28 sierpnia 2017

2410

Bardzo pocieszny przepis dla jedzących mięso.

Twoje dziecko będzie zachwycone! Dzieci uwielbiają śmieciowe żarcie i jeszcze się taki nie narodził, który przywołałby na świat progeniturę z zapałem pałaszującą brukselkę i gardzącą czekoladą. O, kurczę! To ja. Stworzyłam potwora!!! Na szczęście odrobinę się nawróciło i teraz wciągnie desery w każdej ilości. Ale trawę równie chętnie, a nawet chętniej. W każdym razie: zasadniczo dzieci uwielbiają wszystko, co niezdrowe, niezbilansowane, kaloryczne i w dodatku zakazane przez wszelkie mądre księgi. Zakazany owoc, jak wiadomo, smakuje najlepiej. Więc do rzeczy.

Weź parówki.
A nie mówiłam?! Parówki! Paskudztwo!!! Pies zmielony z budą.
A więc: weź parówki i pokrój je na wałeczki, mniej więcej równej wielkości. Wielkość dobierz sobie samodzielnie. Ja kroję na sześć, ale można na więcej - nawet niegłupio. Potem weź makaron do spaghetti i do każdego kawałka parówki powbijaj kilka sztuk tak, żeby nie połamać. Uzyskasz długowłose jeżyki, a nawet jeżozwierze. Rzuć na delikatnie osolony wrzątek i kiedy będą się gotować, przygotuj sos pomidorowy.

Kto jeszcze nie wie, jak zrobić smaczny sos pomidorowy?! Tajemnica tkwi w złamaniu smaku koncentratu: trzeba rozpuścić w rondelku masło i przesmażyć go na maśle, a potem to już jak tam zwykle robicie. Jeśli koncentrat jest nieprzesmażony, sos smakuje puszką. Nawet jeśli wyjmujesz go ze słoika.

Parówkowe jeżozwierze gotowe, bo nie można pławić ich zbyt długo. Makaron zawsze powinien być w konsystencji al dente, a w tym przypadku musimy przypilnować, żeby się nam kwintesencja parówkowatości nie rozgotowała. No to nakładasz kawałki parówki owinięte makaronem do miseczki, polewasz sosem i nie przyznajesz się na forum rodzicielskim, że znów karmiłeś/łaś dzieciaka tym syfem. Tylko pełnoziarniste pieczywo, żywe kultury i błonnik. Oraz wapń ze skorupki jajka.

Pycha, mniam, mniam. A w kuchni spędziliśmy kwadransik.
Nie dziękujcie.

14 sierpnia 2017

2409

Ciąg dalszy następuje.

Nasz ślub pozostanie zapewne w pamięci kilku osób na długo. Po pierwsze dlatego, że przypadł w chyba najgorętszy dzień ostatniej dziesięciolatki. Zaczynało wyglądać na to, że zarówno uroczystość, jak i impreza okolicznościowa odbędą się w samochodach, których nikt nie chciał opuścić z uwagi na  obecną tam klimatyzację. Aż dziw, że się molo nie zarwało pod dzikiem tłumem żądnym najsłabszego podmuchu wiatru. Uściski nie były więc przesadnie wylewne, a i tak wszyscy kleili się do wszystkich, co po pewnej dawce alkoholu pewnym czasie przestało jednak przeszkadzać.

Poza tym:
- panna młoda wystąpiła w kiecce za 76 zeta (sic!) zakupionej na Allegro,
- pan młody ożenił się bez krawata,
- nie było rosołu,
- ani tortu,
- ba! WÓDKI NIE BYŁO!!!
- wygłoszono 1 (słownie: jeden) toast... właściwie to sama go wygłosiłam.

Za to:
- goście zintegrowali się w ułamku sekundy, być może z powodu rzeczonego klejenia, a może dlatego, że biegając radośnie wokół stołu przedstawiłam publicznie każdego, wyciągając na światło dzienne wszystkie jego słabości, a to zawsze jednoczy,
- na wszelki wypadek przedstawiłam również państwa młodych - ich słabości były aż nadto widoczne,
- chciałam jeszcze kogoś przedstawić, ale nie znałam słabych stron osób z obsługi,
- barman miał mrożone kufle - w pewnej chwili stał się najpopularniejszą osoba na spotkaniu, niektórzy przekupywali go wręcz z nadzieją, że pozwoli im wejść do zamrażarki,
- drudzy-rodzice, prócz siebie, przywieźli ukulele, które drugi-ojciec otrzymał od państwa młodych z okazji 50. nie wypominając których urodzin jakiś miesiąc wcześniej i wykonali w zgrabnym duecie z dostarczonym akompaniamentem pieśń stworzoną ekstra na tę okoliczność,
- wszyscy zgromadzeni byli luźni jak sanki w maju i mieli wyrąbane, więc trudno mi zliczyć, ile razy płakałam ze śmiechu (raz nawet musiałam udać się w celu wypłakania się do łazienki),
- dostarczona muzyka wyrywała z kapci... poprosiłam o zmianę dopiero w chwili, gdy głośniki zaintonowały "Pieski małe dwa",
- nikt nie zaliczył zgonu,
- nie stłuczono nawet jednej szklanki,
- nie mówiąc już o kieliszku,
- pewna grupa (z litości nie będę wymieniać nazwisk) nocą ciemną napchała sobie do torby pożywienia, prosecco, wyłudziła od barmana piwo w pecie, do czego dostała kufel gratis i intonując pieśni biesiadne udała się w ciemność, by imprezować dalej,
- żarcia było po kokardę i - co dziwne - nawet desery nie skonały (w tej temperaturze!).

Podsumowując:
na wniosek poszkodowanych postanowiliśmy powtórzyć tę zabawną imprezę wiele razy, dzięki czemu zebrani będą mogli się zrehabilitować i wygłosić jakieś wiekopomne mowy z okazji naszych licznych, mam nadzieję, rocznic ślubu. Widzimy się za rok w tym samym miejscu. Każdy przywozi wentylator.

A kiedy już udało się nam wrócić do domu, w sypialni czekała na nas niespodzianka w postaci rękodzielnictwa kocio-psich babysitterów.



Co rozczuliło mnie wręcz dogłębnie.


Zasadniczo to impreza była wyjątkowo udana. I nie jest to wyłącznie moje zdanie. Potwierdza się niniejszym teoria, że nie należy się nadymać, ponieważ luźna gumka w majtkach gwarantuje wiele sukcesów.

A teraz kończę, bo wiem doskonale, że od pewnego czasu czekacie tylko na tę pieśń okolicznościową. A brzmiała ona następująco (na melodię ludową):

Hej w Imielinie
tak powiadali
że na Rubinowej Aśkę
za mąż wydali

Bo ta Joaśka
cholera była
niejednego kawalera
śmiechem zabiła

Śmiechem zabiła
i dogadała
a na koniec, a na koniec
tyłek skopała

Chłopcy zza płota
wciąż zaglądali
a na widok, a na widok
Aśki zwiewali

Martwi się Ojciec
rwie włosy Matka
zrozpaczona Zuzia płacze
skuczy czeladka

Wreszcie sią zjawił
piękny i młody
odważniejszy od Bohuna
kawaler młody

Padł na kolana
przed tą dziewoją
będziesz Asiu, będziesz Asiu
ty żoną moją

Będę Cię Asiu
na rękach nosił*
będę sprzątał i gotował
śmieci wynosił
 
Aśka z wrażenia
prawie zemdlała
to na Ciebie mój Robercie
zawszem czekała
 
Będę Cię luby
zawsze kochała
będę dniami i nocami
leżąc pachniała**
 
Tyle zwlekali
tyle czekali
aż się dzisiaj w Imielinie
wreszcie pobrali
 
Teraz tu mamy
kawałek nieba
psy szczekają koty miauczą
cóż więcej trzeba
 
My dziś śpiewamy
i się bawimy
w każdym kątku po dzieciątku
z serca życzymy

* Tak, w tym miejscu publika wyła i gwizdała. Panna młoda najgłośniej.
** Tu wyli jeszcze głośniej.

PS Jeśli ucieszył Cię fakt, że mogę rzucić pracę, bo mam męża (mam męża!), który mnie ubezpieczy i zechcesz dać temu wyraz, podaruj nam w prezencie ślubnym parę groszy. Pieniądze te przekaż bezpośrednio na rachunek Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (BZ WBK, oddział Przemyśl - 27 1500 1634 1216 3005 4390 0000) z adnotacją „darowizna z okazji ślubu Asi i Roberta“. W imieniu każdego zwierzęcia, do którego wyleczenia się w ten sposób przyczynisz, PIĘKNIE DZIĘKUJEMY.

12 sierpnia 2017

2408

Jak wychodziłam za mąż – nieporadnik


Tak jakoś w połowie grudnia  zorientowaliśmy się, że – o, Boże! – jeszcze trochę pociągniemy i staniemy się pełnoletni w tym wzgardzonym przez społeczeństwo związku. Ponieważ Prezes kupił mi jakieś sto lat wcześniej złoty pierścionek z brylantem (nie noszę – nie znaczy, że nie mam, prześmiewcy!), wygrzebałam się spod zwierza i oświadczyłam:
- To dobra, weźmy ten ślub.
No co?! Nikt mi nie będzie paluchem wytykał nieprzemyślanych decyzji!

Świeżo nabytą wiedzą o losach przyszłych podzieliliśmy się z Potomstwem.
- Jezus Maria – skomentowało. – Wy tak na poważnie?
Zachichotaliśmy złowrogo. Termin był oczywisty: przez blisko 17 lat udało nam się w końcu zapamietać, kiedy mamy rocznicę. Postanowiliśmy więc nie wprowadzać zamieszania. Kumacie... spójność. Przy czym muszę przyznać, że kamienie spadające z hukiem z czterech serc naszych zawiadomionych o radosnym wydarzeniu rodziców zrekompensowały nam lekceważące podejście progenitury.

Na zaistniałą wiekopomną okoliczność udaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego. W grudniu. Że chcemy termin w sierpniu. W Imielinie. Oni tu chyba nigdy nawet jednego ślubu nie udzielili*, więc panika i histeria. Przewidując podobne zachowania, by nie wzniecać, wypchłam Prezesa naprzód, żeby mówił. Chce się żenić? Powiedział 16 lat wcześniej i nie odwołał? To niech teraz ponosi konsekwencje! Następnym razem przemyśli nim usta otworzy!

Jako że mieliśmy mnóstwo czasu, zajęliśmy się organizacją dość leniwie, to znaczy: ja zajęłam się organizacją, a Prezes mówił „Tak, tak“ i wracał do gry. Co daje średnią „bez zbędnego pośpiechu“. Najtrudniej było znaleźć fajne miejsce na imprezę, gdyż wymyśliliśmy sobie, że to ma być blisko domu i w plenerze. Przy czym nie przewidzieliśmy grupy liczniejszej niż ćwiara (wliczając przechodzonych państwa młodych). Kiedy zaczęłam zapadać się w sobie, bo albo w sali, albo za mało gości, albo za daleko, albo śmierdzi z kuchni, albo ogólnie do dupy, zupełnie przypadkiem natrafiłam na knajpkę nad zalewem, więc odłączyłam Prezesa od zasilania i mamiąc wizją posiłku wywiozłam w głuszę. Restauracja, którą znalazłam wyautowała się sama z uwagi na panią kelnerkę, która wkładała niesłychany wysiłek, by nas nie obsłużyć. Po jakimś czasie Prezes stracił cierpliwość oraz zarządził odwrót ze wzgardą, ale – argumentując, że skoro już wyszliśmy z domu, to się chociaż przejdźmy – wywlókł mnie na spacer wgłąb obszaru zalesionego. I niespodzianka: trochę dalej potknęliśmy się o niepozorną knajpkę prawie sezonową. Obejrzawszy taras zawieszony nad samiuśką wodą, wychodzące w fale molo i nieduży parking spojrzeliśmy na siebie wymownie i decyzja zapadła. Zleciliśmy druk zaproszeń, by rozpocząć kolejny skomplikowany etap, czyli odzianie Prezesa, broniącego się rękami i nogami przed zakupową eskapadą.




CDN

PS Jeśli ucieszył Cię fakt, że mogę rzucić pracę, bo mam męża (mam męża!), który mnie ubezpieczy i zechcesz dać temu wyraz, podaruj nam w prezencie ślubnym parę groszy. Pieniądze te przekaż bezpośrednio na rachunek Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu** (BZ WBK, oddział Przemyśl - 27 1500 1634 1216 3005 4390 0000) z adnotacją „darowizna z okazji ślubu Asi i Roberta“. W imieniu każdego zwierzęcia, do którego wyleczenia się w ten sposób przyczynisz, PIĘKNIE DZIĘKUJEMY.


* Kto czytał notkę poświęconą „Kurierowi“ – imielińskiej gazetce samorządowej – zapewne zorientował się, że tutaj do „wspólnoty“ przyjmuje się nie dziecięta narodzone, a wyłącznie ochrzczone. Nie dostrzegam kolejek wijących się do udzielania ślubów cywilnych.
** Tak, to ma wiele wspólnego z Centrum Adopcyjnym Lecznicy "Ada".