30 września 2007

Wizyty sąsiedzkie

W godzinach popołudniowych wpadł z wizytą Cz(w)artek. Naturalnie nie sam. Przyniósł piwo.
Karol był bardzo szczęśliwy.
Gonitwom nie było końca.
Aż się zmęczyli…

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Od środy Cz(w)artek wyjeżdża na kolonie (do sąsiedniej klatki), bo sąsiadka wyjeżdża służbowo i wraca w niedzielę.
Więc Karolek będzie miał partnera do harców przez cztery dni, Tuśka dostanie schizy, a Zocha będzie się obnosić.
Natomiast Jaga trochę odetchnie..
Doceni samotność ;o)

29 września 2007

Historia lubi się powtarzać

Węszę kolejne wiekopomne wydarzenie w naszym życiu. Nieukrywalnym bowiem stał się kolejny spektakularny lot z okna kuchennego. Tym razem był to lot Karola. Zgromadzeni sędziowie jak jeden mąż podnieśli tabliczki z oceną: 10. Karol leciał zamaszyście, z wyczuciem, wszystkie akrobacje wykonał wzorcowo. Zaliczył parapet okna na pierwszym piętrze, wywinął podwójne salto i gruchnął, aż się gołębie zerwały w połowie dzielnicy. Karol swoje waży.
Następnie zgłupiał i zaczął wyglądać nieszczęśliwie.
W momencie wyjścia z progu kocia loteria w mieście ruszyła ponownie. W nadchodzącym miesiącu przewiduję pojawienie się słodkiego, rudego kociątka o oczach jak talerzyki, puszystym ogonku i rozbrajającym wyrazie twarzy, Już się pytam:
KTO CHCE śLICZNEGO, RUDEGO, MALUSIEGO KOTECZKA???
Bo sąsiadka trzeciego nie weźmie.
Jest wyjątkowo piękny, mogę obiecać – wiem po Karolu. Karoluś jest wyjątkowo udanym egzemplarzem.

Kocia loteria mojego miasta jest nieco otępiała, bo zwykle nie zauważa, że delikwent uchodzi z życiem. A może zwyczajnie jest podła i przebiegła. I ma nas za mięczaków, którymi – w rzeczy samej – jesteśmy.

Aha: nie pękać, kot przeżył, obrażeń brak. Ma dół psychiczny. Bez pudła (pomimo wykręconych salt i bajecznych gruchnięć) wiedział od razu, gdzie są drzwi do domu. Z łaskawością wielką przyjmuje nasze karesy, które – jako ofierze wypadku – dziś mu się należą.

PS Obawiamy się, że w przeciągu dwóch tygodni skrzydła rozwinie Tuśka. Nawet, jeśli nie zechce. Wizualizujemy obraz, Karola z Zochą trzymających Tuśkę za łapki, rozhuśtujących i z dzikim rykiem wypierniczających przez okno, bo jak wszyscy, to wszyscy.
Bardzo udany dzień.

28 września 2007

Dobra, decyzja zapadła

I nawet się przyznam – jaka. I nawet wam powiem, że się dziś do tej decyzji przyczyniliście. Bo dziś to już nawet nie zdążyłam napisać, że zdechnę za chwilę. Ani do drugiej-mamy nie zajrzałam, a to robię ZAWSZE.
Dziś na propozycję, która wykluła się wczoraj odpowiedziałam: TAK. Pójdę o to oczko niżej. Po prostu usiądę z pracownikami i im wytłumaczę. Po prostu zaproszę po południu na piwo miłą Ewą i ją poproszę, żeby mi wybaczyła, bo życie mnie do tego zmusiło. I obiecam, że w miarę swoich możliwości nie dam jej zrobić krzywdy. Ciągle jeszcze jakieś mam. Mimo wszystko ciągnie się za mną opinia, na którą pracowałam latami. Dzień za dniem zdobywając wiedzę z abstrakcyjnie od siebie oddalonych dziedzin, pomagając przez to przejść innym, tłumacząc, ucząc, pokazując i wymagając, a czasem nawet się złoszcząc.
Zdecydowałam się też dlatego, że dotarło do mnie pokłosie ostatniej kontroli, którą zrobiłam. Na polecenie w dodatku. Takie, żebym coś znalazła i wyolbrzymiła. Wyszłam z tego z twarzą. A ludzie, którym zabrałam dzień pracy zadzwonili i podziękowali. Że z klasą. Że absolutnie bez stresu. Że ze zrozumieniem. I że zapraszają, kiedy tylko zechcę. Nie tylko na kontrolę. Roztopili mi serce. I pomogli podjąć decyzję.
Odchodzę, jeśli tylko uchylą mi drzwi na palec. Jakoś go wcisnę i wyjdę.
Szkoda tego wszystkiego, co wypracowałam latami. Szkoda znajomych, tych nielicznych układów, które jeszcze pozostały. Szkoda życzliwości, na którą sobie widocznie zasłużyłam, bo na moją prośbę wszystko robi się od ręki. Mimo, że terminy proceduralne bywają kilkutygodniowe.
Szkoda trochę tych ścian, do których przywykłam. Moich kwiatów na parapetach. Zaprzyjaźnionej sprzątaczki i uśmiechu portiera. Szkoda aniołka, który codziennie uśmiecha się do mnie z monitora.
Ale to nic. Powoli zbuduję nową rzeczywistość i zasłużę na szacunek innych osób. Pokażę znowu, że umiem i chcę ciężko pracować. I jakoś powoli będzie leciało.
Tymczasem do godziny W trzeba popchnąć ten wózek. To popchnę.
A w razie, gdyby mnie nie wypuścili, to po raz pierwszy w życiu się rozchoruję. O, już mi w płucach rzęzi.
Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi zrobić coś takiego, ale nie mogę pozwolić, żeby mnie zajechali na śmierć. Mnie nie przeszkadza zmęczenie pracą, ale to, co odczuwam obecnie, przeszło już wszelkie granice przyzwoitości. Palę przy biurku. Nie piję i nie jem, bo nie mam czasu. ODMAWIAM!!! Tego jeszcze nie było, naprawdę. Jak ktoś do mnie dzwoni, mówię: w przyszłym tygodniu. Znaczy: jest naprawdę źle.
Ale…
Może tam jeszcze wrócę. Bo w końcu ten układ polityczny wreszcie się zmieni.

Uwaga, dowcip (na temat):
akcja społeczna dla posiadaczy babć-słuchaczek Radia Maryja: Zrób coś dla kraju, schowaj babci dowód w dniu wyborów. Podaj dalej!

A kot wyprowadził się definitywnie. No wyobraźcie sobie. Za to Karolek jest smętny. Bez pardonu zabraliśmy mu najlepszą zabawkę, jaką dostał w życiu.

PS Plotki donoszą, że jutro nie będzie internetu. Ale jakby dowieźli do wieczora, to skrobnę. A jeśli nie – to w niedzielę. Bądźcie cierpliwi.

A w ogóle to w szale postawiłam sobie tarota. Zmiany, zmiany, zmiany. I żeby ruszać w tę stronę, bo normalnie wszystko mi się teraz uda. Erupcja. Wybuch. I jeszcze nie wiem, co. Mam się też realizować artystycznie.
To co, zmieniamy?
Idziecie ze mną?

27 września 2007

Wzdech, wzdech, czyli dylematy – notkę listom-do-syna poświęcam

Poświęcam Ci, Drogie listy-do-syna, bo sama się prosisz.

Pojawiają się coraz to nowe fakty, w związku z którymi muszę odbyć naradę wojenną z Szefuńciem. Chodzi bowiem o podjęcie życiowej decyzji związanej z ewakuacją. Stąd. Albowiem lina na szyi mi się jakby zaciska. Kierowniczek wygłosił dziś znamienne zdanie:
- Sama tu zostać nie możesz. Wykończą cię.
No wiem. Pytanie tylko, czy podjąć ryzyko związane z przeniesieniem się do innej jednostki. A może przeczekać? Cholera, no nie wiem.
Taka sytuacja już była – dokładnie rok temu. W powietrzu zawisła propozycja, abym została kierownikiem działu, ale w podległej nam jednostce. Oczywiście żaden awans – chcieli się mnie stąd pozbyć. Pamiętam jak dziś, że pojechałam do szpitala do Szefowej i powiedziałam jej o tym.
- Nie byłoby dobrze, żebyś odeszła z dyrekcji. Ale w tej sytuacji… Negocjuj. Co ugrasz, to twoje. I będziesz miała spokój. Nie mówiąc o tym, jaki spokój z działem będzie miał twój nowy dyrektor.
W ten dzień widziałam ją po raz ostatni. Potem było już coraz gorzej i gorzej, jakaś gorączka mózgu, odchodziła po troszku każdego dnia. Aż do 20 września. Dowiedziałam się pierwsza – zadzwonił do mnie kierowca Szefowej, który siedział tam cały czas i powiedział, że już.
Bardzo płakałam.
No i teraz mi sie to przypomniało.
Może to jest właśnie ten argument, którego szukam. Może nie przeczekiwać w szczuciu. Może zabrać dupę w troki i odejść, póki czas?
Ale jest jeszcze dylemat moralny. Nie bez znaczenia. Tam ktoś siedzi. Znaczy konkretna, miła ktosia o wdzięcznym, damskim imieniu Ewa. I wiadomo, że jak ja wejdę do pokoju, to ona wstanie. I wyjdzie. Oczywiście krzywda jej się nie stanie, bo nikt jej z firmy nie wyrzuci, nikt jej forsy nie zabierze. Po prostu pójdzie gdzieś indziej. No, ale…

I macie, baby, placek.
Idę se.
Walnę se głową w ścianę.
Albo pogadam z tym Szefem. I chyba jeszcze z Mamą. A może nawet z Tatą, który niemocą złożony gnije we własnym łóżku pokasłując, aż się ściany trzęsą.

I to by było na tyle.

26 września 2007

No i co, wytrzymujecie w niepewności?

W moim schorowanym umyśle rodzi się wizja, jak to Szacowni Czytelnicy dyszą przed komputerami w gwałtownej potrzebie poznania losów Czartka Józia Floriana Wojtusia Jana Nepomucena Kantego Pawluśkiewicza. Musicie mi zwyczajnie wybaczyć, to hormony. A poza tym idę dziś do fryzjera, czego nie lubię i stres musi gdzieś znaleźć sobie ujście.
Podle i przewrotnie chciałam was potrzymać w niepewności ze dwa dni, co mi tam, ale nie mogłam. Zobowiązanie czuję. Lepsze zresztą zobowiązanie niż bat na plecach.
Czyli historii ciąg dalszy.

Może zacznę od tego, że kot wrócił z powodu Jagi. Baba Jaga się zbiesiła, wyszła do znajomych na plotki i odmówiła powrotu do domu. Odmówiła ponadto spożywania posiłków, co dodatkowo zestresowało moją sąsiadkę, ponieważ Jaga ma syndrom urologiczny i musi żreć specjalistyczną karmę za nieprawdopodobną ilość prawych środków płatniczych. Stabilizacja układu soma – psyche Baby Jagi stała się dobrem nadrzędnym. Kot zaliczył wylot.

Wczoraj po południu zadzwoniła sąsiadka i złożyłą na moje ręce oświadczenie, że sprawa jest kłopotliwa, bo ona nie umie bez smrola żyć. Że spać się nie da. I ogólny rozkład moralny. I zrób coś.
Westchnęłam i wygłosiłam wykład na okoliczność dojrzałego podejmowania decyzji. Sąsiadka wysłuchała w pokornym milczeniu. Popiskiwała sobie tylko cichutko.
Summa summarum ustaliłyśmy, co następuje:
- kot, póki co, mieszka u nas;
- kot będzie codziennie noszony do sąsiadki na godzinę, dwie, trzy w celu pozostawienia w lokalu trwałych śladów swojej obecności (patrz: zapach);
- w weekendy, kiedy sąsiadka jest w domu, kot będzie spędzał u niej cały dzień;
- jak się rozkręcimy, kot zacznie chodzić na trzecią zmianę;
- w końcu go sobie zabierze (będzie impreza z przytupem);
- zmiana decyzji nie przysługuje.

Przyszła pod wieczór. Skruszona. Kupiła miskę w kotki. I trzy piłeczki. I myszkę. I piwo dla mnie. Ja myślę.

W związku z przywołanymi okolicznościami, kot u niej w domu nazywany jest Czartkiem, a u nas Czwartkiem. Oraz przybłędą, powsinogą, zamknijsię, jazdastąd, gdzielezieszdziadu oraz złaźnatychmiastzestołu.

Kryniu – nie martw się. Jak widzisz, cuda jednak się zdarzają. I nie jest wcale z tym tak źle.
Aha – powiadam wam: Krynia ma dziarski głosik. Wiem, bo wczoraj wreszcie sobie z nią pogadałam przez telefon. W tej sytuacji będziemy się zapewne nawiedzać w jakimś nieodległym czasie, o czym nie omieszkam donieść.
Uprzejmie.

25 września 2007

Bumerang to jest taki zakrzywiony patyk

Ciekawe kto z Szanownych Czytelników odgadnie, o czym będzie dzisiejsza notka. Pewnie nikt, oczywiście. Nie żebym uwłaczała Waszej inteligencji. Bynajmniej.
Kot powrócił jak zakrzywiony patyk.
Jest zachwycony.
Nawet się nie zaniepokoił kolejnymi przenosinami.
Nawet mu powieka nie drgnęła, gdy wyniosłam drania z budynku (z klatki do klatki przechodzimy).
Wpadł do chałupy, podskoczył z ukontentowania i natychmiast skoczył Karolowi na głowę. Potem spadł z Karola i skoczył Zośce na głowę. Potem dostał w ryj od Zośki. Potem skoczył za Tusieńką i był wielce rozczarowany, że zwiała przed nim na szafkę naścienną w kuchni. Odwrócił się i wskoczył Karolowi na głowę. 13 razy. Potem wskoczył Zośce na głowę, dostał w ryj, ale się nie zniechęcił. Zniechęciła się natomiast widownia i rozeszła się po kątach do swoich zajęć.
Trwa rozbudowana dyskusja na temat imienia dla kota, ponieważ poprzednie nam się nie podoba. Pod uwagę brane są następujące wersje:
- Potomstwo sądzi, że to jest Józio;
- Szef podejrzewa, że kot jest Florianem, bierze również pod uwagę nazwanie go Wojtusiem (po dziadku ze swojej strony*),
- ja z kolei nadal jestem zdania, że kota nie należy nazywać, bo mu przylgnie, a w ostateczności winien on nosić jakieś szlachetne imię typu Jan Nepomucen lub ewentualnie Jan Kanty Pawluśkiewicz, bo nie wolno traktować kota przedmiotowo i kto w ogóle mówił, że kot ma nie mieć nazwiska.

Dysputa została zawieszona ze względu na późne godziny nocne i nie osiągnięto konsensusu pomimo wypicia pigwówki produkcji rzeczonego dziadka Wojtusia. Za wyjątkiem Potomstwa oczywiście. Picia oczywiście.

A w pracy?
W pracy jest taka kupa, że sekretarka, po moich rozmowach z dyrekcją, donosi mi chusteczki higieniczne do pokoju, bo wstyd się pokazać.

* chodzi oczywiście o ojca Szefa, który w wypadku kota jest dziadkiem, naturalnie. Kota.

24 września 2007

Kiziu – miziu, czyli cuda dnia powszedniego

Donoszę uprzejmie, że:
CUD PIERWSZY: kotek znalazł dom. Mam nadzieję, że na stałe, choć trwamy w napięciu. Napięcie dotyczy stosunków międzykocich, ponieważ w lokalu jest już zameldowany jeden kot, który na widok przybysza dostał apopleksji. Wczoraj wieczorem kot udomowiony powrócił w wojaży, miźnął się tam i owam, zajrzał do miski, opowiedział, co mu się wydarzyło na przechadzce i… zobaczył. Najpierw zdębiał, potem zgłupiał, następnie wziął to do siebie i szlag go trafił. Albowiem kot udomowiony nie miał w umowie najmu żadnych sublokatorów.
Na szczęście szlagotrafienie polega natenczas wyłącznie na rzucaniu obelżywym słowem przez przedpokój.
Po wydaleniu z siebie licznych technicznych określeń wojskowych*, kot udomowiony wyszedł,, żeby podzielić się bólem z przyjaciółmi w całej dzielnicy.
Mamy nadzieję, że to minie i maluch znajdzie swoje miejsce na zawsze.
CUD DRUGI: kotek zamieszkał u mojej sąsiadki, której kotem zresztą opiekujemy się stale, więc nie grozi nam zerwanie kontaktu.
CUD TRZECI: w czasie przenoszenia z jednego lokum do drugiego, kotu… wyrosły jajka!!!
Nasza mała koteczka okazała się być kocurkiem i otrzymała wdzięczne imię Czartek**.

Oprócz tego:
- Mama chora i z zabiegu nici;
- leku i tak nadal nie ma;
- w pracy jakiś kosmiczny syf, ale nie zanudzam was.

Cieszę się nadzieją, że uratowałam komuś życie. Praca to tylko praca, prawda?

* typu: „kto cię tu wpuścił, kocia świnio” czy „wypierpapier od mojej miski, ty łysiejący kurduplu”.
** takie tam spieszczenie od Czarta. Zabawne, jeśli pomyśleć, że pierwszy lokator ma na imię Jaga. Ja mówię, że to spieszczenie od Baba Jaga.

23 września 2007

Gówienko

W piątek późnym wieczorem usłyszeliśmy przeraźliwy płacz.
- Kot płacze – zasygnalizowałam.
- Wszystkie są na miejscu – odpowiedział Szef, uprzednio odliczywszy.
- Może to Jaga? – wspomniałam kotkę sąsiadki.

- Słuchaj, Jaga jest w domu? Bo kot strasznie płacze.
- Niestety to nie Jaga. Przybłęda. Nakarmiłam, ale nawet nie dotykam, bo wiadomo, jak to się skończy.

Były 2 stopnie powyżej zera.
Oto, jak się skończyło.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Na moje oko ma ze 12 tygodni. Ewidentnie wyrzucono ją z domu. Jest dziewczynką. Bez opamiętania uwielbia ludzi. Nie nadajemy jej imienia, bo jak nazwiemy – to koniec. Roboczo mówimy na nią „gówienko”. Jest słodkim, psotnym kociaczkiem. Nie opuszcza nas na dłużej niż kwadrans (w tym czasie integruje się z resztą kotów poprzez skakanie im po głowach). Jest już na takiem etapie rozwoju, że jest nieco mądrzejsza od Karola.
Rozpaczliwie szukamy dla niej domu.
Proszę – pomóżcie.
Z różnych przyczyn nie możemy sobie pozwolić na czwartego kota, choć trudno się będzie z nią rozstać.

Niech ktoś ją weźmie. Przywiozę.

21 września 2007

Ach i ech, czyli atrakcje

W chwili obecnej, jak dziura w bucie potrzebne mi są dodatkowe wrażenia. Ale to nikogo nie musi obchodzić, więc PIP znów dziś przychodzi. Na 12.30. Rozkosznie. Nie ma to jak być jedynym pracownikiem, który w ogóle wie, o co chodzi, zapinkalać jak wścieklus i jeszcze dostać ruskich. Po raz enty. Właściwie kontrola trwa nieprzerwanie od roku. Zostałam uszczęśliwiona przez dyrekcję znalezieniem haka na ruskich w ustawie o ruskich. I co powiecie? Znalazłam! Wynocha, kmioty! Akta sprawdzać w miejscach ich przetrzymywania. Biedny miś* zamierza mieć luz wymuszony.
Nowa koleżanka stawiła się do pracy o poranku, ponudziła się trochę, wypiła kawę, która jej zrobiłam, przestraszyła się obowiązkami, które ją czekają i uznała, że przeniesie sobie rzeczy. Z piętra nad nami. Nie ma jej już półtorej godziny. Cudne, nie? Nie ma to jak zapał do pracy.
Ale co tam. Zamiast głupio narzekać będę się cieszyła wyjątkowo miłym wieczorem z Szefem**, który odbył się wczoraj, piwem z kolegami z rozlecianego właśnie działu***, które planujemy na dziś po pracy, tym, że dziś słonecznie, że jutro pracuję, ale za to zarobię jakieś drobne i dzięki temu nie będziemy jedli w LiderSzajsie oraz pomysłem, żeby rozłożyć płatność za studia Szefa na miesięczne raty. Albowiem chwilowo nie dysponuję dwoma tysiącami za semestr. Tak jakoś. Przez niedopatrzenie. Zawsze noszę dwa kafle w lewym bucie. I dlatego właśnie utykam. Odkryliście moją tajemnicę.
No, miesięcznie może jakoś łatwiej to przełkniemy.
Szef napomknął coś o studiach podyplomowych, więc pobiłam go kapciem do nieprzytomności i mieliśmy potem miły wieczór. Hehe.

Potomstwo, złożone katarem i okolicznymi zdarzeniami, od środy przebywa w domu i wcale nie wygląda na osobę, która chciałaby pobierać naukę. Choć… telefonicznie ściąga od koleżanek zadania domowe i odrabia pilnie. Ludzie! Nie wiem, co się z tym dzieckiem porobiło. Nagle mi zmądrzało przez wakacje. Tfu! Obym nie zapeszyła.

Karolek wygrał wczoraj w kociej loterii i pierwszy zajął miejsce w łóżku. Niezwykle z siebie dumny, bo zazwyczaj uprzedza go Tuśka, walnął się ponadsześciokilowym cielskiem między naszymi głowami, okrył futrzanym ryjem twarz Szefa i mruknął oraz sapnął z błogości.
- Widzisz? Jest gotowy, by w każdej chwili bronić mnie z narażeniem życia – wyfuczał Szef spod Karolinego ryja.
A może powiedział coś innego, nie jestem pewna, bo futro, w wypadku naszego „maleństwa”, tłumi dość poważnie wszelkie dźwięki.
W razie głośnych imprez w budynku, można sobie ucho zatykać Karolem. Od razu człowiek wie, po co łoży na te darmozjady.

* ja, oczywiście
** no co? no co?? nie wolno???
*** tymi „starymi” oczywiście

20 września 2007

Uparte dążenie

Donoszę uprzejmie, że uparcie dążę do czegoś śmiesznego. Wszyscy już wiedzą, że to właśnie poczucie humoru utrzymuje mnie na powierzchni albowiem na tę okoliczność składałam już zdaje się pisemne oświadczenie. No to teges, teges… Opowiem wam o fieście, bo w obecnych okolicznościach to nawet mnie bawi, a nie denerwuje już wcale.
Otóż.
Jak wiadomo, postanowiliśmy sprzedać fiestę. Na tę okoliczność zamieszczałam bowiem ogłoszenie na tym blogu. Niestety okazało się, że nasza chęć pozbycia się fiesty jest odwrotnie proporcjonalna do chęci fiesty, żeby opuścić nas. No i, moi państwo, fiesta stanęła okoniem. Natychmiast po zapadnięciu decyzji o sprzedaży, fiesta zepsuła sobie amortyzatorki. Z tyłu zepsuła. Pojechałam do warsztatu. Pińć paczek. Dałam, bo nie będę świeciła oczami przed kupującym. Amortyzatorki funkiel nówki otrzymała moja fiestka, humor nam się obu poprawił i współpraca zaczęła kwitnąć. Fiesta hulała, jak ma w zwyczaju i było cudownie. Do momentu, kiedy pogoniłam Szefa, żeby coś zrobił w kierunku sprzedaży. Wtedy fiesta odpaliła wzorcowo i… koniec. Ni huhu, nie ma jeżdżenia. Pojechałam do warsztatu. Mamy tam na ścianach swoje zdjęcia, bo przez ostatni rok dawaliśmy chleb właścicielom i całej obsłudze dzięki Nexii. Panowie przyjęli mnie z uczuciem (ja też bym mnie lubiła w tych okolicznościach) i wyrazili zdziwienie, zwłaszcza dlatego, że (jak nigdy) nie byłam w stanie powiedzieć, o co chodzi. Z pełnym zaufaniem zostawiłam im kluczyki (w końcu jesteśmy prawie przyjaciółmi przez te ciągłe wizyty) i oznajmiłam, żeby pojechali rano do mnie do domu i zobaczyli, co jest grane. Kluczy do mieszkania nie zostawiałam, bo wyżrą wszystko z lodówki. Nie wytrzymali napięcia i pojechali wieczorem. Skopali fiestę jak psa ostatniego, uruchomili, dojechali do warsztatu i zadzwonili, że szczęki do wymiany. Nawet nie westchnęłam. Dwie paczki.
W sobotę się przejaśniło, więc zakupiłam spray do kokpitu o zapachu waniliowym (auto w końcu po kobiecie), nowy odświeżacz powietrza, zabrałam szmatki i pojechałam fiestę umyć, poodkurzać i ogólnie doprowadzić do błysku.
Myjnia urwała mi ramię wycieraczki tylnej…
Pojechałam do warsztatu.
Panu właścicielowi drgnęły kąciki ust.
- Clio?
- Nie, fiesta.
- Fiesta???
- Pan natychmiast łaskawie zetrze z twarzy wszelkie oznaki radości, bo nie ręczę za siebie.
- O, przepraszam.
- Ja myślę.
- Ona się pani trzyma pazurami. Niech jej pani nie sprzedaje. To bardzo dobre auto…
- Milcz, człowieku. I zamów mi ramię wycieraczki.
Zadzwonię do nich jutro. Potem wyślę fakturę do ubezpieczyciela myjni.
A nad tą sprzedażą rzeczywiście się zastanowię. Może i racja – najwyżej zostawimy auto dla Potomstwa. W końcu ma już 13 lat. Za moment będzie jeździć. Dla diesla to zaledwie mgnienie oka.

Chcę umrzeć

W moim dziale wymieniono wszystkich pracowników oprócz mnie. W poniedziałek najprawdopodobniej zostanie wymieniony kierownik. Wszyscy są nowi.

Nie umiem pociągnąć sama całego działu. Nie dam rady nauczyć wszystkiego wszystkich pracowników i kierownika. To po prostu niemożliwe.

Od poniedziałku rozpoczynam strajk włoski.
Jeśli będzie tak źle, jak myślę, od października idę na L-4. Trudno, niech się zawali.
Przepraszam, Pani Dyrektor, ale ja już nie dam rady.

Wiara

Osoby:
wycieruszek
Potomstwo

Miejsce akcji:
sypialnia

Czas akcji:
19.00

Potomstwo: Na ile lat macie wzięty ten kredyt na mieszkanie?
wycieruszek: Na 30. Od zeszłego roku.
Potomstwo: A, to spoko. Zdążycie spłacić.
wycieruszek: Kto wie, dziecino, kto wie…
Potomstwo: Medycyna cały czas się rozwija.

19 września 2007

Szczyt absurdu

Do mojego pokoju wpada trzech facetów (jednego znam – informatyk).
- Proszę wstać, odsunąć się od biurka, kontrola komputerów.
Poczułam się jak w jakiejś koszmarnej bajce dla niegrzecznych dzieci.
- Może każecie nam wyjść na korytarz?
- Nie, no bez przesady.
- Uważa Pan, że to co Pan robi, nie jest przesadne?
- Przecież ja nie Panią kontroluję, tylko informatyków.
- A kto stoi pod ścianą?

ZA – JE – BIŚ – CIE.

18 września 2007

Padają bastiony, formuje sie szyk

Co tam będę pisała, że jest źle. Nudno się już zrobiło. Pocieszające jest to, że formują się szyki tych, co mają wsparcie związków zawodowych. Zaczyna się gra na przetrwanie.
Ja sama doszłam do wniosku, że nie dam się udupić. Dzięki pewnym wewnętrznym ustaleniom nie można mnie zwolnić z przyczyn leżących po stronie pracodawcy. Zamierzam z tego skorzystać, jakby gdyby cuś. Postanowiłam nie być miętką i postawić się na całego. W związku z powyższym istnieje szansa zesłania w miejsce odosobnienia na pół roku. Ale co z tego. To w końcu tylko pół roku, jakoś sobie życie ułożę i pokażę bandzie figę z makiem. Nie zwolnię miejsca i nie będzie można na nie nikogo zatrudnić, więc przynajmniej kłoda pod nogi. No i będzie trzeba przyjąć mnie na to samo stanowisko po pół roku. A w końcu wybory już w październiku, to może i krócej.
Więc – do boju!!!

A z przyjemnych rzeczy: umówiłam się na ksiuty z Mamcią dziś po południu, to się trochę odstresuję.
I mówiłam wam, że mi myjnia urwała wycieraczkę w samochodzie? Nie??? No całe ramię, cholera. I za chiny ludowe nie mogę się dodzwonić do ubezpieczyciela myjni. W obecnych okolicznościach traktuję to po prostu jako rozrywkę.

17 września 2007

Szybkie doniesionko

Jak przewidywałam, jest źle.
Nie, jest gorzej.
Jestem dziś w pracy od 6.00, bo musiałam skończyć projekt. Od 7.15 napływa nowe. Nie jesteśmy już w stanie przygotowywac lądowiska dla nowych spadochroniarzy.
Moja koleżanka z pokoju wyleciała. W drugą stronę. Już wiem, że prowadzi za sobą peleton, tylko peleton jeszcze nie wie. Oboje z kierownikiem dostaliśmy po gumowym uchu do pokoju. Jeszcze tak nie było, żebyśmy musieli dawać sobie sygnały na komórkę, wychodzić osobno i spotykać się w kiblu!!!
- Gdyby Szefowa o tym wiedziała, chyba by jej serce pękło. – podsumowała moja odchodząca koleżanka całą sytuację.
- Dobrze, że po kremacji, bo w trumnie by się kręciła jak wrzeciono – odpowiedziałam usiłując się ratować czarnym humorem, ale nie wyszło.
Zapieprzam jak mały samochodzik.
Przyszedł właśnie ten moment, kiedy nikogo nic już nie uratuje. Liczą się tylko koneksje.
Proszę, pomóżcie mi i idźcie do wyborów. Niech się coś stanie sensownego, bo może być tylko gorzej. Widzę jak firma składa się niczym domek z kart. Fachowców zastępują przydupasy bez pojęcia. Jak to będzie działało? Żeby jeszcze specjalistę zastępował ktoś z zielonym pojęciem…
To tyle.
Ucho wraca.

PS
Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
wycieruch domowy
kierownik
wychodząca koleżanka

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Czas akcji:
15.00

Panuje ogólne osłabienie bieganiną związaną z wchodzeniem i wychodzeniem pracowników. Kierownik usiłuje zjeść śniadanie. Badamy aktualny stan zatrudnienia.

wychodząca koleżanka: A M. to jeszcze jest?
wycieruch: Jeszcze jest, bo jej dzisiaj nie ma.
kierownik: A gdzie jest?
wychodząca koleżanka: Jak nie ma, jak jest.
wycieruch: I po co tu pitolić, jak i tak za chwilę jej nie będzie.

PSS
Szczęśliwie moja wychodząca koleżanka trafiła lepiej (z nowym miejscem pracy) niż się obawialiśmy i nie wychodzi z budynku. Chyba nawet wygrała.

PPS
Moje gumowe ucho zostało przydzielone kierownikowi ponieważ oświadczyło, że ze mna nie będzie siedzieć, bo się mnie boi.
I SŁUSZNIE!
Też bym się bała na jej miejscu.
A do mnie przyjdzie ktoś zupełnie inny niż było w planach. Ale to i tak nic nie zmienia.

16 września 2007

A na stres…

No właśnie. Życie ostatnio daje mi do wiwatu, nieustannie zaskakując kompletnie abstrakcyjnymi sytuacjami.
- Daj spokój, ale mam rok – westchnęłam wczoraj telefonicznie do Protoplastki.
- Ani się waż tak myśleć! Od jutra będzie tak cudownie, że nie wytrzymasz. To twoja nowa mantra.
No tak, inaczej się nie da. Zmęczona jestem. O urlopie zdążyłam już zapomnieć. A od jutra w pracy czeka mnie kompletny dół. Dostałam w końcu do działu tego spadochroniarza, z tym, że zupełnie innego niż podejrzewałam, ale co to ma za znaczenie. W dodatku dostałam go do pokoju. Spółdzielnia gumowe ucho.
No i dowiedziałam się w piątek wieczorem, że moja koleżanka wylatuje na tej fali politycznej. Okazała się niewygodna. Sytuacja nie do pozazdroszczenia: cała praca spadnie na mnie, bo po spadochroniarzu nie ma się czego spodziewać.

I, moje drogie Kryniu i druga-mamo, skończyło się pitu-pitu. Słowa już z siebie nie wyburknę, niestety.

W ramach odreagowania wykonałam dziś dla rodziny obiad dwudaniowy z kompotem i deserem własnej produkcji (babka). No i złamałam swoją złotą zasadę niepisania tu w weekendy.
No to przekujcie pługi na lemiesze, czy co tam macie i do boju, obawiam się, że w najbliższym czasie może być depresyjnie i będziecie mi potrzebni do pocieszania.
Kto się jeszcze nie ujawnił, a chciałby to zrobić z hukiem, to zapraszam, teraz będzie dobry moment. Można sięgnąć absolutnych wyżyn swoich możliwości w pocieszaniu. Może być twórczość liryczna.
Ale wiecie – wstrzymajcie się jeszcze dzisiaj i poczekajcie, aż zacznę narzekać. Narazie tylko wzdycham.
Wzdech, wzdech.

Pójdę, zagram sobie w scrable.

15 września 2007

Było sobie życie…

w ciemnościach

IM002187.jpg

A potem stała się światłość

IM002519.jpg

No i mamy z głowy na jakiś czas.
Oczywiście do chwili, kiedy nie uznamy, że obecność okna jest obowiązkowa tu

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

I wtedy wszystko zacznie się od nowa…

14 września 2007

Piątek – zły poczatek

Latam, jak z pieprzem w tyłku.
Dodatkowo wiem na 100%, że muszę sobie zabrać robotę do domu na weekend, co mi nie pasuje ani trochę, bo miałam w planie cały poświęcić na pracę związaną ze wspólnotą. Na przyszły weekend przesunąć tego nie mogę, bo właśnie się dowiedziałam, że zajęła mi go spółdzielnia. Pytam się retorycznie, kiedy ja mam odpoczywać. I proszę się nie śmiać.

Zmiany kadrowe w firmie hulają jak jasny gwint i dziś złożono mi dziwną propozycję: czy ja chcę, żeby mi popchnąć awans. Bo ja się marnuję. Szlag mnie trafił. Nagle z całą mocą dotarło do mnie, że bez względu na moje kwalifikacje, wiedzę, umiejętności, zaangażowanie i profesjonalizm, nic w tej firmie nie osiągnę bez pleców. A przecież, do licha ciężkiego, zwyczajnie mi się to należy. I nagle, choć po raz kolejny, zachciało mi się odejść. W jakieś miejsce, gdzie polityka nie zagląda do kibli, gdzie ktoś zauważy, że jestem po prostu dobra. Że sprawy niemożliwe załatwiam od ręki. I że mam łeb jak sklep. Że się angażuję w pracę, identyfikuję z moją firmą. Taka fala buntu mnie ogarnęła.
- Dlaczego właściwie jeszcze nie awansowałaś? – zapytał mnie dziś propozycyjny interlokutor.
No właśnie.
Troszkę mi się ulało.
I powiedziałam prawdę.
Bo ja jestem wrogiem społecznym numer jeden.
Bo pewnych rzeczy zrobić nie mogę.
Bo nie będę się godziła na różne świństwa.
Bo nie będę kiwała głową z uśmiechem słysząc, jak ktoś opowiada głupoty, których realizacja wyrządzi szkodę firmie.
No kurde…
Nie mogę.
Wiem, wiem, to głupie, naiwne i wybaczalne nastolatkowi, a nie starej krowie. Ale nie potrafię inaczej. I nawet denerwują mnie te propozycje, że ktoś mi coś popchnie, choć wiem, że zasługuję. A poza tym mam ambicje, jak każdy chyba normalny człowiek.

Wylewam żale, co? No sorka. Jakoś mi się tak zebrało. Bo po tej rozmowie poszłam do kibla, zerknęłam w lustro i wydałam się sobie stara, gruba i brzydka. I zachciało mi się płakać.
Chyba mi słońca brakuje. Muszę pójść do solarium.

Aha – okno wreszcie wykończone! Zrobię zdjęcie i zamieszczę, żebyście sobie mogli popodziwiać.
Ogłaszam absolutne zakończenie wczasów pod namiotem.

13 września 2007

Po środzie przychodzi czwartek

A wspomniany przeze mnie wczoraj felieton wygląda tak:

Miałam sen

Miałam sen, że w nadchodzących wyborach pojawia się partia, która przedstawia program dla Polski, a nie dla własnego zwycięstwa i która rozumie, że Polska jest jedna, a nie „solidarna” i „liberalna”, „postkomunistyczna” i „katolicka” oraz że jedyny podział, jaki uznaje, to rozdział Kościoła od państwa.
Miałam sen, że partia, na którą głosuję, wzmacnia opiekuńcze funkcje państwa, prawa socjalne oraz swobody obywatelskie. Że poważnie traktuje konstytucję, a demokrację rozumie jako proces, który stwarza równe szanse uczestniczenia w życiu publicznym wszystkim obywatelom, a nie tylko tym, którzy są w lepszym położeniu lub którzy służą partii rządzącej. I dlatego – w moim śnie – moja partia wprowadza na listy wyborcze system kwot, dzięki któremu kobiety mają takie same szanse na zajmowanie się polityką jak uprzywilejowani dotąd mężczyźni, no bo przecież – i to już nie sen – 53 proc. naszego społeczeństwa to kobiety!

Miałam sen, że do wyborów szykują się politycy uczciwi, kompetentni, znający wartość prawa i posiadający zdrowy rozsądek. Niektórzy z nich czytali nawet Platona, który twierdził, że jedyną legitymizacją władzy powinna być mądrość i cnota. I wskazówkę tę traktują poważnie. Dla innych, w ramach kampanii, wprowadzono testy, które eliminowały – już na najniższym poziomie (powiedzmy plebanii) tych kandydatów, którzy mają chorobliwy poziom agresji, zawiści wobec lepszych od siebie i nienawiści do wszystkiego, co przekracza ich wąskie horyzonty intelektualne.

Śniło mi się, że moja partia deklaruje – a deklaracje traktuje z należytą powagą – iż wolność obywateli, ich autonomia i troska o bezpieczeństwo i dobrobyt jest dla niej najważniejszą wartością. Że w społeczeństwie, po wyborach, gdzie politycy będą pełnili funkcje usługowe wobec obywateli, nikt nie będzie zmuszany do rozliczania się z własną przeszłością, ani do tłumaczenia się z pieniędzy, które zarobił, ani do szukania podsłuchów w swoim domu. A szacunek dla prawa będzie wartością nadrzędną. Wśród polityków przede wszystkim.

Miałam sen, że rząd stworzony przez moją partię składa się z ekspertów, z których każdy zajmuje się przydzielonym mu resortem, że o sprawiedliwość dba dobry prawnik (a nie podniecony władzą młokos), że ekonomią zajmuje się specjalista (a nie rozgoryczona osoba, która troszczy się o rewanż), że polityką historyczną zajmują się historycy w szkołach, a ministrem edukacji jest ktoś, kto myśli o przyszłości młodzieży, a nie o tym, by karać uczniów za to, że urodzili się Polakami, zamykając im drogę do nowoczesnego społeczeństwa.

Śniło mi się też, że Polska dzięki rządom mojej partii jest krajem europejskim, otwartym, krajem ludzi wykształconych, którzy czują się częścią większej wspólnoty i z dumą mówią o sobie „jestem Europejczykiem”. W kraju tym kobiety już nawet zapomniały, że były kiedyś obywatelkami drugiej kategorii, bo mają pełną swobodę korzystania ze wszystkich szans i możliwości, jakie daje osobista wolność i ekonomiczna koniunktura.

Śniło mi się, że parlament jest ciałem debatującym, gdzie ludzie posiadający wysoką kulturę osobistą prezentują różne stanowiska połączeni troską o dobro wspólne. Śniło mi się jeszcze…

I w końcu się obudziłam. Włączyłam telewizor, otworzyłam gazety. Koszmar trwał.

Magdalena Środa

I tak dochodzimy do sedna. Miło jest marzyć. W marzeniach rzeczywistość jest kreowana przez nas samych, a więc w pełni odpowiada naszym oczekiwaniom. W życiu natomiast jest zupełnie inaczej, ponieważ oczekiwania różnych osób ścierają się ze sobą i wzajemnie znoszą swoje kreacje lub, w najlepszym wypadku, starają się wypracować jakiś wspólny mianownik.
Niestety obecna rzeczywistość jest dokładnie taka, jaka nam się nie podoba. A może właśnie jest zupełnie odwrotnie? Jestem zwolenniczką poglądu, że człowiek otrzymuje zawsze to, czego NAPRAWDĘ pragnie. Specjalnie podkreślam słowo „naprawdę”, ponieważ często nasze artykułowane pragnienia są silnie rozbieżne z tym, co nam w duszy gra. Mówimy:
- Chcę lepiej płatnej pracy.
A w duszy głęboko tkwi przekonanie, że sytuacja, w której znajdujemy się obecnie, jest może mniej komfortowa, ale za to tworzy małą stabilizację. Od chcenia lepiej płatnej pracy do jej otrzymania jest tylko jeden krok. Ale to jest krok w nieznane i nie możemy być pewni, w co wdepniemy. W związku z tym deklarujemy chęć, ale w duszy już jesteśmy pewni, że kroku do realizacji nie zrobimy. Czasem jest to zupełnie nieuświadomione.
Zapewne dokładnie tak samo jest z rzeczywistością, którą kreujemy jako społeczeństwo. Wszyscy jednym głosem mówimy, że chcemy, by była ona taka, jak w felietonie Środy. No bo kto chciałby, żeby go ktoś okradał, zubażał i poniżał? Natychmiast na usta ciśnie mi się pytanie: a co w tym kierunku zrobiliśmy? Co, oprócz mówienia, że nas brzydzi polityka? Od razu informuję, że sama tak mówię, nie chciałabym bowiem, aby ktoś ten wpis odebrał jako atak na siebie, to po prostu moje rozważania o rzeczy sednie. Choć, jeśli ktoś rzeczywiście poczuje sie urażony, to może powinien zastanowić się nad swoim życiem?
Bo czy ktokolwiek z nas na chwilę zapomniał, że wybierani przez nas parlamentarzyści posiadają immunitet, a przypomniał sobie, że pełnią oni wobec swych wyborców rolę służebną? Czy ktokolwiek z nas próbował rozliczyć kogoś, na kogo głosował, z realizacji jego przedwyborczych obietnic?
Człowiek ma już taka naturę, że musi być pilnowany. Kto jest inny, nich pierwszy rzuci kamieniem. Nie chciałabym naturalnie generalizować – oczywiście, że istnieją jednostki, które konsekwentnie dążyć będą do obranego przez siebie celu, nie zważając na czające się po drodze pokusy*. Ale powiedzmy sobie prawdę: takich jest niewielu. Gdyby było inaczej, nie wykształciłyby się społeczne wzorce kontroli jednej jednostki przez drugą. I nie mam tu na myśli wyłącznie pracy.
Chciałabym uniknąć w tym gdybaniu tonu moralizatorskiego. Chodzi mi o to, że rząd jest zawsze odzwierciedleniem woli społecznej i jeśli nam się nie podoba, to winniśmy głównie zastanowić się sami nad sobą. A może nawet ruszyć się z wygodnej kanapy w swoim mieszkanku.
W moim wypadku ogrzewanym.
Od wczoraj wieczora.

* Np. Jezus Chrystus

12 września 2007

Środa w środę

Napisała fajny felieton o marzeniach sennych. W GW. Miałam bardzo wiele dobrej woli, żeby go wam tu wkleić, ale figa – dział „opinie” aktualizowany jest z 24 h opóźnieniem. Jutro – jak Bozia da, a koniunktura pozwoli – dokleję.

No i w sumie szkoda, bo ładna by notka wyszła na temat marzeń, oczekiwań i ich realizacji, a tak będę was katować słowotokiem bez specjalnego tematu.
Z nowinek:
- Mama po raz kolejny w szpitalu (dzwoni, że się nudzi okrutnie, bo nikogo nie ma i wszystkie jej szpitalne koleżanki załapały się kilka dni wcześniej) i czeka na zabieg, który odbędzie się jutro;
- zbankrutowalim na całej linii, ale po tegorocznych doświadczeniach w dziedzinie emocjonalnej jakoś nie katuję się z tego powodu, najwyżej przerzucimy się na chlebek bez masełka (a może coś mi się pomieszało i nagle stałam się nieodpowiedzialna?);
- Potomstwo reaguje na szkołę ochoczo – dziś zapisało się do LOPu (znaczy kontynuuje politykę z podstawówki);
- wczorajsze doniesienia szkolne odrobinę mnie zmartwiły, albowiem wychodzi, że Potomstwo znajduje się w ścisłej czołówce klasowej w kwestii wiedzy i umiejętności (nie mówimy o ocenach), a to niedobrze, bo działa demotywująco;
- zimno, że jasny szlag;
- dzwonił wreszcie Rysio i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jutro zakończą się nasze wakacje pod namiotem.

Z zabawnych: przyszła do nas wczoraj sąsiadka, szczęśliwa mama niemowlęcia płci żeńskiej o wdzięcznym imieniu Julia (znaczy niemowlę, mama ma inne imię). Akurat przebywałam w górnych rejonach lokalu, biedząc się z księgowością wspólnoty. Słyszałam, że ktoś się pojawił, ale nie zwróciłam specjalnej uwagi, bo do nas wciąż ktoś przychodzi, więc już nie reaguję. Na dół ściągnęły mnie dopiero bolesne jęki grupowe. Okazało się, że sąsiadka ma w planie powierzyć nam chwilowo opiekę nad nieletnią i nikt z obecnych nie posiada instrukcji obsługi. W momencie kiedy (wiele nie pitoląc) wyciągnęłam ręce po przyszłość naszego narodu, zebrani nagle się rozpierzchli po kątach. Dziwne, nie? Posadziłam sobie dziewuszkę na biodrze, poinformowałam ją dokąd się udajemy i w jakim celu, na co ochoczo przystała i udałyśmy się. Dziecko zgodne i pogodne, z całym zaangażowaniem doradzało mi, gdzie zaksięgować wynagrodzenie dla inspektora budowlanego, a tymczasem dziwnym trafem cała rodzina (koty wliczając) zlazła się do góry, by obserwować zachowania nieletniej, która śliniła się obficie, zachwycona kotem. Zainteresowanym (poza kotami) zaoferowałam opiekę nad młodzieżą, bo przeszkadzali nam w pracy, ale jakoś nie chcieli, więc otrzymali propozycję nie do odrzucenia, żeby spieprzali. Spieprzali dość opornie, a potem wróciła mama i wdałyśmy się w emocjonującą dyskusję na temat wzoru, dzięki któremu będzie można obliczyć, ile wieków zajmie nam zbieranie kasy na wymianę połaci dachowej, a tymczasem nieletnia zajęła się pluciem na Karola. Zauważyłam to kątem oka i ruszyłam z interwencją. Nie, żebym się martwiła o stan karolowego ofutrzenia, bynajmniej. Natomiast obawiam się, że mógłby mu wpaść do głowy genialny pomysł zubożenia młodzieży o pół twarzy (po co jej cała, to zbyt wiele). Zwróciłam się więc z uprzejmą propozycją, aby zmieniła cel zainteresowań i zaczęła pluć na Zochę, która nie posiada uczuć macierzyńskiech, ale przynajmniej nie odgryza głowy. Dziecię nie było zainteresowane, więc przeniosłyśmy się z dyskusją do sąsiadki, ponieważ jako młoda matka ma głód kontaktów z wszystkimi, którzy mówią coś więcej ponad „gu, gu”.
Odwołała mnie dopiero bajka dla grzecznych dziewczynek na dwójce o 20.00, która jest moim głęboko skrywanym nałogiem.

Aha, jak już tak się obnażamy, to jeszcze się przyznam, że namiętnie czytuję komiks pt „Wilq”. Mało, że czytuję. Zapłakuję się nad nim ze śmiechu. Komiks posiada treści uznane powszechnie za niedostosowane dla nieletnich. Normalnie coraz częściej myślę o tym, żeby wam coś zeskanować, ale boję się, że będzie nieczytelne.
W każdym razie, gdyby mi się udało, będziecie mieli powód, żeby diametralnie zmienić zdanie na mój temat.

Pozostaję z szacunkiem,
Napoleon Bonaparte.

PS
Do łez mnie rozbawiło, a potem zadumało. Zobaczcie, jeśli jeszcze na to nie trafiliście, co może zrobić pracodawca, żeby zatrudnić pracownika.
Może dać ogłoszenie.
O, takie:

Nie jestem sknerą i zapłacę
Za dobrą i wydają pracę -
O bezrobotny – królu, zbawco –
Chcesz mechanikiem być, sprzedawcą?

Zatrudnię – chodź – zapraszam stary,
Czy wolisz myć w Irlandii gary?
Szukam Cię długo, od miesięcy,
U obcych Ty zarobisz więcej?

Mam dla Cię pracę na etacie
Przerwę, gdy zechcesz przy herbacie
Latem Cię schłodzę, ogrzeję w mróz
Zapłacę urlop, dam na ZUS.

Dam Ci praktykę oraz wiedzę,
Bo w branży mojej długo siedzę.
Zostaniesz na Ojczyzny łonie,
Wyśpisz się co noc przy swej żonie

Dam przywileje Ci na tacy -
W zamian chcę tylko dobrej pracy.
Czekam i czekam, a czas płynie
Czy szukać mam na Ukrainie

11 września 2007

Gimnastyka intelektualna

Nie wiem, czy uwierzycie, ale ruskie znów przyszli. Opowiadanie o wyjdzionych ruskich jest z gruntu nieprawdziwe oraz mitologiczne. Inna sprawa, że oni przecież zawsze przychodzą podochoceni donosem. Komu się chce tak ciagle donosić? Ma człowiek zdrowie, bo i tak wychodzi na tym jak Zabłocki na mydle.
Ja tymczasem robię za firmowego czarusia, zabawiając na zmianę ruskich i własną dyrekcję. Nieustannie przeciagana jestem pod kilem i pobudzana do intelektualnej gimnastyki, bo ktoś, choć nie wiadomo kto, uważa, że mnie można zapytać o wszystko, a ja mam to w rękawie i wystarczt fiku-miku, a odpowiedź wyskoczy z pudełeczka. Sama się zastanawiam, kiedy mi się wyczerpie. Naturalnie wcale nie jest tak, żebym te odpowiedzi zawsze znała z tak zwanej samości, na szczęście ciagle jeszcze nieźle orientuję się w układach rządzących tą firmą i zwyczajnie wiem, do kogo uderzyć. Jak dowodzą liczne przykłady – całkiem skutecznie uderzam. Choć wyznam szczerze, że często męczy mnie ta gotowość jak diabli i wracam do domu wykończona do cna. Nie inczej będzie dzisiaj.

Siedzę sobie przyspawana (po wczorajszych szaleństwach) do własnego krzesełka i wyglądam niczym przekłuty balonik. Na komunikatorze służbowym jedna z pracownic wypowiada się o mnie w samych superlatywach, więc ostatkiem sił proszę, by trzymała się tej wersji, choćby ją przypiekali na rożnie. Zapewne będzie się trzymała, dopóki się układ nie zmieni. Chciaż… to nie pierwszy układ, a ja ciagle tu jestem! A nie watpię, że niejedna osoba chętnie by mnie widziała za drzwiami. Nikt jednak nie wie, że mam do tyłka przywiązaną gumkę i im bardziej mnie wypychają, tym bardziej ja wracam. Straszne, nie?

Z innej beczki.
Straciłam całkowicie kontrolę nad zdobywaniem wiedzy przez moją uroczą córkę, ale wciąż mam nadzieję, że uczęszcza. Pierwsze przejawy wyników jej podejścia do rozwoju będę miała 18 września, kiedy z hukiem odbędzie się pierwsza wywiadówka i zapewne od razu dowiem się paru rzeczy na swój temat. Choć przed rozpoczęciem roku szkolnego solennie zobowiązałyśmy się chodzić do szkoły, mieć odpowiednie wyniki w nauce i nie dać tyłka. Może się uda, jak sądzicie?

Rozmowy matki z córką w początkach wieku

- Jak tam koleżanki w nowej klasie, moja droga?
- A dobrze, moja droga.
- To może zaproś je do domu, moja droga.
- Mowy nie ma, moja droga.
- A dlaczegóż, moja droga?
- Bo mnie lubią. Mówią mi „cześć” i machają do mnie. Jak cię poznają, to się natychmiast skończy.

10 września 2007

No i nie będę oryginalna

Otóż tyłek mi przymarza do krzesła. Jest po prostu tragicznie. Właśnie założyłam płaszcz i siedzę w nim, ku radości współcierpiących, zjednoczonych w przebywaniu na gościnnym łonie pracodawcy. Tymczasem pracodawca przebywa zupełnie gdzie indziej, ale nie jest to miejsce czasowego odosobnienia. Przynajmniej narazie.
Korzystamy odrobinę z tej nagle przyznanej wolności i kultywujemy biurowość (która normalnie u nas nie występuje na szczeblu pracowniczym) w postaci umawiania się na kawki tam i owam. Uważam, że częściej dyrekcja winna być nieobecna, bo masę rzeczy trzeba obgadać, a jak tu plotkować, kiedy człowiek jest przyspawany do siedziska. Okazuje się, że nawet bez dozoru robota idzie swoim torem, tylko kolega, który zastępuje dyrekcję wygląda na lekko obłąkanego. Był tu właśnie godzinę, pół godziny i kwadrans temu zasięgnąć rady, a oczka miał rozbiegane i nerwowe dłonie. Cieszę się jak dziecko, że na niego padło, bo niewiele brakowało, żeby padło na mnie. A tego byśmy, Drogie Państwo, nie chcieli. Albowiem zamiast kulturalnie jedną ręką pisać notkę na blogu, drugą czytać prasę, trzecią plotkować, a czwartą pracować – wszystkimi bym rwała włosy z głowy, a przeciez głupia nie jestem i przerzedzać nie będę, jeszcze mi się futro przyda.

Pogoda miała się poprawić z poniedziałkiem, a zmieniło się jedynie to, że zamiast gnić w łóżku pod dwiema kołdrami, musiałam wyjść i marznąć na zewnątrz. Ogłaszam więc wszem i wobec, że to jest niesprawiedliwe, wręcz podłe i powinno natychmiast zostać zmienione. Oczywiście nie jestem jakąś tam oszalałą rewolucjonistką i nie uważam, że nieobecna chwilowo dyrekcja winna mnie na zbity pysk wywalić z roboty, albowiem przedmiotowe zajęcie stanowi moje ulubione źródło utrzymania. Mogliby za to ogłosić jakąś małą klęskę żywiołową albo co, której chętnie byśmy się poddali. Wczoraj w sklepie dwie miłe starsze panie dały dobry przykład, wykupując cukier i mleko, ale jakoś nikt nie chce z nich brać przykładu. Choć wyznam wam, że przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wyglądam głupio ze swoją kostką masła i kilogramem cukru, pierwszym nota bene od kilku tygodni.
Być może powinnam była wykonać naówczas telefon do rzeczonego pracodawcy z informacją o nadchodzących ciężkich czasach i sugestią, żeby zwołać sztab kryzysowy. Najlepiej w knajpie przy napojach wyskokowych, których używania skutkiem ubocznym bywa pełne nagrzanie całego organizmu. Zamiast tego w koszmarnie wyziębionym pomieszczeniu walczę właśnie z ludzką głupotą o nastepującej treści:

„W odpowiedzi na maila z dn. 06.09.2007 r, Dział Wspomagania informuje, iż Archiwum X Oddział w Częstochowie nie zgłasza pracowników na kurs bezprzyrządowej pierwszej pomocy.”

No ludzie… Nie będą gnoje pomagali, jak ktoś dostanie zawału.
No to ja im tak:

„Witam,
uprzejmie informuję, że jesteśmy zobligowani do oddelegowania pracowników na przedmiotowe szkolenie z każdego Oddziału Rejonowego Archiwum X. Szkolenie ma na celu przygotowanie kadry pracowników Archiwum X do ratowania zdrowia lub życia osób zarówno zatrudnionych w przedsiebiorstwie, jak i jego klientów. Obecne szkolenie jest pilotażowe i zgodnie z informacjami z sekcji szkoleń Archiwum X, rozpoczyna cykl szkoleń z przedmiotowego zakresu w ramach Centralnego Programu Rozwoju Zawodowego Programu upowszechniania w Archiwum X wiedzy z zakresu pierwszej pomocy w zdarzeniach nagłych i wypadkach „Kurs bezprzyrządowej pierwszej pomocy”.
Byłoby wysoce niestosowne, gdyby Archiwum X Oddział w Częstochowie jako jedyny w całej Polsce odmówił przygotowania kadry pracowniczej do udzielania pierwszej pomocy. Proszę pamiętać, że często o ludzkim zdrowiu i życiu decydują minuty po zaistnieniu wypadku, a w tym czasie poszkodowany uzależniony jest wyłącznie od pomocy osób, które nie są pracownikami służby zdrowia.
Uprzejmie proszę o dogłębne przeanalizowanie tego tematu i przesłanie odpowiedzi do godz. 15.00 w dniu dzisiejszym.”

Nadmieniam, że szkolenie przeprowadzane jest ze środków unijnych i trzeba być ostatnim kretynem, żeby się nie uczyć, jak za darmo dają.

Przepraszam, ale muszę kończyć, bo zamarznięte palce mi się kruszą od stukania w klawiaturę.

Adieu!

PS Uprzejmie zawiadamiam, że moja powalająca argumentacja powaliła kogo trzeba i będą się szkolić, misiaczki.
Co naturalnie zapisuję w moim pamietniczku na dziś w dziale: zwycięstwa.

7 września 2007

Coś od siebie

Jasne, nie nawykłam wrzucać na bloga przekopiowanych, cudzych tekstów, więc czuję się w obowiązku dodać coś od siebie. Niestety nie mam dziś czasu na długie opowieści, bo Archiwum X stoi w ogniu i trzeba latać w kółko, a nie ma kiedy taczek załadować. Nie żeby pracy było ponad miarę. To polityka znów wkrada się drzwiami i oknami, choć trudno powiedzieć, żeby kiedykolwiek wychodziła. Ale obecnie głowy lecą, aż miło i warto być zaraz za pierwszą linią frontu, bo wiadomość to dziś najlepsza waluta. Krążę więc, jak wściekła, konfrontując różne informacje u różnych źródeł i składając układankę w całość.
Sceny dantejskie. Dzieje się, powiadam wam, dzieje się. A że ja mam taki miły wygląd, to ludzie często zwierzają mi się z różnych rzeczy. Naczelna zasada: mało mów i życzliwie słuchaj. Wygląda na to, że w chwili obecnej jestem najlepiej poinformowaną osobą w tym pierdzielniku.
Więc przepraszam, ale muszę lecieć.

Wasz szpieg z krainy deszczowców, tajemniczy Don Pedro.

PS Żeby nie było żadnych wątpliwości: nie mam zamiaru nic tu ugrać. Mam zamiar strzec mojego pięknego tyłeczka, bo jest… mój.

Popolitykujmy

Oto kilka wybranych wypowiedzi z kampanii wyborczej PIS:

1. Nie będę premierem, gdy mój brat będzie prezydentem.
2. Nie będzie koalicji z Samoobroną.
3. Cieszę się, ze będę na pierwszej linii walki z Samoobroną.
4. My w kolejnej kompromitacji i w otwieraniu Samoobronie drogi do władzy w Polsce uczestniczyć nie będziemy.
5. Nie poprzemy nikogo z wyrokiem sadu lub przeciwko komu toczą się sprawy sadowe. To jest sprzeczne z ideałami PIS.
6. Wiceminister sprawiedliwości nie ścigał i nie osadzał w wiezieniu działaczy opozycji w latach 70.
7. Wybudujemy trzy miliony mieszkań.
8. Wprowadzimy szybko niższe podatki.
9. Wycofamy wojsko polskie z Iraku.
10. Prawie 200 km autostrad w 2006, to nasza zasługa.
11. Tylko 6 km autostrad w 2007, to wina SLD.
12. Marcinkiewicz, to premier na całą kadencję.
13. Pomożemy Stoczni (UE chce zwrotu 4 mld).
14. Zredukujemy administrację państwową (hahahahahahha).
15. W rządzie nie będzie byłych członków PZPR.

„…Dla mnie, raz dane słowo, jest święte…” (Jarosław Kaczyński 10 VII 2006).

Dostałam to z dopiskiem:

„Wyślijcie tego maila gdzie się da! Jeśli kilkanaście milionów ludzi go przeczyta, to może paranoja zniknie z tego kraju”.

Dokładam się do spopularyzowania tych kilku wypowiedzi. Może paranoja nie zniknie, ale idźta ludzie do wyborów i głosujcie przeciw. Uważam, że najbardziej winni są ci, którzy oddają walkowerem swoje głosy tym matołom.

6 września 2007

Koniec lata pod namiotem

Przeżywamy obecnie wakacje swojego życia. Wszak września początek i jeszcze lato. O pogodę nie możemy mieć pretensji. Wakacje pod namiotem zrodziły się z pomysłu o nowym oknie w sypialni. W czasie, gdy montowano okno, nasz stolarz Rysio przebywał nad morzem, wraz z żoną i trzema córkami ciesząc się urlopem. Powrócił był w połowie sierpnia, a nastepnie się zameldował oraz poinformował zebranych, że samochód szlag mu trafił i jeździ na rowerze. Trudno wymagać od człowieka, żeby woził materiały do stolarki na rowerze, prawda? Więc nie wymagaliśmy, dopingując jedynie Rysia i zagrzewając go do walki z niesolidnym mechanikiem. Samochód powrócił dopiero w poniedziałek, w związku z czym we wtorek Rysio sumiennie stawił się u nas w domu, radośnie informując, że wykończenie okna będzie nas kosztowało drożej niż samo okno, za co natychmiast został zbity kapciem do nieprzytomności. Miarę wziął, zadumał się nad naszymi wydziwianiami związanymi z potrzebą zapewnienia kotom okiennego legowiska, obalił koncepcję parapetu w oknie dachowym, na szybko wykombinował zgrabny rozkładany parapecik, co koty przyjęły z wdzięczną radością, a ja z niepokojem, bo pamietać trzeba, że koty lubią się tam wylegiwać parami, co generuje minimum 9 do 11 kg futra z dodatkami, ustalił priorytety i wybył (mamiąc nas wykonaniem w przyszłym tygodniu) już po półgodzinie plotkowania w przedpokoju. Rysio jest wielce barwną postacią w naszym życiu. Niezwykle sympatyczny gaduła, który swoją osobowością świetnie uzupełnia ewentualne opóźnienia w wykonywanej pracy, bo zwyczajnie – nie da się na niego gniewać. No i Rysio nigdy nie chce się napić kawy, bo się spieszy (jak wspominałam ma trzy córki, które ciagle trzeba gdzieś przewozić, odwozić, dowozić, że o uroczej małżonce nie wspomnę). W związku z tym faktem, po wykonanej przez niego pracy (czy to obmiary, czy praca faktyczna), spędzamy średnio około godziny, stercząc w kuchni lub w przedpokoju i komentując rzeczywistość, bo z Rysiem nie da się nie pogadać.
Ale do rzeczy.
Rysio, jak wspominałam, przyjął do wiadomości potrzebę i wyznaczył termin realizacji, a tymczasem pogoda jaka jest, każdy widzi. Dachówki wokół okienka położone są fachowo, folia dobrze zabezpiecza przez przeciekaniem, ale… na Jowisza! Wczoraj o poranku było 6 stopni! A wiatr hula jak u Ćwieczka króla! Wobec powyższego na naszym poddaszu użytkowym atmosfera zrobiła się, rzec by można, chłodna.
- Czuję się, jak na wakacjach pod namiotem – oznajmił Szef wciągając gacie od dresu, skarpety, bluzę, frotowy szlafrok i dekując się pod kołdrą i kocem.
- Nie marudź, za to mamy jasno – odparłam, zgrzana z powodu dwóch bluz, gaci od dresu, skarpet, ściśle zawiązanego polarowego kapturka i taszczenia dodatkowej kołdry pt. 100% wełna ze stada wielbłądów albo czegoś tam.
Zaryliśmy się w barłóg, okryli poduszkami i trzema kołdrami, czule spojrzeliśmy na kaloryferek olejowy zasuwający pełną parą i rozpoczęliśmy dywagacje na temat wejścia w posiadanie jakiegoś dodatkowego źródła ciepła.
- Mam pomysł na epokowy wynalazek – wysapał Szef spod góry pierza i wełny – Łóżko elektryczne!
- Żaden problem – skwitowałam parując – kupmy koc elektryczny, podłóżmy pod prześcieradło i hulaj dusza.
- Sugerujesz, że nie jestem odkrywczy? – odsapał Szef i coś tam jeszcze skomentował, ale niezbyt dobrze słyszałam, bo mu się wełna rzuciła na twarz.
- W życiu, ale póki co – dziś nie mamy. Musimy wymyślić coś innego.
Wiedzeni nagłym impulsem oboje wysyczeliśmy:
- Kici, kici, kici…

- Jesteś podły, wiesz? – stwierdziłam, upychając swojego kota na odpowiedniej wysokości pod kołdrą – Jak są inne warunki pogodowe, to wywalasz Karola i wymyślasz mu od futrzanych worów.
- Nie słuchaj, Karolusiu, tatuś cię uwielbia – wyfuczał Szef spod futra, szczelnie okalającego mu twarz.

Wymianie uwag towarzyszyło uszczęśliwione mruczenie, dobywające się z trzech gardeł, albowiem Zofia przekopywała własnie korytarz pomiędzy kołdrami pierzanymi a wełnianą.

Byle do wiosny, kochani, byle do wiosny.

5 września 2007

Rozterki

Większość z nas w chwili obecnej przeżywa rozterki związane z rozpoczętym właśnie rokiem szkolnym. Rozterki są przeróżne, dominują oczywiście finansowe. I to mnie wcale nie dziwi. Ja sama w chwili obecnej mam dwa problemy. Wątek finansowy pomijam, bo jest aż nadto oczywisty. Pierwsza z moich rozterek to podręczniki, których żąda szkoła w aspekcie ich niedostępności na rynku. Po prostu wydawnictwo zostało zamknięte. Problem nabiera rumieńców w skojarzeniu z pierwszoklasowością. Bo jak się idzie do pierwszej klasy, to się w poprzednim roku nie uczestniczy w giełdzie i ma się problem. Ale w ogóle: jak można, hę? No dobra, kupiłam go na allegro. Ale przecież nie wszyscy muszą umieć, nieprawdaż? Nie wszyscy muszą mieć możliwość. No głupio.
O drugiej rozterce wspominałam na blogu drugiej-mamy. Otóż Potomstwo powróciło wczoraj ze szkoły i oznajmiło, że nie będzie uczęszczało na religię, bo ksiądz powiedział, że co miesiąc mają chodzić do spowiedzi, karteczki z potwierdzeniem mu przynosić i to ma wpływ na ocenę z religii. No szlag mnie trafił. Z jednej strony wrzeszczą, że chcą, aby religia traktowana była jak wszystkie inne przedmioty. Kilometry druku przeczytałam na ten temat. A z drugiej kompletnie mieszają pojęcia. Przecież na dobrą sprawę w tej religii może uczesniczyć dziecko niewierzące lub innego wyznania, choćby z potrzeby poznawczej, prawda? I powinni się cieszyć, prawda? Nieprawda! Jest wersja jedynie słuszna i koniec.
Tak, mówię od razu – 18 września jest wywiadówka i będę na ten temat rozmawiała. Tak, księdza szlag trafi, bo oni strasznie nie lubią, jak ktoś do nich mówi „proszę pana”, a ja nie mam zamiaru zwracać się inaczej. Tak, wyrzygam na niego mój pogląd dotyczący oceny praktykowania religii i potrzeby kontaktu z Bogiem.
Niech przekonają, do diaska! Niech pokażą, najlepiej na przykładzie własnym, że warto. Póki co, od razu zniechęcają. Dlaczego większość kleru to debile, zna ktoś odpowiedź? Specjalnie nie piszę, że wszyscy, bo żyję nadzieją, że znajdę kiedyś jednego sprawiedliwego, choć od razu nadmieniam, że jeszcze nie spotkałam, jak żyję 34 lata. Dlaczego głosząc przykazanie miłości nie mozna okazywać szacunku drugiemu człowiekowi? Dlaczego nie można okazywać cierpliwości, wyrozumiałości i zrozumienia? Wszak Chrystus okazywał, a może się mylę?

Nie wypisuję się z KK ponieważ:
- czytałam o procedurach, niech ich szlag trafi;
- musiałabym oświadczyć, że jestem agnostyczką, a nie jestem.
Czy ktoś zna odpowiedź na pytanie, dlaczego większość ludzi uważa, że Bóg jest idiotą? Dlaczego coniedzielna obecność w kościele zapewnia zbawienie, a porządne życie i otwarcie na innych ludzi nie? Dlaczego Bóg chce obcować z katolikiem, a z innym dobrym człowiekiem nie chce?

No dobra, ja znam odpowiedzi na większość tych pytań, bo dla odmiany ja do mojego Boga podchodzę z wielkim szacunkiem i pokorą. Dlatego, że mój dialog (tak, tak, nie uważam, żeby to był monolog – rozejrzyjcie się wokół siebie – nie wszystko trzeba powiedzieć słowami) z moim Bogiem to głównie dziękczynienie, a nie lista potrzeb i oczekiwań.
Bo jestem szczęśliwa, że ktoś dał mi tę niepowtarzalną szansę, żeby widzieć, że jest dzień i noc, że na wiosne kwiatki rosną i kwitnie miesiąc maj. I jeszcze uważam, że dar, który otrzymałam, dany był na kredyt, więc staram się jak mogę udowodnić, że to nie byla błędna inwestycja. Mam nadzieję, że mam tyle siły, żeby mi się to udało.

Ale nie, nie jestem katoliczką. Nikt mnie nie zapytał, czy chcę być. I to mnie trochę złości. Ta przynależność do grupy, której nigdy jako osoba pełnoletnia nie deklarowałam. Czuję się, jakby mnie ktoś zapisał do PISiu.

I tak zamiast o szkole, zwymiotowałam religijnie.

Podsumowując, jak powiedział pewien biskup, komentując durnotę swoich podwładnych:
- Niestety niejednako łaskawie wejrzał Pan Bóg na wszystkie sługi swoje.

4 września 2007

Nieprawdopodobne historie

Tak, tak, ja się kształciłam w odpowiednim kierunku. Moje studia obejmowały również sporą część kulturoznawstwa, z antropologią i folklorystyką na czele. Mój promotor specjalizował się w legendzie miejskiej, a co za tym idzie – zgłębiłam tę tematykę, bo inaczej się nie dało. Wiem, czym się ta legenda charakteryzuje (ach te opowieści o czarnej wołdze, która porywała dzieci/kobiety albo o tym, jak komuś ucięło rękę, wystawioną nieopatrznie przez wybite w windzie okienko). W tym rodzaju opowieści nigdy nie da się ustalić konkretnej osoby, której coś się wydarzyło, miejsca, czasu. Zawsze dzieje się coś tuż obok nas, dopiero co i pani z sąsiedniego osiedla na przykład. Ale nie pani Kowalskiej, tylko sąsiadce sąsiadki.

A historia, którą usłyszałam wczoraj, przebija wiele rzeczy. I w dodatku generuje mieszane uczucia. Bo z jednej strony konstrukcyjnie nosi wiele znamion legendy miejskiej, ale z drugiej – wiem (z imienia i nazwiska), komu się (podobno) przydarzyła i dokładnie kiedy.
Uwaga, opowiadam.

Pewna koleżanka, nazwijmy ją Kasia, mieszka w Jaworznie na Śląsku. Parę dni temu wracała samochodem z imprezy. Droga, którą jeździ zwykle do domu, przed samym Jaworznem przebiega przez lasek. Nie jakieś tam lesisko, ale zawsze las. Godzina była późna, około 1.00 w nocy. Jedzie sobie Kasia, jedzie, aż tu nagle patrzy – przez całą szerokość drogi narzucane gałęzie. Dziewczyny jakoś nie tknęło. Zatrzymała samochód, wysiadła i dalejże odciagać gałęzie, żeby przejechać. Kiedy uwolniła już połowę drogi, a więc tyle, żeby dało się gałęzie jakoś ominąć, nagle ze strony, z której przyjechała, nadjechał samochód. Kierowca zachowywał się dziwnie. W miarę zbliżania się do samochodu Kasi coraz częściej naciskał klakson i migał długimi światłami. Dziewczyna się przestraszyła – w końcu las, noc, a ona sama. Jako że miejsce już było, wskoczyła do samochodu i rura stamtąd. Ale facet trzymał cały czas za nią. Trabił przeraźliwie, migał światłami i stwarzał napietą atmosferę. Dziewczyna bała się coraz bardziej, więc wyjęła telefon komórkowy i zadzwoniła do swojego taty, żeby wstał i wyszedł po nią przed dom, bo ze względu na okoliczności, bała się wysiąść z samochodu. Do domu miała niedaleko. Podjechała pod blok, wyskoczyła z auta i biegiem do taty. Prześladowca, o dziwo, też podjechał, też wyskoczył z samochodu i wtedy zdenerwowany tato rzucił się na niego z pięściami, wrzeszcząc, że prześladuje jego córkę. Kilka chwil trwało zanim chłopak dorwał sie do głosu. Ale jak już się dorwał, to poszedł na całość.
- Proszę pana, jak dojeżdżałem do miejsca, w którym pańska córka odciagała z drogi gałęzie, zauważyłem, że w międzyczasie jakiś facet wsiadł jej do samochodu! Przestraszyłem się, że zrobi jej krzywdę, więc zacząłem trąbić i migać światłami z nadzieją, że ona nie wejdzie do auta i nie odjedzie. A jak stało się niezgodnie z moimi oczekiwaniami, to jechałem za nią cały czas, bo miałem nadzieję, że w takiej sytuacji facet się wystraszy.
Kasia i tatuś zdrętwieli, rzucili się do samochodu, ale po pasażerze nie było śladu poza otwartymi tylnymi drzwiami. Zdążył zwiać.
Bezinteresowny „prześladowca” uratował prawdopodobnie dziewczynie życie.

I teraz tak: historia toczy się dokładnie wg przyjętego schematu legend miejskich. Ale dotyczy konkretnej, namacalnej i posiadającej imię i nazwisko dziewczyny, konkretnej daty i konkretnego miejsca.
Normalnie nie wiem, co o tym myśleć.

PS Jeśli ktoś zna podobną historię, to zapraszam. Ciekawość naukowa się we mnie obudziła.

3 września 2007

Znalezione w sieci

Buchacha!!!

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

PS Karol robi to samo.

Lecę, bo chcę

Tradycja grupowego wpadania w panikę w wykonaniu kotów, ma w naszym domu bogatą historię. Scenariusz jest zawsze ten sam: występuje bodziec, jeden kot wpada w panikę, futro staje mu dęba, zaczyna przebierać pazurami po kaflach albo panelach, czyniąc charakterystyczny hałas, pozostałe koty orientują się, że coś jest na rzeczy i sensownie byłoby również wpaść w panikę, bo wtedy jest wesoło. Przechodzą natychmiast od myśli do czynów, futro staje im dęba, już trzy koty przebierają pazurami po kaflach lub panelach, wywołując charakterystyczny dźwiek paniki, potem się rozpędzają i:
- biegną na oślep, każdy w innym kierunku;
- biegną na oślep w tym samym kierunku, najczęściej po schodach na górę, wpadając na siebie, wrzeszcząc, przepychając się, wzmagając panikę jeszcze bardziej, co rusz ktoś odpada od schodków i z charakterystycznym dźwiękiem pazurów zbiera się do biegu na górę za resztą, która już zniknęła za zakrętem.
Potem następuje okres względnej ciszy, bo wszyscy siedzą ukryci po szafach i trochę czasu mija, zanim zdecydują się wychynąć, następne trochę czasu mija, zanim (węsząc widowiskowo) ustalą, że nie wiadomo właściwie, co jest grane. Potem złażą na dół i usiłują ustalić, co było zarzewiem pożaru, a ponieważ zawsze jest to jakaś bliżej nieokreślona pieroła, trwają w zadziwieniu i starają się uznać sprawę za niebyłą, co jest – być może – najciekawszym elementem programu.

W niedzielę było jeszcze ciekawiej.
Tuśka była mentalnie nieobecna, a Karol z Zochą siedziały na parapecie otwartego okna kuchennego, kontemplując wydarzenia zewnętrzne. Ja – mimo koszmarnego bólu głowy – nie byłam w stanie uleżeć w łóżku, więc zeszłam na dół i postanowiłam sprawdzić, jakie skarby żywnościowe kryją się w dużym, plastikowym koszu na lodówce. Wlazłam na schodek (bardzo praktyczne narzędzie, żeby się nie wyciagać po rzeczy ustawione wysoko – kupiłam w IKEI), chwyciłam kosz, pociągnęłam, kosz okazał się cięższy niż podejrzewałam, więc to on mnie pociągnął i z głuchym łoskotem wylądował na krzesełku obok. I stało się. Koty w sekundzie zmieniły się w futrzane kule, potem następiło przebieranie pazurami po parapecie, Karol wykonał ekwilibrystyczną woltę, spieprzając z okna kuchennego w stronę pokoju i schodków na górę, a Zocha… no właśnie. Zocha się spięła, najeżyła, poprzebierała łapami – czyli elementy klasyczne, a następnie straciła równowagę, zachybotała się i… runęła w dół. Następny odgłos był moim wrzaskiem, ze kot wypadł z okna (II p.), potem był skok do okna i zobaczyłam tylko znikający za rogiem budyku kawałek Zochy. Bez namysłu rzuciłam sie do drzwi i biegiem na dół. Wyleciałam z klatki, jak z procy, puściłam się biegiem za Zochą, ale zapomnijcie! Już jej nie było. Wpadłam więc w lekką panikę, że kot w szoku wypruł przed siebie i tyle go widzieliśmy, ale usłyszałam, że Szef zdążył tymczasem zbiec z góry do kuchni, wyjrzał przez okno i wrzeszczy, że widzi kota. No to biegiem z powrotem. Biedna kocina obiegła cały dom i wpadła z impetem do klatki schodowej. Nniestety przeliczyła się nieco, bo pierwszą otwartą była klatka obok – sąsiad wyszedł na spacer z Pędzlem – przedstawicielem czegoś dziwnego, ale na pewno nie jakiejś konkretnej rasy. Dopadłam kota na samej górze. Stała kompletnie skołowana – przecież doleciała gdzie trzeba, a drzwi do domu nie ma! Przytuliłam do serca i pouczyłam na okoliczność dwóch wejść do budynku. Zeszłam na dół, sąsiad widząc, co się dzieje, przezornie oddalił się wraz z przedstawicielem płci pieskiej, żeby nie zaogniać i już mogłyśmy się udać do domu.
Przegląd kota pod kątem strat w ludziach i sprzęcie wykazał, że poza ogólnymi potłuczeniami, rozciętą łapą i gorączką ze strachu, nie nadwerężył się jakoś specjalnie.
Do wieczora obnoszono kota na rękach, miziano, przytulano i przemawiano czule, co z radością wykorzystywał, spoglądając na pozostałe koty z wyższością.

WNIOSKI:
1. jak cię głowa boli, leż w łóżku zamiast się miotać po domu;
2. od podnoszenia ciężkich przedmiotów są mężczyźni, zgodnie z własną teorią, że Pan Bóg dał mężczyznom mięśnie, a kobietom mózgi (z tym, że niektórym jakby mniej ekhm, ekhm), żeby kierowały mięśniami;
3. zanim narobisz rumoru, sprawdź, czy koty nie orbitują wokół parapetów;
4. to nieprawda, że koty zawsze spadają na cztery łapy i całe szczęście, że tylko tak się skończyło.

Atrakcji było co niemiara i mamy nadzieję, że więcej nie będzie albowiem nasza wytrzymałość ma swoje granice.
A poza tym nie mamy w planie wymiany ani jednego kota na nowego, choć zapewne w momencie spektakularnego wylotu Zośki, w dzielnicy ruszyło się w kocim totalizatorze sportowym, a kandydaci na nowych lokatorów zapewne uporządkowali już futerka i przybrali wyrazy twarzy pt: skrzywdzona niewinność.