31 sierpnia 2016

2353

- Na wszystko może pan liczyć, panie podchorąży - powiedział kapral Kuraś do swojego dowódcy w "Polskich drogach" - tylko nie na wdzięczność dłużników. Tak mówił mój ojciec.
- Nie rób nikomu dobrze, nie będzie tobie źle - zwykła mawiać moja mama. - Pamiętaj: każdy dobry uczynek będzie ukarany.

Zdania te, ze wszech miar prawdziwe, przypomniały mi liczne historie z życia. W zależności od ładunku gatunkowego były one mniej lub bardziej przykre, gdy się działy i mniej lub bardziej humorystyczne, kiedy emocje opadły, a ja wspominałam je po latach. Przez z góra czterdzieści lat nizałam koraliki doświadczeń na sznury wniosków i nauczyłam się, że ludziom - owszem - należy pomagać, ale tylko wtedy, gdy o to poproszą i tylko w takim zakresie, jaki ta prośba obejmuje. Każde wyrychlanie się w tym względzie jest złe i mija się z celem. Bardzo często bowiem odbiorca naszej nazbyt prędkiej pomocy tak naprawdę wcale jej nie chce (bo akuracik pragnął się po prostu "odgadać" i tyle) albo dochodzi do zgubnego dla nas wniosku, że oto trafił frajera, więc będzie go doił, póki tchu w piersiach stanie.

Najbardziejszy przykład z mojego życia to osoba, której pomagałam wielokrotnie na różnych płaszczyznach, w tym finansowo. Rzecz trwała czas jakiś i zakończyła się wręcz spektakularnie w chwili, gdy raz jeden odmówiłam grzecznie kolejnego wsparcia. W odpowiedzi zostałam zmieszana z błotem, a stosunki interpersonalne ustały całkowicie. I byłabym zapomniała wyznać, że przed odlotem osoba ta mnie... okradła. I to na dużą sumę.

Właściwie to okradła Zuzię, która otrzymała w prezencie komunijnym od dziadków cztery złote monety. Dwie z nich opuściły nasze mieszkanie w tajemniczych okolicznościach i doprawdy doceniam gest, że nie wszystkie. Rodzicom nigdy się do tego nie przyznałam, żeby nie robić im przykrości. Zuzia wie; postaram się kiedyś odkupić jej te monety, stanowiące - było nie było - wiano mojego dziecka jednorodnego. A ponieważ dawno już pojęłam, że nie muszę udawać, że nie ma we mnie złych uczuć, bo złość stanowi taki sam element ludzkiego garnituru emocjonalnego, jak dobroć, to życzę tej osobie, żeby ktoś jej kiedyś odpłacił identycznie. I nawet nie muszę tego oglądać. Świadomość nieuchronności zdarzeń, prowadzących do naturalnej równowagi we wszechświecie, jest wystarczająco krzepiąca.

A jakie Was spotkały najbardziej podłe zachowania ze strony dłużników?

28 sierpnia 2016

2352

Mam w domu ścianę. Farba na ścianie liczy rok i wygląda tak:


Jeśli mam być szczera, na zdjęciu wychodzi lepiej niż w rzeczywistości.

Mogę też pokazać Wam rogi. Dajmy na to ten:


Również liczy rok.

Mam także drapak dla kotów. On liczy więcej niż rok, ale TO stało mu się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.


I nie, nie zrobiły tego koty, którym rzeczony drapak jest dedykowany.

Mam w domu wiele miejsc i przedmiotów w ruinie. Są też rzeczy, które chciałabym mieć, ale z nich zrezygnowałam. Pamiętam, że w poprzednim mieszkaniu istniał taki kąt, co to aż się prosił o masywny, wielki wazon z surowymi, łysymi gałęziami wewnątrz. Finalnie na ścianie zawieszone zostały półki na książki (czyli wszystko w normie), a pomysł zdobniczy odszedł w niebyt.

Dlaczego się na to godzę? Bo jestem dorosła i zdaję sobie sprawę, że zwierzęta mają pewne wymagania. One nie rozumieją, że nie wolno im deptać brudnymi nogami po ścianie, ponieważ ja chcę mieć ją czystą. Są kotami: wskakują tam, gdzie można wskoczyć; są psami: czują potrzebę gryzienia przedmiotów. Czy to mnie wkurwia? Owszem. Ale po stokroć wolę mieć w domu przyjaciela - czujące, myślące, kochające stworzenie - niż muzealne wnętrze, skrzętnie odkurzane gustowną miotełką (mam miotełkę, kupiłam se w Jysku za piątala), szczególnie że nienawidzę sprzątać.

Dlaczego dziś głoszę Wam te komunały?
Otóż napotkałam na fejsie ogłoszenie, które brzmiało:
Znajome poprosiły mnie o pomoc. Sunia, którą wyadoptowały wraca z adopcji, tzn właściciele chcą ją odwieść do schroniska z z którego wzięli. Powód ? Podgryza 4 letnie dziecko. Beza bo tak ją nazwali dla mnie bardziej Lejdi ( bo to szyk i klasa w jednym ) to ok.3 miesięczna sunia. O charakterze wiem nie wiele bo jest u mnie od wczoraj wieczora. Będzie pieskiem ok.15kg ma smukłą budowę i piękne umaszczenie.
Przepłakała całą noc, nie wie czemu po 2 tygodniach znudziła się rodzinie i ta odwiozła ją z powrotem za kraty. Tęskni koszmarnie - pomóż jej...
Mała przebywa pod Sochaczewem tel 502-159-114
Do ogłoszenia dołączono zdjęcie.


Coś mi pękło w środku do tego stopnia, że wystosowałam niecenzuralny apel do wszystkich znajomych.
Nieustannie zadziwia mnie ludzki debilizm - pies ma to do siebie, że gryzie, szczeka, skacze. Zwłaszcza, gdy jest mały. Może spróbuj, kretynie, wychować szczeniaka, zamiast oddawać go do schroniska?!
Mam w domu pięć adoptowanych zwierząt, jedno dziecko, które sobie urodziłam i jednego męża, którego sama wybrałam. Wszyscy wymienieni w wieku szczenięcym wykazywali charakterystyczną głupawkę, doprowadzając mnie niejednokrotnie do załamania nerwowego (najbardziej dziecko, bo najdłużej, mąż szybciej nauczył się słuchać). Doprowadzenie ich do względnej używalności kosztowało mnie sporo wysiłku i KONSEKWENCJI. Dodatkowo mam znakomitą świadomość, że wychowuje się nie przez pierdolenie po próżnicy, tylko poprzez przykład. Nie umiesz wychować szczeniaka? Nie mnóż się. Z dzieckiem tym bardziej ci się nie uda. A społeczeństwo o wiele lepiej znosi niewychowane zwierzę niż niewychowanego bachora.
Tymczasem sunia poleca się do adopcji. Potrzebuje swojego człowieka - ale takiego z odrobiną mózgu. Zwierzę nie jest rzeczą, nie obowiązują go przepisy o rękojmi, nie nadaje się do zwrotu z powodu niespełniania oczekiwań. Weźmiesz? Kochaj. I kochaj mądrze.
#NieKupujAdoptuj
PS Jeśli masz niewychowanego bachora albo narzekasz na męża, który jest dla ciebie niedobry, możesz mnie śmiało usunąć ze znajomych. Nie ma takiej ilości wina, które pozwoli mi to oglądać. Śmiało, bez krępacji.
Tymczasem: zdrowie przy pogodnej niedzieli.

Co z Wami, ludzie?! Ile macie lat, kto Was wychowywał i dlaczego źle? Jak to się stało, że jesteście pieprzonymi egocentrykami i nie czujecie potrzeby autorefleksji? Skąd to błędne przekonanie, że jesteście centrum wszechświata? Jakich doświadczeń potrzebujecie, żeby się przekonać, że jest zupełnie inaczej?! Oby Was nie spotkały, bo ja nikomu nie życzę źle.

Dojrzałość nierozerwalnie łączy się z rozsądkiem. To nie ma nic wspólnego z wiekiem. Prezes kiedyś powiedział mi:
Nie widzę potrzeby, żeby szanować kogoś, kto jest ode mnie tylko starszy. Starszy nie znaczy mądrzejszy. Doświadczenia pięćdziesięciolatka bywa doświadczeniem rocznego dziecka, powtórzonym pięćdziesiąt razy.
Tak! On ma rację! Fakt urodzenia się wcześniej nie ma nic wspólnego z życiową mądrością i dojrzałością. Ludzie od nas starsi są po prostu... starsi. A na szacunek trzeba sobie zasłużyć.

Nie kolekcjonujcie przeżytych lat, to nie ma najmniejszego sensu. Liczy się rozwój, autorefleksja, pokora. Liczy się mądrość i dobro w człowieku. To, jak traktujecie innych, szczególnie słabszych od siebie. Ideały, które stają się Waszymi. Nie napchane frazesami usta, ale świadectwo, pochodzące z postępowania. Kopiowanie osobistego debilizmu w obojętniej liczbie jednostek jest szkodliwe społecznie. Ośmielcie się podyskutować z biologią, generującą potrzebę replikacji, bo nieodrodne kopie niedojrzałych egocentryków są zwyczajnym wypaczeniem.

Gdyby ktoś dorosły chciał adoptować tego pokrzywdzonego przez los pieska, telefon znajdzie w ogłoszeniu. A gdyby chciał dać dobre, wieloletnie życie innemu stworzeniu - niech wygugla sobie najbliższe schronisko. Wszystkie pękają w szwach.

22 sierpnia 2016

2351

W ubiegłym tygodniu, korzystając z uroczej pogody, brać grupowo rzuciła się do ogrodu.

Eduś, jak to Eduś (mamusi syneczek najdroższy) - skromniutko, nie wadząc nikomu przycupnął sobie w trawie przy krzaczkach.

 

Długo w swej cichej samotni nie posiedział. (Hanka jest już mniej więcej rozmiaru Edka - perspektywa kłamie - tylko inaczej zbudowana).


Gdyż waliły tłumy.


Natomiast Karolek szczerbaty wnosił pretensje do wścibskich, wszędobylskich paparazzi.


Za to Prezes zasadził nowy miłorząb i jak mógł, tak starał się sprostać prośbom fanek o okazanie przystojnej łydki. Paczajom, jaki ma kapelutek!


Karolek, zniesmaczony nachalnością fotoreporterów, dokonał odbioru inwestycji. Paczajom, jaką ma kitę! (Karolek jest kotem uczciwego rozmiaru, przy czym po przeprowadzce wysmuklał bardzo i lekko wystają mu gnaty - ale za to odciąża kolanka, skalane schorzeniem wędrujących rzepek).


A Zocha... jak to Zocha. Miała na to wszystko wyrąbane. Uwielbiam tego kota niemal bałwochwalczo. Paczajom, jakie ma białe usteczka!


Nieuwieczniona na zdjęciach niezmordowana trzymaczka aparatu uprasza o docenienie wysiłków, polegających na rzucaniu się na glebę oraz wstawaniu i ponownym rzucaniu, wstawaniu, rzucaniu, wstawaniu... W piątek - być może na tę okoliczność - dopadły trzymaczkę korzonki. I trzymio.

21 sierpnia 2016

2350

Wprowadzenie.

Dawno, dawno temu zadzwoniłam z drogi do Prezesa z informacją, że niedługo będę w domu. Dowcipny ów człowiek skwitował moje starania przykrywając nieszczelnie mikrofon telefonu i wołając w przestrzeń:
- Zbierajcie się dziewczynki szybciutko, bo Asia już jedzie!
Tak narodziła się nowa świecka tradycja, eksploatowana obficie przy każdej możliwej okazji.

W piątek pojechałam do miasta i pożałowałam. O, wsi spokojna, wsi wesoła! Po cóż mi było cię opuszczać - jest lepiej nawet z tym remontem kanalizy, prowadzonym od półtora miesiąca, ze skutkiem ubocznym w postaci zamknięcia ulicy dojazdowej do naszej chałupiny. No, dobra, nikt sobie z tego zakazu ruchu nic nie robi, a i panowie drogowcy-kanałowcy przepuszczają miejscowych bez szemrania.
Na cóż mi więc było opuszczać, gdy natychmiast utknęłam w koszmarnym korku, z którego udało mi się uciec po - bagatela - godzinie. I to tylko dlatego, że znam Katowice, więc wiem, który trawnik między blokami przeciąć, żeby się znaleźć na wylocie.

I teraz do rzeczy.
Utknąwszy we wspomnianym korku, wysłałam Prezesowi tęsknego MMSa, obrazującego tragizm sytuacji.


Po dwóch minutach otrzymałam odpowiedź.


Przeszedł na level master.

14 sierpnia 2016

2349

Bo jest jeszcze taka sprawka, co to nie chciałam Wam wcześniej mówić i tak sobie myślałam, że co Was będę denerwować, ale już rok minął, jak na wsi mieszkamy i kiedyś w końcu muszę. Chyba. No to Wam już powiem.
Widzicie - jest tak, żeśmy ten dom na wsi kupili, sąsiadów mało, za to zieleni, ciszy i spokoju dużo. Łąk, lasów i pól zielonych. Ale jest jeszcze jeden klimacik. Otóż wezne se ja w auto wsiędę, pięć minut się po wsi pokręcę i...









Tak już, widzicie, ślepej kurze.
Żebyście sobie nie myśleli, że na tym Śląsku to tylko kopalnie i sami górnicy.

9 sierpnia 2016

2347

Parę dni temu psi wykopali sobie dziurę w ogrodzie. Ponieważ była to dziura w miarę optymalnie posadowiona, nie wnosiliśmy uwag. No, może jedynie w chwili, gdy Hanka weszła do dziury, a Lesiek postanowił ją zakopać.
Ale dzisiaj... mieliśmy oberwanie chmury.

Zaraz po deszczu psi uznali, że muszą w tej chwiluni opuścić lokal. Dwie minuty później usłyszałam okrzyk wojenny Prezesa:
- Psia dziura jest pełna wody i błota! Chodź i zobacz!
No to poszłam.
Żałuję.


Im dalej w las, tym żałowałam bardziej.


I bardziej...
(W promocji moje świeżo umyte okno oraz zdemolowany przez psy parapet).


Oczywiście delikwenci NATYCHMIAST zapragnęli wbiec do domu i zaryć się w bety. Niedoczekanie! Prezes wyprał Leśka w ogrodzie wodą z węża, ku radości zainteresowanego, który - jak nigdy - miał ten prysznic tylko dla siebie. Owszem, potrafi zrobić w powietrzu salto mortale i wyciąć przy tym hołubca.
Hanka cykała się tego typu rozrywek, więc Prezes zaniósł ją do wanny. Ja w tym czasie (idiotka) postanowiłam posprzątać w kuchni. W końcu duży Prezes i malutki piesek. Przeliczyłam się.

Swoją drogą - nie wiedziałam, że tyle błota, ziemi i piachu może się przyczepić do tak małego stworzenia. Hardcore.

Obecnie oboje - wyprani i wytarci - stają na głowach na kanapie. Moje życie jest takie atrakcyjne.

7 sierpnia 2016

2346

Krótka opowieść o tym, że baba stworzenie uparte i to ma zawsze konsekwencje.

Łoterloo: Kochasz mnie?
Prezes: Kocham.

I można było zakończyć, prawda? To nie. Musi.

Łoterloo: Ale bardzo?
Prezes: Bardzo.

Naprawdę ostatnie ostrzeżenie. I nie dotarło.

Łoterloo: Mimo że jestem stara i gruba?
Prezes: Nie jesteś stara ani gruba. Jak będziesz stara i gruba, to cię po prostu wyrzucę.

Chciałam, to mam. Teraz muszę trzymać torbę ze spakowanymi artykułami pierwszej potrzeby pod łóżkiem. Może zdążę złapać przed wylotem.

5 sierpnia 2016

2345

Kto tęsknił za opowieściami o kotach? No to Zośka odstawiła nam taki numer, że mało na zawał nie padliśmy.

U nas wszyscy wracają na noc do domu. Mamy swoje rytuały: np. po Edka trzeba wyjść i poprosić oraz zaoferować mu tzw. patyczek wieczorny, Karol wraca sam, a Zośkę się woła trzy razy i to jest dla niej wystarczające trzymanie nas w ryzach, a także danie nam do zrozumienia, kto jest tutaj najważniejszy. Wczoraj nie wróciła.

Ona nie ma żadnego powodu, żeby ciągnąć gdzieś poza. Jest kastrowaną, domową starszą panią, bierze leki, po które się po kociemu zgłasza dwa razy dziennie, zakosztowała mieszkania na ulicy - więc wie, że w domu ma full serwis i nigdzie na świecie nie znajdzie drugich takich, którzy się będą stosownie przed nią płaszczyli. Rytualnie daje nam do zrozumienia, jaka jest hierarchia, my na to przystajemy i wszystko utrzymuje się w normie. Do wczoraj.

Położyłam się dopiero po pierwszej, bo ją nawoływałam i szukałam jędzy. Chodziłam po nocy, psy histeryzowały w domu, ponieważ ich nie wypuszczałam. Obudziłam się o czwartej, by powtórzyć wszystkie czynności... Bezowocnie. Wróciłam z psami do łóżka, obudziłam Prezesa, żeby wydać dyspozycje, że trzeba otworzyć wszystkie zamknięte pomieszczenia i zaplanowałam wizyty u sąsiadów w tym samym celu. Nerwowo przedrzemaliśmy do siódmej, kiedy to Prezes wstał, zszedł na dół i zaczął mnie wołać.
- Wróciła!!!
Wyprułam boso na parter i dalejże kota przytulać. Zośka rozmruczana, szczęśliwa, że w domu, głodna, jakby tydzień nie jadła. Napchała kałdun i padła bez ruchu do południa. Prezes nawet nie mrugnął - odstąpił małpie swoje krzesło przy biurku, a sam wziął sobie inne. Wiecie dlaczego go kocham? No dlatego właśnie. Jesteśmy tacy sami.

Czemu tak się martwiłam? Bo jest gorąco, to raz - musi pić. Bo odstępstwo od normalnych zachowań oznacza, że coś się stało - np. ktoś ją gdzieś niechcący zamknął i może tam umrzeć zanim ją znajdziemy. Bo ja kocham. Bo się boję Zuzi.

Muszę zapytać dziś sąsiada, gdy już wróci z roboty, czy to u niego. Ale obstawiam sąsiednią posesję - koty uwielbiają się u nich gościć - mają dużo drzew, pod którymi można się chować i bardzo lubią zwierzęta. No i sąsiad wyjeżdża do pracy o szóstej.

***

Odświeżające pół godzinki na telefonie z dzieckiem holenderskim. Opowiadam, co się wydarzyło.
- Dobrze, że wróciła - konstatuje Zuzia. - W przeciwnym razie bym cię udusiła.
Mnie! Zawsze wszystkiemu w tym domu jestem winna ja.

4 sierpnia 2016

2344

I tak sobie tu gnijemy na urlopie, jak część z Państwa zauważyła, z nudów to nawet część butów sprzedałam. Nie mogę powiedzieć, 9 par zeszło pierwszego wieczora, nie nadążałam odbierać wiadomości. Niektórych to nawet nie wystawiłam - znajomi rozebrali. Znajome, znaczy.
Nic mi się nie chce, pogoda wróciła, gorąc taki, że kawy nie tylko na naszej patelni - szumnie zwanej tarasem - ale i na ławeczce w cieniu za domem wypić się nie da. Teraz dopiero zrobiło się po japońsku, to człowiek wylazł z nory.

Poza tym znalazłam dziś nową pocztę, bo te przesyłki z butami. I co? I tak samo do dupy, jak wszędzie. Zawsze sobie myślę, że poczta to taka ostoja polskości - choćby bomba wybuchła, choćby obca armia przeszła paląc i waląc, tam się nic nie zmieni. Zimno czy gorąco, pocztowcom, jak Polakom, zawsze nie pasuje. Szczególnie klient.

Lesiek nadal nauki pobiera, nie zważając na aurę. Szkoła potwornie go męczy, za każdym razem wmawia nam, że on już wszystko umie i może jednak nie jedźmy, bo nuda aż mu szczęka od ziewania wylata. Dziś, gdy wracali z Prezesem, myślałam, że skonam. Wjeżdżają na tak zwany naplac, Prezes prowadzi, patrzy przed siebie, obok na siedzeniu pasażera Lesiek i jego czysty profil Anubisa - refleksyjnie wpatrzony w dal. Za tydzień muszę ich przyfilować z aparatem, bo widowisko przednie.

Hanka rośnie. Przypomnijcie mi, po co ja tego drugiego psa brałam? Że jaka była idea? Niby Lesiek miał się przy suczce uspokoić, zająć i wyciszyć? A dlaczego nikt z Was nie wspominał, że może nam się trafić pies nr 2 z jeszcze większym pierdolcem niż pies nr 1?! Co na to rachunek prawdopodobieństwa, ja się pytam?!!
Finalnie mamy tu dom wariatów, z dwoma oszalałymi pacjentami na koksie i pięcioma depresyjniakami, którym chyba nikt nie pomoże. Tak, koty mam również na myśli. One już przestały kombinować, jak to przetrwać z godnością. Zeszły na poziom: jak przetrwać. Najlepiej radzi sobie Zocha, bo jest na prochach, których skutkiem ubocznym bywa wyciszenie i zwis. Zaczynam pożądliwie popatrywać na te tabletki, naprawdę. Trzymam się resztek nadziei, że one jednak z tego wyrosną, psy znaczy. I że za rok o tej porze będzie jakoś w miarę.

Lesiek pobiera różne nauki, a my kombinujemy, że w stosunku do Hanki mamy jeszcze mniejsze oczekiwania, czyli żeby na ułamek sekundy przestała się ruszać. Nie wiem tylko, czy są od tego jakieś psie uniwersytety. A właściwie szkoły specjalne.

Dokonując ukoronowania upału oraz życia z opętanymi śmierdzielami, Karol wyszedł dziś na stół w salonie i puścił pawia. Jakbyśmy mieli mało zwierząt.
- Musiałeś? - jęknęłam tylko.
Musiał. Widać imperatyw kategoryczny.
Idę se pognić na hamaku. Dobranoc się z Państwem, a nuż psy się uśpili i coś tam klaszcze za borem...

1 sierpnia 2016

2343

Najtrudniejsza rola świata.

Jeśli potraktować tytuł tej notki jako pytanie, większość nam współczesnych udzieli podobnej odpowiedzi: najtrudniejsza rola świata to bycie mamą. Ponieważ mój blog czytają przede wszystkim kobiety pomiędzy 35 a 44 rokiem życia, mogę śmiało zaryzykować formę: znamy to.
Prawie każda z nas ma jedno lub więcej dzieci. Nosiłyśmy je w brzuchach, rodziłyśmy w bólach, karmiłyśmy z miłością. Opatrywałyśmy pierwsze stłuczone kolana, pędzlowałyśmy bąble przy ospie, sprawdzałyśmy w środku nocy czy gorączka nie podskoczyła. Mozolnie i przy zdecydowanym sprzeciwie zainteresowanych pomagałyśmy powstać pierwszym szlaczkom, a potem literkom w zeszytach, fetowałyśmy szkolne sukcesy, ocierałyśmy łzy klęsk, głośniej lub ciszej towarzyszyłyśmy pierwszym miłościom i złamanym sercom. Część z nas ma już za sobą zamawianie welonów lub muszek, nieprzespane noce towarzyszące wnuczęcym ciążom, bezbrzeżny zachwyt nad paznokietkami dzieci swoich dzieci.
Wiemy, ile to wszystko kosztuje.
Nie oddałybyśmy ani jednej łzy, zmarszczki czy siwego włosa.

Nie piszę tej notki bez powodu właśnie dzisiaj.
Moje serce mamy pęka na kawałki, gdy myślę o tych, którzy 1 sierpnia 1944 roku wyszli z domów na zawsze.


Pomyślcie dziś, proszę, o tych mamach, którym przyszło patrzeć na śmierć ich dzieci. One też wycierały nosy, leczyły skaleczenia, uczyły czytać. Były takie same, jak my. I na pewno nie chciały widzieć gasnących oczu najbliższych, przed którymi życie stało otworem.

Tak, najtrudniej na świecie jest być mamą. Szczególnie, gdy trzeba złożyć opiekuńcze skrzydła, by ktoś mógł rozwinąć swoje i polecieć.
Nawet jeśli tuż za rogiem czeka upadek Ikara.
Chylę przed Wami czoła, Mamy Powstańców.



***

Nie obrażajcie się Panowie. Miłość matczyna jest po prostu inna. Nie lepsza - inna. Dzieci są niejako kawałkami naszych ciał; pępowiny po prostu nie da się przeciąć, jest wieczna.