22 sierpnia 2016

2351

W ubiegłym tygodniu, korzystając z uroczej pogody, brać grupowo rzuciła się do ogrodu.

Eduś, jak to Eduś (mamusi syneczek najdroższy) - skromniutko, nie wadząc nikomu przycupnął sobie w trawie przy krzaczkach.

 

Długo w swej cichej samotni nie posiedział. (Hanka jest już mniej więcej rozmiaru Edka - perspektywa kłamie - tylko inaczej zbudowana).


Gdyż waliły tłumy.


Natomiast Karolek szczerbaty wnosił pretensje do wścibskich, wszędobylskich paparazzi.


Za to Prezes zasadził nowy miłorząb i jak mógł, tak starał się sprostać prośbom fanek o okazanie przystojnej łydki. Paczajom, jaki ma kapelutek!


Karolek, zniesmaczony nachalnością fotoreporterów, dokonał odbioru inwestycji. Paczajom, jaką ma kitę! (Karolek jest kotem uczciwego rozmiaru, przy czym po przeprowadzce wysmuklał bardzo i lekko wystają mu gnaty - ale za to odciąża kolanka, skalane schorzeniem wędrujących rzepek).


A Zocha... jak to Zocha. Miała na to wszystko wyrąbane. Uwielbiam tego kota niemal bałwochwalczo. Paczajom, jakie ma białe usteczka!


Nieuwieczniona na zdjęciach niezmordowana trzymaczka aparatu uprasza o docenienie wysiłków, polegających na rzucaniu się na glebę oraz wstawaniu i ponownym rzucaniu, wstawaniu, rzucaniu, wstawaniu... W piątek - być może na tę okoliczność - dopadły trzymaczkę korzonki. I trzymio.

21 sierpnia 2016

2350

Wprowadzenie.

Dawno, dawno temu zadzwoniłam z drogi do Prezesa z informacją, że niedługo będę w domu. Dowcipny ów człowiek skwitował moje starania przykrywając nieszczelnie mikrofon telefonu i wołając w przestrzeń:
- Zbierajcie się dziewczynki szybciutko, bo Asia już jedzie!
Tak narodziła się nowa świecka tradycja, eksploatowana obficie przy każdej możliwej okazji.

W piątek pojechałam do miasta i pożałowałam. O, wsi spokojna, wsi wesoła! Po cóż mi było cię opuszczać - jest lepiej nawet z tym remontem kanalizy, prowadzonym od półtora miesiąca, ze skutkiem ubocznym w postaci zamknięcia ulicy dojazdowej do naszej chałupiny. No, dobra, nikt sobie z tego zakazu ruchu nic nie robi, a i panowie drogowcy-kanałowcy przepuszczają miejscowych bez szemrania.
Na cóż mi więc było opuszczać, gdy natychmiast utknęłam w koszmarnym korku, z którego udało mi się uciec po - bagatela - godzinie. I to tylko dlatego, że znam Katowice, więc wiem, który trawnik między blokami przeciąć, żeby się znaleźć na wylocie.

I teraz do rzeczy.
Utknąwszy we wspomnianym korku, wysłałam Prezesowi tęsknego MMSa, obrazującego tragizm sytuacji.


Po dwóch minutach otrzymałam odpowiedź.


Przeszedł na level master.

14 sierpnia 2016

2349

Bo jest jeszcze taka sprawka, co to nie chciałam Wam wcześniej mówić i tak sobie myślałam, że co Was będę denerwować, ale już rok minął, jak na wsi mieszkamy i kiedyś w końcu muszę. Chyba. No to Wam już powiem.
Widzicie - jest tak, żeśmy ten dom na wsi kupili, sąsiadów mało, za to zieleni, ciszy i spokoju dużo. Łąk, lasów i pól zielonych. Ale jest jeszcze jeden klimacik. Otóż wezne se ja w auto wsiędę, pięć minut się po wsi pokręcę i...









Tak już, widzicie, ślepej kurze.
Żebyście sobie nie myśleli, że na tym Śląsku to tylko kopalnie i sami górnicy.

9 sierpnia 2016

2347

Parę dni temu psi wykopali sobie dziurę w ogrodzie. Ponieważ była to dziura w miarę optymalnie posadowiona, nie wnosiliśmy uwag. No, może jedynie w chwili, gdy Hanka weszła do dziury, a Lesiek postanowił ją zakopać.
Ale dzisiaj... mieliśmy oberwanie chmury.

Zaraz po deszczu psi uznali, że muszą w tej chwiluni opuścić lokal. Dwie minuty później usłyszałam okrzyk wojenny Prezesa:
- Psia dziura jest pełna wody i błota! Chodź i zobacz!
No to poszłam.
Żałuję.


Im dalej w las, tym żałowałam bardziej.


I bardziej...
(W promocji moje świeżo umyte okno oraz zdemolowany przez psy parapet).


Oczywiście delikwenci NATYCHMIAST zapragnęli wbiec do domu i zaryć się w bety. Niedoczekanie! Prezes wyprał Leśka w ogrodzie wodą z węża, ku radości zainteresowanego, który - jak nigdy - miał ten prysznic tylko dla siebie. Owszem, potrafi zrobić w powietrzu salto mortale i wyciąć przy tym hołubca.
Hanka cykała się tego typu rozrywek, więc Prezes zaniósł ją do wanny. Ja w tym czasie (idiotka) postanowiłam posprzątać w kuchni. W końcu duży Prezes i malutki piesek. Przeliczyłam się.

Swoją drogą - nie wiedziałam, że tyle błota, ziemi i piachu może się przyczepić do tak małego stworzenia. Hardcore.

Obecnie oboje - wyprani i wytarci - stają na głowach na kanapie. Moje życie jest takie atrakcyjne.

7 sierpnia 2016

2346

Krótka opowieść o tym, że baba stworzenie uparte i to ma zawsze konsekwencje.

Łoterloo: Kochasz mnie?
Prezes: Kocham.

I można było zakończyć, prawda? To nie. Musi.

Łoterloo: Ale bardzo?
Prezes: Bardzo.

Naprawdę ostatnie ostrzeżenie. I nie dotarło.

Łoterloo: Mimo że jestem stara i gruba?
Prezes: Nie jesteś stara ani gruba. Jak będziesz stara i gruba, to cię po prostu wyrzucę.

Chciałam, to mam. Teraz muszę trzymać torbę ze spakowanymi artykułami pierwszej potrzeby pod łóżkiem. Może zdążę złapać przed wylotem.

5 sierpnia 2016

2345

Kto tęsknił za opowieściami o kotach? No to Zośka odstawiła nam taki numer, że mało na zawał nie padliśmy.

U nas wszyscy wracają na noc do domu. Mamy swoje rytuały: np. po Edka trzeba wyjść i poprosić oraz zaoferować mu tzw. patyczek wieczorny, Karol wraca sam, a Zośkę się woła trzy razy i to jest dla niej wystarczające trzymanie nas w ryzach, a także danie nam do zrozumienia, kto jest tutaj najważniejszy. Wczoraj nie wróciła.

Ona nie ma żadnego powodu, żeby ciągnąć gdzieś poza. Jest kastrowaną, domową starszą panią, bierze leki, po które się po kociemu zgłasza dwa razy dziennie, zakosztowała mieszkania na ulicy - więc wie, że w domu ma full serwis i nigdzie na świecie nie znajdzie drugich takich, którzy się będą stosownie przed nią płaszczyli. Rytualnie daje nam do zrozumienia, jaka jest hierarchia, my na to przystajemy i wszystko utrzymuje się w normie. Do wczoraj.

Położyłam się dopiero po pierwszej, bo ją nawoływałam i szukałam jędzy. Chodziłam po nocy, psy histeryzowały w domu, ponieważ ich nie wypuszczałam. Obudziłam się o czwartej, by powtórzyć wszystkie czynności... Bezowocnie. Wróciłam z psami do łóżka, obudziłam Prezesa, żeby wydać dyspozycje, że trzeba otworzyć wszystkie zamknięte pomieszczenia i zaplanowałam wizyty u sąsiadów w tym samym celu. Nerwowo przedrzemaliśmy do siódmej, kiedy to Prezes wstał, zszedł na dół i zaczął mnie wołać.
- Wróciła!!!
Wyprułam boso na parter i dalejże kota przytulać. Zośka rozmruczana, szczęśliwa, że w domu, głodna, jakby tydzień nie jadła. Napchała kałdun i padła bez ruchu do południa. Prezes nawet nie mrugnął - odstąpił małpie swoje krzesło przy biurku, a sam wziął sobie inne. Wiecie dlaczego go kocham? No dlatego właśnie. Jesteśmy tacy sami.

Czemu tak się martwiłam? Bo jest gorąco, to raz - musi pić. Bo odstępstwo od normalnych zachowań oznacza, że coś się stało - np. ktoś ją gdzieś niechcący zamknął i może tam umrzeć zanim ją znajdziemy. Bo ja kocham. Bo się boję Zuzi.

Muszę zapytać dziś sąsiada, gdy już wróci z roboty, czy to u niego. Ale obstawiam sąsiednią posesję - koty uwielbiają się u nich gościć - mają dużo drzew, pod którymi można się chować i bardzo lubią zwierzęta. No i sąsiad wyjeżdża do pracy o szóstej.

***

Odświeżające pół godzinki na telefonie z dzieckiem holenderskim. Opowiadam, co się wydarzyło.
- Dobrze, że wróciła - konstatuje Zuzia. - W przeciwnym razie bym cię udusiła.
Mnie! Zawsze wszystkiemu w tym domu jestem winna ja.

4 sierpnia 2016

2344

I tak sobie tu gnijemy na urlopie, jak część z Państwa zauważyła, z nudów to nawet część butów sprzedałam. Nie mogę powiedzieć, 9 par zeszło pierwszego wieczora, nie nadążałam odbierać wiadomości. Niektórych to nawet nie wystawiłam - znajomi rozebrali. Znajome, znaczy.
Nic mi się nie chce, pogoda wróciła, gorąc taki, że kawy nie tylko na naszej patelni - szumnie zwanej tarasem - ale i na ławeczce w cieniu za domem wypić się nie da. Teraz dopiero zrobiło się po japońsku, to człowiek wylazł z nory.

Poza tym znalazłam dziś nową pocztę, bo te przesyłki z butami. I co? I tak samo do dupy, jak wszędzie. Zawsze sobie myślę, że poczta to taka ostoja polskości - choćby bomba wybuchła, choćby obca armia przeszła paląc i waląc, tam się nic nie zmieni. Zimno czy gorąco, pocztowcom, jak Polakom, zawsze nie pasuje. Szczególnie klient.

Lesiek nadal nauki pobiera, nie zważając na aurę. Szkoła potwornie go męczy, za każdym razem wmawia nam, że on już wszystko umie i może jednak nie jedźmy, bo nuda aż mu szczęka od ziewania wylata. Dziś, gdy wracali z Prezesem, myślałam, że skonam. Wjeżdżają na tak zwany naplac, Prezes prowadzi, patrzy przed siebie, obok na siedzeniu pasażera Lesiek i jego czysty profil Anubisa - refleksyjnie wpatrzony w dal. Za tydzień muszę ich przyfilować z aparatem, bo widowisko przednie.

Hanka rośnie. Przypomnijcie mi, po co ja tego drugiego psa brałam? Że jaka była idea? Niby Lesiek miał się przy suczce uspokoić, zająć i wyciszyć? A dlaczego nikt z Was nie wspominał, że może nam się trafić pies nr 2 z jeszcze większym pierdolcem niż pies nr 1?! Co na to rachunek prawdopodobieństwa, ja się pytam?!!
Finalnie mamy tu dom wariatów, z dwoma oszalałymi pacjentami na koksie i pięcioma depresyjniakami, którym chyba nikt nie pomoże. Tak, koty mam również na myśli. One już przestały kombinować, jak to przetrwać z godnością. Zeszły na poziom: jak przetrwać. Najlepiej radzi sobie Zocha, bo jest na prochach, których skutkiem ubocznym bywa wyciszenie i zwis. Zaczynam pożądliwie popatrywać na te tabletki, naprawdę. Trzymam się resztek nadziei, że one jednak z tego wyrosną, psy znaczy. I że za rok o tej porze będzie jakoś w miarę.

Lesiek pobiera różne nauki, a my kombinujemy, że w stosunku do Hanki mamy jeszcze mniejsze oczekiwania, czyli żeby na ułamek sekundy przestała się ruszać. Nie wiem tylko, czy są od tego jakieś psie uniwersytety. A właściwie szkoły specjalne.

Dokonując ukoronowania upału oraz życia z opętanymi śmierdzielami, Karol wyszedł dziś na stół w salonie i puścił pawia. Jakbyśmy mieli mało zwierząt.
- Musiałeś? - jęknęłam tylko.
Musiał. Widać imperatyw kategoryczny.
Idę se pognić na hamaku. Dobranoc się z Państwem, a nuż psy się uśpili i coś tam klaszcze za borem...

1 sierpnia 2016

2343

Najtrudniejsza rola świata.

Jeśli potraktować tytuł tej notki jako pytanie, większość nam współczesnych udzieli podobnej odpowiedzi: najtrudniejsza rola świata to bycie mamą. Ponieważ mój blog czytają przede wszystkim kobiety pomiędzy 35 a 44 rokiem życia, mogę śmiało zaryzykować formę: znamy to.
Prawie każda z nas ma jedno lub więcej dzieci. Nosiłyśmy je w brzuchach, rodziłyśmy w bólach, karmiłyśmy z miłością. Opatrywałyśmy pierwsze stłuczone kolana, pędzlowałyśmy bąble przy ospie, sprawdzałyśmy w środku nocy czy gorączka nie podskoczyła. Mozolnie i przy zdecydowanym sprzeciwie zainteresowanych pomagałyśmy powstać pierwszym szlaczkom, a potem literkom w zeszytach, fetowałyśmy szkolne sukcesy, ocierałyśmy łzy klęsk, głośniej lub ciszej towarzyszyłyśmy pierwszym miłościom i złamanym sercom. Część z nas ma już za sobą zamawianie welonów lub muszek, nieprzespane noce towarzyszące wnuczęcym ciążom, bezbrzeżny zachwyt nad paznokietkami dzieci swoich dzieci.
Wiemy, ile to wszystko kosztuje.
Nie oddałybyśmy ani jednej łzy, zmarszczki czy siwego włosa.

Nie piszę tej notki bez powodu właśnie dzisiaj.
Moje serce mamy pęka na kawałki, gdy myślę o tych, którzy 1 sierpnia 1944 roku wyszli z domów na zawsze.


Pomyślcie dziś, proszę, o tych mamach, którym przyszło patrzeć na śmierć ich dzieci. One też wycierały nosy, leczyły skaleczenia, uczyły czytać. Były takie same, jak my. I na pewno nie chciały widzieć gasnących oczu najbliższych, przed którymi życie stało otworem.

Tak, najtrudniej na świecie jest być mamą. Szczególnie, gdy trzeba złożyć opiekuńcze skrzydła, by ktoś mógł rozwinąć swoje i polecieć.
Nawet jeśli tuż za rogiem czeka upadek Ikara.
Chylę przed Wami czoła, Mamy Powstańców.



***

Nie obrażajcie się Panowie. Miłość matczyna jest po prostu inna. Nie lepsza - inna. Dzieci są niejako kawałkami naszych ciał; pępowiny po prostu nie da się przeciąć, jest wieczna.

28 lipca 2016

2342

Nie przysposabiajcie zwierząt. Naprawdę.

Zasadniczo nie zostawiamy w nocy okna sypialni otwartego na oścież, ponieważ wychodzi na garaż i koty łażą po dachu. Ale wczoraj było tak koszmarnie duszno, że machnęłam na to ręką - niech siedzą na tym dachu, jeśli taka wola.
Położyłam się dopiero po północy, przez okno napływało chłodne powietrze, zasnęłam.

Około 4:20 Leśkowi się stało. Pewnie śnił o czymś intensywnie i to nałożyło się na rzeczywistość, którą byli Karol z Edkiem kiwający się na kalenicy. Wiecie: tu poranna szarość, tu okno, tu kalenica, tu kot, a może ufo. Albo inny bażant. Skoczył więc na równe nogi, rozdarł mordę, przebiegł po mnie do okna i dalejże ujadać, budząc całą wieś. Za Leśkiem oczywiście ruszyła Hanka, dla niej każda pora dobra, ona lubi brać udział.

I teraz tak. Lesiek leci barytonem skacząc na dwóch łapach koło okna: gwałtu-rety, ufo, najazd, źli ludzie, łapać złodzieja, bażant skrzyżowany z sarną. Dookoła jego nóg biega Hanka, nieuporyczwie na czterech łapach, podryguje, tańczy, piszczy, szczeka falsetem, daje znaki, że ona też tu jest, strzeże, pilnuje, zabić drozda. Do tego ja, ohydnie zdeptana, któram wypruła z łóżka w nocnej koszulinie i upodleniu, staram się wytłumaczyć temu debilowi, że patrz, przesz ten rudy kurak na gór szczycie to nasz Karolek najmilejszy, zamknij się, debilu, bo cię kopnę. Plus słowa uważane powszechnie za obelżywe. No i Prezes z kołdrą na głowie, dla skuteczności przybitą dodatkowo poduszką.
Świt.
Czwarta dwadzieścia.

Dzięki Bogu pierwsze ochłonęły koty. Przylazły po dachu do okna i kolejno dotknęły noskami leśkowego kichola, nie zważając na odgłosy wydawane paszczą. A trzeba tu zaznaczyć, że nie są fanami interakcji ze śmierdzącymi, futrzanymi worami na pchły i kleszcze, które zajęły im łóżko, skaczą na plecy, przebiegają po nich i wypychają z kolejki po jedzenie. Należy to podkreślić i tym bardziej docenić.

Jak za dotknięciem czarodziejsiej różdżki Lesiek pojął, że coś na dachu to nie przelatujący akuracik dinozaur, burza piaskowa i komando Foka, tylko jego własne koty.
- A, to koty - stwierdził, obrócił się na pięcie, której nie posiada, zapadł w piernaty i zasnął snem sprawiedliwego w trzy sekundy.
Tylko że ja nie.

To nie muszę Wam opowiadać, co czułam, gdy zadzwonił budzik?!

Tak, o tym właśnie mówimy.