30 maja 2008

Czasem warto iść na udry

Głównie chodzi o to, że kobieta, jak ma coś zrobić - to po prostu robi, a facet – musi nabrać chęci. W codziennym życiu to znoszę, część robię sama, o inne rzeczy się upominam. I jakoś się toczy. Czasem jednak mi „przebiera”. I tak było w środę.
Przebrało mi bo:
- w domu taki syf, że płakać się chce, a ciągle słyszę, że: „nie ma sprawy, natychmiast, w wolnej chwili, poodkurzam”,
- znowu zepsuło się punktowe oświetlenie w kuchni, które zwyczajnie jest potrzebne i: „nie ma sprawy, natychmiast, w wolnej chwili, sprawdzę, co się dzieje”,
- dwuramienna lampka nad łóżkiem nie świeci po mojej stronie od dawna, trzeba wymienić żarówkę (najpierw kupić), a przecież: „nie ma sprawy, natychmiast, w wolnej chwili, pojadę i kupię”,
- nie mamy zapasowych kluczy do domu i proszę od półtora roku, żeby się zorientować, gdzie można je dorobić i: „nie ma sprawy, natychmiast, w wolnej chwili, sprawdzę”. PÓŁTORA ROKU!!!
I ta ostatnia sprawa stanowiła kroplę, która przelała czarę.
Nawet się nie darłam. Powiedziałam po prostu:
- Jeśli nie możesz z jakiegoś powodu czegoś załatwić, zwyczajnie powiedz „nie zrobię tego”.
I wiecie co?
Po półtora roku proszenia, przypominania i „zarazzałatwiania” on spojrzał na mnie znad książki i spokojnym tonem powiedział:
- Nie załatwię tego.
Normalnie szlag mnie trafił.
Pora była nocna, więc uznałam, że:
1. nie mogę się drzeć,
2. tyle emocji naraz, nie sprzyja zasypianiu.
I tylko odwróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy. A że byłam wprost koszmarnie zmęczona, zasnęłam i tak.
Dzień drugi rozpoczęła seria burknięć śródrodzinnych oraz moje pilne wyjście z domu.
Wróciłam po 20 (sic!).
Rodzina oczekiwała w przedpokoju.
- Dorobiłem klucze, poodkurzałem, naprawiłem światło w kuchni, żarówkę do lampki kupię jutro, obiad będzie czekał - wywalił Prezes jednym tchem.
- A ja mam sraczkę – skwitowało Potomstwo, po czym ryknęliśmy śmiechem gremialnym.

Pytanie brzmi: kocha mnie czy jestem aż taką jędzą?

PS Dziś przypadkiem dowiedziałam się, że załatwił mi również bez pytania sprawę służbową, gdzie zazębiały nam się kompetencje.

29 maja 2008

Z nowości

Dostałam dodatkowy etat i dodatkowego pracownika.
Sęk w tym, że go nie chcę.
A etat chcę, ale dla kogoś innego.

Pokłóciłam się z Prezesem i nie chce mi się gadać.

28 maja 2008

A w pracy…

Spotkanie biznesowe, które zaplanowałam na pół godziny, trwało dwie i pół. Co zdezorganizowało mi pracę na cały dzień. Okropnie nużą mnie takie czynności. Oczywiście wiem, że w negocjacjach już tak jest, że – by uzyskać zaplanowane przez siebie cele – trzeba nabić w cholerę piany, ale najchętniej przyszłabym i powiedziała:
- Moje stanowisko jest takie i takie. Dawać albo wypad.
I oni by dali albo wypadli.
Ale figa.
Siedź, zęby susz, miej coś do powiedzenia na każdy temat. A im interlokutor reprezentujący poważniejszą firmę, tym piana w ustach ma większą objętość. Nie zdążyłam przed spotkaniem zjeść śniadania, więc starałam się nie skupiać na burczeniu w brzuchu. Po dwóch godzinach już BARDZO chciało mi się siku. No i byłam jedyną kobietą, więc zagrania w stylu „solidarność jajników” nie wchodziły w grę.
Poza wszystkim sądzę, że nieźle nabijam sobie punktów u mojego bezpośredniego dyrektora. I dobrze. Przyda się, jak znalazł, w okresie premiowym.

Tymczasem wyszarpałam naczelnemu z gardła trochę dodatkowej kasy dla moich pracowników, co łatwym nie jest, bo skąpy psiakrew, jakby ze swojego dawał.
Za ścianą radość, jak po wygranej w totka.
Zaoferowano mi masaż i całowanie po gołym tyłku.
Rozważę.

27 maja 2008

Upadki i wzloty

Wczorajsza wizyta u alergologa doszła wreszcie do skutku. Każdy z owej wizyty wyszedł w innym nastroju:
1. Prezes – znudzony (jak to facet),
2. prezesowa – podniesiona na duchu,
3. Potomstwo – załamane.
Niniejszym ogłaszam, że akcja z publiczną egzekucją kotów zostaje odroczona na czas bliżej nieokreślony, ponieważ wyszło czarno na białym, a właściwie czerwono na cielistym, że Potomkini nie jest na owe uczulona. Zadziałała zasada homeopatii, ponieważ poprzednie testy wykazywały niezbicie rzeczona jednostkę, a naówczas nie posiadaliśmy w domu nawet króliczej łapki, a co dopiero wściekłego stada cholernych futrzaków. Pomimo wskazań lekarskich uległam później naporowi tłumu i wyraziłam zgodę na przysposobienie Pana Stefana, co się następnie rozwinęło ekstremalnie i czego skutki przykre odnotowujemy do dziś. Natomiast Potomstwo, na zasadzie leczenia problemu nim samym, odczuliło sie na koty.
Nie odczuliło sie natomiast na roztocza, a wręcz przeciwnie. Przemyślę wobec powyższego kwetię ewentualnego zarośnięcia brudem.

Wczorajsza wizyta miała dla Potomkini jasny punkt, nie demonizujmy. Pani doktor zakazała Potomstwu wycierania kurzu i odkurzania, niestety. W związku z tymi okolicznościami ogłaszam konkurs na podłą zemstę w postaci kumulacji obowiązków domowych, niezwiązanych z roztoczem. I – na razie – również z wodą, bo ręce ma zajęte mocno. Póki co, o kopciuchu zmywającym tony garów możemy jedynie pomarzyć. Oczekuję erupcji pomysłowości, bo mi się dziecko rozpuści jak dziadowski bicz.

Tymczasem (naturalnie) leki, kontrola telefoniczna za ok. 3 tygodnie, kontrola oglądowa w pierwszej połowie lipca, testy trzydniowe na plecach późną jesienią.
Cierpienie Potomstwa wywodzi się z konieczności rezygnacji z kosmetyków. Argument, że zrujnowałam rodzinę w aptece na żele i balsamy dla atopików, nie działają. Ale niech mi dziecina pokaże koleżankę, dla której mamusia kupuje balsam do ciała za 5 dych! O koszcie żelu do mycia nie wspomnę. A o lekach w ogóle nie rozmawiamy.

Moja córka, w sposób charakterystyczny dla jej kręgosłupa ideowego, zaliczyła prawie śmierć kliniczną, związaną z odebraniem masła kakaowego Ziai. Tudzież innych. Mam obecnie na stanie sporo środków kosmetycznych o różnych zapachach, niekoniecznie licujących z powagą złej macochy, jaką zostałam okrzyknięta natychmiast po wyjściu z gabinetu. W związku z tym nadchodzący okres poświęcę na mycie. Się. A potem wywalę na podłogę wszystkie natłuszczacze i się w nich wytarzam. Efekt może być piorunujący.

Na szczęście lekarka dała mi do ręki jeden argument dyscyplinujący – w sytuacji, gdyby zapaść histeryczna nie przemijała, zabiorę Potomstwo do dziadków, gdzie wsadzę je do wanny pełnej wody oraz leków uśmierzających i potrzymam jej głowę przez czas jakiś poniżej powierzchni.

Chciałam równiez ogłosić, że piknik rodzinny na naszym podwórku może jednak dojść do skutku, acz w nieco odmiennym charakterze. Ponieważ Potomstwo zażądało, żeby je dobić, możemy sobie urządzić imprezkę, w kulminacyjnym punkcie której publicznie odstrzeli się dziecinę. A potem upieczemy kiełbaski.
Wieprzowe.

26 maja 2008

Czyli z okazji

Myśl na dziś:

Prędzej czy później wszyscy cytujemy swoje matki.
Bern Williams

Fajnie jest mieć swoje święto, prawda?

Domek ciasny, ale własny

Przybywszy w późnych godzinach popołudniowych, zostaliśmy wyściskani przez pełen zestaw futrzany, nadepnięci dwunastoma łapami oraz zaszczyceni potwornie śmierdzącą kupą, którą ktoś skonstruował na naszą cześć w kuwecie w łazience. Winnego nie ustalono.

Moi rodzice są bardzo dobrymi ludźmi i to rzutuje na wszelkie ich działania. W tym karmienie. Dobrze nakarmiony członek rodziny to członek szczęśliwy, myślą oni. Zadziwiające, jak bardzo można utuczyć kota przez 4 dni. Porażające wręcz.
Koty na diecie.
Ja na diecie.
Dziecko chce się wziąć za dietę monotematyczną.
O skutkach się doniesie.

Prezes, po pierwszej nocy, spędzonej w rodzinnym domu, westchnął:
- Fajnie, ale zdecydowanie brakuje tu jakiegoś kota.

Prezes po pierwszej nocy, spędzonej (po przerwie) we własnym domu, warknął:
- Wybijmy te cholerne futrzaki do nogi.

Cholerne futrzaki wstały o 4.20 i uznały, że konstytutywną radością ich życia jest nasza obecność. Ale niekoniecznie w łóżku. Wobec powyższych przemyśleń, postanowiły uczynić wszystko, aby wzmocnić nasz związek poprzez wypędzenie z piernatów i spowodowanie aktywności życiowej, polegającej po pierwsze primo na wydaniu posiłku porannego, a po drugie primo na miziankach i różnych szalonych zabawach, z odgryzaniem głowy w skoku włącznie.
Było bardzo śmiesznie.
Ktoś był tak zmotywowany, że zesrał się w kuwecie na piętrze, co okazało się niezwykle skuteczne, bo Prezes wstał, otworzył okno i wyniósł kuwetę.
Niestety (dla kotów) aktywność ta okazała się krótkodystansowa. Zaraz bowiem rypnął w łóżko nieprzytomnie.
Smród snuł się radośnie po całym domu.
Wstałam o 5.25, bo już się nie dało.
Chciałabym, aby szef tak cieszył się na mój widok, nie zważając na fakt, że przeklinam pod nosem, jestem rozchełstana i nienawidzę całego świata.

W obecnych okolicznościach zaistniała możliwość sprowadzenia do domu psa. Tym psem będziemy szczuli te cholerne koty.
Wybraliśmy nawet rasę. Ciekawe, czy dojdzie do realizacji.

A w pracy…
Dyrektor już był z wizytą kontrolną i wysępił ode mnie trzy fajki. Następnie się zadymił i zasępil na okoliczność konieczności kupowania własnych papierosów. Dzielnie mu w tym sekunduję.

A o 18.15 mamy zaplanowaną wizytę u alergologa z Potomstwem. Oby wreszcie doszła do skutku.
Może nawet przyniesie w wyniku konieczność pozbycia się tych cholernych…
Urządzimy wtedy na podwórku publiczną egzekucję, połączoną z grilowaniem kiełbasek.
Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy.

25 maja 2008

Nareszcie w domu

Wreszcie jestem TU:



A byłam TU:

:o)
Co stolica, to stolica.
Ale nigdzie tak dobrze – jak w domu.
Czy ktoś mógłby łaskawie zacząć długi weekend?

24 maja 2008

Na deser – ekstremum

Zgodnie z życzeniem gabrielle.

W ogródku PRZED domem teściowa do teścia:
- Wojtuś, rozporek masz rozpięty…
- I co? Nic mi już stamtąd nie wyleci.

Moi teściowie dają mi pożywkę, aż mnie palce świerzbią

Wczoraj po południu do teściów przyjechał najstarszy brat Prezesa, żeby się z nami zobaczyć. Bracia poszli na ryby i, ku radości „miastowego”, połazili w gumiakach po lesie.
Pod wieczór Marek zaczął się zbierać.
- Poczekaj, dam ci kilka gołębi, to wypuścisz koło swojego domu – teść podniósł się, usadzając jeszcze pierworodnego.
- Późno, tato. Nie dojdą – odpowiedział indagowany.
- A to niech się same martwią.

Wyglądamy z teściową przez okno, jak w ogrodzie teść z synami strzelają do tarcz z wiatrówki.
- Patrz, co za sierota – mówi do mnie teściowa.
- Który? – uszczegóławiam.
- Marek.
- Mamooooo!!! – jęczę z pretensją, przecież mówi o swoim pierworodnym.
- A idźże, jaki chudy! A jego żona ma cyc jeszcze większy niż ty!

Dzis po południu zaczepiam teścia.
- I jak, tato, doszły wszystkie?
- A gdzie tam – odpowiada – Trzy z sześciu. Dwa samce i samica nie wróciły.
- To samice też tata wypuszcza? – dziwię się autentycznie – Słyszałam, że tylko samce!
- Wypuściłem tę, co na drucie siedziała – teść zwraca się przez ramię do teściowej – Wiesz, tę, co się tam na okrągło z jakimś przybłędą czuliła. To niech się teraz czuli w Rypinie!

Prezes pokazuje mi przez okno ślicznego, małego ptaszka z pomarańczowym brzuszkiem.
- Zobacz – mówi – to rudzik. Tata zrobił im budkę lęgową na drzewie koło domu, widziałaś?
- Dwie zrobiłem – wtrąca teść – bo się ciagle o tę budkę biły. Ale jeden się okazał sprytniejszy. Zamiast się lać po głowie, patyk wielki skądś przytaszczył, do budki wsadził i zadowolony! Zajęte!

Teściowa pokazuje teściowi talerz, po brzegi wypełniony kotletami, obłożony folią. Drugą ręką otwiera lodówkę.
- Wojtuś, patrz! Te kotlety masz zjeść do wieczora!
- Matka wyznacza ojcu horyzont żywieniowy – szepcze mi do ucha Prezes, zasłaniając się sałatą.

Po obiedzie teściowa wykłada na talerz ciasto i wychodzi. Wpychamy z Prezesem po jednym małym kawałku. Ileż można jeść? Na to do kochuni wchodzi teść, pochyla się nad talerzem i, niby mimochodem, stwierdza (dość głośno):
- Rozumiem, że ciasteczka dla mnie?
- Przecież nie wszystkie! – z łazienki dochodzi zaniepokojony głos teściowej – Chyba by cię rozerwało!
- Gadanie takie! – oburza sie teść, obracając talerz i dokonując szczegółowych oględzin – Wezmę sobie największe.

W samochodzie Prezes łapie mnie za rękę i szepcze błagalnym tonem:
- Wyjedźmy jutro przed południem!
- Dlaczego tak wcześnie?
- Ani chwili dłużej z nimi nie wytrzymam.
- Kiedy są fajni!
- Ciebie to bawi, bo ty to traktujesz, jak folklor!

PS Mogłabym tak w nieskończoność, ale mi nie wypada. Teściowie są przekonani, że jak znikam w pokoju i załączam komputer, to pracuję, więc mi nie przeszkadzają. Nie mam sumienia ich ciagle kitować. A przecież nie mogę notować na kartce wszystkich rozmów! A jak nie notuję, to mi ucieka, bo oni tak ciagle! Redakcjo, pomóżcie…

23 maja 2008

Formatowanie prawie nie rabotajet

Nie wiem naprawdę, dlaczego tak się dzieje i nie chcę wytykać nikomu niczego palcem, ale najwyraźniej jesteśmy na takim zadupiu, że tu mało internetu dowożą i formatowanie tekstu mi się rzadko ładuje. I tak cud, że w ogóle udaje mi się otworzyć pocztę, bo w Katowicach mój dział pracuje, aż się kurzy, a ja potrzebuję oglądać efekty tej pracy.
Więc bez poczty ani rusz.
Choć czasu i cierpliwości wkładam w to wszystko sporo – dotarcie do gmaila staje się karkołomne. Wobec powyższych okoliczności, wnoszę o sformułowanie podziwu na okoliczność pisania notek.

Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam, targają mną w pewnym sensie sprzeczne uczucia. Z jednej strony znakomicie się bawię, bo moi teściowie są wyjątkowymi ludźmi i nieraz zdarza mi się popłakać ze śmiechu, wsłuchując się w te ich rodzinne pogwarzania. Z drugiej strony włos mi się jeży na samą myśl o tym, że moglibyśmy być sąsiadami.
Sądzę jednak, że się na to nie zanosi.
Prezes, w czasie dzisiejszego rytualnego przejazdu przez jego rodzinne miasteczko, westchnął:

- Nie podejrzewam, abyśmy kiedykolwiek spędzili tu więcej czasu, o zamieszkaniu nie wspominam.

Oto właśnie, jak szybko człowiek przywyka do życia w aglomeracji.

Zawsze zastanawiam się, na ile skażona jestem byciem z wielkiego miasta. A teraz widzę, że niektórzy (Prezes) z radością porzucają małomiasteczkowość. Naturalnie nie mówię tu o posiadaniu domu pod miastem (w tzw. sypialni) i dojeżdżaniu do pracy do centrum. To właśnie mi się marzy. Ale żyć na stałe gdzieś… jak trudno nie użyć słów „na zadupiu”…

Już kiedyś pisałam o tym, że jestem z miasta i koniec. Nic za to nie mogę i nie jestem w stanie tego zmienić. Bardzo lubię ciszę i cenię ją sobie niezmiernie. Jednak trudno mi się pogodzić z mentalnością ludzi.
Proszę np. Prezesa, żebyśmy się gdzieś zatrzymali, to ja sobie spokojnie zapalę.

- Mowy nie ma – odpowiada – Nie damy ludności pożywki do plotek. Przecież oni to od razu zauważą.

Dla ludzi z dużych miast tego typu problem nie istnieje. Jesteśmy w dużej części anonimowi. Tutaj anonimowaści po prostu nie ma i już.

Sąsiad dziś przybył na okoliczność zwąchania, co jest na rzeczy – przecież nasz samochód zaparkowany jest koło garażu, więc nie da się ukryć, że tu jesteśmy.

Przejechaliśmy samochodem w minutę całe centrum. Prezes, dla którego to centrum było przecież kiedyś całym światem, zdziwił się:

- To już?

Ano już.

On to zna, a ja nawet bałabym się spróbować. Pewnie dlatego, że słabo nawiązuję szeroko pojęte stosunki sąsiedzkie. Od razu byłabym na indeksie i nie ma się co dziwić.
Nie zmienię swojej mentalności.
Choć może kiedyś… Kiedy już nie będę pracowała, kiedy już na wiele rzeczy nie starczy mi sił. Może wtedy sąsiad zza płotu będzie mi niezbędny do życia.
Ale póki co – dobrze, że w niedzielę wracamy do domu.

PS Ale żeby nie było, że tylko narzekam – kupiłam sobie wyjątkowo pięknie zrobione sztuczne kwiaty. Do samej idei sztuczności nie mam zamiłowania, ale nauczyłam się ostatnio zagospodarowywać wnętrze w pracy tymiż: świetnie się nadają. Aż dziw bierze, skąd się tutaj biorą takie małe dzieła sztuki.

I książki.

Zostawiłam w księgarni 54 zł. A książek wyniosłam 6.
Prezes nie pozwolił mi kupić „Kwiatów polskich”. Wobec czego jesteśmy pokłóceni.

Krysiu – mam dla ciebie biografię Michaliny Wisłockiej. Ze zdjęciami. Chcesz?

22 maja 2008

Autorka pozdrawia z Polski centralnej (prawie że)

Urlopy otrzymaliśmy.
Potomstwo odsprzedaliśmy.
W drogę wyruszyliśmy.
Na miejsce dotarliśmy. Z przygodami.

Osoby:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
gmina Piątek*

Czas akcji:
13.30

Prezesowa grzeje drogą klasy na oko trzeciej jakieś 130 km/h. No jasne, że tak nie wolno, bo droga wąska. Ale z drugiej strony – ruch mały, bo święto, to co sobie żałować.

prezesowa: A na cholerę te słupki powbijane wzdłuż drogi? Przecież i bez tego wąsko.
Prezes: Żeby nikt krowy nie potrącił, jak z pastwiska wraca.

Nagle prezesowa dostrzega, że naprzeciwko jakiś kretyn wyprzedza półciężarówkę, ergo – idzie na czołówkę. Prezesowa daje po hamulcach i…

prezesowa: No kurwa! Szybciej!!!
Prezes: Kiepskie, jak na ostatnie słowa w życiu…

* Piątek cieszy się sławą centralnego miesjca w Polsce. Mają na tę okoliczność pomniczek. Niech im tam będzie.

PS Widzę, że najbardziej podniecają was tematy, związane z moją garderobą. Obiecuję, że żadne majtki nie prześlizgną się bez waszej wiedzy!

21 maja 2008

Wielkie powroty

A więc wróciłam na gościnne i życzliwe łono blogowe zziębnięta, zmoczona jak kura, niewyspana (umcia, umcia do 4 nad ranem) i znudzona do granic możliwości. Nie mówcie nikomu, ale zawsze wyznawałam teorię, że narady służbowe to są po to, żeby ludzi oderwać od pracy, bo potem muszą siedzieć po godzinach. Taka złośliwość kierownictwa.
Czekało na mnie uśmiechnięte grono pracownicze oraz porażający stos dokumentów do akceptacji. Załamujący stos. A w naiwności swojej mam nadzieję na wolny piątek, gdyż chcemy się udać. Jak wiadomo z moimi teściami nie da się wypić kawy od niechcenia, bo mieszkają 400 km od nas, co sugeruje oczywiście, że są teściami idealnymi. Z powodu tej idealności nie będziemy szczęśliwymi posiadaczami licznej grupy potomstwa i zadowolimy się jedną sztuką, lecz jakże udaną.

Jakby przeżyć naradczych było mało, prosto z delegacji udałam się na posiedzenie w spółdzielni, z którego powróciłam nocką ciemną. Dodatkowo zdenerwowałam się do granic możliwości, aż mi sen odebrało, co nie jest u mnie często występującym przypadkiem. Z rozsądku zgasiłam światło po północy, by kręcić się nerwowo na posłaniu i, po kilku nic niewnoszących drzemkach, podnieść się o 5.00. W związku ze związkiem zasięgnę dziś stosownej opinii prawnej, a na jej podstawie (mam nadzieję) dowalę tym, co mi sen odebrali. Nie będzie tak, żeby jakiś pacan pozbawiał mnie wypoczynku nocnego.

Poza tym kupiłam sobie wreszcie pomarańczowe pantofle, które wyglądają tak:

i nic a nic mnie nie gniotą.

Bardzo proszę o nieużywanie słownictwa typu: „kurewski”.

19 maja 2008

No dobra, to ja się zbieram

I żeby mi tu wszyscy grzeczni byli, jak mnie nie ma, tak?
Bo ja wszystko sprawdzę, jak wrócę.
Wszyściusieńko, słowo daję.
I będę miała dowody waszej rozszalałej inwencji czarno na białym.
Ot, co!

16 maja 2008

Bilans

Na plus:
1. jest piątek.
2. mój nowy dyrektor odkrył dziś, że jestem owładnięta nałogiem tytoniowym i bardzo się ucieszył. Ja też, że on też. Nic tak ludzi nie łączy, jak palenie.
3. kontrahent, który się na mnie obraził, właśnie się odbraził. Bardzo się cieszę, bo to da mi możliwość obrażenia się na niego. Definitywnie.
4. kwitnie współpraca pomiędzykierownicza z działami, których bym o to nie podejrzewała.

Na minus:
1. mam naradę służbową w Ustroniu 19-20 maja. Nie znoszę delegacji.
2. mam naradę służbową w Szklarskiej Porębie 5-6 czerwca. Nie znosze dalekich delegacji jeszcze bardziej niż bliskich.
3. wizyta u alergologa z Potomstwem wypadła, bo pani złamała sobie nogę. Nastepna dopiero 26 maja, a dziecię cierpi.
4. chronicznie brakuje mi forsy, już nie wiem, co o tym mysleć.

To ja pójdę i pokolęduję za forsą dla naszego dziecka.

15 maja 2008

Niech żyje informatyzacja!

Wiadomość elektroniczna.
Nadawca: moje-waterloo.
Adresat: wszyscy pracownicy Archiwum X.
Godzina: 10.00.


Szanowni Państwo!

Mam ogromną przyjemność zawiadomić wszystkich, którzy nie dowiedzieli się tego jeszcze poprzez bezbłędnie działającą Pocztę Pantoflową Archiwum X, że urodziło nam się pierwsze dzieciątko w Archiwum X Po Reformie. Młodzieniec o imieniu Filip, dla znajomych Fifi, przyszedł na świat wczoraj o godz. 19.00, ważąc 3270 g i mierząc 57 cm. Udany syn oraz powszechnie lubiana mamusia – M. M. – czują się dobrze.

Wobec powyższych okoliczności, za zgodą Pana Dyrektora, proponuję pospolite ruszenie datków, które w postaci wybranych dóbr materialnych lub żywej gotówki, zostaną przekazane w stosownej chwili szczęśliwym acz silnie oszołomionym protoplastom.

Żeby ubiec zrzędliwe pytania po ile i czemu tak drogo, proponuję następujące składki:
- pracownicy po piątce,
- kierownicy po dyszce,
- Szacowna Dyrekcja po (ekhm, ekhm) … nie ośmielam się proponować, z nadzieją na hojność i życzliwe podejście do tematu ;-)

Zemszczę się na wszystkich jutro (żeby dać wam czas na przemyślenie ewentualnych postaw niepożądanych – pomnijcie, że słowo „skąpy” ma niezwykle pejoratywny wydźwięk), wykonując kurs pieszy po pokojach z czapką oraz pozytywnym nastawieniem.
Pamiętajcie, że inwestujemy we własne emerytury, a wszystkie dzieci nasze są. Zwłaszcza archiwumiksowe
.

14 maja 2008

Skażona

Urodziłam wczoraj dla mojej dyrekcji analizę umów handlowych, którymi steruję w chwili obecnej. Poród był kilkugodzinny i niezwykle bolesny. Niemniej to, co wydobyło się z moich trzewi, zaskoczyło urodą nie tylko mnie samą, ale i całe gremium pracownicze. Zakładam z optymizmem, że to nie lizusostwo, tylko szczerość. Założenie wynika z faktu, że uważam wszystkich moich pracowników za fachowców z prawdziwego zdarzenia i jeśli robię coś samodzielnie, to zawsze daję to do sprawdzenia osobie, która pilotuje daną działkę i grzecznie wysłuchuję wszelkich uwag oraz wdrażam je bez szemrania. Albowiem głupie ci one nie są. Zawsze wychodziłam z założenia, że praktyk, który dotyka danego tematu bezpośrednio i na co dzień, po prostu wie najlepiej. Pewnie, że często materiał po praktyku trzeba obrobić i spróbować spojrzeć na problem z innej strony, ale baza wyjściowa jest znakomita.

W ogóle płonę gorącym uczuciem do moich ludzi. Godzinę temu wrzuciłam im dość karkołomne zadanie z kuriozalnie krótkim terminem wykonania (oczywiście sama nie wymyślam takich świństw, tylko dostaję zlecenia). Przed chwilą tam zajrzałam: burza mózgów, aż się kurzy, jedna osoba spisuje pomysły, prawdopodobnie wyrobią się bez problemu.
Doceniam wszelkie wysiłki, które widzę. Nie impregnuję się na pracę, której nie widać. Świadczę pomoc, która upraszcza codzienność. Nie boję się podejmowania decyzji, które są niepopularne. Praca moich ludzi i ich podejście do obowiązków, odpłacają mi z nawiązką za te kłody, które rzucają mi pod nóżki (podle) inni.

Tymczasem zrobiłam wczoraj dobry uczynek i wzięłam kolejny dyżur na dziś. Kolega, który został uszczęśliwiony moim lekkomyślnym podejściem do pracy, a co za tym idzie – wolnym popołudniem i wieczorem, płonie do mnie miłością wielką.
Wykorzystam to w swoim czasie. Coś wspominałam o podłości, prawda?
Więc dziś znowu do 20.00.
Mojeż ty Archiwum, mojusie! Jesteśmy niezwykle ze sobą zżyci. Pamiętaj o tym i kochaj mnie wzniośle oraz trwale, bo – rozumiesz – kredyt hipoteczny.
To ja idę się zapytać, czy dyrekcja zechce ze mną rozmawiać o moim nowym dziecku, co to je wczoraj powiłam.

Aneks do dzisiejszego dnia:

Opowiada moja pracownica:
- Idę sobie ulicą S., a przede mną dwie młode kobiety. Wiesz, ten typ: przesadna opalenizna, tlenione włosy, bardzo ekstrawagancki ubiór. I jedna mówi do drugiej: „To naprawdę fajny facet! Taki dobry i mądry. W chuja go szanuję!”

Mamy zabawę przez cały dzień. Właśnie zastosowałam tekst na moim koledze kierowniku. Powiedziałam mu:
- Chłopie, w chuja cię szanuję, żeś tu przyszedł i udzielił mi tej informacji, w dodatku bez proszenia.
Sądzę, że to się rozpleni.

13 maja 2008

Dzień za dniem

Otrzymałam wczoraj z rana powalającą propozycję Nie-Do-Odrzucenia, żebym pełniła w siedzibie Archiwum X 12-godzinny dyżur. Przeanalizowawszy możliwości w ułamku sekundy, zgodziłam się z entuzjazmem, mimo że nie miałam obiadu ani książki do czytania. Wyobraziłam sobie bowiem, że za tą propozycją z tyłu zęby szczerzy dyżur nocny, co nie daj Panie Boże, za stara jestem, żeby spać na podłodze, panie tego. Biurko też twarde.
Myślałam, że umrę z nudów albowiem nic wstrząsającego się nie wydarzyło. Tyle przyjemności, ile dają rozmowy telefoniczne z Krynią i drugą-mamą wykorzystałam. Reszta jest milczeniem.
Pracodawca był uprzejmy zaoferować pełniącym 12-godzinne dyżury wyżywienie, w kwocie łącznej 23 zł na łebka.
Niezapomnijciewziąćfaktury.
O 20.30 zadzwonił mój zmiennik, któremu szczęście nie dopisało i witał się z twardą, nocną podłogą. Byłam w spożywczym koło domu.
- Chcesz pizzę?
- Oszalałeś? Przecież ja zaraz w domu będę!
- Oj, jaka ty niedomyślna. Siedzimy tu we dwóch i brakło nam 20 zł.
- Co wy tam jecie, do diaska? Mało wam 46 zł na kolację???
- Pizza jest duża. Nie gardzimy też pieczywkiem czosnkowym.
- Aha. No bierz, jasne.
O poranku zmiennik okazał mi fakturę, na której stoi jak byk, że pochłonęłam pizzę o średnicy metra. Niech będzie. Do końca świata będę pożyczała od niego pieniądze.

Widziałam dziś rano nowego dyrektora. Przypadkiem jest to mój bezpośredni przełożony. Szedł sobie dostojnie, nastawiony pozytywnie i machał teczką. Cóż za brak świadomości zawodowej oraz elementarnego instynktu samozachowawczego.
Zaraz podjudzę pracowników, żeby wyprodukowali z 50 pism, które będzie musiał podpisać, to mu w pięty pójdzie. Myślę, że po tym treningu, jutro będzie przemykał pod ścianami jak cień.
Niech się chłopak uczy.

Zaraz mnie pewnie zawołają na poranny wieczorek zapoznawczy. Przywlokę go ze sobą na górę, niech pozna wszystkich pracowników. I niech sobie nie myśli, że tylko ja będę latała po schodach.
Na drugie mam Podłość.

12 maja 2008

A tak się dobrze zapowiadało…

Już od najmłodszych lat Potomstwo wykazywało pociąg do lektury

Do refleksji nad nią

Do przelewania tych refleksji na papier

Lubiło zwierzęta

Oraz prace domowe

I co z tego wyrosło???

9 maja 2008

Ubrać się rano to wyzwanie


Bo najpierw jest tak:

Na szczęscie wreszcie zaczyna się tak:

Ale zaraz potem okazuje się, że jest tak:

Co za szczęście, że one też mają epikurejskie podejście do życia, w końcu dzieje się tak:

I można się ubrać, i lecieć do roboty na złamanie karku.

8 maja 2008

Jak tam z weną

Otóż w moim życiu nie dzieje się nic przełomowego. I bardzo dobrze. Choć jest to, jak sądzę, stan chwilowy. Bo mateńka wyznała mi wczoraj, że miała Sen. A kiedy ona ma Sen, to zawsze coś się potem dzieje. Taka wiedźma po prostu.
We śnie główną rolę grało niechciane niemowlę, co zostało przez mateńkę odebrane negatywnie i zaczęła wieszczyć, że coś się spieprzy. Wieloletnie doświadczenie nauczyło mnie spodziewać się, że może mieć rację, więc z nutą rezygnacji oczekuję rozwoju wypadków.
Tymczasem zawisam dłońmi nad klawiaturą z myślą, że nie mam za bardzo o czym pisać, choć praca, jak zwykle, dostarcza mi wielu emocji. Ale trudno wypowiadać się o tym w sposób zawoalowany, bo nie można przytaczać tych opowieści bez konkretów. Musiałabym się przyznać oficjalnie czym jest Archiwum X, a w świetle moich niegdysiejszych wynurzeń, mogłoby to być kłopotliwe i odbić mi się długotrwałą czkawką. Pozostaję więc przy opowiadaniu różnych historyjek moim pracownikom, bo oni (jak mi się wydaje) wiedzą, gdzie pracujemy i jakoś ich to nie dziwi.
Wczoraj przekonałam się po raz kolejny, że praca jest jednak treścią mojego życia, ponieważ nie umiem się od niej odczepić nawet po godzinach i wyrabiam najprzeróżniejsze rzeczy, które o poranku bywają kanwą rozchichotanych sprawozdań w miejscu pracy.

A po południu obejrzę sobie z radością dwa potworne grubasy (o czym każda donosi z lubością na swoim blogu z zadziwiającą regularnością). Co prawda naocznie stwierdziłam, że owego przelewającego się tłuszczu na Kryni odnotować się nie da, nawet gdy człowiek wykaże maksimum dobrej woli, a z doświadczenia wiem, że na drugiej-mamie można wyłącznie dostrzec zgrabnie ukształtowany kościec oraz nogi łani, ale oj tam! Niech im będzie, jako chcą. Byle były!

6 maja 2008

Matka się nudzi

Mateńce NFZ pokazał palec w kwestii inwazyjnych zabiegów ocznych, ratujących ją przed ślepotą, a nas przed szaleństwem. Zakład Opieki Zrowotnej zwrócił się był w tej sprawie do Jego Wysokości Ministerstwa, które dla odmiany wybuchnęło gromkim śmiechem i dobitnie wykazało, że mu nie przeszkadza kolejnych kilku obywateli, obijających się po świecie jak pijane dziecko we mgle. Mateńka, wiedziona imperatywem kategorycznym (lubi sobie poczytać), wywęszyła, gdzie owe zabiegi mozna zrobić prywatnie. Szczęśliwie okazało się, a ona to jeszcze dostrzegła, że można na miejscu. To poszła, się zapisała i odkryła, że zabiegi zrobi jej ten sam lekarz, co w klinice, tylko pobierze za to stosowna kwotę. Jakieś 4.000,- za jeden. Z badaniami. Zabiegi, jak wiadomo, w serii co 4 do 6 tygodni. Radość w domu zapanowała wielka, bo sen nam z oczu spędza wizja mateńki obijającej się o sprzęty w kuchni. Tudzież w innych pomieszczeniach. Ale mniej.
W tej nabrzmiałej sytuacji kwota spełzła na plan dalszy. Protoplasta, pomimo wcześniejszych założeń, przeegzaminuje znów w tym roku kolejną grupę młodzieży żądnej intratnego zawodu (cóż za niczym nieuzasadniony optymizm). Tym samym zarobi na część leczenia.
Lokata kapitału, którą posiadłam dwa lata temu, wciąż w odwodzie.
Wczoraj mateńka zadzwoniła i powiedziała, że jej lekarz sobie zrobił kuku w kolano (o, ironio! służba zdrowia), będzie operowan i wszystkie plany szlag jej trafia. Niestety nic nie mogłam zrobić.
Niemniej, jeśli kto ma wątpliwości, charakter mój jest wybuchową wypadkową charakterów Protoplastów, czyli mateńka upartą jest i niespławialną. Doktor co prawda na L-4 (o, ironio! służba zdrowia), ale przerwie i mateńce zrobi kuku w oko po raz kolejny. Wzruszające, choć mam swędzące przeczucie, że nie o oko chodzi, a o 4 kafle za raz.
Mateńka natychmiast powiadomiła mnie o tych szczęśliwych okolicznościach, a następnie uraczyła mnie barwną opowieścią, że w drugim oku odkleja jej się to i owo, więc się podda operacji. Obstawiam, że to z nudów. Od kiedy nie pracuje, stała się nieznośna dla otoczenia oraz służby zdrowia (o, ironio!).
Zapytałam tylko, czy odpłatnie.
Więc nieodpłatnie, na szczęście.
Ale kto to wie, co się wydarzy do tego czasu.
Może już wprowadzą odpłatność.
Co im w końcu zależy.

5 maja 2008

Pożycia z Krynią przypadki

Pytanie jest tendencyjne! No jasne, że było miło.
Było też bardzo zabawnie.
Krynia z dumą roztoczyła przede mną kalejdoskop nowych ciuszków oraz torebki. A następnie wyjawiła mi swój skrywany głęboko problem: pani w kasie zdjęła plastikową blokadę (taką niby pikającą w bramce) wyłącznie ze spódnicy, na żakiecie blokada została. I jak tu wyjść z domu?
- Idź do sklepu, pokaż paragon i poproś, żeby zdjęli.
- Kiedy paragon wyrzuciłam! – jęknęła Krynia z rozpaczą.
Na wszelki wypadek przegrzebałyśmy dostępne torebki. Bez powodzenia. Załamanie Kryni sięgnęło zenitu.
- Co ja teraz zrobię, przeciez wygląda, jakbym to ukradła – nazwała Krynia rzecz po imieniu.
- Wskakuj w buty, jedziemy do sklepu – zadecydowałam bez namysłu.
Krynia przecudnie zzieleniała pod kolor kostiumiku i dostała palpitacji.
Zapakowałam ją wraz z kostiumikiem do samochodu i ruszyłam, za nic sobie mając jęki, stęki oraz skargi.
W sklepie bez kompleksów udałam się do obsługi. Zanim zdążyłam wypowiedzieć choć słowo, Krynia… zniknęła! No zwiała, powiadam wam. Co za człowiek.
Krztusząc się ze śmiechu poinformowałam panią w czym rzecz, a ona, nie wymagając absolutnie paragonu, bez słowa zdjęła blokadę.
Dogoniłam Krynię między półkami.
- I co??? – wyjęczała scenicznym szeptem.
- Załatwione.
- Jak to? JUŻ???
- No pewnie.
- Co za niesprawiedliwość! Że też Pan Bóg nie obdarzył mnie taką córką, jak ty!

Powiadam wam, nigdy  nie nudzę się z tą kobietą.

1 maja 2008

Święto Pracy

Leżąc rano w łóżku zastanawiałam się, jak winniśmy czcić Święto Pracy. Od razu poczułam się niezręcznie, bo odpowiedź nasuwa się sama – pracując. A ja tu leżę, jak kłoda.
To wstałam.

Obecnie sporo uwagi poświęcam problematyce wypchnięcia Karola z krzesła roboczego przy komputerze. Ścierpłam jak drewno. Ja tu oddaję się księgowości, dzień święty święcę w sposób mu należny, a ta kłoda zabiera mi 3/4 fotela. Człowiek to głupi jest. Kupuje sobie mieszkanie, urządza za własne pieniądze, bierze do domu przybłędę – karmi i opiekuje. Się. Łoży.
A potem nie ma gdzie usiąść.

W każdym razie uczciwie zarobiłam na przedłużony weekend, sumienie mam czyste, niczego nie zepchnęłam na później (oprócz mycia okien od czasów niepamiętnych, ale czuję się usprawiedliwiona, bo wszyscy oprócz mnie chorzy. To co? Sama będę robiła? W życiu!) i mogę wypoczywać w poczuciu właściwie spełnionego obowiązku.
W dodatku otrzymałam zgodę od rodziny na jutrzejszą wizytę u Kryni.
To co?
Sama radość?