe.
Kocham wino i często je pijam w niewielkich ilościach (półmusujące Prosecco z Biedry - 19,99 - polecam). Pasjami niektóre gatunki koniaku: pieszczotliwe ogrzewanie kieliszka w dłoni, żeby zawartość oddawała aromat, powolne, leniwe popijanie po malutkim łyczku przez cały wieczór... ach. Za niektórymi nalewkami przepadam, tu prym wiedzie pigwówka produkcji Teściów. Piwo bardzo rzadko i raczej z tych "udziwnionych", np. pół szklanki miodowego gryczanego. Albo duże, jasne, gorzkie w upał. Jedno, żeby nie lać jak z cebra. Ouzo! Bardzo, bardzo. Nie ma jak lato, upał, espresso i ouzo. Choć na co dzień wolę latte. Ale nie do ouzo. I jeszcze tak sobie coś z czymś połączyć, czyli rum, mięta i limonka. Pyszności. Mojito, moja miłości!

Alkohol jest tylko usprawiedliwieniem naszych słabości. Zrobiłam coś źle, skrzywdziłam kogoś, bo byłam pijana. Nieprawda! To brzydkie we mnie już było i tylko czekało sprzyjających okoliczności, żeby wystawić paskudną mordę. Znaczy - mam problem. I najlepiej będzie, jeśli spróbuję sobie z nim poradzić, zamiast tłamsić i udawać, że tak ogólnie to porządny ze mnie człowiek, tylko nie mogę pić, bo to uwalnia demony. Demony się LECZY.

I teraz ten moment, który narobi mi wrogów. Szykujcie się.

Otóż ja nie widzę w niewielkich ilościach alkoholu niczego demonicznego. Fakt - są sytuacje, gdy trzeba go unikać i należy do nich np. czas ciąży, choroby, przyjmowania leków, które wchodzą w interakcje. I właściwie tyle. To, co powinniśmy wiedzieć, brzmi:
Z KIM (moim zdaniem najważniejsze), ILE, KIEDY, CO*.
Nie mam zmiłowania dla osób, które wsiadły za kierownicę po alkoholu i jestem w tym przypadku Hitlerem, bo postuluję, żeby wypitych, którzy spowodowali wypadek śmiertelny, sądzić z tego samego paragrafu, co morderców z premedytacją. Nie ma litości! Piłeś? Nie jedź! W dupie mam usprawiedliwienia, dotyczące jednego kieliszka. Nie i koniec. Nikt i nic mnie nie przekona. Albo wóda, albo fura. Masz problem z alkoholem? Są taksówki, komunikacja miejska, pociągi. Albo w domu se pij, ćwoku. Nie toleruję, nie uznaję, nic mnie nie przekona, jestem najbetońszym betonem. Gdy jadę, to nawet nie wącham. Taką mam zasadę i nic tego nie zmieni.

Ale.

Polska stoi kulturą picia. Od wieków zresztą. Mądrzej uczyć JAK niż zabraniać, bo zakazami to do młodych nie trafimy za Boga żywego. Nauczmy dzieci, jak pić zamiast zabraniać, bo akuracik trafiamy w próżnię. W Polsce każde dziecko po osiągnięciu pewnego wieku po prostu musi poznać swoje granice (pewnie nie tylko w Polsce, ale trzymajmy się realiów). I to się tyczy wszystkiego, nie tylko picia. Taka natura rzeczy, trzeba poczuć ten szał, tę wolność, wiatr w łupieżu, to zanegowanie starych, żeby móc zrozumieć ich wartości, co przychodzi z czasem. I doświadczeniami. (Och, jakże wielowątkowa ta notka, muszę się trzymać za paluchi, żeby nie popłynąć w dywagacje).

Co ja, mianowicie, mówiłam mojej zbuntowanej córce? Otóż mówiłam: upij się ze mną w domu, ja stawiam, ja płacę, ja sprzątam, jeśli się porzygasz. Upij się tu, gdzie nikt cię nie skrzywdzi, a poznasz swoje granice i będziesz umiała przystopować we właściwym momencie. Pamiętaj, że ZAWSZE możesz powiedzieć NIE. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do czegokolwiek i do picia też. Nie bój się odmawiać - jeśli stracisz przez to "przyjaciół", to tylko znaczy, że byli do dupy. Oto najwyższa forma wtajemniczenia, umieć odmówić. Nie musisz się tłumaczyć, nikomu nic nie jesteś winna. Zadzwoń do mnie - przyjadę o każdej porze, gdziekolwiek będziesz. Przyjadę i cię stamtąd zabiorę. Ja nie mam problemu i nie muszę się wieczorem napić. A wszyscy inni? Niech się walą.

I dlatego wcale nie jestem przeciwna temu, żeby nawet małe dzieci piły niewielkie ilości słabego alkoholu. Od kiedy sięgam pamięcią, rodzice pozwalali mi napić się wina do proszonego obiadu. Jeśli to mi zniszczyło jakieś komórki mózgowe... okaż wdzięczność, świecie. Nauczyłam się kontrolować - wyobraźcie sobie, że nie znam, co to "urywka". Nie zdarzyło mi się przez 41 lat. Po prostu wiem, kiedy spasować, znam swoje możliwości i granice. Z Zuzią jest tak samo - oczywiście nie dałabym sobie ręki uciąć, bo mam tylko dwie i obie się przydają - ale matczyński ogląd nieźle sobie radzi. I mała też.
Swoje odpiła.
Może myśli, że nie wiem.
Wiem.

Wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba umieć z tego korzystać. Ot i cała tajemnica.


* Tatuś od dzieciństwa mi powtarzał: nie mieszamy, dziecko, nie mieszamy.

1981

Przypomniała mi się owa sławetna zupa cebulowa, więc piszę z rana, może ktoś ma wolne moce przerobowe i zapragnie miąchać łyżką w garze. Bo widzicie - z cebulą jest tak, że można uzyskać niezwykłą głębię smaku, a jej sekret tkwi właśnie w wolnym, spokojnym gotowaniu. Trzeba mieć cierpliwość i czas. Oraz trochę miłości. Żeby nie było zniecierpliwienia, bo to szkodzi jedzeniu.

Ja się naturalnie nie upieram i nie mówię, że inna cebulowa jest gorsza. Żeby była jasność.


No to bierzemy tę cebulę i kroimy w cienkie wiórki. Im cieńsze, tym lepsze, bo miksowania nie będzie. No co? Nie zawsze skłaniam się ku najważniejszej zasadzie kuchennej - lubię gotować i gdy mnie zbierze, mogę to robić godzinami.
Rzadko mnie zbiera, ale jednak.

Więc wiórki są najlepsiejsze. Lepsiejsze niż siekanina. Nie wiem czemu, ale to trochę jak z czosnkiem - można przez praskę i robię to w 99. przypadkach na 100. Ale ten jeden, jedyny raz - siekam drobniutko i tak jest bardziej.
Potem dusimy cebulę na maśle, wciąż mieszając, żeby jej nie zrumienić - to nie ten etap. Dusimy tak długo, żeby stała się przezroczysta i miękka. Gdy do tego dojdzie, dodajemy tymianek (moim zdaniem to są zioła, które najlepiej współgrają ze smakiem cebuli), listek laurowy i trochę szałwii. A! I jeszcze ten posiekany czosneczek. Można w tym momencie dodać łyżkę cukru lub miodu, ale i bez tego z cebuli, poddanej stosownym zabiegom, wydobędziemy smak naturalnej słodyczy. Przyznam, że dodaję ten miód - nie z niecierpliwości, ot... lubię.

Po jakichś 40. minutach możemy ciut zwiększyć temperaturę, wtedy właśnie cebula będzie się rumieniła. Jeśli chcemy uzyskać prawdziwą, zimową zawiesistość - możemy dodać łyżkę mąki. Ale niekoniecznie. Teraz przychodzi czas na szklankę białego wina, które odparowujemy, by w końcu dodać bulion. Dajemy zupie kolejne pół godziny, tylko jesteśmy blisko, żeby ją odszumowywać.
Jeśli trzeba, dosalamy i dopieprzamy. A w ostatniej chwili dolewamy kieliszek koniaku. No, pewnie że nie cały - kto to pije koniak z pełnego kieliszka?!

Teraz grzanki - smażymy na maśle, albo pieczemy w piekarniku, w ostateczności w tosterze. Zupę nalewamy do żaroodpornych miseczek, na górę kładziemy grzanki i grubo posypujemy serem. Najlepszy do cebulowej jest gruyere, bo ma taki trochę orzechowy smak, ale ementaler też nie będzie od rzeczy. I parmezan. Parmezan jeszcze niczemu nie zaszkodził, prawda? Zapiekamy w piekarniku do czasu, aż ser się zrumieni.

Jemy ostrożnie, bo wyciągnięta z piekarnika zupa będzie bardzo gorąca. Tak samo zresztą, jak miseczka, więc - pomijając alkohol - nie polecam dzieciom. No, chyba że akurat planujecie zrobić nowe, bo te się pobrudziły albo zużyły.
Smacznego więc na nowej drodze życia!

12 listopada 2014

1980

Uprzejmie informuję, że niniejszym stałam się posiadaczką czterech par irregularków. HA! Tak, zrobię zdjęcie, ale za dnia, bo dziś wróciłam dopiero przed osiemnastą, co - jak wiadomo - jest już porą nocną. A oświetlenie w większości domu to my mamy do przyjmowania gości, szczególnie płci przeciwnej i urodziwych. Nie, nie przyjmuję, ale pomarzyć miło. W każdym razie dyskretne oświetlenie, jakby co, posiadam. Teraz trzeba znaleźć jakąś płcię, co to nie ucieknie, gdy ją oblezą cztery koty. I Zuzia. I Prezes - to najtrudniejsze.

Ale, ale. Wyobraźcie sobie, że w poniedziałek dzwoniłam do mamy, żeby zaproponować kawę - nie było jej w domu. We wtorek dzwoniłam, że oboje wypilibyśmy kawę z nimi obojgiem - wychodzili. Myślę sobie dzisiaj: do trzech razy sztuka, podejmę próbę, jeśli odmówią, to ich nie znam, nie jeżdżę, koniec z nami. Matka chyba wyczuła temat, bo odebrawszy telefon, wrzasnęła: TAK! BĘDĘ!
A nawet nie wiedziała, o której.
I była.
Potem wyszło, że mieli do mnie interes. A już się cieszyłam, że miłość rodzicielska, te sprawy. Ale nie. Bez przesady. Nie będziemy tu jakąś miłością szafować. Po prostu byłam im POT-RZEB-NA! Boszesztymój.

Z innej beczki: Allegro mi się zacięło. Wściekła jestem, nie wiem, co się dzieje, książek nakupiłam, przelewy porozpoczynane i nie chcą się zakończyć. Jeden wisi od niedzieli, jakby go zaparło. Konto muszę sprawdzić, czy pociągnęło, a jeśli nie - anulować wszystko i zapłacić jeszcze raz. Oczywiście bardzo mi się chce. Bardzo. W dodatku lepiej to zrobić w godzinach przelewowych, które bank skrócił z 21:00 do 18:00 (super), bo wtedy będę widziała czy idą. Czyli w pracy. A tu akuracik książkę muszę zredagować, a konkretnie to podręcznik.
I spierdoloną stronę internetową.
Ludzie to bardzo wadliwy gatunek, nie wiem, czy już kiedyś mówiłam.

I niech ktoś weźmie tego opętanego kota.
Tanio.

11 listopada 2014

1979

Wietrznie.

Chłop pod bramą zakładu produkcyjnego naprzeciwko zmiata liście, co jest czynnością godną Latającego Cyrku Monty Pythona. Naigrawamy się z niego z bezpiecznego wnętrza osobistej lokalizacji, gdy wtem! Dostrzega nas - nie mamy firan, firany we wzgardzie - posyłając mordercze spojrzenie i wraca do swej syzyfowej pracy, a wiatr mu w tym pomaga, ile sił w płucach.
Oprócz tego słońce. I bardzo.

Zważając na święto, postanowiliśmy zaoszczędzić na kawie lub też i herbacie, więc wykonaliśmy połączenie telefoniczne z Protoplastami. A tu, panie, zawód, nic się nie oszczędzi, postanowili ruszyć z manifestacją narodowowyzwoleńczą do swego przyjaciela (wraz z małżonką). Cały misterny plan w gruzach. Chciałam przy tym podkreślić, iż umknąwszy wczoraj z fabryki na półtorej godziny przed czasem (Szef powiedział: miłego świętowania wam życzę, więc poszłam świętować), również postanowiłam zubożyć Twórców o odrobinę kofeiny. I co? Byli absolutnie, idealnie i całkowicie nieobecni. Zatrważające. Do trzech razy sztuka. Chyba.

Strasznie dużo mam tych kotów i one leżą WSZĘDZIE. A gdy tylko wstanę, to gnają ZEWSZĄD, domagając się paliwa. Najgorszy oczywiście ten najmniejszy, bo zeżreć potrafi, jakby miał żołądek z gumy, przepycha się, wznosi okrzyki bojowe, na nic nie zważa i sądzi, że mu się należy, bo jest mały. Wszystkich potrafi odepchnąć od misek, ja nie wiem, co z tego wyrośnie. Również metaforycznie. A gdy człowiek podejmie interwencję siłową, to w ułamku sekundy zwisa z rąk bezwładnie, załącza motorynkę i udaje kochanego kotecka.

Dziecko nadal ma 20 lat i z tego powodu powróciło wczoraj do domu o 19:46. Jesteśmy wstrząśnięci. Nie można nam tak co 20 lat zmieniać sposobu oglądu świata. To nas wybija w bezpiecznych kolein kolei. Losu. Na tę okoliczność o godzinie niemalże piętnastej nadal tkwię wewnątrz piżamy. Zmieniać?

10 listopada 2014

1978

Przepraszam. Wsiąkłam chwilowo, gdyż


Tak, znacznie lepsza niż część uprzednia. Aż muszę sprawdzić, kto tamtą redagował. Owszem, dostrzegam, że maniera językowa Musierowicz nieco się rozbuchała i jakby nie miał jej kto przyhamować, a także znajduję błędy, w tym w nazwie łacińskiej (sic! - zabawnie zresztą wyszło), co już jest jakąś ironią, ale mimo wszystko dobrze się czyta. A poprzednią to raczej ze skłonności niż uczucia.

Poza tym, och!, muszę przyznać, że te słuchawki, co to za pół ceny, jednak niezłe są. Prezes mnie podszedł i puścił mi Floydów, a przecież wiadomo, że mam słabość. Uważam, że można ich lubić lub nie, ale nie da się przejść obojętnie. I jeszcze... wyraźnie chciał mnie przekupić ten Prezes, bo w końcu naprawił PSP i, niestety, niestety, przycinam w Loco Roco. Konkretnie w dwójkę, bo ją - z trzech części - lubię najbardziej. Pierwsza jest zbyt prosta, a w trzeciej wszystko pokonuje się skakaniem - nie bardzo mnie satysfakcjonuje takie tempo.

Czuję się rozpieszczona przez jesień. Poszłam dziś do roboty w moich irregularkach ze wstążkowych różyczek, a normalnie w listopadzie to się nie da. Chwilo, trwaj! Przy tym wróciłam do posprzątanej chałupy - to lubię, panie, to lubię.

Karol w ramach protestu zapuścił się nieco, co odkryłam, gdy zostałam przydybana na kanapie poprzez obłożenie dużą powierzchnią kotów. W tak nabrzmiałej sytuacji musieliśmy się przegrupować i przeczesać niechluja. Nie był zadowolony, gdyż wyraźnie planuje trwać w stuporze antycześkowym, a my mu niweczymy starania. Ryży bałwan. O, przepraszam - biszkoptowy. Podobno "ryży" jest obecnie passe.

Wracam do książki. Myślę, że skończę najpóźniej jutro (jeśli nie dziś w nocy) i obiecuję wziąć oddech przed kolejną, żeby nie było, że się opuszczam.

9 listopada 2014

1977

Nie udało nam się wczoraj zjeść obiadu w restauracji, bo zamiast jednej książki kupiliśmy cztery, a Prezes niechcący zabłądził do SONY i wszedł w posiadanie słuchawek. Podobno nie wolno mówić, ile kosztowały, tylko: za pół ceny. No więc kupił je za pół ceny i ja teraz nie mam nawet krzty wyrzutów sumienia, szczególnie że nie słyszę, o co chodzi. Określenie "głębia dźwięku" jest dla mnie całkowicie martwe, choć słuch mam jak pies gończy, o węchu nie wspomnę. I nie jest to uwaga bez związku, bo gdy Prezes wyrywa sobie włosy z głowy, pokrzykując: "Jak to nie słyszysz?!!!", ze stoickim spokojem odpowiadam, że w kuwecie leżą trzy kupy, smród przewraca na podłogę, a on nie czuje.

Skoro już przy kuwetach jesteśmy, to pragnę donieść, iż wytworzyła się bardzo ciekawa sytuacja. Mianowicie gdy Czesław zaczyna się wydzierać, że coś poszło nie tak, to Zośka leci z końca chałupy, żeby go bronić i zrobić porządek. Dzisiaj wlazł mi znowu pod nogi i został nadepnięty, więc Edkowi się oberwało, bo przebywał w pobliżu. Ergo - był winien. Tak to się nasz mały Czesław wygodnie urządził, przebiegły taki. Nie podejrzewam co prawda, iżby Zofia zapałała do gnojka jakimś instynktem, lecz faktem jest posiadanie przez nią wszelkich narzędzi zarządczych, za pomocą których dyscyplinuje personel, który liczy obecnie sztuk 3 (słownie: trzy). Wczoraj z tego samego powodu zdyscyplinowała Karola. W zasadzie zaczynam się modlić, żeby smarkacz nie miał podłego charakteru, bo się będzie mścił na Bogu ducha winnych chłopakach, kiedy tylko mu to do łba wpadnie.

I choć tak myślicie, nie jest to bynajmniej wiadomość dnia. Ha! Zatkało kakało? Otóż widzicie, rewelację w postaci kociej, przebija córka moja jednorodna, która niniejszym ukończyła wiosen 20. W tamtym listopadzie ziębiło nielicho, a pogoda była śnieżna, więc trudno się dziwić, że Zuzanna ujrzała świat z miną wielce niezadowoloną. Do dziś żałuję, że nie dane mi było zrobić zdjęcia, gdy - absolutnie niezgodnie z obowiązującymi przepisami - zobaczyłam ją w pierwszej sekundzie życia. Była śliczna, co jej do dziś zostało, a także mocno naburmuszona, co nadal potrafi bez specjalnego wysiłku okazać. Wieszczę dziecinie karierę w kadrze menedżerskiej, ponieważ bez pudła wyraża niezadowolenie już samym drgnieniem mięśni mimicznych.

Szczęścia Ci życzę, skarbie nad skarbami, najfajniejszy prezencie, jaki otrzymałam od losu, najpiękniejsza nagrodo, najlepsza inwestycjo mojego życia. Niech Ci się świat ściele pod stopy, dokądkolwiek ruszysz. Będę tego strzegła ze wszystkich sił, póki tchu w piersiach.

PS Zupełnie nie wiem, co się z tym czasem dzieje. Przecież zaledwie wczoraj...

7 listopada 2014

1976

Dzisiejszą notkę sponsorują

KRUSZYZNA, ANGE76, ABA i AMELIA
(oraz 2 koty i 26 kur).

Chała im! Znaczy... chwała!

Wyobraźcie sobie, że znów dziś byłam u szewca. To już trzecie podejście, w tym drugie po odbiór. Pierwszy raz, czyli oddawczy, jest znany. Później pan zmienił podejście i był sympatyczny, ale butów nie zrobił, choć wyznaczył termin. Zaproponował, żebym wpadła dzisiaj. To wpadłam.
Buty nienaprawione.
Trochę się zmierzwiłam.

Delikatnie zasugerowałam, że ja do niego przyjeżdżam ekstra, bo nie mieszkam w tej dzielnicy, i chętnie znałabym jakąś datę, kiedy te buty rzeczywiście odbiorę. Na co pan szewc, w nastroju wyraźnie filuternym, odparł:
- Po prostu chciałbym panią częściej widywać. I jestem gotów dać zniżkę na paliwo.
Taaaaa... Wychodząc, wpadłam na pomysł, żeby nie przyjeżdżać do niego wprost z roboty, gdzie akuracik była duża impreza, więc suknia bez plec - krótki rękaw (jak to mawia mój znajomy), dekolt i szpile. Należy powrócić do dżinsów, laci i nienamalowanej urody. Może mi wreszcie odda to obuwie. Kolejne spotkanie na szczycie w czwartek. Obym nie wyszła z się.

***

Czesław ma się znakomicie. Wędruje od Annasza do Kajfasza i robi propozycje, żeby go umyć. I to emeryckie frajerstwo rzeczywiście wyciąga jęzory. Gdy wychodziłam ostatnio z łazienki, to Czesiek leżał na chodniczku rozparty jak basza, a Edek porządkował mu fryzurę. Znaczy - umie się gnojek ustawić. Żeby jeszcze zawarł paszczę, bo łeb mi pęka od jego gadania. Czuję się, jakbym miała małe dziecko. Dużo małych dzieci, które przyłażą i zrzędzą: mamo, nudzi mi sieeeeeeee.
- Pobaw się z Edkiem - odpowiadam Cześkowi.
- Kupiłam ci zabawkę za półtora kafla, a ty nawet rozpakować nie chcesz - odpowiadam Edkowi.
- Zatrudnij jakiegoś młodego - odpowiadam Karolowi.
- Weź tam trzaśnij któregoś - odpowiadam Zośce.
A oni się nuuuudząąąąą. No szlag mnie trafi, jak słowo daję.

***

W fabryce miałam bardzo krótki tydzień, przyznajcie, że umiem sobie czas rozplanować. Po urlopie człowiek musi delikatnie, żeby go szlag nie trafił z miejsca, więc w pierwszym tygodniu zafundowałam sobie dwa dni pracy i przerwę, a potem jeden dzień pracy (będzie lajtowy) i przerwę, i znów trzy dni pracy i przerwę. Jakoś przetrwam. Zwłaszcza że Szefowi przypomniała się ta książka, co ją trzeba napisać, więc do końca roku roboty będzie huk. Chwalę się za zapobiegliwość, bo już przed urlopem mnie tknęło, że jego tknie i pościągałam od współautorów, co się dało. Ergo - byłam przygotowana na najgorsze.
- Ja wcale nie zapomniałem! - huknął do mnie wczoraj.
- Od większości mam rozdziały u siebie, od reszty plany rozdziałów, pytanie brzmi, czy najpierw ja na polski, czy najpierw pan merytorykę, a ja na polski końcowo.
- To rób - odpowiedział, wytrącony z bojowego nastroju moim całkowitym brakiem nieprzygotowania.
Jestem podstępną.

***

Prezes postanowił zaplanować nam czas w podgrupach, abyśmy więcej przebywali razem i niekoniecznie każdy przy własnym komputerku. To jutro kupi mi książkę i zabierze na obiad. To ja wezmę i zjem.
Czego i Państwu życzę.

6 listopada 2014

1975

Dziś notka nieco przewrotna, w sam raz, by poświęcić ją

KACZCE, CHUDEJ i FRANCZESCE.

Wróciłam do pracy. Właściwie jeszcze wczoraj sądziłam, że to okropne, tak skończyć urlop i ruszyć do prac polowych, ale kiedy dziś osiemnasta osoba ucieszyła się na mój widok, a wręcz wyraziła to słowami, przypomniało mi się, że lubię tę robotę i tych ludzi lubię, w ogóle lubię. Koleżanki czekały przed drzwiami, koledzy machali z drugiego końca konferencyjnej, ktoś tam mnie uściskał, ktoś przyniósł cudem zdobyty kupon zniżkowy do mojego ulubionego sklepu i nawet Szef był w dobrym humorze, upewnił się, czy wypoczęłam, zażądał szczegółów adopcyjnych, popartych zdjęciami, oraz ucieszył się, że przypomniałam o sprawie, do której nie miał głowy, a ja pomyślałam, mimo że miałam wolne. Do tego odkryłam, że dał mi premię, choć dyndałam nóżką.
Poza tym w domu czekało 16 łap i 4 ogony, a wszystko to zadowolone z mojego powrotu.
Gdybym zaczęła zrzędzić - przypomnijcie mi numer tej notki.

Ale ja nie o tym. Już jakiś czas temu miałam Wam opowiedzieć tę historię, ale jakoś zeszło, a szkoda by było o niej nie wspomnieć. Otóż wyobraźcie sobie - miałam SEN.
We śnie do mojego domu (to było jakieś dziwne mieszkanie, ale wiedziałam, że moje i mieszkam tam sama) przyszedł kuzyn. Rozsiadłam się w fotelu, a on położył na tapczanie, ustawionym pod oknem. Długo rozmawialiśmy o różnych sprawach, a kiedy tematy się wyczerpały, powiedział:
- To ja teraz umrę.
Odniosłam się do tego ze spokojnym zrozumieniem i zachęciłam uprzejmie, żeby się nie krępował, bo czekał na moją reakcję. W związku z wyrażoną zgodą, wziął i umarł, co przyjęłam ze stoickim spokojem. Leżał tak sobie kulturalnie na tapczaniku, z otwartymi oczami, nie wadził nikomu i wyglądał bardzo inteligentnie. No to mu nie przeszkadzałam.

W końcu w oczach zrobiły mu się wylewy i zaczął sprawiać jakieś takie nieszczególne wrażenie. Wiedziałam, że nie żyje, więc dziwiłam się, że w ogóle nie śmierdzi, tylko się tak cichuteńko rozkłada z zachowaniem wszelkich zasad kultury osobistej. Tak gdzieś po tygodniu doszłam do wniosku, że zacznie mi przesiąkać w tapczanik, więc może nie od rzeczy byłoby wezwać jakieś służby, żeby go sobie zabrały. I w tym momencie pojawił się niepokój: czy aby ktoś nie będzie miał uwag, że zgłaszam rzecz - miast od razu - dopiero po siedmiu dniach? Przez jakiś czas rozważałam tę kwestię w aspekcie ewentualnych nieprzyjemności, ale troska o tapczanik jednak zwyciężyła. Zadzwoniłam na 112, poprosiłam o odebranie zwłok, a służby przyjęły to z pełnym zrozumieniem, szybciutko przyjechały i zabrały je bez żadnych komentarzy.

I wtedy się obudziłam.

Sen został we mnie tak bardzo, że postanowiłam opowiedzieć go mojej koleżance - psycholożce. Oczywiście, jak zapewne podejrzewacie, to nie była krótka rozmowa, ponieważ przybliżałam jej różne szczegóły, których tu nie zawieram, no i musiałam dać jej czas, żeby mogła się wyśmiać. Kiedy już skończyła, eksplodowała entuzjazmem.
- Cudowny! Zachwycający! Czy już go spisałaś? - zapytała.
- Owszem.
- Znakomicie. To się nie nadaje do przerobienia na szybko - będziemy się zabawiać przez dwa tygodnie. Świetny sen, świetny. Dawno się tak nie ubawiłam. Tak, mówisz, żyłaś sobie z tym trupem?
- Zupełnie bezkonfliktowo. Nawet z nim rozmawiałam, choć dość jednostronnie.
- Śliczności. Pamiętaj koniecznie o swoich sennych emocjach, bo to najważniejsze!

Z bardzo oględnej analizy, bo do szczegółów przejdziemy przypuszczalnie w przyszłym tygodniu, wynika, że to wcale nie był jakiś straszny i zły sen, tylko wręcz przeciwnie. I w dodatku istotny, bo jeden z trzech, które zapamiętałam w życiu. A że poprzednie dwa pięknie onegdaj zinterpretowałyśmy, to i na ten cieszę się wielce.

To jak, Kaczko, Chudo i Franczesco? Zadowolone z notki promocyjnej?

4 listopada 2014

1974

No, już dobra. Wiem, że trzy dni trzymałam Was w niepewności. Nadrabiam.

Najtrudniejszy był czwartkowy wieczór i piątek. Czesiek pachniał obcym, więc kotom trudno się dziwić, że tak go traktowały. Myślę, że wielkość Cześka nie ma tu znaczenia, bo np. Karol się go bał. Nie śmiejcie się z Karolka - owszem, jest duży, ale chyba nie do końca ma tego świadomość. taka sierota po prostu. Nie jest agresywny, gdy mały na niego prychnął, to robił minę "mamo, tato, biją mnie" i uciekał. Obecnie nieustannie upewnia się, czy mimo wszystko jest naszym kochanym syneczkiem, a Czesia toleruje z westchnieniem rezygnacji.

Przez dwie noce zamykaliśmy malucha w łazience dla jego bezpieczeństwa. Z czwartku na piątek Zuzia, która śpi na dole, słyszała pyskówki przez drzwi i to oznacza, że nasza decyzja była słuszna. Dużej krzywdy, poza samotnością, Czesio nie doznał, choć mnie oczywiście serce strasznie bolało i spałam po pięć godzin, żeby go nie męczyć. W sobotę rano uwolnione dziecko z impetem wpadło do naszego łóżka i zasypało mnie całuskami ze szczęścia, że znowu się widzimy, po czym chwacko ruszyło do kuwety, gdzie pozostawiło kupę jak dzwon i od tej chwili jest już bardzo dobrze.

Zosia przyzwyczaja się powoli i nie czuje się w nowej sytuacji komfortowo, ale lekceważy malucha (co nie ma związku z nieustanną obserwacją jego poczynań) i gdy ten nie wchodzi jej w drogę, nie przejawia agresji. Dziś doszło do spotkania na szczycie, bo Czesio podszedł do Zosi, przytulił się z pochyloną główką, a ona... zaczęła go myć! Gdyby nie młodzieńczy entuzjazm, który sprowokował go do natychmiastowej chęci odwdzięczenia się, sytuacja mogłaby się rozwinąć. Ale lizuchów Zośka nie zniosła i się wyraziła. Na szczęście Czesiek ma na tyle rozsądku, by w takiej sytuacji zwiewać gdzie pieprz rośnie, więc rękoczynów nie odnotowano.

Edek chętnie by się pobawił, ale nie bardzo wie, jak to zaproponować. W każdym razie obaj kręcą się wokół siebie bezustannie i do tego właśnie dążymy. Zachęceni przez nas, uprawiali już wspólną galopadę. Czekamy na chwilę, gdy się od nas wreszcie odczepią i cały entuzjazm przeniosą na siebie nawzajem. Co prędzej czy później nastąpi.

Czesio jest rozsądny, nie skacze nikomu na głowę i straszna z niego łasica, więc trudno nie żywić ciepłych uczuć. Kontakt z każdym człowiekiem jest dla Cześka źródłem entuzjazmu, uwielbia noszenie na rękach i pieszczoty, mruczy jak motorek i pragnie interakcji. Niestety nieznośna z niego papla i przeczy wszelkim informacjom na temat rasy, identycznie zresztą jak Eduś. Jeśli ktoś ma milczącego ruska, to niech mi o tym powie, bo straciłam wiarę.

Po schodach śmiga jak stary, uwielbia jeść, przestrzega zasad higieny, nie zamierza się na żaden kącik, kulturalnie korzystając z dostępnych kuwet. Skacze, psoci, eksploruje i jest rozkoszny. A my głaszczemy, głaszczemy i głaszczemy, żeby nikt nie czuł się gorszym dzieckiem.
W czwartek wracam do pracy, ale Prezes do domu, bo on lubi świadczyć usługi zdalnie. W związku z tym koty nie będą pozbawione naszej opieki, co uwielbiają. No i tak nam leci.

Szalenie interesujący program telewizyjny.
Tak, mam obkopaną pralkę, bo w piątek zakazałam sprzątać, żeby nie stresować malucha dodatkowo przewrotem w domu i buczeniem odkurzacza. Olewam to :)

3 listopada 2014

1973

Nie ma samotności na tym świecie. Człowiek się nawet w spokoju sam nie urodzi, bo zaraz przyjdą

KORESPONDENCJA i PANDEMONIA
(stare rury)

i powiedzą, że one też się urodziły. I jak tu poświęcić notkę

pięknej i młodej AUTORCE?

No, jak? Nijak. Dupa zbita. Trudno - trza brać, co dają, nie ma to tamto.

Zacznę od odpowiedzi na pytanie "???" z komentarza pod poprzednią notką. Otóż pokusiłam się o stwierdzenie, że wywar na kościach to trucizna i nie wycofam się z tego, za to wytłumaczę, w czym rzecz. Wszystkie grzeczne dziateczki wiedzą, że głównym filtrem w organizmie ssaka są nerki. Nie z każdą substancja jednak sobie radzą, w związku z czym różne śmieci odkładają się w kościach. Do największych gówien, o których mowa, należą metale ciężkie, węglowodory i hormony. 
Z węglowodorów wymieniłabym tujon (tak, nazwa pochodzi od tui), który zwierzęta jedzą pod postacią np. bylicy pospolitej, szałwi lekarskiej, ewentualnie piołunu (choć pewnie rzadko) czy wreszcie rzeczonej tui. W zwiększonych dawkach tujon podkręca nadczynność kory mózgowej, przejawiającą się niepokojem ruchowym czy dużą drażliwością, doprowadza do psychoz i powoduje zmiany zwyrodnieniowe układu nerwowego. Tujon występuje gromadnie w absyncie, dlatego dość długo alkohol ten był na indeksie.
A już nagromadzenie hormonów, które zjadamy w zupkach, ugotowanych na kawałku mięsa z kością, jest porażające. Dlatego jeśli wolicie wywary - gotujcie je na warzywach lub pełnym mięsie. Kości to ZŁO.

No, to wyjaśnienia naukawe mamy za sobą i ruszamy do adremów. Zupy miały być w ilościach hurtowych. Proszę uprzejmie, zupa jest prosta jak drut. Nie każda, oczywiście, bo niektóre (np. cebulowa) wymagają sterczenia przy kuchence i uporczywego mieszania. Jednak większość jest lekka, łatwa i przyjemna, gwarantuje ciepły posiłek, a redukuje wysiłek. Brać, nie marudzić, skoro dają.

Więc tak: podstawą większości zup jest garnek (czasem dwa lub garnek i patelnia, choć leniwi mogą i bez patelni), woda oraz kostka rosołowa. Ja używam cielęcej Knorra, ponieważ najmniej ze wszystkich jedzie sztucznością. Przynajmniej w moim odbiorze. Jednakowoż nikogo tu nie zamierzam do niczego zmuszać i proszę, by tę deklarację przyjąć jako dogmat. Zanim zaczniecie protestować, zastanówcie się przez chwilę, czy mnie ewentualnie robi, co kto je. Otóż nie robi i dlatego fukanie oraz phikanie można sobie darować a priori.

Jedziemy. Bierzecie garnek, nalewacie wody i grzejecie, a gdy zawrze, dorzucacie stosowną liczbę kostek rosołowych. Jeśli ktoś nie ma wprawy, proponuję nie kierować się wskazówkami na opakowaniu, tylko własnym zapotrzebowaniem na sól. My solimy mało i kostek używamy mniej niż przewiduje producent. Są tacy, którzy potrzebują więcej. Można do tego dojść metodą prób i błędów,
W czasie gdy woda się gotuje, rozpoczynamy szaloną wycieczkę po zupowych smakach świata.
Aha! Dobiję te z Was, które pieczołowicie zabielają zupy śmietaną, mieszając ja z mąką, ogrzewając i czyniąc wiele dobra światu. Ja kupuję produkt Rama Cremefine (czy jak tam się cholerstwo pisze) do gotowania, bo się nie warzy. I PRYCHAM na wszystkie uwagi o chemii.

1. Pomidorowa z koncentratu.
Na patelnię rzucamy sobie masełko, a gdy się rozpuści - koncentrat. Przesmażamy delikatnie, żeby składniki się połączyły. Następnie uzyskana papkę wrażamy w rosół. Dodajemy trochę cukru i zabielamy. Szóstą ręką gotujemy ryż, makaron - co tam kto lubi mieć w pomidorowej. U nas leci czasem lane ciasto, które uzyskuje się poprzez rozbełtanie jajka, wsypanie mniej więcej równych części kaszy manny i maki krupczatki, niewsypanie soli i kładzenie (lub lanie - w zależności od konsystencji) na wrzącą zupę. Ta czynność przedłuża gotowanie o 2. minuty.

2. Pomidorowa dla przemądrzałych.
Istnieje podejrzenie, że ktoś chce się popisać. W takiej sytuacji bierze pomidory, kroi w kawałki, dusi na maśle i kontynuuje, jak przy pomidorowej z koncentratu. Jeśli mamy do czynienia z osobą wyuzdaną, to ona najpierw te pomidory parzy i obiera ze skórki, a na koniec przeciera zupę przez sito. Mogę Wam powiedzieć, gdzie ja to mam, jeśli tylko zechcecie.

3. Ogórkowa.
Kupujemy gotowe, przetarte ogórki kwaszone w słoiku. Dodajemy do rosołku tyle, ile tolerują nasze kubki smakowe. Zabielamy. Jemy z ryżem, ziemniakami, jajkiem na twardo, czy czym tam chcecie.

4. Koperkowa.
Jeśli jesteście bardzo leniwe, to możecie go nawet nie myć, bo i tak się ugotuje ;) Sieczemy, wrzucamy do rosołku, dodajemy trochę suszonego dla aromatu, zabielamy, jemy z ryżem, ziemniakami, jajkiem na twardo. Możecie z czymś innym. Kto bogatemu zabroni.

5. Koperkowa z zaskoczenia.
Przepchnij przez praskę ząbek czosnku i dorzuć. Nie przyznawaj się, o co chodzi.

6. Szparagowa.
Do rosołku walimy fasolkę szparagową ze słoika (Rolnik robi fajną i w dodatku pociętą) albo z puszki. Dolewamy część zalewy. Jemy z ziemniakami.

7. Szparagowa w wersji dla popisujących się.
Na koniec weź blender i zmiksuj na gładką masę. Możesz gotować z jednym ziemniakiem, który też ulegnie zgładzeniu i spowoduje, że krem będzie gęsty. Posyp kupnymi grzankami. Jeśli akurat przywabiasz zalotników, to nie dawaj kupnych, tylko pokrój (krzywo, żeby było widać, że domowe!) dwie kromki starego chleba i przesmaż na maśle. Jeśli się trochę przypalą, to nie szkodzi - węgiel powstrzymuje sraczkę.

8. Fasolowa z czerwonej.
Do rosołu wrzuć puszkę czerwonej fasoli. Albo nie - wrzuć jej zawartość. Dodaj listek laurowy i dwa ziela angielskie. Gotuj 5 minut. Podawaj z ziemniakami.

9. Krem z cukinii.
Cukinie umyj, pokrój byle jak. Cebulę też. Zeszklij cebulę na maśle, dorzuć cukinię i obsmaż. Wrzuć to wszystko do rosołku i pogotuj 3 minuty. Zgładź blenderem. Jeśli popisujesz się przed jakimś facetem, podaj z kawałkami wędzonego łososia i kleksem gęstej, kwaśnej śmietany.

10. Krem z selera naciowego.
Zrób to samo, co z cukinią. Do kremów ma też zastosowanie groszek ptysiowy. Ja nie przepadam.


Może być na razie tyle? Bo już mi się trochę znudziło. Jeśli mało, to krzyczcie. 10 kolejnych z siebie wykrzeszę. W weekendy zrobicie coś konkretniejszego i miesiąc księżycowy macie obskoczony, hehehe. I to bez pocenia się!

1972

Laureatką dzisiejszej nagrody w postaci notki dedykowanej jest

EFKA.

Enjoy!

Może o czymś innym niż koty? Mnie to naturalnie pochłania całkowicie, ale podejrzewam, że Wam się już odbija. Tymczasem Allegra Walker w komentarzu do poprzedniej notki poświadczyła, że migrujemy sobie w zamknietym kręgu, czyli przyleciała tu od koleżanki Dodo (albo i też odwrotnie, co nam pewnie niebawem wyjaśni), na blogu której nieopatrznie wysypałam się z oświadczeniem, że mogę ugotować 18 zup i się nie spocić.
Ano mogę. Pewnie nawet więcej, gdyby mi się oczywiście chciało.

Jednakowoż zamieszczenie 18. przepisów w jednej notce mogłoby spowodować tak silne przeżarcie, że nawet ja - osoba pozbawiona sumienia - mogłabym mieć wyrzuty. W związku z tym proponuję notkę o filozofii gotowania zup, popartą przykładami. Na życzenie mogę później zamieszczać inne przepisy.

Filozofia gotowania zup opiera się na kilku niezwykle istotnych prawach:
1. byle się nie spocić,
2. kostka rosołowa najlepszą przyjaciółką pani domu,
3. puść wodze fantazji,
4. co mnie obchodzą opinie innych.

I teraz tak. Punktu pierwszego omawiać właściwie nie trzeba, gdyż wydaje się oczywisty. Dodam jedynie, że żarcie jest najsmaczniejsze, kiedy dodaje sie do niego przyprawę uniwersalną. Mianowicie serce. Jeśli zamiast serca dorzuca się zniechęcenie, zmęczenie czy żal - to czuć. Dlatego lepiej przygotowywać potrawy proste niż pięciopiętrowe torty, które znienawidzimy już w pierwszej połowie i to zanim sędzia cokolwiek odgwiżdże. No, chyba że ktoś lubi, to niech sobie ustawi nawet wieżę Babel. Ale w dniu, gdy zziajane i z siatami wpadamy z roboty do domu, a tam burdel jak po przejściu huraganu, w każdym kącie pełno brudnych bachorów, kot się zesrał na środku salonu i do tego mąż z miną pt. "moja koleżanka z pracy wita domowników z uśmiechem, na szpilkach i w fartuszku, a z kuchni dochodzą aromaty - nie to, co tutaj" - lepiej zarzucić coś, co nam zajmie 10 minut niż skończyć z wyrokiem dożywocia. I tak zeżrą, bo łaski nie robią, a nam też należy się trochę odpoczynku.

I w tym miejscu pozwolę sobie na moralniaka - z pożytkiem doczesnym i wiecznym.
Otóż, Moje Drogie Czytelniczki: im szybciej zrozumiecie, że nie jesteście automatami oraz nie startujecie w żadnym wyścigu, tym lepiej. Nie tylko dla Was, ale i dla świata. Macie niezbywalne prawo do chwili oddechu, jak każdy człowiek. Choćby w miarę wypoczęte, będziecie lepszymi mamami, żonami, pracownicami i po prostu ludźmi. Nie, to nieprawda, że tego nie da się zrobić. Da się, jeśli tylko zechcecie, bo nie odpowiadacie za pokój na tym łez padole. Wszyscy są za to odpowiedzialni, więc wrzućcie na luz. Efekty na pewno Wam się spodobają.
Koniec moralniaka.

To się ma doskonale do punktu drugiego, czyli "kostka rosołowa najlepszą przyjaciółką pani domu". Nie przekonujcie mnie, proszę, że to sama chemia. Bez chemii w dzisiejszych czasach można tylko wtedy, gdy się od zera we własnym ogrodzie wyhoduje warzywa, owoce i mięso rzeźne. Jeśli chcecie zrezygnować z chemii, to całe dostępne żarcie won, kosmetyki won, artykuły czyszczące won, buty won, ciuchy won, wszystko won. Akurat kostka rosołowa komuś życie odbierze. Przy czym: nie zmuszam. Tylko informuję, że wywar na kościach to trucizna. Jeśli więc chcecie wywaru, to z warzyw, czystego mięsa, no i tej chemii, co w nich już jest.

Ad. 3. Zupę można ugotować praktycznie z wszystkiego i to samo ma się do tarty. Nie bójcie się eksperymentować, łączyć smaki i produkty, o których nikt jeszcze nie pomyślał. Najlepsi kucharze tak właśnie robią - chyba nie myślicie, że całe życie jadą na "Kuchni polskiej". Zawsze możecie odlać odrobinę do małego garnuszka i tam dodawać kolejne składniki, wtedy nie będzie stresu, że Wy przy tej kuchni przez pół dnia (bo akurat zapomniałyście o zasadzie nr 1), a żarcie nadaje się wyłącznie na kompost.

I w końcu wielka prawda oświecona, czyli: a co Was obchodzi, co ludzie powiedzą. Rodzina zeżre, bo nie ma wyjścia. Jeśli będzie się buntowała - tym lepiej. Niech Wam pokażą, jak to się robi prawidłowo. Pamiętajcie, by przybrać wygląd lichy i durnowaty, a przy tym wiedzę nabywać opornie. Będziecie mogły zjeść obiad bez stania w kuchni. Przy większej wprawie: 30 następnych obiadów.
Co do obcych, mam i teściowych. Z obcymi nie gadać, mamusiom zaproponować, żeby same ugotowały, bo Wy wdzięcznie zjecie. Wprowadzić w czyn.
Pamiętajcie! Im bardziej się czegoś nie potrafi zrobić, tym rzadziej się to robi. Zwróćcie uwagę, że faceci wysysają tę wiedzę z mlekiem matki. Oni nie umieją i już. Przemyślcie to zjawisko, dobrze radzę.

No, tak - część teoretyczną mamy zaliczoną. Teraz muszę wyleźć z domu, więc na osłodę wrzucam zdjęcie łamane: kuchenno - posiłkowo - kocie.
A przepisy uzupełnię w kolejnej notce, gdy wrócę.

Aha! Postanowiłam jednak otagowywać posty. Po prawej pojawiła się chmura i będę nad nią pracowała. Usunęłam już stare tagi, co było bardzo upierdliwe, bo trzeba to robić ręcznie. Zostały mi jeszcze "bez kategorii", bo Blog narzucał to sam. Za co go przeklinam. Ale myślę, że w końcu wyplewię wszystkie.
No to nara.