Posty

2453

Wysłuchawszy opowieści rozwodowych mojej koleżanki (rodem z horroru klasy B, nie miałam pojęcia, że takie zachowania istnieją) po raz enty dochodzę do wniosku, że ze mną to KAŻDY chciałby się rozwodzić. Bo ja uważam, że święty spokój to jest wartość ponad wszystkie inne. Że można żreć suchy chleb dla konia, byle nie trzeba było przegryzać go Relanium.

I przypomniało mi się natychmiast, jak to dzieliłam z byłym mężem skromny mająteczek, z którego NIC mu się nie należało, ale na pytanie, co to niby jest moje, odpowiedziałam, że ja nic nie chcę, poza pralką automatyczną marki Rosa z góry otwieraną, gdyż mam małe dziecko szczające w pieluchy i marzę, by ich nie prać w rękach. Wrzątek szkodzi naskórkowi. Ale - dodałam - nieobsesyjnie. (Chcę, bo szkodzi zdecydowanie). I jeśli nie można, to nie ma problemu, będę w rękach prała, byle nie przegryzać rzeczonym Relanium. Co prawda małżonek (były) zamachnął się nawet na wynajmowane przez nas naonczas mieszkanie, lecz mnie wciąż przyświecała ww. z…

2452

Obraz
Dzisiejsza audycja zawiera lokowanie produktu. I to jakiego!

Zaczęło się od mojego myślenia o mamie, która przez ostatnie pół roku wiele przeszła i nie były to przejścia przyjemne. Guz, badania, niekończące się wizyty w gabinetach lekarskich, potem diagnoza - rak, amputacja, komplikacje pooperacyjne, wreszcie terapia onkologiczna, a i to nie bez problemów, bo obarczone możliwymi skutkami ubocznymi w postaci całkowitej utraty wzroku. Mama zachowuje w tym wszystkim podziwu godną pogodę ducha. Rodzice spędzają teraz wspólnie mnóstwo czasu, ponieważ musieli przedefiniować całe swoje życie, podporządkowując je maminemu leczeniu oraz ograniczeniu sprawności, co zmusiło tatę np. do porannego wstawania, choć zarzekał się, że po 56 latach pracy nie ma takiej siły, która podniesie go z łóżka przed dziewiątą. Siłą tą okazała się miłość, więc tatko wstaje o poranku sinym i nieogolony (!!!) leci na targ po jajka.

W każdym razie pomyślałam sobie, że chciałabym, aby mamę spotkało dla odmiany coś mił…

2451

Varia

***
Powoli zaczynam doznawać ataków cyklofrenicznych, bo nie wiem, co napisałam na blogu, a co tylko na fejsie. Jeśli nie napisałam na blogu, że czytam akurat "Lalkę", to czytam. Burzliwe dyskusje na temat owej lektury* można zobaczyć na fanpage'u, do czego serdecznie i nieustannie zachęcam, ponieważ tam życie buzuje i toczy się w czasie rzeczywistym. Niestety tutaj to nie jest możliwe.

* Wiem, że szok, ale SERIO ludzie spierają się o kanon literatury polskiej. Warto było dożyć tej chwili.

***
Zwróciliście kiedy uwagę, że bohaterowie pozytywistyczni nigdy nie siadają w fotelu, jak ludzie, tylko zawsze się nań rzucają? Prusowska maniera - rzucanie bohaterami powieści po dowolnie, acz ze smakiem rozstawionych meblach. Koleżeństwo redaktorstwo (Zacofany w lekturze akurat "robi" nową Kisiel) uczulam, żeby zważało, jak się u nich siada, bo za lat - dajmy na to - 130 jakaś blogerka może na to kręcić nosem.

***
O poranku w wiatrołapie Prezes z nieznanych przyczyn…

2450

Babcie są ważne.

***

Jedną widywałam rzadko, bo mieszkała w Bielsku, a ja w Katowicach. Była duża, ciepła, nosiła wielki kok z czarnych włosów, które obcięła i przestała farbować w chorobie. Wtedy okazało się, że jako jedyna z wnuków mam loczki, jak babcia. Znacznie wcześniej wyszło na jaw, że jako jedyna z wnuków mam zielone oczy. Jak babcia. Myślę, że prócz koloru oczu i loczków zostawiła mi w spadku koszmarną skłonność do tycia.

Babcia była silna i władcza. Przy rodzinnych zjazdach ustawiała wszystkie wnuki w rządku i wołała dziadka, żeby dzielił mamonę. Zawsze, gdy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, miała ze sobą czekoladę, na którą podświadomie czekałam. Pachniała lawendą, karmiła i pilnowała, żebyśmy wszystko zjedli. Kochały ją i mówiły do niej babciu dzieci z całego osiedla, na które przeprowadziła się, zwalniając swoje duże mieszkanie w kamienicy rodzinie swojego syna. Ta zaskakująca potrzeba dzielenia się babcią z pierdylionem obcych bachorów istotnie działała mi na nerwy. Wsz…

2449

Musiałam zmienić layout, bo już mi się tamtym odbijało. Wiem, że zmiana zawsze wywołuje opór, ale przywykniecie. Albo nie, oczywiście.

Wybrałam biel i zero dodatków. Jest czytelny, prosty, bezniczegowy. Dziś zmieniłam go na inny, wychodząc naprzeciw zgłaszanym reklamacjom - żeby notki nie układały się w formie kafelek (też tego nie lubię), tylko jedna pod drugą.

Ogólnie gógiel się nie popisał i wybór szablonu jest praktycznie żaden. W dodatku są cienkie jak dupa węża. Najgorsze, co mi zrobili, to likwidacja belki nawigacyjnej, która administratorowi po prostu ułatwiała życie. Próbowaliśmy z Prezesem wryć się z belką w kod html, ale figa, zablokowane. Teraz muszę chodzić dookoła i szukać klucza pod wycieraczką. Taki los. Widać byłam niegrzeczna.

Pamiętajcie, że nowe jest nowe tylko na początku, a potem się człowiek opatrzy i wnerwia go, jak mu ktoś to nowe-stare wymieni na inne. Bądźcież gibcy.


2448

Niniejszym otwieram nową serię i nawet dam nowego taga, taka jestem! Odpalam długotrwałą pozycję „przychodzi baba do... dietetyka“. Enjoy!

Zacznę od tego, że pani jest brzydka, głupia, zła. Podła, okrutna i złośliwa. Po prostu niczego nie mogę zarzucić jej stylowi myślenia. Co mam zrobić z taką dietetyczką, hę? Na kogo zwalę, jeśli mi się nie uda? Czyja będzie wina? Może MOJA?!

Przychodzi baba do dietetyka i oczekuje, że ów ją osaczy, że powie:
- No, nareszcie, babo, przyszłaś. Jeszcze miesiąc i musiałabym pójść do ciebie, bo nie wlazłabyś sama po schodach!
Ale nie.
Dietetyk (czka) mówi, że takie cycki pewnie nie pomagają. (No, nie pomagają). Że ma pacjentów, którzy nie ćwiczą i chudną. Że jak pójdę z psami na niedługi spacer, to będzie po prostu cudownie, ale wcale nie oczekuje, że dam radę. Że faktycznie w moim przypadku ten kawał o tyciu od samego patrzenia to wcale nie kawał. Ale że to się da zmienić i damy radę.

Mówi, że fajna, dojrzała decyzja. Co prawda próbuje sprowadzić rozmo…

2447

Obraz
To już dwa lata!
Od początku było jasne, że gdy kupimy dom, będziemy mieć psa. Pies sam w sobie jest zjawiskiem wysoce pozytywnym, aczkolwiek entuzjazm nieco gaśnie, gdy z nim trzeba, tym psem, wybiegać na siku nocą ciemną, niesłusznie nazywana porankiem, w – dajmy na to – grudniu. Z bloku. Inaczej rzecz ma się we własnym domu, gdzie można ukochanego pisiulka wypchnąć za drzwi do ogrodu zgrabnym kopniaczkiem. Skoro więc posiedliśmy drzwi oraz ogródek – nadszedł czas na psa.

Jesteśmy ludźmi, którzy do wielu spraw przygotowują się naprawdę pieczołowicie. Oczywiście nie zawsze wychodzi nam to, co sobie zaplanowaliśmy (nigdy nie wychodzi – no, dobra, prawie nigdy), ale to nie niweczy w nas rozsądku i woli walki. Do problemu psa podeszliśmy więc w swoim stylu: miesiącami naradzaliśmy się, kogo wybrać, ustalaliśmy, że na pierwszy rzut to przyda nam się rasowy (by wiedzieć, czego oczekiwać), osiągaliśmy porozumienie w kwestii wyboru rasy, by w końcu odbywać rzetelne studia nad wybranym typem…