31 maja 2013

1169

Dziś pierwsza jazda po otrzymaniu glejtu zezwalającego. Jestem pod wrażeniem.
Zapomniałam spojrzeć przy wsiadaniu, ile jest na liczniku, więc nie wiem, jaka długa była trasa, ale (i to jest informacja dla martuuhy) objechałyśmy częściowo Chorzów, Świętochłowice, Katowice i Siemianowice. Z półtorej godziny nam zeszło i nawet jeden raz noga mi nie drgnęła na wirtualnym hamulcu. Małe sobie radzi, ogarnia całkowicie nowy dla niej samochód, dzielnie brnie przed siebie, choć spocone ze strachu. Rozmawia, żartuje, plotkuje i daje radę. Najbardziej się spięło, jak powiedziałam:
- No to jeszcze jutro i pojutrze, a od poniedziałku jeździsz sama.
Wysiadła wycieńczona i mokrusieńka, ale jestem z niej bardzo, bardzo dumna.

- Mamo... Śmierdzę.
- Nic nie czuję.
- Strachem śmierdzę.

- W każdym razie nie grożą ci, póki co, mandaty za przekraczanie dozwolonej prędkości.
- Dokuczasz mi!
- Ależ skąd, to był tylko niewinny żarcik.
- Nie powiedziałam przy wsiadaniu, że żarciki muszą być zapowiedziane? Następnym razem mówisz: a teraz żarcik.

- Wypalę sobie zaraz jakąś płytkę. Będzie tam fajna muzyczka i jak mówisz: a teraz w prawo, rondo na trzy czwarte, wyprzedzamy rowerzystę.
- To nie nagrywamy komunikatów: "przejedź go! przejedź go!"?
- Obie wiemy, że nie powinnaś mnie do tego zachęcać.

- Postanowiłam zostać spokojnym i wyważonym kierowcą.
- Bardzo to pochwalam.
- To dlaczego przed chwilą sugerowałaś, żebym go otrąbiła?
- Bo to palant był.

Kolejny Rubikon przekroczony.

29 maja 2013

1168

Mateczka w towarzystwie pięciu psiapsiółek udała się na damskie szaleństwo nad Bałtyk. Ze związku emerytów. A chciałam nadmienić, że ona (72) zaniża tam średnią wieku.
Dzwonię nienachalnie, żeby nie było, że kontrola jakaś. A poza tym wiem, że są zdolne do wszystkiego (znam je od lat), więc lepiej, żeby obsługa mnie z tym nie kojarzyła. Jakby co. Na dowód bezsporny moich śmiały teorii, przytaczam wyjątki z rozmów.

To taka dziura jest. Znamy wszystkie uliczki. A w sklepach już wiedzą, co pijemy.

Ja mu mówię, żeby mi pożyczył korkociągu, a on - że mi otworzy. No co otworzy? Co chwilę będę do recepcji latać? Starsza pani jestem!

Obsługa nam powiedziała, że mamy pić w pokoju. Bo oni nie będą co roku korytarzy malowali. Podobno ich nie stać.

Przegląd zdrowotny nam zrobili w pierwszy dzień. Wchodzę, rozumiesz, do gabinetu, a tam pediatra.

Cztery zabiegi mi przepisał, ale chodzę na dwa. Bo na jeden mi kazali przychodzić o 14.30. O tej godzinie to już jest po obiedzie i te małpy srrrruuuuu... poszły w miasto! A ja co? Głupia jakaś? W zabiegowym będę siedzieć?

Matka rządzi. Bezsprzecznie. Mam nadzieję, że dominujące geny odziedziczyłam po niej.

28 maja 2013

1167

Wczoraj wieczorem Prezes poinformował mię, iż winnam odwieźć go na dworzec dziś rano o 6.10. Miałam już dictum gotowe. Skoro jedzie rano i wraca wieczorem, to właściwie prawie to samo, jakby świadczył pracę w Katowicach. Niech więc jedzie sobie sam, postawi samochód na bezpłatnym, gdzie zawsze, i nie zawraca gitary. A ja się wyśpię. Pojechał.

Po 16 zadzwonił, że wsiada do Intercity i chce naleśniki z serem, więc do roboty. Skomentowawszy rzecz wzruszeniem ramion, wyjęłam patelnię i wykonałam polecenie służbowe.

O 17 otrzymałam sms o treści:
Pomyliłem pociąg. Co oznacza, że będę w domu nad ranem (koło 3.00). Jadę właśnie IC do Wrocławia, ale przez Poznań. A taki mi się wydawał dziwnie pusty.

Po 18 zapytał o połączenie powrotne, a następnie zasięgnął mojej opinii:
Czyli mam całą godzinę (21.45 - 22.45 - przyp. autorki) na pierwszą w życiu wizytę we Wrocku. Polecasz jakieś atrakcje?

Poleciłam mu bar dworcowy.

26 maja 2013

1166

Występują:
Maturzystka
milcząca prezesowa

Czas akcji:
18.30

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Maturzystka: Nie wiem, gdzie ty jesteś, ale ja jestem w domu. (Chwila ciszy). Jestem w domu o TEJ porze. Muszę przyznać, że to dość dziwne.

25 maja 2013

1165

Skosiwszy areał trawnika o zaroście powyżej pół metra, optymistycznie stwierdzam, że to klęska. Chciałabym także nadmienić, że słowo "trawnik" jest tu użyte zdecydowanie na wyrost. Chwastnik - to byłoby znacznie lepsze określenie. Chwastnik wybujały nieludzko, w dodatku na terenie bulwiastym, tu i ówdzie poznaczonym gałęziami oraz kamiorami, z tytułu wysokości chwastnika - niewidocznymi całkowicie.
Sporo czasu zajęło mi wypracowanie metody, bo kosiarka nie dawała rady. Metodą prób i błędów, dziesiątków zacięć i czyszczeń noża, doszłam do rozwiązania: kosiarka bez kosza, z uchyloną klapą zabezpieczającą. Nareszcie! Genialnie!
I wtedy zarobiłam kawałkiem deski w piszczel.
(Bo klapa zabezpieczająca, jak wspominałam - uchylona). Deski, chciałabym nadmienić, rozpędzonej zgodnie z prędkością noża kosiarki. Bolało.

Półtorej godziny później pot zalewał mi czoło, a do końca trawnika gnała mnie już jedynie nienawiść do świata. Oraz chora ambicja. Z zaciętym wyrazem twarzy wykonywałam wciąż te same, płynne (buchacha!) ruchy po wertepach, wkładając w to maksimum pozostałych jeszcze sił. Już tylko kawałek! Kawałeczek!

I wtedy przejechałam sobie po przedłużaczu.

Resztę trawnika obcięłam ręcznie. Nożycami. Kręgosłup mi pęka. Nogi mi pękają. Kurz idzie uszami. Chętnie bym kogoś zabiła kijem, tylko wstawać mi się nie chce.

20 maja 2013

1164

Nie wiem, czy to problemy ze wzrokiem, czy jakieś bodźce zewnętrzne, ale miga mi. Maturzystka miga mi. Jest, nie ma, jest, nie ma. Do wypęku korzysta z nagle odzyskanej wolności. nie mogę nawet obiecać, że sypia w domu. Wczoraj na przykład nie. Dziś była przez pół godziny i znowu nie. Codziennie zastanawiam się, dla ilu osób przygotowywać posiłki. Zwykle kończę z talerzem solo.

A już za chwileczkę, już za momencik zamierza oddać się bez reszty pracy zarobkowej. No cóż... samo życie. Czas beztroskiego brykania dobiegł końca. Ciekawe, kiedy to sobie uświadomi.

18 maja 2013

1162

Wokół bodźce, prowokujące do rozmyślań nad minionym. Nad czasem, biegnącym nieubłaganie. Nad zmianami, następującymi bez możliwości ich zatrzymania.

Przeglądam zdjęcia. Z początku niemowlę, potem mała dziewczynka, która rośnie, zmienia się, poznaje, oddala. Niezwerbalizowane potrzeby, "kocham cię, mamo", "chcę sama", "nie przeszkadzaj, nie kontroluj".

Jeszcze dosłownie przed chwilą chciała być ze mną bez przerwy. Biegła do mnie roześmiana i płacząca. Przylegała całym swoim jestestwem. Nie zauważyłam, kiedy to się stało - nagle nie mogłam już jej unieść, wziąć na ręce. Nie dam rady, właź na łóżko - mówiłam, a ona wskakiwała ochoczo, śmiejąc się, przytulając. A potem...

W zasadzie jestem wolna, wciąż jednak zniewolona. Lęk o jej przyszłość krępuje mi ruchy. Nie mam już na wiele spraw wpływu. Cieszę się z tego, co chce mi dawać. Zawsze mam czas, by posłuchać, gdy tylko zechce mówić. Czuję, że świat coś mi zabrał. A przecież sama mu dałam. Kto daje i odbiera... Nie da się odebrać.

Byłam królową na tej szachownicy. Czas zdegradował mnie do pionka. Gra nabiera tempa, ktoś przesuwa nie pytając o zdanie. Porwał mnie wir historii. Z trudem wystawiam głowę, by zaczerpnąć haust powietrza.

Nadeszła chwila, gdy mogę robić coś tylko dla siebie. Okazuje się jednak, że uczuć nie da się wyłączyć. Przede mną stoi otworem tyle drzwi, a pierwsze skrzypce gra żal aktora drugiego planu. Który zaczyna mieć wrażenie, że już niebawem będzie tylko widzem. Rach-ciach - powiedział czas i, nie pytając o opinię, wsadził sobie w kieszeń prawie dwadzieścia lat. A więc tak to wygląda?










17 maja 2013

1161

Angielski zdany. Reszta wyników (czyli pisemne) 28 czerwca.
KONIEC.

Zuzanna do domu przybyła, posiłek spożyła, do łóżka się przewróciła. A po jakimś czasie wstała, zrobiła się na bóstwo i poleciała opijać wolność. Niewiele ma tej wolności, bo czerwiec, lipiec i sierpień zamierza poświęcić pracy zarobkowej. Na leniuchowanie zostaje wrzesień. A potem - wiadomo. Jakąś wiedzę nadal będzie nabywała.

- Koniec szkoły - westchnęła z pewnym zastanowieniem, zastygając niczym żona Lota w trakcie pozbywania się maturalnej kiecki.
Ano koniec. Na zawsze.
- Pamiętaj, że zamknięcie jednych drzwi jest zawsze otwarciem kolejnych - poinstruowałam filozoficznie.
A potem serce mi się ścisnęło. Gdzie moja malutka córeczka - Zuzieczka?


16 maja 2013

1160

Leżenie nie pomaga na ból zęba. Praca fizyczna też nie pomaga, ale przynajmniej się człowiek czymś zajmie.

Normalni ludzie idą do dentysty, bo ich boli ząb. Ja idę do dentysty, a potem mnie boli ząb. Coś tu jest postawione na głowie albo sprawiedliwość znowu przysnęła.

1159

Świąteczne wydanie Gazety Wyborczej nr 109. 7839 (zdaje się, że już wspominałam - czytam świąteczną przez cały następny tydzień) na stronie 11 zamieściło artykuł "Kobiety Ściany wygrały".
Czytam w nim m.in.:


Izraelskie feministki wywalczyły sobie w sądzie prawo do modlitw w najświętszym miejscu judaizmu. W piątek policja ochraniała je przed atakami ortodoksyjnych żydów. – One bezczeszczą naszą świątynię! – usłyszała setka kobiet w tałesach, czyli modlitewnych szalach, które przyszły pomodlić się pod jerozolimską Ścianą Płaczu. Przeciw nim wystąpiło kilka tysięcy studentów jesziw, szkół religijnych. Rzucali krzesłami, butelkami z wodą i śmieciami, opluwali, a w końcu obrzucili kamieniami autobusy, którymi przyjechały panie i kilku towarzyszących im mężczyzn. (...)
Dyskryminacja przejawia się nie tylko w stłoczeniu ich (kobiet - przyp. autorki) na mniejszym obszarze, ale przede wszystkim w odmawianiu im prawa do rytuałów. Choć liberalny judaizm zezwala kobietom na bycie rabinami, modlenie się razem z mężczyznami, zakładanie tałesów czy śpiewanie w synagogach, praktycznie nie mogą one wykonywać tych czynności w miejscach najświętszych. Kiedy kobiety przychodzą pod Ścianę Płaczu, ortodoksi szydzą z nich lub głośno się modlą, by ich nie słyszeć. (...)
– Kobiety Ściany odniosły ostatnio kilka zwycięstw, ale wkrótce sprawy zmienią bieg – powiedział jeden z protestujących cytowany w gazecie „Jerusalem Post”. – Religijna część społeczeństwa coraz bardziej jednoczy się przeciw nim.

Z jednej strony ta informacja mnie cieszy. W świecie różnych religii monoteistycznych wyraźnie coś drgnęło. Liczę nie tylko na starotestamentowy rozsądek. Z drugiej jednak - napawa smutkiem. Myślę czasem o Bogu, nieograniczonym w miłości, którego wyznawcy wyprawiają takie rzeczy, że niesmak człowieka ogarnia. Głównie dzielą, zamiast łączyć. Głównie jątrzą, zamiast jednoczyć. Głównie nienawidzą, zamiast kochać. Pod sztandarami sprzeciwiają się głównym założeniom. Odmawiają człowieczeństwa.

I wbrew pozorom nie jest to uwaga bez związku.

15 maja 2013

1158

Polski ustny zaliczony. Radość, tańce i swawole.

Przed szkołą.
- Dasz sobie radę. Trzymam za ciebie kciuki.
- Yhy.
- I pamiętaj, że masz prawo jazdy!

Telefonicznie.
- Zdałam!
- Zdałaś! To cudownie!
- Mam też prawo jazdy!

Owszem. Po prostu pasmo sukcesów. Jeszcze piątek i szlus. Nareszcie, bo mnie to wykańcza.

14 maja 2013

1157

Od dłuższego już czasu pracujemy z Chudą nad kolejną częścią Macierzyństwa bez lukru. Nasze działania zawsze zaczynają się dużo wcześniej niż innych osób, co jest całkowicie zrozumiałe. Nieodmiennie praca ta sprawia mi przyjemność. Nie tylko w aspekcie materii, jako takiej; również z powodu ludzi, którzy oddają swój czas i zdolności małemu facetowi, potrzebującemu wsparcia.

Zawsze spotykam kogoś nowego. Dyskutujemy, czasem się spieramy, wymieniamy uwagi całkowicie nie na temat. Nierzadko nasza znajomość opuszcza ramy poczty mailowej, rozchodzi się znacznie dalej, zaczynamy po części uczestniczyć nawzajem w swoim życiu. Nagle okazuje się, że znam ludzi w wielu zakątkach kraju i świata. Fajnych, dowcipnych, miłych, porządnych ludzi. To mi robi na wiarę, że dobro jednak zwycięża.

I owszem, bywam zmęczona, zniechęcona, zirytowana. Szczególnie przy finiszu. Bo roboty huk. To jednak nie umniejsza satysfakcji. I z tej, wygłaskanej moimi dłońmi materii, i z tego, że świat całkiem nieźle sobie radzi. Mimo wszystko.

13 maja 2013

1156

Mama Franka dała światu genialną lekcję szacunku do drugiego człowieka. Prostą, łatwą do zrozumienia, zwięzłą i wartą poznania. Linkuję, abyście kiedyś nie mieli żalu, że nie było okazji, by rzecz przeczytać.

12 maja 2013

1155

Chciałabym powrócić do zagadnienia interesujących przekierowań. Pisałam o tym całkiem niedawno. Rzadko zaglądam do statystyk, wbudowanych w blogspot, ale dziś zajrzałam. I mam nowy kwiatek. Brzmi: lodzik pod biurkiem.

Porażające. Zrobię rachunek sumienia.

11 maja 2013

1154

Wczoraj zaproponowała mi, żebyśmy wpadły do dziadków. To wpadłyśmy.
W czasie wizyty wypłynął temat samochodu, który dziadkowie, we wspaniałomyślności swej, cedują na wnuczkę.

"Mogę iść na chwilę do garażu, posiedzieć w MOIM samochodzie?" - wzbudziło nieopanowaną falę chichotów. I zapewnień, że tak, oczywiście, może. Ile tam sobie chce.

A ja? Wpatruję się w dziurę w kieszeni. Muszę wymienić akumulator, opony (stoi na zimówkach), zrobić przegląd, czy wszystko w porządku. Pełen zachwyt.

10 maja 2013

8 maja 2013

1152

Tak, oczywiście, naturalnie winna jestem PT Czytelnikom jakieś aktualności. Już przystępuję.

Dzień pierwszy matur rozpoczął się niezwykle burzliwie. Zuzia ma wysypkę wszędzie, jak jeszcze nigdy w życiu. Drapie się ciągle i jest przez to jeszcze bardziej nerwowa niż wynikałoby z okoliczności. Nie ma się co dziwić.
A tu rano kot jakiś pod nogi jej wejdzie, to pończochy do kiecki nie pasują, a to w końcu prostownica oddała ducha. Pomstuje na czym świat stoi, wali prostownicą w podłogę celem wydarcia z niej resztek ciepła (związek przyczynowo - skutkowy nie został ustalony), miota się po chałupie jak furia.
Siedzę jak mysz pod miotłą w kuchni i w drogę nie wchodzę. W pewnym momencie nieśmiało pytam:
- A Persen wzięłaś?
- TAK!!! - wrzeszczy, ile sił w płucach.
Efekt komediowy osiągnięto.

Dziś z kolei wraca do domu przegrana (matma).
- Zawaliłam.
Ładnie - myślę sobie.
Po kilku godzinach wchodzi do kuchni, gdzie przesiaduję ze słuchawkami na uszach.
- Z tobą coś jest nie w porządku - autorytet psychiatrii polskiej bezkompromisowo stawia diagnozę. - Mówię, że chyba jednak zdałam, a ty nic.
Jasne. U siebie w pokoju za zamkniętymi drzwiami mówi, a ja w kuchni i te słuchawki. Ale super. No pewnie, że się cieszę. Cieszę się, jak głupi do sera.

6 maja 2013

1151

O, Bożebożebożenko... Trzymajcie kciuki.

(Potrzebuję dużo Persenu i wina. W jakiejś konfiguracji).

2 maja 2013

1150

Jak się ogląda różne serwisy aukcyjne lub zamianowe, to człowiek dochodzi do wniosku, że kobiety w całej Polsce kupują buty tylko po to, żeby założyć je jeden raz na kilka godzin. Przysięgam, że jak jeszcze raz przeczytam ten durny i kłamliwy gryps, to szlag jasny mnie trafi.

A potem trafia się na taką aukcję. I człowiek myśli sobie: założone tylko raz. Ale przez kobietę o potężnej nadwadze (zgniecione fleki) i koszmarnie brudnych nogach.

Że też się te kobity nie wstydzą. Brudnych nóg również.

1 maja 2013

1149

- Macie coś do dziadków? - wołam w czeluście mieszkania, stojąc w drzwiach już obuta, bo rodzice czekają.
- Ja nie - napływa odpowiedź z pokoju Zuzanny. - Są całkiem spoko.