31 grudnia 2014

2022

O, nie! Nie będziemy się rozczulać drugi raz z rzędu! 
Czego Wam życzę?

MNIEJ PRACY, WIĘCEJ KOŁACZY!!!

O!

30 grudnia 2014

2021

Matka, lat 73. Ojciec, lat 78.

- I oglądałam sobie ten program Lisa...
- Mamo, nie kłam, ty ślepa jesteś.
- Czepiasz się. Więc oglądałam sobie, a tam, rozumiesz, posłanki z PiS i PO, jakiś facet oraz ksiądz. To Lis się pyta, jakie ich zdaniem były najważniejsze wydarzenia w kraju w upływającym roku. O dziwo obie kobity mówią, jakim niewypałem było nieprzegłosowanie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy. Na co durny ksiądz się wtrąca. Przerywa. Pyskuje. No tak mnie wnerwił, że wzięłam udział w dyskusji.
- Do telewizora?
- Okazało się, że nie do końca. Bo ojciec - niby głuchy taki - usłyszał i przyszedł z drugiego pokoju.
- O, zainteresowałaś mnie.
- No. Sama się zainteresowałam. Bo on się zaczął ze mną kłócić, że kobiety też biją mężczyzn.
- Nie gadaj! I co z tym zrobiłaś?
- Jak to co?! Powiedziałam, że jeszcze jedno słowo, a uzasadnię tę jego tanią teorię!

Uwielbiam ich.

29 grudnia 2014

2020

Mówię Wam... przyszłam dziś do fabryki, pacze, a tam w pokoju z 10 stopni! Normalnie pracodawca funduje mi kurację odmładzającą za pomocą krioterapii. Zapuściłam dmuchawę, zawołałam panów do odpowietrzania kaloryferów i schroniłam się u koleżanek. Do końca dniówki zrobiło się znośniej, choć nogi mi marzły. Korzystając z podpowiedzi Idiomki, postanowiłam zakupić walonki.

Tymczasem Prezes i Zuzanna siedzą w domu i rżną w różne gry, wznosząc przy tym okrzyki bojowe. Zuzanna krzyczy głównie, że nie chce być postacią grubaska, bo jej brzuch w skokach przeszkadza, a Prezes zarzuca Zuzannie pazerność, z powodu której wg niego Zuzanna ciągle się zabija i szkodzi punktacji.

Tymczasem pod domem...


... wielbiciele przegrywają z Rayman Origins.

Zaproponowałam coś bardziej spektakularnego, np. samolot ciągnący wywrotowe hasło na szmacie lub też i baloniki. Za ciekawą opcję uważam również posiadanie willi z podgrzewanym basenem, którą udostępni się matce. No co? Mądry mężczyzna wie, że obłaskawienie teściowej to 3/4 sukcesu.
Zamierzam wykorzystywać swą dominującą pozycję ile wlezie.

A pomysł ze śniegiem i ujemną temperaturą uważam za nietrafiony.

28 grudnia 2014

2019



Kto z Was wie, że autorem słów do tej piosenki był Julian Tuwim?


Tak, tej też. Obie przeszły do historii - nie tylko muzyki, ale również, w wykonaniu Hanki Ordonówny, kinematografii.

Są jeszcze inne.




(Wciąż aktualne - Tuwim na Woodstoku)





Tuwim - cztery lata starszy od mojego dziadka ze strony taty, któremu czasem zazdroszczę (choć opamiętuję się szybko) życia w czasach Skamandra - nie był takim posągowym, grzecznym chłopczykiem, jak chcielibyśmy myśleć. Państwo sobie wyobrazi, że repetował szóstą klasę szkoły powszechnej, bo do przedmiotów ścisłych nie miał zamiłowania. Jakże go rozumiem!
Urodzony w Łodzi, z której jego rodzinę wygnała rewolucja roku 1905, przeniósł się do Wrocławia (Kruszyzno, odnalazłaś może jakieś ślady Tuwima?), a później Warszawy. Studiów nie ukończył, skupiwszy się na innych sprawach - i chwała mu za to. Co by nam było po prawniku Tuwimie lub filozofie Tuwimie, gdy w miejsce tego dostaliśmy Skamandra i te wszystkie cudne, niezapomniane wiersze?
Od 1939 na emigracji, z której powrócił rok po zakończeniu wojny, stając się ulubieńcem ówczesnych władz. Długo nim nie pobył. Zmarł w 1953 w zakopiańskim ośrodku ZAIKSu.
Od 2006 r. działa fundacja imienia Juliana i Ireny (siostry) Tuwimów, opiekująca się spuścizną obojga. W 2013 obchodziliśmy rok tuwimowski.

Co właściwie zawdzięczamy Tuwimowi?

Na przykład dzieciństwo. Chętnie poznałabym jedna osobę, która nie wędruje wspomnieniami w zamierzchłe czasy, słysząc "Lokomotywę", "Okulary" czy "Słonia Trąbalskiego".

Cytaty, towarzyszące nam przez całe życie, choć czasem nie wiemy, kto był ich twórcą:
Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość - sprawiedliwość,
Nie pożądaj żony bliźniego swego nadaremno,
Żyj tak, aby twoim znajomym zrobiło się nudno, gdy umrzesz,
Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa,
Para, woda w natchnieniu,
Plan, coś co potem wygląda absolutnie inaczej,
Rodzynka, stroskane winogrono.

Przepyszne anegdoty, świadczące zarówno o niebywałej inteligencji poety, jak i poczuciu humoru oraz przytomności. Choćby ta o pewnym satyryku i publicyście, którego antysemickie poglądy były powszechnie znane. Na jednym z przyjęć wzniósł on następujący toast: „Nie ma literatury polskiej bez Adama Mickiewicza, nie ma Adama Mickiewicza, bez "Pana Tadeusza", nie ma "Pana Tadeusza" bez Jankiela, niech żyje Tuwim!”. W odpowiedzi na to poeta podniósł kielich i odrzekł: „Nie ma literatury polskiej bez Adama Mickiewicza, nie ma Adama Mickiewicza bez "Pana Tadeusza", nie ma "Pana Tadeusza" bez Jankiela, nie ma Jankiela bez cymbałów, niech żyje Nowaczyński!”.

(Tu dygresja: naprawdę interesujący jest fakt, że Julian Tuwim był tak satyrycznie złotousty, gdy się weźmie pod uwagę, że latami cierpiał na depresję).

W końcu erotyki.

Przyjdziesz nocą. Zostaniesz do rana
I otulisz mnie lekko ramiony.
Ja ci powiem: o, moja nieznana.
Ty mi powiesz: o, mój wytęskniony.

Będziesz moja. Ustami się wpije
W wargi twoje, od nocnych róż krwawsze,
Obłąkany szał szczęścia przeżyję,
Ale umrze coś we mnie na zawsze.

Zacałuję się sobą! W pierścieni
Splot drgający zakłuje twe ciało, 
I uśniemy rozkoszą zmęczeni
I niepomni, że wszystko się stało.

Obudzimy się. Ciężką nienawiść
W głuchych duszach bez słów poczujemy
Zło nam w oczach zaświeci, jak zawiść,
I jak głaz będzie smutek nasz niemy.

Ale nocą znów przyjdziesz. Do rana 
Będziesz słodko mnie tulić ramiony.
Ja ci powiem: o, moja nieznana!
Ty mi powiesz: o, mój wytęskniony!

O "Kwiatach polskich" to po prostu szkoda pisać, żeby siary nie było. W każdym razie - świadomie czy mniej - nikt z nas nie potrafi już wyobrazić sobie świata bez Tuwima. Wpisał się w niego na zawsze. Ma poczesne miejsce w poetyckim panteonie - inteligentnemu Polakowi wstyd nie znać choć kilku jego wierszy.
Wczoraj obchodziliśmy 61. rocznicę jego śmierci. Żył tak, że nam wszystkim, którzy poprzez tę poezję staliśmy się nieomal znajomymi, nudno trochę od czasu, gdy przedwcześnie odszedł. I dlatego biada każdemu, kto w mojej przytomności przyjdzie i to wszystko, o czym pisałam, podsumuje jednym słowem: Żyd.
Biada.

PS Jak rozumiecie, nie napisałam tego bez przyczyny - krew nie woda.

27 grudnia 2014

2018

Zuzia miała zastopowany film na komputerze. Żołnierze radzieccy (spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością) udali się na wysypisko pod jej nieobecność, włączyli sobie film, coś tam tajnego porobili, po czym opuścili pokój, ale przed wyjściem zastopowali film i przekręcili ekran o 90 st. Ta ostatnia czynność wymaga równoczesnego naciśnięcia klawiszy: ctrl + alt + ->.

Tego się nie da wykonać jednym kotem.

Spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością ma się znakomicie. I może sobie Kiełbasińska opowiadać, ale to był strzał w dziesiątkę. Daliśmy początek ruskiej mafii. Nie macie pojęcia, co oni razem wyprawiają. To naprawdę nie były wyrzucone pieniądze - nie żałuję nawet złotówki. I Eduś jakby ostatnio ciut mniej się na mnie za tę operację gniewa. Ciut. Nawet zaczął przychodzić do umywalkowego wodopoju kiedy siedzę na klozecie. Od pojawienia się Cześka gardził.

Świat wraca do normy.

PS Jestem minimalnie zawiedziona - nad Cześkiem w ogóle nie trzeba pracować. On się urodził mamusi laluńkiem.

2017

Święta, święta, srutututu, a choinka nawet nie zemdlała. Jestem nieomal zawiedziona. Owszem, nie mogę powiedzieć, było zainteresowanie, ale u nas się liczy głównie interakcja, więc przy ubieraniu. Szczególnie zajmujące wydaje się być wykonywanie rekordowych ślizgów w reklamówce po bombkach. Albo akcje z cyklu "wszyscy posypmy się brokatem, dużo, dużo". Po zakończeniu czynności strojniczych, choinka przestała budzić większe emocje i zaczęła służyć głównie do uzmysławiania nam, że kot to prawdziwy prezent od losu.


Wigilia w tym roku, zgodnie z założeniami oraz podjętymi działaniami, w rozszerzonym składzie. Do tej pory pomiatały mną cztery osoby, a teraz siedem. Wyszło więc na jaw, że posiadam pewne skłonności masochistyczne. Absolutnym hitem było oczekiwanie aż rozdzielę ryby.
- Co tak siedzicie? - zapytałam, ustawiwszy półmiski na stole.
- Czekamy aż nam nałożysz. - Z którejś piersi się wyrwało.
- A w dziób chcesz? - doprecyzowałam czule, utrzymując świąteczną atmosferę.
Myślę, że za dwa, trzy lata zacznę stosować kary cielesne.

W drugie święto odwiedziliśmy Dzika, którego podobno jestem matką chrzestną. Wyznam Wam, że dzieci w tym wieku nie sprzyjają spożywaniu alkoholu. Niby można to jakoś przeczekać, ale żeby o suchym pysku?! Nie daliśmy rady. Choć obecna odległość od miejsca zamieszkania Matki Dzika jest dość utrudniająca operację i ktoś musi to przetrwać na trzeźwo, więc Prezes jadł ciastka. Ale co? Że ja? Jak JA? Byście się wstydzili w ogóle proponować.

Ten, kto wymyślił weekend bezpośrednio po świętach, powinien otrzymać jakąś nagrodę. Przeprowadzam głosowanie. Kto jest przeciw? Nie widzę, nie słyszę, przeszło jednogłośnie. Jeszcze dorzucę, że obaj moi szefowie wrócą do fabryki dopiero w nowym roku, więc idę do roboty niemalże na ochotnika. Święta Hilario, cóż to będzie za wspaniały czas! Ileż to człowiek zrobi, jak mu nie będą skrzypieć nad uchem! Sama rozkosz.

I niech ktoś włączy ogrzewanie oraz zabierze ten śnieg, bo drapanie szyb doprowadza mnie do rozstroju. Jeśli szybko czegoś nie zrobicie, to będzie rozstrój żołądka. A potem nie ma, że przykro. Przecież wyraźnie prosiłam.

23 grudnia 2014

2016

Najdrożsi!

Nie wiem czy kiedyś wspominałam, ale darzę Was licznymi ciepłymi uczuciami. 
I tych, których znam osobiście, a oni znają mnie, co ich nie zniechęca do studiowania tej pisaniny, a to świadczy o ciężkiej aberracji umysłowej, ale - nie powiem - zbliża.
I tych, których poznałam dzięki magicznej mocy internetów i teraz nie mogę sobie przypomnieć, jak to było, kiedy ich nie było.
I tych, których nigdy nie ujrzały me oczęta (jeszcze nic straconego, ale spieszcie się kochać ludzi zanim oślepną, bo potem będę macać!), lecz zawsze mają w zanadrzu dobre słowo i w dodatku chce im się je napisać.
I tych w końcu, co czytają milcząco, a jest ich najwięcej*. Im, oczywiście, nieustannie dedykuję piosenkę Anny Marii Jopek. Oraz zapewniam, że warto coś powiedzieć, choć istnieje zagrożenie, że potem nie będzie można przestać.

Wszystkich Was, którzy wraz ze mną śmiejecie się i płaczecie. Dzielicie dobre i złe chwile. Śledzicie ten kawałek moich losów, który udostępniam. Czekacie na kolejną notkę, burczycie, że nie piszę regularnie, niepokoicie się czy wszystko u mnie w porządku, głaszczecie i kopniakami naprowadzacie na proste ścieżki, wyciągacie pomocną dłoń w potrzebie, pozwalacie mi wierzyć w jakieś magiczne, ludzkie dobro, znajdujecie się zawsze, gdy ktoś tego potrzebuje...

BARDZO WAS KOCHAM!

(Mówię, żebyście wiedzieli, bo jak sobie kocham po cichu, to przecież nie wiecie i możecie umrzeć, dajmy na to, w nieświadomości, a po co).

Wiedzcie, że jesteście absolutnie cudowną, wyjątkową częścią mojego życia. Wcale nie chcę, żeby było inaczej. Bądźcie. Jesteście mi bardzo potrzebni. Dziękuję za Waszą cierpliwość, poczucie humoru, dobrą wolę, energię, wyrozumiałość, chęci i obecność.

Życzę Wam szczęścia, zdrowia, miłości. Roześmiania aż do kaszlu. Odrobiny szaleństwa i odrobiny wzruszeń. Żeby życie pozwoliło Wam uwierzyć, że chcieć to móc. Niech się Wam darzy i pod stopy ściele. Pamiętajcie, że nie jesteście sami - nigdy. Że nawet w najciemniejszej nocy macie się do kogo odezwać. I jak se kupię tę chałupę, to możecie wpaść, a potem obgadać. (Skarbonka będzie zawieszona tuż za drzwiami - żeby nie było, że ktoś nie wiedział).

Kochani!  
Tego, czego pragniecie, na cały następny rok. 
Abonament może ulec przedłużeniu w kolejne Boże Narodzenie.
Czy ktoś Wam mówił, że jesteście absolutnie wyjątkowi? Nie? No to JA Wam mówię.
Idźcie i obdarzajcie tym fajnym następnych.
Wszystko wraca.
Wszystko.



* Właśnie się dowiedziałam, kto czyta. Zaproponowałam danie głosu. "Przyznać się do czytania babskiego blogu? Nigdy!". M! Tak, do Ciebie mówię. Nie podejrzewałabym. Całusy.

2015

Ach, ta cudowna, świąteczna atmosfera!

Zapach ciasta wciska się w każdy kąt, Czesiek wlecze swój ulubiony kołnierz futrzany i zabija go pod stołem, choinka - lekko kulawa i łysawa miejscami - odpiera ataki co żwawszych domowników, Prezes kurwuje, siedząc na pięterku... sam czar. Lubię. Zwłaszcza że Zuzanna, póki co, jeszcze nie obraziła się wigilijnie. I nawet dała słowo, że rano poodkurza.

Dom bylim oglądać i... tak. Ładniusi. Wieś, dojazd asfaltówką (ale tylko 18 km do drzwi fabryki), psy dupami szczekają, przystanek autobusowy 20 m od furtki. 120 m powierzchni, na dole: salon, kuchnia, ubikacja, przedpokój, pomieszczenie gospodarcze, kotłownia, a na górze: trzy pokoje, przedpokój, duża łazienka z wanną i prysznicem. Pięterko z balkonem, na który wychodzi się z dwóch pokoi. Działki po horyzont - 30 arów, dla hobbystów, bo sprzedać się części nie da, chyba że sąsiadowi. Nie ma dostępu. Wokół pola, trochę lasu. Wielkość działki skłania do zapuszczenia własnego. Właściciel sugeruje żeby nie zalesiać przed ogrodzeniem całości - próbował, ale sarny mu wszystko zeżarły. Sarny, rozumiecie. Własne nieomalże, prywatne sarny. Pewnikiem i inne zające.

Praktycznie nowy, w stanie do wprowadzenia się po minimalnym liftingu - nie wyobrażam sobie mieszkać w pokoju w zajączki. Ogrzewanie węglowe (tak, bo najtaniej) - kaloryfery i podłogowe pod płytkami - plus kominek, bez płaszcza, ale z rozprowadzeniem na piętro. Na podłogach terakota i lita deska. Kuchnia wyposażona. Tylko trzy okna dachowe, których wszakże nie znoszę jak psa. Okien w ogóle dużo, więc dom jasny. Kominek na środku salonu, można się gonić dookoła. Siła doprowadzona do kotłowni, oczyszczalnia ścieków (tak, bo raz w roku człowiek da usunąć resztki, a gmina nie może się czepić, że szambo niepróżnione). Woda biologicznie czysta, można odwrotnie do spłuczek i podlewania ogrodu.
A nad tym wszystkim duży strych. Co za ulga, bo nie ma piwnic. Jest zasadniczo dostosowany do uzdatnienia na powierzchnię mieszkalną, ale komu by się chciało. A gratów zawsze dużo.
Do kupienia praktycznie wyłącznie dwa stoły z krzesłami i pralka. Resztę mamy, a obecna emerytka pralnicza mogłaby już nie znieść przeprowadzki, choć szkoda jędzę porzucać. I można mieszkać.

No więc po świętach zagęszczamy ruchy bioderek. I się zobaczy.
A Wy co tam kręcicie?

22 grudnia 2014

2014

Więc, Moi Drodzy Czytelnicy, obudziłam się o 6:00 - zaledwie lekko nieświeża. Zmierzyłam temperaturę... norma. To wstałam. Poleciałam do łazienki, gdyż wszystko, co nie wyszło górą i dołem, ulotniło się porami skóry. Wypeelingowałam to aromatem róży, namalowałam sobie urodę, wbiłam się w kiecusię i (nie, martuuho, nie poszłam, bo to za daleko) pojechałam do fabryki. Wizja możliwości podzielenia się wirusem ze światem była nader kusząca. Ach, te fabryczne wigilijki!

Uczciwie uprzedzałam napływających z opłatkiem kolegów o konsekwencjach zbliżenia, ale lekceważyli. No to do siebie teraz pretensje! Buchacha!!! Nawet ksiądz się napatoczył - nie będę osobie duchownej wirusa żałować. On ma zwyczaj mawiać, że się mnie boi, to teraz będzie miał podstawy. Albowiem dotąd zaledwie wyczuwał instynktownie siłę nieczystą, gdyż nie było nam dane wdać się w dyskurs światopoglądowy. Ogólnie jest to miły człowiek, pozytywnie nastawiony do świata, otwarty i uśmiechnięty. W związku z czym ja go nie wyprowadzam. A on nie zaczyna, choć przypuszczalnie załapał, że na "pochwalony" odpowiadam "dzień dobry", czyli coś jest na rzeczy.

Oglądanie domu zostało przełożone na jutro. Wobec powyższego puściłam w ruch obiad oraz przyniosłam choinkę i zaparzyłam mak. A teraz odpalę moją hałaśliwą, używana raz do roku maszynkę do mięsa. Jutrzejsze popołudnie i wieczór spędzę pod wezwaniem Matki Boskiej Cukierniczej. Ponieważ czerpię z tego przyjemność, więc i Państwu życzę.

PS Jeśli ktoś chwyci się za ten sernik, to zapraszam do podzielenia się wrażeniami.

21 grudnia 2014

2013

Sprawozdania z oglądania domu nie będzie, gdyż mam dobre serce, na okoliczność czego muszę posiadać twardą dupę. W piątek rano zelektryzował mnie telefon Justyny.
- Załatw mi urlop. Dzik od wczoraj rzyga. I przyjedź do mnie po południu.
Załatwiłam. Przygruchałam receptę na Nifuroksazyd, gdyż z doniesień wynikało, że do wymiotów dołączyła sraczka. Wykupiłam co trzeba w aptece i pojechałam. Dzik rzeczywiście rzygał i nawet uczcił w ten sposób moje przybycie, po czym zapytał:
- A kiedy Asia sobie jedzie?
I zamiast rozważać jego uprzejmość, miałam wyjść. Gdyż dziecko intuicyjnie radziło dobrze.

Wczoraj wieczorem poczułam, że strasznie jestem obżarta. Ilość spożytego pokarmu na to nie wskazywała. Pół godziny później zaczął mnie boleć żołądek.
- Zemsta? - napisałam do matki Dzika.
Ludzie! Nie pamiętam takich atrakcji jako żywo. Wiemy na pewno, że to był wirus, a wcześniej rozważałyśmy różne zatrucia. Nie, to nie były zatrucia.
Nie wymiotuję już 12 godzin, a od 9. nie mam sraczki. Właściwie trudno to sraczką nazwać - nie znajduję słowa. I ta panika: czy zdążę zmienić pozycję... Cudownie.

Słaba jestem jak szczeniaczek, organizm mam oczyszczony do cna. Domu nie pojechaliśmy oglądać, bo Prezes uznał, że to niefajne tak do kogoś pojechać i obrzygać mu chałupę. Wstałam z łóżka. Mówię Wam - fajnie jest siedzieć! Gardło mnie boli jak cholera. Myśl o zjedzeniu różnych rzeczy jest odrzucająca, ale dostała latte i nieźle wchodzi. Wybieram teraz produkty bez zaangażowania mózgu, bazując wyłącznie na instynkcie. Odrzuca - nie odrzuca.
Zjadłam ryż.
I kromkę chleba.
Wypiłam dwie szklanki coli.
Byle do wiosny.

17 grudnia 2014

2012

Tymczasem gdy tylko straciliście czujność, z Dzikiem i jego matką zamieszkały...

... Maja i Gucio
Zatem Dzik został posiadaczem ziemskim oraz farmerem w jednym. I ogólnie pełne szaleństwo.

Tym samym Czesław stracił swą pozycję najmniejszego i najmłodszego w rodzinie. Naprzeciw pięciotygodniowych pisklaków jawi się malamutem, a nawet mamutem. Czesławowi to nie przeszkadza, byle miska była pełna.

Poza tym Szef szepnął mi do uszka na stronie, że po nowym roku nadal będę pracownicą fabryki, więc radość wielka. Wyraźnie zakończyłam epizod lumpenproletariacki. Na tę okoliczność udaliśmy się na jazzowy wtorek, mimo że Prezes zaznaczył nutkę* w kalendarzu na niedzielę. Ja tam zgodna jestem, ale żeby wtorek przypadał w niedzielę, to jako żywo... nie przerabiano.
Jeden facet, co siedział koło mnie, gadał. Niesiona falą sukcesu o mało nie zdzieliłam go z liścia.
NOSPR nadal stoi i ma się znakomicie.

- Trzeba przyznać, że nie czuję się odchamiona, lecz wręcz ukulturalniona - poinformowałam Prezesa w drodze powrotnej.
- Już nie tylko BYLIŚMY, ale normalnie BYWAMY! - podsumował zgrabnie.
- Ani się człowiek obejrzy, a zostaniemy stałymi bywalcami. Jak sądzisz... czy tam można mieć swoje fotele niczym różni mistrzowie w kawiarniach? Literackich, dajmy na to?
- Sprawdzimy. Będziesz mogła przylutować jakiemuś fajansiarzowi z karnetem.
No to czekam. Nie ma jak strzelić komuś w ucho w siedzibie kultury wysokiej.

*Prezes jest fanem ikonografii. Niektóre zaznaczenia w kalendarzu nawet mnie zadziwiają.

15 grudnia 2014

2011

Przepraszam, przepraszam, wiem, że czekacie i pewnie sobie myślicie, że zobaczyłam dom, zapadłam na serce i tkwię w szale zakupów, ale nie. Po prostu dużo roboty.

Domy miały być dwa, ale jeden pan zadzwonił, że bardzo przeprasza i nie da rady w niedzielę, żebyśmy to przełożyli. Obecnie odraczać można jedynie na weekendy, bo jak Prezes kończy pracę, jest już ciemno. Oglądanie domów po ciemku jest bez sensu, więc przesuwamy o tydzień. Żeby nie tracić czasu, postaram się umówić oględziny więcej niż jednej hawiry.

Jeśli zaś chodzi o tę chałupę, w której byliśmy, to wyjątkowa sprawa. Nie tyle, że do mnie nie przemówiła (co jest podstawą), ale właściwie wszystko było na nie. No, może poza jedna rzeczą - właściciele stosunkowo niedawno zrobili remont i trzeba przyznać, że nawet z gustem (znaczy z moim), więc w miarę podobały mi się łazienka i kuchnia. Reszta do dupy.
Za daleko (co wiedziałam, ale gdyby tak przemówił... było dość tanio).
W fatalnym miejscu (marzę, żeby mnie stukot kół pociągów usypiał).
Idiotyczny rozkład (wszystko na pietrze - to po co parter?).
Obrzydliwy garaż - blaszak.
Paskudna działka.
Kretyńskie posadowienie (na końcu ślepej uliczki).
Droga dojazdowa do niczego (ledwo utwardzona, Państwo widzi te jesienne błota).

Dom odpadł zanim dojechałam - z trudem wytrzymałam do końca oględzin.

***

W ramach integracji, w sobotę popiliśmy się koszmarnie z moimi braciszkami. Prezes wymiękł i poszedł spać, a my urzędowaliśmy do drugiej w nocy, gdyż albowiem mieliśmy sobie sporo do wyjaśnienia. W niedzielę bolała mnie głowa, nie powiem. Śpiewów nie odnotowano, dzięki Bogu.
Lubię ich i cieszę się, że są.
Wskazówka na przyszłość: nie mieszać. Alkoholi nie mieszać, ma się rozumieć.

***

Za to w robocie dużo roboty, mało hajsu. Tak nieoryginalnie. Zasadniczo to środki mi się skończyły, a jeszcze nie dobrnęliśmy do świat. Po prostu zajebiście.

13 grudnia 2014

2010

No to jutro zaczynamy oglądanie domów. Mamy już umówiony jeden - trochę dziwny w układzie, ale pięknie wyremontowany, również w środku i w dodatku umeblowany (na zdjęciach wygląda, że przyzwoicie). Przy tym niedrogi, bo wystawiony za 360.000 zł. Pewnie można go kupić za 330.000, jeśli się człowiek postara. Dojazd nieco mnie martwi, ale oglądać trzeba.

Do drugiego domu nie udało mi się dodzwonić, ale będę jeszcze próbowała. Ten z kolei ma potężną działkę i Prezes, czego oznak wcześniej nie dawał, oszalał z radości na tym tle. Zapewne nie wie, jaki podatek przyjdzie od tego płacić. Plusem jest jakieś 16 km do roboty, więc praktycznie niewiele więcej niż mam teraz. Oszczędziłoby się na podatek.

A wszystko dlatego, że byłam odczytać u Justyny wodomierze i doznałam ataku koszmarnego przygnębienia na widok pustych pomieszczeń. Więc zabrałam pod pachę wazon i poszłam. W jednej sekundzie odechciało mi się tu mieszkać. Ta lokalizacja ma oczywiście swoje plusy, ale na to składało się wiele spraw. Między innymi nasza relacja. Jak mamy mieszkać osobno, to chcę rzeczywiście sama, ja tam sąsiadów (jako zjawiska) nie lubię. Z wyjątkiem Justyny, co potwierdza regułę.

Zuzia zrobiła pranie, poszła wywiesić i znalazła kieckę. Uznała, że jest niezła. Skoro mówi tak dwudziestolatka, to znaczy, że odzież wyrąbuje w kosmos. Albowiem Zuzanna jest bardzo krytyczna i gdy coś jej się nie podoba, to stara się wybrnąć, mówiąc: ja bym tego nie założyła, ale na tobie może być. Z czego od razu wnoszę, że chłam.
Trzeba słuchać dzieci, gdyż jest oczywiste, że my już nie nadążamy. Jak dziecko mówi, żeby coś wywalić, to wywalać bez chwili namysłu. Szczególnie jeśli tym dzieckiem jest osobista córka, którą się samemu wyprodukowało. Taka nie ma złej woli.

Ostatnio ważony Czesław osiągnął masę 2850 g i został obwołany największym kotem w miocie. Pani hodowlana bardzo się przeraziła, sugerując, by drania odchudzać. Wyśmiałam ją. Spróbowałaby nie wydać Cześku posiłku.
Z ciekawostek: Cześku dzisiaj marudziło przy obcinaniu pazurów. Chyba zacznę to robić częściej, żeby nie myślał, że mu się uda. Choć... gdy Czesiek marudził, to Edek, żeby robić wszystko na odwrót, dał się wystrzyc pazurowo bez słowa.
Edward jest nadal obrażony. Tzn. śpi ze mną, ale się nie odzywa. I udaje głuchego jak pień. A wiem, że słyszy, bo oczywiście robi, co do niego mówię, tylko że niby tak właśnie chciał. Miał w planach. I ja nie mam nic z tym wspólnego.
Nieustannie muszę drania zmuszać do miłości - jakie ja mam ciężkie życie.

12 grudnia 2014

2009

Kierowana niskimi pobudkami zrujnowałam się na kieckę. Niskie pobudki są takie, że mamy wigilię zakładową. W pierwszym odruchu chciałam wziąć urlop, jak to uczciwie czyniłam przez lata, ale mnie tknęło, że w końcu pierwszy rok w fabryce, a i na bal nie poszłam, gdyż gardzę taką rozrywką, więc mogą sobie pomyśleć, że gardzę nimi. No więc nie wszystkimi, choć mam kilka typów. Po prostu jest tak, że nie lubię tych sztuczności, tego obcałowywania ludzi, których nie mam ochoty nawet kijem i to z większej odległości, tego fałszu i innych atrakcji. Co mogę, jak nie lubię i już.

W związku z powyższym do głosu dorwały się tanie emocje i nikt mi tu nie będzie. Wbiję się w kiecę i kulturalnie spóźnię o minut trzy. Taki jest chitry plan. Obuwie posiadam. A kiecka wygląda tak:


Zdjęcie należy do firmy Ines atelier i nie przedstawia mnie, choć żałuję (oprócz butów, bo są beznadziejne i od czapy).

No więc przygalopowała błyskawicznie i leży idealnie, więc gdyby któraś miała potrzebę, to śmiało proszę kierować się wymiarami (a nie rozmiarami), podanymi w aukcjach, przy czym należy pamiętać, że są to rozmiary nosiciela, a nie sukienki. Leży znakomicie i rzeczywiście ma taki niesłychanie wyszczuplający krój, czym chwali się sklep. Po prostu dobrze się w niej wygląda, nawet w moim gabarycie. A pod tą lekką i falującą górą jest dopasowana, ciut elastyczna podszewka, która utrzymuje całość człowieka, żeby się przesadnie nie wyłaniał. Pomysł przedni.

Obuwie mam białe z granatowymi paseczkami na kokardce i wykończeniu trzynastocentymetrowej szpilki. Kto mi zabroni. Z biżuterii wyłącznie bransoletka i kolczyki, ale do tej bransoletki wzdycha cała żeńska część fabryki. Męska nie wzdycha, bo pewnie zajęta jest przeliczaniem na prawe środki płatnicze. Nie było tak źle, ale im nie mówię.

Już kiedyś mierzyłam sukienkę tej firmy - było to jakieś 20 kg temu. Koleżanka z poprzedniej pracy sobie kupiła i ściągnęła na adres służbowy, więc nie omieszkałam się wbić. Pamiętam jakieś dogorywające na podłodze zwłoki, kiedy przemaszerowałam korytarzem do gabinetu dyrektorki w celach okazywawczych (dyrekcja zapodała jakiś zazdrośnie jadowity komentarz, co tylko potwierdza opinię, ale nie wzięłam sobie do serca formy, a z dyrekcją pozostaję w ciepłych stosunkach do dziś, choć obie już tam nie pracujemy - za to regularnie ładujemy kofeinę na zewnątrz). Z czystym sumieniem mogę więc powiedzieć, że idealnie leżą przynajmniej dwa modele kiecek tej firmy. A podejrzewam, że wszystkie. Czyli polecam i rekomenduję. Są bardzo dobre jakościowo i warto za nie zapłacić, bo prawdopodobnie posłużą i się nie zdefasonują. Wiem, że można tam kupić również suknie wieczorowe i ślubne - w BARDZO rozsądnych cenach. Bo nikt mi nie powie, że dwie stówy za wieczorową suknię to jest dużo. Nie jest.

Podsumowując: popłynęłam. Taki plasterek na serce z dziurką.


Update

Ta druga kiecka, którą mierzyłam kilka lat temu, wyglądała mniej więcej tak (właścicielem zdjęcia jest, jak wyżej, firma Ines atelier):


2008

Dzik i jego matka wyprowadzają się dzisiaj. Mam doła.

Oczywiście cieszę się, że będą mieli śliczny, mały domek, ogródek, blisko do przedszkola, miejsce, żeby się ruszyć i przyjąć gości oraz tysiąc innych fajnych rzeczy. Ale przeżyłyśmy z Justyną kawał życia razem, dzieliłyśmy tyle ważnych, intymnych spraw, miałyśmy pewność, że ta druga jest nieomal za ścianą i można do niej o każdej porze dnia czy nocy... będzie mi tego CHOLERNIE brakowało. Straciłam resztki sentymentu do tego  mieszkania.

Tyle wspólnie spędzonych godzin, tyle pomocy, udzielanej sobie nawzajem, wsparcia w trudnych chwilach, tyle śmiechu i wycierania jedna drugiej nosa chusteczką, powierzania tajemnic... z nikim tak nie miałam przez lat czterdzieści z hakiem. Jej samotna ciąża, wspólne rodzenie Dzika, mój brak pracy i kłopoty rodzinne, imprezy, hektolitry wina i tiry fajek, faceci, choroby, drobne i większe radości, ta nienamacalna więź, która pozwalała się przytulić i wygulgać przez nos: "ty tam już wiesz co", "gdyby nie ty..." - to wszystko połączyło nasze życia w szczególny sposób.
Do dziś, metodą Scarlett, spychałam świadomość zmiany do bliżej nieokreślonego jutra.

No i beczę.

11 grudnia 2014

2007

Kupiłam na Allegro podróbę. Zdarza się, choć mnie po raz pierwszy. Złożyłam reklamację i sprzedający rozpatrzył ją pozytywnie, czym tylko potwierdził moje obserwacje, dotyczące braku oryginalności sprzedawanej rzeczy. Oczekiwałam (po odesłaniu spornego przedmiotu) zwrotu jego wartości oraz kosztów przesyłki w obie strony i otrzymałam na to zgodę.

Tymczasem w chwili, gdy przesyłka została już nadana, czyli przestałam mieć wpływ na bieg sprawy, sprzedający zmienił zdanie i odmówił pokrycia kosztów przesyłki zwrotnej. Niby nie jest to duża kwota (13,30 zł), ale - do cholery - moja! I to mnie zdenerwowało. Pomijam już fakt, że to kawał chama i były chwile, gdy naprawdę zaciskałam zęby, żeby nie napisać o słowo za dużo.

Na Allegro można toczyć spory w systemie, więc skorzystałam z tej opcji. Sprzedający swoje. No to wysłałam mail bezpośrednio do Allegro z prośbą o zawieszenie mu konta. I czekam na odpowiedź. Szlag mnie trafia, bo nie otrzymałam żadnego potwierdzenia wysłania maila do Allegro i nie mam pewności, że to się udało. Pomijam litościwie fakt, że okienko do wpisywania wiadomości jest dwulinijkowe. I wpisz tam coś.

Zła jestem.

Na osłodę koty. Zwróćcie uwagę, jaki Czesiek jest duży! Naprawdę nie przesadzam z tym rozrostem we wszystkie strony.


10 grudnia 2014

2006

Mam w pracy koleżankę, którą uwielbiam. Jest wieku przedemerytalnym, Ślązaczka z dziada pradziada, z ogromnym dystansem do siebie, a poczucie humoru ma takie, że po jej opowieściach (gwarą) robimy w gacie. No i dziś doprowadziła mnie do takiego stanu, że o mało się nie udusiłam.

Opowiadała, jak zaraz po szkole musiała coś tam kupić, czasy były kryzysowe, jeden sklep specjalistyczny - w Katowicach. Ona mieszkała wtedy w Siemianowicach Śląskich. Pojechała i już w podróży DO poczuła, że ją w brzuchu kręci. Twarda - postanowiła wytrzymać. Zrobiła zakupy, spakowała i dawaj na tramwaj, bo ją w brzuchu kręciło coraz bardziej. W drodze na przystanek pomyślała, że nie wytrzyma, więc postanowiła wejść na dworzec do toalety publicznej. Ale kiedy miała tam skręcić, zauważyła, że do przystanku zbliża się jej tramwaj. Ze środkami komunikacji, jak ze wszystkim w tych czasach, było kiepsko, więc zacisnęła pośladki i wskoczyła do tramwaju.
- Dziołcha! Ty sie wyobraź ta scena. Ja stoja w ty banie, dupa zaciskom, w środku mi kręci, poty na czole. Aż mi słabo. Ale jada twardo. Myśla sie: szczimom.

Dojechała do Siemianowic, a było już naprawdę źle, więc zamiast najkrótszą drogą do domu, poleciała przez ogródki działkowe z myślą, że może nikogo nie będzie i przykucnie gdzieś pod krzaczkiem. Drobiła, drobiła, tyłek zaciskała. Znalazła miejsce. Już miała gacie ściągnąć, a tu jakiś chłop idzie. Nie będzie kucała przy chłopie! Pot z czoła otarła i gazem do domu.
Wpada, leci na drugie, wali do drzwi. W domu babcia - staruszka. Zanim się pozbierała i doczłapała do przedpokoju, moja koleżanka o mało nie pękła. Gdy tylko usłyszała trzaśnięcie zamka, łapnęła za klamkę, pchneła gwałtownie dzrwi, przewróciła babcię, chwyciła klucz ze ściany i biegiem na półpiętro, bo mieszkali w familokach i mieli kible na zewnątrz. Dopadła ostatkiem sił, schyliła się, żeby włożyć klucz do zamka...
... i się zesrała.

Co tu robić? Weszła do ubikacji, ściągnęła z siebie rajstopy, majtki, zwinęła w kulkę - takie było ciśnienie, że nawet po spódnicy poszło. Ściągnęła więc wszystko i czeka pod drzwiami, żeby czasem sąsiad nie szedł i jej nie zobaczył. Wyczaiła moment i biegiem do domu. Wpada, a tam babcia już się pozbierała z podłogi, stoi w przedpokoju przerażona i krzyczy:
- Dziecko! Co się stało?!!!
Na to ona w bek:
- Babciu, ja się posrałam w gacie...
Nastał moment absolutnej ciszy, a potem babcia ryknęła śmiechem. Śmiała się tak, że się zataczała, trzymała za brzuch i musiała usiąść na podłodze. A tam dalej się śmiała i śmiała, tak się śmiała...
... że się posikała.

Chwilę później do domu wróciła mama i zastała w przedpokoju siedzącą na podłodze i ryczącą posikaną babcię oraz moją koleżankę, niekompletnie odzianą, ze śladami kupy. Również słaniającą się ze śmiechu. Oraz potężny smród.
- Co się tutaj dzieje?! - krzyknęła, bo się przestraszyła.
Na co babcia spoważniała w ułamku sekundy, pozbierała się z podłogi, strzepnęła spódnicę i odrzekła z dumą:
- Nie bydymy sie robić gańba!
I poszła do siebie.


I pal tu, człowieku, spokojnie.

2005

Fabryka gorze, a tymczasem w domu...


Zofia, jak widać, gardzi. Nie będzie się z plebsem!

9 grudnia 2014

2004

I się porobiło.

Szef był bardzo niezadowolony, że ten wykład na dziś ustawiłam. Bardzo. Do tego stopnia, że do wstającego prelegenta rzucił:
- Ma pan 10 minut.
Chłopak - niezrażony - uśmiechnął się, odparł:
- Dziękuję bardzo* - i rozwalił wszystkich.
Sympatyczny skądinąd, całkowicie pozbawiony przemądrzalstwa, w krótkich słowach zrelacjonował, co było do okazania. I wbił wszystkich w krzesełeczka, a najbardziej Szefa. Mnie mniej, bo wiedziałam, o co się tutaj rozchodzi. Z prawdziwą satysfakcją obserwowałam to ogólnonarodowe poruszenie. Jakby im kto pokazał wielkiego cukierasa. A nawet dał liznąć.

No i mamy problem. Bo Szef chce.
- Załatw to - wyrósł przede mną jak spod ziemi.
- Nie ma sprawy - odpowiedziałam z uśmiechem od ucha do ucha. - Jest kasa, jest produkt.
- Targuj się z nim!
- Pan nie pamięta, ale ja ten temat wywołałam już przeszło pół roku temu. On nie może nam obniżyć ceny bardziej niż o 10%. I chętnie to da, ale nie więcej. Po prostu nie może. A też mu zależy, bo ma w Polsce góra dziesięciu klientów.
- Sponsor! Potrzebny nam sponsor! Znajdź sponsora!
- Jaaaa?! - Zdziwiłam się z wrodzoną uprzejmością.
Gdybym potrafiła znaleźć sponsora na taką kasę, to bym go do osobistego serca przytuliła, a fabryka niech się sama martwi.

No i potrzebuję teraz dużo pieniędzy. Tak około worka. No, dobra - przesadzam. Ale kupka byłaby jak znalazł. Ktoś coś?


* Cwany.

2003

Prezes zastał mnie wczoraj nasmarowaną olejem kokosowym, w rękawiczkach foliowych i skórzanych, żeby mi ręce nie stygły. Musiałam to wszystko ściągnąć, bo mi pad w komputerze nie reaguje. Myjąc ręce pomyślałam głośno:
- Może ja sobie tak posmaruję na noc? Foliówki już mam...
- Taka perwersyjka - podrzucił, patrząc na mnie z ukosa. - Będziesz mnie miziać skórzaną rękawiczką po włosach. A potem zaśniesz, zaczniesz gadać do siebie i śmiać się demonicznie.
- Wiem, że się śmieję, ale gadam?
- Gadasz.
- A co?
- Cholera wie co. Bełkoczesz, a potem wybuchasz śmiechem. A ja mam lęki. Tiki mam.

Mnie wkurza, że on chrapie. Pospolity taki.

8 grudnia 2014

2002

Zima idzie, nie ma rady na to, więc wyciągłam z końca lodówki olej kokosowy. On był kupiony na włosy, się do rąk wysmaruje. Pojawił się, owszem, pewien maleńki problem w postaci braku rękawiczki foliowej, ale na szczęście przypomniałam sobie, że mam zmagazynowaną farbę do włosów, gdyż była w promocji, a tam przypuszczalnie. I były.
To teraz nie wiem czy gołąbki wiązać, czy ręce. Te drugie bardziej kuszące.

Jużem myślała, że dzień udany, czyli minął bez wstrząsów, a tu na spotkanku wieńczącym Szef nagle wyciągnął jakieś pismo, odczytał i się zadumał. Nie zwracałam na zbyt wielkiej uwagi, gdyż tematycznie rzecz mnie nie dotyczyła, a tu...
- Sprawdź mi to.
Poszło nieco w eter i taka niepokojąca cisza zapadła, więc spytałam głupio:
- Ja?
- Ty.
- Aha... - zawiesiłam głos, nie mając zielonego pojęcia, dlaczego karabin wymierzono prosto w mą pierś obfitą. Cisza się przedłużała i kolega, który jakby na oko powinien się takimi rzeczami zajmować, przyszedł z pomocą, wyłuszczając temat. Myślicie może, że Szef się opamiętał i zmienił decyzję? Phi!
No, cóż... Będę bogatsza o wiedzę z dziedziny zupełnie terra incognita oraz, z mojego punktu widzenia, zbędnej.

Jutro przyjedzie pan i zrobi nam wykład, czyli wyłoży. Interesująca sytuacja się wytworzyła, bo Szef o tym zapomniał i gdy przypomniałam, doznał ataku focha, że on nie chce. Rzucił więc w przestrzeń pytanie czy ktoś chce, oczekując nabrzmiałego niechęcią milczenia, a tu... wszyscy chcą. Więc się na mnie obraził, bo przecież ja takie atrakcje organizuję.
- To jest idiotyczny moment - naburmuszał się w moją stronę na korytarzu.
Przypomniałam mu, że ja jedynie wybieram temat i organizuję, ale termin wyznacza zupełnie ktoś inny. Przyznam, że próbowałam mu też wytłumaczyć, dlaczego wszyscy chcemy, a on najbardziej, ale miał akurat fazę na całkowitą impregnację. W dodatku nie mógł mnie opieprzyć, że to jutro. Fatalna sytuacja. Dobrze, że wypadło po wypłacie, to premię dostałam. Mogło być po premii. A tam wolę OPR.

No, idę do tych garów, idę.
Już byście w moją stronę nie prychali.
Co za naród!

2001

W moim fabrycznym kabineciku jest... rześko. Szczególnie w poniedziałki. Kto mnie trochę zna, ten wie, że ja za rześkością nie przepadam. Palenie wymaga ode mnie obecnie wiele samozaparcia. Idę tam (bo nieugięta jestem), stoję i się trzęsę. Najlepiej pali się z Jasiem, bo on jest dżentelmenem i nie może patrzeć na te drgawki. Wobec zaistniałych okoliczności zrywa z siebie odzienie wierzchnie, opatula mnie, a następnie z wymalowaną na twarzy pewnością siebie świerknie w T-shircie. Pewność siebie dotyczy stwierdzenia, że jemu nie jest zimno. W T-shircie. Na zewnątrz. W grudniu.
- Jasiu, proszę cię, będziesz chory.
- Nie będę. Mnie nie jest zimno. I nie mogę patrzeć, jak trzepoczesz.
Więc się skupiam, żeby nie trzepotać w tej jego bluzie, bo ja z kolei mam syndrom trzęsawki na zmianę temperatury. I stwierdzam, że bardziej się trzęsę niż faktycznie odczuwam. Ale Jasiu nie wytłumaczysz, gdyż on jest opiekuńczym.
- Miły chłopiec z tego Jasia - stwierdza w drodze powrotnej koleżanka.
- Ano miły.
- Opiekuńczy taki...
- Coś sugerujesz?
- A skąd!
I zajmuje się oglądaniem, czy jej lakier z paznokci nie złazi. Jakie to podłe wszystko, no nie ogarniesz.

***

Prezes czyta Hugo-Badera i się wyzłośliwia. To taka podpowiedź dla martuuhy.

***

Nie wiem czy u Was też, ale u mnie jest poniedziałek i strasznie mi się nie chce. Właściwie to mi się chce, tylko wybiórczo. Mianowicie zmienić pozycję z wertykalnej na horyzontalną, owinąć kołderką i zrezygnować na dwie godzinki z chłonięcia różnych wrażeń. Jeśli można projektować w szerszej perspektywie, to następnie otrzymać herbatkę oraz książkę.
Pomarzyć dobra rzecz.
W ramach świętego oburzenia, że świat nie wychodzi naprzeciw moim potrzebom, ukręcę dziś gołąbki z kaszą i grzybami. Będzie dramatycznie - bo tu chęć leniuchowania z jednej, a dłubanina z drugiej strony. Można się obrazić na cały świat. W grudniu bardzo praktyczne.

Czy ktoś już widział wiosnę?

7 grudnia 2014

2000

Święta się zbliżają, więc nadeszła pora na sernik po wiedeńsku. O ile sobie przypominam, on w końcu nie zaistniał, a jest wart wzięcia pod uwagę. Mnóstwo osób mówi, że sernik nigdy im nie wychodzi, bo się - dajmy na to - zapada, więc sprzedam Wam sposób, jak temu przeciwdziałać. Najistotniejsze w całych przygotowaniach do pieczenia tego pysznego, wyjątkowego ciasta jest to, żeby gnojka lekceważyć! Przez lata się napinałam jak cholera, chuchałam, dmuchałam, do serca przytulałam - zawsze dziura. Pewnego dnia coś we mnie pękło i zaczęłam olewać temat. Przepycham produkty z poczucie wyższości, piekarnik nogą zamykam, nie wpatruję się czy rośnie. Od tego czasu - jak malowany. Zostałam główną specjalistką do spraw sernika i to nie tylko w rodzinie.

Więc tak - proponuję, jak zwykle, zacząć od wina. Tym razem całe będzie dla Was, bo idzie tylko "pod" ciasto. Rąbnijcie sobie kielonek ZANIM zabierzecie się do czegokolwiek, włączając wyjęcie produktów z lodówki. To stwarza dystans.

I teraz wyjmujecie z lodówki i szafek uprzednio kupione:
- 10 jaj,
- kostkę masła,
- 1 kg sera (byle nie homogenizowany, polecam taki z kubełków, nie trzeba go zemleć, czyli lekceważenie),
- cukier (tu nie ma właściwej ilości, spróbujcie ciasta, żeby poziom słodyczy Wam odpowiadał),
- cukier wanilinowy (1 torebka),
- 1 opakowanie tzw. keksówki (opcjonalnie, jeśli ktoś lubi, bo można dodać rodzynki solo lub skórkę pomarańczową solo albo też i nic - byle z wyrazem twarzy pełnym wyższości),
- 1 łyżeczkę proszku do pieczenia,
- ok. 3 - 4 łyżek mąki (tak, zwykłej - czy jakiej tam chcecie, bo macie to olewać),
- szczyptę soli,
- formę (zaraz się wypowiem na ten temat),
- papier do pieczenia.

Człowiek się męczy wyjmując, więc leci kolejne winko. Można włączyć piekarnik na 180 stopni, bo sernik wchodzi do ciepłego. Przygotowania nie zajmują więcej niż kwadrans - trzeba piekarniku dać szansę.

Pamiętajcie o jednej, bardzo istotnej sprawie: pieczenie nie znosi skąpstwa. Margaryną to można schody wysmarować, żeby się nielubiany sąsiad wypierdolił, ale na pewno nie dodawać do ciasta, bo to czuć. Pod uczciwym sernikiem nie ma ciasta, a w środku nie ma żadnych margaryn. Fuj. Zresztą na wierzchu nie ma też żadnej czekolady. Phi! Natomiast forma... Oczywiście są szkoły, które mówią, żeby sernik piec w tortówce. Wiecie, gdzie ja to mam? Mogę określić co do centymetra. Biorę uczciwą, dużą, prostokątną formę, bo się łatwiej potem operuje nożem. I żadnego wąwozu nie odnotowuję.

I teraz tak: dwa duże gary. Jeden na białka, które muszą mieć miejsce, bo w trakcie ubijania rosną. Drugi na całe ciasto, żeby się nie wylewało. Duży. Białka na prawo, żółtka na lewo. Do białek sól, robot w garść i jedziecie. Piana ma być sztywna. Teoretycznie sztywność właściwą poznaje się po tym, że można gar obrócić do góry dnem i nie wyleci, ale jeśli się ma wprawę, to obracać i nie trzeba. Gdy białka są już ubite, do żółtek wsypujemy cukier normalny i wanilinowy, a potem wrzucamy masło. I na w miarę gładką masę. Później ser i mieszamy robotem, bo po to go kupujemy. Posiadanie bezużytecznego robota kuchennego jest bez sensu. Mieszanie ręczne znamionuje troskę - unikamy.

Nie zapominajcie pociągnąć z kieliszka.

No to jeszcze mąka - ona jest potrzebna, żeby ciasto się nie rozlatywało, proszek do pieczenia, bakalie (nieobowiązkowo, ale ja lubię - nie wiem, jak domownicy, lecz ich olewam, w czym pomaga mi wino). Robota można odstawić, bo ubite białka są już na takie mieszanie za delikatne. Więc teraz dodajemy te białka i mieszamy sobie łyżką. Chodzi o to, żeby beza z sernika miejscami nie wyłaziła. Pomieszane? To łyk winka i wyścielamy formę papierem, wylewamy ciasto, wkładamy do piekarnika i sprawdzamy, co tam na fejsie.

Nie wiem, ile piecze się sernik, bo za każdym razem przypominam sobie o sprawdzeniu tego, gdy wyłączam ciepło. Trzeba po prostu pilnować, żeby się nie przypalił. Kiedy jest rumiany i wyrośnięty, wyłączamy grzanie i zostawiamy go na pół godziny w zamkniętym piekarniku. A potem uchylamy trochę i idziemy spać (zawsze piekę wieczorami lub w nocy - lubię, bo nikt do mnie nie gada).
Rano wyjmujemy formę, zamykamy folią i wystawiamy gotowe ciasto na parapet albo balkon - sernik lubi zimno. Zaufajcie mi, powinnam mieć już z tego doktorat honoris causa.

Podczas Wigilii możecie się już zająć wyłącznie laniem rózgą po łapach, żeby nie zeżarli całego kilograma od strzału, bo komu by się chciało piec na Boże Narodzenie. Ma starczyć - bydło nienasycone!

PS Lekceważenie doskonale się sprawdza również przy drożdżowym. Kiedyś, gdy wyprowadziłam się z domu, gdzie w kuchni była połówka pieca grzewczego, na którym ciasta rosły IDEALNIE, do mieszkania w bloku z kaloryferami, dostawałam ataków histerii, że mi drożdże nie buzują. Obecnie OLEWAM. Rośnie jak opętane. Aha! W przepisach na drożdżowe stoi, żeby dodawać produkty ogrzane i w odpowiedniej kolejności. BUCHACHA!!!

5 grudnia 2014

1999

No żem siem nadłubała.

Robię te kartki, robię. Tłukę.
Naklejam, odklejam, przyklejam, rozdzielam, składam, przekładam.
Potrzebę odczuwam. Potrzebę posiąścia pisaka w kolorze białym albo srebrnym, dajmy na to.
Będę nim mazać.
Albo i też pisać, jeśli to będzie pisak.

W ramach odpoczynku od tłuczenia czytam sobie wpisy na robótkowym fejsiku, śmieję się od ucha do ucha i nos wycieram czasami. Najczęściej zadawane pytanie brzmi: "kto jeszcze nieobdarowany?!". Ach, jest pięknie, tak dbać o najmniejszego, niepopularnego, szarego, gdzieś w tłumie. Od razu myślę sobie, że ludzie to dobrzy są z natury i wcale nie dają się tak popsuć do imentu.

A jeśli ktoś jeszcze nie spakował swojej niegowskiej paczki, to - podpowiadam - niech dokupi (albo dorobi) jedną kartkę dla Dyrekcji i Opiekunów. Oni się na pewno ogrzewają przy tej atomowej eksplozji życzeń dla dzieciaków, ale też im będzie pewnie miło, że i o nich pomyślano.

CO NIE?!

1998

Nie wiem, jak Wy, ale ja szalenie lubię, gdy Szef rzuci we mnie słowem żwawszem.

Na przykład idę sobie do niego i roztaczam wizję, do ilu to osób musimy wystąpić o zgodę na opublikowanie jakiegoś materiału. Najczęściej są to osoby międzynarodowe, czyli nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Szef słucha z uwagą, po czem rzuca:
- Pierdol to.
I już. Ze dwie dniówki gównianej roboty rzecz mi oszczędza. W zamian redaguję podręcznik specjalistyczny. Jakże cudownie się bawię, UHAHA!
Pffff...

Ale co tam. Dziś piątek, piąteczek, piatunio. Wezne se coś do domu, nie będę tak głupio, bezczynnie siedziała, gdy podręcznik kipi. Jeszcze bym się w szwach rozlazła.

2 grudnia 2014

1997

To teraz, kiedy wszyscy już się przewalili wielkim pędem, wchodzę ja. HA! Alem sprytna i przebiegła! Odczekałam, pomilczałam, w niepewności potrzymałam, dałam szansę pomyśleć, że się wypięłam albo i też zobojętniałam, tudzież uprawiam mamtowdupizm.
A właśnie, że nie!!!
Chitra chciałam być. I jestem.
Idę do rzeczy.

Kochani! Jak co roku o tej porze jest Robótka do zrobienia!


Zwieramy szyki, wyciągamy zaskórniaki, wydajemy je, bo zaskórniaki są jak zaskórniki - nie wypada hodować. Każdy wydaje, ile może. Jeśli stać Was na drobiazgi dla dzieciaków z Niegowa, to pakujcie je ozdobnie. Jeśli krucho - kupcie choć kartki i wyślijcie hurtem. Albo jeszcze lepiej - zróbcie! Dzieciaki-Niegowiaki uwielbiają takie kartki, które ktoś wyciął troszkę krzywo i sam, tymy ręcamy, pokolorował oraz dołączył życzenia. Pamiętajcie, żeby życzyć, bo oni tam czekają na ciepłe słowa i życzliwe myśli. A ma im kto przeczytać.

Mianowicie, widzicie, w dzisiejszej dobie nie życzyć Dzieciakom-Niegowiakom na święta to jest prawdziwa sromota, żeby nie powiedzieć grubiaństwo. Tedy łapta za ołówki, ślińta i ślijta.

Wszelkie szczegóły oferuje Państwu Specjalna Strona Robótkowa, w tym roku świeża i nowa, fejsbuczek ze swym iwentem oraz tfurce, czyli Kaczucha i Bebe (obecnie w pakiecie, cium, cium, cium) z szalonym fermentem. Brać, wybierać, nie narzekać, nie marudzić, nie przegapić, żeby potem w maju głupio nie było, bo ja wszystkich odpytam i poślę do oślej.
Tom się nagadała.
NO!
Do roboty. To znaczy... DO ROBÓTKI!!!

1 grudnia 2014

1996

Dla tych, co gardzo fejsbuniem, mam tu Czesia okładkowego. Proszę uprzejmie, włala. Czesław mówi Wam gutmornink.


30 listopada 2014

1995

Kolejny raz podjęłam uporczywą i, mam nadzieję, nieskazaną na porażkę walkę z bezą. Beza jest moją piętą achillesową. Złośliwie i uporczywie nie chce mi wyjść. Zawsze, ale to ZAWSZE, w środku ma ciągutka. Świnia. A mnie się, rozumiecie, marzy Pavlova. Zeżreć taka Pavlovą nim nadejdzie diety świt, który jest nieubłagany, albowiem po nocy zawsze przychodzi dzień. Tymczasem beza stawia bierny opór mym staraniom. Wredna, podła, na pasku kłamstw mnie wiodła.

Zaparłam się. Nie będzie mi tu beza. Upiekę. Będę piekła tak długo, aż wyjdzie, choćbym miała wyczyścić rynek jajczarski w promieniu 50. km. Poszukuję obecnie źródła jajek bezżółtkowych. Ile można, panie, majonezu ukręcić czy innego kogla-mogla. Zwłaszcza że surowe żółtko mię brzydzi niepomiernie. Co można jeszcze z samych żółtków?

Jaka ona teraz piękna, ta beza. Taka kształtna, obła, lekuchno przyrumieniona. Jeśli znajdę ciągnące się wnętrze, to ja zadźgam szpikulcem, nie zważając na zalotny loczek na czubku. Gorzej, że się cholerstwa sprawdzić nie da nim człowiek śmietanę ubije i owocami obłoży. A potem przykry zaskok i rozczarowanie. Miast westchnień - chujowa pani domu. Taka beza to mi psuje opinię. A sąsiad przed chwilą powiedział, że sernik wymiatał i on chce na tę Pavlovą. Pffff...

***

Tak na marginesie - miałam chitry plan, żeby połączyć dwutysięczną notkę z czterystutysięcznymi odwiedzinami. Kto, pytam się grzecznie, kto mi tu nawłaził i zepsuł?!
Z oka nie mogę Was spuścić nawet na moment.

1994

W piątek Prezes jechał z pracy do domu i kierownica mu się skrzywiła. W wyniku tej klęski dotarł ździebko później. I nie całkiem sam.


Dziękuję, orgia ma się znakomicie.
Czasopismo na samym dole nosi tytuł "Wiadomości ASP". Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego to czytamy. Nie, żadne z nas nie otarło się nawet o Akademię. Ale gazeta ciekawa i zaskakująco tania.
Tolkien jest jakimś starym wydaniem, które zaplątało się w magazynach. Nie ma to jak dokupić brakującą książkę za dychę. Pomijając fakt, że starsze wydania uważam za bardziej wartościowe - kto nie rozumie, czyta poprzednią notkę.
Miłej niedzieli. Korzystajcie nim dopadnie Was trud i znój.

29 listopada 2014

1993

Zastanawiam się często - wiadomo, taki zawód - nad językiem, którego używają osoby piszące książki. Pomijam oczywiście kwestię ewidentnych błędów, jakie jestem w stanie wybaczyć autorowi, ale korekcji i redakcji nigdy, choć z drugiej strony rodzi się we mnie obawa, że autor, który wydał ze dwie, trzy książki, a wydawnictwo na tym zarobiło, zaczyna czuć się tak ważny, że przestaje słuchać redaktora, w miejsce czego informuje, że jeszcze słowo, a zabierze swoje zabawki i wyniesie się do innej piaskownicy. Tak powstaje, jak przypuszczam, większość kulfonów wydawniczych na naszym rynku książkowym. Trudno mi bowiem uwierzyć, choć oczywiście i w tym zawodzie - jak w każdym - zdarzają się fachowcy i zwyczajne palanty, że w miarę doświadczony redaktor czy korektor nie dostrzega ewidentnych błędów, o które potykam się co krok. To jest naprawdę żmudna robota, godziny dziubdziania, ślęczenia nad słownikami i sprawdzania, co na to poradnia językowa. (O błogosławiona elektryfikacjo miast i wsi, która dałaś nam dostęp do profesorów-językoznawców niemal 24 h na dobę). Nawet wyjątkowy kmiot się w końcu ostuka. Przynajmniej trochę.

Właściwie więc nie chodzi mi o te ewidentne błędy czy niezgrabności w, dajmy na to, prowadzeniu dialogów - najsłabszej części wytworów beletrystycznych. Chodzi mi raczej o postrzeganie języka jako tworzywa, które pozwala na uwiarygodnienie opisywanych historii.
Bo książki muszą być spójne. Nie chodzi tylko o zwracanie uwagi na strój bohatera w odniesieniu do pory roku czy doby, nie tylko o jakąś spójność miejsca i czasu. Problem w tym, że większość piszących najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że język jest zwierciadłem rzeczywistości i musi być adekwatny do tego, o czym autor chce opowiedzieć. Będzie przykład, by wyjść poza bełkotliwą teorię.

Ku zdziwieniu Oisaja, już lata temu zabrałam się za czytanie Ziemiańskiego, który w odbiorze Janka jest skrajnym szowinistą, więc czytanie takich książek przeze mnie wydaje mu się nieco dziwne. To ja się wytłumaczę. Otóż czytam z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że nie wypowiadam żadnych sądów na tematy, na których się nie znam, więc by móc porozmawiać o antyfeminizmie Ziemiańskiego, czuję potrzebę zapoznania się z jego działalnością. Mam tak ze wszystkim. Jeśli nic nie wiem lub mało wiem o jakieś sprawie, to milczę. Zwyczajnie - cóż mogę mieć do powiedzenia.
Natomiast po drugie... Czytam, bo to wcale nie są złe książki. "Achaja" i jej kontynuacja w postaci "Pomnika cesarzowej Achai" (właśnie wyszedł tom IV tej drugiej części) są dziełem dość monumentalnym. Tomy miewają po 600 i więcej stron, a ukazało się już siedem. Ziemiański naprawdę potrafi radzić sobie z akcją, prowadzić niezależne wątki tak, by gdzieś w końcu spleść je w węzeł wspólnych wydarzeń, czasem dość zaskakująco zresztą, co mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, bo uważam się za człowieka w miarę przyzwoicie oczytanego, więc większość rozwiązań przychodzi mi do głowy zanim autor tam dobrnie i potem jest przykro*. Powielanie schematów jest słabe, powiadam Wam. Dlatego właśnie nie potrafię pojąć fenomenu Harlequinów w literaturze i komedii romantycznych w kinie.

Tak, owszem, Jasiek ma stuprocentową rację w sprawie szowinizmu. Wszystkie achajowe książki napisane są z punktu widzenia kobiety, o którym autor nie ma zielonego pojęcia i to aż do bólu (co jest dość dziwne), więc zdarzają się chwile, że wysychają mi ślinianki. Bywa tak głupio, że głupiej być nie może. Reakcje bohaterek są żałośnie stereotypowe i poddają mi przypuszczenie, że Ziemiański w domu zwykł wołać do żony:
- Zośka, jeszcze ze stołu niesprzątnięte? Bo nie dam na podpaski!
Po czym walić przebiegającą ze szmatą Zośkę w tyłek, obleśnie rechocząc. Najchętniej, gdy akurat zaprosił kolegów na mecz i wagon piwa.
Ani śladu granic prawdopodobieństwa, jak w danym momencie mogłaby zachować się kobieta. A już erotyka tych powieści po prostu woła o pomstę do nieba. Spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Jednak tym, co zadziwia mnie najbardziej, jest język. Zarówno sam autor, jak i kolektyw wydawniczy zdają się nie mieć zupełnie pojęcia o pewnej fundamentalnej sprawie. Otóż język w swej konstrukcji, jak wspomniałam powyżej, jest zwierciadłem rzeczywistości. Odbija ją po prostu i to w sposób dosłowny. To dlatego właśnie mówi się coraz głośniej o tym, że język polski jest patriarchalny - on dokładnie pokazuje codzienność naszego kraju. Żeńskie końcówki, które coraz intensywniej dorywają się do głosu, są celem licznych ataków i niesmacznych żartów. A to tylko pokazuje, że nasz świat się zmienia: za sterami samolotów zasiadają nie tylko piloci, ale też pilotki, w rządzie zasiadają nie tylko ministrowie, ale też ministry itp. Męski opór przeciw żeńskim końcówkom jest dla mnie całkowicie zrozumiały - oto wymykają się z rąk ostatnie bastiony. A są, ci oponenci, o czym może jeszcze nie wiedzą, na przegranej pozycji. Bo zmian powstrzymać się nie da.

Tymczasem Ziemiański opowiada o świecie kobiet, które (wyłącznie!) obejmują najwyższe urzędy, stanowią armię, sprawują władzę. I kompletnie nie przenosi tego na rodzinę, gdzie pierwsze skrzypce grają ojcowie, oraz na język właśnie. Żołnierze u niego biegły, oficerowie rozkazywały itd. Powiadam Wam, że to niemożliwe! Jeśli oś nacisku w tych społecznościach przenosi się na stronę damską, to język nie może być męski, to zwyczajnie nielogiczne. Skąd wzięło się słowo "żołnierze", skoro desygnat nie istnieje?! Wyobraźcie sobie, że o ogóle posłów w Polsce mówi się "parlamentarzystki". Bez względu na płeć. Idiotyczne? Dziwne? Nienaturalne? No pewnie! Skoro kobiety zyskały tu prawo wyborcze zaledwie 96 lat temu, to nie mogły zdominować języka tak, by najważniejsze funkcje w kraju miały w nazwie żeńską końcówkę. To samo zresztą działa w drugą stronę. Czy przyszłoby Wam do głowy, by o ogóle osób, sprawujących pieczę nad dziećmi w wieku 3-5, mówić "przedszkolanie"? Czy ten rzeczownik w ogóle posiada formę męską? Nie! Oto zawód od zawsze zdominowany przez kobiety, więc mówimy "przedszkolanki", mimo że (z czego bardzo się cieszę) coraz częściej garną się do niego fajni faceci.

"Żołnierze biegły i strzelały" u Ziemiańskiego brzmi źle, sztucznie i niewiarygodnie. Żołnierki po prostu eksplodują mi w mózgu, gdy tylko dotykam okładki. I oficery. I wszystkie inne ważne słowa, choćby na pierwszy rzut oka nam, obecnym czytelnikom i czytelniczkom, wydawały się trochę udziwnione. Bo tam, gdzie dzieje się akcja powieści, takie właśnie nazewnictwo byłoby oczywiste.
No i głową rodziny za żadne skarby świata nie mógł być ojciec.
Bo głową państwa nigdy nie był cesarz ani król.
Niby niewiele, a jednak daje w dupę.

* Tak, spierdolił koniec pierwszej trylogii, to było żenujące i smutne, ale my przecież nie o tym.

26 listopada 2014

1992

Postanowiłam zrobić Wam poranek do kawy. W pierwszej wersji chciałam napisać, że postanowiłam zrobić Wam do kawy, ale pomyślałam, że zaczniecie się przepychać w kolejce.
Oto przed Państwem Edward i Czesław. Oraz burdel. Burdel robi Zuzanna. A niech ma swój wkład w tę wiekopomną produkcję!

video

I tera Państwo widzi, jak to jest. Rozwali się taki jak basza i go myj. Bo jak nie, to rozdarty.

Miłej sirody. Siroda jest połową czwartku. Czwartek jest małym piątkiem. Enjoy!

25 listopada 2014

1991

Martuuha przypomniała, że nie było sprawozdania z pobytu w sali koncertowej. A ja zrobiłam dla Was zdjęcie! Oczywiście nie jest tak piękne, jak profesjonalne fotografie, które można obejrzeć w internetach, ale łapie chwilę i pokazuje ten ogrom. Uwaga!


Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie i już zawsze chcę siedzieć właśnie tam. Odległość od orkiestry jest porażająca - nie bardzo potrafię to ocenić metrażowo, ale sądzę, że osiągnęliśmy pułap (na oko) piątego, szóstego piętra. A akustyka jest taka, że gdy ktoś z parteru, usadowiony naprzeciw muzyków, kichnie, to ma się ochotę powiedzieć "na zdrowie". Jakby siedział obok. Szokujące i porywające.

Słuchaliśmy "Koncertu na fortepian i orkiestrę" Alfreda Schnittkego i "V Symfonii" Dymitra Szostakowicza pod batutą Stanisława Skrowaczewskiego. Pierwsza część była trudna, ale w tym czasie miałam atak dziecięcej fascynacji i prawie wisiałam z barierek, wgapiając się we wszystko. Aha - nie polecam osobom z lękiem wysokości, kupujcie bilety na miejsca w niższych rzędach. Rzeczywiście potknięcie na ostatnich schodach może spowodować lot koszący zakończony przewidywalnym wynikiem. I nic lotnika nie powstrzyma.

Żeby tak nie konać z zachwytu, powiem, co mi się nie podoba. A jest to tylko jedna rzecz, za to istotna i występująca zarówno w sali głównej, jak i kameralnej. Koszmarnie mało miejsca na nogi. Siedzenie w całkowitym bezruchu przez godzinę (czyli do przerwy) bardzo mnie zmęczyło, a potem była druga godzina. W kameralnej jest ciut lepiej, ale naprawdę ciut. Moja mama sugeruje, że skoro NOSPR budowali Japończycy, to plan był na ich rozmiary. Ja tam nie jestem kieszonkowa, ale też znowu nie jakaś monstrualna - trudno mi więc wyobrazić sobie osobę dwumetrową, upchniętą pomiędzy barierki a oparcie. Podejrzewam, że chciano upchnąć jak najwięcej siedzeń, ale to był zły pomysł.

Reszta jest zachwycająca. Czuję się głęboko usatysfakcjonowana, że takie miejsce znalazło się właśnie w moim mieście, z którym, choć tam nie mieszkam, jestem jednak mocno związana. Teraz ostrzę sobie zęby na nowe sale Muzeum Śląskiego - te podziemne, a rozjaśnione światłem dziennym. Cudowny pomysł wykorzystania nieczynnej kopalni. Trzymam kciuki za ludzi, którym przez następne lata przyjdzie władać Katowicami - obyście mnie zadziwili.

24 listopada 2014

1990

Otóż są na tej ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. A przynajmniej mnie. Co prawda należę raczej do gatunku tych, co filozofują, ale źródłosłów wspólny.

Mianowicie, Drodzy Czytelnicy, ja mało chadzam, a to z powodu, że lata temu zostałam homo automobiliticus i nie potrafię przez to przeskoczyć. Człowiek się łatwo przyzwyczaja do dobrego, leniwy jest z natury. Toteż omija mnie prawdopodobnie wiele wzruszeń, które inne osoby potraktowałyby być może zwyczajnie, lecz mój mózg, ukształtowany po części na Latającym Cyrku Monty Pythona, nie potrafi minąć obojętnie.

I tak. Urząd Miasta Chorzowa postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom wyborców, tworząc w różnych punktach kilka Biur Obsługi Mieszkańców (BOM). Ponieważ Urząd Miasta Chorzowa złośliwie nie korzysta z usług Poczty Polskiej, mieszkaniec musi utrafić w jakiś dzień, gdy rzeczony BOM nie pracuje do 13:00 (takie ułatwienie, Państwo rozumie) i odebrać sobie przesyłkę. Utrafiłam i to było dzisiaj. Pomijam, że liścik ów wydawał mi pan, któremu tak jechało z jamy, że mało nie umarłam, a przy tym uważał się za Don Juana* i przez kwadrans usiłował mnie zabawiać lekką i niezobowiązującą konwersacją, gdyż byłam na szpilkach, a to mi dodaje osobistego wdzięku i pewnej ulotności. Taka się, rozumiecie, robię godna zaopiekowania, gdy nieopatrznie zakiwnę i zafaluję biustem na 13-centymetrowym obcasie. Konkretnie to dwóch. Obcasach. I ja na tych obcasach, nie biust, który jest wszakże do czegoś przyczepiony. Czyli do mnie.

Ale nie o tym.
Wychodzę w końcu z tego BOMu, dążąc do samochodu i hiperwentylacji, a kawałek trzeba przejść. I nagle... Matkoświęto!!! Wryło mnie w chodnik, gdyż mózg potrzebował jednak ułamka sekundy, by przetworzyć treść wystawy, ujrzanej przez oczęta.


Teraz zajmujemy się całą rodziną analizą następującej problematyki: czy każdy rzemieślnik robi dla swych dziatek zabawki? A jeśli tak, to czy ten pan robił dla nich takie małe grobki? Grobulki? Grobcie? Grobusie? I czy te dzieci trawiły czas na organizacji pogrzebiczków i stypek? Przebierały lalki za wdówki w czarnych, tiulowych woalkach? Zatrudniały się nawzajem w charakterze płaczek?

Ryczałam ze szczęścia całą drogę do domu.
Nie, nigdy Wam nie wciskałam, że jestem normalna. Jeśli tak uważacie - poproszę o źródło.


* Do dziewczyn teraz przypis kieruję, panowie nie czytają. Wiecie, ten typ: okrągły kurdupel po pięćdziesiątce z przebrzmiałym... wszystkim, niezbyt chlujny, a koszula rozchodzi mu się w dolnych partiach okołoguziczkowych mięśnia piwnego, podkreślając dramatyzm sytuacji. Rozpacz po prostu. I ten pląs. Godowy taniec, rzec by można. Och^.

^ Ja się wcale nie naśmiewam, gdyż uważam siebie za, jakby to ująć... nienachalnie urodziwą. Ale przynajmniej zadbaną. I nie podrywam 20- czy 30-letnich chłopców, strosząc wyliniały pióropusz. Mam bowiem w planie do końca życia nie być żałosną.

23 listopada 2014

1989

Ja pierdzielę, mówię Wam, ile ten kot może zeżreć, to jest nieprawdopodobne. Nie mam pojęcia, czym to się skończy. Istny odkurzacz. Zważyliśmy go dzisiaj na wadze kuchennej, już 2300. Gdyby był wcześniakiem, 300 g temu wypisaliby go ze szpitala. Nie wiem, ile mu przybyło, bo nie wpadliśmy na pomysł, żeby zważyć drania na wjeździe, ale urósł wyraźnie i zaokrąglił się. Po przebytej w hodowli infekcji ważył pewnie nie więcej niż 1,5 kg - skóra i kości. Biduś był straszny. Przyglądaliśmy się dziś gnojkowi podczas wspólnego, kociego posiłku - ogon ma dłuższy niż Karol!!! Ludzie, to mutant będzie. Ani chybi geny szarpnął po tatusiu. Tatuś był większy niż nasz Karolek... Bydlę po prostu. A ja chciałam małego, smukłego, delikatnego ruska. Co za wtopa.

Je na oko z 10 razy dziennie. On jest malutki, boję się go przekarmiać, a ten cały czas głodny. Może z głodu tak ryczy? Bo go ssie? Ale, cholera, jaki żołądeczek może mieć niespełna półroczny kociak? Jak naparstek?! Właśnie wyjęłam kurze mięso z rosołu, obrałam ładnie, podzieliłam między Cześka i Edka. Edek pokręcił nosem i poszedł. Czesiek wpierdzielił obie porcje. Podudzie z kurczaka!!! Beknął, przeciągnął się i poszedł spać. Sprawdzam, czy oddycha. Wygląda na wielce ukontentowanego. Gdy tak byłam ostatnio, uchylił jedną powiekę, mruknął i uśmiechnął się pod wąsem. Nadmieniam, że wepchnął to wszystko po normalnej kolacji.

Może nie będę musiała kupować psa do tego domu, bo ten wyrośnie na jakiegoś brytana.

21 listopada 2014

1988

Ponieważ państwo udaje się na koncert do nowej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia,

PO PROSTU MAGDA

będzie patronowała filmowi o grubaskach, który nie wszyscy widzieli, gdyż albowiem fejsusia nie posiadajo.

Przed Państwem Placówka Zbiorowego Żywienia. Wstępnie uważano, że jeden klient jest niezdyscyplinowany, ale okazało się - dzięki podpowiedziom internautów - że on raczej taki awanturujący się. Internauci sugerowali, żeby zadzieżgnąć krawacik.

video

20 listopada 2014

1987

Nie, nic się nie stało, tylko miałam dużo roboty. I gdy już ją wykonałam, to nawet nie czytałam blogów, tylko tak sobie bezmyślnie surfowałam po fejsie. Czasem trzeba.

Natomiast wczoraj miałam ciekawą sytuację poznawczą i, prawdę mówiąc, nieco się na niej zawiesiłam. Ponieważ wiem, że ze środka widać najmniej ostro, udałam się do mojej ulubionej koleżanki-psycholożki, nakreśliłam sytuację i zawisłam jej wzrokiem na ustach.
- To teraz mi powiedz, co robię źle - wypaliłam.
- Taka rzecz, która przychodzi mi do głowy na szybko, to - odpowiedział psycholog kliniczny z wyżyn swojego autorytetu - że ty jesteś zbyt normalna. Nawet sobie nie wyobrażasz, jacy ludzie potrafią być zaburzeni. Proponowałabym, żebyś trochę przystopowała. Przestań być taka życzliwa, zainteresowana i serdeczna.

No i klops.

Ja to się z nawyku uśmiecham, bo lubię świat. Staram się cenić każdą chwilę - one są takie niepowtarzalne. Już dawno przestałam zatruwać sobie życie martwieniem się o sprawy, na które nie mam wpływu. Gdy ktoś mówi - słucham. Kiedy prosi o pomoc - robię, co w mojej mocy. Okazuję ciepło, bo lubię się dzielić, a mam go w środku dużo, choć jestem zmarzluchem. Gdy coś jest śmieszne, to się śmieję z całego serca. Śpiewam (dajcie spokój - w samotności). W dodatku nie wydaje mi się to jakimś szczególnym zachowaniem, a raczej normalnością. A tu proszę: niedobrze. Albo raczej... za dobrze.

Mam teraz o czym myśleć - jak się z tego wycofać, przynajmniej trochę. Okazywać serdeczność wybranym, a pozostałym ewentualnie życzliwe i lekko roztargnione zainteresowanie. Bo na całkowitą obojętność to chyba mnie nie stać. Musiałabym wciąż być napięta i nieustannie się pilnować, żeby mi uśmiech nie wypełzał na twarz. On to robi niejako bez mojej woli. Całkowicie niezdyscyplinowany.

Wypróbuję jutro na moich kolegach ze słynnej szóstki. Pójdę do nich, stanę i będę chłodno obojętna. Ciekawe, co zrobią. Zwłaszcza że dziś do nich wpadłam i przyniosłam sprężynkę, co doprowadziło cały zespół do spazmów. No, wiecie, taką sprężynkę, która jest w długopisie. Ostatnio intensywnie u nich perorowałam, wymachując pożyczonym długopisem, który był uszkodzony i eksplodował (ku radości zebranych). Wszystkie części wyzbierałam, tylko sprężynka zniknęła. Dziś rano wyszło na jaw, że korzystając z wybuchu, wskoczyła mi do kieszonki w koszuli. To poszłam i oddałam (dzięki czemu mają działający długopis).
Chyba nikt jeszcze nie przyniósł im sprężynki.
Radości było, co niemiara.

Prawdopodobnie postąpiłam wadliwie. Było ją zjeść.

17 listopada 2014

1986

I nadejszła ta wiekopomna chwila! Oto w glorii i chwale objawia się patronka notki szczególnej...

MARTUUHA!

Otóż pragnę przedstawić Państwu kuluary. Gdyż nie wszyscy wiedzą, że istnieją osoby, posiadające wiedzę o mym zastrzeżonym (sic!) numerze telefonu. Jak się okazuje, numer ten lekkomyślnie przekazałam niektórym typom i one mię tera, te typy, dręczom telefonicznie. Mianowicie dzwoniom do mię noco ciemno (czyli koło 19:00), naciskajo i usiłujo wymóc. W beszczelności swej formułują oczekiwania, jakobym miała się do niektórych notek przygotowywać miesiącami, materiały skrzętnie gromadzić, przemyśliwać, komponować. I pewnie jeszcze zatańczyć.

Wała.

Wszak wszyscy wiedzo, że ja stawiam na spontan, z myśleniem u mię kiepsko, planować to ja mogę, co będzie na śniadanie - i to wyłącznie najbliższe. Reszta przerasta mój mały rozumek - aż cud, że dwa zdania do rzeczy potrafię sklecić, a i tak wiadomo, że dla hecy. Potem przychodzo, czytajo i sie śmiejo. Taka karma.

Ale.

Tak się jakoś szczęśliwie splotło, że właśnie dziś rozpoczynam dziewiąty rok blogowania! (I teraz się wszystkie rzuciły do archiwów, paczo, data im się nie zgadza). HA! Wszakże blog ów kryje tajemnicę! Czy ktoś jeszcze pamięta, że prapoczątki pisaniny sięgają publikacji o wdzięcznym adresie "donosze-uprzejmie"?! Czy kogoś to wogle obchodzi? Czy ktoś się minimalnie pochylił, by życzyć mi wszystkiego najlepsiejszego? Nie. Jak zwykle. Wszystkieście som nastawione na konsumpcjonizm! Ja się już przyzwyczaiłam. Ja dumę mą oraz dorobek życiowy chowam w kieszeń, ja się obnosić nie będę. Ja sobie pójdę do łóżka i tam chlipnę żałośnie, książkę czytając. (O ile będzie taka możliwość zanim położy się na mnie pierdylion - srylion kotów, które ktoś tu wpuścił, a nie wiadomo kto).

MARTUUHO!

Osiem lat pracy twórczej Ci poświęcam. Osiem lat! Czy Ty sobie zdajesz sprawę, ile to czasu? Gówno - nie zdajesz, bo sama masz siedem. Alboiteż sześć. Mało tego! Ja teraz publicznie coś oświadczę. Bo wiecie... ja ją strrrrrasznie kocham, tę martuuhę. I okropnie, wstrętnie mnie wnerwia, że była tak blisko, to wzięła, się wyniosła. I teraz można się widywać wyłącznie okazjonalnie. A wszak łączy nas tak wiele, wliczając paczkę chusteczek z Hello Kitty, którą mi wysmarkała w rozpaczy, nie oszczędzając folijki. A chciałam zakolekcjonować. To nie.

U progu dziewiątego roku tej śmiesznej pisaniny, Tobie - martuuho - i sobie życzę, żeby nam się ścieżki do siebie wzajem prostowały i skracały. Bo, rozumiesz, chłopaki przychodzą i odchodzą, a dobra, porządna, trwała i uczciwa kobieca przyjaźń jest jedną z największych wartości, jakie nas mogą spotkać na tym łez padole.

(I co? Dobrze wyszło?)

Update
Żeby nie było żadnych wątpliwości - natychmiast po premierowej emisji przysłała mi obraźliwego SMSa.

16 listopada 2014

1985

Notkę wyborczą poświęcam

ANI i JOLI T.

Obowiązek obywatelski spełniony. Mamy z tym zawsze trochę roboty, bo głosujemy w różnych lokalach wyborczych. Prezes i Zuzanna zameldowani są na stale tutaj, a ja tam. A tutaj czasowo. W związku z powyższym wozimy się po całym mieście.

Tym razem okoliczności są bardzo sprzyjające, gdyż mamy jedną kandydatkę na prezydentę, a przy tym nie z ugrupowań, co do których powzięłam uzasadnioną niechęć. Niestety prawda jest taka, że póki w Polsce obowiązuje obecna ordynacja wyborcza, to nawet na poziomie lokalnym przynależność partyjna ma znaczenie. Każdy z kandydatów wie, że w pojedynkę nic nie zdziała, a jeśli fiknie - to będzie jego ostatnia kadencja. Ponieważ dość się nasłuchałam haseł typu "nie ma woli politycznej" do każdej, najdrobniejszej rzeczy, zbuntowałam się i pokazałam gest Kozakiewicza. W dodatku namówiłam do tego dwie osoby.
- Ona nie ma szans - zmartwił się Prezes.
- Jeśli każdy będzie myślał tak, jak ty, to rzeczywiście nie ma. Ale gdy pójdziemy i na nią zagłosujemy, to będzie miała trzy dodatkowe głosy. Dość już się nagłosowałam przeciw, teraz będę głosowała za. A ty rób, co chcesz.
Dzięki tej polityce, usłyszałam w samochodzie:
- Oddałem głos na trzy kobiety.
Ja też. A Zuzia jeszcze nie była, bo się snuje, ale zaraz ją pogonię, żeby wyautowała swoim głosem trzech facetów. Może to się nie uda od razu, ale krok za krokiem, krok po kroczku...

Naprawdę wszystko od nas zależy, ale pod warunkiem, że będziemy wybierać, a nie oddawać walkowerem. Tylko w takim przypadku dokładamy się do klęski. I nie ma co pitolić: "nie ma na kogo głosować". Jest. Tylko trzeba przestać wędrować po linii najmniejszego oporu. Ja właśnie do tego dojrzałam. A Wy?

15 listopada 2014

1984

Sponsorką dzisiejszego postu imprezowego (krótkiego, acz treściwego) jest

DAGA.

Jako kobieta renesansu, z pomocą rodziny imprezę przygotowałam, odbyłam, posprzątałam i jeszcze w szale kupiłam sobie garnki. Cesarzowi zostało oddane, co cesarskie, aczkolwiek muszę przyznać, że chyba wszyscy się starzeją, bo ani nie żarli jakoś przesadnie, a i alkohole nam zostały, bo dopiero pod koniec imprezy Prezes wraz z Czempionem (partnerem Matki Chrzestnej) chwycili się za wódeczkę, którą zresztą porzucili nie upiwszy nawet połowy. Przy okazji odkryliśmy bardzo dobre wino, więc jutro po spełnieniu obowiązku obywatelskiego kopniemy się z Prezesem do sklepu i kupimy cztery. Z czego jedno podarujemy Dziadkowi, a niech ma - skoro tak mu smakowało.

A skoro już szczątki gości zostały wymiecione, zainteresowałam Prezesa od lat przewijającą się tematyką dogorywających garów i z jego błogosławieństwem dorwałam się do serwisu aukcyjnego i nabyłam komplecik Tefala za złotych polskich 369, przy czym serwis ów omamił mnie promocją dwudziestozłotową, jeśli zechcę zakupu dokonać za pomocą komóreczki. Mnie tam wszystko jedno, za pomocą czego, więc dwie dychy łyknęłam gładziutko. W związku z powyższym gary kosztowały nas 349 zł i wreszcie zrobię sobie porządek w szufladzie. Marzę o tym od dawna, bo na wszystko zawsze za mało miejsca, a Tefal łaskawie produkuje asortyment bezuszny Ingenio  i dodaje dwa uchwyty. Mam już komplet trzech takich garnków i bardzo lubię. Dołożę kolejne trzy, a do tego dwie patelnie i wywalę kolekcję starych ździorbów, zabierających uszkami i rączkami zbyt wiele miejsca. Czuję głęboką satysfakcję. Zostawię tylko jeden gar, ten największy, bo czasem przydaje się do gotowania bigosu. Witaj porządku. Tęskniłam.

Pomidorki, na które przepis już kiedyś zamieszczałam, zniknęły jak sen złoty. Doprawdy nie wiem, co jest w tych pomidorkach, ale też je lubię i pochłaniam z chęcią. Z uwagi na nadmiar darów bożych, w najbliższych dniach zakupów nie przewiduje się. No i dobrze. Lodówkę wyczyścić, rozpasanego trybu życia nie prowadzić.

Dobranoc się z Państwem.

14 listopada 2014

1983

Piekę sobie. Jutro goście urodzinowi Zuzanny.

Serniczki sobie piekę, babkę sobie piekę i keksik. Sernika musi być dużo, żeby znów nie uruchomił się fatalny ciąg okoliczności, w wyniku którego moi starzy rodzice są bezpardonowo rabowani na ulicy. Niemalże w biały dzień. W dodatku przez rodzonych bratanków. Przy milczącej aprobacie bratowej - to pewnie z powodu, że nie jest rodzona. Więc piekę dwie blachy: dwa kilo sera, dwadzieścia jaj, dwie kostki masła. Szał ciał, a żeby im w bandziochy poszło. Mam wielu asystentów, spośród których na plan pierwszy wybija się kapral Czesław "Zawszegotowybycośzeżreć" Jedziniak. Eduś też nie jest od tego, a Karol z sypialni na piętrze przyleciał, bo wyczuł koniunkturę do wylizywania papierka po maśle. Niby tak przypadkiem się pojawił.

Koty żyją w znakomitej komitywie. Jest dokładnie tak, jak przewidywałam, czyli Edek z Cześkiem wybitnie przypadli sobie do gustu, temperament mają podobny, gonią, szaleją, wariują, skaczą, zwisają z sufitu i zgodnie kradną, co się da. Kot-złodziej to utrapienie. Dwóch kocich złodziei to pandemonium. Dwaj gorący sprzymierzeńcy akcji "Podziel się posiłkiem". Mały potrafi nawet wyrwać kiełbasę dużemu, taki fachura. Edzinek jest zawiedziony, bo do tej pory to właśnie on był specem od wyciągania szynki z cudzej mordy. A tu detronizacja. Nie zamawiał tego.

A sernik jest wiedeński, bo ja nie uznaję innego. Jak sernik, to sernik, a nie jakieś fiu-bździu z ciastem. Sernik ma się trzymać kupy bez ciasta i nie wolno go psuć w taki bezsensowny sposób. Ma być wysoki, wilgotny i słodki. Oraz ciężki ciężarem gatunkowym. Takie robię serniki i nie dam się za cholerę sprowadzić na złą drogę, a uważam, że każda jest zła, jeśli nie jest to ścieżka wiodąca wprost do sernika wiedeńskiego i wiekuistej szczęśliwości.

***

Zuzanna zgłasza niezadowolenie z dzisiejszego posiłku - nie angażuję się w to emocjonalnie, bo nie mój tydzień, więc dialog przechodzi jedynie przez wyżyny mojej świadomości. Ale trąba powietrzna porusza się po spirali, więc w końcu mnie wciąga.
Z: ... i zrobiłeś 1/3 obiadu! Do dupy z takim obiadem.
P: 2/3.
Z: Maaaamoooooo...
Ł (nieprzytomnie): Tak?
Z: Wyrzuć go!
Ł (nieprzytomnie): Kogo?
Z: JEGO!
Ł (daje się wciągnąć, niestety): A wiesz, ile ja zarabiam?
Z: Nie.
Ł: To i lepiej. W każdym razie: jeśli jesteś zainteresowana siedzeniem przy czymś więcej niż jedna dziesięciowatowa żarówka - i to na zmianę - jest nam potrzebny.
Z: No to go wymień.
Ł (nie odwracając wzroku od monitora): Tak, to jedyne wyjście. Ale wszystko musi się odbyć bardzo sprawnie, czyli ten pan wychodzi, a inny i jego pieniążki już czekają przed drzwiami.
P: Nikogo lepszego nie znajdziesz.
Ł (przytomnieje): Sugerujesz, że nikt na mnie nie poleci?
P: Poleci. Ale nie lepszy.
Ł: Bo wiesz - jeden mąż już mi kiedyś mówił, że nikt na mnie nie poleci. A ty poleciałeś.
P (z dumą): Noooo... Tak leciałem, że mało sobie nóg nie połamałem!
Z (oburzona): Czyli że nie da się go usunąć?!
P: Na to wygląda.

13 listopada 2014

1982

Och! Gosia z Manufaktury Radości wywołała niechcący temat, to ja sobie narobię teraz wrogów. Z rozkoszą, gdyż pasjami lubię kij w mrowisko. Pasjami. Będzie o alkoholu. (Aż poszłam po kieliszek, bo to się nie godzi, żeby opracowywać TAKI temat bez).

Alkohol jest używką, jak każda inna. I może stać się nałogiem, jak KAŻDA używka i KAŻDE zachowanie. Nałogi to nie tylko przyjmowanie tytoniu, alkoholu, narkotyków czy leków. To również zwykłe, codzienne zachowania, które, wykonywane kompulsywnie, wywołujące potrzebę powtarzania i niewolą nas (owszem, również kultywowanie "zdrowego" trybu życia). Wiem, o czym mówię - palę ponad 20 lat. Kiedy się zastanawiam, dochodzę do wniosku, że to jedyne natręctwo, z którego nie potrafię zrezygnować. No, może prócz czytania. A właściwie potrafię, ale muszę mieć naprawdę dobry powód. W moim przypadku takim powodem było dziecko - zorientowałam się, że jestem w ciąży gdzieś po dwóch tygodniach i natychmiast przestałam palić. Po prostu potrzeba się nie pojawiała. Wytrzymałam blisko półtora roku, czyli całą ciążę i czas karmienia piersią. Potem chęć wróciła jak bumerang i nie opuściła mnie do tej pory.

W powszechnej opinii alkohol jest złem, bo po nim ludzie robią się nieodpowiedzialni, wrodzy, agresywni i krzywdzą innych, często zależnych od siebie, czyli słabszych. Ale przecież to nie wina alkoholu! To w nas samych drzemią różne zła, które znajdują ujście w taki czy inny sposób. Jeśli ktoś nosi w sobie agresję, nienawiść, niskie poczucie własnej wartości, potrzebę chorobliwej dominacji, to te cechy nie wzięły się z picia - one się pod jego wpływem ujawniły. Gdyby kat nie pił, też byłby katem, procenty do tego niepotrzebne. Znalazłby inną wymówkę.

Sztuka tkwi w tym, żeby umieć radzić sobie samemu ze sobą. A jeśli dostrzeże się problem, który nas przerasta, umieć poprosić o pomoc. Alkohol nie ma tu nic do rzeczy, on jest katalizatorem, ścieżką, z której ludzie korzystają, bo prowadzi do osiągnięcia różnych celów. Ale sam z siebie nie jest powodem nieszczęść - to czynią kotłujące się w nas emocje. Czasem wydaje się, że nie mamy na nie wpływu, więc sięgamy po kieliszek, bo to odpręża, dodaje wiatru w żagle. Złudnie, ma się rozumieć.

Ja tam lubię się napić, ale pociąga mnie raczej smak niż efekt. Że niby co? Wyluzować bym się miała? Toć jestem luźna, jak sanki w maju. Na elokwencję miałoby mi wpłynąć? Chroń, Panie Boże, otoczenie od nadmiaru mojej elokwencji. Na odwagę? Jeśli jej w sobie nie znajduję na trzeźwo, to do dupy z taką odwagą po pijoku. Phikam na to. Bezwartościowe.
Kocham wino i często je pijam w niewielkich ilościach (półmusujące Prosecco z Biedry - 19,99 - polecam). Pasjami niektóre gatunki koniaku: pieszczotliwe ogrzewanie kieliszka w dłoni, żeby zawartość oddawała aromat, powolne, leniwe popijanie po malutkim łyczku przez cały wieczór... ach. Za niektórymi nalewkami przepadam, tu prym wiedzie pigwówka produkcji Teściów. Piwo bardzo rzadko i raczej z tych "udziwnionych", np. pół szklanki miodowego gryczanego. Albo duże, jasne, gorzkie w upał. Jedno, żeby nie lać jak z cebra. Ouzo! Bardzo, bardzo. Nie ma jak lato, upał, espresso i ouzo. Choć na co dzień wolę latte. Ale nie do ouzo. I jeszcze tak sobie coś z czymś połączyć, czyli rum, mięta i limonka. Pyszności. Mojito, moja miłości!

Alkohol jest tylko usprawiedliwieniem naszych słabości. Zrobiłam coś źle, skrzywdziłam kogoś, bo byłam pijana. Nieprawda! To brzydkie we mnie już było i tylko czekało sprzyjających okoliczności, żeby wystawić paskudną mordę. Znaczy - mam problem. I najlepiej będzie, jeśli spróbuję sobie z nim poradzić, zamiast tłamsić i udawać, że tak ogólnie to porządny ze mnie człowiek, tylko nie mogę pić, bo to uwalnia demony. Demony się LECZY.

I teraz ten moment, który narobi mi wrogów. Szykujcie się.

Otóż ja nie widzę w niewielkich ilościach alkoholu niczego demonicznego. Fakt - są sytuacje, gdy trzeba go unikać i należy do nich np. czas ciąży, choroby, przyjmowania leków, które wchodzą w interakcje. I właściwie tyle. To, co powinniśmy wiedzieć, brzmi:
Z KIM (moim zdaniem najważniejsze), ILE, KIEDY, CO*.
Nie mam zmiłowania dla osób, które wsiadły za kierownicę po alkoholu i jestem w tym przypadku Hitlerem, bo postuluję, żeby wypitych, którzy spowodowali wypadek śmiertelny, sądzić z tego samego paragrafu, co morderców z premedytacją. Nie ma litości! Piłeś? Nie jedź! W dupie mam usprawiedliwienia, dotyczące jednego kieliszka. Nie i koniec. Nikt i nic mnie nie przekona. Albo wóda, albo fura. Masz problem z alkoholem? Są taksówki, komunikacja miejska, pociągi. Albo w domu se pij, ćwoku. Nie toleruję, nie uznaję, nic mnie nie przekona, jestem najbetońszym betonem. Gdy jadę, to nawet nie wącham. Taką mam zasadę i nic tego nie zmieni.

Ale.

Polska stoi kulturą picia. Od wieków zresztą. Mądrzej uczyć JAK niż zabraniać, bo zakazami to do młodych nie trafimy za Boga żywego. Nauczmy dzieci, jak pić zamiast zabraniać, bo akuracik trafiamy w próżnię. W Polsce każde dziecko po osiągnięciu pewnego wieku po prostu musi poznać swoje granice (pewnie nie tylko w Polsce, ale trzymajmy się realiów). I to się tyczy wszystkiego, nie tylko picia. Taka natura rzeczy, trzeba poczuć ten szał, tę wolność, wiatr w łupieżu, to zanegowanie starych, żeby móc zrozumieć ich wartości, co przychodzi z czasem. I doświadczeniami. (Och, jakże wielowątkowa ta notka, muszę się trzymać za paluchi, żeby nie popłynąć w dywagacje).

Co ja, mianowicie, mówiłam mojej zbuntowanej córce? Otóż mówiłam: upij się ze mną w domu, ja stawiam, ja płacę, ja sprzątam, jeśli się porzygasz. Upij się tu, gdzie nikt cię nie skrzywdzi, a poznasz swoje granice i będziesz umiała przystopować we właściwym momencie. Pamiętaj, że ZAWSZE możesz powiedzieć NIE. Nikt nie ma prawa zmuszać cię do czegokolwiek i do picia też. Nie bój się odmawiać - jeśli stracisz przez to "przyjaciół", to tylko znaczy, że byli do dupy. Oto najwyższa forma wtajemniczenia, umieć odmówić. Nie musisz się tłumaczyć, nikomu nic nie jesteś winna. Zadzwoń do mnie - przyjadę o każdej porze, gdziekolwiek będziesz. Przyjadę i cię stamtąd zabiorę. Ja nie mam problemu i nie muszę się wieczorem napić. A wszyscy inni? Niech się walą.

I dlatego wcale nie jestem przeciwna temu, żeby nawet małe dzieci piły niewielkie ilości słabego alkoholu. Od kiedy sięgam pamięcią, rodzice pozwalali mi napić się wina do proszonego obiadu. Jeśli to mi zniszczyło jakieś komórki mózgowe... okaż wdzięczność, świecie. Nauczyłam się kontrolować - wyobraźcie sobie, że nie znam, co to "urywka". Nie zdarzyło mi się przez 41 lat. Po prostu wiem, kiedy spasować, znam swoje możliwości i granice. Z Zuzią jest tak samo - oczywiście nie dałabym sobie ręki uciąć, bo mam tylko dwie i obie się przydają - ale matczyński ogląd nieźle sobie radzi. I mała też.
Swoje odpiła.
Może myśli, że nie wiem.
Wiem.

Wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba umieć z tego korzystać. Ot i cała tajemnica.


* Tatuś od dzieciństwa mi powtarzał: nie mieszamy, dziecko, nie mieszamy.