21 stycznia 2017

2387

No i przygarnęłam sobie rycerza z bożej łaski, któren to rycerz broni mnie przed całym światem. Głównie przed Leśkiem. No, cóż... jaka królewna, taki rycerz. Dochodzi do przekomicznych scen dantejskich, kiedy to łupię rycerza w wielki łeb poduszką, żeby zamknął warkot i on się do mnie odwraca ze spuszczonymi uszkami i oczami, w których widać miłość całego świata, po czym robi zwrot i charczy, jak nienaoliwiony motorek, żeby nikt mnie nie tknął, nie musnął nawet i nie chuchnął w moją stronę. Przy czym nie jest to jakaś ukonstytuowana nienawiść - na co posiadam dowód liczący minutę. O, proszę:


Chodzi tylko o to, że jestem boginią i jako taka mogę przyjmować hołdy wyznawców tylko z daleka (żeby buciorami nie nadeptali). Aż jestem ciekawa, dokąd to wyewoluuje.

Powolutku uczymy się siadać. Pies, który nie umie usiąść na komendę, jest bardzo uciążliwy. Doszłam do wniosku, że pora na to, bo Morgan zaczął się już spokojniej zachowywać przy wydawaniu posiłków. Wcześniej biegał jak oszalały, teraz potrafi ustać w miejscu. Kiedy nauczę go siadać i jeść na komendę, to reszta z górki. W końcu najważniejszy jest mój komfort, reszta stoi w kolejce.

Poza ześwirowaniem na moim punkcie, jest to kochane, dobre, przyjacielskie i spokojne zwierzątko. Będziemy go jeszcze raz prać (i innych przy okazji też), szarpnęłam się na jakieś masakrycznie drogie kosmetyki normalizujące (ma niewielki łupież) i zapobiegające linieniu, sami takich wyuzdanych nigdy nie mieliśmy. Owszem, to dość wypasiona wersja - tak być u nas psem lub kotem. Czeszemy się regularnie, sierść, połamana i zniszczona ciasno zapiętą i nigdy niezdejmowaną obrożą, odrasta. Wie już, że z sikaniem należy wychodzić do ogrodu i potrafi ładnie się o to upomnieć. Mniej niż pozostałe psy lubi wychodzenie, chyba obawia się, że mu dom odjedzie. Nadal się nie bawi, ale już wie, do czego służą różne smakołyki. Tak, na początku w ogóle ich nie chciał. Przekonał go dopiero wędzony gnat, choć zajmował się nim znacznie krócej niż pozostałe psy. Teraz lubi i cieszy się za każdym razem, gdy zbliżam się do zwierzęcej szafki.

Zasadniczo nie stanowi żadnego problemu dla nas, a jedynie dla siebie - strasznie za mną tęskni, nawet jeśli wychodzę tylko wrzucić coś do bagażnika samochodu stojącego przed domem. Ale cóż... musi zrozumieć, że ludzie wychodzą i wracają. Choć sądzę, że będzie miał z tym problem do końca życia. Czekamy wiosny, żeby mu pokazać, jak fajnie się u nas mieszka, kiedy drzwi na taras są cały czas otwarte, a psy i koty mają do swojej dyspozycji ćwierć hektara, kiedy tylko im się zachce. Liczę, że to mu się spodoba.


14 stycznia 2017

2386

Mamy takiego troszkę upośledzonego sąsiada. Nie jest groźny ani szkodliwy, tylko jakby stale naburmuszony. Zawsze uśmiecham się do niego i mówię "dzień dobry", i wtedy on też mówi mi "dzień dobry". Oczywiście jeśli nie powiem, to on też nie powie. Zdarza się nam nawet wymienić po jednym zdaniu, wyłącznie z mojej inicjatywy. Aby nie używać zbyt długich opisów (np. ten śmieszny, trochę upośledzony sąsiad z prawej), bo to nieekonomiczne, mówimy o nim "dziwny chłopek", bo rzeczywiście jest troszkę dziwny i faktycznie jest takim małym chłopkiem. Mówimy to z sympatią, bo nie widzimy powodu, żeby go nie lubić, mimo że jest burkliwy.

Lesiek bardzo nie lubi dziwnego chłopka i dziwny chłopek nie lubi Leśka. Trudno orzec, co było pierwsze. Natomiast dziwny chłopek bardzo lubi Hanię, ponieważ Hania, gdy była mała, zawsze zakradała się do tych sąsiadów przez kocią dziurę w płocie, a potem - pełna radości, optymizmu i miłości do ludzi - biegła do dziwnego chłopka, nie zważając na jego burkliwość, lizała go w rękę, przewracała się na plecki i żądała miziania po brzuszku. I dziwny chłopek się cieszył, i miział. Teraz Hania nie mieści się już w rzeczonej dziurze, ale towarzyszy czasami przechodzącemu wzdłuż płotu dziwnemu chłopkowi i wymieniają uprzejmości. On coś tam mówi do niej czule, a ona się cieszy i oboje są zadowoleni.

Teraz przybył nam trzeci pies i dziwny chłopek jest bardzo niezadowolony, ponieważ Lesiek go nie lubi, więc Morgan też go nie lubi. I obaj drą ryje na dziwnego chłopka przez siatkę. Lesiek barytonem, a Morgan sznapsbarytonem. Na szczęście nie przeszkadza to dziwnemu chłopkowi odpowiadać na moje "dzień dobry". Podejrzewam jednak, że gdyby wlazł na naszą posesję, to i Lesiek, i Morgan natychmiast zmieniliby do niego stosunek, ponieważ uznaliby go za gościa, a nasze zwierzęta wprost uwielbiają wszystkich gości. Taka zmiana jest dla mnie oczywista. Natomiast ciekawi mnie, czy powróciliby do sąsiedzkiej niechęci po takim spotkaniu. Może kiedyś uda nam się to sprawdzić.

Takie tu mamy we wsi skomplikowane relacje.

12 stycznia 2017

2385

Racja, racja, z wrażenia nie zaprezentowałam Państwu Morgana. Proszę uprzejmie.

Oto Morgan Nakanapowy
A tu zdjęcie ze strony schroniska - z bardziejszą twarzą.

Ma orzechowe oczy
Bardzo grzeczny piesek, jak na psa schroniskowego, naprawdę. Oczywiście nie wie rzeczy, które Lesiek z Hanką mają opanowane do perfekcji, czyli nie reaguje na komendy (poza "chodź tu" i "nie wolno"), ale to pikuś, bo za jakiś czas się nauczy.

Korzystając z okazji chciałabym coś powiedzieć osobom, które myślą o adopcji zwierzęcia ze schroniska. Pamiętajcie o jednej ważnej rzeczy - nie ma zwierząt bezproblemowych. One nie istnieją. Może się Wam tak wydawać, gdy czytacie u mnie te laurki, ale pamiętajcie, że my mamy do zwierząt specyficzne podejście i na byle głupstwach się nie skupiamy.

Morgan obsikał nam w pierwszy wieczór cały dom: ściany, stół, krzesła, kanapę, kominek - wszystko. Nie jadł suchej karmy i nie jadł z miski. Był nadpobudliwy. Zarzygał mi dokumentnie całe auto, którego nie mam jak wyprać i marzę o wiośnie, żeby pojechać na karcher albo go kupić, wyprać siedzenia i podłogę i móc wysuszyć. Bał się każdego głośniejszego dźwięku. Dostał ataku histerii, gdy Prezes wkładał go do wanny. To jest norma. I to nic nie znaczy.

W wychowaniu (kogokolwiek) stosuję przez całe życie jedną niezłomną zasadę: co włożysz, to wyjmiesz. Miłość, spokój i konsekwencja, to wystarczy. Ucz i nagradzaj. Dobre słowo lepsze niż tysiąc złych. Owszem, czasem trzeba długo. Tak, zdarzają się nieliczne przypadki chorób psychicznych, ale to margines.
Mamy jedno dziecko, trzy koty i trzy psy. Wszyscy - poza dzieckiem - są adoptowani (jeden kot nawet wykupiony) i swoje w życiu przeszli. W schroniskach nie ma zwierząt bezproblemowych. Każde z nich przeszło traumę i trzeba mu pomóc to wyleczyć. Jeśli oczekujesz, że weźmiesz do domu idealnie wychowane i spokojne zwierzę... kup sobie w sklepie figurkę, postaw na półce, a osiągniesz stuprocentową satysfakcję. Zwierzęta mają takie same emocje, jak my: boją się, cierpią samotność, przeżywają stresy. Nie oczekuj od porzuconego lub torturowanego zwierzęcia, że w ułamku sekundy otworzy przed Tobą swoje serce. Najpierw udowodnij, że go nie zawiedziesz.

Lesiek i Hania, też przecież ze schronów, wiedzą, że trzeba grzecznie usiąść w wiatrołapie i podawać łapki do wycierania. Morgan tego nie wie i przy pierwszym czyszczeniu łap ze strachu kulił się na podłodze. Dziś nadal nie potrafi usiąść spokojnie i podawać po kolej kończyn, ale bez stresu daje się "oporządzić". Lesiek i Hania wiedzą, że gdy idziemy z miskami, należy grzecznie usiąść i nie wolno tykać jedzenia, póki karmiciel nie pozwoli. Morgan tego nie potrafi, ale już je suchą karmę i w dodatku z miski. U moich rodziców w ogóle jej nie jadł, a na początku musiałam karmić go z ręki. Nie potrafi się bawić, nie rozumie, o co chodzi z tym radosnym podnieceniem na widok piłki. Lesiek już we wtorek wieczorem przynosił mu swoje maskotki - bez skutku. Biegnie za piłką, bo wszyscy biegną, a nie dlatego, że chce ją gonić. Nie wie też, że nie wolno na nikogo skakać.
Takich rzeczy jest mnóstwo. Jeszcze nie wkraczamy z żadnym szkoleniem, bo na to zbyt wcześnie. Najpierw musi uwierzyć, że tu jest dom. NA ZAWSZE. Bez względu na okoliczności.

Dziś była radość, bo Morgan biegał po domu i ogrodzie z podniesionym ogonem. Tak ma być. Uszy powinny stać (ma radary, jak Lesiek, tylko mniejsze) i ogon też. Kiedy jest się u siebie, to nie trzeba podkulać kity pod pupę. Wczoraj pierwszy raz zaszczekał* i okazało się, że ma chrypę i łufłufa sznapsbarytonem.

U nas jest łatwiej, bo jest stado. Kiedy Morgan czuje się nieswojo, patrzy na inne psy. Jeśli one są wyluzowane i się cieszą, to wie, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Ale my też zaczynaliśmy od jednego psa.

Wzięłam urlop psierzyński i jestem z nimi w domu do końca tygodnia. Morgan, prócz rzeczy, których nie wie, posiadł jedno niezłomne przekonanie: że trzeba mnie pilnować jak oczka w głowie. Wczoraj wyskoczyłam do centrum kulturalnego wsi**, nie było mnie z pół godziny. Kiedy wróciłam, ukochałam wszystkich po długiej podróży i usiadłam na kanapie. Pies w te pędy zalogował się na moich kolanach i...
- Popatrz - powiedział Prezes. - Morgan się wzruszył, że już jesteś.
On płakał.

Dla takich chwil warto znieść różne niedogodności. Co polecam Waszej łaskawej uwadze.
#NieKupujAdoptuj


PS Z kotami jest tak samo, tylko trochę inaczej :)



* Jest taki śmieciarz, którego Lesiek nienawidzi i zawsze robi piekło, więc reszta się podłączyła. Za to listonoszkę uwielbia, więc Morgan też.
** Biedronka.

10 stycznia 2017

2384

Państwo pozwolą...

TRÓJKOT
i...

CZIPSY
Jestem wyczerpana.

Morgan (Freeman) jest rezydentem tymczasowym moich rodziców. Bardzo intensywnie szukaliśmy dla niego domu, ale się nie udało. Klamka zapadła - zwrot do schroniska. W połowie drogi pies położył mi łapki na udzie i spojrzał w oczy. A w tych oczach było wszystko. Po prostu rozpłakałam się, wrzuciłam kierunkowskaz i zjechałam prosto do domu. Zostawiłam psa w samochodzie, wpadłam do gabinetu prezesa z tuszem rozmazanym malowniczo po całej twarzy i wysmarkałam:
- Ty go odwieź, ja nie dam rady.

No.
To mamy czipsy.
Koty są zainteresowane. Ale kara na pewno nastąpi.

PS Kiedy usłyszeliśmy podjeżdżający samochód Zuzi, Prezes nagle musiał coś zrobić w kotłowni. I zostawił mnie samą. A ona weszła, popatrzyła i powiedziała:
- Żeby mi tylko nikt nie mówił do niego Murzyn.
No, ale fakt. Jaka miałaby być? Przecież to MOJE dziecko.

4 stycznia 2017

2383

Stoję sobie rano przed fabryką (spóźniona jak zwykle) i jaram. Wtem z przeciwka nadbiega ku mnie koleżanka, z daleka macha i zanosi się płaczem. Trochę mnie zmroziło. I to zanim dowiedziałam się, o co chodzi, bo potem zmroziło mnie bardziej.

Otóż jechała do pracy przez centrum miasta wojewódzkiego. Warunki niekorzystne, więc powoli (mówi, że czterdziestką, ale ja ją znam - chciała zabłysnąć, najwyżej 30). Nagle we wstecznym lusterku zamigotały światła zbliżającego się z dużą szybkością radiowozu, więc grzecznie zjechała w prawo, robiąc mu miejsce. Radiowóz minął ją i gwałtownie zahamował, zajeżdżając drogę. No to się zatrzymała i czeka.

Wysiadło dwóch policjantów, podeszli do niej i zaczęli zachowywać się agresywnie. Ona jest miękka i prędzej uwierzę, że przeniosła staruszka przez strumień na własnych plecach niż złamała jakieś przepisy albo komuś odpyskowała. Pokrzykiwali na nią, kazali okazać dokumenty, natarczywie pytali, czemu zwolniła i zjechała w stronę brzegu jezdni. Zgodnie z prawdą odpowiedziała, że widziała ich sygnał świetlny i pośpiech, więc uznała, że należy zrobić przejazd. Na co pan policjant oznajmił, że stanowi zagrożenie w ruchu drogowym, znacznie przekroczyła dopuszczalną prędkość (sic!) i zabiera jej prawo jazdy. I żeby nie podskakiwała, bo on ma świadka, po czym wskazał na kolegę.

Dziewczyna kompletnie zgłupiała i zaczęła pytać, o co im chodzi. W tym momencie panowie zmienili zdanie i powiadomili, że mogą nie odbierać jej prawa jazdy, ale musi przyjąć mandat karny w wysokości 350 zł, a do tego 10 punktów. Spanikowała, bo gliniarze nie oddali jej dokumentów i przyjęła mandat oraz punkty.

Szlag mnie jasny trafił, bo to już jest skurwysyństwo. Jak bardzo jestem zwolenniczką wzmacniania pozycji policji i budowania szacunku wokół służby, to jednak bandyctwa nie znoszę.
A sytuacja jest kompletnie bez wyjścia, bo oni są bezkarni.
Przerażające.

31 grudnia 2016

2381

Życie ma to do siebie, że nie zawsze układa się po naszej myśli. Ba! Czasem drastycznie nie układa się po naszej myśli. My natomiast mamy to do siebie, że uważamy, jakoby wymyślony przez nas scenariusz był najlepszym z możliwych. Jedynym wręcz.
Bullshit.

Kiedy jako dwudziestotrzylatka zostałam sama z dzieckiem, rozbabranymi studiami i bez źródła utrzymania, wydawało mi się, że to absolutny koniec - świat się zawalił, nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną szalejąca naówczas, dwuletnia Zuzanna.
Dziś mam 43 lata, Zuzanna 22 i nadal żyjemy.

Kiedy miałam 25 lat, wypowiedziano mi bez zbędnej zwłoki najem mieszkania. Zostałam sama z maleńkim brzdącem, bez dachu nad głową i alimentów, najniższą krajową raz w miesiącu i przerażeniem między uszami. Wydawało mi się więc, że oto nadszedł absolutny koniec świata, który kolejny raz uprzejmie się zawalił, a ja nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną czteroletnia Zuzanna.
Nastąpiła niebywała mobilizacja: mama znalazła dla nas maleńkie mieszkanie w bloku sprzedawane na licytacji, tato się zadłużył, przekupiłyśmy częściowo, a częściowo wzięłyśmy na litość drugiego chętnego, który wraz z nami stanął w szranki i po raz pierwszy w życiu byłam u siebie. Ciasne, ale własne.

Kiedy miałam 27 lat, wyrzucono mnie z pracy na bruk. Zostałam sama z dzieckiem, rozbabranymi studiami podyplomowymi i bez źródła utrzymania. Rynek już wtedy nie był łatwy, przy tym nie było internetów odpowiadających na wszystkie pytania, nie mogłam znaleźć pracy i wizja całkowitego upadku stawała się coraz bardziej realna. Wydawało mi się więc, że oto nadszedł absolutny koniec, świat znów się zawalił, nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną sześcioletnia Zuzanna.
Znalazł się ktoś, kto mi pomógł, dzięki czemu w kolejnej firmie zakotwiczyłam na następnych dwanaście lat: z całkiem niezłymi zarobkami, które pozwoliły na zakup używanego samochodu (pierwszego, drugiego, a potem trzeciego), wzięcie kredytu hipotecznego i przeprowadzkę na większy metraż oraz utrzymywanie przez pewien czas nas trojga, bo Prezes akurat przebywał na radosnym bezrobociu.

Kiedy miałam 39 lat w mojej firmie ostatecznie się skisiło, więc - wyrobiwszy uprzednio stosowne kontakty - pobrałam oferowaną kasę i odeszłam. Wszystko układało się w miarę dobrze i wyglądało, że bez pracy pozostanę jakieś dwa miesiące, na co miałam środki. Tymczasem sytuacja zmieniła się diametralnie i zostałam ze szczątkowymi pieniędzmi na dwa lata. Świat mi się zawalił - miałam 40 lat, za to nie miałam najmarniejszej wizji na jakiekolwiek zajęcie, co w miarę upływu czasu wpędzało mnie w stan nieomal depresyjny i kółko się zamykało.
I znów znalazł się ktoś, kto podał mi rękę. Musiałam całkowicie zmienić profil, uczyć się jak szalona, ale na moje konto spływała wypłata*. W stosunkowo krótkim czasie moją umowę zmieniono na czas nieokreślony, Prezes zdecydował się na migrację do międzynarodowego korpo, znów wzięliśmy kredyt i kupiliśmy piękny, nowy dom, w którym jesteśmy niewyobrażalnie szczęśliwi i bogaci w czworonogi oraz dwuipółmetrowe choinki na święta.

Czas pomiędzy wystąpieniem poważnego życiowego problemu a jego rozwiązaniem każdorazowo był dla mnie niewyobrażalnie trudny, bolesny i pełen lęku. Nie znajdowałam żadnego punktu zaczepienia, nie mogłam niczego zaplanować, jutro było czarną dziurą w dupie murzyna przebywającego w ciemnym lesie o północy. Nie zmarnowałam tego.
Nauczyłam się wielu różnych rzeczy oraz pokory. Ona jest zawsze wartością dodaną. Słowo.

Moi Drodzy!
Z okazji nadchodzącego roku nie życzę Wam, żeby Wasze ścieżki zawsze były proste. Życie pozbawione cierpienia jest puste i niczego nie uczy. Życzę Wam zupełnie czegoś innego.
Żebyście potrafili rozwiązywać problemy.
Żeby w Waszym otoczeniu znalazł się zawsze choć jeden dobry człowiek, który Was wesprze, poda pomocną dłoń, chusteczkę jednorazową, a w odpowiedniej chwili zasadzi kopa w tyłek. Nie ten jest bowiem przyjacielem, kto zawsze głaszcze, ale ten, kto potrafi w stosownym momencie wsadzić palec w oko i przekręcić. To mobilizuje.
I w końcu... by kłopoty, z którymi sobie nie poradzicie sprawiły, że staniecie się lepszymi ludźmi. Życie to wędrówka i tylko wtedy ma jakiś sens. Stanie w miejscu niczego nie wnosi. Bądźcie dobrzy dla innych. Pomagajcie słabszym. Pamiętajcie, że zrozumienie jest lepsze niż krytyka. Dajcie sobie i innym wolność i prawo do stanowienia o własnym życiu. Dużo się uśmiechajcie. Żyjcie z myślą, by - kiedy Was zabraknie - innym zrobiło się nudno. Wstawajcie każdego dnia z głębokim przekonaniem, że każdy z Was zrobi dziś wszystko, by być dobrym, przyzwoitym człowiekiem.
Myślę o Was,
Najlepszego w nowym roku!


* Wszystkim, którym nie chce się wstawać rano do roboty, powiadam: praca nie jest karą, tylko błogosławieństwem. Bądźcie wdzięczni, by nigdy nie zakosztować, co to znaczy, gdy się jej nie ma.

20 grudnia 2016

2380

Proponuję połówkowy odbiór przemeblowania.

Tak wygląda obecnie część wypoczynkowa salonu:


Jak widzicie, brakuje górnego rzędu półek, czyli nadstawek, które mamy zamiar nabyć jutro, jeśli IKEA się zatowaruje. Prezes chce jeszcze źródła światła na nadstawkach, mnie nie zależy, więc się zgadzam. Zamierzam wymienić zasłony na kolorystycznie zbieżne z kanapą. I koniec remontu.


Ścieżka zdrowia dla psów została, oczywiście, przewidziana.


Brakuje nam lampy nad kanapą. Szukam. Podobno mężczyźni zawsze narzekają, że kobiety nie wiedzą, czego chcą lub nie umieją wybrać. Prezes narzeka (potwierdzając teorię, że trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona), że ja zawsze i niezwykle precyzyjnie wiem, czego chcę oraz dostaję wścieku, jeśli nie mogę tego kupić.

Czego chcę*? Chcę lampę podłogową o kształcie łuku, chromowaną i nieszczotkowaną, o wysokości ok 2 m, rozpiętości maksymalnie 1,90 m, z kloszem typu bow lub, jeszcze lepiej super bow o średnicy nie mniejszej niż 40 cm. I, owszem, można takie kupić, ale z białym kloszem, na czym pewnie się skończy, bo stracę cierpliwość.
Kiedy kupimy tę lampę, uzyskamy profesjonalne miejsce do gnicia z książką. Stanie w prawym, z Waszego punktu widzenia, rogu, by zwisnąć wprost nad kanapą. Niu, niu, niu.

Nadal nie został rozwiązany problem tzw. coffee table, ponieważ ten, który mamy, jest idealny w rozmiarze, ale kolor ma od czapy. Natomiast to, co oferuje rynek, jest zgodne kolorystycznie wyłącznie w wersji ławy. Z tym się jednak nie spieszę, wierząc, że kiedyś się uda.

Przemeblowanie salonu pociągnęło za sobą pewne zmiany na piętrze. Ocaliłam stary komplet wypoczynkowy, który jest nie do zdarcia (ma prawie 20 lat), a Zuzia zakwiliła, że chce go zabrać ze sobą, gdy będzie się wyprowadzała. W związku z tym zrobiłam dobrze gościom, likwidując w pokoju gościnnym duży regał na książki (mały został, gdyby się komuś chciało niezobowiązująco poczytać bez proszenia o lekturę - no... wszystkie książki się nie zmieściły) i wstawiając tam kanapę. Teraz można spędzić u nas czas we własnym pokoju, jeśli ktoś potrzebuje więcej prywatności - i nie trzeba do tego leżeć w łóżku, a można posiedzieć na kanapie. Jestem nawet gotowa dokupić jakiś malutki stoliczek, żeby można było na nim postawić kubek z herbatką.

Z sypialni zniknął jeden regał na książki, drugi zmienił miejsce i zapełni się pudełkami na drobiazgi (nie znoszę tzw. kurzozbiorów i nie będzie mi luzem śmietnik stał po półkach) oraz jednym rzędem książek świeżo zakupionych i przeznaczonych do pierwszego czytania. Symetrycznie po obu stronach szafek nocnych stanęły fotele z rzeczonego wypoczynku, bo przecież koty muszą mieć jakieś kulturalne warunki do spania.

Odsiano jedną komodę i jeden regał. Oraz obraz, gdyby ktoś był zainteresowany**. W całym domu.
Koszt: 5.000 zł na raty 0%.

Dziękuję, jestem z siebie bardzo zadowolona.


* Teraz ten popis, jak ja dokładnie to określam.
** Obraz jest bardzo przyjemny, ale nie mam na niego pomysłu. Mogę również wysłać kurierem, jak obmyślę sposób zabezpieczenia.


18 grudnia 2016

2379

Drodzy i mniej drodzy!

Wydawało mi się zawsze oczywiste, że każdy, kto poświęcił trochę czasu na lekturę tego bloga, zdaje sobie sprawę, że nie piszę go po to, żeby się komukolwiek podlizywać. Ponieważ blogerom często zadaje się pytanie dlaczego piszą (lub dlaczego zaczęli pisać), też w końcu zadałam sobie takie pytanie i doszłam do wniosku, że utrwalam w ten sposób skrawki rzeczywistości - ergo: piszę tak naprawdę dla siebie. A od kiedy fejs zaproponował nam usługę w postaci możliwości przeglądania wspomnień z danej daty, to już po prostu jest bajka. Wracam do danego dnia sprzed roku czy lat kilku i mam wiele radochy. Nie prowadzę bloga komercyjnego ani tematycznego, nie mam ambicji narąbać se poczytalności czy tutaj zarabiać. W związku z czym mogę sobie, co chcę.

Zwykle chcę dość lekko, bo lubię moje pozbawione ambicji, proste i nudne życie. Jest naprawdę dobre.

Czasem świat powiedzie mnie w felieton społeczny (czy coś w tym guście), ale nie za często.

Zasadniczo lubię interakcję z czytelnikami. Bardzo byłam wzruszona, gdy kibicowaliście procesowi ozdrowieńczemu moich kotów, a także zostawialiście ślad, że myślicie, jesteście obok, gdy ukochane zwierzęta odchodziły. Czytałam Wasze komentarze wielokrotnie - bardzo podnosiły mnie na duchu i wspierały. Z przyjemnością poznaję Wasze opinie na różne tematy, a nawet - o, zgrozo! - czuję potrzebę podzielenia się z czytelnikami jakimiś aktualnościami rangi światowej. I, nie powiem, przyjmuję zdania odmienne, jeśli wyrażone kulturalnie (patrz komentarz Joanny pod poprzednim postem) oraz nienachalnie ewangelizujące. Przypominam, że naprawdę długo znosiłam anonima-mordercę pod którymś z postów o czarnym proteście.

Jednak istnieją sprawy, na temat których nie chce mi się dyskutować i często uprzedzam o tym w treści notki, co właściwie oponentom powinno wiele wyjaśniać. Otóż: nie dyskutuję o prawach człowieka czy o stosunku do słabszych (dzieci, ludzie starsi, z niepełnosprawnościami, zwierzęta itd.), bo uważam, że debila nie przekonasz, więc po co się pocić. Do idioty trzeba w jego języku, a najlepiej kijem - to zrozumie, bo jego poziom.

Pragnę zatem podkreślić, że żadne komentarze tego typu:


nie będą tolerowane.

Ktoś zdaje się zapomniał, że ja jestem u siebie. Jeśli w czyimś domu jest przyjęte, żeby chodzić w gości i srać gospodarzom na środku salonu, to bawcie się dobrze, ale we własnym gronie. Nie spraszałam, co przypominam kolejny raz. I nie akceptuję ŻADNYCH wycieczek osobistych w kierunku osób bliskich.

Mogę usuwać komentarze i co mi zrobicie.
Mogę ograniczyć możliwość komentowania i co mi zrobicie.
Mogę zlikwidować możliwość komentowania i co mi zrobicie.
Mogę ograniczyć dostęp i co mi zrobicie.
Mogę zamknąć dla zwiedzających i co mi zrobicie.

Piszę dla siebie.
I co mi zrobicie, małe, śmieszne, gotujące się z nienawiści ludziki?
NIC.

17 grudnia 2016

2378

To, co się dzieje, jest przerażające.
Widzieliście, jak ZOMO pacyfikuje ludzi na ulicach?

Analogia do grudnia sprzed 35 lat jest aż nazbyt oczywista.