30 września 2014

1928

Widzę, że otwarłam puszkę z Pandorą (w marynacie), więc może nie będę tego wątku rozwijała. Tym bardziej, że mogę się podpisać pod każdym komentarzem.

Jestem uzbrojona.
Metronidazol mam. Kupiłam jedno opakowanie zamiast dwóch, nie będę nabijała kabzy koncernom farmaceutycznym. Tabletki. Po konsultacji z farmaceutą - do dzielenia na czworo, jak włos. Zostanie ponad pół opakowania. Mniejszych nie ma, trudno.
Wankomycynę mam - po znajomości, bo stosuje się ją tylko w lecznictwie zamkniętym. Niech żyją znajomości. Proszek do wykonania zawiesiny. Wankomycynę podaje się wyłącznie w iniekcjach i nie ma postaci doustnej, ale co to dla nas.
Probiotyk mam na dziesięć dni dla każdego. W kapsułkach - do otwarcia i rozsypania na żarciu.
Pipety (zakraplacze) mam. Trochę mnie niepokoją, bo są szklane.
Strzykawki dwójki mam. Plastikowe, jak to strzykawki.
Specjalistyczny środek do wybicia laseczek clostridium mam, też po znajomości.
Rękawiczki gumowe mam. Z Lidla.

I teraz tak.
Metronidazol przez 5 dni po ćwierć tabletki dwa razy dziennie każdy.
Wankomycyna przez 10 po kropli trzy razy dziennie każdy.
Probiotyk raz dziennie, ale długo.
Mieszkanie do czyszczenia albo do spalenia.

Tabletek nie będą chciały.
Wankomycyna jest paskudna w smaku.
Probiotyk pochłoną razem z mokrym żarciem.
Zuzia jutro po zajęciach czyści, co się da. W rękawiczkach. Środek wykazuje skuteczność po minucie od użycia.

Będzie, będzie zabawa, będzie się działo...

1927

Czas płynie, a ja jestem coraz bardziej zła.

Ja mam znajomych. To są dobrzy ludzie, mądrzy, pomocni i świetni fachowcy w swoich dziedzinach. Wisiałam wczoraj na telefonie z mikrobiologiem, epidemiologiem i farmaceutą. Znamy się od lat, lubimy bardzo, szanujemy. Każde z nich ma lub miało zwierzęta, więc znakomicie rozumieją, o co się tutaj walczy. Wytoczyli wszelkie działa swojej wiedzy i doświadczenia. I co? I wiemy już, jak leczyć kota.
Tylko dlaczego weterynarz nie wie?

A chciałam podkreślić, że to jest dobry weterynarz. Znam go od lat, a on zna mnie. I naprawdę MOŻE mi powiedzieć: nie zetknąłem się, przeryję literaturę, sprawdzę, upewnię się, spotkajmy się jutro. Nie musi sadzić głupot. I powiem mu to w twarz. Bo zarozumiałość wiedzie na manowce.

Nie lubię lekarzy. Z gruntu. Bo ich znam. I nie lubię za to, jak traktują pacjentów. Nie łudźcie się, że nie będziecie dla lekarzy przedmiotami. Nawet jeśli nie okażą Wam tego wprost. Nie wiecie, co mówią, gdy opuszczacie gabinet. I może dobrze, bo nigdy byście do nich nie poszli. To jest inny gatunek człowieka i oni sami tak uważają. Lepszy niż my.
Do dziś myślałam, że to się nie ma do weterynarzy. Zmieniłam zdanie.

Clostridium eradykuje się dwoma antybiotykami. Metronidazol tak. Ale oprócz tego jeszcze wankomycyna, bo to paskudny drobnoustrój i ma skłonność do nawrotów.
Kuwety trzeba zdezynfekować. Kibel musimy zdezynfekować. Ale nie alkoholem, bo alkohol na clostridium nie działa. Od siebie wiem, że w grę wchodzi również zlew i umywalka, bo piją.
Powinnam właściwie wpuścić do domu jakiś gaz bojowy. (Puszczam oko).

Jutro dostanę specjalistyczne środki dezynfekcyjne. Wankomycyna zamówiona.
Co robią ludzie, którzy nie mają dostępu do zaprzyjaźnionych fachowców, na Boga?!

A w ogóle to: dzień dobry. Też Wam życzę miłego dnia.
Idę pomstować na świat.

29 września 2014

1926


Clostridium difficile!!!

Mamy dziada.

1925

Kochany nasz skarbeczek, w niektórych kręgach zwany Dzikiem, rośnie i robi się coraz bardziej podstępny. Teraz to już człowiek naprawdę musi uważać, żeby nie dosięgło go jakieś niecne pytanie.
Nie udało mi się.

- Dlaczego planet nie widać z klifu?

Noooo, ludzie! Przecież to się gorsze robi niż moje własne, co to nie mniej podstępne było i bez litości strzelało pytaniami z dziedzin różnych.

- Mamo, dlaczego wieje wiatr?

Upolowała mnie, bo i kogo miała. Do hostorii przeszła udzielona przeze mnie odpowiedź, którą później dziecko samodzielnie stosowało w przeróżnych trudnych sytuacjach.

- Bo jest różnica ciśnień*.

O dziwo odpowiedź ta ją zadowoliła. Pomyślała, pomyślała, głową pokiwała i wrzuciła do przepastnej pamięci komputera. Kiedyś, z rok później, upadła jej lalka.

- Dlaczego lalka upadła? - rzuciła w przestrzeń i się zadumała. - Wiem! - bąknęła po chwili, wyraźnie uradowana. - Bo jest różnica ciśnień.

Przy Dziku tez człowiek musi być czujny i mieć dobrze ugruntowaną wiedzę ogólną. Dziecka nie wolno okłamywać. Ale wolno, z całą podłością na jaką człowieka stać, udzielić odpowiedzi, zawierającej jakieś trudne słowo**. C'nie?


* No co? Przecież to prawda.
** Np.: bo planety to obiekty astronomiczne, które wyłącznie odbijają światło.

28 września 2014

1924

Zauważyłam, że wszystkim bardzo spodobało się gotowanie w kontekście napełniania kieliszka. W związku z powyższym podzielę się z Wami również wiedzą mnemotechniczną w postaci doboru win pod konkretne żarcie. Problematyka ta spędza często sen z powiek. Teraz już nie będzie. Ach! Obecnie mawia się o rozluźnieniu obyczajów i swobodnym doborze. Ja tam się rozluźniam wiecie gdzie. A ponieważ win słodkich, poza miodem i tokajem Aszu, nie pijam, to do deserów uprzejmie odmawiam.
Uwaga.

Ryby, drób i cielęcina 
lubią tylko białe wina.
Zaś pod wołu, sarny, wieprze
jest czerwone wino lepsze.
Frukta, deser i łakotki
lubią tylko wina słodkie.
Zaś szampana, wie i kiep,
można podczas, po i przed.

Jak Państwo widzi - do posiłków wódzi w żadnej postaci nie pija się. Co prawda, do tego wierszyka dorobiono później końcówkę: A wódeczkę, mój kolego, można smolić do wszystkiego, ale jak Państwo rozumuje, ci, co pijali pod frukta, niczego nie smolili. A przynajmniej nie oficjalnie.
Przy okazji podrzucam, że jako aperitif podaje się wina gorzkie, czyli wszelkie wermuty (nie lubię) i campari (nie lubię).

A na boczku, do kawki... koniaczek.
Boszszsz, muszę sobie kupić jakiś koniaczek, bo już dawno nie pilim.

1923

Zupa miała być!

Na początek napiszę, żeby się nie zniechęcać od razu. To jest zupa dziwnych zestawień, ale efekt uzyskuje się naprawdę zadowalający. Przepis ściągnęłam przed laty z Makłowicza. Niestety nie podam Wam żadnych ilości, bo ja wszystko w kuchni odmierzam ręką. Zresztą sądzę, że w taki sposób najlepiej dopasowuje się smak pod własne potrzeby.
To lecimy.

FRANCUSKA ZUPA BABSKA

Otwieramy butelkę białego wina i nalewamy sobie kieliszek.

Por(y) myjemy i kroimy w plasterki. W trakcie gotowania trochę się rozpadnie, ale pamiętajcie, że to jest szybka zupa, więc nie ma żadnego grzania godzinami. W związku z powyższym ja kroję cieniutko. Pamiętamy, żeby po umyciu rąk napić się wina.

Kiedy już pokroimy, rzucamy do gara na rozgrzane masło, dolewany odrobinkę wody, żeby nam nie przywarło i zajmujemy się ziemniakiem (lub ziemniakami). Obieramy i surowy/e kroimy w talarki. I znów - ja kroję cienko, ale z gustami się nie dyskutuje.

No to łyczek z kieliszka.

W tym czasie por już się nam ładnie zrumieni (proponuję nie robić z niego skwarka - coś pomiędzy zeszkleniem, a minimalnym przyrumienieniem), więc talarkowe ziemniaczki myk do gara. Solimy, pieprzymy, dodajemy gałki muszkatołowej i zalewamy mlekiem. Zarówno ilość gałki, jak i mleka należy dobrać samodzielnie. Są osoby, które lubią intensywny smak przypraw i są takie, które wolą zaledwie sugestię. To samo z gęstością zupy - może ktoś preferuje łyżkę na sztorc. Osobiście nie polecam bardzo rzadkiej, bo się smak zgubi i uzyskamy zupę mleczną z dziwnym nalotem.

Zupka nam się gotuje - uwaga, żeby nie wykipiała, to mleko jest! - więc nie stoimy bezczynnie. Najpierw dolewamy sobie wina, bo na pewno pierszy kieliszek świeci już pustkami. Pijemy. Potem bierzemy bułeczkę (całkiem nie od rzeczy jest bagietka) i smażymy sobie grzaneczki na maśle.
Można popijać winem podczas obracania.

Gdy grzanki są gotowe, nalewamy zupę do miseczek, na talerzyku układamy artystycznie grzanki, wyciągamy drugi kieliszek i jeszcze raz polewamy wina: chłopu po raz pierwszy, a nam... nie będziemy sobie wyliczać!

Zupa jest syta. U mnie po babskiej nie następuje żadne drugie danie. No, dobra - w ogóle rzadko jadamy dwa dania, ale po tej zupie to naprawdę nie trzeba. Można zrobić deser, bo białe wino pasuje też do łakoci. Żeby było oszczędniej, proponuję pić półwytrawne z lekką słodyczą. Będzie w sam raz do tego i do tego.

Smacznego.

Zdjęcie rąbnęłam z internetów, bo sama nie umiem.

27 września 2014

1922

Uprawiamy tanie żywienie, czyli opróżniamy zamrażalnik. Standardowy punkt programu: fasolka po bretońsku, bo zimnym snem śpi mnóstwo dupek z wędlin i innych tam rozkoszy. Co tak będą bezczynnie leżały.
Zjedliśmy zaległe rolady oraz smażonego dorsza. I frytki. Mamy również piersi z kurczaka (jeszcze brak koncepcji), jakieś zupy, ciasto francuskie. Czasem trzeba dokonywać całkowitej wymiany towaru.

Nadchodzi mój tydzień, więc w poniedziałek zupa babska z porów, o którą Zuzia prosi od powrotu z Anglii. We wtorek krupnik - w szufladzie lodówki widziałam jakieś niewykorzystane warzywa - bo Prezesu się przypomniało, że dawno nie jadł. Nadmiaru fasolki z jutra nie będę zamrażała (to wbrew idei), tylko zawiozę do rodziców. Niech też zagęszczą atmosferę, a co!

Do moich wczorajszych zakupów dołączyły dziś książki. Na szczęście obecne wyjście sponsorowała literka Pe, jak Prezes, więc nie może mieć pretensji, że nie ma gdzie postawić. Swoją drogą, to fascynujące: ile półek by nie powstało, miejsca na książki niebawem i tak zabraknie. W tym domu to zrobimy sobie w jednym pokoju półki na książki WSZĘDZIE. A potem w strefie komunikacyjnej. I w salonie.
Westchnęła.

Taki dziś piękny dzień: słońce świeci, ciepło, jak na złotą, polską jesień przystało. Ach, zatrzymać to jak najdłużej!

PS Zuzia znowu wyjechała na weekend. To po prostu niebywałe!

26 września 2014

1921

Gdyż mam bardzo niesprzyjające warunki, gdzie się nie obrócę.

Łoterloo: I, wysoki sądzie, to było tak. Szłam sobie spokojnie przez sklep i nagle pacze, a tu Monnari, więc tak tylko weszłam i ładna torebka była, ale myślę: nie, nie będę kupowała, bo mam przecież - i wyszłam z własnej woli bez tej torebki, chociaż się panie sprzedawczynie na mnie paczyły ze wstrętem, ale ja do optyka przyjechałam przecież, tylko im nie powiedziałam, trzeba kobietom wybaczyć, więc poszłam do tego optyka i se kupiłam okulary, o, zobacz, jak tanio, a potem myślę: co będę wracała tą samą drogą, jak jestem w połowie i poszłam dalej, a tam z Esse wyskoczyła ekspedientka i normalnie siłą mnie wciągnęła do sklepu i upchnęła w tę sukienkę, to co miałam zrobić, jeszcze na futrynie są ślady moich paznokci, tak się broniłam, a jak już miałam tę sukienkę, to mi się przypomniało, że będzie bardzo oszczędnie, gdy nie kupię butów - przecież mam buty - ale ta torebka to idealnie pasowała do tych butów, co je już mam i oszczędziłeś bardzo, więc się wróciłam, żeby paniom w tym Monnariu nie było tak smutno i ją kupiłam, pacz jak do sukienki pasuje oraz do tych butów, co ich nie kupiłam, bo już mam. I jestem.
Prezes: Przecież widzę, że masz buty.
Łoterloo: Oooooo, to jest zupełnie inna historia! Normalnie buty sportowe z Eco za 130 zł, to chyba się nie będziesz japił.
Prezes: Faktycznie tanio.
Łoterloo: Widzisz, jaka jestem gospodarna?
Prezes: Wyjdź z kuchni, obiadu i tak dziś nie dostaniesz.
Łoterloo: A upiekłeś ciasteczko?
Prezes: Wynocha!

25 września 2014

1920

Update (tym razem na początku).
Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że głosowanie jest w piątek. I się pomyliłam. Sejm konwencji nie przegłosował /źródło/. Porażka na całej linii.

Dziś ostatni wieczór przed głosowaniem nad ratyfikacją Konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Dużo się o tym pisze, dużo mówi. Pada wiele słów złych i pełnych nienawiści. Nie potrafię zrozumieć, jaki można mieć interes w odrzucaniu tej konwencji. Dlaczego taka instytucja jak kościół katolicki usiłuje ją zablokować. Kim trzeba być, żeby nie dostrzegać priorytetu ochrony kobiet i dzieci?

Obejrzyjcie, proszę TEN FILM. Występująca w nim Leslie Morgan Steiner opowiada na konferencji TED o swoim życiu. Mówi prosto z serca o rzeczach strasznych i szokujących. Tym bardziej, że gdy się nad nimi zastanowić - wcale nie są nam obce. Nawet jeśli szczęśliwie należymy do tego odsetka osób, które przemocy nigdy nie zaznały, to widzieliśmy ją nieraz. A właściwie staraliśmy się nie widzieć.

TED (Technology, Entertainment and Design) to konferencja naukowa, organizowana przez amerykańską Sapling Foundation. Jej celem jest popularyzacja – jak głosi motto – "idei wartych rozpowszechniania". Zaś sama Leslie Morgan Steiner apeluje o to, o co niedawno ja: patrz i mów. Bo przemoc karmi się milczeniem.

Dla nieangielskojęzycznych: po zastartowaniu filmu w prawym dolnym rogu zobaczycie ikonkę dymku (jak w komiksach) z kropeczkami. Naciśnijcie ją i wybierzcie język polski, a na ekranie pojawią się napisy.

1919

Jednak co znajomości, to znajomości.

Postanowiłam zrobić kotu marki Zofia wszystkie możliwe badania zanim ją skonsultuję z innym weterynarzem i zanim zdecydujemy się na jakąś skopię, czyli (w domyśle) kolejną narkozę. Jak powiem weterynarzowi, że chciałabym przebadać kotu wszystko, to sie po głowie popuka i jeśli nawet się zgodzi, to laboratorium doprowadzi mnie do bankructwa.
Poszłam do znajomego labu. Wyłuszczyłam zaprzyjaźnionej szefowej o co kaman. Ona też ma koty.

Bez zbędnych ceregieli wydłubała z szafy różne śmieszne pojemniki.
- Tu to, tu to, tu to - powiedziała. - Wyniki sa praktycznie od ręki.
- Myć kuwety i do pustych? - dopytałam.
- A skąd. Nawet jeśli się trochę żwiru zaplącze, to ja sobie przecież oddzielę.
- Proszę to wszystko podsumować i powiedzieć mi ile.
Tylko prychnęła.
- Ja to dla kota robię.
Kochana.

No to teraz kolejne polowanie, żeby nie musiała za dużo oddzielać. Znajomy lekarz (tak, teraz jednym z głównych tematów rozmów ze wszystkimi na świecie jest Zośka) podpowiedział:
- Pamiętaj, że to może być guz dolnego odcinka układu pokarmowego. Albo żylak!
Kot z hemoroidami to dopiero zabawa.
Choć ja nadal podejrzewam, że to nie ta półka. Mówię Wam, że w końcu znajdę to żyjące bydlę, które mi psuje kota.

24 września 2014

1918

Dziś mamy notkę symboliczną, czyli 512. w tym roku. Niniejszym gadulstwem przebiłam rok 2007, który tak naprawdę łączył w sobie przeniesienie z dawnego donosze-uprzejmie, gdzie zaczęłam bełkotać 17 listopada 2006.

Notka jest również symboliczna z uwagi na jej numer, odzwierciedlający rok, w którym udało się nam wreszcie wyzwolić spod ciężkich butów zaborców i zatriumfował język polski. Nie wiem, jak Wam, ale mnie, biednej polonistce, to dość bliska sercu data.

Od jakiegoś czasu miałam chęć na podsumowania, ale odbieracie mi możliwość. Myślałam sobie bowiem, że co 100.000 przebiegu coś na ten temat burknę. Polowałam na 200.000, ale ani się obejrzałam, a tu było 205. No, nic - pomyślałam - poczekam na 300. I co? Dup - 313. Normalnie przeciąg. Czyli że co? Jestę jusz celębrytką?

Oczywiście założyłam sobie Google Analytics, żeby wyśledzić, ile Was naprawdę jest, ale za cholerę nie umiem tego obsługiwać. Chyba się udam do Kruszyzny na karne petycje, bo wiem, że ona umi. Ona z tego żyje, je, pije, więc śledzi. Oczywiście w stosunku do Kruszyzny to ja jestem piksel i mam tego świadomość, bo mimo wszystko nie jestem aż znowu taka głupia, ale uwielbiam swój status, który - z racji wieku - przeniósł mnie wreszcie do loży szyderców. To jest status wiedźmy, czyli kobiety, która wie. Po prostu lubię wiedzieć dla samej przyjemności.

Poza tym mam pewne niepopularne w dzisiejszych czasach hobby. Uwaga, będzie wyznanie. Jeśli kto wrażliwy, odwraca wzrok. Już? Dobra, to piszę. Mianowicie... ja się lubię uczyć. Ani chybi nadrabiam braki z lat szczenięcych, kiedy to lubiłam imprezować. Sprawa jest o tyle zabawna, że moja (połączona z przyjemnością) umiejętność szybkiego przyswajania wiedzy zadziwia nie tylko roczniki przyszłe, lecz równie przeszłe. Np. taki Szef, było nie było 20 lat ode mnie starszy, nadal nie potrafi ogarnąć, że ja się orientuję, o co chodzi. I trudno mi wytłumaczyć mu, że mnie po prostu ciekawi świat.

Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, dotyczące zainteresowań. Jak tu dokonać wyboru, skoro WSZYSTKO jest ciekawe? Od ziarnka piasku do stacji kosmicznej. Ostatnio np. zgłębiam temat, czy samobójcy, wybierając metodę samounicestwienia, kierują się analizą przypadku czy też może łapią, co mają pod ręką. Przy tym lubię wchodzić w interakcje i nie wstydzę się pytać. A ludzie, zaskoczeni moim mówieniem wprost, często mi odpowiadają. Fajnie, nie?

Tak, interesowałam się również tak ważką sprawą jak kolor kupy. I już wiem.

No to, Moi Drodzy, wszystkiego najlepszego dla mojej gadatliwości.
A dla Was życzenia zdrowia, wytrwałości i żeby się Wam wzrok nie pogorszył. Wiecie, że Was kocham, prawda?

23 września 2014

1917

Przejęłam dziś Dzika na półtorej godziny, bo jego matka usiłuje sprzedać mieszkanie, a z Dzikiem w środku nie ma szans. On jest bardzo towarzyski i każdy gość obowiązkowo musi obejrzeć WSZYSTKIE zabawki oraz wejść w interakcję. W ten sposób niczego się nie sprzeda.

Dzik jest co prawda szczuty mną systematycznie (bo powiem cioci Asi!), ale niewiele sobie z tego robi. W sensie - nie nastawia się do mnie negatywnie. Po prostu w moim towarzystwie jest grzeczny. Zostałam wezwana nieco wcześniej niż się umawiałyśmy, ponieważ pękał w domu z niecierpliwości i żądzy przebywania w moim groźnym i wymagającym towarzystwie. Gdy przybyłam, wzuł kaloszki, założył kurtkę i zapytał:
- Co będziemy robić?
- Na początek będziemy przestawiać samochody. Jeśli, oczywiście, zechcesz mi pomóc.
Zechciał dość ochoczo. Przesiadał się zgrabnie z auta do auta, zapytał, czy w związku z przeparkowywaniem na placu nie musi zapinać pasów i bardzo był dumny z wjazdu do garażu.
- U ciebie jestem grzeczny, wiesz? - podsumował, gdy zamykaliśmy bramę.
- Jesteś BARDZO grzeczny - pochwaliłam, bo się należało.
- U babci nie jestem taki grzeczny - perorował dalej.
- Dlaczego? - zapragnęłam wiedzieć.
- Nie bardzo ją lubię.
Mogę to zrozumieć - też nie bardzo ją lubię.
- Czasem tak jest - odpowiedziałam w związku z powyższym - że jedne osoby lubimy mniej, a inne bardziej.
- Właśnie - odparł niezwykle poważnie.
- Czy zechcesz ponieść kluczyki od samochodu? - zapytałam.
- Oczywiście - odpowiedział i ruszyliśmy do domu.

Jest w fazie "dlaczego". Ale przez półtorej godziny nie zdążyłam się zmęczyć.

Bawił się ładnie z Edkiem, który - jak się okazuje - uwielbia dzieci. Pewnie dlatego że dzieci są aktywne i nie wykręcają się od tysięcznego rzutu papierkiem oraz ochoczo za tym papierkiem popierniczają, więc można się z nimi ścigać. Nie wrzeszczał, nie latał jak wściekła osa i przyłapałam go, jak szeptał kotu na uszko:
- Kocham cię, uroczy kotku. Jesteś miękki jak poduszka.
Kiedy rozsądnie z nim postępować, cechy swojego ojca - szatana - wykazuje znacznie mniej intensywnie. Poza tym wiadomo przecież, że ja jestem potworem, który połyka dzieciątka bez gryzienia, więc nie warto fikać. Granice ustalone, sprawa załatwiona.
C'nie?

1916

Dziś, dla odmiany, będa wspominki. Oraz bardzo ważny temat - dla wielu osób.

Chciałabym porozmawiać o integracji, o tym jak wygląda teoria i czemu tak daleko leży od praktyki. Pewnie to niepotrzebne, ale tytułem wstępu zaznaczę, że jestem przeciwna klasom integracyjnym, przedszkolom, szkołom integracyjnym. Uważam, że wydzielanie specjalnych placówek, do których mogą uczęszczać dzieci z niepełnosprawnościami, jest głupie, złe i stygmatyzujące. Dziecko niepełnosprawne jest takim samym dzieckiem, jak każde inne i ma prawo uczęszczać do placówki, która znajduje sie najbliżej jego domu. Nie ma tworzenia gett! Wszystkie szkoły i przedszkola mają być przygotowane na przyjęcie każdego dziecka. Koniec, kropka.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie da się pewnych rzeczy wyczarować, więc traktuję oddziały integracyjne jako konieczne w okresie przejściowym, który dąży do pełnego zrównania placówek i traktowania każdego dziecka tak samo. Dopóki tego nie zrobimy, integracja wcale integracją nie jest i nie ma sensu. Proces trwa w Polsce od dziesięcioleci, czyli ciągnie się jak guma do żucia (standard), więc sądze, że mam niezbywalne prawo wnieśc wszystkie uwagi, jakie tylko mi się zachce.

Od samego poczatku byłam przekonana, że Zuzia powinna uczęszczać do placówek integracyjnych. Niepełnosprawność po prostu jest i tak trzeba ją traktować. Normalnie, jak część życia, W związku z powyższym niespełna trzyletnia (bo jest listopadowa) Zuzanna powędrowała do przedszkola integracyjnego w Siemianowicach, gdyż tam naówczas zamieszkiwałyśmy.

Zonk nr 1.
Myślałam, że to są legendy miejskie, ale okazało się, że jednak rzeczywistość. W przedszkolu odbywało się "wietrzenie" dzieci, mające na celu doprowadzenie do choroby jak największej liczby, żeby panie nie miały za dużo roboty. Ponieważ infekcje w dużej grupie są czymś normalnym, czerwone światło zapaliło mi się, gdy mała zapadła na nerki. Przesłuchana, zeznała, że panie otwierają na oścież okna (zima) i każą im siedzieć na podłodze.
Szlag mnie trafił. Do tego, na okoliczność stosowania specjalistycznych technik inwigilacyjnych, postawiona pod ścianą Zuzanna z zakłopotaniem wyznała, że pani ją... bije. Wstąpiłam do dyrektorki następnego dnia rano.
- Och, proszę pani, dzieciom nie można wierzyć, one takie rzeczy wymyślają... - usiłowała mnie zbyć pani dyrektor.
Białko ścięło mi się w oczach.
- Prosze pani, ja pani nie znam - odpowiedziałam Podobno Słynnym Tonem. - Nie mam pojęcia, kim pani jest, jak została pani wychowana i czym kieruje się w życiu. W związku z czym nie mam podstaw, żeby pani wierzyć. Natomiast Zuzia jest moim dzieckiem. I ONA NIE KŁAMIE. A jeśli nie docenia pani gestu, który dla pani wykonałam, przychodząc tutaj zamiast od razu do kuratorium, to nie ma sprawy - mogę zacząć z tamtej strony.
Praktyki zniknęły jak nożem uciął. A my niebawem wyprowadziłyśmy się.

Zonk nr 2.
Po przeprowadzce Zuzia została przeniesiona do przedszkola integracyjnego w Chorzowie, bo tam zamieszkałyśmy. Pani dyrektor była bardzo ambitna, pisała programy integracyjne i spędzała rodziców, żeby im je odczytywać. Trzy godziny - tak, mierzyłam. Trzy godziny na krzesełkach dla przedszkolaków, a ona była gwiazdą i nie planowała dyskusji,
- Mamo - zaczepiła mnie mała któregos dnia podczas zabawy - a my jemy łyżką.
- Oczywiście - odpowiedziałam. - Zupkę je się łyżką. A drugie danie nożem i widelczem.
- Ale my wszystko jemy łyżką!
Cycki mi opadły (tak się zaczął proces degradacji, bo byłam wtedy młoda i piękna) i następnego dnia udałam sie do przedszkola.
- Proszę pani - zaczepiłam nauczycielkę. - Dlaczego nie uczycie dzieci jeść innymi sztućcami niż łyżką?
- A co se pani myśli?! - żachnęła się wychowawczyni. - Może mam nad nimi cały czas stać? Jak im dam widelce, to se oczy powykłuwają.
- Ale Zuzia przyszła tu z umiejętnościa posługiwania się nożem i widelcem, szkoda to zaprzepaścić.
- Jak pani chce, to mogę ją wysadzić do osobnego stolika i niech sobie je nożem i widelcem. Ale z dala od innych dzieci. Nie będę ich wszystkich bez przerwy pilnowała!
Kara taka. Ośla ławka.
Rozpoczęłam poszukiwania kolejnej placówki.

Zonk nr 3.
Przedszkole społeczne, artystyczne, w Katowicach, bo tam mieszkają dziadkowie, a ja nie miałam możliwości ani jej rano zaprowadzić, ani po południu odebrać. Byłam sama, z kim miałam się dzielić obowiązkami? Dobrze, że choć rodzice zgodzili się mi pomagać. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało fajnie, co prawda dzieci mogły przebywać w placówce tylko do 14:00, ale babcia jakoś to ogarnęła.
Pech chciał, że pewnego dnia postanowiłam zrobić Zuzi niespodziankę i choć raz odebrać ją z przedszkola. Miałam wypracowane nadgodziny, więc poprosiłam o możliwość ich wybrania i o 14:00 pojawiłam się przed przedszkolem. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam dziecko w pełnym rynsztunku, stojące samopas na chodniku!
- A co ty tu sama robisz? - zapytałam, odebrawszy uprzednio wyrazy radości ze wspólnego czasu.
- Pani kazała nam się ubrać w szatni i czekać na rodziców przed drzwiami.
Po prostu wzięłam ją za rączkę i poszłyśmy prosto do dyrektorki.
- To niemożliwe, prosze pani - podniosła na mnie głos osoba odpowiedzialna.
Wytłumaczyłam jej w krótkich, żołnierskiech słowach, co jest niemożliwe. Do końca edukacji Zuzi ani jedno dziecko nie wyściubiło nosa za drzwi bez nadzoru.

Integracja po polsku...
Jesteśmy specjalistami od pięknych, szumnych haseł na sztandarach.
A rzeczywistość skrzeczy.

22 września 2014

1915

Przemoc jest czymś odrażającym.

Ważne, żeby o tym mówić i to jak najwięcej. Żeby opisywać takie sytuacje bardzo dokładnie, bo przemoc ma wiele przejawów. To nie tylko obrazki kobiet z podbitym okiem, choć i te są straszne. To również twarze kobiet pokryte perfekcyjnym makijażem, który ma coś ukryć. To zalęknione oczy dzieci. To wzrok wbity w podłogę, unikanie czyjegoś spojrzenia. Przemoc nie zawsze jest prosta jak siniak, zadrapania, złamana ręka.

Czasem przemoc nie pozostawia śladów widocznych na pierwszy rzut oka. Ale zawsze czyni wielkie spustoszenie, które nie pozwala o sobie zapomnieć, nawet jeśli rany się zabliźnią. Gdy się dobrze trafi, ucieknie, znajdzie pomoc - można żyć dalej. Nie zawsze się udaje.
Przemoc to nie tylko razy. Przemoc to dotyk, słowa, a nawet pogardliwe milczenie. Przemoc to drzwi zamknięte na klucz - z jednej i z drugiej strony. Przemoc to bezustanna kontrola. Przemoc to niedawanie wiary czyjejś skardze - ta jest najstraszniejsza, bo pozostawia ofiarę samą lub skazuje na ostracyzm. Wyrzuca poza nawias. Każe milczeć. Nie pozwala się wyzwolić.

Bardzo mną wstrząsnęło to, co w komentarzu pod poprzednią notką napisała Kruszyzna, która doznała przemocy, niepozostawiającej śladów. Koszmarnej, obrzydliwej i uwłaczającej ludzkiej godności. Tej wtórnej również, bo gdy się przemogła i poskarżyła, nie dano jej wiary. Jak często obarczamy winą za krzywdę nie oprawcę, ale skrzywdzonego? Odpowiadam: bardzo, bardzo często. "Trzeba było nie...", "gdybyś nie..." wstaw dowolne. "Czy przypadkiem nie wyolbrzymiasz?"...
Protestuję!
Nie godzę się na to!
Nie pozwalam!

Jeśli zgwałcono kobietę - to jest WYŁĄCZNA wina gwałciciela.
Jeśli skatowano dziecko - to jest WYŁĄCZNA wina dorosłego.
Jeśli kogoś zelżono, pobito, odebrano godność - to jest WYŁĄCZNA wina agresora.
Gdy odwracamy wzrok, to godzimy się na przemoc i sami ją stosujemy.

Dlatego takie ważne jest przyjmowanie pewnych rozwiązań systemowych i edukacja, edukacja, jeszcze raz edukacja. Nazywanie rzeczy wprost, po imieniu oraz uczenie: "co możesz zrobić w takiej sytuacji". Podnoszenie świadomości społecznej, z naciskiem na służby, powołane do udzielania pomocy, ścigania, karania. Żeby nikt nie bagatelizował, nie odwracał wzroku, nie przerzucał nawet części winy na ofiarę.
Dlatego tak ważne jest przyjęcie konwencji o przeciwdziałaniu przemocy.
Dlatego tak ważne jest odrzucenie projektu ustawy o przeciwdziałaniu pedofilii, bo jest nie przeciw, a pro.

Tu nic nie wydarzy się z dnia na dzień. To jest ciężka i mozolna praca u podstaw. Miesiące, lata zmieniania nawyków i przyzwyczajeń.
Każdy z nas może coś zrobić.
Zacznij od siebie.
Patrz.
Patrz i mów.

1914

Jakoś tak przy śniadaniu zebrało się nam na omawianie nieakceptowalnych zachowań męskich.

Możemy sobie pogadać, bo grono w stu procentach iksowe. Inna sprawa, że nie mamy możliwości dokonania oglądu z drugiej strony, bo nie ma drugiej strony, która mogłaby coś wnieść. Machamy na to ręką, bo co tu wnieść do klepania w tyłek.
Niewiele mam takich doświadczeń (a właściwie to jedno), gdyż prócz tyłka posiadam wredną gębę i nikt się nie odważa. Tym bardziej uhonorować trzeba tego jedynego, który sie szarpnął, wykorzystując do tego przewagę w postaci relacji służbowej. Normalnie dałabym w mordę - tu się powstrzymałam, ale kiedy o tym pomyśleć, to właściwie nie musiałam. Choć pewnie nie miałabym potem pracy.
Refleksja nadeszła, bo bardzo przepraszał.

Koleżanki też miały coś do powiedzenia i okazuje się, że proceder poklepywania po dupie nadal ma się znakomicie, choć tempus fugit, a tempora mutantur. Ale niektóre umysły, co można poznać, wsłuchując się w opowieści, nader wolno te zmiany odnotowują. Na szczęście postęp widać.
Najbarwniejsza była historia koleżanki, pochodząca gdzieś z epoki kamienia łupanego, czyli ogólniaka. Okazuje się, że posiadała dyrektora, który zwykł był poklepywac i obmacywać uczennice. I, wyobrazi Państwo sobie, zdarzyło się, że wpadł do sekretariatu, w którym rzeczona koleżanka po coś tam stała, dopadł do niej i złapał za pierś. Dość boleśnie zresztą.

Wydaje mi się, że to są objawy aberracji psychicznej. Podobno w końcu został usunięty, choć - jak znam życie - pewnie wyłącznie ze stołaka dyrektorskiego. To se potem poklepywał jako nauczyciel.
Dziś chyba nie do pomyślenia, a przynajmniej taką mam nadzieję.

Czasem się zastanawiam, co by się stało, gdyby dziś jakiś facet klepnął mnie w tyłek. I dochodzę do wniosku, że może też bym go klepnęła. Albo złapała za jaja i ścisnęła, patrząc głęboko w oczy. W najbardziej niekreatywnym odruchu - strzeliła w pysk, że głowa obróciłaby się jak na kreskówce.
Jeśli to miałoby miejsce w pracy, to pewnie skończyłoby się w sądzie. Co za szczęście, że świat się zmienia, prawda? Kiedyś wytoczenie sprawy poklepywaczowi było nie do pomyślenia. Są pewne rodzaje postępu, które bardzo mi się podobają,

21 września 2014

1913

Radość. Wielka radość.
Wszyscy w domu jesteśmy mistrzami świata.
Oprócz Edka.





Rusek.

1912

W aspekcie planów wejścia w posiadanie jeszcze jednego obywatela radzieckiego, Edward okazał się tani jak barszcz, a wręcz nabyty poprzez wyprz.

W poszukiwaniach natrafiłam również na koty archangielskie w umaszczeniu colorpoint. Nie ukrywam, że taka barwa zawsze wyjątkowo mi się podobała i nawet rozważałam kota syjamskiego, ale zniechęciły mnie studia nad jego psychiką. Kot dla singla - nie będę się doktoryzowała nad kolejnym kocim indywidualistą, któremu będzie trzeba poświęcić mnóstwo czasu, żeby se focha wsadził w ... tego. U nas nie ma fochów.

Ale są piękne. Sami powiedzcie.


Kot ma jeszcze jedną wadę, mianowicie pochodzi z Bełchatowa. Chociaż Zuzia napomknęła, że może sobie skoczyć na wycieczkę do Łodzi i przy okazji zgarnąć kota z Bełchatowa. Kuszące.
Skupiam się na Zośce - jej sytuacja wciąż jest niewyjaśniona, a dopóki to trwa, żadnego nowego kota nie będzie. (Ale śliczny, c'nie?).

W każdym razie wczorajszą kupę poddałam drobiazgowym oględzinom i ze zdziwieniem spostrzegłam, że zyskała na kształcie, konsystencji oraz braku krwi. Czyżby jednak chodziło o nieobecność Zuzi? Poczekamy jeszcze kilka dni w takiej sytuacji. A potem się zobaczy.

20 września 2014

1911

Pranie.

Niesamowita historia, jak to się mnoży. Potrzebowałam tygodnia, żeby znaleźć kosz na pranie po wyjeździe Zuzi. Obecnie znów go szukam. Fascynującą właściwością obecności mojego dziecka w domu jest fakt, że ile bym pralek nie załadowała, nie puściła, nie wywiesiła - kosz zawsze jest pełny.
Białe poszły, teraz czarne. Kosz nabrzmiewa kolorem.

Nie mamy balkonu, więc w aktualnej aurze jesteśmy skazani na wolne schnięcie. Sytuacja zapewne poprawi się, gdy zostanie włączone ogrzewanie. Do czego się nie kwapimy z przyczyn oczywistych. Ach, gdy w końcu kupimy ten dom, całe lato będę suszyć na słońcu. Piękne. Lubię pranie pachnące słońcem i świeżo skoszoną trawą. W dodatku przy pogodzie można to robić nawet dwa razy dziennie. Przewiduję wszechogarniającą czystość.

***
Buty muszę zawieźć do szewca hurtem. Tu fleczki, tu zelowanie, tu się wkładka odkleiła. Uzbiera się z dziesięć par, pan się zapewne ucieszy. Dostaję u niego zniżki dla masowego klienta. Pracuje szybko, schludnie i jest pomysłowy. Widziałam pantofle, w których obniżył koturny i obcasy. Idealnie, bez najmniejszego śladu. Geniusz szewski w czystej postaci.

***
Kupiłam sobie w perfumerii internetowej.


Zapach oczarował mnie już dawno temu. Jest taki... inny.
Paczkomat właśnie doniósł, że zaprasza serdecznie. To lubię, panie, to lubię. Szybko i skutecznie. W dodatku nie pobrano za przesyłkę, więc nie mogę napisać, że tanio. Za darmo. Perfumeria nazywa się Perfumesco, już u nich kupowałam i nigdy nie miałam zastrzeżeń. Różnice w cenach są... hmmm... znaczące. W omawianym przypadku wynoszą 230,00 zł na sztuce.

Za to kończą mi się różane. I to akurat teraz, gdy kupiłam żel do mycia o takim zapachu. Lirene.
Pewnie by się nie kończyły, gdybym onegdaj nie potłukła praktycznie nietkniętej pięćdziesiątki, co stoi mi kołkiem do dziś. W każdym razie łazienka pachniała różami przez jakieś dwa miesiące. Mam małą łazienkę.

***
Zuzia nieobecna, więc na obiad naleśniki. A jutro knedle ze śliwkami. Od poniedziałku dyżury przechodzą na Pana. Bardzo to praktyczne, nie mogę powiedzieć.

19 września 2014

1910

Dzwoni dziecko, co to usiedzieć na tyłku nie może. Ledwo tydzień w domu, a już wypruła, by zamarznąć w kempingu.

Dziecko: Pojechałabym do SPA.
Łoterloo: Też bym pojechała do SPA. Co cię powstrzymuje?
Dziecko: Brak towarzystwa.
Łoterloo: O! To samo, co mnie!
Dziecko: Jedziemy?! Stać mnie!
Łoterloo: Chcesz? Jechać? Z? Matką?
Dziecko: Pewnie. Wymasują nas, wykąpią, a to wszystko w aurze zapachu. Gdy się znudzimy, poleżymy w internetach.
Łoterloo: Kiedy stałaś się dorosła?!
Dziecko: Nie marudź. Mamy wspólną pulę genową.

Ano mamy.
Dziś wykazałyśmy to publicznie.
Publiczność była ukontentowana.

1909

Przesz się nie mogę teraz wypowiedzieć szerzej, o co mi chodzi, boby mi zabrało liczne puenty i hopsiupy oraz przysiady z notki właściwej. Chciałabym sie odrobinę przedrzeć przez tę książkę, żeby móc nawiązać do konstrukcji albo i rozwoju akcji. A to chwilkę zajmie. Szczególnie że czyta się ciężko. Jakby tępą siekierą rąbał. To ja może uwagę ogólną.

Schodzimy na psy. Znaczy - z ofertą wydawniczą. Pamiętacie może, co to jest errata? Kiedyś czytelnika tak sie szanowało, że jeśli w druku wyszła jakaś literówka (!), to wypuszczano erratę z poprawkami. A przecież proces wydawniczy był o wiele bardziej skomplikowany niż obecnie. Z naciskiem na ręczne robótki. Gdzie to jest, pytam się? Poszło w ilość. To się zawsze rozmija z jakością.

Inna sprawa, że wśród piszących mnóstwo jest osób przesadnie uczulonych na swoją pisarską wielkość. Tylko mu przecinka nie przestaw, bo zaraz piszczy, że on ma taki styl! Gówno, nie styl. Język polski jest jeden i ma być poprawnie. Produkcja dziadowskich językowo książek powoduje obniżenie kultury języka w sposób bezpośredni. To samo zresztą tyczy się mediów. Kiedyś radiowiec to był ktoś! Dbano o substancję, na której się pracowało, a pojedyncze potknięcia obśmiewane były latami. A teraz? Gdy radio w samochodzie zaczyna gadać, to ja je wyłączam, bo nie mam siły słuchać tych wszystkich błędów, sadzonych po trzy w jednym zdaniu. Fuj.

Można uważać, że to nieistotne. Ale jeśli nie dbać o język ojczysty, to czemu o wygląd? Gdzie jest napisane, że człowiek ma być czysty i nieobszarpany lub odziany zgodnie z okazją? Kto wydał przepis, że nie wolno śmierdzieć?
Język, Moi Ulubieni Czytelnicy, pozwala nam się sprawnie komunikować. Sprowadzenie go do systemu chrząknięć wiele odbiera.

Ech... Chyba wygrzebię z półki zakurzoną Orzeszkową. Furda akcja! Jakie tam są opisy przyrody!
To mi dobrze zrobi.

18 września 2014

1908

Dialożki
(Ktoś czekał, c'nie?)

***
Łoterloo (do wchodzącego Prezesa): Jesteś! Gdzie byłeś?! Martwiłyśmy się bardzo.
Prezes: Na siłowni. A kto się martwił?
Łoterloo: No, MY. My z Zuzanną.
Prezes: Nie wierzę. Przecież ona nie ma żadnych uczuć.
Zuzanna (znudzona): Nieprawda. Czasem jestem głodna.

cd.
Łoterloo: Oboszszsz... Muszę to zapisać!
Zuzanna: No i zaczęło się!

***
Prezes: Oswoiłem dziś nowego pracodawcę ostatecznie.
Łoterloo: Mianowicie?
Prezes: Poszłem, zrobiłem im tam kupę!

***
Łoterloo: I odkryłam taką książkę, że myślałam se: selfpublishing. Ale nie. Normalne wydawnictwo. Musimy ich spalić.
Prezes: Ale dlaczego spalić?
Łoterloo: Jesteśmy razem ponad 14 lat i gdy mówię "spalić", to ty nie pytasz "dlaczego?", tylko dmuchasz, żeby się szybciej hajcowało.
Prezes: No nie wiem. Nie chciałaś jechać na konwent i spalić Pilipiuka.
Łoterloo: Uważaj, tytuł rozdziału (czyta): Trzecia czterdzieści trzy i zapalone światło. A teraz treść, skup się (czyta): Na czwartym piętrze paliło się światło, a okno było szeroko otwarte. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była trzecia czterdzieści trzy...
Prezes: ...
Łoterloo: Co robisz?
Prezes: Dmucham.


PS Postanowiłam przeczytać, ile dam radę. A następnie przedstawię recenzję. Możliwe, że nawet Podejmę Kroki.

1907

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: gdy zobaczyłam wszystkie Wasze opinie, to od razu lepiej się poczułam i postanowiłam ulec samouleczeniu.

Nie, żebym nie doceniała - wręcz przeciwnie. Zawsze mnie wzrusza taka troska obcych - było, nie było - osób. Czuję się zaopiekowana. Ale CHOLERNIE nie lubię się leczyć, do lekarzy żywię gorącą awersję. Jeżdżenie na badania, czekanie w kolejkach, słuchanie głupot, to nie dla mnie. Oby mi tylko życie palcem nie pogroziło i nie usadziło poprzez pouczenie.
Postanowiłam powrócić do sprawdzonego od lat sposobu, czyli wypierania. Będę udawała, że nie ma problemu i już. Może ewentualny problem jest podatny na sugestie i sobie pójdzie.

Chyba Wam nie opowiedziałam, jak z tym USG tarczycy było. Poszłam do kolegi, bo u mnie w przychodni można co prawda zrobić na NFZ, ale nie chce mi się tam jeździć. To zadzwoniłam do kolegi i mówię:
- Słuchaj, zrób mi USG tarczycy, co?
- Spoko, wpadnij za półtorej godziny.
To wpadłam. Akuracik był po pacjentach. Kazał mi się położyć, przerył całe pomieszczenie w poszukiwaniu wałka pod kark, polecił mi sobie wyobrazić, że mam wałek pod karkiem i ułożyć stosownie głowę, po czym zapytał, ustawiając aparat:
- A czemu właściwie chcesz mieć to USG?
No to mu wytłumaczyłam, że jestem z grupy podwyższonego ryzyka, co przyjął ze zrozumieniem, a następnie zapragnął posiąść wiedzę na temat terminu poprzedniego badania.
- Nigdy - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Jak to "nigdy"?!
- No, nigdy. Wypierałam to.
- Dobrze ci szło - podsumował i darował sobie komentarze.
Po prostu wie, kiedy zmilczeć, co świadczy o jego inteligencji.

I w dodatku już po półtora tygodnia zrobił i opis! I nie musiałam go chłostać. Nawet werbalnie. No, może z raz. A tak się rozpędził, że mi podarował opis w dwóch egzemplarzach.
Zajrzałam do koszulki foliowej i mruknęłam z wyraźnie wyczuwalnym rozczarowaniem:
- Myślałam, że ta druga kartka to jakieś wyznanie miłości. Albo wiersz dla mnie napisałeś. W ostateczności: potwierdzenie przelewu większej kwoty na moje konto. A tu drugi egzemplarz. Po co?
- Nie wiem po co. I nawet nie wiem dlaczego - odparł.
Lekarze są nieużyci i nie znają pobudek własnych działań.
Ot co!

17 września 2014

1906

Ja już nie wiem naprawdę, czy jestem zmęczona z nadmiaru, czy jednak coś mi jest.

Odebrałam wyniki. Standardowo - jak młody bóg. Nawet do cholesterolu nie można się przypieprzyć. TSH mam 1,82, co mieści się w granicach normy, ale czytałam, że kobiety w wieku rozrodczym powinny mieć TSH pomiędzy 1 a 1,5. Rozumiem, że wciąż jeszcze zaliczam się do tej grupy. W związku z powyższym należy uznać, że jest podwyższone. Czy to już oznacza niedoczynność, czy nie? A może w górnej granicy wieku rozrodczego może być trochę ponad 1,5?

Jak zwykle żadnych wniosków, a ja nosem się podpieram. Włosy mi wyłażą na potęgę. Tyję jak wściekła. No i bladam przy tym niczym zwłoki prababki.
Nawet pisać mi się nie chce, choć przecież to lubię.
Położyłabym się i spała. Cały czas.

I nie chcę zwalać na jesień, bo to trwa od dawna. Ja tam zwykle do lekarza idę po pół roku od pierwszych objawów. Albo i później. W tym przypadku to będzie z półtora roku od pierwszych obserwacji, które - standardowo - zlekceważyłam, zwalając na coś innego.
I co? Jajco.

A Zośce na kupie nic nie urosło. Kumulacja.

16 września 2014

1905

Czasem, nie wiadomo skąd, pojawiają się aniołowie.

Jestem głęboko przekonana, że każdy z nas przeżył coś takiego. Może nie zwróciliście uwagi, może potraktowaliście to zwyczajnie, może ta sytuacja ugrzęzła gdzieś w mrokach niepamięci albo po prostu okazała się czymś tak wielkim, że kiedy chcecie o tym opowiedzieć, to jakoś ściska Was za gardło, więc milczycie. A może właśnie opowiadacie - czy to w gronie przyjaciół, rodziny lub wręcz przeciwnie: całemu światu. Bo już tak jakoś jest, że kiedy naprawdę, NAPRAWDĘ potrzebujemy, pomoc przychodzi.
Często z zupełnie nieoczekiwanej strony.

I ja mam swoich aniołów, którzy zjawiali się nie wiadomo skąd, żeby wyciągnąć mnie z bagna beznadziei. Szczególnie dobrze wspominam ostatniego - może dlatego, że rzecz jest świeża, a poza tym spotykam go każdego dnia. I nawet kiedy sytuacja się zapętla, coś idzie nie tak, jak powinno, uśmiecham się, macham ręką na, drobne przecież, niedogodności i trwam. Bo jestem przekonana, że mam dług, który powinnam spłacić. Tak, jak potrafię, na miarę własnych możliwości.

W ubiegłym roku w moim życiu zaczęło dziać się naprawdę fatalnie, co było wynikiem ugrzęźnięcia w domu. Starałam się nie dopuszczać do siebie złych emocji, ale minęło półtora roku, zbliżała się druga rocznica bez pracy i to, co na początku wydawało mi się miłym odpoczynkiem od okrutnej gonitwy i braku czasu, zaczęło potwornie ciążyć. Po kolei "kładło się" więc wszystko: poczucie własnej wartości, stosunki międzyludzkie, relacje z najbliższymi, komunikacja. Pewnego dnia przyłapałam się na patrzeniu w ścianę i nagle zrozumiałam, że siedzę w niezmienionej pozycji, zawieszona wzrokiem w jednym punkcie od blisko trzech godzin. Z przerażeniem pojęłam, jak jest źle, że jeszcze jedno wydarzenie i przekroczę tę magiczną, cienką linię, która dzieli mnie od zapadnięcia się w sobie. A stamtąd samodzielnie się nie wygrzebię.

Coraz trudniej mi było zdobyć się na wysiłek pisania i rozsyłania kolejnych aplikacji. Z moim CV nie można nawet złapać pracy fizycznej za najniższą krajową. Nikt nie przyjmie mnie do zamiatania ulic, bo będzie zakładał, że prędzej czy później okażę się od niego lepsza i wygryzę ze stanowiska. To naprawdę dno i pułapka ścieżki kariery. Zapadałam się w sobie. I wtedy pojawił się mój anioł. W dodatku, co dość istotne, nie pierwszy raz. Zadzwonił i kazał mi być za dwie godziny. Bez zbędnych dyskusji.

Od tej informacji do wniosku, że moim aniołem jest Szef, dzieli nas tylko jeden krok. Nie było żadnej rozmowy kwalifikacyjnej - ot, usiadłam po drugiej stronie jego biurka, nie zdążywszy otworzyć ust, a on powiedział:
- Takie i takie stanowisko. Dostaniesz za to tyle. Dałbym ci więcej, ale ja kasą nie dzielę, więc musisz na początek wziąć, co dają. Będę pilnował, żebyś dostawała premie i mogła sobie przy okazji coś przyrobić. Po okresie próbnym będziemy negocjować podwyżkę. A teraz chodź do naczelnego.
- Jakieś wskazówki? - zapytałam, porażona stylem rozmowy.
- Znam cię, nie potrzebujesz wskazówek. Zostawię was samych, choć chętnie bym posłuchał.

Dziś zadzwonił do mnie na komórkę o 15.05. To akurat po godzinach, ale siedziałam, bo od wczoraj mam małą kumulację.
- Jesteś jeszcze? - zapytał.
- No, pewnie. Nie ruszę się, zanim tego nie skończę.
- Nie przyszłabyś do mnie na chwilę?
- Przyszłabyś.
- Ale... wiesz co? Ja mam do ciebie prośbę.
- Zamieniam się w słuch - odparłam zaintrygowana.
- Czy nie zechciałabyś dać mi jednego papierosa? Nie mam fajek, nie mam czasu iść kupić, nie mam czasu zapalić, muszę jeszcze przebrnąć przez kilka spraw, a taki jestem zmęczony, że po prostu chciałbym zrobić sobie przerwę.
- Szefie, to może i ja zrobię sobie przerwę i pójdziemy na dymka?
- Nie wstydzisz się ze mną wyjść?
- Słaby żarcik, słaby - odparłam. - Zaraz będę.

Podstępnie zawlokłam go za stodołę.
- Z czegoś się podejrzanie cieszysz - stwierdził bardziej niż zapytał w drodze.
- Zaraz wypłoszymy wszystkich palaczy - zachichotałam.
- No co ty? Ludzie się mnie boją? Jestem taki okropny?!
- Wcale. Ale oni o tym nie wiedzą, więc będzie zabawa.
- Jesteś większym potworem niż podejrzewałem! - zaśmiał się.
- Pewnie! Ja to pielęgnuję - oznajmiłam, bardzo z siebie zadowolona.

Zza dymu pięć razy przeprosił, że odrywa mnie od pracy i w ogóle zmusza do siedzenia po godzinach, co zbyłam prychnięciem. Jak zwykle zadumał się nad niskością moich zarobków (nie jest tak tragicznie, dał mi w tym miesiącu premię i mówiły jaskółki, że za ostatnią konferencję dostanę nagrodę) oraz poinformował o najbliższych planach i moim w nich udziale. Z pożytkiem doczesnym, czyli finansowym. Słuchałam tego spokojnie i przyglądałam mu się - naprawdę wygląda na zmęczonego.

I dlatego może sobie wrzeszczeć. Wiem, że ludzie pomstują, ale ja pamiętam. Mnie to nie wyprowadza z równowagi. Pozwalam mu się wykrzyczeć, bo myślę, że tego potrzebuje - wywalić emocje. Nawet gdyby to było możliwe, nie zamieniłabym się z nim na miejsca. Jestem pewna, że - choć często irytujący - jest naprawdę dobrym człowiekiem. Niejeden raz mi pomógł, nie musiałam prosić. Ot - wyznałam, co mnie trapi.
Czasem, kiedy naprawdę tego potrzebujemy, nie wiadomo skąd pojawiają się aniołowie.

PS Na imieniny dałam mu książkę. Tak, ma się rozumieć, zrzuciłam się ze wszystkimi na wspólny prezent, ale oprócz tego poszłam tam sama z małym tomikiem w dłoniach (wiem, że chciał mieć tę pozycję - wiem, bo umiem słuchać). Podniósł okładkę i przeczytał dedykację.

Wielce Szanowny Panie Profesorze!

W pewnym wykładzie profesor Leszek Kołakowski, jeden z moich ulubionych specjalistów „od grzebania w duszach i umysłach“, napisał:
"Słowo „cnota“, przyznajmy, nieco zostało ośmieszone w polskim języku, nasz cyniczny wiek jakąś aurę śmieszności wokół niego zbudował. Nie mamy jednak chyba innego słowa na łączne oznaczenie wszystkich sprawności, które są moralnie wartościowane i które lepszymi czynią zarówno człowieka pojedynczego, jak i wszystkie związki między ludźmi".
Wypowiedź ta, jakże niezwykle trafna, nieodmiennie kojarzy mi się z Panem. Albowiem,
w niemalże magiczny sposób, pojawia się Pan w moim życiu w chwilach, gdy – że użyję metafory motoryzacyjnej – wypadam z drogi na źle wyprofilowanych zakrętach. I, co podkreślam (!), zupełnie bezinteresownie czyni Pan je lepszym.
Zwyczajnie trudno mi wyrazić swoją wdzięczność.
Proszę przyjąć ode mnie ten skromny podarunek – tuż pod okładką czai się ogrom słów człowieka, który był wzorem i dla fachowców, i dla humanistów. Co wcale, mimo sądów niektórych osób, nie stoi w sprzeczności. Ja wiem to na pewno – bo dane mi było poznać Pana.

Proszę również przyjąć moje najserdeczniejsze życzenia imieninowe. I wierzyć, że niewiele osób życzy Panu tak szczerze, jak ja.

Przeczytał z uwagą, pomilczał chwilę, podniósł na mnie wzrok i powiedział:
- Przesadzasz, nie?
- Akurat - mruknęłam, wspięłam się na palce i do prezentu dołożyłam dwa solenne całusy w oba policzki.

15 września 2014

1904

Dzisiejszy dzień rozpoczynam od wizyty w pewnej Wielce Szacownej Instytucji (naukowej), po noszymu: we WSI. Będę tam przesiąkać atMOSferą (zaznaczam akcent). Ciekawe czy od tego człowiek robi się mądrzejszy.

A potem to już norma. Zaległości z zeszłego tygodnia. Wyjaśnianie na piśmie bzdur, które wydarzyły się pod moją nieobecność, a prostowałam je zdalnie (nie-do-wia-ry). Spotkanie z Szefem. Może z naczelnym. No i muszę sprawdzić, czy chłopaki zakończyli uzupełnianie biblioteki. Choć czuję, że im się nie chciało. A! Po te wyniki niegłupio byłoby podskoczyć. I może sprawdzić, czy na kale Zofii coś urosło.

Wisi mi też kilka spraw wspólnotowych, ale pewnie dziś już nie zdążę. Do wykonawców zadzwonić. Z kancelarią się skontaktować. Żwirek zamówić. Ustalić termin wizyty u fryzjera, kosmetyczki i ginekologa. Tego ostatniego to jakoś nie darzę estymą. Matkooo, kumulacja.
Nie wiem kiedy minęło 7 miesięcy pracy w fabryce. Czasem czuję się, jak Manolito.

Ja od lutego.

14 września 2014

1903

Na fejsie lata taki łańcuszek, do którego za cholerę nie chciałam dołączyć. Niestety spodziewałam się, że prędzej czy później ktoś wywoła mnie do odpowiedzi. I będzie masakra. Jednak nie spodziewałam się tego po Kruszyźnie. To jest dobra kobieta. I taki wyskok!
Ludzie, tego nie da się zrobić! Myślę od tygodnia i nawet notatki sporządzam. Tydzień ma 7 dni. To 168 godzin. 10 080 minut. 604 800 sekund. Za mało.
Z czego wnioskuję, że nic więcej nie stworzę.

"10 książek, które w istotny sposób wpłynęły na twoje życie".

1. Elementarz Falskiego i, trochę nietematycznie, prasa codzienna epoki socjalistycznej. Miałam trzy lata i sama nauczyłam się czytać, bo rodzice bezustannie rżnęli mnie na terminie rozpoczęcia wieczorynki. Zrozumiałam, że na analfabetyzmie daleko się nie ujedzie. Któregoś dnia usiadłam przed telewizorem i na głos przeczytałam planszę "Telewizja Polska, program 1". Matka zadławiła się zupą. Nie pamiętam, jaka to była zupa.
2. W. Sutiejew "Bajeczki z obrazkami" ilustrowane przez autora. Uwielbiałam i wielokrotnie płynnie powracałam z końca do początku. Dowiedziałam się z tej książki kilku wartościowych rzeczy o ludzkich postawach. Ekhm, ekhm.
3. Maria Kędziorzyna "Serce w plecaku. Historie fantastyczne dla młodzieży". Szczególnie lubiłam te fragmenty, gdy żołnierz opowiadał (np. o srogim królu, nieszczęśliwej królowej i o królewiczu Niedźwiedziu - moje ówczesne odkrycie: me-ta-fo-ra). A piosenkę o sercu, co to - zakochane - wyrwało się z głębi duszy i poleciało za wojskiem, zdarza mi się podśpiewywać pod prysznicem do dziś (Tę piosenkę, tę jedyną/ śpiewam dla ciebie, dziewczyno./ Może także jest w rozterce/ zakochane twoje serce./ Może potajemnie kochasz/ i po nocach tęsknisz, szlochasz./ Tę piosenkę, tę jedyną/ śpiewam dla ciebie, dziewczyno).
4. Maria Terlikowska "Dwa koty i pies trzeci". W roku wydania tej książeczki liczyłam sobie już wiosen pięć, więc gęsto zadrukowane strony nie były mi straszne. Wcześniej zresztą też nie. Ta lektura wywołała we mnie niejasne skojarzenie, że psy są kochane i dobroduszne, ale średnio mądre. Natomiast koty...
5. Wanda Majerówna "Groszek i Natalia" z ilustracjami Krystyny Sienkiewicz. Sądzę, że to TA Krystyna Sienkiewicz. Po lekturze nadal wierzyłam, że pies może być najlepszym przyjacielem człowieka. Nawet jeśli nieprzesadnie lotnym.
6. Janina Porazińska "Kichuś Majstra Lepigliny" oto pierwsze zetknięcie z wpływem alkoholu na organizm. Literatura dość wcześnie odarła mnie ze złudzeń.
7. Adam Mickiewicz "Pani Twardowska". Całkiem przyzwoitej długości poezja, zawierająca liczne trudne wyrazy (lulki palą? hulanki? Mefistofilu?!). Wyryta na pamięć w porażająco krótkim czasie.
8. A. A. Milne "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" w tłumaczeniu Ireny Tuwimowej. No, sorry... Dla mnie to zawsze będzie PANI Sowa.
9. Tove Jansson - Muminki (wszystko). Ach... Muminki! Całkiem niedawno Prezes kupił mi całą serię, wydaną przez Naszą Księgarnię. W twardej oprawie. Piękny prezent.
10. Antoine de Saint-Exupery "Mały Książę" (z akwarelami autora). Do dziś odkrywam tam treści, które dziwnym trafem przeoczyłam.

Wszystkie te książki (i nie tylko) posiadam do dziś w bardzo dobrym stanie. Po niektórych pobazgroliła Zuzia, aż dziw, że żyje i ma wszystkie palce, prawda?

Mam nadzieję, że udało mi się z grubsza obskoczyć lata 1976 (kiedy po raz pierwszy wkroczyłam SAMA do tajemniczej krainy słów) - 1979. Kruszyzno... jeśli chcesz poznać top ten literatury czyjegoś życia, musisz uderzyć do kogoś innego. Ja nie potrafię. Po prostu książki wywierają na mnie istotny wpływ. Czego bym nie wypisała, zawsze coś pominę. Wszystko w moim życiu składa się ze słów. Świadomie - od 38 lat. Mniej świadomie... pewnie od urodzenia.
Najbezpieczniej czuję się w bibliotece. Jakkolwiek to słowo rozumieć.

13 września 2014

1902

I się zdenerwowałam.

Myślę, że nikomu nie muszę tłumaczyć, jak ważną rzeczą w moim życiu jest feminizm. To tak samo istotne jak każde równouprawnienie. Nie znoszę, kiedy jedni ludzie traktują innych gorzej, bo są mniej wykształceni, mają inny kolor skóry, odrębne wyznania lub są ateistami, a także z takich powodów jak starość, niepełnosprawność czy młody wiek lub orientacja seksualna. Nie cierpię, gdy źle traktuje się zwierzęta. Nie toleruję faktu, że kobiety są obywatelami drugiej kategorii.

Każdy przejaw gnębienia słabszych przez silniejszych jest dla mnie czymś wstrętnym. Kiedy w sklepie stoi za mną bezdomny ze swoją butelką najtańszego piwa i, co tu kryć, śmierdzi jak nieszczęście, staram się myśleć o czymś innym. On nie jest gorszym człowiekiem niż ja. Być może w sytuacji, gdyby pozbawiono mnie pracy, pieniędzy, domu, bliskich, rzucono na ulicę - okazałoby się, że nie potrafię przeżyć, a on tak. Wszystko jest kwestią punktu odniesienia.

Zawsze ze wszystkich sił nawołuję, by nie oceniać, nie poniżać i uważać z wartościowaniem. Nie jesteśmy lepsi od innych tylko dlatego że życie ułożyło nam się lepiej: pozwoliło zdobyć wykształcenie, umiejętności, pracę, dom, pieniądze. W warunkach ekstremalnych, granicznych, jak na przykład wojna, to wszystko może się okazać gówno warte. Bo wtedy liczą się zupełnie inne predyspozycje.
Żyjmy i dajmy żyć innym.
Szanujmy i starajmy się zapracować na szacunek.

Wracając do meritum: sytuacja kobiet w Polsce i na świecie jest dla mnie sprawą niezwykle ważną. Staram się robić w tej kwestii, co potrafię i mogę. Wspieram ruchy feministyczne, mówię i piszę, przedstawiam moje stanowisko wcale niemałemu gronu. Nie nadaję się do marszów protestacyjnych, ale gdyby poproszono mnie o zabranie głosu w publicznej debacie, nie wykręcałabym się.
To jednak nie znaczy, że na wszystkie podejmowane obecnie działania wyrażam zgodę i akceptuję je bezkrytycznie.

Przeczytałam dziś na Twitterze, że Kongres Kobiet popiera kandydaturę Ewy Kopacz na stanowisko Przewodniczącej Rady Ministrów i z lekka mnie przytkało. Rozumiem oczywiście, że to byłoby ważne, by na czele rządu stanęła kobieta. Ale nie każda. Nie słaba. Nie marionetka.
Kobiety mają inny styl zarządzania niż mężczyźni: stawiają na współpracę, a nie rywalizację*. Świat coraz częściej to docenia, bo rywalizacja nie zawsze dobrze rokuje. Czasem rozwala wszystko i wtedy sięga się do kobiecych umiejętności pociągnięcia ludzi do wspólnej pracy w grupie, żeby naprawić to, co zepsuli mężczyźni, prowokując do wyścigu. Ale do tego trzeba mieć charakter.

Od kobiety - premiera (premierki lub premiery) oczekuję, że będzie zachowywała się jak kobieta, a nie wchodziła w męskie buty, nie dostrzegając, że dotarliśmy do tego momentu, gdy Polska potrzebuje damskiego sposobu zarządzania. To jest praca na 24 godziny i każdy przy zdrowych zmysłach winien zdawać sobie z tego sprawę. Nie można stać na czele rządu na pół gwizdka - nie ma się tam życia prywatnego, nie ma wolnego czasu, hobby, zainteresowań i zupy pomidorowej. Nie czarujmy się - to jest orka na ugorze. Trzeba mieć kręgosłup z tytanu, tylko spójrzcie na Angelę Merkel. To jest Ktoś. Podobnie jak Margaret Thatcher.

Kongres Kobiet zachowuje się tak, jakby nie widział, co robi Ewa Kopacz. A przecież ona właśnie uciekła od swojej kobiecości i wycofała konwencję o zapobieganiu przemocy wobec kobiet. Zrobiła to tylko i wyłącznie ze strachu przed utratą wyborców. Wypięła się na jedną z najważniejszych z punktu widzenia społecznego spraw. Zamknęła oczy bezlitosne razy, krew, siniaki, złamane kości, wstrząsy mózgów i przemoc psychiczną. Zrobiła unik, bo jest TCHÓRZEM. Nie chcę takiej premiery tylko dlatego że jest kobietą. To za mało. Cipka to za mało. Chcę cipki i twardej, żelaznej pięści. A właściwie... chcę pięści niepowiązanej z narządami płciowymi.
Kongres Kobiet popiera kobietę, która wypięła się na inne kobiety.

W Warszawie istnieje stowarzyszenie "Mężczyźni przeciw przemocy wobec kobiet". Mało kogo szanuję bardziej niż tych facetów, bo nie reprezentują własnych interesów wprost. Wiedzą i rozumieją, że społeczna równowaga i ochrona słabszych jest jedną z największych wartości, na których można budować silny, dobry kraj, który otoczy opieką WSZYSTKICH obywateli.
Przestańmy się łudzić, że coś nas nie dotyczy - w każdej chwili nasz domek z kart może runąć i wtedy okaże się, co tak naprawdę sobą reprezentujemy. W każdej chwili możemy potrzebować opieki i wsparcia. Dlatego nieistotna jest płeć najważniejszego człowieka w kraju. Ważny jest mózg i charakter.

Ja Ewie Kopacz na stanowisku premiera mówię: NIE.
Platformie Obywatelskiej, na którą dwukrotnie już oddałam swój głos, mówię: NIE.
Czas na zmiany.
Tylko my możemy ich dokonać.



* Pewnie że nie wszystkie. Piszę o jakiejś wartości statystycznej czy predyspozycjach.

12 września 2014

1901

Dziecko wróciło niespodziewanie wcześniej, co mnie bardzo ucieszyło. Miło jest mieć ją z powrotem w domu. Tym bardziej, że dajemy się nieść fali radości z wzajemnego kontaktu, więc dużo opowiadamy i nie mamy - póki co - pola do odgryzania sobie wystających części człowieka. Kiedy odpocznie i się wyśpi, mam nadzieję usłyszeć jeszcze więcej oraz obejrzeć zdjęcia z pobytu.

Tymczasem poleciała zaskoczyć dziadziusia, który nic nie wie. Specjalnie mu nie powiedziałam, żeby nie denerwował się Zuziną podróżą. Niechże ma niespodziankę. To jest preludium jego radości, bo mama też niebawem będzie na miejscu, więc jego świat wróci na utarte szlaki, co bardzo lubi. No i przywiozłam mu oscypek. Ten, który preferuje.

Tymczasem ja otrzymałam dary, z których jeden postanowiłam Wam zaprezentować. To taki objaw naszego wspólnego, genetycznego świrka.


Zostałam więc Mamą Kangurzycą. Choć zdania są podzielone, gdyż w niektórych kręgach mawia się, że to Mama Zajęczyca. Za kangurami argument z kieszenią i kangurzątkiem. Oraz nazwa na metce.
Ta piżamka nie ma stópek - wolę. Ma za to kaptur z uszami - piękne.

Owszem - krówka zrobiła na delegacji furorę. Dziękuję.

1900

A w ogóle to...

ZUZIA WRÓCIŁA!!!

1899

I tak to nadszedł piątek, dzień ostatni. Na wykłady poszła jedna osoba - czyli reprezentacja zaistniała.

Biorąc pod uwagę szok Zmorki, odpowiadam: tak, wszyscy poszli się integrować, a ja spać. Wspominałam kilkukrotnie, że jestem trochę inna. I nie było w tym żadnej przesady ani naciągania. Tak, wiem, że dziwok. Ale co? Mam się zmieniać dla kolejnego pracodawcy? Mam na siłę być kimś, kim nie jestem? I tak przypinają mi różne łaty. Niech więc będzie, że się alienuję. Pogadają, pomarudzą, order na pierś przypną i dadzą mi spokój. Zawsze tak jest.

Wczoraj przyjechał naczelny. Wypakował pinkle z bagażnika. Zobaczyłam go z ulicy, więc podeszłam - nie będę udawała, że się nie znamy.
- W którym jesteś pokoju? - zapytał.
- 36.
- Tu masz - wręczył mi woreczek, znamionujący kształtem butelkę. - Zaniosę rzeczy i impreza u ciebie.
Przecież mu nie powiem, żeby se poszedł gdzieś indziej. Dotarł w ciągu pięciu minut.
- Napijemy się - oświadczył, bo on nie pyta.
- Dzięki - odparłam. - Chętnie dotrzymam wam towarzystwa, ale nie piję. Dwa dni z rzędu to dla mnie za wiele.
- Coooo?!
- Panie dyrektorze, ustalmy od razu, na samym początku, że ja donoszę. Jak się tego będziemy trzymać, to wszystko stanie się jasne i nie będzie nieporozumień.
Zawiesił się.
- Ale komu donosisz?
- A komu bądź. Dzięki temu muszę być trzeźwa, żeby słuchać, o czym inni rozmawiają.
- Ale, po prawdzie, nie masz komu donosić.
- To są nieistotne szczegóły.
- Nie wnerwiaj mnie, pij.

Rozumiecie mnie? Ja nie jestem lalką ani misiem, żeby mnie posadzić przy zabawkowym stoliczku z zabawkową zastawą i kazać pić wyimaginowaną herbatkę. Co to znaczy: "pij"? Spierdalaj. Będę piła to, co chcę, wtedy, kiedy chcę i z tym, z kim chcę. Jestem dorosła. Mam ukształtowany charakter i wolną wolę.
Swoją drogą - przepytał towarzystwo, co robiłam poprzedniego wieczora i czy z nimi piłam. Bo to ważne, żeby pić, prawda? No to stanowię dla niego twardy orzech do zgryzienia.

Zabawne, że w pierwszym dniu pracy zaproponowałam, żeby mówił do mnie po imieniu. Do wszystkich tak się zwraca, więc uznałam, że tak będzie dobrze. Nie może się przełamać. Nawet na rauszu ma z tym problem. Jaki z tego wniosek? Gdy chcę, wytwarzam dystans. I niektórzy nie potrafią tego przeskoczyć. Bardzo mi to odpowiada. Dla części ludzi zawsze będę proszępanią. Dla części - wręcz: szanowną. A gdy się który pomyli, to zawieje chłodem, aż mu palce zamarzną. Tyle.

11 września 2014

1898

Pada.
Pada.
Pada
Pada.
Pada i pada.

Od tego padania nie poszłam na wykłady, tylko z powrotem do łóżka. Obudziłyśmy się w sam raz na obiad. Genialne podejście do nauczania. Całkowicie bezkonfliktowe. Nie ma pola do różnicy zdań pomiędzy wykładowcą a słuchaczem.

Po obiedzie niechcący zupełnie załapałam się na całkowicie nietematyczną opowieść profesora, który jakoś tak przypadkiem odpłynął od zamówień publicznych w kierunku historii Krakowa. Weszłam do sali, zasłuchałam się, usiadłam, rozsiadłam i godzinka minęła jak z bicza trzasł. Na takie seminaria to mogłabym jeździć bez żadnych oporów.

Tymczasem cała ekipa poleciała do Europejskiej, celem picia wódki w towarzystwie niejakiego śpiewającego Rysia - wodzireja, który jest ponoć słynny nie tylko w Zakopanem. Ponieważ moja nadwrażliwość obejmuje również słuch, a przy tym nie czuję się dziś dobrze (tylko nie infekcja, wszyscy kaszlą!), kazałam się zamknąć na klucz od zewnątrz i zmierzam ku łóżku. Jeszcze tylko kąpiel i całują mnie wszyscy w to miejsce, które nastawiał Tuwim.
Obejrzę sobie serial.
W końcu mam łajfaje.
C'nie?

10 września 2014

1897

Są łajfaje! Nie do wiary wprost w tym późnym Gierku. A może wczesnym nawet.

Podróż była męcząca, bo się jedzie, jedzie, jeeedzieeee... Na szczęście w połowie drogi wypadł McDonald's i to w dodatku ten kawowy, więc mogłam sobie Orange Mocha. Bardzo lubię, a w standardowych MDsach nie ma. Miałam w planie machnąć cztery, bo ja kawę to chętnie - z wiadra, ale dziewczyny popędzały.

W Zakopcu oczywiście deszcz. Obecnie chwilowo przestało, ale się nie przejaśniło, nie, nie. Buro, szaro i ponuro, pogoda prawdziwie barowa, wiec poszłyśmy na Krupówki i po grzańcu. W zasadzie mogłabym tam zostać. Przy kolejnych grzańcach.
Za 10 minut zaczynają się wykłady. Idę namalować sobie tęczówki i źrenice na powiekach.

1896

Omojboze, szukałam dziś rano etui na szczoteczkę do zębów i za cholerę nie mogłam znaleźć. Za to, no, proszę, proszę, jak sądzicie? TAK! Znalazłam... SUSZARKĘ! Cztery dni przed powrotem Zuzi...
Kto radził, żeby olać suszarkę, to sama w ręce wejdzie?
Prawda.

Jadę.
Dziewuszki ćwierkają. Samochodziki, telefoniki, breloczki, buciki i kebab. Oraz: dlaczego nie pojechałyśmy moim autem, skoro mam duże. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą:
- Bo mi się nie chce prowadzić.

Wiecie, że jak się gdzieś jedzie jesienią, to lotnicza walizka ma problem? Wyjęłam sweter. Glany zajmują 2/3 miejsca. Uroczystą kolację olałam całkowicie.
Niemiłość 2.

9 września 2014

1895

Raz, raz, raz... Próba mikrofonu.
Dodaję notkę mailem.
Kto mnie słyszy?
Odbiór.

1894

Całkowicie przez przypadek dowiedziałam się właśnie, że w delegację wyjeżdżam... jutro.

Szkoda że nikt mi nie powiedział. Ciekawe, co by było, gdybym przyszła sobie normalnie do roboty i na miejscu natrafiła na opór społeczny w postaci ludzkości przekonanej, że nie powinno mnie tu być. Staram się dopatrywać plusów. Na przykład: że wracam w piątek, a nie w sobotę. Staram się dopatrywać, bo właśnie mnie powiadomiono, że:
1. przewidziano uroczystą kolację w stylu "suknia bez plec, krótki rękaw", a ja planowałam zabrać glany - wyłącznie;
2. przewidziano atrakcje w stylu "wieczór w góralskiej chacie", o czym się zaraz barwnie wypowiem;
3. przewidziano wyjazd na basen, jw.

Uwaga, teraz będzie barwna wypowiedź:
1. nie znoszę uroczystych kolacji, nadęcia, wysrania i spędzania czasu z ludzimi, którymi nie jestem zainteresowana, a bardziej nie znoszę tylko...
2. jebanej góralskiej muzyki, folkloru i rustykalności, bo jestem z miasta i mam bardzo wrażliwy słuch;
3. nie cierpię dotykać się z ludźmi, z którymi nie jestem blisko, o rozbieraniu się przez grzeczność nie wspomnę.

Może mam autyzm. Może. Na pewno posiadam bruzdę i ona za to odpowiada. W ogóle nie czuję wyrzutów sumienia. Taka jestem - jak się komuś nie podoba, może mnie w delegacje nie wysyłać.

I teraz proszę o odpowiedź na krótkie pytanie:
PO KI CHUJ JA TAM JADĘ?!
Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach. Przyjmujemy formę literacką, metodę dramy, piosenkę aktorską, a nawet i taniec. Jak ktoś sobie życzy, proszę zrobić performance, nakręcić komórką, umieścić w internetach i podlinkować.

Najciekawsze wypowiedzi zostaną stosownie nagrodzone.

PS Przed chwilą rozmawiałam z Szefem, który też będzie w Zakopanem, tylko na innej imprezie i w innym miejscu.
- Szef się nie luzuje przesadnie.
- Dlaczego?
- Bo ja tam przyjdę.
- Do nas przyjdziesz?
- Pewnie.
- A to ja się bardzo cieszę. I zapraszam cię. Przyjdź.

8 września 2014

1893

No, luuuudzie! Jakie ja mam koty, to sobie nie wyobrażacie!

Zofia jest mistrzynią uprzejmości. Z trudem (i proszę, aby to doceniono) powstrzymałam się przed zrobieniem zdjęcia. Z TRUDEM.
Ale zacznę od początku. Zadzwoniłam po południu, zgodnie z umową, do weterynarza. Przedyskutowaliśmy kwestie:
a. czy wykonujemy zbiór gówienek z kilku dni, czy wystarczy pojedyncza próba (wystarczy),
b. odejścia od wody z kranu (one tak lubią, naprawdę) na rzecz: przegotowanej, mineralnej, źródlanej,
c. gdyby nic nie wyszło w posiewie, wstrzymania się z dalszymi ruchami (inwazyjnymi) do powrotu Zuzi - a nuż to tęsknota.

Ponieważ umówiłam się dziś na wino, nie nastawiałam się na przygotowanie pustych kuwet, które stanowiłyby punkt wyjścia dla zbioru stolca. I teraz Państwo uważa! Wracam do domu, niezbyt fanatycznie trzeźwa. W kuchni urzęduje Prezes (jego tydzień), przyrządzając obiad na jutro*. Koty się kłębią, gdyż każdy pragnie być jedynaczkiem mamusi. I nagle... słyszę skrobanie w kuwecie. To idę. Zofia!

Państwo sobie wyobrazi następującą sytuację: Zofia odsunęła łapą żwir z tyłu kuwety - idealnie do czysta i całkowicie pustej powierzchni. Walnęła tam kupona. Podrapała łapą po ściance od wyjścia. Jakby wiedziała! NIGDY tego nie robi. Zawsze usypuje kopiec Kościuszki. Giewont. I zatyka krzyż. Z zachwytu zawołałam Prezesa:
- Patrz! Patrz, jaka piękna kupa!!!
- Cudownie! - odparł Prezes i rzuciliśmy się oboje do kuchni po pojemniczek gówniany, bo każdy chciał pełnić honory.
Wygrałam.
Powoli i z rozmysłem zapakowałam gówienko, pobrane z różnych miejsc konstrukcji do pojemnika. Jutro jedzie na badania.

Ach!
Zupełnie-bez-wysiłku.
Moja krew.

Na deser zdjęcie Zosieńki - mamusi skarbeczka - w pozie rekreacyjnej.



PS Oto ma Państwo dowód na to, że można barwnie pisać na każdy temat. W omawianym przypadku przykułam Państwa uwagę kocim gównem. Słownie: gównem. Jak było?

PS 2 Nie zrobiłam tego z wyrachowania. Po prostu się cieszę. Kupa to podstawa!



* Owszem, rozminęliśmy się dziś ze spotkaniem po pracy. Wysłałam do niego SMS o treści: 
"Jestem u J. Jakby co".
Po powrocie do domu odpowiedział:
"Czy jadłaś obiadek?".
Pewnie że jadłam.

1892

Ach, jaka piękna pogoda. Aż żal dupę ściska, że w czwartek muszę jechać do Zakopanego, gdzie będzie zimno, deszcz i ogólna jesień.

Ponieważ nie planuję zacieśniania znajomości, zadzwoniłam do martuuhy i zażądałam listy filmów, które każdy przyzwoity człowiek powinien obejrzeć. Jestem w fazie ściągania na potęgę, ponieważ przewiduję brak internetów. Hotel klasy Późny Gierek zapewnie nie będzie mnie rozpieszczał wifiami. Ewentualnie udrożnię sobie możliwość dodawania notek za pomocą maili i będę Wam słała tęskne narzekania, jak to podle, gdy ci pracodawca użre sobotę.

Jednemu z moich kolegów, zachwyconemu wybujałym bluszczem, rosnącym w moim nabiurkowym koszyczku, odszczepiłam kilka gałązek i wsadziłam do kubka z wodą. Bluszcz ów pleni się niczym rasowy chwast, więc po tygodniu posiadł przyzwoity system korzeniowy. Przewidując taki rozwój sytuacji, nabyłam drogą kupna przecudnej urody doniczkę w kolorze fioletowym (różowe były ładniejsze, ale wydały mi się mało męskie) i zamierzam gałązki jutro wsadzić w ziemię.


Następnie kwiat wezmę w garść i udam się do drugiego budynku pod hasłem: "przyszłam się oświadczyć, gadaj, ile masz na koncie". Ufam, że będzie zadowolony. Z kwiatka oczywiście, bo z oświadczyn to nie podejrzewam. Szczególnie w wymiarze finansowym.

A może kupię dla siebie te różowe doniczki (ze trzy) i też rozszczepię gadzinę? Różowe prezentują się przeuroczo. Bym je postawiła na parapecie, a nawet parapetach, bo posiadam dwa i kto mi zabroni.

Chciałam zapytać, czy może komuś też się tak nie chce, jak mnie?

7 września 2014

1891

Ból w części lewej człowieka obudził mnie o 6:00. W niedzielę.

Postanowiłam to zlekceważyć. Do 9:00. Udało się.
Jednak trzy godziny później lekceważenie szło mi już słabo. Wstawanie też. Dowlokłam się do kuchni, zjadłam kawałek tzw. byleca, żeby w spokoju ducha poprawić Ketonalem Forte. Pięć minut później okazało się, że nie mamy nic miejscowego, więc trzeba wyleźć z domu, celem nabycia smarowidła.
Przy okazji kupiliśmy też produkty spożywcze. I pastę do zębów, co se będziemy żałować. Jak szaleć, to szaleć.

Podsumowując: dwa Ketonale Forte, dwukrotne smarowanie Voltarenem, alkohol (nie łączy się środków przeciwbólowych z alkoholem, ale alkohol mi robi) i odrobina samozaparcia czynią cuda. Na marginesie - miodowa whisky jest super. Ja Wam to mówię, a nie pijam whisky, bo nie lubię.

Pomijając ser żółty i metrowe kabanosy, pragnę PT Czytelnikom zaprezentować obrazek, jaki zastaliśmy na parkingu przed sklepem.


- Pokaż mu cycki - zaproponowałam Prezesowi. - Za dwa cycki możesz się załapać nawet na dwa ciastka.
- Ja?! - zapytał głupawo.
- A tu stoi, że trzeba być kobietą? - zdziwiłam się uprzejmie.

Od razu tłumaczę się z numeru rejestracyjnego, który nie został zasłonięty. Otóż sądzę, że głupotę należy nagradzać. Gdyby ktoś chciał kupić ten samochód (miał kartkę, że jest na sprzedaż), informuję, że ma OC w Hestii i pochodzi z roku 1995. Jeśli nie potraficie znaleźć takich informacji w internetach, to służę nawet numerem polisy.

Przy okazji: mamy ciąg dalszy przygód mojej krzyczącej mamusi na hiszpańskiej ziemi. Wyobraźcie sobie, że wraz z rezydentką udała się do banku, będącego właścicielem bankomatu, z którego wyciągała (bez efektu zresztą) pieniądze. Pan bankowy machnął jej przed nosem jakimś karteluszkiem i stwierdził, żeby się odwaliła, bo transakcja nie doszła do skutku i pieniądze są na koncie. Na tę okoliczność mamusia oczywiście mnie obtańcowała, gdyż śmiałam mieć zdanie przeciwne. A co ja tam mogę wiedzieć w zderzeniu z Panem Z Banku. I co? I wała! Bank transakcję rozliczył jako prawidłową.

W zasadzie przez chwilę się wahałam, czyby jej nie nauczyć pokory, ale potem mi się przypomniało, że matka jest tylko jedna, nawet jeśli wkurwiająca. Skontaktowałam się z bankiem, naprostowałam kilka spraw, złożyłam reklamację na kwotę, wynikającą z przeliczenia oraz pobraną prowizję. I zadzwoniłam do tej mojej matki, żeby spróbowała ów magiczny karteluszek wyciągnąć siłą z Pana Z Banku (za pomocą rezydentki). Zmiękła.
- Dziękuję ci, że się tym zajmujesz - powiedziała nieomal czule.
- Nie ma sprawy, mamo - odparłam.
Przecież wiem, że to ponad 1/5 jej emerytury. No i nie ma co się nadymać. Kto tam wie, co nam jeszcze pisane. I ile - przede wszystkim. W końcu to moja mama, choć czasem mogłabym zatłuc złotem, mirrą i kadzidłem. Nie dlatego, że bywa upierdliwa, tylko dlatego, że mało w niej wiary. Nikt jej nie kocha tak, jak ja. Zamierzam rzecz przypomnieć po hiszpańskich wojażach.

Z uwagi na fakt, iż że nie posiadam guzów na tarczycy, rano ruszam na podbój laboratoriumu. Zrobię sobie kawę do kubka termicznego i lepiej, żebym go nie zapomniała zabrać. Gdyż jutro wraca Szef. I bez kawy nie razbieriosz.

6 września 2014

1890

Zofia znów dziś została poniżona i to na oczach wszystkich.

Najpierw zapakowano ją do kosza. I to przed śniadaniem.
Następnie wydano śniadanie pozostałym kotom, a ona to widziała.
Znów wywie(d)ziono ją w pole, czyli do lecznicy.
Wszystkie zwierzęta w kolejce widziały, że gdy wychodziła, miała wygoloną sierść na łapie.
Nie mówiąc już wyciskaniu kota, przeciwko czemu poważnie protestowała.
Nie jest w humorze.

Zrobiliśmy badania krwi o bardzo szerokim spektrum, włączając tarczycowe. Podobno sraczka u kota może świadczyć o prawie wszystkim, co wyznał nam nasz doktor, wzięty w krzyżowy ogień pytań. Trzeba przyznać, że wykład mieliśmy jak się patrzy. Z rycinami włącznie. Zocha nie była zainteresowana i okazywała pogardę dla naszych starań. W czasie wykładu wiele wysiłku wkładała w odnalezienie wyjścia ewakuacyjnego. Nie udało się i musiała opuścić lecznicę w koszu.

Jeśli badania wyjdą dobrze, a będziemy to wiedzieć jutro drogą e-mailową, przystępujemy do dalszych badań stolca. Kupsko zostanie przeanalizowane pod każdym kątem, grzyby - naturalnie - włączając. Oraz kilka innych zjawisk, których nazw normalny człowiek w kulturalnym towarzystwie nie wypowiada. Ufam, że w końcu coś znajdziemy. Bo jeśli nie, to kolonoskopia. Nie uśmiecha nam się to badanie z uwagi na skutki poprzedniej narkozy. No i wyznam, że wolałabym grzybicę niż inne, paskudniejsze rzeczy. Mimo że leki przeciwgrzybicze bardzo obciążają wątrobę.

W związku z zaistniałymi okolicznościami (oraz użyciem odkurzacza), Zofia ma nas w poważaniu, zaryła się w pościel i udaje, że się nie znamy.

5 września 2014

1889

Prezes opowiada:
- To takie dziwne uczucie. Siedzisz sobie przy biurku, z jednej strony ludzie rozmawiają po angielsku, z drugiej po francusku, gdzieś w tle po duńsku. A jeśli się zmęczysz, to możesz sie iść pogodać w kuchni.

1888

Cudownie. Dzień jest zachwycający.

Najpierw okazało się, że jest piątek i w dodatku Szefa wciąż nie ma.
Potem dostałam mail od pana wykonawcy, że się wywiązał z umowy i mogę przyjechać po gotowy towar. Kamień mi z serca spadł, bo wyobrażałam sobie, że jeśli coś nie pójdzie, to Szef w poniedziałek odgryzie mi głowę.
Następnie ktoś zrobił śniadanie resztkowe i nie trzeba było niczego kupować. Piątkowe czyszczenie lodówki.

Po śniadaniu z niesmakiem udałam się dwa miasta dalej, żeby odebrać zamówienie. Z niesmakiem, bo oczywiście nikt mi za użytkowanie samochodu prywatnego do celów służbowych nie zwróci. Z uwagi na ów niesmak, postanowiłam wykręcić coś po drodze i wstąpiłam do pewnego szmateksu, w którym pani ma zwyczaj sprzedawać używane (lub nie) przedmioty z górnej półki. Ot tak wstąpiłam, żeby się nie nazywało, że palę benzynę tylko dla fabryki, a poza tym jest piątek, więc trzeba przygotować organizm do weekendu i nie można się przepracowywać.

Kiedyś, kiedyś pani miała oryginalną torebkę od Prady i chciała mi ją opchnąć. Klasyka, absolutne must have (każdego) sezonu, tak gdzieś od dawna do 2317 roku. Byłam wtedy bez kasy, więc z ogromnym trudem odspawałam się tej torebki - sześć stów mnie nie swędziało. Wiedziałam oczywiście, że najtańsze, malutkie Prady chodzą w outletach we Włoszech po (w przeliczeniu) 1.800, co nie zmieniało faktu. Poszłam płakać w kącie i do dziś na każde wspomnienie kłuje mnie wewnątrz człowieka. Ale co się stało, to się nie odstanie. (Że też naonczas nie oddałam się prostytucji!).

Wchodzę ci ja do sklepiku, pacze, a tam w kącie dwie Candy Bags Furli. Lekko mnie sponiewierało. Posiadam kilka życiowych ambicji, a wśród nich pyszni się na poczesnym miejscu posiadanie Candy Bag. Nie kupiłam do tej pory, gdyż albowiem Furla może mi ją sprzedać za 200 ojro. I to przez stronę. Po ile w Polskich sklepach - nie pytam. Co się będę denerwować.
Opanowała mię nieśmiałość i nawet chciałam sobie od razu pójść, ale myślę: NIE. Się, głupia, przynajmniej zapytaj. Odchrząkłam, bo mi zaschło, i pytam. A pani właścicielka na to:
- Sprzedam pani za 150 zł, bo to koniec lata, nikt mi nie kupi.
Nooooooo...

Natychmiast wykonałam telefon do przyjaciela.
- Ty, jestem w sklepiku od tej Prady. Są dwie ostatnie Candy Bags i pani marzy, żeby nam je sprzedać po 150. Chcesz?
- A jakie są kolory?
- A kopnąć cię w dupę?!
- Nie. Bierz.

I tak oto stałyśmy się posiadaczkami cudnych, wymarzonych gumiaków. Matka Dzika białego, a ja...



Finalnie pobrany towar sekretarka nadała kurierem do miejsca przeznaczenia, więc nie ma bata, żeby nie dotarł tam na wtorek.
Korzystając z okazji, zrobiłam sobie po znajomości USG tarczycy. Guzów nie stwierdzono.
A na koniec spieprzyliśmy z roboty półtorej godziny przed czasem.
CHWILO TRWAJ!

Update
I ciepłą wodę nam włączyli. Przed czasem!

4 września 2014

1887

Prezes mówi, że w jego firmie wiadomości, które otrzymują pracownicy, dzielą się na:
1. confidential,
2. more confidential,
3. jeśli to przeczytałeś, wyjedź windą na najwyższe piętro i rzuć się z okna.

Podobno w sytuacjach, gdy partner pracownika robi dla konkurencji, można go zabić. Firma opłaca adwokata.

***

Jak donoszą niezależne źródła, po odejściu Prezesa z Zakładu dla Obłąkanych nastąpiło malusie trzęsienie ziemi. Mianowicie kładą jedną rzecz po drugiej. Trzymam go za ręce zębami i informuję, że owszem, może pomóc, ale najpierw musi wystawić fakturę i dać mi ją do ręki. A ja pójdę na pocztę i wyślę. Bo za darmo mogą se to posolić. I że z ogromną przyjemnością zobaczę go w roli niezależnego konsultanta, co to żadnej odpowiedzialności nie ponosi, a kosi.
Zaznaczam, że gdy mówię "niezależne źródła", to nie mam na myśli nikogo z wnętrza organizacji.

***

Opowieść Prezesa.
- Przyszła dziś laska i usiadła przy biurku obok mnie. W ciągu pięciu minut przypomniałem sobie, czym jest jedyna rzecz, która doprowadza mnie do szału w pomieszczeniach wieloosobowych. Chrupanie. Jabłko, jedzone przez Sebastiana, śni mi się po nocach.

Łoterloo zaciera rączki, gdyż od czternastu lat bezowocnie prosi: nie siorb.
Siorbnie?
Chrupnę.
Ach, jak ja lubię, kiedy ktoś dostarcza mi narzędzia!

1886

Przy śniadaniu w fabryce rozmawiałyśmy o grzybie, skutkach ubocznych podawania leków przeciwgrzybiczych oraz kocim gównie. Smacznego.

Po jakimś czasie doszłyśmy do wniosku, że trzeba zmienić tematykę i przerzuciłyśmy się na obgadywanie szefostwa, albowiem nie ma jak pięć minut dla bliźnich. Pracownicy zawsze mogą szefów obsmarować, bo powód bez trudu znajdą. A gdyby go nie było wprost, to się coś na szybko wymyśli. Jaki problem?
Bardzośmy się przy tym ubawiły. Bardzo.
Następnie odebrałyśmy z koleżanką mail, w którym Szef (urlopowany) wysłał swoje uwagi do wypluwanego przez nas artykułu. Zabawa przyśniadanna była niczym w porównaniu do nanoszenia korekt. W pewnym momencie byłam zmuszona ją uderzyć, gdyż rozkręciła się do tego stopnia, że sama by nie wyhamowała. Zaiste - praca naukowa bywa niezwykle barwna. Ja się do tego chyba nadaję. Aczkolwiek dyrekcja zapowiedziała, że będzie coś miźgać przy moim dziale. Normalnie byłabym ciekawa, co wymiźga, ale obecnie nie jestem nastawiona na sensację. Święty spokój uber alles.

Przed chwilą wpadła inna koleżanka z informacją, iż że dyrekcja podobno postanowiła zabronić palenia elektronicznych na terenie fabryki. Pewnie go wkurwia widok luzaków, którym para idzie z nosa. Szczególnie w windzie.
- Co ty na to? - zapytała.
- Jak nie można palić, to po co do roboty przychodzić? - odpowiedziałam. - Już pić człowiek nie może w godzinach pracy, teraz palić nie będzie mógł i w stresie pozostanie ciastka wpierdalać.
- Boszszsz... - jęknęła, w dziwnej konfiguracji przyglądając się swojemu brzuchowi. - Zwalniam się. A ty co?
- A ja mam na wszystko wyjebane - odparłam, całą swą postawą zaświadczając o prawdziwości tego stwierdzenia.
- To się skończy w poniedziałek! - pisnęła, mając na myśli koniec urlopu Szefa.
Ano niestety. Nie można mieć wszystkiego. Trzeba umieć znajdować radość w rzeczach małych.
To idę - poszukam.

3 września 2014

1885

Zupełnie wypruta jestem z pomysłów. Napisałbym jakąś notkę na tematy społeczne, ale nic mi się nie rzuca. A o wojnie nie chcę. Może macie jakiś temat, o którym chcielibyście pogadać? A nuż mam wyrobiony pogląd na tę sprawę! Chociaż z drugiej strony... ja taka monotematyczna: gnębienie jednych ludzi przez drugich - źle, gnębienie zwierząt - źle, panie mózgów - źle. Prasy nie kupuję i nie czytuję, telewizji nie mam i nie oglądam, radio tylko jak dają jakąś muzę, a ostatnio to najchętniej słuchawki w uszy i jadę z własnymi przebojami, które śpiewam radośnie.

Wyobraźcie sobie, że coś mi się stało tak bardzo, że gdy do kogoś przyjdę, a on nie wyłącza telewizora, to mnie drażni. Nie, no - zawsze mnie drażniło, bo to niegrzeczne i zabija interakcję, ale teraz to mnie normalnie wkurwia. I wychodzę. Zepsutam w środku. Nie, żebym była przeciwna kulturze obrazkowej, bo filmy i seriale to owszem, oglądam w internetach. Powiem więcej - Prezes sobie kupił komiks, oparty o scenariusz Neila Gaimana i czekam aż skończy. Lubię Gaimana. Nawet bardzo. Szczególnie tę część jego twórczości, która większość ludzi doprowadza do histerii z uwagi na formę otwartą. Uważam, że on mi grzecznościowo zostawia miejsce na wyobraźnię.

Zmęczona jestem. Jutro mam wizytę u lekarza, chcę sobie zrobić badania tarczycowe, bo to jednak dziwne, żebym była taka wypompowana. Kto mnie zna, ten wie, że ja się szybko poruszam. A tu raczej stęp niż galop. I tyję jakoś tak dziwacznie, nieadekwatnie do wciąganego pożywienia. No i w końcu wiemy, że blada jestem śmiertelnie, a anemii nie stwierdzono. Może od tarczycy? Nie do pogardzenia jest również myśl, że jestem w grupie podwyższonego ryzyka, bo babcia akuracik opuściła ten łez padół z tytułu nowotworu tarczycy, a i mamusia niedomaga. To ja może przestanę udawać, że problem nie istnieje. Pójde, wezne skierowanie na TSH, a jakby coś tam wyszło - sprawdzimy, ile u Prezesa stoi opieka zdrowotna dla rodzin i ewentualnie sobie pobierzemy. Na pewno majo na stanie endokrynologa.

A Zośkę se odgrzybimy, czy się to komu podoba, czy nie.

1884

Pandemonium.
Nie ma to nawet nikłego związku z pandeMonią (a szkoda), która to jest osobą wielce sympatyczną itepe.

Kot sra.
W czynnościach okołosraniowych wspiera mnie pewna osoba, którą ujawnimy, gdy mi powie, pod czyim wezwaniem chce być ujawniona. Wiele, wiele cennych informacji. Luv!

Matka dzwoni.
Okradli ją w Hiszpie. A mówiłam, żeby pilnowała, bo potwornie kradną, nawet obsługa knajp. Ło, jak na mnie wtedy burkła, że ona PILNUJE, ona w torebce NIE NOSI i NIE TRZEBA jej przypominać. "A nie mówiłam" zostawiłam sobie dla siebie.
Mało tego - chciała rzecz ukryć i wyciagnąć sobie kaskę z bakomatu. Ludzie! W Hiszpie nawet bankomaty kradną. Trudnimy się obecnie odzyskaniem pieniędzy, które rąbnął bankomat. Ojcu mam nie mówić. Kasę mam jej wysłać. Swoją, ma się rozumieć, gdyż własnej nie posiada. Pocieszam się, że matka jest tylko jedna.

Ojciec żyje.
A przynajmniej taki był stan wczoraj, 17:30. To akurat dobra informacja. Żyje, ma się dobrze, zawiozłam mu żarcie, czego on - ma się rozumieć - wcale nie chce. A potem powie matce, że NAWET OBIADU MU NIE UGOTOWAŁAM. Już to przerabiałam. Wzdycham. Ojciec też jest tylko jeden. Nie utłukłam przez z górką 40 lat, to teraz nie warto.

W fabryce urwanie gwizdka.
Latam jak kot z pęcherzem, przez co ujawniam niedociągnięcia moich pracowników. Ja jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jak jeszcze raz zobaczę, że podstawowe rzeczy nie są zrobione, to głowy poukręcam u samej dupy. I niech każdy wniesie skargę, że źle wtedy wyglądają. Zostaną oddalone. Każdziusieńka.

Ufff... Lecę.

2 września 2014

1883

Kot nie ma robaków podstawowych.
Nie ma lamblii.
Być może nie ma też bakterii, bo jest po antybiotykoterapii.
Za to ma łysą dupę. Z dnia na dzień coraz bardziej.

Co nam pozostaje? Wirusy, grzyby, guz, perforacja jelita, niewłaściwe działanie jakiegoś organu. Czy kot może złapać pseudomonas z okazji wyrywania zębów? Kratery były potężne, szyte, ale zagoiły się koncertowo. Pseudomonas to jedyne antybiotykoodporne gówno, które przychodzi mi do głowy.
Perforacja chyba nie, bo byłoby więcej objawów.
Badania wątrobowe i nerkowe przeszła koncertowo. Pozostaje trzustka. Trzustkowe robimy w sobotę o 9:00, dołożymy do tego wszystko, co się tylko da, próbka i tak idzie do laboratorium, bo to już wykracza poza zakres badań, które lecznica robi samodzielnie.
Na grzyby trzeba mieć stolec w miarę jałowy - nie mam pomysłu, jak to zrobić.
Może USG?

Czy jest na sali weterynarz? Miałby ktoś chęć podrzucić jakieś pomysły? Poza kupami i łysodupstwem (co jest najpewniej wynikiem kup) kot jest w stanie kwitnącym. Żre jak stary, wesolutko sobie krąży, inne koty dyscyplinuje umiarkowanie (jak na kota), bezustannie robi propozycje, żebyśmy się wszyscy zamiziali na śmierć. Po prostu kwitnie.

Co to może być, do jasnej cholery?!

1 września 2014

1882

Wiadomość z ostatniej chwili.

Dzwoni do mnie matka. Z Hiszpanii.
- Ojciec nie żyje!
- Po czym wnosisz?
- Trzy godziny do niego dzwonię na wszystkie telefony i on nie odbiera!!!
- Ale przecież on tak zawsze.
- Na pewno nie żyje!
- Aha. To ja sprawdzę.

Dzwonię do ojca.
- Słucham.
- Tato... mama uważa, że nie żyjesz.
- Po czym wnosi?
- Podobno nie odbierasz telefonu.
- Ja tu w teleturnieju biorę udział, a ona mi głowę zawraca!!!
- To zadzwoń do niej w przerwie.

Bardzo, bardzo kolorowe mam z nimi pożycie. Bardzo.
W jakim teleturnieju?!
Oszaleć można.

1881

Prezes wrócił szczęśliwie z nowej pracy, więc zrobiłam mu pamiątkowe zdjęcie. Niestety zażądał ukrycia twarzy i wpadłam na pomysł, żeby mu wkleić czyjąś głowę (np. smoka wawelskiego), ale okazało się, że nie umiem. Wobec tego zamalowałam mu twarz, choć przez krótką chwilę wahałam się, czyby nie zrobić takiego prostokąta, jak to prasa ma w zwyczaju. To by się akurat nadawało do ewentualnego użycia w innych okolicznościach. Ale niech tam.

Proszę. Prezes odzyskany.


Trafił do pracy. Trafił do domu. Jak na możliwości Prezesa, dwa trafienia w jednym dniu to jest Bardzo Dużo.
Mają darmową kawę.
Mają service desk dla IT - co mu się najbardziej podoba. W service desku dla IT nikt nie robi nikogo w ciula, bo się nie da. Nie zlewają telefonów, bo to jest istotne dla działalności firmy. Sprawy załatwia się od ręki. Zwykły user może sobie o takiej rzeczy tylko pomarzyć.
Mają przerwę na lunch.
Mają opiekę zdrowotną. Darmo.

Prezes zajmuje stanowisko senior tools consultant, po noszymu: stary ciul i (w dodatku) konsultant. Pozostawiam wyobraźni czytelników, co się obecnie z tego powodu dzieje w domu.
Jest oszołomiony. Przejdzie mu prawdopodobnie gdzieś za dwa miesiące.
Z obserwacji wynika, że wiele osób ma przydziałowe biurka, ale nie korzysta i świadczy zdalnie. Nie przewiduję, aby przy najmniejszym opadzie ktoś zmusił go niebawem do opuszczenia domu. I całe szczęście, bo nas nie stać na codzienne lancze na mieście.
W związku z ww. okolicznościami moja robota w fabryce okazała się stara. Jeszcze do wczoraj była nowa.

***

A widzieliście na blogu MbL, że na podstawie naszych antologii powstał spektakl teatralny? Premiera jest przewidziana już za niecałe trzy tygodnie! Może ktoś ma chęć kopnąć się do szczecińskiego Teatru Kana?

1880

Łoterloo: Ratunku!!! On mnie tu atakuje!!!
Prezes: Owszem, Edward jest znany z tego, że lubi wziąć udział w jakiejś akcji. Szczególnie w tej, no... "Podziel się posiłkiem".

Z pozoru niewinny Edward mówi Państwu:
dzień dobry.