19 września 2017

2420

Monsieur O., zwany roboczo Okoniem, którego pole orne graniczy z naszym ogrodem i któren był uprzejmy w 2015 roku, w ramach tańca świętego Wita na kombajnie, skosić nam płot, chyba wytrzeźwiał. Aż miło popatrzeć, jak on orze na traktorze, trzymając się od naszej siatki na odległość czułą.

Inna sprawa, że się nie rzucaliśmy. Nie żądaliśmy odszkodowań. Nie windykowaliśmy mu majątku i nie nachodziliśmy w domowych pieleszach, choć wiemy, gdzie to jest. Określiliśmy oczekiwania na wymianę siatki z zapasem jednego przęsła z każdej strony. Zakończywszy prace polowe, Okoń po prostu przyjechał i wymienił. Nie miał z tym wielkiego kłopotu, bo tego typu płoty ma tu co drugi mieszkaniec i łatwo nabyć części w lokalnym budowlanym. Nie miał tez przesadnych kosztów. Rozstaliśmy się w pokoju.

W kolejnym sezonie Okoń przybył na swym wielokonnym, stalowym rumaku, podjechał nam do płota, aż zamarliśmy w niemym oczekiwaniu, a następnie ustawił się równolegle ze stosownym zapasem i jął żąć. Dojechawszy do granicy przestawił się o 90 stopni i rozpoczął standardowe rundki w stronę protiwpałożną. Wyżęty na szerokość kombajnu pas wyraźnie wyznaczał koniec trasy. A i szaleństwo na zakrętach jakby nieco się ustabilizowało.

Dziś obserwowałam jego traktor (nowoczesny, błyszczący, szacuję na jakieś 100 kafli) z przystawką. Trzeba człowiekowi przyznać, że po trzeźwemu radzi sobie po prostu znakomicie, nieomal do centymetra. Znów zaorał równolegle, po czym odwrócił się o 90 stopni i zaliczył całe pole. Na wszelki wypadek pozostawiwszy nawet pas traw w granicy. Jak to czasem warto nie być człowiekowi wilkiem.

17 września 2017

2419

Jakem obiecała niektórym, tak czynię. A że z poślizgiem, to z bonusem.

W ubiegłym tygodniu kot marki Zofia odwalił numer w niektórych kręgach zwany Numerem Karola, a ci, którzy o tym nie czytali, po obecnej lekturze mogą sobie resztę dopowiedzieć. Otóż nadchodził mrok i w dodatku dżdżenie się wzmagało, więc zaproponowałam stadu, by wróciło do domu. Z uwagi na wzmiankowane wzmaganie wszyscy powrócili szybko i bez zbędnych ceregieli, nawet kot marki Edward, któren tylko odrobinkę zamarudził pod samochodem, by następnie rzucić się ochoczo ku drzwiom i matce, gruchającej ku niemu słodko wew tych drzwiach.
Wszyscy, prócz Zofii.

Ja się z Zofią znam od lat bez mała dwunastu, choć ostatnio ciuteńkę mi się wiek dzieciątek poptasił i chodzą plotki, że nawet od trzynastu. Po pierwsze wiem, że Zofia lubi żyć wygodnie, co nie obejmuje moczenia futerka bez potrzeby. Po drugie wiem, że Zofia jest kotem. Właściwie to Zofia jest kwintesencją kotowatości i mogłaby stać w Sèvres pod Paryżem tuż obok wzorca metra i kilograma. A co za tym idzie, Zofia się czasem zaszywa. Ale, jak wspomniałam, znamy się nie od dziś i potrafię ją odnaleźć nawet pod idealnie gładką, bez najmniejszych wybrzuszeń narzutą na jednym z trzech możliwych łóżek. Zawoławszy Zofię do domu osiemnaście razy, ruszyłam eksplorować wnętrze. Dla całkowitej pewności czynność powtórzyłam dwukrotnie z przerwani na wzywanie Zofii do domu z ganku i tarasu. Następnie, solidnie już zdenerwowana, posłałam Prezesa na pięterko, do garażu, do kotłowni oraz pobrałam latarkę - gdyż w międzyczasie całkowicie ściemniało - i przeryłam się przez pozostałe garaże, a nawet drewutnię. Oraz drogę, krzaki i ogród sąsiadów.

Im bardziej zaglądaliśmy do wszystkich dziur, tym bardziej Zofii w nich nie było. Atmosfera zrobiła się dosyć napięta. Oświetliwszy taras światłem zewnętrznym warowałam przy drzwiach, komentując dość histerycznie, że na pewno coś jej się stało, bo przecież zawsze przychodzi na wołanie, a tu zima akurat, chwycił mróz i śnieg już spadł, że się zaziębi, zapadnie na płuca, wdadzą się suchoty i po Zofii, że ją jakiś idiota samochodem potrąci, bo nie nawykła nikomu z drogi ustępować oraz że ja tego nie przeżyję. Nastrój udzielił się wszystkim. Część domowników stała przy mnie i oddawała się rozpaczy, część miotała się po całym domu zaglądając to tu, to tam, czy aby Zofia gdzieś się jednak nie ukryła. Nikt nie pozostał obojętny, nawet Zofia, która pilnie zaglądała za zasłony i do miseczek. I to właśnie ona pierwsza znalazła Zofię.
Za cholerę nie wiem, gdzie siedziała, ale do dziś mam ochotę ją ukatrupić.

Bonus

A wczora z wieczora wołam wszystkich psów do domu, bo leje. Dwa przyszli, trzeci nie przyszedł.
- Leśkuuuu - pieję. - Leśkuuuuuuuuu!
Nie ma.
Cimno. Zimno. I dżydż.

Chcąc nie chcąc wzułam lacie ogrodowe i ruszyłam na poszukiwania w deszczu i ciemności. Gdy obeszłam już cały dom, wyszło na jaw, że Lesiek jest na tarasie, tylko zajęty, bo akurat zapoznał żabę. Chyba dość istotnie ją zapoznał, więc wzięłam gada na ręce (tu ukłon w stronę pomysłu, żeby mieć psy, które można jakoś oderwać od ziemi) i przyniosłam do domu, gdyż nie ma opcji, by Lesiek z własne woli porzucił taką żabę samiusieńką w deszczu i ciemności. Wytarliśmy się w wiatrołapie, wlaźliśmy do domu, a tu nasz bohater zaczyna zachowywać się dziwnie. Na głowie staje, mordę w kanapę wyciera, łapą sobie coś z twarzy wyciąga. Patrzę... a mój malutki szczeniaczek ze schroniska nie ma jednego oka!

Łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, wywaliłam z łazienki wszystkich, którzy nie byli związani ze sprawą, łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, drzwi zamkłam, rzuciłam się na kolana, psu każąc uprzednio posadzić dupsko i nuże oglądać miejsce po oku. Dokładne oględziny wykazały, że oko jednak jest, tylko kaprawe, spuchnięte, zaglucone i z zajdzioną trzecią powieką.
Westchnąwszy umyłam psu okolice oka płynem do soczewek, który wpadł mi w ręce, dokonałam przeglądu asortymentu w łazience i znalazłszy Prezesowskie krople do oczu, rozpoczęłam żmudny proces wypłukiwania z oka - jak podejrzewałam - oznak niezadowolenia żaby.
Co oczywiście nie budziło zadowolenia zainteresowanego.

I tak kropiliśmy to oko wielokrotnie do dzisiejszego południa. Troszeńkę jeszcze łzawi, ale wygląda dobrze. W podzięce piesek Lesek przyniósł mi... żabę. Trzy razy większą niż poprzednia.
Ja to się mam!






16 września 2017

2418

Z uwagi na porzucenie przez męża, co się bezpośrednio wiąże z pobytem w domu samosześć, rzuciłam się do różnych czynności, bo co tak tu będę sam siedział*. Skutkiem czego nie mamy już nic do wyprania (czy wysuszenia) ani do umycia i schowania w szafkach. Posunęłam się nawet do pielenia w ogrodzie oraz - mimo całkowitego braku wiary we mnie - napaliłam sama w piecu i nagrzałam sobie wodę (może się z nudów wykapię w wannie). W odruchu rozpaczy i poszukiwania zajęcia zlikwidowałam również barek. Nie, no co Wy?! Nie, że zlikwidowałam całkowicie, przecież nie jestem szalona, tylko przeniosłam wszystko, co w nim było, w inne miejsce, uprzednio rzeczy z innego miejsca przenosząc w inne miejsce. Tym samym przysięgłam sobie:
a. nie kupować żadnego alkoholu (wyjąwszy wino), póki nie wypijemy wszystkiego, co zgromadziliśmy obecnie w spiżarni**,
b. kupić wymarzoną kolonialną szafę na wina, którą obwąchuję od - bez mała - roku.

W celu realizacji powyższych śmiałych planów:
a. wypiłam resztę Metaxy,
b. napisałam maila do sklepu od rzeczonej szafy z zapytaniem, jak wyobrażają sobie ewentualny transport.
W razie, gdyby sobie nie wyobrażali, będę musiała podjąć Kroki, czyli uderzyć do braciszka (cieszę się, że to czytasz, będzie mniej żebrania), użytkującego radośnie samochód dostawczy i namówić go, żeby skoczył ze mną do Bochni. Gdyż chcę ten mebel i nic mnie nie powstrzyma. Rzeczona szafa jest piękna oraz droga, ale postanowiłam podejść do tego siłom i godnościom osobistom, a więc posiadam środki, mimo że musieliśmy zapłacić w tym roku paru osobom za wystawny posiłek, że o balustradzie nie wspomnę. Jednakowoż jestem kobietą wielce gospodarną, potrafię ugotować zupę z gwoździa i oszczędzać pieniądze, radośnie trwonione przez mojego męża. Aby to osiągnąć, jestem gotowa nawet na krótkotrwałe pozbawienie go przytomności.

W chwili obecnej nie mam nic do roboty, ale w nowym barku zgromadziłam bardzo wiele alkoholu do wypicia, więc jest szansa, że jakoś to wszystko przetrwam. Pogodę mamy do dupy do tego stopnia, że nawet psy się uśpili, gardząc gnaniem przed siebie i darciem mordy na sąsiadów, a koty zapewne powrócą niebawem. Sprzątnęłabym coś, ale wszędzie mam posprzątane, nawet w szafie. Co prawda roboty służbowej zalega mi pod sufit, ale postanowiłam, że do takich rzeczy w weekend nie będę się zniżała. W związku z powyższym idę szukać kolejnego alkoholu do wypicia, czego i Państwu życzę.


* To jest odnośnik kulturowy, gdyby kto nie wiedział.
** Miejsce, o którym mowa, nadal nie jest spiżarnią, ale uważam, że słowa mają moc sprawczą, więc będę je tak nazywała, póki się nie ziści.

11 września 2017

2417

MUSI to robić.


2416

Dzień szczepień

Wetka: Chciałam ci powiedzieć, że buty* robią furorę.
Łoterloo: No, ja myślę.
Wetka: Więc powiedziałam mężowi, że dzisiaj jadę do ciebie na kawę, żeby się nie martwił, że mnie tak długo nie ma.
Łoterloo: Ucieszył się?
Wetka: Błyskawicznie zareagował: "Do połykacza jedziesz?".
Łoterloo: Właściwie to powinien powiedzieć "do połykaczy". W końcu pierwszym pacjentem po połyku był u was Lesiek. Tylko on to wysrał.
Wetka: Jeeezuuuu, ale wiesz, jak teraz o tym myślę, to on powiedział "do połykaczy". Ma pamięć, cwana jucha!
Łoterloo: Kojarzę mu się z zawartością psich żołądków i drenażem przez ciebie portfela. A tak się starałam.



* Namówiłam ją na irregularki. Właściwie to nie musiałam długo namawiać.

8 września 2017

2415

Dziś będzie o sprawiedliwości. Czyli o czymś, co nie istnieje.

Jak już wszyscy wiecie, bo o tym pisałam, postanowiliśmy liczne korzyści, wynikające z zawarcia związku małżeńskiego, przekuć nieegoistycznie na coś dobrego dla innych. W związku z tym poprosiliśmy naszych weselnych gości, aby nie kupowali nam kwiatów i prezentów, a zamiast tego wyskoczyli z gotówki, którą zamiarowaliśmy przekazać naszemu ulubionemu ośrodkowi, czyli lecznicy dla zwierząt Ada przy Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (albo odwrotnie). Plan ten doszedł do skutku.

Napisałam list:

Najdrożsi!

Nie znacie nas – jesteśmy jednymi z tysięcy, którzy z zapartym tchem obserwują Waszą piękną, szlachetną, pełną miłości pracę. Możemy więc powiedzieć, że to my znamy Was i poczytujemy to sobie za dumę – gdyby nie najnowsze technologie, być może nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że istniejecie. Dzięki Bogu za Internet i za Facebooka, niech żyją!

Od lat staramy się w miarę możliwości wspierać Waszą działalność. Przepraszamy, że nie więcej i nie bardziej. Niemniej w tym roku nadarzyła się okazja, by choć trochę uzupełnić te braki. Po siedemnastu latach postanowiliśmy w końcu wziąć ślub! To była taka zabawna uroczystość, ponieważ nikt z rodziny i znajomych już nie wierzył, że zdecydujemy się w końcu zafundować im jakiś obiad. Nieomal przestali słać do nas liczne memy z podpowiedziami. No, dobra – nasi rodzice wciąż mieli nadzieję, więc postanowiliśmy ich nie zawieść. W końcu... co posiłek, to posiłek! A ponieważ przez długie lata zdążyliśmy już dorobić się tych wszystkich skorup (owszem, mamy nawet sosjerkę), licznych kredytów, zdezelowanych środków transportu, dwudziestu czterech owłosionych łap, przyczepionych do sześciu żołądków bez dna i uwspólnionego dziecka (niby dorosłe, ale zawsze), więc wyszło na jaw, jak bardzo nie potrzebujemy niczego, prócz świętego spokoju. Niestety jest to wartość nieprzeliczalna na pieniądze i nikt z naszych bliskich nie mógł nam tego podarować. Postanowiliśmy więc uprosić ich, żeby podarowali nam dobro w postaci czystej i zobowiązaliśmy się do przekazania tego podarunku Wam.

Przyjmijcie zatem całą gotówkę, jaką udało nam się uzbierać z okazji tego hecnego wydarzenia. Nie jesteśmy już najmłodsi, więc i impreza była skromna: żadnych odlotowych sukien, limuzyn czy tańców do białego rana. No i gości było niewielu – ot, garstka prawdziwych przyjaciół, na których można liczyć w latach chudych, rodzice-staruszkowie, którzy oddali nam trochę ze swoich emerytur, to dziecko nasze uwspólnione i wreszcie, na końcu, my sami, którzy – nie zważając na rzeczone kredyty – też chcieliśmy zrobić ze swoim życiem coś sensownego poza przyjmowaniem pod dach nikomu niepotrzebnych i przez wszystkich wzgardzonych braci mniejszych. Bierzcie tę kasę i zróbcie z niej użytek najlepszy z możliwych.

Dziękujemy Wam z całego serca za Waszą piękną pracę. Kiedy będziemy już duzi, też chcemy być tacy, jak Wy. Doktorze Radku, czy mógłbyś dorobić jeszcze trochę tych ślicznych dzieci? Przecież one poniosą w świat ten gen fedaczyński, najlepszy z genów, gen ojca i dziadka, który każe ludziom nie spać nocami i gnać przed siebie, by nieść pomoc najsłabszym, bezbronnym, całkowicie zależnym od ludzkiej pomocy. My wszyscy tak bardzo potrzebujemy takich ludzi, jak Wy!

Przyjmijcie nasz największy szacunek i podziw. No i te parę groszy. Niechże się obracają w Najczystsze Dobro.

Bardzo już niemłodzi państwo młodzi – Asia i Robert

A potem wzięłam się zalogowałam na konto męża (TAK! ROBIĘ TO!), dokonałam samozwańczego przelewu i wysłałam przygotowany tekst do Ady za pośrednictwem Facebooka. Odpowiedź nadeszła po jakimś czasie i brzmiała:

Jezu dziękujemy,

co ubawiło mnie setnie. Sprawa została zamknięta, a przynajmniej tak mi się wydawało. Bo, jak się okazuje, nie.

Dziś nadszedł list. Porządny, polecony. W środku znaleźliśmy wykres EKG:


oraz przecudnej urody zdjęcie podopiecznego (lub podopiecznej) Ady.


Ponieważ posiadam drugi stopień specjalizacji w czytaniu pisma lekarskiego, trochę Wam pomogę.

Drogi Robercie!
Dostrzegłeś naszą pracę, naszą walkę, nasze marzenia. Wpłaciłeś nam bardzo dużą sumę. Kwota o jakiej możemy marzyć w trakcie codziennego mozolnego zbierania funduszy na nasze zwierzaki. Bezdomne psiaki, potrącone sarny, bezbronne jeże, wilki, rysie i niedźwiedzie.
Chcesz zobaczyć naszą pracę? A raczej chcecie? :)
Zapraszamy was. Cały zespół "Ady"
Pozdrawiam
lek. wet. Radosław Fedaczyński

Najpierw się rozczuliłam. Bo, że mu się chciało, że ręcznie (bazgroły), że polecony, że nas zapraszają - ojej. Ale kiedy mi przeszła pierwsza fala... HELOOOŁ!

Wymyśliłam. Przedstawiłam. Wzbudziłam entuzjazm. Pokonałam opór gości. Zorganizowałam. Poleciałam wpłacić. Napisałam list. Dokonałam przelewu. Wysłałam list (ze swojego konta).
I CO?!

Drogi Robercie.
Mężczyźni!

6 września 2017

2414

Uwielbiam tę robotę.

Szefostwo nieobecne. Spotkanie poranne.
Kolega Zastępujący Szefa: Odpowiedzcie mi na kilka pytań.
Sala: Dajesz.
KZS: Czy jesteśmy świetnymi fachowcami?
S: BA!
KZS: Czy umiemy się uwijać z robotą?
S: BA!
KZS: To może się dziś uwiniemy i wyjdziemy godzinę wcześniej?
S: Dwie godziny!!!
Łoterloo: Już idźmy!!!
KZS: Ale nie przeginajcie, cholera i ruchy, ruchy, ruchy.

5 września 2017

2413

Gdzie nos twój (wskazuje), tam żarcie twoje.


Poza tym nie wiem, czy Państwo zauważyło, że wychodząc naprzeciw oczekiwaniom różnych grup społecznych, posty umieszcza się dublem na blogu i na fejsie. Nie musicie dziękować, ale też się zbytnio nie krępujcie.

4 września 2017

2412

Och, zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, strzeżcie się łatwych i pobieżnych ocen. Dzisiejszy wpis sponsorują Dorota Zawadzka i Małgorzata Kalicińska, czyli jak stałam się sławna, bo zrobiło mi się smutno i stać mnie było na szczerość, choć doktor House mawia, że wszyscy kłamio.

Państwo sobie wyobrazi, że nieznanymi ścieżkami na cichy, skromny fanpejczyk zabłądziła sława telewizorów, kobieta, która WIE – Zawadzka Dorota. (Psycholog. Doradca rodzinny. Niezależny ekspert. Wykładowca. Doradca RPD. Szkoleniowiec. Superniania – tak o sobie pisze). Znaczy… mam podejrzanych, ale nie powiem, bo już raz się niechcący wyraziłam i dostałam w ucho, żebym się jednak nie wyrażała z uwagi na interakcje międzyludzkie, zwłaszcza w zakresie Osób Sławnych, więc ego. Skądinąd słusznie dostałam, bo to mi przypomniało, że mamy dwoje uszu i jedne usta prawdopodobnie nie bez powodu, więc tym razem pobiegłam kurcgalopkiem po widelec i podrapałam się w język zawczasu.

No, dobra, dobra, już przechodzę do adremów. Otóż wyobrazi Państwo sobie, że Zawadzka Dorota, że fanpejczyk i że przesz ja to widzę, albowiem powiadomienia. Oczywiście spłynęło na mnie odium sławy, ale – powiedzmy sobie szczerze – pragnęłam zaistnieć na okoliczność niebywałego intelektu, a nie, że: sfrustrowana i życia nie ma, żałosna biedaczka. To ja się tu lat milion dla Państwa produkuję, tę filologię nawet skończyłam z myślą o Was, a definiuje mnie frustracja.
Nosz, kurwa.

Ale uważajo. Dwa razy (słownie: dwa) Zawadzka Dorota mię udostępniła, ponieważ za pierwszym komentarz jej nie wskoczył. Ja bym edytowała, ale kto ja tam jestem – kobieta bez własnego życia, taka huba na dziecku, to nie będę tutaj epatować. I za drugim razem (jak już wskoczył), podsumowała całe moje życie, które – psychologiem będąc (niczym młodą lekarką) – poznała po jednym wpisie. Uwaga, cytuję:
„Preczytałam z uwagą. Smutny to tekst matki nie gotowej na "wypuść"..
Wychowujemy dzieci dla ICH życia, ICH wyborów i decyzji.
Emigracja? A czymże jest w dziesiejszym świecie mieszkanie daleko? Technologia pozwala na kontakt, a że do garnka nie można zajrzeć? i sobie zobić dobrze przytulacjąc?
Nie rozumiem. To znaczy oczywiście rozumiem mechanizm.. ale rodzicielstwo to "nakarm, naucz i wypuśc " :) :) :)
Jak to trzeba uważać, co człowiekowi z gęby wylata.
Smutno mi się zrobiło, że dziecko, że rekrutacja na studia magisterskie in progress (bo badania lekarskie niewykonane), że ten remont jej mieszkania trzy miasta dalej jeszcze niezrobiony, a co więcej – niezapłacony, że nie będzie codziennego pitu-pitu*, bo jakieś tysiące kilometrów, a przy tym sięgnęłam wyżyn, napisałam o tym szczerze i od strzału stałam się przykładem matki, która nie kuma, że dziecko nie dla siebie, lecz dla świata. REALLY?!

I byłabymż o tym nie pisała, ale pomyślałam sobie, że może istnieć człowiek X, który jakoś nieszczególnie radzi sobie w trudnej sytuacji. Dajmy na to – w relacji z progeniturą. I myśli człowiek ów, że złamie stereotyp, który mówi, że do psychologa to tylko świry chodzo, a on jednak pójdzie i tam pani go oceni po jednym zdaniu, łatę przyklei, w szufladę wepchnie, bo jej cudownie do akuratnej publikacji naukawej to zdanie będzie pasowało. I jak mają ludzie mieć zaufanie do fachowców**?!

Kochani, którzy dotarliście do ściany! Tak nie jest, naprawdę. W tym kraju pracuje wielu wspaniałych, mądrych, wyważonych psychologów, którzy nie dość, że nie oceniają po jednym wypowiedzianym przez Was zdaniu, to jeszcze w ogóle nie oceniają, bo wiedzą, że nie taka ich rola. Nie bójcie się poprosić o pomoc, gdyby była potrzebna. Jestem tego doskonałym przykładem: potrzebowałam wsparcia, poprosiłam o nie i dostałam – bez oceniania. Powiem Wam w tajemnicy, że niebywale te spotkania lubiłam. To był czas tylko dla mnie, stawałam się osią wszechświata, moje sprawy, problemy były przez godzinę najważniejsze. Odpoczywałam, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Polecam.

A z tym dzieckiem jak jest? Ano rozumiem, że wybrała życie, które nie rzuca kłód pod nogi, Siłaczki są przereklamowane. W dwójnasób rozumiem, bo przecież dorosła (byłam dwa lata młodsza od niej wyprowadzając się z domu rodziców i Prezes też był te dwa lata młodszy, gdy rzucił dla mnie cały swój świat), ma prawo do wyborów, do szukania własnej drogi. Ufam jej, bo ją w brzuchu wynosiłam, urodziłam i wychowałam, dając wszystko, co we mnie najlepsze. I nie raz się przekonałam, że wypuściłam w świat pięknego, dobrego, mądrego człowieka, który drugiego nie skrzywdzi, na ludzkiej biedzie paść się nie będzie. I jestem z niej dumna, jak cholera! Dziecko! Czytasz? Jestem z Ciebie dumna, jak cholera!!! A że mi smutno? No, smutno. Dobrze mieć to dorosłe dziecko przy sobie, szczególnie że takie do mnie podobne, poczucie humoru w tym samym miejscu i jad. Z nikim się tak setnie nie bawię, jak z własną córką. Bez komentarzy nawet i po pachy. Niech idzie w świat. A ty, świecie, uważaj sobie. Bo mamusia czuwa. Mam pistolet i łopatę – nikt po tobie nie zapłacze.

Ach, zapomniałabym! Jeszcze ta Kalicińska Małgorzata, pisarka. Cytuję:
„Pani pewnie ma puste życie i żadnego własnego”.
No, takie właśnie puste mam. Notkę tę, którą wszystkim pospiesznie ocenionym poświęcam, na raty pisałam, bo mi się telefon i komunikatory urywały. A to akuracik książka na jaw wychodzi, do której stosunek posiadam osobisty i końcem procesu wydawniczego wspieram, podnoszę, radzę. A to tekst dla kogoś na stronę napisałam i trzeba to wśród chichotów omówić, czy skrócić, czy wydłużyć, czy gdzieś kurwą nie okrasić. A to w końcu jesień: sezon konferencji naukowych zaczynasię. Oprócz tego standard – w wydziale komunikacji parę osób rozśmieszyłam, remont garażu w rozkwicie i woda zewsząd wybucha, za mąż wyszłam, bidusia oraz marzę, żeby czasem świat się ode mnie odpie… znaczy – odsunął. Własną książkę mam w połowie napisaną i czasem nieśmiało puka mi w potylicę, wydawnictwo mnie kopie na okoliczność chałtury, szef mnie kopie na okoliczność sprawozdania, znowu kota Edwarda nie ma w domu, psi się bynajmniej nie uśpili i coś tam klaszcze za borem. Marzę o chwili nudy. Co nie znaczy, że nie czuję. I nie tęsknię. Ot, jestem człowiekiem i humani nil a me alienum putto. Nawet się tego nie wstydzę.

Nie sądź, ażebyś nie był sądzonym.

* Serio?! Ludzie, którzy mają fajny, luźny i z humorem kontakt z własnym, dorosłym dzieckiem, który opiewa na przytulaka i wymianę złośliwych opinii na temat otoczenia, to dziś jakieś zboczuchy?! Ja dobrze po czterdziestce jestem, a lubię do matki zadzwonić, gdyż mianowicie cenię sobie ten jad. Ale nigdy nie wpierałam Państwu, że jestem normalna, faktycznie.
** W tym przypadku: fachmanów.

3 września 2017

2411

Zuzia wybrała emigrację.

Zbieram z ziemi kawałki połamanego serca i w milczeniu niżę na nitki, żeby upleść kanwę zupełnie nowego życia. Pomiędzy wkładam koraliki cierpliwości, słuchania w milczeniu, czekania w pokorze, niemądrzenia się, radości z krótkich chwil kontaktu. Przyklejam do nich myśli: "Czy zdążyłam wszystko przekazać?", "Czy przed wszystkim ostrzegłam?", "Czy będzie nosić czapkę, ciepłe majtki, rękawiczki?". Kto jej ugotuje kluseczki? Kto zrobi herbatę? Kto poskłada w kosteczkę wyprane ubrania? Czy jej ktoś nie oszuka, nie skrzywdzi, nie urazi? Do kogo pobiegnie ze skargą na zły los, wrednych ludzi, nieszczęsny splot zdarzeń? Komu się wyżali? Czy będzie szczęśliwa?!

Stoję w jej - nagle takim pustym - pokoju, czubkami palców przesuwam po miękkich pędzelkach do makijażu wetkniętych w wazonik, wącham perfumy porzucone na półce, przygładzam załamania ubrań na wieszaku i myślę, że wcale na to wszystko nie jestem gotowa. Że gdzieś mi umknęło te z górką dwadzieścia lat, odeszło na zawsze, nigdy nie wróci. I mam żal do świata, do tego kraju, w którym ona nie widzi dla siebie przyszłości, do siebie - choć sama nie wiem za co. Ale nic juz nie można od nowa.

Źle mi teraz. Wiem, że muszę przez to przejść, jakoś poukładać, ale jeszcze nie wiem jak, więc daję sobie czas na siedzenie w kącie po ciemku i łzy. Rano trzeba wstać, pójść do pracy, udawać, że nic się nie stało, zrobić zakupy, ugotować obiad, kupić karmę dla psów, zawieźć płaszcz do pralni, spakować dla niej paczkę z ciepłymi ubraniami, butami i wysłać gdzieś w siną dal. Skończyło się lato i dla mnie skończył się świat, który znałam, w którym czułam się bezpiecznie. Wiem, że zaczął się również nowy, ale wkraczam do niego z niechęcią i z konieczności.

Nic nie może przecież wiecznie trwać...