3 grudnia 2016

2373

- Jest taka kłopotliwa sytuacja - poinformowałam dziś Prezesa.
- Mianowicie?
- Zrobiłam trochę porządku z klientami w centrum kulturalnym wsi polskiej.
- W Biedronce?
- Nooo.
- Ale z klientami?!
- Noooo.
- Mamy spalony sklep?
- Nie. Ale uprzedzam, jakby ktoś nam gównem okna obrzucił...

Bo to było tak.

Pojechałam po pracy na zakupy. Cimno, zimno, zamieć i pińcet osób w sklepie. Dwie kasy, do obu kolejka. Ja tam pochodzę z lat siedemdziesiątych, nie w takich kolejkach stałam. Nie lubię, ale obecnie obsługa jest dziarska, więc nie ma się o co fantować. Stoję. Za mną ustawia się młody tata z bardzo malutkim dzidziusiem i pełnym koszem. W sklepie ciepło, głośno, światło w oczy. Ja tam dzidziusiów nie lubię, nie rozczulają mnie i nigdy nie rozczulały, postać larwalna mnie nie bierze, ale dziecko jest dziecko. Odsunęłam się i zamachałam na niego, żeby przeszedł przede mnie. Oczywiście żaden patafian ze stojących przed nami ani drgnie.

Grzecznie podziękował, więc skwitowałam, że nie ma za co i ciut głośniejszym tonem poinformowałam świat, że tatuś winien być obsłużony poza kolejnością. Patafiany głuche jak pień.
- Żeby pani wiedziała... - westchnął chłopak. - Jak żona była w ciąży, to NIKT jej w kolejce nie przepuścił.
Nie trafiło. Ale w tym momencie z wnętrza sklepu napłynęła trzecia pani i zaprosiła klientelę do kasy numer pięć.

Jak nie ruszą! Mało chłopaka z dzieckiem nie zadeptali.
Troszeniuńkę mnie poniosło. Ciutkę. O, tyle. Normalnie... co brudu za paznokciem*.
Bardzo kulturalnym tonem, od którego drzewa umierają stojąc, huknęłam na motłoch.
- A może byście przepuścili pana z malutkim dzieckiem**!
Nie od dziś wiadomo, że motłochu trzeba kazać, bo nie ma mózgu, za to mores zna.
Nie od dziś wiadomo, że wkurzonej mnie nawet motłoch się nie sprzeciwi, bo nie ma mózgu, ale ma instynkt samozachowawczy. Dzięki temu ludzkość jeszcze nie wygięła.

Tłumek zamarł na ułamek sekundy, po czym prysnął na boki jak Morze Czerwone przed zmotywowanym odpowiednio Mojżeszem.
- Proszę bardzo, proszę - zaszemrał.
No to mogłam już spokojnie czekać w swojej kolejce.

To co? Zakładać te żaluzje?



* Gdybym zdenerwowała się BARDZO, toby wszyscy natychmiast zeszli na atak apopleksji. Albo coś. W każdym razie - żywy stąd nie wyjdzie nikt.
** Nie, to nie było pytanie. Skąd.

1 grudnia 2016

2372

Nadejszła zima.
Jeziora i rzeki skuł lód.

Dla Haneczki jest to pierwsza zima w życiu. Ochłodzenie poletnie przyjęła z niesmakiem. Owszem, wychodziła na siusiu, bo jest dobrze wychowanym i posłusznym pieskiem, ale dawała nam do zrozumienia, że czyni rzecz niechętnie i wyłącznie dla nas. Zupełnie inaczej sprawa ma się od chwili, gdy nawaliło tzw. białego gówna.

Szczyt haneczkowych wyczynów? Znaleźć największą zaspę, wsadzić w nią z rozmachem głowę aż po samą szyję, po czym cofać się, ciagnąc łeb za sobą w śniegu. Szczyt leśkowych możliwości? Kopsnąć Hankę, żeby wywaliła się w zaspę i skoczyć na nią z rozpędu, by przejechać spory dystans na swej radosnej towarzyszce, jak na saneczkach.

Zapewne nie muszę Wam tłumaczyć, jak bardzo cieszymy się, gdy nasze najukochańsze pieseczki wracają do domu.

PS Duże koty mają mdłości od samego patrzenia przez okno. Ale nie Edek. On musi zanieść sąsiadom dar w postaci kupy porannej.
Prezes: Nie przejdzie do sąsiadów, bo musiałby się przekopać przez zaspę pod płotem.
Łoterloo (wskazując krostopatym paluchem widok zimowy za oknem): A kto tam popieprza pomiędzy drzewami?
Prezes: A to dziad. Przekopał się!

28 listopada 2016

2371

Oto dziś dzień krwi i chwały.
Odzyskaliśmy zmywarkę.

Całej historii od A do Z postanowiłam poświęcić osobny post, bo jest tego warta. Przestałam ją nawet aktualizować na Facebooku, bo z dnia na dzień stawała się coraz bardziej absurdalna. Będę Was prosiła o udostępnienie tego zamierzonego posta jak najszerszej publiczności, aby maksymalna liczba osób zyskała pewność, że od firmy BEKO trzeba trzymać się jak najdalej, czyli gdzieś mniej więcej na drugiej półkuli.

A więc opiszę, ale dziś po prostu nie mam na to siły i jest mi niedobrze. W każdym razie: oby splajtowali jak najprędzej, z pożytkiem dla wszystkich klientów.
Ament.

17 listopada 2016

2370

My tu gadu-gadu, zmywarka, chleb, szafa torebkowa, a tymczasem niepostrzeżenie blogowi stuknęło lat dziesięć. Większość moich /PT/ Czytelników nawet tyle nie żyje. Ja natomiast już dziesięć lat plotę bez sensu i ktoś to czyta! Brawo ja.

Z tej okazji wystąpią dla Państwa ci wszyscy, dla których tak naprawdę tu przychodzicie.

Tycia i Pimpek
Pan Stefan
Tusieńka
Karollo
Jej Wysokość Zofia - Kłębek Nienawiści
Edeczek Mamusi Syneczek
Kapral Czesław Jedziniak
Leśniewski
Hanna Akcesorium
Karzące Ramię Prezesa Oraz Biurko I Zofia
Zuzanna (czego nie widać) Nadmorska
Niesamowite, ile tu głównych bohaterów, prawda? Aż dziw, że się wszyscy nie pogubili.
No to teraz jest ten moment, kiedy wszyscy wstają, rozgłośnie klaszczą i krzyczą:
AU-TOR-KA! AU-TOR-KA!!!

No już dobra, dobra.

I jeszcze autorka. Czyli ja. I Mysz. (Mysz była różowa, pamiętam ją).
Więc my wszyscy bardzo Państwu dziękujemy. Nie, nie zamykamy kramiku, bo nie wzięliśmy jeszcze za udział. Chociaż... Właściwie to wzięliśmy: dziesięć lat Waszej uwagi.

Bardzo to fajne.

14 listopada 2016

2369

Ktoś kiedyś chciał zobaczyć, jak wygląda szafa na torebki. Nie mam pomysłu, jak to sfotografować, żeby wszystko było jasne. W końcu wiemy, że umiem upiec chleb, naprawić gniazdko, wychować dziecko, a nie umiem zrobić głupiego zdjęcia. Ale co poradzę?

Podpowiedzi w podpisach.

Szafa otwarta

To lustro jest właśnie szafą - zamkniętą

9 listopada 2016

2368

Najmilsza Córeczko!

W '94 listopad był wyjątkowo paskudny. I nawet padał śnieg - taki ciężki i mokry, który czasem przymarza do chodników, by potem zmienić się pod nogami w wodnistą breję. Było zimno i ciemno, a ludzie, jak to zwykle w takich warunkach, warczeli na siebie. Jednak dla mnie to wszystko nie miało znaczenia. Bo ja o 7:05, usłyszałam gromki okrzyk położnej:
- Masz Zuzię!
A w chwilę potem, tuż nad moim brzuchem pojawiła się Twoja śliczna i bardzo niezadowolona buzia. Co jest oczywiście zrozumiałe - zarwałaś nockę i kazali Ci żyć o 7 rano. Nie Twoja pora.


9 listopada na zawsze zmieniło się wszystko. Nie oddałabym tego za żadne skarby świata.

Dziękuję Ci, że jesteś. Bez Ciebie życie nie miałoby najmniejszego sensu. Bądź szczęśliwa i o nic się nie martw. Czuwam.

                                                                                    mama

7 listopada 2016

2367

Upiekłam swój pierwszy chleb. Taka informacja dla tych, co nie majo fejsa.



Przepraszam się z Państwem - umiem upiec chleb, ale nie umiem zrobić przyzwoitego zdjęcia.

Pojechałam pochwalić się rodzicom.
Łoterloo: Tu masz wodę, wędzonego węgorza i chlebuś, który sam upiekłem.
Matka (obwąchując, ciamkając i przeżuwając): Klasa chlebuś, mniam, mniam.
Łoterloo: Ojciec?
TSZKPJMO*: Ja już mam swój ulubiony chlebuś.
Łoterloo: Ojciec!
TSZKPJMO: Kupuję sobie na rynku.
Łoterloo: Ja cię ostrzegam. Chociaż spróbuj, cholera jasna, jasna cholera!!! Całą noc piekłem, zakwas sam robiłem, do kroćset!
TSZKPJMO: Jaka ty agresywna jesteś do starego ojca!

***

Sześć kromek później.
TSZKPJMO (ciamkając i grzebiąc nożem w smalcu): Jak mi będziesz przywozić ten chlebek, to zaczekaj dzień lub dwa, bo ja nie jem świeżego.
Matka (wznosząc oczy ku sufitowi w zastępstwie nieba): A ja z nim żyję prawie pięćdziesiąt lat.
Łoterloo: Dobrze ci tak. W poprzednim wcieleniu byłas Hitlerem.


* Ten Stary Zrzęda, Który Podobno Jest Moim Ojcem

3 listopada 2016

2366

Pod notką 2364 Iza napisała:
... jak zgadzam się z Twoimi poglądami w całej rozciągłości, tak podoba mi się podejście prezentowane TUTAJ.
Czyli nawet w Polsce można spokojnie i normalnie, pomimo silnej różnicy poglądów. To duża ulga.

I ja się odniosę.

Dla wygody, ponieważ materiały internetowe czasem odchodzą do lamusa, kopiuję zapis tekstu nagrania, które w Deonie się pojawiło.

Kiedy mieszkaliśmy na 38m2 z dzieckiem i psem, zaszłam w ciążę. Nie rozumiem decyzji pani Natalii, ale hejt i obrażanie innych nie sprawią, że zmieni się świat. 

Maja Moller to mama dwójki dzieci i autorka bloga Chrześcijańska Mama. Spontanicznie nagrała film, w którym komentuje ostatnie wyznanie Natalii Przybysz i reakcje na nie. Publikujemy transkrypcję, a niżej video:

Może was dziwić miejsce tej transmisji i że jest na żywo, ale to totalny spontan. Pojechałam na zakupy w niedzielę, jako chrześcijańska mama, z racji tego, że - jak słychać - dopadła nas choroba. A jadąc tutaj, miałam przemyślenia o tym, czym żyje ostatnio część internetu, czyli "coming outu Natalii Przybysz". Jak można zobaczyć na jej stronie internetowej, wylała się na nią fala hejtu.

Chcę wam powiedzieć, dlaczego ja nie protestuję i nie hejtuję jako mama. To jest coś, czego jako mama nie rozumiem. Nie rozumiem żadnych pobudek dotyczących aborcji, ale w szczególności takich, które podała Natalia Przybysz. Tak naprawdę myślę, że każda z nas myśli podobnie. 

 38 m^2 z dzieckiem i psem

Kiedy my mieszkaliśmy na  38 m^2 z dzieckiem i psem i okazało się, że jestem w drugiej ciąży, to poszliśmy szukać kredytu mieszkaniowego po to, żeby powiększyć nasze lokum i stworzyć lepsze warunki mieszkaniowe. 

Decyzja takich osób jak pani Natalia jest dla mnie niezrozumiała, natomiast wiem, że od tego mojego niezrozumienia nie zmienia się świat. 

To, że ja tupnę nogą i zacznę kogoś obrażać, z przekonaniem, że mam słuszność, nie sprawi, że ta osoba się zmieni, to nie sprawi, że świat się zmieni. Tak naprawdę tym, co zmienia świat, jest właśnie to, co robię. Takie wychodzenie z ukrycia.

Łatwo oceniać z bezpiecznych odległości i miejsc

Łatwo jest usiąść za komputerem i z bezpiecznej odległości, z poczucia bezpieczeństwa, które daje anonimowość, pisać rzeczy, które są dla nas pewnie po części prawdziwe, ale nie niosą ze sobą niczego pozytywnego. Oprócz tego, że mi zrobi się lepiej, ponieważ wyrażę swoją złość, po części wyładuję się. 

Tym, co zmienia świat, jest mówienie, że można żyć inaczej. I sobie myślę, że gdybym nie wierzyła, a spotykałabym osoby, które mówią mi o tym, co jest negatywne, poprawne, niepoprawne moralnie, od których słyszę tylko taką mowę pełną potępienia, to nie wiem czy byłabym w Kościele. 

Ja miałam to szczęście, że spotkałam ludzi, którzy mi pokazali, że życie z Panem Bogiem jest fajne. Tylko tyle i aż tyle. I to jest zadanie każdej z nas. Może nie tutaj w internecie, ponieważ taka internetowa działalność pewnie dotyczy tylko części z nas. Ale tak naprawdę to jest zadanie każdej z nas w swoim miejscu, w którym żyjemy.

Dobre i fajne życie z Bogiem

Po prostu być sobą i pokazywać swoim życiem, że można żyć z Panem Bogiem. Można żyć fajnie, można żyć na 60 m^2 z piątką dzieci i być przy tym szczęśliwym, i dawać z siebie mnóstwo miłości. Od tego, że będziemy hejtować i poprawiać świat, ten świat się nie zmieni. Mimo że każdy z nas ma czasem taką potrzebę. Mimo że część z nas nazywa to napominaniem w duchu Ewangelii itd. - bzdura.

Tym, co może zmienić świat, nie jest napominanie innych i mówienie im, jak oni mają się zmieniać, tylko zmienianie siebie i pokazywanie, że można żyć dobrze, że można żyć fajnie, że można żyć jako katolik, chrześcijanin tymi wartościami w świecie. Nie jako jakieś dziwadło, czy ktoś oderwany od życia. Ale jak ktoś, kto żyje pełnią życia i pokazuje, że to jest fajne. I tego wam życzę.

Życzę wam też dobrej niedzieli. Takiej niedzieli, w której pokażecie innym, że żyjecie fajnie, dobrze z Panem Bogiem. I że głosicie otwartość na życie, niekoniecznie hejtując innych, czy zalewając świat upomnieniami, ale życiem na maksa. Do zobaczenia.

Zaskoczę Was... nie mam zamiaru naskoczyć na nią, że robi zakupy w niedzielę.
No, dobra - żartowałam. Wiadomo że nie napisałabym nigdy czegoś takiego, bo nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu, kiedy kto robi zakupy. Owszem, pewna spójność teorii i praktyki w człowieku jest potrzebna, ale nie ma co przesadzać.
Zasadniczo to chciałabym ogłosić, że mnie tez bardzo się podoba to, co powiedziała Maja. W szczególności ten fragment:

Od tego, że będziemy hejtować i poprawiać świat, ten świat się nie zmieni. Mimo że każdy z nas ma czasem taką potrzebę. Mimo że część z nas nazywa to napominaniem w duchu Ewangelii itd. - bzdura.

Tym, co może zmienić świat, nie jest napominanie innych i mówienie im, jak oni mają się zmieniać, tylko zmienianie siebie i pokazywanie, że można żyć dobrze, że można żyć fajnie, że można żyć jako katolik, chrześcijanin tymi wartościami w świecie. 

Tak właśnie postrzegam przekonywanie ludzi do idei: nie zakazami, nakazami, praniem mózgów, monotonną narracją, tylko przykładem własnego życia. Wierzcie lub nie, ale ja znam jedną (sic!) taką osobę, istotnie identyfikującą się z kościołem katolickim i jest nią... Chuda. NIGDY nie słyszałam i nie czytałam, żeby kogoś upominała, narzucała swoje poglądy czy umoralniała. A jednocześnie całym swoim życiem pokazuje, że jej wybór jest trafny. Kiedy episkopat odwraca się plecami do uchodźców, Chuda kupuje koc i oddaje go na zbiórkę. Kiedy prawicowy publicysta - a kościół nie protestuje, czyli przyzwala - nazywa Dryjańską "zdeformowaną", Chuda obmyśla, jak skuteczniej pomóc Mikołajkowi, choremu na rdzeniowy zanik mięśni.
- Jak ty to wytrzymujesz? - zapytałam kiedyś, oburzona kolejnym paskudnym wybrykiem kleru.
- Modlę się - odpowiedziała.
A ja wiem, że jej modlitwa ma prawdziwą wartość.

Chuda i jej podobni (czyli przypuszczalnie również Maja) są najlepszym, co przypadkiem udało się wyprodukować kościołowi katolickiemu w Polsce. Niestety jestem głęboko przekonana, że nie ma o tym pojęcia. Szkoda - bo to są osoby, które dają tej beznadziejnej instytucji jakąś szansę. Zasadniczo Maja pomyliła się tylko w jednym miejscu. O, tu:
Nie rozumiem żadnych pobudek dotyczących aborcji, ale w szczególności takich, które podała Natalia Przybysz. Tak naprawdę myślę, że każda z nas myśli podobnie. 
Powinna była powiedzieć "wydaje mi się". Bo rzeczywiście tylko jej się wydaje - ale dla całości wywodu nie ma to znaczenia.

***

Wiecie, że nigdy nie doszło pomiędzy mną a Dorotą do różnicy zdań na tematy społeczne? Sądzę, że za bardzo się szanujemy i rozumiemy, co kieruje tą drugą.
Szacunek - to jest bardzo fajne słowo.
Powtarzajcie je często.

25 października 2016

2365

Obożebożenko, piesek Lesiek jest ranny i może nawet umrzeć za jakieś osiemnaście sekund.

Otóż.
Wróciłyśmy wczoraj z Zuzanną do domu dopiero przed osiemnastą. Prezes wyjechany. Tumult, szaleństwo, niuch, podbieg, wzdryg. Ciepło było i pogodnie, więc wszyscy wypruli do ogrodu. Po jakimś czasie wrócili, akurat siedziałam w fotelu w salonie i pisałam poprzednią notkę, a to trochę trwa i wymaga skupienia.
- Mamo - dotarł do mnie głos pełen wyrzutu. - Mamo!
- Co?
- Pies koło ciebie leży, jest jakiś nieszczęśliwy i nie przychodzi na wołanie.
O, faktycznie. Leży i rozsiewa pustkę emocjonalną oraz dramat i tragedię.
- Co tam, syneczku? - zapragnęłam wiedzieć. - Życie cię uwiera?

Nie życie, moi drodzy. Rana! Ogromna, przygnębiająca, śmiertelna, półcentymetrowa rana na udzie, brocząca psią krwią serdeczną, a uciekało przez nią życie. Ojojane rany mniej bolą, wspomniałam starą prawdę.
- Ojojojojojojoj - pochyliłam się nad pieskiem Leśkiem. - Mój biedny, ranny szczeniaczek ze schroniska, co to się stało pieseczkowi, chodź, mamusia cię przytuli, ojojojojojojoj.
Pies był umierający i moje zainteresowanie nadeszło w ostatniej chwili.

Postanowiłam obejrzeć rzeczony defekt. Pies omdlewał. Poszłam po latarkę, na widok której zainteresowany wykazał maksymalny brak ufności i zwiał, nie zważając na gigantyczny ubytek psa w psie. W końcu zniewoliliśmy go we dwoje z Prezesem, obejrzałam z bliska to śmiertelne nieomal (0,5 cm) zranienie, popsikaliśmy Octeniseptem, żeby się zakażenie nie wdało - od czego pies o mało nie umarł. Kulał. Po schodach nie mógł. Żebrać do stołu nie przyszedł, tylko leżał taki samotny i porzucony w legowisku pod schodami*. Wieczorem ostatkiem sił dowlókł się do łóżka, ale nie wskoczył, tylko kazał się podsadzić i padł śmiertelnie zmęczony w piernaty. Rano kulał, nie chciał wyjść na sikanie. Śniadanie? Owszem, zjadł. Ale tylko ze względu na mnie**!

Napisałam z pracy do Zuzi, która zaczynała później zajęcia, w sprawie psiego żyć albo nie żyć.
W odpowiedzi otrzymałam naganę, żebym przestała, bo pies ma się znakomicie, z ranki - o, przepraszam! - ze śmiertelnego zranienia nie broczy i w ogóle nie ma tematu.

To potem Wam powiem, czy zaczął kuleć na mój widok po południu. Bestia podstępna.
No, cóż... w rodzinie wielodzietnej trzeba umieć zawalczyć o zainteresowanie, c'nie?


* W końcu dał się uprosić i ewentualnie zjadł kawałek bułeczki z masełkiem, ale zrobił to tylko dla mnie!
** To co, że szybko?! Czepcie się tramwaja!!!

24 października 2016

2364

Notka o tym, że w każdej szafie leży trup i czeka na otwarcie drzwi, czyli dlaczego #jestemznatalią

Na początku, dla porządku, wrzucam kontekst, bo może jest jeszcze w tym kraju ktoś, kto nie czytał, nie słyszał i nie wie. Parę dni temu Natalia Przybysz, o której istnieniu nie miałam pojęcia, a teraz wiem, że jest piosenkarką, ale dalej nie kojarzę człowieka, udzieliła wywiadu Wysokim Obcasom. W wywiadzie tym opowiedziała o swojej twórczości i emocjach, ale przede wszystkim o piosence, która stała się jej coming outem - przyznaniem do wykonania aborcji.

Na Natalię wylał się hejt w tak gigantycznej skali, że przestał to ogarniać ktokolwiek. Co więcej: dostało się dziewczynie nie tylko od środowisk zygotariańskich, ale również od rzeczonych sióstr w czarnym proteście. Z całego, dość obszernego wywiadu zapamiętano jedynie, że Przybysz ma 60-metrowe mieszkanie i uważa je za zbyt małe dla trójki dzieci i dwojga dorosłych. Tymczasem chodzi przecież o coś zupełnie innego. Mianowicie o powiedzenie głośno, że się miało aborcję. Nie dlatego, że rak, Down, gwałt. Dlatego, że była to ciąża przypadkowa, nieplanowana i niechciana.

Mnóstwo osób (owszem, czytuję komentarze) podniosło krzyk, że Przybysz wybrała bardzo zły moment: zamiast pomóc czarnemu protestowi, dała jego przeciwnikom argument, że furda szczytne ideały, a tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby się skrobać na potęgę.
A gówno.

Po pierwsze: nigdy nie ma właściwej chwili na wylot trupa z szafy. Tabu nie przestaje być tabu tylko dlatego, że zmieniają się okoliczności. Przestaje nim być, bo pojawia się pierwszy człowiek, który je przełamuje, a za nim idą następni i kolejni. Ośmielają się mówić głośno rzeczy niepopularne, oswajają temat, powoli zmieniają powszechny ogląd. Przypominam, że jeszcze sto lat temu kobiety nie były ludźmi, a parę lat wcześniej nie byli nimi kolorowi mężczyźni. Całkiem niedawno lekarze uważali mycie rąk pomiędzy jednym a drugim pacjentem za nowomodne głupoty. A tu ktoś zrobił pierwszy krok i spotkał się najpierw z nienawiścią, potem z odrzuceniem, a jeszcze później okazało się, że zmienił sposób myślenia o człowieku jako białym, heteroseksualnym mężczyźnie (a także wykazał, że bakterie jednak istnieją). Której pani z tym źle, niech napisze. A, nie - sorry. Nie może tego napisać, bo jako nie-człowiek nie ma prawa do publicznej wypowiedzi [1]. Szach i mat.

Po drugie: usuwanie ciąży wcale nie jest wymysłem dzisiejszych czasów. Wręcz przeciwnie - jest stare jak świat. Kobiety pozbywały się ich tak długo, jak istnieje ludzkość. Czy robiły to dlatego, że z badań prenatalnych wynikało ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu? A może wiedziały, że jeśli donoszą, to stracą wzrok? Figę. Pozbywały się brzuchów, BO NIE CHCIAŁY BYĆ W CIĄŻY. Powodów mogły być setki - za dużo dzieci, w ogóle dzieci, gwałty, odium dziewictwa, z którego nie można było zrezygnować, żeby nie skończyć z etykietą kurwy i móc ułożyć sobie życie, czyli wyjść za mąż i powić pierdyliardy dzieciuków z prawego łoża, wizja utraty wolności oraz co tam jeszcze sobie wymyślicie. Zły moment po prostu. Ktoś to w końcu musi powiedzieć głośno.

Po trzecie: wg badań szacunkowych w Polsce żyje obecnie ok. 5 milionów kobiet, które usunęły przynajmniej jedną ciążę [4]. Ja sama znam kilka. Każda z Was zna. Mężczyźni mogli nie dowiedzieć się tego wprost, bo to nie jest temat, o którym rozmawia się z mężczyznami, ale my wiemy. Głosu jednej Natalii Przybysz i jednej nieodżałowanej pamięci Marii Czubaszek można nie usłyszeć. Ale głos, choćby cichy, choćby nawet szept, powielony 5 milionów razy, dotrze do każdego. A co dopiero krzyk. Nie da się przejść obojętnie mimo 5. milionów kobiet krzyczących Miałam aborcję. To nie jest temat marginalny, tylko całkiem powszechny sposób postępowania. Miejmy odrobinę odwagi, żeby mówić o tym normalnie, a nie upychać w szafie trupa, który śmierdzi na całą kamienicę.

Dlatego jestem z Natalią. Ma dziewczyna jaja jak dynie.
Przestańmy wreszcie chować się za fałszywym wstydem i miejmy odwagę powiedzieć, że wystarczającym powodem, by nie być w ciąży, jest niechęć do bycia w ciąży. Pierdololo o kompromisie aborcyjnym jest tanie tak długo, jak długo będzie istnieć choć jedna kobieta, która nażre się w tajemnicy jakiegoś gówna, rzuci ze schodów, wykąpie we wrzątku albo włoży sobie wieszak w pochwę. Co jest - oswójcie się, do cholery - powszechne i na porządku dziennym.

Przestańmy się krygować i zacznijmy zmieniać świat.

Najpierw ja.
Gdybym teraz zaszła w ciążę, usunęłabym ją bez chwili namysłu. W szpitalu za granicą, bo mnie na to stać i za stara jestem na szafowanie homeostazą.
Walczę, by mogły tak zrobić kobiety, których na to nie stać. Bo jestem człowiekiem. Jestem kobietą. Jestem siostrą. I mam trochę szarych komórek oraz nie waham się używać. Ot, co.



PS Nie spraszałam zygotarian. Komentarze o krzyczących blastocystach (w każdej formie) zaliczą wylot. W ogóle mnie to nie interesuje i nie piszę po to, żeby poznać tego typu opinie. Szerokiej drogi życzę. Cześć, pa, kupcie mi coś.


[1] Jestem w trakcie oglądania "Bożej podszewki". Ta scena, gdy lekarz mówi do męża Maryśki, że trzeba jej usunąć macicę, ale on musi wyrazić na to zgodę - cudownie zagrana przez Agnieszkę Krukównę [2], z przerażeniem, nieśmiało wyglądającą zza parawanu, niemającą nic do powiedzenia na temat własnego ciała. Polecam.
[2] Agnieszka Krukówna jest moją szkolną koleżanką. A jej młodszą siostrę uczyłam polskiego w liceum. W tym samym zresztą, którego jestem absolwentką [3].
[3] Chwila przerwy na utwór muzyczny a propos.
[4] Nie posiłkuję się tutaj konkretnymi badaniami, ale gdzieś mi przemknęło, kto je wykonał, więc można odnaleźć.