8 grudnia 2017

2439

Dostałam dzisiaj prezent. Piękny, najpiękniejszy. Właściwie nie dostałam go dla siebie, więc tylko trochę się przy nim ogrzałam i już oddaję go w ręce tych, którzy zostalim nim obdarowani za moim pośrednictwem. W Wasze.







Chciałabym, żebyście pamiętali, że nasz stół w jadalni ma dwa metry długości.

Wszystkie są absolutnie wyjątkowe, a jedna piękniejsza od drugiej. I w każdą włożone jest całe serce. To są najlepsze, najpiękniejsze życzenia, jakie można otrzymać: szczere, bezinteresowne, a ich złożenie było czasem okupione wielkim wysiłkiem, więc tym bardziej cenne. Bezcenne. Płakałam nad nimi ze wzruszenia i śmiałam się do rozpuku. Podziwiałam pomysłowość w wykorzystaniu materiału, spryt w doborze miejsca, artyzm wykonania, włożony trud i wielką staranność, a potem pomyślałam sobie, że nikt z Was, którzy przyłożyliście do tego rękę, nie będzie w tym roku samotny. A gdybyście byli, nie zapomnijcie zajrzeć na mój blog i raz jeszcze upewnić się, że tyle kartek, tyle ciepłych myśli nie otrzymaliście pewnie nigdy.

To dla Ciebie.
I dla Ciebie.
I tak, dla Ciebie też - nie chowaj się za krzesłem.

A Wam, Kochane Duże Dzieciaki, z całego serca dziękuję. Z wielu serc Wam dziękuję i w imieniu wielu ściskam najserdeczniej. Niech Wam świat daje wszystko, na co zasługujecie.
I jeszcze trochę więcej.
I jeszcze.

----

Pani Jola - Siła Sprawcza - powiedziała mi przez telefon:
- Oni sami chcieli, przyszli poprosić, czy mogą. To była praca grupowa: ci, którzy potrafią więcej, pomagali tym, którzy potrafią mniej.

No.

---

PS Pamiętam, jak przed laty zapytano mnie, czemu zdecydowałam się pomóc Mikołajkowi. Odpowiedziałam, że nie jestem przekonana, czy to ja pomogłam jemu, czy on mnie. Pamiętajcie zawsze, że są na świecie rzeczy, których nie da się wycenić ani na nic zamienić. Pamiętajcie też o Mikołajku na święta.

7 grudnia 2017

2438

Jakiś czas temu wydarzyła się rzecz okropna, z którą kompletnie nie potrafimy sobie poradzić. Co gorsza - powtarza się uporczywie, ostatnio coraz częściej. Jesteśmy w kropce.
Mianowicie Hanka zrobiła się agresywna.

Ponieważ od połowy września zmieniły się ustalone z dawien dawna warunki, czyli Prezes pracujący w domu, a co za tym idzie: całodobowa piecza i zero samotności, zmienił się również rozkład sił. Gnam co prawda do chałupy co koń wyskoczył, żeby mi psy nie popękały z nadmiaru moczu, ale w związku z chorobą mamy po prostu muszę czasami załatwiać różne rzeczy. A kiedy mam to robić, jak nie po pracy? Staram się, jak mogę, manewrować dniami, gdy jest u nas Martusia, która i podłogi z kocio-psich kłaków wytrze, i utuli, i wypuści do ogrodu, ale nie zawsze się udaje. W związku z tym psy się niestety nudzą.

Tak, mają trochę bodźców oraz towarzystwo, bo jest ich przecież sześć. Większość czasu z pewnością przesypiają. Jednak to nie to samo, co kiedyś. Żal mi ich bardzo, bo do tej pory miały warunki idealne, wliczając ganianie po ogrodzie na życzenie w obojętną pogodę. Ale Prezes, po latach home office'u, odmówił dalszego plecenia łapci z łyka, zaczął się golić codziennie i opuszcza pielesze. No i pracuje do 16 (plus dojazd). Zwierzyna zostaje sama.

Każdego dnia wita mnie więc harmider, galop i ogólne szaleństwo. Wchodzę do wiatrołapu, otwieram drzwi do hallu i odwracam się tyłem* i przepuszczam psy, żeby mogły najpierw załatwić potrzeby fizjologiczne. Zamykam za nimi drzwi i witam się z kotami. Potem wpuszczam psy, witam się z nimi, dzielę chrupkiem na otarcie łez i zaczynamy standardowe tańce, czyli ja się krzątam (krzątam się!), a sześć worów na karmę trąca mnie, zaczepia lub wchodzi/wychodzi. Ponieważ to w moim życiu norma, specjalnie się nad swoim losem nie rozczulam. Problem zaczyna się, kiedy usiądę. Bo wtedy nadbiega Hanka i zaczyna być agresywna.

Mianowicie włazi na mnie i bezlitośnie żąda, żeby ją miziać pod paszką.

Ludzieeeee! Jak ja widzę tę uniesioną łapkę, sugestywne spojrzenie i nos wskazujący kierunek, to mi się hepie. Ostatnio zauważyłam, że ZAWSZE zbliża się do mnie z pokracznie odstawionymi na zewnątrz łokciami. Po prostu szanuje czas nas obu i jest przygotowana, by w ułamku sekundy unieść którąś łapę, zaraz po tym, gdy tylko przechwyci mój nieopatrzny rzut okiem w jej kierunku. Włazi mi na łeb na trzech nogach, żeby nie tracić cennych milisekund na unoszenie.
I ja ją miziam.
Ale niedługo zwariuję, bo zarejestrowałam, że zaczynam się bezwiednie ślinić na sam jej widok.

Ratunku.
Czy można amputować paszki?!



* Robie to, żeby na mnie nie skakały. Głaszczę dopiero wtedy, gdy stonują emocje.

3 grudnia 2017

2437

Ja to umiem! Wyszłam z domu i zgubiłam wszystkie psy!

Nie wiem, skąd mi się wzięło takie szaleństwo, przecież jest absolutnie oczywistym, że to są kretyny kompletne. I nawet, jak się okazuje, do Morgana nie można mieć za grosz zaufania.

Wzięłam, wyszłam z nimi w pola. Jak okiem sięgnąć śnieg, powietrze czyste, szkliste. I nagle mnie zamroczyło. Niech sobie pobiegają - pomyślałam. O, powiadam Wam, jak one sobie pobiegały! Lesiek zniknął za widnokręgiem w jedną 123456789876543 sekundy. Nikt nie produkuje samochodów z takim napędem!!! A reszta bandy za nim.

Postałam chwilę w oszołomieniu, zrobiłam piętnaście kroków, zapadłam się po kostki w błoto i wróciłam do domu, bo co miałam robić. Wróciłam i powiedziałam do Prezesa:
- Zbieraj się, jedziemy do schroniska. Zgubiłam wszystkie psy. Trzeba brać nowe, może nikt się nie zorientuje.
- Jesteś nieodpowiedzialna - skwitował Prezes i powrócił do grania. - Nie dostaniesz nowego psa.

Postałam w oknie jakiś kwadrans, a potem poszłam do garażu, wyciągnęłam Kartona i postanowiłam wyruszyć w dal z nadzieją, że uda mi się kogoś odłowić. Nie odjechałam daleko, góra 200 m, gdy ujrzałam Hannę dumnie paradującą po naszej wiejskiej uliczce i wiodącą za sobą samochód osobowy, w którym jakiś poczciwy człowiek nie ośmielił się jej wyprzedzić.
- Hanka! - wrzasnęłam przez okno, po czym zatrzymałam auto i wysiadłam z zamiarem przejęcia. - Wsiadaj w tej chwili.
Ujrzawszy mnie Hanka odruchowo się ucieszyła, ale zaraz jej się przypomniało, że zaledwie kwadrans wcześniej wiała w dal nie zważając na moje dyscyplinujące okrzyki.
- Nie mogę wsiąść z tobą do samochodu, bo muszę prędko wracać do domu!
Dalsza treść mi umknęła wraz z Hanką znikającą za zakrętem. Westchnęłam, przeprosiłam poczciwego człowieka, wyjęłam telefon i powiadomiłam Prezesa, że istnieje konieczność przejęcia jednego burka, który niechybnie znajduje się już pod drzwiami. A następnie ruszyłam, skręcając w ubitą (latem) dróżkę, prowadzącą w miejsce, gdzie wcześniej zabawiałam się tonąc w błocku.

Pewnie że tam byli. Obaj. Oraz liczne wyrzuty sumienia.
- Wsiadać, ale już - pokazałam krostopatym paluchem otwarte drzwi.
Wsiedli i udawali, że są najgrzeczniejszymi psami w galaktyce. Wzór posłuszeństwa, zrównoważenia i pokory. Sądzę nawet, że ktoś mógłby się na to nabrać. Gdyby nie upiorny, bijący od nich smród. Jechaliśmy razem minutę i poświęciłam ją na wygłoszenia kazania. Wyglądali na przejętych.

O, proszę, jakie teraz eleganckie - wybiegane i wyprane. Prezes im nawet w kominku napalił, żeby sobie schły w optymalnych warunkach. Niech tam! I tak planowałam od jakiegoś czasu, żeby je wykąpać, tylko nie mogłam się do tego zabrać. No to mi pomogły. Dobre pieski.


2 grudnia 2017

2436

Bardzo lubię to, że w naszym domu, gdzie nie spojrzysz - leżą zwierzęta. Na przykład na stole. Kiedyś nie lubiłam kota na stole, a teraz lubię. Może to wynikać z faktu, że nigdy nie miałam takiego stołu. Albo... że to Zofia. Ona potrafi sprawić, że człowiek polubia (polubuje) rzeczy, których - jak mu się zdawało - nie lubił wcześniej. Przynajmniej w sytuacji, gdy jesteś kimś, kto chce żyć.

Nocą zwierzęta bywają rozrzucone po różnych kątach. Tak, oczywiście poza Zochą, która nie jest rozrzucona, ale rozmyślnie ułożona. I nie po kątach, jak jakiś pies, nie przymierzając, tylko na środku wszystkiego. I na podwyższeniu.

Kocham tę Zofię bardzo. Z wiekiem złagodniała - z jednej strony - robiąc się absolutnym przytulasem. Przynajmniej do chwili, gdy nie uzna, że zachowujesz się niezgodnie z przyjętymi przez nią regułami i nie naprowadzi cię na właściwe tory. Z drugiej strony zrobiła się bardziej zasadnicza, jasno i kategorycznie definiując wszelkie relacje.

Zofia jest Kotem z Charakterem. Potrafi być łagodna jak baranek (jeśli chce) i twarda jak stal. Zofii nikt nie podskoczy, nawet jeśli występuje w stadzie. Ona nikogo nie traktuje gorzej, nierówno: jeśli stado fika, to je ustawia bez zastanowienia, a gdy się gniewa, to niebiosa łkają i podporządkowują się bez szemrania. Choć trzeba przyznać, że gniewa się rzadko, traktując świat po matczynemu: miłośnie, choć surowo. Kocha bezwarunkowo, ale mądrze. Z przekonaniem, że nie my jesteśmy tu dla niej, ale każdy dla siebie samego. Mówię do niej czule: "Kocham cię, Zosieńko", a ona spogląda na mnie z uczuciem. I to jest uczucie pełne oddania. Oraz przestrogi, że gdy fiknę - sprowadzi mnie do miejsca, w którym powinnam się znajdować. Jak nikt inny w naszym domu jest Osobą.

Czuję się przy niej bezpiecznie.

Wszystkie zwierzęta, które z nami mieszkają, funkcjonują w domu jako dzieci. Oprócz niej. Gdyby mnie ktoś zapytał, z kim pozostawiłabym noworodka, nie zastanawiałabym się nawet chwili. Powierzyłabym Zośce, bo umie się zaopiekować. I sprowadzać na ziemię, jak nikt inny. Jest absolutnym cudem natury - a poznałam w życiu wiele zwierząt i sądzę, że to uprawnia mnie do złożenia oświadczenia.

Gdyby akurat były wybory, bez zastanowienia głosowałabym na nią. Wam też polecam. Zofia na prezydenta.
I premiera.
I cały - najlepszy w świecie - rząd.

Podziwiam ją w milczeniu. Jednoosobowo załatwi wszelkie problemy w tym kraju. Moja Zosieńka, na własnej, osobistej piersi uhodowana.

Kiedy umrze - a umrze przede mną, bo jej świństwa nie zrobię - będziecie mnie zbierać szufelką. Przez długi, długi czas.


24 listopada 2017

2435

Matka zaprotezowana. Oczywiście nie obyło się bez zgniecenia mózgów, bo wyekstrahowanie nas na niewielkiej przestrzeni grozi śmiercią lub kalectwem wszystkich widzów oraz i również przypadkowych przechodniów.

Więc sklep z zaopatrzeniem medycznym. Renia - właścicielka, matka, ja, personel i klienci, którzy skutkiem zbiegu nieszczęśliwych okoliczności znaleźli się w polu rażenia. Przymierzalnia, czyli pomieszczenie o powierzchni nikczemnej, listopad w rozkwicie, a więc wiele okryć wierzchnich. Torebek. Matek, mnie i Reń. Narada wojenna, co robimy: protezujemy stałą czy tymczasową? Kupujemy stanik czy korzystamy z własnego?

Proteza.
Renia (rozpaczliwie, gapiąc się matce w odziany cycek): Przygotowałam dla pani protezy w oparciu o to, co powiedziała mi córka. I to do dupy jest.
Łoterloo: Ale chwilunia. Było podać rozmiar, to podałam. Nie moja wina, że producent strzela ślepakami.
Matka (miętoląc z zainteresowaniem protezę tymczasową): Ta jest wielkości mojej głowy.
Łoterloo: No, patrz, jaką masz małą główkę. Niektórzy mają takie cycki. Cud, że dożyłaś takiego zabawnego wieku.
Renia (ryjąc w pudełkach poszukując rozmiaru): Ja tu wybór mam!
Łoterloo: Luz, zmierzymy wszystkie. Noc jeszcze młoda, a my wręcz przeciwnie.
Matka (miętoląc z zainteresowaniem protezę stałą): To jest niezłe, tylko strasznie ciężkie. W worku na plecach mam to nosić?
Renia (spod stosu kartoników): Wrzućcie se cycki na wagę, to zobaczycie.
Łoterloo: Mamo, masz w domu wagę?
Matka: Kuchenną?
Łoterloo: Nie, towarową.

W kulminacyjnym momencie dochodzimy do wniosku, że zaczynamy od tymczasowej, bo lekka, łatwa i przyjemna. Trochę jak Viagra light: dziwna ciut, ale po niej ładnie się bielizna układa. Nadchodzi czas na biustonosze.

Stanik.
Renia: Ten jest dość mocno zabudowany, taki sportowy typ. Czy będzie pani nosiła głębokie dekolty?
Łoterloo: Wątpię.
Matka: A co wy mi tu zabraniacie?! Będę nosiła. Do pasa!
Łoterloo: Jest rozpasana. Poprosimy o coś burdelowego.
Renia: Czarny?
Łoterloo: Zielony!!! (Podnosi głowę i dostrzega na górze regału manekin). Ten! Dawaj ten! Mamo, ten jest józiowy w groszki.
Matka: Chcę w groszki.
Renia (podskakując strąca manekin z regału): Musimy sprawdzić, jaki to rozmiar.
Łoterloo: Na moje oko to jest TEN rozmiar.
Renia: O, faktycznie.
Matka (wbijając się w groszki): I co?
Łoterloo: Bingo. Dawaj jeszcze burdelowego. Ja stawiam.
Renia: Widzę, że pieczołowicie dobiera pani asystę do zakupów.
Matka: Jak szaleć, to szaleć.
Głos męski zza przepierzenia: Muszę wyjść zapalić.
Łoterloo: Mięczak.

Instruktaż.
Renia: O, tu, niech pani spojrzy...
Łoterloo: Gówno spojrzy, jak jest ślepa.
Renia: Jak to ślepa?
Łoterloo: Ślepy to taki, co nic nie widzi.
Renia: Ale pani nie wygląda!
Matka (stukając się z rozmachem w potylicę): Bo widzi się tu. Oczy to tylko proteza.
Łoterloo: Cwaniara, nie? Umie się przystosować. Ona przetrwa nawet atak nuklearny.
Matka: Miałam na myśli mózg.
Łoterloo: Proszę, jak kombinuje. A ma głowę mniejszą niż niektórzy cycki.


Kasa.
Łoterloo: Ja płacę.
Renia: Weźcie te staniki ze sobą, niech pani w spokoju poprzymierza, bo w domu to inaczej niż w przymierzalni. W poniedziałek Asia zwróci mi te, z których pani zrezygnuje, a za resztę zapłaci.
Łoterloo: Za nie swoje baluj.
Matka: To zapłacę sobie za tę tymczasową protezkę.
Renia: O, nie. Nie po tym, co tu razem przeżyłyśmy. To prezent ode mnie.
Łoterloo: Nooooo mamo. Wbijamy teraz w miasto? Oszczędziłaś, to stawiasz.
Matka: I tak nie pijesz, bo prowadzisz.
Łoterloo: I po zabawie. Zniszczyłaś mi życie.
Renia: Jesteście wariatki.

Z tego miejsca pragnę gorąco podziękować Reni, która to wszystko zniosła z godnością, ma wybór i jest pięknym człowiekiem. Gest z prezentem bardzo mnie wzruszył. Za resztę zapłacę kartą Visa, bo taką dali mi w banku.
A teraz się napiję, bo już nigdzie nie jadę i dostałam łapówkę w postaci czerwonego wytrawnego. Hiszpańskiego. Gratyfikację, znaczy. Co nie zmienia faktu. Za nie swoje baluj.

------

W domu rodziców.
Łoterloo: Patrz, jaki matka ma stanik!
Ojciec (z irytacją): I niby gdzie zamierzasz w nim chodzić?!
Matka: Na podryw. Trzeba korzystać, póki człowiek może.
Łoterloo: A jeszcze nie widziałeś tego niebieskiego w kwiatki.
Ojciec: Co?!
Łoterloo: Zainwestuj w aparat słuchowy. Trzeba korzystać, póki człowiek może. A jak będziesz miał aparat słuchowy, to będziesz lepiej widział. Np. stanik w kwiatki.
Ojciec wykonuje lekki zamach. Łoterloo znika jak sen złoty.

22 listopada 2017

2434

Jestem zmęczona.
Jestem tak zmęczona, jak chyba nigdy w życiu nie byłam zmęczona.
Od mojego zmęczenia nie da się odpocząć i to jest właściwie najsmutniejsze.

Ten rok źle się dla nas zaczął i choć próbowaliśmy go trochę polepszyć ślubem, który sam w sobie był bardzo fajnym wydarzeniem, szczególnie gdy uwzględnić imprezę po, to jednak życie mnie dopadło, bo od niego nie ma ucieczki. Do wyjazdu Zuzi, który rozumiem i z którym się godzę, choć smutno mi bez niej i tęsknię, dołączyła choroba mamy i kłopoty w pracy. Przeżywam obecnie absolutną kumulację, która mnie wykańcza psychicznie. I fizycznie też, bo uporczywy stres generuje różne dolegliwości, więc kiedy przestały mnie po kilku miesiącach boleć plecy, to zaczęły stopy. Czuję się jak zniewolona Japonka, boli mnie każda kostunia, a o tę w stopie - jak wiadomo - nietrudno. Próbowałam się nawalić dla odstresowania, ale już nie działa.

Udręcza mnie również do granic permanentny brak snu. Zapomniałam już zupełnie, jak to jest przespać noc. A ponieważ nie przesypiam, jestem cały czas zmęczona. Z przemęczenia mam kłopoty z zasypianiem. I kółko się zamyka. Chciałabym wziąć urlop, ale nie ma urlopu od życia.

Chciałabym też, żeby nie wisiał na mnie cały mój świat. Żeby mniej czasu spędzać na korytarzach różnych zdrowotnych przybytków, które tak naprawdę nie są przybytkami zdrowotnymi, tylko chorobowymi. Żeby usiąść na podłodze, rozpłakać się i nie móc. Żeby nie musieć w kółko powtarzać: "Tato, mama nie umrze", "Mamo, nie umrzesz", "Wszystko będzie dobrze", "Damy sobie radę", "Daj, ja to zrobię". Nie noś, nie chodź, nie szarp się z tym, nie właź tam, nie ruszaj. Żeby nie znać rozmieszczenia sklepów medycznych, nie wiedzieć czym się różni proteza, jak znaleźć onkologa, pielęgniarkę, rehabilitanta, załatwić sanatorium, wniosek na dofinansowanie, rachunek na leki. Żeby się, kurwa, obudzić, popatrzeć w sufit i powiedzieć: "Ale miałam chujowy sen".

I co?
I jajco, że tak podsumuję zwięźle i mało dosadnie. I jajco.

PS Pacjent onkologiczny jest pozostawiony samemu sobie. Zupełnie. Więc jeśli komuś z Was przydarzy się kiedyś takie nieszczęście, to pamiętajcie, że jestem, można ze mną pogadać, prawdopodobnie byłam tam, gdzie się znajdujecie i już wiem, którędy na Rzeszów. Nie warto kopać się z koniem w pojedynkę. Tylko nie teraz, bo zwariuję.

17 listopada 2017

2433

Całe szczęście, że na fejsbuku wyskakują wspominki. Dzięki nim odkryłam, że mamy dzis urodziny i poleciałam szybko sprawdzić, od czegóż to się zaczęło.
Od Karolka.

17 listopada 2006 roku napisałam pierwszy post na blogu i brzmiał on następująco:

Donoszę uprzejmie, że objawienia w naszej podstawowej komórce społecznej mają charakter nagły, niespodziewany i spadają na nas w chwilach stabilizacji. Jak można przypuszczać w okresach tych następuje względne odprężenie, utrata czujności i niczym nieuzasadnione zadowolenie, a cechy te bezsprzecznie sprzyjają występowaniu objawień.
Dla niezachowania chronologii pierwsze wystąpi objawienie ostatnie: Karolek.
Karolek jest wynikiem posiadania stałego łącza internetowego. Objawił się w związku z korzystaniem z najpopularniejszego w naszej ojczyźnie serwisu aukcyjnego. Zaistniał w wyniku proponowania przez ów serwis tzw. opcji „Kup teraz” i pozornie wydawać by się mógł aukcją życia, albowiem nie zapłaciliśmy za niego ani grosza, a w dodatku w promocji do Karolka otrzymaliśmy kosz wiklinowy z drzwiczkami uniemożliwiającymi występ. W przeciwieństwie do dostępu. Chociaż w pewnym sensie uniemożliwiały też one (owe drzwiczki) dostęp do Karolka, a co za tym idzie – dawały szansę zachowania wszystkich 10 palców u rąk. Lub oka. Lub innych cennych części osobowości cielesnej. A wszystko to dlatego, że Karolek zapałał do nas pozytywnym uczuciem dopiero jakieś dwa dni później, co mogło zaowocować poważnymi stratami w ludziach i sprzęcie. Nie, żebyśmy Karolka więzili przez dwie doby w rzeczonym koszyczku, aż skruszał… Nic z tych rzeczy. Zresztą… kto by go tam wcisnął, kiedy już został uwolniony? Zaprawdę – najodważniejszy by się nie odważył po obejrzeniu będących na stanie Karolka lancetów, potocznie nazywanych pazurami. A warto tu nadmienić, że Karolek posiada w końcu również bliżej nieokreśloną liczbę „mnóstwo” zębów, dobitny dowód istnienia których obnosimy jak ordery do dnia dzisiejszego, licytując się przy każdej okazji, kto ma ordery liczniejsze i które miejsca „zawieszania” są najoryginalniejsze.
Wbrew snutym przeze mnie rozważaniom Karolek ma niezwykle przekonujący wygląd.


Blogowanie jest jedną z poważniejszych stałych w moim życiu. Bardzom ciekawa, czy jest tu jeszcze ktoś, kto czyta od samego początku. Jeśli tak, to WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, CZYTELNICZKO (lub czytelniku).

A poza tym: brawo ja. 11 lat.
Szok. Po prostu szok.

12 listopada 2017

2432

Mamy tutaj taką zabawę, nazywa się "podkręcanie psychopaty". Tzn. Prezes zawsze wznosi oczy ku niebu i mówi: "Znowu podkręcasz psychopatę?".
Psychopata wygląda tak:


No więc bierze się jednego psychopatę i zamiziuje. Obraca się psychopatę na kanapie w różne strony, klepie się go po pupie, sprawdza, czy nogi zimne, wałkuje i łaskocze po brzuchu. Psychopata się broni, wierzga i warczy. Kiedy dźwięki osiągają specyficzne staccato, należy znienacka pomiziać psychopatę w uchu. A gdyby się tego spodziewał, to w pachwinie.
Psychopata jest absolutnym mistrzem debaty, Lesiek przy nim po prostu wymięka. Jęczy. Rzęzi. Warczy. Charczy. Kaszle. Kicha i pluje. Pomiziany znienacka w pachwinie zastyga i przestaje oddychać. Uwaga dla podkręcających: nie przesadzać, bo się udusi.

Bawię się tak codziennie i nigdy nie mam dosyć. Polecam.

11 listopada 2017

2431

Zgrzały mi się zwoje.

Czasem zapisuję się do różnych grup na Facebooku. Sprawdzam, czy to wnosi coś do mojego życia - jeśli nie, rezygnuję. Zapisywałam się też do lokalnych grup związanych z informowaniem o utrudnieniach na drogach, bo wiadomość o korku pomaga go ominąć, a korek działa mi na nerwy. Wolę przejechać kilka kilometrów więcej, byle jechać. Dość szybko ogarniam topografię terenu, mam skłonność do eksperymentowania, szukam alternatyw. Ale tego typu grupy to również nieustanne informacje o kontrolach trzeźwości i prędkości.

Moim zdaniem tych kontroli jest o wiele za mało. Dane dotyczące wypadków śmiertelnych są przerażające. Ludzie są bezmyślni, nie mają narządu odpowiedzialnego za refleksję. Nie, nie chciałabym nikomu wmawiać, że od przeszło ćwierci wieku nigdy nie "depnęłam" na ograniczeniu - one rzeczywiście bywają irracjonalne. Ale staram się. Wiem, jak wygląda człowiek po wypadku drogowym. Wiem, jak wygląda człowiek, którego uratowano z płonącego samochodu. Wiem, jaki jest komfort życia po czymś takim.

Nie ma też we mnie tolerancji dla osób prowadzących po alkoholu. Jestem Hitlerem nacisku ustawodawczego w kwestii ustanowienia przepisów, które karałyby sprawców wypadków po pijaku za umyślne spowodowanie śmierci. I nie ma tu znaczenia, jaka ilość alkoholu została spożyta. Dla każdego, kto ma odrobinę mózgu jest jasne, że nawet to dopuszczalne piwo upośledza naszą koncentrację. Granica powinna zostać przesunięta do ZERA i kara za jej przekroczenie powinna być konsekwentnie egzekwowane BEZ LITOŚCI. Zapierdalaj na piechotę, jeśli nie masz wyobraźni.

Piszę o tym dlatego, że właśnie wypieprzyłam z prędkością nadświetlną z jednej z grup, w której o kontrolach trzeźwości i prędkości nagminnie informowano. Zbyt długo to tolerowałam i czuję się z tego powodu źle. Zasadniczo chciałam odejść bez komentarza, ale pomyślałam, że może przez chwilę, nim młodziutka adminka skasuje mój post, ktoś go jednak przeczyta i się zastanowi. Nawet jeśli będzie to jedna osoba - i tak było warto.

Odeszłam więc, pozostawiwszy taką wiadomość:
W zasadzie chciałam opuścić grupę bez komentarza, ale pomyślałam, że może ktoś przeczyta tę niewygodną wiadomość przed jej pospiesznym usunięciem i chwilę się zastanowi.
Prowadzę przypuszczalnie dłużej niż Ty, Aniu - sądząc po zdjęciu (jeśli nie, to winszuję umiejętności fotografowania) - żyjesz. Po pierwszym milionie przejechanych kilometrów przestałam liczyć. Poprosiłam o przyjęcie do grupy z nadzieją na informacje O PRZESZKODACH NA DRODZE. Nie interesują mnie posty o kontrolach, bo mnie nie dotyczą - myślę za kierownicą nie tylko o sobie i o tym, jaką to jestem królową szos. A jeśli nie pomyślę, to moja wina i nie ma tu pola do erystyki.
Od początku uważam, że informacje o kontrolach są NIEETYCZNE. Kto nie podziela mojego zdania, ten ma po prostu nieczyste sumienie. I zapraszam go na fp Polskie Drogi. Do tej pory to tolerowałam, choć z trudem. Więcej też czytałam niż pisałam, ale posty często się powtarzają, więc nigdy nie uznawałam tego za problem, wiedząc, że w grupach zwykle jest mniej aktywistów niż czytających. Dziś dowiedziałam się, że jestem pasożytem.
Pracuję w szpitalu. Obyś NIGDY nie zobaczyła tego, co ja widuję na co dzień. Jeśli raz zobaczysz, to pędzikiem zmienisz regulamin grupy. Zaręczam.

Kontroli trzeźwości powinno być 1000 razy więcej i szkoda, że nigdy nie będzie.

Kontroli prędkości powinno być 1000 razy więcej i szkoda, że nigdy nie będzie.

Nigdy nie jeździłam wolno, ale wiem, że nie ma takiej pilnej sprawy, dla której warto by poświęcić życie swoje lub innych. Nie ma takiej rzeczy, po którą trzeba by było jechać po wypiciu kropli alkoholu. To istnieje tylko w Waszych głowach i jeśli uważacie inaczej, to leki są już niezbędne.

Następnym razem, gdy ostrzeżecie jakiegoś mordercę, pamiętajcie, że naprzeciwko niego możecie się znaleźć Wy. I Wasi najbliżsi. Pamiętaj o tym, Aniu. Oby ktoś zaczął karać pijaków za kierownicą z paragrafu umyślnego spowodowania śmierci. Zastanówcie się, czy lans jest warty przykładania do tego ręki.

Oraz żegnam ozięble z domieszką ironii. Dawno już przestało mnie jarać popisywanie się przed innymi dziećmi w piaskownicy.

Wam też polecam. Nie bójcie się śmieszności. Macie rację.

9 listopada 2017

2430

O 7:05 9 listopada 23 lata temu trafiłam oczko (dowód: zdjęcie pierwsze). Od tej chwili nieustannie utwierdzam się w przekonaniu, że całkowicie nieprzypadkowo moja śliczna córeczka otrzymała w szpitalu taki właśnie numerek.

Napisałam do niej dziś o 7:05, że wtedy, w zimnym listopadzie 1994 roku, płakałam ze szczęścia, zachwytu i trochę z żalu, że już nigdy nie będziemy tak blisko. I dziś płakałam - z tego samego powodu. Niektóre rzeczy na niebie i ziemi są całkowicie niezmienne.

Na zdjęciu numer dwa widnieje ta sama osoba, studentka college'u, która już odkryła, że warto się uczyć. A więc - zdobywszy wykształcenie w kraju - robi to w obcym języku, na ochotnika i za swoje, ciężką pracą zarobione pieniądze (od mamusi nie chce).

Kocham ją jak nikogo na świecie i jestem z niej nieznośnie wprost dumna. Oto największe moje osiągnięcie i największe szczęście.

Wszystkiego najlepszego, kwiatuszku.