28 lutego 2014

1504

Nie.
Ogarniam.
Tego.
Kropka.

Z jednej strony tekst roku. Może nawet dziesięciolatki. Albo i jakiejś ery.
- Od kiedy tu jesteś, wszystko się zmieniło. Istna rewolucja!
- Umiem i mogę więcej, szefie.
- Jezusmaryjo!!! Nikomu nie mów!!! Wystarczy, że mi dziś powiedziałaś, że za rok wydamy tę książkę i ty się cieszysz na pracę z tego tytułu...
(Kto go tam wie, dlaczego jest dziś w takim dobrym humorze).

Z drugiej...
Dyrektor naczelny zapędza się do mojego kabinieciku po raz kolejny (a miał nie przychodzić, cholera)! Uchyla drzwi, wsadza głowę, patrzy na mnie, dławiącą się na taką bezczelność posiłkiem w postaci kanapki (12.30 - pora na śniadanie) i powiada:
- Nudzisz się. Tylko sprawdzałem.
Po czym opuszcza pomieszczenie, pozostawiając mnie całkowicie osłupiałą.


Niech.
Oni.
Już.
Przestaną.

Może ktoś im powie, że ja mogę pracować dla nich obu i w dodatku tak samo dobrze. Nie muszą wcale szaleć. Ani sprawdzać. Ani kontrolować. Zwłaszcza że te kontrole absolutnie psu na budę, bo permanentnie przyłapuje mnie na pracy (sic!), z jednym wyjątkiem - dzisiejszej kanapki. A i tak nie do końca, bo jednym palcem stukałam w klawiaturę.
Zbędne.
Zbędne i niepotrzebne.
Ja zawsze wykonam swoją pracę - przypuszczalnie zrobię też więcej niż mi kazano.

Męczy mnie to.

1503

Marcin Luter to ma się kiepsko. Ludzkość pamięta mu wyłącznie przylepianie kartek do drzwi metodą "na ślinę". Oraz - że był gruby.

Młody i gruby.
Stary i gruby.
Ponieważ znakomicie wiem, jak to słabo jest całe życie być grubym, Marcinowi Lutrowi współczuję z całego serca. Ale to nie koniec.
Jeśli Marcin Luter w ludzkiej pamięci nie jest gruby, to przynajmniej wygląda idiotycznie.




Choć chyba ratuje go to, że może jest swoim ojcem. Który wygląda idiotycznie, więc pewnie nie czuje się dobrze.

Więc mamy tak:
facet budzi się z rana, patrzy, a tu wygląda grubo i idiotycznie. I jeszcze... gniewnie. O:

Jakby go zaparcia męczyły.
I po prostu zawsze, ZAWSZE występuje z młotkiem. (Chcielibyście, żeby o was mówiono: ten z młotkiem?).


No, chyba że akurat nie płacze. A i tak wychodzi na nieprzystosowanego kretyna.


Albo w ogóle na...


Tak, to mi wyskoczyło, gdy szepnęłam do Wójka Gógla "Marcin Luter".

Podsumowując.

Lepiej się urodzić z futrem
niźli być Marcinem Lutrem.


MIŁEGO DNIA.

27 lutego 2014

1502

Przepraszam bardzo - czy ktoś byłby uprzejmy powiedzieć mojemu szefowi, że gdy ja jestem WSZĘDZIE, to nie ma mnie TU? A jeśli mnie ma mnie TU, to - z przykrością stwierdzam - ani artykuł, ani książka same się nie piszą? Owszem, również uważam to za obrazoburcze, ale takie są realia.
I oczywiście rozumiem, że istnieje konieczność wciągnięcia mnie we WSZYSTKO. Ba! Ja nawet jestem z tego dumna i zwyczajnie się cieszę, że szef tak dba, żeby budować moją pozycję. Lecz czy na pewno musi to być robione z AŻ TAKĄ intensywnością?

Hasło dnia.
- Oto 25 tematów wykładów, które macie napisać - informuje szef zebrany zespół. - Gdybyście mieli jakiekolwiek problemy techniczne, Joanna* udzieli wam wszelkiej pomocy.

Kuluarowa reakcja Loży Szyderców.
- Joanno, w czym możesz mi pomóc?
- Obecnie mogę cię złoić kijem, żebyś zagęścił ruchy. Pasuje**?


* Zwracam łaskawą Państwa uwagę, że nie "pani magister".
** Joanna jest z natury wredna, złośliwa i sarkastyczna.

1501

Oj, chciałam po prostu, żeby notka rocznicowa trochę powisiała. Nie może sobie człowiek we własnych czterech kątach porządzić, bo od razu ktoś przyjdzie i mu bibeloty poprzestawia. A ja tam lubię, gdy pastereczka stoi w kiblu i co mi zrobicie.

Owszem, będzie Luter - wydaje się zachęcającym tematem. Nie ma to jak z rana natknąć się na Marcina, może być od biedy święty. Więc jutro.

Tymczasem dziś na spotkanie poranne przygotowałam dla szefa materiał, o który wnioskował, ale miałam nadzieję, że przejrzy go ciut wcześniej. Nie udało się. Lekko więc się spięłam, gdy zaczął go publicznie odczytywać, ponieważ miałam kilka uwag do jego koncepcji i dopisałam je w nawiasach z myślą, by uprzednio przedyskutować. No to się porobi, jeśli przeczyta na głos - pomyślałam spłoszona. Na szczęście człowiek jest inteligentny. Pominął. Pominął. Pominął. W pewnym momencie jednak nie wytrzymał i po kolejnym temacie wykładu, skomentowanym przeze mnie odchrząknął:
- Czyje są te uwagi w nawiasach?
Zapadła cisza. Mucha puściła potężnego bąka w przelocie.
- Moje, szefie - odpowiedziałam, bo i tak by się wydało.
Rozległ się chrzęst zacieranych rąk wprost z Loży Szyderców.
- Aha - skwitował szef. - Haha.
Z Loży Szyderców dobiegł delikatny jęk zawodu.
To nie tak, że on nie ma poczucia humoru. Ma, tylko przesadnie nie ujawnia.

Dzień dobry Państwu. Życzę miłego dnia.

25 lutego 2014

1500

Ostatnio taką modę zauważyłam i też chcę być trędi. Nie ma tak, że wszyscy trędi, a ja trędowata. Figę. Więc (werble)... podsumowania.
Jedyną bolączką blogspota jako platformy blogowej jest gówniana statystyka. Nie da się z niej wyciagnąć rzeczy, które by człowiek wiedzieć chciał. Np. ile wejść jest unikalnych. Zlicza, jak leci. Więc posłużymy się tym, co mamy.

Wylądowałam tu 1 stycznia 2013 roku, bo się obraziłam na Onet, który mi zepsuł stary, dobry Blog. Jeszcze na Blogu, od 17 listopada 2006 roku - najpierw pod pierwotnym adresem "donosze-uprzejmie", a potem już jako Łoterloo - nastukałam notek przeszło 1.000. Zaczęłam je numerować w marcu 2012. Właśnie stuka notka nr 1500. Co nie świadczy o mej małomówności bądź też ubogim życiu wewnętrznym.
Statystyki z Blogu umarły śmiercia naturalną i nie mamy do czego powrócić. Sięgam więc jedynie do blogspotowych.

Od 1 stycznia 2013 wleziono tu przeszło 100.000 razy. 89.000 kliknięć należy do mnie, 10.000 zrobiła martuuha, pozostałe 900 jakoś dzieli się pomiędzy paćkę, dorę i drugą-mamę, która wchodzi regularnie, choć głownie milczy. Jest to interesujące oblicze drugiej-matki, którą znam od lat z zupełnie innej strony. 100 kliknięć możemy uznać za wejścia unikalne. Dziękuję koleżankom, które zajrzały z domu i z pracy.

Rozwijam się wyraźnie i w 2014 roku mam szansę pobić rekord życiowy w liczbie opublikowanych notek. Jest taki plan, żeby zamieszczać po jednej literze w notce. Nawet jeśli będę miała do powiedzenia wyłącznie "kurwa", to i tak osiągnę 5 notek dziennie. Jeśli będę bardziej wkurwiona, jako szóstą dodam wykrzyknik.

Największą popularnością cieszyła się notka z klikaniem dla Mikołajka - odwiedzono ją 1224 razy. Mam nadzieję, że choć połowa tych odwiedzin opiewała na kliknięcie w filmik i obejrzenie go do końca. Drugie miejsce na podium zajmuje notka o pomocy dla Babci Sąsiadki - 511 razy, z czego wnioskuję, że jesteście porządnymi ludźmi, mimo że część złośliwa jak cholera. Ale przynajmniej nie jest nudno. Ostatnie miejsce medalowe zajmuje - i tu Was zadziwię - notka o sądówkach: 358 razy! Czyli temat jednak nośny. Całkiem nieźle ma się również "Niezborność umysłowa" (sprzed numerowania) - 313, ale tam lądują zwykle automaty spamujące, o czym wnoszę po usuwanych komciach reklamowych.

Ludzkość przybywa do mnie głównie od Chudej. Czyli opłaciło się zakoleżankować! Może nawet za jakieś sto lat osiągnę tyle wejść dobowych, co ona (naonczas bedzie już miała o pierdyliard więcej). Naszej Dorotce po piętach depcze Wójek Gógiel, a jemu Kaczka, co może wynikać z moich błędnych założeń powyżej. Kaczka przez tę ciążę zrobiła się najwyraźniej miększa, a że ręce ma zajęte Biskwitem i nieprzesadnie mnie uszczęśliwia pisaniem maili, to przynajmniej nawala w statystyki. Najpotężniejszym moim rozczarowaniem jest martuuha, która co prawda wciąż podkręca licznik, ale w ogóle nie reklamuje, bo jej nie ma ani w dziennych, ani w tygodniowych, ani w ogóle w żadnych. Liczę, że się poprawisz.

Jakby na to nie patrzeć, z wyszukiwarki trafiają tu praktycznie wyłącznie ci, którzy szukają właśnie mnie. Weźcie se do ulubionych dodajcie. Aż przykro patrzeć, w ilu wersjach wpisujecie to waterloo, no naprawdę. Z ciekawszych wyszukiwań odnotowujemy:
- mój nastoletni syn ma krótkie... (ucina - i nigdy się nie dowiemy co),
- kawały o prezesowej (uważajcie se, ludzie!),
- co się wydarzyło w 1446 (podoba mi się ten pęd do wiedzy),
- co to jest dyplomacja
- i w końcu chęć obejrzenia mnie w całej okrągłości w TVN (i z nazwiska lecą).

Zaskoczę Was ponownie - przeszło 80.000 wejść mamy z Polski. No cooo? Czasem gdzieś wyskoczę, żeby ładnie w statystykach wyglądało! Ponad 4.000 z USA, po przeszło 2.000 z Rosji i Wielkiej Brytanii, ale to drugie systematycznie spada, bo się Kaczka wyprowadziła. Obecnie rządzić będzie Teutonia.
Rinonko - po paluchach. Nie masz argumentów, nie byłaś tu nawet 1.000 razy. Wstyd. Żeby tak markować pracę, że nie można tysiąc razy strony odświeżyć?! Proszę do kąta.

Korzystamy głównie z Windowsa, ale grasujemy też z Androida, czyli se państwo kupiło telefon. Ciekawostka - moje wejścia z telefonu są na trzecim miejscu z punktu widzenia systemu operacyjnego, gdyż poniewaz tylko ja jedna na całym świecie mam iPhone'a i nie waham się go używać.
Rządzi Firefox, za nim Chrome i Explorer. Czwartą przeglądarką jest Safari - radość, że sobie jednak te jabłka kupujecie. A może to są po prostu moje wejścia - zanim mi się AirBook wysypał. To się wyjaśni, gdy wybulę tauzena na naprawę.


No! To by było na tyle, jak mawiał klasyk. Moje zdrowie. Dziękuję.
I dobranoc.

1499

Dopadł mnie, dopadł! Tuż za stodołą, gdzie oddawałam się walce z nałogiem, z góry skazanej na porażkę zresztą. Skąd wiedział - pytam? Mamy tutaj mnóstwo stodół i za każdą jest miejsce, gdzie się ludzkość oddaje. Mam jakiegoś czipa?! Włączyli system naprowadzania rakiet? Śledzą, ile razy byłam w sraczu? I w którym sraczu?!

A więc dopadł. Przysunąwszy się niebezpiecznie blisko, lekko z góry wymruczał:
- Zadzwoń do mnie wieczorem...
I teraz mam wybór:
1. albo zadzwonię i wejdę w posiadanie tego rozdziału w wordzie, więc będę mieć mniej roboty, lecz on będzie miał mój numer,
2. albo nie zadzwonię i będę to wszystko przepisywać jak głupia jakaś, ale mój numer pozostanie mój.
Wada rozwiązania drugiego jest taka, że i tak mój numer prywatny przeleciał przez fabrykę z prędkością błyskawicy, więc jeśli zechce, to posiądzie. I owszem - dyrekcja zaoferowałam mi telefon służbowy, co przyjęłam z półuśmiechem półmózga. Jednakże problematyka noszenia dwóch, niemałych przecież telefonów, mnie przerosła. I nie poszłam odebrać. Udaję, że mam być po to zawołana. Nie wołają, nie idę. Wolałabym podwyżkę niż zakamuflowaną opcję komórkową. Szczególnie że i tak w mój prywatny abonament wliczone jest wszystko, więc nic nie zaoszczędzę. A do wozu drabiniastego z telefonami będzie się trzeba zaprząc.

Przy okazji relacji damsko-męskich.
Po zakończeniu spotkania porannego, dogania mnie kolega, z którym jesteśmy w zespole pieśni i tańca.
- Wysłałaś mi coś mailem? - pyta erotycznie obniżonym tonem, trącając mnie ramieniem i wymownie poruszając brwiami.
- Wysłałam - odpowiadam dokładnie w ten sam sposób, a potem przechodzę do scenicznego szeptu. - Zdjęcia. Nagie.
- Jezus! - wykrzykuje radośnie i przyspiesza kroku, dążąc w kierunku swego komputera (jak mniemam).
- Nie spiesz się tak - otrzeźwiam. - Nie powiedziałam ci czyje. HA. HA. HA.

Jakaś taka mściwa się zrobiłam.

1498

W końcu przeczytałam sobie regulamin pracy, z którego wynika, że z regulaminem pracy powinno się mnie zapoznać przed przystąpieniem. Szczególny nacisk podczas analizy i interpretacji tekstu położyłam na zagadnienie "komu i co należy donosić". Okazuje się, że należy donosić wyłącznie bezpośredniemu przełożonemu, co zwyczajowo czynię. On natomiast podważa mój obowiązek donoszenia, ale teraz mam to na piśmie i mu okażę. Jeśli nie będzie w mściwym nastroju, co się ma na mnie mścić, jak może na kimś innym.

Zapoznałam się również z regulaminem wynagradzania i pragnę zwrócić uwagę PT bezpośredniemu przełożonemu, że zarabiam poniżej dolnej granicy, przewidzianej dla mojego stanowiska. Niezmiernie się ucieszyłam, że górna granica, przewidziana dla mojego stanowiska wynosi 8.000 zł brutto. To również postanowiłam opowiedzieć PT bezpośredniemu przełożonemu wraz z komentarzem, aby się nie krępował, ja jestem bardzo dobrze wychowaną osobą i nie zamierzam się na niego z tego tytułu obrazić. Śmiało, śmiało.

Okazuje się, że fabryka dzieli przy okazji dodatkami funkcyjnymi i ja tudzież chętnie. szczególnie z górnej granicy normy, co mi tam. Nie jestem jakaś obrażalska, żeby się czuć niekomfortowo z powodu wysokich zarobków. Teoretycznych. Ale miło pomarzyć.

I wyobraźcie sobie, że znalazłam tak punkt (cyt.):
Pracodawca kierując się troską o zdrowie pracowników wprowadza zakaz palenia tytoniu poza miejscami odpowiednio przygotowanymi i oznaczonymi. Intencją pracodawcy jest zachęcanie pracowników do walki z wszelkimi nałogami.
A miejsc nie wyznaczono. Same my se wyznaczyly. Mnóstwo. Z innymy nałogamy walki nawet nie podejmujemy. Dejcie żyć.

1497

Tuż przed położeniem się spać Prezes zadał mi niezręczne pytanie:
- A co z jutrem?
Co z jutrem? - pomyślałam. Co? Wtorek. I to odpowiedziałam.
- Ale czy ty mnie zawieziesz na dworzec?
- Wyjeżdżasz?
- Zapomniałem ci powiedzieć?
Zapomniał. Ojtam. Jestem ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego. Ustaliliśmy, że przestało być tak kolorowo i owszem, mogę go zawieźć, ale o 5.30, żebym na 6.00 była w domu. Wszakże muszę wyjść do fabryki.
- Bez sensu - podsumował. - Mam pociąg o 6.27, nie będę tyle sterczał na dworcu. Sam  pojadę.
Pan chce, pan ma.

Wstał o poranku sinym, pożegnał się grzecznie i przyobiecał, że następnym razem jednak mi powie coś o swoich planach. O 6.50 trzasnęły drzwi. Ki czort? - pomyślałam i zlazłam na dół w jednej pończosze. W przedpokoju stał Prezes. Zaniepokoiłam się nie na żarty.
- Co się stało?!
- Hmmm... - minę miał niewyraźną, ani chybi chciał coś ukryć.
- No gadaj!
- Zostawiłem auto na parkingu, poszedłem na dworzec, wlazłem na peron, a tam jakieś dziwne pociągi. W ogóle nie było tego do Warszawy. Okazało się, że kupiłem bilet, tylko w drugą stronę.

Owszem, zdziwiła mnie godzina odjazdu, ale kto by tam na kolejami nadążył. Pewnie znów zmienili rozkład. A tu niespodzianka.
Pojechał do stolicy samochodem. Ze 130 zł poszło z dymami pożarów.
Okazałam zrozumienie. Bo i co?
Haha - pokarało za ukrywanie planów.


Dzień dobry się z Państwem. Miłego dnia.

24 lutego 2014

1496

Doprawdy jestem zmęczona swym czarem osobistym, roztaczanym wokół. Może utnę sobie nogę albo coś i dadzą pracować? Już się jeden wzdychulec przypałętał. Obrączka na palcu lśni na kilometr. Zabawowy znaczy. Wzdycham.

Odstawiliśmy dziś prawdziwy taniec, tzw. godowy chodzony. Ponieważ zespół pieśni i tańca porannego polega na przemieszczaniu się, przy każdym przystanku inicjowałam kolejną figurę godowego chodzonego, usiłując pozbyć się kolegi. To wcale nie jest łatwe, bo człowiekowi zależy, żeby nie uskuteczniać jakiejś nachalnej ucieczki. A więc krok w lewo, dwa w prawo, symulowanie cofnięcia, skok do przodu. Odwracam się - stoi za moimi plecami. Kolejny przystanek - gwałtowne przyspieszenie, dołączenie do awangardy, zwód w prawo, wyskok, przykucnięcie. Odwracam się dyskretnie - stoi i się szczerzy. Psiakrew! Przy następnym przejściu zrobiłam gwiazdę i wymyk. Nie zdążyłam się obejrzeć... dmuchnął mi w kark. Pomyślałby kto, jak sprawny. Kupię sobie gaz. Albo paralizator.

Parę godzin później szukam odpowiedzialnego za sklejenie rozdziału do pewnej książki, gdyż pragnę go posiąść w wersji elektronicznej. Mam dużo cytowań - komu by się chciało to wszystko przepisywać. Z wstępnego wywiadu wynika, że sklejaczem był nikt inny, tylko...
Bogatemu to się, prawda, nawet byk ocieli.
I mamy kolejne figury, bo teraz ja gonię po trzech budynkach za nim.
Dorwałam. Podejrzanie się ucieszył. Ciekawe, ile razy będę musiała do niego po to pójść...
MĘŻCZYŹNI!

(szlocham)

1495

Ziew, ziew.
Zamówień nie odnotowano, więc obrazków nie ma.

Tzn. odnotowano, ale nieprecyzyjne. A uściślenia nie było. Więc obrazków nie ma.
Dziś demotywator, bo mi się nic nie chce (jak to przy poniedziałku). Uwaga:

Internet bez kotów byłby bardzo nudnym miejscem.


Zmotywujcie mnie.
Ziew, ziew.

23 lutego 2014

1494

Dziś rocznica utworzenia Armii Czerwonej. Oraz urodziny mojego Taty. Siedemdziesiąte ósme.

Od jakiegoś czasu staram się spełniać wszystkie jego zachcianki, jakiekolwiek by nie były. Nawet takie na pierwszy rzut oka niezbyt mądre. Myślę sobie, że to nie ma znaczenia. Jeśli czegoś pragnie, chcę mu się to dać. Wożę go więc w różne miejsca, kupuję zabawki (chłopcy nigdy nie wyrastają z zabawek, tylko repertuar im się zmienia), kłócę się na zawołanie na dowolny temat oraz - co najprostsze - dzwonię i jeżdżę do rodziców często i regularnie.

Na urodziny daliśmy mu PSP, bo gra na jakimś starym trupie sprzed 15. lat. No, może sprzed 10. Łupie w tetrisa. Takie hobby. Niech więc sobie łupie, kto bogatemu zabroni. Teraz ma więcej gier - może mu się któraś spodoba. Upiekłam mu naturalnie sernik, co rozpocznie kolejną maniakalną serię serników. Ale ojtam. Zawsze to lepiej, gdy zje taki upieczony przeze mnie niż miałby wpychać ciasto, którego składu nie znamy. No i na pewno przygotowując go myłam ręce, o sprzętach kręcących nie wspomnę.

Dostał też samodzielnie wykonany bukiecik. Proszę:


Takich kwiatów nadal się nie pije, ale za to można zjeść. Z pożytkiem doczesnym i wiecznym.

Kochany Tato!
W Twoje urodziny życzę nam obojgu, żebyśmy się mogli kłócić jak tylko najdlużej się da. I pamiętaj, proszę, czego nie robi się kotu. Córce tym bardziej.

22 lutego 2014

1493

I co? Myślicie, że mu tak wygodnie? Mówię o tym na górze, bo temu na dole nie - wiem na pewno, powiedział.


1492

Żeby nie było, że my tu sobie ze Zmorką w kuluarach rozmawiamy nie wiadomo o czym, oto rzut oka na obuwie, ktore nabyłam właśnie, tknięta impulsem.


Dziękuję bardzo, wiem, że śliczne. Nie chadzam w nieślicznych obuwiach. Jakiś czas się nad nim zastanawiałam, gdyż nawykłam do szpilek, a te mają obcas dość duży. Ale w końcu doszłam do wniosku, że jak będę chciała mieć kolejne szpilki, to sobie je kupię i kto mi zabroni.

Każdy ma oczywiście prawo myśleć i mówić na ten temat, co chce. Jednak, gdy się zastanowić, to wszyscy ludzie wydają na coś pieniądze i każdy dobiera taki rodzaj wydatków, jaki mu odpowiada. Ja lubię buty. I torebki. I jeszcze kilka rzeczy, ale buty najbardziej rzucają się w oczy, bo są często fikuśne. Co wcale nie znaczy, że drogie. Np. te kosztowały 69 zł. A ostatnio zrobiłam furorę butami w stylu marynarskim, za które dałam ni mniej ni więcej, tylko 20 zł. Taka była wyprzedaż. Owszem, nie wyglądają.

Ceny moich butów biorą się z tego, że ja nie kupuję obuwia z potrzeby. Nie, nie wiem, ile mam par. Zwykle w okolicach pięćdziesiątej nudzi mi się liczenie. Podejrzewam, że dobijam już do setki. Czyli - nie kupuję z potrzeby uzasadnionej, bo mam, a jedynie z potrzeby ducha. Od razu oświadczam, że ja w nich chodzę. Naprawdę. Właściwie nie niszczę szpilek, bo trwają w nieustannej rotacji, więc nie mam okazji. W związku z powyższym posiadam szpilki np. dziesięcioletnie, które lekko się zdezaktualizowały. Ale się ich nie pozbywam, bo są w bardzo dobrym stanie, a moda ma skłonność do nawrotów. Nie noszę tedy na okrągło stu par, bo część oczekuje na lepsze czasy. Ale z pięćdziesiąt to noszę. No i jest jeszcze obuwie sezonowe - nie latam w kozakach w upały.

Filozofia jest taka, że czarne buty to zło wcielone. Owszem - mam kilka par, lecz rzadko korzystam. A jeśli już wzuwam, jest to naprawdę uzasadnione resztą stroju. Dziewczyny - naprawdę: NIE KUPUJCIE SOBIE CZARNYCH BUTÓW. Nie. Ja to nawet do trumny uprzejmie poproszę jakieś odpalone w kwiatki. Np. tuż przed śmiercią kupię sobie coś Vivienne Westwood. Dajmy na to:

lub też:

I pojadę w tym do pieca. Jak żyła, tak zmarła. Ostatnia przyjemność.
Te z kulką to nawet bardziej.

Dygresyjka
Gdyby mnie zapytano o ostatnie życzenie, to zawinszowałabym sobie szpilki od Louboutina i powędrowała w nich godnie na szafot.
Koniec dygresyjki

Uważam, że człowiek powinien się odziewać kolorowo i obejmuje to obucie. Szczególnie obucie. Żyłam w czasach, gdy w sklepach były haki i obrażone ekspedientki i nie zamierzam do tego nigdy wrócić. Rozumiem, że mi wolno. Mogłabym wszak wydawać na wódkę. Albo hazard. Żigolaków. Lub też, nie daj Boże, futra. Fuj.

Lubię. Niech mi ktoś zabroni.
Przez ostatnie dwa lata skrzętnie powstrzymywałam się od wszelkich wydatków na siebie. Nie mam - nie upłynniam. Potrafię tak żyć, niby czemu nie. Ale nie sprawia mi to przyjemności. Dbam więc o siebie tak samo, jak o innych, a nie mniej. I to ma głęboki, filozoficzny sens. Jak nie wierzycie, to się zapytajcie psychologów.

21 lutego 2014

1491

Powiadam ci, świecie, że ja to jednak mam szczęście. Chyba, bo nie jestem w stanie sprawdzić tego do końca empirycznie. Mianowicie chodzi mi o najwyższą formę zaufania, czyli kontrolę.

Już któryś raz odnoszę wrażenie, że podlegam sprawdzaniu na okoliczność przebywania w miejscu świadczenia pracy oraz jej wykonywania. Rzecz jest o tyle absurdalna, że naprawdę mogę przebywać w różnych miejscach i jak najbardziej przy tym pracować. Np. u informatyków, dłubiąc w systemach (to jednak nie był żart z tym ożenkiem), u mojego bezpośredniego przełożonego, na spotkaniach różnej maści zespołów muzyczno - tanecznych itp., itd. I jak najbardziej oddaję się naówczas wysiłkowi intelektualnemu na rzecz fabryki.

Tymczasem dyrekcja naczelna nawiedza mnie dość systematycznie, bądź też za pomocą umyślnych. Preteksty są cienkie jak dupa węża i musiałabym nie mieć (uwaga - martu!) ŻADNEJ bruzdy, żeby w to uwierzyć. Ale udaję, że wierzę. I trochę mnie to męczy, bo miał się nie zapędzać, takie były plany, nie? Dokonałam badania terenowego i ustaliłam, że przed moim przybyciem w tej części budynku był, gdy planowano remont. Jakiś pierdylion lat świetlnych temu. Przez ostatnie dwa tygodnie: trzy razy (o tych przynajmniej wiem) samodzielnie i kilka za pomocą personelu.

Zeznałam bezpośredniemu przełożonemu, co następuje.
- A brałaś pod uwagę, że mu się podobasz?
- Nie sądzę.
- Hmmm... - mruknął taksując mnie wymownie od czubka głowy do stopy, zakończonej szpilką. W ten charakterystyczny sposób, znad okularów.
Nosz kurwa, tylko nie to! Wolałabym zostać w tej pracy niż się z niej zwalniać z takiego powodu. Może zacznę śmierdzieć, co? To jest jakiś sposób.

W ogóle to najbardziej mnie męczą zakładowe podpierdolki. Całe życie marzę, żeby móc po prostu pracować. Nie wdaję się w śliskie dyskusje. Jestem miła i bardzo grzeczna. Mówię: proszę, dziękuję i przepraszam (Marta - milcz!). Nie opowiadam o swoim życiu prywatnym, chyba że ktoś mnie przyszpili. To wtedy ogólnie, na temat stanu rodzinnego, kotów (to jest dobry temat, nośny). Nie uczestniczę w sporach. Uśmiecham się, słucham cierpliwie, mówię "dzień dobry" pierwsza każdemu, włączając panie sprzątaczki, bo niby czemu nie. Nie wymydli się.

Dziś wyciekło, że buty. To zawsze jest kością niezgody. Ludziom moje buty działają na nerwy. A przecież całość mojego stroju jest mniej warta niż zawieszki na łańcuszkach niektórych pań. Nie mówiąc o reszcie. I - nie łudzę się - dokładnie wiedzą, ile tam zarabiam. Więc nie ma czego zazdrościć.

Zmęczona jestem. Pewnie dlatego znów pojawiły się między uszami pytania z cyklu: co we mnie jest takiego, że nie mogę mieć spokoju. Nie, to nie przejdzie. Pracuję przecież już ze pietnoście lot, to wiem. Nie przejdzie. Wiele razy myślałam i mówiłam, że praca zdalna jest moim marzeniem. Nie musiałabym tego przerabiać na każdym stanowisku, w każdej firmie.

1490

Oto realizacja kolejnego zamówienia. Zofia o poranku. Jestem przekonana, że jej wymowne spojrzenie pobudzi Was do działania. Kaczko - zamawiaczko: szykuj się!

Kiedy stanęła w drzwiach, była szmaciarą.
Brudnym bezdomnym, którego nikt nie chciał.

Spojrzała żałośnie i zajęła pozycje strategiczną.

Po jakimś czasie lekko oczyściała i rozpoczęła milczącą obserwację.

Skromnie spuszczała wzrok, gdy się o niej mówiło.

Nie narzucała się specjalnie.
I tym uśpiła naszą czujność. Myśleliśmy sobie naiwnie: jaki spokojny, łagodny kotek, co to do trzech zliczyć nie potrafi.
HA! Hahaha!!!
Genialny planista. Omamić, uzależnić, wprowadzić nastrój niemożności pozbycia się. I działać!!!

Łazić w niebezpiecznych miejscach, powodując skoki ciśnienia u ludzi.

Wylegiwać się w strategicznych miejscach, powodując skoki ciśnienia u ryb.

Bezbożnie obziewywać świat z góry (a niech świat wie, jak mało znaczy).

Rozsiadać się bezczelnie z olewającym wyrazem twarzy.

Dokonywać ekwilibrystycznych popisów, mrożących krew w żyłach.

Mieć za nic zdrowie i życie. Własne oraz zgromadzonych.

Wszystko kontrolować i wszystkiego doglądać.

Panoszyć się bez litości.

I patrzeć ze wzgardą.

Spuszczać wzrok? Hahaha!!!

Zrzucać futro w każdym możliwym miejscu.

Bez przerwy adoptowac jakieś obce bachory.

Nadawać się w przesyłkach.

Dziwić się niby niewinnie. Że co? Że ONA?!

Zajmować minimum 1/4 łóżka.

Wysypiać w pozach niedbałych.

I dawać do zrozumienia, że ją ZAŁAMUJEMY...

Zofia...
Miss mokrego i suchego podkoszulka.
Wódz.
Polityk dekady.
Kierownik, dyrektor i prezes w jednym.
Bezwzględnie wymagający przełożony, który rzadko marchewką, ale chętnie kijem.

I tylko czasem, po cichutku, w tajemnicy... córeczka mamusi. Przytul. Ponoś. Podrap między paluszkami. Da się w tym domu być jedynaczką? Kolczyk ci upadł? Daj, ja poszukam. Mogę się położyć z tobą pod kołdrą? Było mi smutno samej w domu, bo te dwa matoły się nie liczą. Dobrze, że już wróciłaś. Kocham cię.

Ja też ją kocham.

20 lutego 2014

1489

Snafu narysowała komiksik. On jest branżowy. Ale.

Mianowicie on jest o wszystkim na świecie i ktoś jej powinien zaraz jakąś nagródkę. To jest punkt wyjścia do rozważań filozoficznych. Że istnieje jakaś rzeczywistość poza naszym systemem somatycznym. Że granice umysłów, choć niekoniecznie ciasne, ale z nawyku / lenistwa / konformizmu / wstaw dowolne, mogą nas dusić. I, tak naprawdę, robić przykrość.

W grę wchodzą tutaj również wszelkie niedasie. Bo ja nawet rozumiem, że ktoś święcie wierzy, że niedasie. W jego telewizorze postawiono system, który dasia nie uwzględnia. Zawsze się nie dało i teraz też się nie da. I teraz powstaje pytanie, czy ten człowiek wie, że są inne systemy niż binarne. Że gdzieś poza nim jest jakieś życie.

Przypomina mi się zawsze (pisałam o tym?) scena z filmu Mikrokosmos. Idzie, rozumicie, żuczek i pcha kulkę. Bardzo pracowicie. Z dużym wysiłkiem. I nagle mu się ta kulka nabija na patyczek. On pcha. Pcha. PCHA. Niedasie. Normalnie, mówię Wam, jak on tak pcha, to ja jestem spocona. Męczy się. Aż tu... refleksja. Odchodzi kroczek w tył, patrzy na tę kulkę, a potem: cyk ją z drugiej strony. Zrozumiał, że można inaczej.

My często nie rozumiemy.
Nasz system, ten, w którym żyjemy, pracujemy, działamy, jest jedynym nam znanym. Wcale nie dlatego, że jesteśmy tępi. Może dlatego, że tam czujemy się bezpiecznie. Nie, że nie wiemy, my nie chcemy wiedzieć, że są inne systemy niż binarne. Tam, gdzie jesteśmy, jest nam dobrze, ciepło i bezpiecznie. Wypieramy więc inne systemy. Bo ich istnienie nas niepokoi.

A finalnie mogłoby być lepiej.

Nieraz już się w życiu przekonałam, że ryzykowny krok w nieznane, otwarcie się na zmianę, na inność, przynosi dobre rezultaty. ZAWSZE. Tylko musimy zrozumieć, że wszystko, co się dzieje, dzieje się właśnie dla nas. Nie przypadkiem, nie na złość. Dla nas. Żebyśmy się mogli czegoś nauczyć, coś zrozumieć, rozwinąć się, polepszyć.

Otwórzmy się na świadomość istnienia innych systemów niż binarne.

PS A tak w ogóle to ten komiks bardzo mnie śmieszy.
A dziecko ma anginę jak dzwon.

1488

Z życia fabryki.

Wieloosobowy zespół. W szpicy zespołu szef. Przy szefie awangarda. Z tyłu liczne podzespoły, naradzają się w ważkich kwestiach. Mój podzespół np. rozważa, czy uda się dziś coś wypić, gdzie i z kim. Czyli: sprawa kluczowa. Ogólnie przyjemna atmosfera. Aż tu nagle...

Szef: PANI MAGISTER!!!
Łoterloo (waląc kopytami, aż echo niesie po korytarzu): TA ES, szefie!
Szef: Zdjęcie!
Loża Szyderców (scenicznym szeptem): Nago!
Szef: Ale JA nago?
Loża Szyderców: Z całym uwielbieniem, szefie, ale wolimy koleżankę.

Gwoli wyjaśnienia. Figę mnie interesuje pojedyncze zdjęcie, które ktoś tam ma zrobić. Mnie chodzi o funkcjonowanie systemu bankowania danych, na co pojedyncze zdjęcie ma wpływ zerowy. Ale huknął od magistrów publicznie, nie?
Dodatkowo jest tak, że wszyscy mówią sobie po imieniu. Szef też mówi do nas po imieniu. W kuluarach albo jak ma dobry humor. Publicznie, nawet we własnym sosie, a także w chwilach przesilenia (pińcet razy dziennie), wyzywa od magistrów. Albo i innych doktorów.

System bakowania danych podobno nie działa. Gówno. Wiem, że działa, bo się zapoznałam. Nadspodziewanie dobrze działa - muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. A mnie niełatwo zaspokoić, gdyż jestem kobietą dojrzałą (wiem po napisach na kremach) i od miziania w piętkę nie dostaję amoku. Ale szef uważa, że nie działa. Argument?
Szef: Chcę zdjęcie i nie dostaję.
I teraz zgaduj-zgadula, gdzie problem. Może powiedział w swoim gabinecie, gdy był tam sam:
- ZDJĘCIE!
I dupa. Nie spadło z nieba. Może nawet chciało. Może nawet wszystkie chciały, stały w blokach startowych, tylko nie wykapowały, które jest wołane. A jest ich kilka tysięcy i liczba stale się powiększa. Tedy szef prawdę mówi: NIE DZIAŁA.

1487

Ziewam, lekko kiwiąc się nad klawiaturą. Coś słabo mi się dziś wstawało. Nawiasem mówiąc dyscyplina, którą sobie narzuciłam w okresie lumpenproletariackim, polegająca na wstawaniu o 7.00 choćby nie wiem co, przynosi teraz efekty. Co prawda wstaję o 5.30, ale gdybym przestawiła się wtedy całkowicie na nocny tryb życia - to za cholerę teraz nie uchyliłabym powieki.

Dziś pierwsze spotkanie zespołu, powołanego przez Łoterloo. Oby tylko nie okazał się on moim waterloo, hehe. Z drugiej jednak strony - dostrzegam potrzebę rozmów w grupach, albowiem w fabryce funkcjonuje zasada, jak w poniższym skeczu:


Czyli kontaminacja zabawy w głuchy telefon i pomidora (łon łonemu, łon łonemu). Czeski film, nikt nic nie wie, wszyscy mają za złe. Tymczasem odsłonięta przez moi rzeczywistość wygląda jakby nieco inaczej niż w przekazach. Znaczy - mnie się podoba. A ja jestem dość wybredna, więc to nie jest łatwe.

W domu pomór i szpital na peryferiach. Ja i koty trzymamy się nieźle. Chłop na urlopie. Dziecko w łóżku. Tak! W łóżku! Czyli nie symuluje, bo ją trudno utrzymać w pozycji horyzontalnej od zamierzchłego szczenięctwa. Podejrzewam anginę. Umówiłam wizytę u lekarza. Młoda szemrze (bo gadać nie może), że leżeć nie będzie, bo potem nie nadrobi zajęć, ale ja wiem swoje. Już przerabiałyśmy serię trzech angin pod rząd.

Czyli jak zabawa, to zabawa!

19 lutego 2014

1486

MamaPiotra zawinszowała sobie szczurzy początek dnia. Ona jest straszliwie niezdyscyplinowana, w ogóle nie słucha, co do niej mówię, a już z czytaniem tego, co piszę... tragedia. Napisałam, że w środę, TAK? No to myszki w poniedziałek nie są szczurami w środę. Przyjąć do wiadomości, kopytami trzasnąć i odmaszerować do zajęć.

Albo nie. Najpierw szczurzy poranek (dziękuj).

Nie zakopywać się w piernaty!

Nie owijac bezecnie w kołderki!

Wstajemy! Ostatni ziewek...

Odkładamy przytulanki. No, odkładamy! Wszyscy jesteśmy dorośli!!!

Higiena to podstawa.

I, ma się rozumieć, śniadanko.

Jeszcze malutki buziaczek...

I DO ROBOTY!!!

Wspominałam o czapeczce? Bo kogoś zwolnię!

To miłego dnia. Pamietajcie, że jesteście... 


...królami świata. I królowymi, ma się rozumieć. Z tym że królowe są oczywiście ważniejsze. Dyskusję na ten temat wygrałam oczywiście walkowerem. I słusznie. Na miejscu panów też bym odpuściła. No.

18 lutego 2014

1485

Wyszła dziś na jaw pewna sprawa, której zupełnie nie wzięłam pod uwagę w mych bujnych rozważaniach na temat zachowywania się w pracy. Otóż wygląda na to, że oni mię bierą za jakąś gówniarę! Wychodzi, że kadrowa nie pokazała dotąd całemu światu mego cefał. Szalenie interesujące.
A było tak.

Rozmawiam niezobowiązująco z jednym z moich pracowników na tematy niezwiązane.
- Słuchaj, przepraszam, że pytam, ale ile ty właściwie masz lat?
- 26.
- Oboszszsz... Mam córkę niewiele młodszą od ciebie.
- Jasne! Adoptowaną!

Wiecie, ja zawsze w tym miejscu wstawiam tekst, że jestem ciekawa życia, wcześnie zaczynałam i urodziłam to dziecko w wieku lat trzynastu. Ale mnie tkło.
Bo może oni sądzą, że mi się kółko od nocnika na dupie jeszcze odciska, hę? Wezmę chyba zamiast ydentyfykatora przypnę do piersi obfitej dowód osobliwy z PESELem. To może polepszyć relacje.
Gwałtownie.
Szokowo.

1484

Dora poruszyła delikatną strunę w instrumencie spotkań cyklicznych, dotyczącą krytyki. Oczywiście jest jasne, że w tej sferze musimy być z szefem całkowicie zgodni. Wobec powyższego postępujemy według następującego schematu:
1. szef krytykuje mnie,
2. ja krytykuję mnie.
W ten oto sposób uzyskujemy miłą atmosferę, gdzie przełożony ma zawsze rację. I nawet nie ma punktu drugiego.

Następnie zapewniamy się o czym tylko możemy, czyli ja zapewniam szefa, że trwam w gotowości i jeśli tylko mogę w czymkolwiek pomóc, to on gwiżdże, a ja:


W miarę możliwości bez muskania podłoża.

I wcale nie jest źle, bo zadałam jednak z pewną taką nieśmiałością to trudne pytanie, czy ja muszę w środy uczestniczyć w tym, w czym uczestniczyć za cholerę nie chcę. Bo może li tylko chciał mi pokazać, jak to wszystko funkcjonuje.
I... nie. Chyba że chcę. NIE CHCĘ. Bardzo dziękuję za honor, wdzięczność wprost mnie przytłacza, ale nie. Troszkę był zawiedziony, że nie podzielam jego pasji, lecz słowo się rzekło. Ufff...

Nawet kawę dostałam. I miałam być 15 minut, a byłam godzinę.

Ach! Jak sobie pomyślę, ile to jeszcze obsesji ujrzy światło dzienne przez najbliższe miesiące, to nie posiadam się z radości.
Dziękuję za uwagę, idę na inne spotkanie cykliczne.
Cześć, pa, kupcie mi coś.

1483

Rinonka się doczekała. Chociaż i tak pewnie obejrzy to w nocy. Znaczy - w naszej nocy, bo ona to przecież stoi do góry nogami i wszystko ma na odwrót.

Choć włos Wam się jeży na głowie
i próbujecie się ukryć
(wykazując przy tym nieoczekiwane zdolności)
a może nawet i zwiać!
Nie róbcie z siebie idiotów.
...
Nóżki z łóżek do paputków,
okularki na noski i...
DO ROBOTY!!! (Jaką tam kto ma).
I śmiejcie się z tego. Ja to mam dopiero przerąbane...