27 czerwca 2009

Babci i dziadka historia miłosna

była zaiste porywczo – romantyczna oraz niebywale skandaliczna, jak na owe czasy.
Babcia była panienką z dobrego domu z sekretem. Sekret – tak na dziś – nie był wcale oryginalny czy wydumany. Pradziadek bowiem, człowiek niezwykle bogaty, był kutwą potworną w zakresie obowiązków rodzinnych oraz posiadał niebywałą skłonność do malowniczych hulanek, w których uczestniczył był cały Żywiec. Jak można się spodziewać – na karmienie licznej dziatwy, że o ubieraniu nie wspomnę, dudków już nie starczało. Kwitła więc sobie babunia wsród owej dziatwy ubożuchno i w dziurawych butach, co w połączeniu z dwiema wojnami światowymi, porażającymi przygodami z tym związanymi oraz radosnym socjalizmem, ukształtowało ją na późniejsze lata w sposób dość przykry*. Niemniej pamiętać należy, że prócz skłonności do hulaszczego stylu bycia oraz kompletnej obojetności dla potomków, miał pradziadek niezwykle wysokie mniemanie o swym miejscu na drabinie społecznej i żadnej córki za byle kogo wydawać nie zamierzał.

W tym samym czasie, zbliżonym miejscu, choć innych okolicznościach, na niezwykle przystojnego i z błyskiem w oku młodzieńca wyrastał sobie mój dziadek. I jak to w bajkach bywa – nie trzeba wielkiej umiejętności, by dodać dwa do dwóch. W odpowiednim czasie muszka została dopasowana do najlepszej koszuli i dziadek uderzył w konkury.
Jak wszyscy Państwo zapewne się spodziewają, byle kto, choćby, o czym już kiedyś wspominałam, miastowy, przystojny i elegancki, o rękę młodej W…ówny starać się nie mógł. A właściwie mógł, lecz nie powinien oczekiwać powodzenia. W związku z tym drzwi rychło zamknęły się z hukiem, a dziadek – wraz ze swą bezdyskusyjną urodą, czarem, wdziękiem i pracowitością – znalazł się po ich nieogrzewanej stronie.

Co w tym czasie zaszło po drugiej stronie drzwi, nie wie nikt i już nigdy się nie dowie. Niemniej finał był taki, że po tej samej stronie drzwi niebawem znalazła się i babcia. Wyobraźcie sobie łaskawie tragizm tej sytuacji: młodziutka, urocza panienka z dobrego domu ląduje na bruku, bez żadnych środków do życia i, co więcej, możliwości ich zdobycia. I dziś byłoby to niezwykle trudne położenie, wtedy – kompletnie bez wyjścia. Mamy wszak przełom lat dwudziestych i trzydziestych. Panienki z dobrego domu nie bywają bezdomne i w jednych majtkach na tyłku. Jak można się spodziewać, nikt z rodziny pomocy w takiej sytuacji nie udzielał.

Co miała biedna robić? Udała się do jedynego człowieka, który był jej życzliwy, kochał ją i któremu jej los nie był obojętny. A wspomnieć należy, że dziadek był od babci starszy o zaledwie trzy lata, więc rozumiem, że nie spodziewają się Państwo po dwudziestolatku własnych latyfundiów oraz wieloźródłowych apanaży.
Tu znów mamy lukę w opowiadaniu. Co mówili, jak się zachowywali i co miało wpływ na rozwój wypadków – nie wiemy. Koniec końców bezdomną babcię przygarnęła do siebie przyszła teściowa, czyli panienka z dobrego domu zamieszkała pod jednym dachem z konkurentem do jej ręki. Mało tego! Mieszkała z nim do ślubu przez bez mała rok! W tych czasach!!! Skandal, ruja i poróbstwo, proszę Szanownych Czytelników!
A potem był ślub, dzieci i dzieci tych dzieci, z których jedno ma ociupinę daru do przelewania różnych rzeczy na papier, dzięki czemu piękne historie miłosne nie ulegają zapomnieniu.

Och, Prababko, o której milczą wszelkie przekazy! Przyznać trzeba, że byłaś kobietą z niebywałym kręgosłupem! Mam nadzieję, że odbierasz za to obecnie stosowną nagrodę!

Jak Państwo widzą – pochodzę z rodu silnych kobiet, więc nie ma się co dziwić.
Jak Państwo jeszcze nie wiedzą, ale się pewnie dowiedzą, pochodzę również z rodu, który pasjami lubował się w romantycznych i skandalicznych historiach miłosnych. Ponieważ mam wyraźnie potrzebę uzewnętrzniania pewnych rzeczy, w następnym odcinku opiszę takąż moich rodziców, a jeśli odwagi wystarczy, to w końcu może i własną.

Jak tak sobie o tym wszystkim myślę, to z drżeniem serca oczekuję na miłość życia mojej jedynaczki.
Ach! Co to będzie za ślub!

* Ze wspomnień mamy wynika, że babcia potrafiła pochłonąć niebywałe ilości, reglamentowanych przecież, słodyczy w pojedynkę i cichaczem przed własnymi dziećmi. Niech jej ziemia lekką będzie – dla wnuków była hojna.

24 czerwca 2009

Znowu oglądam zdjęcia

Co za to mogę, kiedy lubię. Fascynuje mnie uchwycenie tej ulotności chwili, tej nienamacalności.
Oglądam ze ich skupieniem, tych – którzy już dawno odeszli. Bo właśnie sepie lubię najbardziej, a bohaterowie sepiowych fotografii żyją już wyłącznie w pamięci.

Są zdjęcia, które zatrzymują mnie tylko na chwile. Sa takie, do których wracam latami, nieustannie odkrywając coś nowego w postaciach zastygłych w bezruchu, poważnych i trochę nierealnych. Świat się zmienił – obecnie zdjęcia są czymś zwykłym i ludzie bywają na nich nieodświętni i niepoważni. Tamte, sepiowe, uchwyciły wyjątkowość – bo czynność była rzadkością.

Znów zapraszam was serdecznie, uchylając drzwi do mojego domu.
Obejrzyjcie dziś galerię moich przodków (niektórych już znacie) na fotografiach najukochańszych.

Zdjęcie pierwsze.
Myślę, że może być zrobione w 1914 roku. Ta malutka osóbka w samym środku, w sukienczynie z białym kołnierzem, to mój dziadek Władysław. Pozostałe dzieci są jego rodzeństwem. Stoją z brzegu rodzice: mama w stroju żywieckim, piękna, posągowa kobieta. Fascynuje mnie rysunek ust i nosa, głęboko osadzone oczy – jak u mnie.
Siedzą dziadkowie dziadka (zwróćcie uwagę na dłonie).
To, co kocham w tym zdjęciu najbardziej, to miny i postawy dzieci, zwłaszcza chłopców. Mistrzostwo świata.

Zdjęcie drugie.
Trudno mi określić rok, ale na pewno lata dwudzieste, wnosząc z wieku babci Zofii, która urodziła się w 1916 r. Z tym zdjęciem wiąże się zabawna anegdota. Otóż babcia zawsze opowiadała, że w domu było dzieci mnóstwo, więc do komunii poszli całą grupą. Bieda była i dla niej na sukienkę już pieniędzy nie starczyło. Z opowiadania zawsze przebijał żal za czymś utraconym na zawsze.
Kiedyś nie przywiązywałam wagi do studiowania tego zdjęcia. Do chwili, gdy nadeszła właściwa pora. Ze smakiem spędziłam nad nim pół godzinki, a następnie doznałam olśnienia. Zerwałam się i pędem ruszyłam do mamy. Podetknęłam jej zdjęcie pod nos.
- Pamiętasz opowiadanie babci? To o braku sukienki?
- Pewnie.
- Która to babcia?
- Co się pytasz? Ta bez białej kiecki.
- Przyjrzyj się!!!
No i wyszło szydło z worka! Do dziś nie wiem, o co tak naprawdę chodziło, ale moja babcia Zofia siedzi w środku, to ta najstarsza, z warkoczami. Dostała białą sukienkę!
Uwaga na buty i kapelusiki.

Zdjęcie trzecie.
Wujek wąsiaty. Bohater narodowy – słowo daję, widziałam na nagrobku. Miał na imię Edward – ponieważ długo o tym nie wiedziałam, bo inaczej jak wujkiem wąsiatym go nie nazywamy, dopiero w tym roku, jeżdżąc z mamą i jej kuzynką na żywieckie cmentarze, żeby zobaczyć, gdzie przodków groby, doznałam olśnienia związanego z imieniem mojego brata. Dostał je po wujku wąsiatym. Mama opowiadała, że wujek bardzo ją lubił, sadzał na kolanach i pozwalał ciagnąć się za wąsy. Tylko jej ze wszystkich, licznych przecież dzieci.
Tu trudno mi mówić o jednym szczególe, bo całość jest urzekająca. Poza wszystkim – oczywiście wąsy. Ale ta zabawna, pociągła twarz! A uszy? A ten pół-, a może ćwierćuśmieszek???

Zdjęcie czwarte.
Babcia Zofia – dorosła już panna. Zawsze jednakowo zachwycają mnie jej rysy. Była śliczna. Jako jedyna ze wszystkich dzieci i wnuków mam, tak jak ona, zielone oczy. I jestem do niej podobna! Wiem, bo przestudiowałam już każdy centymetr jej twarzy. Wielokrotnie.
A poza tym – straszna z niej była cholera! To też nas łączy, nie powiem.
Tylko niestety nie jestem taka wiotka jak trzcina. Nie jestem i nigdy nie byłam.

I zdjęcie piąte.
Dziadek Władysław. Uganiało się za nim pół żywiecczyzny. Nie dziwota – przystojniak jak ta lala.
I straszny był babiarz. Do końca swoich dni. Nie miała babcia z nim łatwo, oj nie.
Tu – zdecydowanie oczy. Ale tez uśmiech. Fryzura! I muszka!!!

21 czerwca 2009

Beemwe powiada,

że tęskni za Karolkiem. My mniej, gdyż jest kosztotwórczy. Nie dość, że żre takie ilości, że tygrys by się nie powstydził, to jeszcze potem usiłuje nam udowodnić, że jest źle karmiony.
A było tak.

Onegdaj zwróciłam uwagę, że koty w naszym domu nieco za dobrze się mają, co bezpośrednio wpływa na ich promień. Karolek został zważony i wyszło, że osiągnął wagę średniego czołgu – jakieś 7,5 kg. W związku z powyższym nastąpiło ograniczenie racji żywnościowych z zachowaniem częstotliwości posiłków.
Pewnego dnia po przybyciu do domu ze zdziwieniem stwierdziłam obecność kałuży na środku salonu. Takie rzeczy nie mają u nas miejsca, albowiem wszyscy mają świadomość, że obetnę kawał ogona i to w sposób widowiskowy, żeby reszta miała o czym myśleć. W związku z powyższym uznałam, że nie możemy mówić o lekkomyślności, a raczej o problemie zdrowotnym.
Mówi się, że w domu, gdzie jest kilka kotów, istnieje problem ze znalezieniem winnego. Być może. Ja nie mam problemu. Karolek został, nie bez oporu ze strony Karolka, załadowany do kosza podróżnego*, a następnie wywieziony do Bytomia, gdzie mieści się nasza lecznica weterynaryjna**.

Po przybyciu do lecznicy Karolek zmienił zdanie co do kosza i nie zamierzał go opuścić sugerując, że nie jest idiotą. Nie jesteśmy mięczakami i w dodatku mieliśmy przewagę liczebną (3 dorosłe osoby, w tym jedna z dyplomem lekarza weterynarii i wieloletnim doświadczeniem). Po około dziesięciu minutach dokonaliśmy dezintegracji Karolka i kosza. Bohater dnia został zważony i wyszło na jaw, że waży zaledwie 4,7 kg. Podsunęliśmy ten fakt pani doktor wraz z pozostałymi objawami, więc zmarszczyła brew i stwierdziła, że robimy badania krwi w kierunku cukrzycy oraz chorób nerek. Następnie obmacała Karolka i powiedziała:
- Mój drogi, ale kupę to mógłbyś zrobić.
W tym momencie z sufitu spadła kuleczka i uderzyła kilkakrotnie w moją głowę, niczym u pomysłowego Dobromira.
- Pani doktor – poinformowałam prędko – to nie nerki, to kupa nam uwięzła.
No i rozpoczęliśmy operację dezintegracji Karolka i kupy. Ta część była, zdaniem Karolka, jedynym jasnym punktem dnia. Reszta (wciskanie do kosza, wynoszenie z JEGO domu, przewożenie samochodem, wyciskanie z kosza, obmacywanie przez obce osoby – nawet z dyplomem, wycinanie futerka z łapy i – o zgrozo! – pobieranie krwi) to przykry ciąg pomyłek. Karolek z pasją spożył zawartość strzykawki, a następnie skorzystał ze zmiany nastroju zgromadzonych i załadował się napowrót do koszyka. Poinformowani o konieczności zadzwonienia nazajutrz w celu uzyskania wiedzy o wynikach badań, skasowani na kwotę złotych polskich 75., powróciliśmy na gościnne łono, co zostało przez bohatera dnia przyjęte entuzjastycznie.

Po ok. 1,5 h z łazienki doszedł mnie głuchy łoskot serii z cekaemu.
- Kochanie, bądź łaskaw zajrzeć do sralni – zarządziłam z kuchni.
Nie było trzeba.
Ryży wypruł już letki z cichej kuwetki, a na twarzy miał wyraz błogi.
Następnym razem, zamist inwestować w tego gnojka, skoczę do apteki po buteleczkę parafiny w płynie za parę złotych.

PS Wyniki ideane.

* Kosz podróżny był elementem wyposażenia Karolka, bo PODOBNO w nim stale spał. Po zamieszkaniu nie stwierdzono.
** Oczywiście, że wiem, że w Chorzowie są lecznice. Ale ta jest NASZA. I nigdzie indziej nie jeździmy.

14 czerwca 2009

- Wyobraź sobie

- oświadcza Potomstwo – że widziałam w empiku książkę pt. „Kupa”. Jak ją zauważyłam, od razu pomyślałam o tobie*!

Zastanawiam się, czy włożyć to do szufladki opisanej jako klęska wychowawcza.

* Kupa bywa niezwykle wdzięcznym tematem rozmów w naszym domu.

9 czerwca 2009

Ani słowa od siebie

Tekst i zdjęcia bezwstydnie wykorzystane bez wiedzy i przyzwolenia autorki.
Ale cóż… taki twoj los marny, jeśli przestajesz z waterloo.
Wszystkie postaci i wypowiedzi są jak najbardziej prawdziwe, a jeśli nieprawdopodobne, to też sama tego nie wymyśliłam.

Nieustanną pasją naszego kota jest wnętrze ubikacji.
Zawsze musi być w łazience przed nami – nawet osiągając prędkość światła – żeby jak tylko zostanie otwarta klapa, był już w pozycji do zaglądania. Spuszczana woda wywołuje drżenie z ekscytacji. A moje bezczelne zasłanianie mu (jak już usiądę) powoduje, że żeby zajrzeć do wnętrza ubikacji stoi za mną i odpycha mnie łapką.
Za niedługo – po takich cierpliwych oraz stałych obserwacjach – myślę, że zacznie sam korzystać.

Wczoraj wpisałam do wyszukiwarki

imię i nazwisko mojego najgłówniejszego szefa. Pojawiło się mnóstwo linków. Otwarłam stronę i… ryp! trojan.
Posikałam się ze śmiechu*.
Muszę rozpowszechnić tę informację.

* Śmiesznie, bo mi zatrzymało. Gdyby nie zatrzymało, to pewnie inaczej bym śpiewała.

5 czerwca 2009

Jakoś nie mogłam się zebrać do nowej notki,

chociaż temat od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie.
Tymczasem dziś rano po przyjściu do pracy usłyszałam historyjkę, którą donoszę uprzejmie (czyli, że jest donoszona).

Jedna z moich pracownic jest mamą rocznego młodzieńca (dla przyjaciół Fifi). Dojeżdża do pracy spory kawałek, a w dodatku ma na tyle trudną sytuację, że opiekę dzienną nad synkiem sprawuje jej mama, która pracuje w systemie zmianowym i M. musi się do tego dostosowywać. Zmieniłam jej godziny pracy, żeby mogła to wszystko jakoś pożenić, ale w związku z tym musi o 5.30 wyjść z domu, bo inaczej nie uda jej się zawieźć synka do babci i dojechać do Katowic. Tłucze się więc z maluchem o nieprzyzwoitej godzinie przewozem w dni, kiedy ma dojazdy na styk.
Dodatkowo Fifi należy do tych dzieci, którym sen do niczego nie jest potrzebny, więc M. od przeszło roku jest chronicznie nieprzytomna.

Opowiedziała nam dziś, że od tygodnia w przewozie obserwowała ją jakaś stara torba, nieżyczliwie zresztą. Dziś nie wytrzymała, wysiadła razem z M., czyli wcześniej niż zawsze wysiada i wygłosiła do niej orędzie:
- Jak pani może to biedne dziecko tak wcześnie włóczyć! Nie wie pani, że taki maluch o tej porze powinien się obracać na drugi bok???

Nie mogę pojąć, skąd się w ludziach bierze TAKIE chamstwo. Że o odwadze i dobrym samopoczuciu już nie wspomnę.