31 października 2008

Odpowiedź na list otwarty

Pozwalam sobie skomentować list otwarty, który znalazłam na bliskim mi blogu przed chwilą (przepraszam, mało ostatnio czytam).

Kryniu kochana, tuż przy moim sercu!

Znam cię zaledwie półtora roku. Być może to mało, ale przecież połączyły nas wyjątkowo dramatyczne okoliczności. Od chwili, gdy cię poznałam, staram się jak mogę, by spędzić z tobą jak najwięcej czasu. Wiem, to wciąż za mało, ale życie jest, jakie jest.
Ten czas wspólny jest dla mnie czymś niezwykłym i prawdziwie wartościowym. Czymś, co porusza różne delikatne struny w głębi mojej duszy. Nie, nie przesadzam ani trochę. Gdy tylko mogę, siadam naprzeciw ciebie, która bez problemu mogłabyś być moją matką i czuję się niezwykle komfortowo. Nie dlatego, że mi przytakujesz, tylko dlatego, że trzeźwo, mądrze i z dystansem potrafisz podchodzić do życia, które nie zawsze nas pieści (rzadko, co?). I dlatego, że z charakterystyczną dla ciebie subtelnością i nie mam tu mna myśli unikania grubych słów, potrafisz pokazywać mi rzeczy, które tak ostro widzi ktoś, kto stoi z boku, a na barkach dźwiga ogromne doświadczenie.
Oprócz tego za nic nie oddałabym tych chwil, kiedy z właściwą sobie swadą opowiadasz mi o swoim życiu. Masz dar od Boga, by snuć opowieści i prawdziwa to szkoda, że urodziłaś się w dzisiejszych czasach, bo mogłabyś się spełnić jako Bajarz Wszech Czasów, nie przesadzam. Tak mi dobrze śmiać się z tobą i z tobą płakać.

Piszę to dlatego, byś zrozumiała, że nie oczekuję od ciebie szpilek i fryzury od stylisty. Cieszę się każdą minutą i tak mi żal wychodzić, że często nadużywam waszej uprzejmości w nadziei, że nie wywalisz mnie na bruk, choć noc już ciemna. I jeszcze dlatego, że wielce poważam twoje Człowieczeństwo. I tak mi łatwo zrozumieć te chwile, kiedy jesteś chora i słaba, bo wiem doskonale, ile trudu zniosłaś w życiu i jak bardzo poświęciłaś siebie dla innych.

Moja Najmilsza! Jesteś naszym skarbem narodowym, choć niedostrzeżonym na szerokich wodach życia publicznego. Tym bardziej czuję się wyróżniona, że to właśnie ja zostałam wybrana, żeby być blisko, grzać się przy twoim cieple, uczyć się od ciebie życia i tej wielkiej, skromnej, cichej mądrości. Bardzo cię kocham.

Więc pisz. Dużo pisz do nas wszystkich o tym, co cię boli. Nie oczekujemy od ciebie bycia żelazną lady. Skarż się i przeklinaj, a my wysłuchamy cię z ochotą, cierpliwie i ze współczuciem. Ze współ – czuciem, naprawdę.
Nie musisz ukrywać się ze swymi słabościami w katakumbach.

A każdego, kto odważy się wyrzucić z siebie choćby jedno słóweczko przeciw tobie, WYZYWAM NA UBITĄ ZIEMIĘ!!!
I nie będzie zabawy do pierwszej kropli krwi!
Zmiotę, jak tornado – bez cienia litości!
Wszystkich oponentów serdecznie zachęcam, by poznali mój bezbrzeżny gniew.
Tylko żeby mi potem nie było skomlenia, że „nie chciałem”, jasne?

Ściskam cię. Jestem tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Kiedy tylko zechcesz.
I w najbliższych dniach nareszcie na twoim fotelu.

Asia

Jak w reklamie

Odchodząc z pracy na urlop usłyszeć od pracowników:
- Szkoda. Smutno nam będzie bez ciebie.

Bezcenne.

Za resztę zapłacisz kartą Mastercard.

29 października 2008

Powtórka z rozrywki

Znów wyjazd, znów impreza. Można by zacząć podejrzewać, że nic innego tu nie robimy, tylko pijamy wyskokowe.
Otóż nic z tych rzeczy.
O imprezie wiedziałam od dawna, nawet sporządzałam listę moich kontrahentów/klientów, których wypada zaprosić. Organizacją zajmował się ktoś inny. W piątek ten ktoś mi powiedział, że koniecznie muszę być obecna. Tu: irytacja.
No i jadę. Przed chwilą udało mi się zrobić oko, więc nie jest tak źle. Ponoć ktoś poszedł wreszcie po rozum do głowy i zatrudnił jakiś kabaret, co daje szansę minimalnego odpoczynku psychicznego.

Odebrałam auto z warsztatu. Bez kozery powiem: pińcet!
Szlag by to…

OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Od poniedziałku urlop. Jako matka dziecka w wieku szkolnym, zgodnie z zapisami kodeksu pracy, priorytetowo wybieram urlop w okresie wakacyjnym.
Wakacje w tym roku przypadają w listopadzie.
Jakby kto nie wiedział.

28 października 2008

Hodowca żmij

Osoby:
prezesowa
Potomstwo

Miejsce akcji:
przemieszczający się samochód płci żeńskiej*

Czas akcji:
ok. 20.00

prezesowa: Czasami mnie drażni, że jesteś taka stara. To po prostu nie wypada, żeby…
Potomstwo (przerywając bez namysłu): Stara? STARA??? Przypomnę ci o tym 2 kwietnia**!

* Była już o tym kiedyś mowa. Prezesowa porusza się samochodami o dookreślonej płci, bo lubi kobiety. Bez podtekstów.
** Urodziny mam, nie?

27 października 2008

Dialogi na 4 nogi

Osoby:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
sypialnia

Czas akcji:
ok. 22.00

prezesowa czyta sobie spokojnie*
Prezes leży i się bezwstydnie gapi na prezesową
prezesowa: (nie odrywając wzroku od tekstu): Nie gap się. To jest irytujące.
Prezes: Tak, to może być irytujące, kiedy ktoś tak się gapi. Zwłaszcza, kiedy jest to ktoś z wyższym wykształceniem. Magisterskim w dodatku. Taki ktoś niespodziewanie może coś SKO-MEN-TO-WAĆ!

* Grzeczne dzieci! Nie czytajcie nigdy w łóżku. To bardzo niezdrowe dla oczu. W dodatku wciąga i staje się nałogiem.

PS A poza tym… nie będę oryginalna. Zapinkalam, jak wściekła. I to by było na tyle, jak mawiał klasyk.

23 października 2008

Kłopoty z notką

Trudno mi napisać dziś coś naprawdę sensownego. Ostatnio znowu wiele się dzieje, a ja jestem już naprawdę zmęczona. Z utęsknieniem czekam na kodeksowe dwa tygodnie wolnego, które – jako matce dziecka w wieku szkolnym – przysługują mi obecnie w listopadzie. W ogóle mam na koncie prawie całe tegoroczne zasoby urlopu i nie wiem, co mój szef powie mi w grudniu, kiedy – zgodnie z przewidywaniami - cały czas będzie mi wisiało ok. 10 dni do przeniesienia. Może uda się coś jeszcze wyszarpać w okolicach świąt.

Poza tym dziś rano odbyłam kolejną półtoragodzinną sesję, porównywalną do tej u alergologa. Tym razem byłam spowiednikiem mojej serdecznej koleżanki i pewnie dlatego nie potrafię podejść z humorem do tego, co usłyszałam. No dobra, przyznam się – po prostu się pobeczałam w trakcie opowiadania i kompletnie straciłam werwę. A pogoda, jak wiadomo, nie sprzyja optymizmowi.

Wyraźnie muszę się pogodzić z tą rolą społeczną – wysłuchiwacza. Pewnie mam jakieś predyspozycje, z których nie zdaję sobie sprawy. Niemniej to wszystko mnie mocno przeciąża, bo o ile w stosunku do osób zupełnie obcych jestem w stanie zachować dystans, o tyle w stosunku do bliskich nie. Przejmuję się ich kłopotami i wiele myśli im poświęcam, bo nie potrafię inaczej.
No i jest mi dziś smutno, bo to, co usłyszałam, przekracza granice mojego postrzegania świata.

21 października 2008

Dialogi na cztery nogi

Osoby:
Prezes
Zocha

Miejsce akcji:
gabinet

Czas akcji:
teraz

Zocha (usiłuje załadować się na Prezesa, który usiłuje odpisywać na maile)
Prezes: Ale dlaczego mi naciskasz??? No nacisnęła mi F1 dziesięć razy!!!

Wizyta u lekarza

Seryjnie odbywamy z Potomstwem wizyty u alergologa. Ostatnio co tydzień. Wizyty te niestety kolidują młodej z angielskim, więc usiłujemy zrobić wszystko, aby wilk był syty i owca cała. Wczoraj byłyśmy w przychodni już 45 minut przed czasem, żeby nikt nam się nie wrył na pierwszego. Niestety pani doktor się spóźniła, co mnie trochę zirytowało.
A potem było tylko śmieszniej.
Przepraszam bardzo, czy ja wyglądam na kogoś, komu chcielibyście opowiedzieć całe swoje życie? W dodatku w gabinecie lekarskim. W WASZYM gabinecie lekarskim??? Jak ktoś nie widział, to ja wam powiadam, że nie wyglądam.
Przyznać trzeba, że pani doktor przeprosiła mnie dwukrotnie za swoje spóźnienie, a były to pierwsze przeprosiny lekarskie, jakie usłyszałam w życiu. Lekarze się spóźniają i NIE przepraszają, ponieważ sądzą, że psim obowiązkiem pacjenta jest sterczeć na korytarzu pod gabinetem, nawet wtedy, gdy obsługiwany jest poza jurysdykcją NFZ i buli lekarzowi prosto w kieszeń kupę szmalu, na który ciężko pracuje. Pomijam fakt, że jak płaci NFZ, to też nie kapslami, tylko składkami, które odprowadzane są z naszych kieszeni, ale oj tam.
Więc przeproszono mnie dwukrotnie, w dodatku podając rozsądne usprawiedliwienie, którym nie były korki (skoro ja dojechałam, to i ona może). A potem zbadano młodą w tempie ekspresowym, więc mogła się wydalić galopkiem na zajęcia i wtedy się zaczęło. Coś muszę mieć z twarzą, bo jeśli lekarz w gabinecie opowiada mi o swoich rozterkach zawodowych oraz depresji dziecka, co w dodatku (niekoniecznie depresji) nie zdarza mi się po raz pierwszy, to znaczy, że wyglądam na osobę, która chce słuchać.
A nie chce.
Słowo.

W każdym razie zapłaciłam za tę wizytę 30 zł. Co oznacza, że wynagrodzenie terapeuty za 30 minut pracy wynosi 40 zł.
Ale nie zapominajmy, że to nie stolica, że niewykwalifikowanego i że bez dyplomu.

20 października 2008

Foch

Jestem obrażona.
Pięknieśmy sobie ponarzekały na mężów, jak chyba nigdy jeszcze, w długiej i porywającej rozmowie telefonicznej. Miałam zamiar strzelić na ten temat nocisko, a tymczasem druga-mama kazała mi natychmiast iść spać, a sama ubiegła mnie w planach i zrealizowała zapis przede mną. No to co? Mam się powtarzać?
Foch.
Przyjaciółka niby..
Swoją drogą zastanawiające jest, jak bardzo mówimy jednym głosem i jak te wszystkie sytuacje – niczym przez kalkę malowane. Najwyraźniej rację miał John Gray – pochodzimy z zupełnie różnych planet. Po prostu faceci do myślenia używają zupełnie innych partii mózgu niż my. I pewnie też mogliby godzinami o tym, jak ich do szału doprowadzamy swoim podejściem do różnych spraw. Mimo wszystko sądzę, że priorytety mamy te same, tylko dochodzimy do ich realizacji kompletnie różnymi drogami. Nasza jednak wiedzie przez chaszcze.
Moja mama zawsze mawia, że wózek powinny ciagnąć dwa koniki, tymczasem okazuje się, że wszędzie jest podobnie: my czujemy się wprzęgnięte w chomąto, a wokół nas jak opętany biega jakiś luzak (taki niby zapasowy konik, podpięty do wozu) i od czasu do czasu strzela kopa w wózek, który wali nas w tyłek całym ciężarem, ale efekt uboczny jest taki, że przez chwilę zapierniczamy szybciej. Podczas drogi luzak widzi różne motylki i inne okoliczności przyrody, a my w chomącie – nie, bo nam pot oczy zalewa.
Ale wizja, ja cię przepraszam…

Mateczka się zawsze podpiera przysłowiem, bo ponoć przysłowia są mądrością narodu. No i w takich sytuacjach mawia-ci ona:
- Kiedy ci powiedziano „żono”, to cię na wieki pogrzebiono.
„Strach się bać.
Normalnie strach się bać.
Nie ma jak
przed demokracją zwiać…”

18 października 2008

Sprawozdanie z piątku

Na poczatek uroczyście oznajmiam, że zostałam panią magistrową, ku radości i wielkiej uldze całej rodziny. Teraz mogę powiedzieć oficjalnie, że naprawdę dość już miałam tego studiowania. Co za szczęście, że jest po wszystkim.
Oczywiście jestem tak dumna, że mało nie pęknę.
Ciągle mówimy do niego „panie magistrze”.

Poza stresem związanym z obroną, przeżyłam wczoraj koszmary, dotyczące kolejnej, wizytowanej przeze mnie imprezy. Z jednej okazji na drugą coraz mocniej się upewniam, że pan bóg stworzył mnie do pracy, a nie do blichtru. Niestety większość osób, zasiadających u sterów w tym kraju jest pusta, jak beczka piwa po hulance. Ta pustota wywołuje u mnie zwyczajny gniew.
Zawsze myślałam, że na durnotę ludzką jestem już dość mocno uodporniona, ale okazuje się, że są jednak przejawy życia społecznego, gdzie moja tolerancja lub obojętność nie sięga.
Poszło o niepełnosprawnych.
Szczegółów nie przytaczam, bo ciągle mnie trzepie.
W drodze powrotnej szef usiłował wyciagnąć ze mnie, co jest powodem zaciętego milczenia. Oczywiście mu się nie udało, bo prowadził, a poza tym w samochodzie był z nami jeszcze pewnie kretyn, przy którym nie zamierzam pewnych tematów poruszać.
Udało mu się dopiero znacznie później, po tym, jak zdaliśmy już sprawodanie naczelnemu z przybiegu imprezy (też się zdenerwował, ale z innego powodu niż ja), wszyscy się sprzątnęli, a my zostaliśmy we dwójkę przy papierosie. Jakby się nie upierał, to może byłoby mu oszczędzone. A tak – eksplodowała mi ta klucha, co ja miałam w gardle od kilku godzin i wykrzyczałam mu w twarz liczne przemyślenia własne na temat ludzkiej podłości. I żeby przestał mnie ze sobą zabierać w takie miejsca, bo ja się nie nadaję. Że mogę ponieść karę i chętnie posprzątam po godzinach całe piętro, bo na trzeźwo takich paskudztw nie trawię.
Muszę przyznać, że przyjął wszystko z godnością.
A ja postanowiłam ćwiczyć się w cierpliwości.
W najbliższym czasie jeszcze jedno ą ę z tej serii. Obym nie została zmuszona.

17 października 2008

Na drugie mam latawica

Przedwczoraj mój naczelny uznał, że za dużo pracuję, a za mało bywam. Wobec powyższego nakazał mi rozpocząć wyrabianie sobie odpowiedniej pozycji. Oczywiście, jak wiadomo, jestem fanką takich działań.
Wczoraj pojechałam na wielka fetę do Zabrza. Dziś jadę do Bielska.
A robota jakoś się sama nie chce robić, kiedy mnie nie ma. Szkoda.

Na imprezach wielkofetowych, o czym już pisałam, zawsze wydarza się coś naprawdę interesującego.
Siedzę więc wczoraj w pierwszym rzędzie, koło wojewody (nienawidzę takich sytuacji), a naprzeciwko mnie orkiestra dęta. Tak około dwa kroki naprzeciwko. Orkiestra daje koncert. Całkiem fajny, przyznać muszę bez bicia, postarali się, żadnego umpa, umpa, same standardy: Webber, Armstrong i nawet „My fair lady” czy Strauss. Koncert dobiega końca, sala mała, więc hałas był naprawdę spory, nagle wszystko cichnie i w tym momencie waltorniście z pierwszego rzędu zaczyna jak oszalała dzwonić komórka. Niezłą miał melodykę. Śmiechu było co niemiara.
Impreza odbywała się w muzeum. Po części oficjalnej do mikrofonu dorwał się dyrektor obiektu i rozpoczął:
- Jak być może Państwo zauważyli, jest z nami orkiestra XY.
Siłą się powstrzymałam, żeby nie wrzasnąć:
- Tak??? GDZIE???

Uwaga!
Szanowni Zgromadzeni!
W dniu dzisiejszym (fuj, jak ja się brzydko wyrażam!) o godz. 12.00 pewien miły naczelnik stada ma szansę zostać magistrem.
Uprasza się o trzymanie kciuków.
Jutro wam powiem, czy z magistrem jest inaczej :o)

15 października 2008

Jeden dzień oddechu, choć pracowity

Jak juz onegdaj wspominałam, moja protoplastka przeżywa obecnie głęboką potrzebę wskazania wszystkim źródeł naszego istnienia. W związku z powyższym poleciła mi wziąć dzień wolnego, bym udała się wraz z nią do korzeni.
To wzięłam.
I się udałam.
Konkretnie to do Żywca się udałam, bo oboje protoplaści protoplastki (moi dziadkowie) stamtąd właśnie pochodzili. Tak, to ci ze zdjęć. Odnosząc się do komentarza, który pod zdjęciami zamieściła wtedy chyba soleil – usłyszałam wczoraj od mamy i jej kuzynki wykład na temat odłamów rodziny M., dzięki której świat zobaczył w końcu moje urocze oblicze. Kuzynka powiedziała:
- M. mieli różne odłamy: Bartosze, Głowacze, Kordziki. Wy z Kordzików. Kordziki były z miasta.
To wszystko potwierdza moją teorię, że ja nie mogę lubić grzebania w ziemi, bo ja jestem w genach z obu stron paniusia miastowa. CBDO.
Obejrzałam masę pięknych, sepiowych zdjęć. Odwiedziłam dwa żywieckie cmentarze i wreszcie trafiłam na grób słynnego wujka wąsiatego. Wujek był wujkiem mojej mamy i bratem dziadka. W rodzinie słynny z niesamowitych wąsów, w świecie – ze swej działalności dla Ojczyzny, co znajduje potwierdzenie na tablicy solidnego grobowca.
Na marginesie – po raz pierwszy zapytałam, czy mój brat otrzymał imię po wujku wąsiatym i potwierdziam swoje przypuszczenia.
Obejrzałam również dwie tablice pamiątkowe w centrum Żywca, na których z imienia i nazwiska wymienieni byli moi polegli dla Ojczyzny przodkowie. Niestety obecnie tablice zamieniono i w miejsce starych, z nazwiskami, zawisły nowe – ogólne i upamietniające. I tak to rozeszło się po kościach pokazywanie paluchem, kogo to się nie ma w rodzinie. Szkoda.
Jeszcze siedziby przodków, głównie ta na Półkolu – zamknięta na cztery spusty, bo w stanie zawału. Muszę przyznać, że na ten widok odrobinę drgnęło mi serce. Chętnie bym tam weszła, ale katastrofa budowlana to nie przelewki.
No i okazala kamienica w centrum Żywca – obecnie w stanie permamentnej walki rodzinnej o schedę, w której nie bierzemy udziału z powodu dbałości o zdrowie psychiczne. Choć na oko oceniam, że kamienica kamienicą, ale plac o takiej lokalizacji musi być warty majątek. Co oczywiście w żaden sposób nie wpływa na decyzję, żeby uciekać z krzykiem i nie dać się w to wplątać.
A poza wszystkim okazuje się, że to, że wolę rezygnować ze spadków niż się szarpać w gniewie, jest rodzinne. Kuzynka oświadczyła, że to właśnie mój dziadek był w rodzinie tym, który starał się łagodzić wszelkie spory o majątek, nawet własnym kosztem. Ma się w genach, nie?
Finalnie wylądowałam na plebanii w celu dotarcia do ksiąg i uzyskania pewnego wypisu, który – z roku 1894 – znajduje się w posiadaniu protoplastki, lecz jedynie w połowie. Druga połowa zaginęła w niezmierzonej pomroce dziejów.

A na koniec dopadł mnie psotnik i bez ostrzeżenia najechałam sadybę drugich-rodziców.
Chciałam tylko powiedzieć, że radość w oczach drugiej-mamy oraz uściski do utraty tchu, wynagradzają prostemu człowiekowi wszelkie trudy miotania się po kilometrach dróg. Ona to potrafi człowiekowi uzmysłowić, że jest mile widziany. Naprawdę.

13 października 2008

Poniedziałek, dzień pierwszy

Wyschła mi śluzówka.
Od gadania. Naprawdę. Poniedziałki mam po prostu tragiczne. Nie wiem, czy to jest tak, że ktoś w weekendy obmyśla sposoby, żeby się na mnie zemścić, ale zauważyłam, że góra jest nie do przerobienia. Na szczęście mój zespół jest bardzo zgrany i wspiera się wzajemnie, bo gdyby tak nie było, szlag by nas wszystkich trafił na pierwszym zakręcie.
Już trzynasta, a ja nadal mam niezrobione oko. Chyba dziś tym pogardzę.

Tymczasem Potomstwu się wydaje, że wynalazło chwytliwy tekst. Otóż wiadomym jest, że objawy alergiczne u Potomstwa wzmagają się przy okazji stresu. Wobec tego, jeśli dochodzi pomiędzy nami do wymiany zdań spornych, Potomstwo mówi:
- Denerwujesz mnie i teraz przez ciebie ja się drapię.
Erystyka. To po mamusi. Podrzucę jej Schopenhauera, niech się szkoli dalej.

PS Na marginesie. Ostatnio mówi też:
- Ty to na wszystko masz odpowiedź.
Ha! Podrzucę jej Schopenhauera, niech się szkoli dalej.

10 października 2008

Świętowanie

Raz do roku Archiwum X hucznie obchodzi swoje święto. W tym roku obchody przypadły na 9 października, albowiem nie zawsze istnieje możliwość, by miały one miejsce idealnie w dniu święta. Gala jest poważna, zaproszeni goście niesłychanie znaczący, do dumnie wypiętych piersi co niektórych przypina się ordery.
Po raz pierwszy od kilku lat, w tym roku byłam gościem (z tych mało znaczących), a nie organizatorem imprezy, co – nie ukrywam – przyjęłam z dużą ulgą. Mam bowiem w swoim repertuarze na kopy opowiadań o tym, co się zawaliło w poszczególnych latach. A zawalić się musi, bo impreza z wielką pompą, do załatwienia naprawdę wiele spraw i nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby wszystko zagrało. Ponieważ nasze doświadczenie w aspekcie organizacji obchodów jest już dość solidne, z roku na rok udaje się nam eliminować coraz to nowe zagrożenia. Niestety w ich miejsce, z niesłabnącą weną pojawiają się następne, których po prostu przewidzieć się nie da.
Pamiętam, jak w 2005 roku przebrnęliśmy przez preludium imprezy, czyli przywitanie i wprowadzenie do sali zaproszonych gości, których było bez mała ok. 700 czy 800. Wszyscy wygodnie rozsiedli się na widowni, pogasły światła i… nastała taka krępująca cisza. Wysiadło WSZYSTKO. Oświetlenie, dźwięk, wszystko. Gdyby strzeliły jedynie światła, sytuację można by ratować konferansjerką. Niestety… mikrofony nie działały. Stałam, jak zwykle, przy wejściu na scenę od strony widowni i kątem oka dostrzegłam, jak w przedłużającej się koszmarnie ciszy mojej Szefowej, otoczonej przez najznamienitszych zaproszonych, podejrzany kolor wypełza na twarz od strony szyi. Wierzcie, nie wierzcie – byłam niedaleka utraty przytomności. Na szczęście jeden z moich kolegów zachował przytomność umysłu i sobie tylko znanym sposobem uruchomił to, czego nie umieli ruchomić gospodarze obiektu.
Wczoraj byłam jedynie widzem, ale bez kozery mogę ogłosić, że organizacja święta roku 2008 przeszła najśmielsze oczekiwania. Bez specjalnych zgrzytów odbębniliśmy część oficjalną oraz przerwę na kawę i w tym momencie okazało się, że zakontraktowany zespół, dający popis w części artystycznej… odmówił występu. Po czym się spakował i zamierzał opuścić zgromadzonych.
Poza pracownikami na sali posłowie, senatorowie, europosłowie, arcybiskup, wojewodowie, marszałkowie i inne porażające osobistości. A tu imprezę, że się tak prostacko wyrażę, szlag trafił w całej rozciągłości. Straszenie karami umownymi nie przyniosło efektu, ponieważ zespół prychnął i powiedział, że go stać. Sytuację uratowała jedna z dziewczyn organizatorek, która się po prostu na zawołanie dramatycznie i publicznie rozpłakała, a następnie oświadczyła zespołowi, że w tej sytuacji nie ma już nadziei i wywalą ją z pracy z wilczym biletem. O dziwo – zadziałało. Co prawda zespół, zamiast godziny, grał 20 minut, ale przez ten czas udało się na szybko zorganizować zapchajdziurę i jakoś poszło.

Z niepokojem myślę o tym, co wydarzy się w przyszłym roku.

8 października 2008

Opowiadania, które mnie jednak wzruszają

W pewnym bardzo znanym szpitalu na Śląsku, cichymi rezydentami są dwa urocze koty. Cichymi, bo wiadomo, że nie wolno, choć mam swoje zdanie na temat zwierzęcych zdolności terapeutycznych, a w tym ośrodku akurat leżą ludzie w naprawdę strasznym stanie. W związku z tym przebywają tam naprawdę długo i bardzo potrzebują wsparcia. Ale wiadomo, jakie są warunki, w związku z czym koty rezydują na zewnątrz. Uporczywie dokarmiane i dopieszczane przez personel szpitalny różnych szczebli, żyją sobie w miarę komfortowo.
Pewnego dnia w umówionym pomiędzy kotami a personelem miejscu pojawił się trzeci kotek. W strasznym stanie. Słaby, ledwo podnoszący się do przynoszonego jedzenia, w poważnym stopniu opanowany przez świerzbowca, wyliniały i okryty paskudną skorupą. O miejscu umówionym prawdopodobnie nie wiedzą wszyscy pracownicy, a już na pewno nie wie dyrekcja szpitala. Wiedzą ci, którzy wiedzieć mają. Kotkowi z dnia na dzień pogarszał się stan zdrowia i zaczynało wyglądać, że to wszystko długo już nie potrwa. I tak zapewne by było, gdyby nie jeden z lekarzy, który – dotąd obojętny – nie wytrzymał.

Ostatnio obaj z kotem byli widziani pod schodami, gdzie uprawiali różne praktyki medyczne. W wyniku trwających od jakiegoś czasu ściśle utajnionych praktyk, skorupa znikła prawie całkowicie, sierść odrasta w zadziwiającym tempie, a spod paskudnego liszaja wychynęły ogromne, piękne, zielone oczy, którymi z pełną ufnością wodzi się za człowiekiem, który nie został obojętny.
Na pytanie, co tam się dzieje pod schodami, pan doktor, ocierając pot z czoła, odpowiedział:
- Obecnie podaję pacjentowi leki doustnie. Myślicie sobie, że to tak łatwo?

Podsumowując – jest jeszcze duch w narodzie!

6 października 2008

Najpiękniejsze są powroty

Otóż zdecydowanie, choć poniekąd czuję się kundlem*, moje miejsce na ziemi jest właśnie tu – ściśle związane z Potomstwem, Prezesem, kocią szajką, rodzicami, zacinającym się domofonem i lampką nad łóżkiem. Odczuwam to szczególnie mocno, kiedy zmęczona wspinam się po schodach na drugie piętro, wspinaczce towarzyszą dobrze znane zapachy i dźwięki, a u jej kresu oczekują otwarte ramiona, policzki nastawione do buziaczków i wirujące ogony. I nie ma wcale znaczenia, że nie było mnie w domu zaledwie jeden dzień.
Jestem kretem.
Lubię swoje wydeptane ścieżki, rzucone na podłogę rzeczy mojej córki**, artystyczny nieład w wykonaniu Prezesa i to ulotne coś, czym pachnie mój dom. Słaba ze mnie podróżniczka, słowo daję. Pamiętam jak kiedyś wracałam z pracy późnym wieczorem, autobusem. Wysiadłam na przystanku przed domem w ciemną noc i nagle poczułam, że muszę biec. Więc biegłam (na szpilkach!) do domu, a gdzieś w środku eksplodowała we mnie głęboka wdzięczność za tę potrzebę biegu, za cel, do którego tak bardzo prędko chciałam dotrzeć.
I nie roztkliwiajcie się, brudne gary stały w zlewie! Zadziwiające są te zmiany nastroju…

W Warszawie oczywiście irytująco. Ale co tam będziemy o pracy.

A w sobotni wieczór zwaliła się do nas pokrzykująca i śmiejąca się silna grupa pod wezwaniem rodzicielstwa zastępczego, którą – w swym kwoczym instynkcie – nakarmiłam i napoiłam, a także usilnie chciałam zatrzymać na dłużej niż dwie godziny, choć sumienie nie pozwalało, bo grupa używała argumentów z dolnej półki na temat dzieci i psów. Wymogłam jedynie obietnicę, że wrócą niebawem, znęceni – jak podejrzewam – wizją moich ewentualnych starań w zakresie kulinarnym. Albowiem wrzeszczące wywieszanie się przez okno nie jest argumentem przywabiającym. Tak, druga-mamo, wychodzi na to, że sąsiedzi też się cieszyli z waszego przyjazdu ;o)

I jeden dzień zaledwie nie było mnie w pracy, a wygląda, jakby to był miesiąc, więc wybaczcie, ale biegnę do tej orki na ugorze.
A jutro ze wszystkich sił będę się starała odeprzeć atak specjalistów do spraw bhp, którzy (o zgrozo!) gwałtownie pragną mnie przeszkolić. A psik!!!

* Urodziłam się w Bielsku, z którego wycięto mnie we wczesnym dzieciństwie, więc nie czuję się z Bielska. 20 lat mieszkałam w Katowicach, ale się tam nie urodziłam, więc nie czuję się z Katowic. 4 lata mieszkałam w Siemianowicach, ale to była tymczasowość, więc nie czuję sie z Siemianowic. 10 lat mieszkam w Chorzowie, ale chcę się wyprowadzić, więc nie czuję się z Chozowa. Ot, kundli los…

** bezecna córko, która namiętnie tu bywasz – to jest środek literacki, METAFORA. I już mi do sprzątania tego chlewu! Biegiem MARSZ!!!

2 października 2008

Przeprowadzam małe zmiany

Jakby mi było mało nieustannych nieobecności w pracy w najbliższych dniach, to jeszcze kazałam sobie dzisiaj wymienić komputer.
Masakra.
Oczywiście wszystko przebiegło nad podziw sprawnie, ale mimo to byłam pewien czas wyłączona z obiegu, a w dodatku mam zupełnie inną klawiaturę i trochę mi czasu zajmie przyzwyczajenie się do niej, co wydatnie wpływa na szybkość pisania. No i muszę patrzeć, gdzie stukam, bo inaczej ciągle trafiam nie tam, gdzie trzeba.
No jasne, wiem, że to się unormuje, ale jak po raz kolejny nie trafiam w Alta, to się stresuję.

Jutro wyjeżdżam do Warszawy (aloha Cotku, Cocie i Córciu) i nieustannie odnoszę wrażenie marnowanego czasu. Zwłaszcza, że z siedem godzin spędzę w pociągu w te i wewte, bo magistrala w remoncie i są PLANOWE opóźnienia.
Jak w najlepszym horrorze z lat osiemdziesiątych.
Muszę wstać o 4.00, żeby zdążyć na pociąg o 6.00, narada trwa do 16.00, a pociąg powrotny mam o 17.31, bo go przesunęli. Planowo. A bezplanowo będę stała do 40. minut w szczerym polu. A niech to!!!

I w dodatku nie zainstalowała mi się nowa przeglądarka, więc nie mam zakładek. Wrrr…

1 października 2008

Relacje

Wprowadzenie: Karol kocha Prezesa. Większej miłości świat jeszcze nie oglądał.

Osoby:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
23.00

Miejsce akcji:
sypialnia, a konkretnie: łóżko

Prezes: Tołdi!
prezesowa: Kogo ty wołasz?
Prezes: Tołdiego. Ja jestem jego księciuniem, więc on jest moim Tołdim*.

* Co, nie oglądaliście nigdy Gumisiów?