27 września 2008

Podsumowując

Nie mogę powiedzieć – ludzkość odniosła się do mnie ciepło. Podpisałam wszystkiego z 10 pism przez 2 dni. Skądinąd wiem, że nie znaczy to, że nie pracowali. Po prostu odkładali na kupkę w oczekiwaniu na powrót szefów, wypychając jedynie to, co czekać nie mogło. Wobec powyższego myślę o wszystkich z dużym ładunkiem ciepła.
Szefowie pewnie mniej, jak wrócą i to zobaczą.

Jestem na etapie potężnego niechciejstwa. Mimo wszystko wzięłam udział w sprzątaniu tego chlewu i nawet sprokurowałam żurek z jajkiem, ziemniakiem i kiełbasą. A potem zadzwoniło Potomstwo, które z innymi bachorami przebywa na zewnątrz, oznajmiając, że jadą do centrum handlowego i tam zeżre. No i dobrze.
Mam wrażenie, że jednak za mało czasu spędza z rówieśnikami.

Pękłam i postanowiłam jednak przeczytać Harrego Pottera. Żeby nie było. Zanim zaczęłam się wypowiadać na temat Harlequinów, też najpierw przeczytałam. W dodatku cztery, żeby nie było gadania, że po jednym oceniać nie można.
Więc jeśli idzie o Harrego, to oczywiście, że dla dzieci. I nieco nieporadny językowo oraz w kwestii łańcucha przyczynowo – skutkowego. Ale da się czytać.
Jakby kto chciał, to po skończeniu czytania będę miała na zbyciu 4 tomy.

26 września 2008

Przepracowani?

Ostatnio robię porażające rzeczy w pracy i zaczynam się niepokoić swoim stanem umysłu. Wyspowiadałam się z tego przed pracownikami, wywołując falę radości. Na szczęscie pocieszono mnie, że nie tylko ze mną jest tak źle.

Parę dni temu wychodziłam z pracy, ciagle tocząc rozmowy przez komórkę. Spakowałam torebkę, przytrzymałam telefon ramieniem, zamknęłam drzwi, odeszłam kilka kroków i z nawyku spojrzałam, czy zabrałam ze sobą wszystko, co trzeba. Stwierdziwszy brak, powiedziałam do telefonu – do jednej z moich kierowniczek:
- Poczekaj chwilę, muszę się wrócić. Zajrzałam do torebki i widzę, że nie zabrałam komórki.
I zapadła taka krępująca cisza…

Dziś, jak zawsze, zanim weszłam do swojego pokoju, wpadłam do moich dziewczyn na pogaduchy poranne. W pewnym momencie zakomunikowałam:
- Moment, idę do siebie, odłożę graty i zaraz tu wrócę.
Wyjęłam z torebki kluczyki od samochodu, stanęłam przed drzwiami i… naciskam na kluczyk, żeby otworzyć centralny zamek.
Nie muszę wyznawać, że bez efektu?

Dziewczyny popłakały się ze śmiechu.
Nagle jedna z nich wyznała:
- Nie martw się, dwa dni temu otwarłam drzwi wejściowe na dole w Archiwum X, po czym sie przeżegnałam, jakbym wchodziła do kościoła.

Przeciążenie?

25 września 2008

Ciiiiii…

Mówię do Was szeptem, bo jestem zakonspirowana.
Wszyscy dyrektorzy i kierownicy oprócz mnie pojechali na dwudniową naradę i trafiło mi się najbardziej znienawidzone u nas zastępstwo – za szefa. Przekradłam się świtkiem (jeśli można mówić o jakimś świtku do jasnej cholery – leje enty dzień) do swojego pokoju i nawet radia nie włączam, może ktos pomyśli, że mnie nie ma.
Wczoraj po południu zadzwoniła sekretarka:
- Wszyscy pytają czy będziesz podpisywała korespondencję wychodzącą.
- Powiedz im, że umarłam i jestem analfabetką.

Wysłałam koło południa maila do moich kolegów i koleżanek kierowników w budynku:


Moi drodzy!
Zwracam się do was wszystkich z wielce uprzejmą prośbą, abyście postarali się wypchnąć wszystkie wymagające decyzji Szefa (któregokolwieka bądzia) sprawy dziś.
Ponieważ Szefów, jak wiadomo, nie ma jutro i pojutrze.
Jestem natomiast ja. I chciałabym jeszcze pożyć.
Że nie wspomnę o świadczeniu pracy na rzecz Archiwum X.

Będę zobowiązan. I oczywiście cała moja rodzina.

Dwie godziny później okazało się, że wybrałam nie tę grupę kierowników, którą chciałam i mail, zamiast do sąsiednich pokoi, trafił do wszystkich podległych mi kierowników w dwóch województwach… Radości nie było końca, naprawdę.
Przed piętnastą udałam się do naczelnego, nieśmiało popiskując:
- Szefie, a jakby co, to mogę dzwonić*?
- No pewnie.
Co za ulga, uffff…

Na marginesie, informacja dla zainteresowanych: znajduje finał historia, którą opisywałam parę dni temu – ta z odmową wykonywania poleceń. Delikatnie zasugerowałam szefowi, żeby – korzystając z nadarzającej się narady – porozmawiał chwilkę z przełożonym kierownika z miasta maryjnego i podpowiedział mu z wdziękiem, żeby się ciut uspokoili. Odmówił. Powiedział, że w poniedziałek mam napisać do niego (tego dyrektora z miasta maryjnego) pismo, że w związku z odmową wykonywania poleceń oraz skutecznym omijaniem meriutuum sprawy i nieudzielaniem odpowiedzi na nasze pytania, ma wyciagnąć konsekwencje służbowe od osób winnych zaniedbania.
No i się chłopak doczekał. Fikał, fikał, się dofikał.
A poważnie to jest mi trochę przykro i próbowałam odwieść szefa od tego pomysłu. To znaczy – fajnie mieć dyrekcję po swojej stronie, jasne. To bardzo wiele, kiedy szef stoi za tobą murem. Ale nie jestem zwolenniczką przywalania z aż tak grubej rury. I trochę się martwię, że im się dostanie. Uważam, że zawsze można się jakoś dogadać. Naprawdę szkoda, że tak się to kończy.

A teraz ciiiii… Idę, zgaszę światło i zastygnę nieruchomo jak waran.

* Nie podejmę sama żadnej decyzji, choćby mnie przypiekali żywym ogniem.

24 września 2008

Niepokój

Siedzącemu naprzeciw szefowi pokazuję brodą paczkę papierosów. Ten usmiecha się dwuznacznie i odpowiada:
- Rozpalasz mnie…




- Cha, cha, cha – reaguję – zabawne… Miło patrzeć, jak ewoluujesz językowo. A to wszystko dzięki mnie.

Cha, cha, cha???
Naprawdę zaczynam się niepokoić. Żebym tylko nie musiała poszukać sobie nowej pracy.

23 września 2008

Wtorek

- Czemu jesteś taka zmęczona? – zapytał w słuchwce głos Kryni Niespokojnej.
No właśnie. Czemu?

Dziś byłam na wycieczce. Zwiedziłam Pszczynę, Czechowice – Dziedzice i Skoczów. Niestety głównie samochodem i w tempie. Za to wykonałam trzy kontrole, które wypadły zadowalająco i jeszcze zdążyłam wrócić do pracy i ogarnąć burdel.

A propos burdel.
W mojej części Archiwum X jest zwyczaj używania tzw. teczek obiegowych. Teczka obiegowa jest kawałkiem brystolu, większym nieco od formatu 2 x A 4, złożonym na pół, z nadrukowanymi krateczkami. W teczkę wkłada się pismo, w krateczki wpisuje obieg pisma (skróty nazw komórek organizacyjnych), przychodzi goniec i z tym goni. U mnie w dziale jest specjalny stoliczek. Po jednej stronie stoliczka jest napis „kierownik”, a po drugiej „ekspedycja”. Ludzkość produkuje tony papieru i kładzie w teczkach na kupce „kierownik”. Potem przychodzę ja, przetwarzam ten burdel i po podpisaniu, odkładam na kupkę „ekspedycja”.
A wszystko to piszę po to, żeby was poinformować, że ludzkość niczego nie wypchała pod moją nieobecność, więc na kupce „kierownik” leżała KUPA obiegówek, a na szczycie tej kupy – 3 cukierki toffi. Gratyfikacja?

A propos gratyfikacja.
Przedstawicielka pewnej firmy, z którą współpracujemy, zawaliła jedną sprawę i w ramach przeprosin przyniosła mi gratyfikację. Gratyfikacja była urocza w wyglądzie (opakowanie), a w środku mieściła litrową butelkę adwokata o dziwnej nazwie Bella Bomba. Znaczy podejrzewam, że to jest adwokat, bo w składzie ma jaja. Adwokat jest jednym z nielicznych alkoholi, których kijem nie tykam, bo mam mdłości na sam widok. Wolałabym butelkę czystej, której też nie pijam, ale mam odbiorców. A poza wszystkim – nie cierpię takich sytuacji. Gratyfikacje z zasady są be.

A propos be.
Kot, jak chce, to tupie.
To jest irytujące.

Doniesienie z ostatniej chwili: kot przeszedł obok mnie (tupiąc) do sypialni. Zabrał gąbkę do mycia naczyń i udał się w nieznane.
Padł na mnie blady strach.
Aha! I Mietek się pojawił. A następnie zniknął. Nie zdążyłam go zasilić.

22 września 2008

Owszem, żyję

Ale koszmarnie jestem zmęczona. Nic mi się nie chce, nic. Zaraz zresztą przebiorę się w piżamę i zakopię się w piernaty. Z książką. Bo nie wiem, czy wiecie, ale nadeszła jesień.

BU.

PS Moja matka jest potworem. Dała mi w prezencie dwa słoiki powideł śliwkowych. Jeden już ordynarnie zeżarłam. Pyszne. Nie lubię przesłodzonych, a te są w sam raz. Powiedziałam jej wczoraj, że uważam jej czyny za haniebne.
Dosłała następnych siedem słoików.
Redakcjo!!! Pomóżcie!!!

19 września 2008

Podróże kształcą

Redakcja uprzejmie prosi co wrażliwszych PT Czytelników o wysikanie się przed przeczytaniem tej notki.

Wczorajszym popołudniem popracowym udałam się do mojego kuzyna, który w sytuacjach kryzysowych wspiera mnie farmakologicznie. Jak zwykle w takich sytuacjach, wywiązała się pomiędzy nami dyskusja na tematy różne. Zeszło na wtórny kretynizm społeczny. W walce o zaszczytne miejsce na podium bezwzględnie na czoło wybiły się trzy przypadki.

MIEJSCE TRZECIE, medal brązowy, nagroda w postaci westchnień tłumu.
Po dwóch dniach od zrealizowania recepty na Nystatynę (tabletka dopochwowa), w aptece ponownie pojawia się pacjentka i pyta:
- Panie magistrze, te tabletki nie są zbyt skuteczne. A może można je stosować dopochwowo?
Komentarz readkcji: dwa dni brała doustnie, bo przeczytała na opakowaniu tylko słowo „tabletka”.

MIEJSCE DRUGIE, medal srebrny, nagroda w postaci chichotu i pojedynczych pisków.
Do różnych produktów, w tym części leków, dołączany jest absorbent wilgoci w postaci granulatu w małej, papierowej torebeczce, na której wołami stoi: „don’t eat”. Po pewnym czasie użytkowania leku w formie płynnej, w aptece pojawia się pacjent i mówi:
- Panie magistrze, ten syrop, od czasu, jak dołączają do niego te kuleczki, to o wiele lepiej działa. Do każdej miarki syropu wrzucam sobie dwa ziarenka i jestem bardzo zadowolony!
Komentarz redakcji: chorzy mają czasem końskie zdrowie.

A teraz uwaga! W pełni zasłużone MIEJSCE PIERWSZE, złoty medal, wiwaty tłumu i noszenie na rękach.
Tadaaaaaaam!!!
- Panie magistrze, niech pan coś zrobi w sprawie tych pojemników, co to się w nich kupę do badania oddaje. Bo ta łyżeczka, co jest w środku, strasznie rani odbyt!
Komentarz redakcji: i pomyśleć, że mogłam nie potrzebować pomocy, nie pojechać do apteki i nigdy tego nie usłyszeć!

17 września 2008

Motto dnia, ale może się rozwinąć na cały rok

Otrzymałam dziś rano od kolegi motto dnia.
Niezwykle, trzeba przyznać, trafne.
To wdróżmy!


Gdy gazela budzi się o poranku wie, że musi biegać szybciej niż najszybszy lew, inaczej zostanie pożarta.

Gdy rano budzi się lew – już wie, że musi biec szybciej niż najwolniejsza gazela, bo zdechnie z głodu.

Nieważne czy jesteś gazelą, czy lwem - od rana musisz zapierdalać…”

(Muhammed bin Raschid Al Maktum, szejk Dubaju.)

16 września 2008

Ludzie listy piszą

Trzy podległe nam oddziały Archiwum X na początku kwietnia dostały polecenie, żeby wykonać pewną czynność. Jakoś im się nie chciało i, zapytane teraz o wnioski, wynikające z wykonania, odpowiedziały mi, żebym spadała.
Odrobinkę się zirytowałam.
Na tym tle wynikła korespondencja e-mailowa z jednym z podległych mi kierowników z miasta maryjnego.

E-mail nr 1, napisany przez moją pracownicę (na moje polecenie) do wszystkich trzech kierowników:

Witam!

W związku z otrzymanymi informacjami, że testy XXX nie zostały przeprowadzone we wszystkich wytypowanych punktach, prosimy o przesłanie do jutra tj. do 16 września 2008 do godz. 12.00 wyjaśnień w ww. sprawie na adres Pani Kierownik moje-waterloo.

z poważaniem,
O.

Dwie jednostki pospieszyły z wyjaśnieniami. Zaznaczam, że wyrobili się przed czasem (nietypowe), a wyjaśnienia są zadowalające (szok).
W międzyczasie przedstawiłam problem Naczelnemu, który polecił wysłać pismo bezpośrednio do dyrektorów, podpisane przez niego.

Tymczasem jednostka trzecia…
E-mail nr 2:


W odpowiedzi na wiadomość w sprawie testów XXX bardzo proszę, aby wszelkie dyspozycje bądź polecenia udzielania wyjaśnień wydawane przez jednostkę nadrzędną odbywały się z zachowaniem drogi służbowej.

Pozdrawiam

Informacja oczywiście pojawiła się już po terminie. Tak, naturalnie, odrobinkę ciut się spięłam. I napisałam do pana kierownika…
E-mail nr 3:

Nie bardzo rozumiem Pańską uwagę. W związku z powyższym uprzejmie proszę o wskazanie drogi służbowej, o której Pan pisze.

Jednocześnie uprzejmie informuję, że prośba o złożenie wyjaśnień przez Dyrektora Państwa jednostki organizacyjnej w sprawie uchybienia przez Państwa poleceniu Centrali Archiwum X w Warszawie została w dniu dzisiejszym przekazana faksem do sekretariatu Archiwum X w mieście maryjnym.

Nadal oczekuję na Pana wyjaśnienia w tej sprawie. Przypominam, że termin na ich złożenie upłynął o godz. 12.00.

A gościu na to w zaparte…
E-mail nr 4:

Przed chwilą otrzymałem zadekretowane pismo P. Dyrektora YYY w sprawie testów XXX. Udzielę wyjaśnień zgodnie z zawartymi w piśmie wytycznymi.

Oj, tak sobie nie będziemy pogrywać.
Zeszłam na dół do dyrekcji i…
prezesowa: Panie Dyrektorze, bardzo proszę o potwierdzenie moich przypuszczeń, jakobym była tu kierownikiem działu sprzedaży.
dyrektor: Oszalałaś?
prezesowa: No co? Może sobie rano przy dyrektorskiej kawce ustaliliście, że mam wypinkalać i miasto maryjne już o tym wie, a ja jeszcze nie?
dyrektor: Oszalałaś. Tak, jesteś kierownikiem działu sprzedaży i nigdzie się nie wybierasz.
prezesowa: Dziękuję serdecznie. Serce mi rośnie. Czy wobec tego mogę, w ramach swoich obowiązków korespondować z podległymi jednostkami, również e-mailem, a co za tym idzie, wydawać polecenia i prosić o odpowiedzi oraz wyjaśnienia?
dyrektor: Teraz mam pewność. Ty się dziś źle czujesz.
prezesowa: Mogę czy nie?
dyrektor: Mało tego – musisz.
prezesowa: Upoważniasz mnie?
dyrektor: Upoważniam, błogosławię i się o ciebie niepokoję.
prezesowa: To ja cię zostawiam z tym niepokojem i, gnąc się w lansadach, dziękuję serdecznie.
dyrektor: Jestem przerażony poziomem stresu w obrębie twoich obowiązków.
prezesowa: Tak, ja też bym mi dała podwyżkę. To pa.

Wróciłam do siebie i…
E-mail nr 5:


Bardzo dziękuję za odpowiedź i jeszcze raz uprzejmie proszę o udzielenie mi wskazówek, dotyczących drogi służbowej obiegu informacji, o której wspomniał Pan w poprzednim e-mailu, w celu uniknięcia ewentualnych niejasności na przyszłość.


Jednocześnie informuję, że – w ramach zajmowanego stanowiska – posiadam upoważnienie Pana Dyrektora YYY do wykonywania czynności, związanych z nadzorowaniem pracy na szczeblu regionalnym w zakresie merytorycznym Działu Sprzedaży, które zawiera m. in. prowadzenie korespondencji (również elektronicznej) z kierownikami Działów Sprzedaży  w podległych jednostkach organizacyjnych, a także zlecanie im wykonania czynności, określonych regulaminami organizacyjnymi.


W razie ewentualnych wątpliwości co do tej kwestii, mogą się Państwo zwrócić do Pana Dyrektora ze stosownym zapytaniem.

Oczywiście z zachowaniem drogi służbowej.


Pozdrawiam,

No a teraz czekam na efekty.
Nie popuszczę.
Ja mu dam drogę służbową!!!

14 września 2008

Zofia

Tak poza wszystkim Zofia uważa, że zakupy w sklepie IKEA są niezwykle twórcze. Nawet jeśli się nie uczestniczy W, a jedynie odczuwa skutki.

Bo tego… Jak nas nie było w domu, jakiś bandyta zarwał półkę.
Potem, w poczuciu właściwie spełnionego obowiązku, zapewne zasnął.
A następnie wyglądał niewinnie.

Z braku dowodów, świadczących o obecności na miejscu przestępstwa konkretnej osoby, chwilowo odstąpiono od stawiania zarzutów, z żalem pozostawiając w ww. sklepie kolejne 69,95 zł.

12 września 2008

Starych zdjęć czar

NIe wiem, jak wy, ale ja uwielbiam oglądać zdjęcia moich przodków. Pasjami. Te sepiowe, a potem czarno-białe. Te, na których piękni i młodzi, roześmiani albo poważni i srodzy.
Uchylam wam rąbka tajemnicy.
Szanowni Państwo: moi dziadkowie ze strony mamy – Zofia i Władysław.

Oto jedno z moich ulubionych zdjęć. Są na nim tak piękni, że wprost wzroku nie mogę oderwać.
Narzeczeni.

Tu nadal spacerują, ale pora wyraźnie mniej letnia i na moje oko są już po ślubie.

No i w końcu szczyt szczytów – zdjęcie ślubne.
Po zdjęciu widać, że związek dziadków przechodził burzliwe chwile.
Podejrzewana jest babcia.

Obecnie moja mama przeżywa silną potrzebę przekazania potomnym pewnych rodzinnych wartości. Objawia się to pracą nad rodzinnymi albumami, które skrzętnie będą opisane co do zdjęciunia.
Dobrze, dobrze – pamięć ludzka jest ulotna i krucha.

11 września 2008

Z cyklu: ULUBIONE. Reklamy.

Co roku o tej samej porze, kiedy zaczyna się jesień, przed Auchan przy trasie średniowej pojawia się ta sama, wielka reklama.

THUJE – 9,99

Tyle radości, a tylko dwie kalorie.

Dziś – wracam ze spotkania w Gliwicach autostradą. A przy autostradzie gigantyczna reklama:

KREMACJE

Quo vadis?

10 września 2008

Notkę tę B. poświęcam

Przeczytawszy ostatnie zapiski teściowej doszłam do wniosku, że kiedy ona zamyka oczy ze strachu, ja robię zdjęcia.
A że blog ten jest jednym z moich NAJ, postanowiłam się podzielić.
No to proszę:

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
prezesowa
jeden z podległych prezesowej kierowników

Czas akcji:
11.00

Miejsce akcji:
internetowy komunikator służbowy

prezesowa: Witam pana.
kierownik: WItam panią kierownik! Co mógłbym dla pani zrobić?
prezesowa: Piszę do pana, żeby się upewnić w pewnej sprawie.
kierownik: Służę.
prezesowa: Panie Tomku, pan będzie uprzejmy mi powiedzieć: czy ja tu jeszcze pracuję? Odnoszę wrażenie, że pan coś wie, czego ja nie wiem.
kierownik:
prezesowa: Otóż cała korespondencja z pana działu kierowana jest imiennie do moich pracowników. Z pominięciem mnie. Czuję się wyautowana. Siedzę sobie w moim pokoiku, samotna i cicha, i nie wiem, co się dzieje. Jestem do wywalenia?
kierownik: Ależ skąd, pani kierownik! Ja się poprawię.
prezesowa: Z góry panu dziękuję. Idę się upić ze szczęścia, że to jednak nie to.

9 września 2008

Chwilowo zamknięte

Jadę sobie na wycieczkę do Bielska-Białej i Cieszyna. No, dobra, nie do końca jest to wyjazd rozrywkowy, bo muszę przeprowadzić kilka kontroli. Ale ogólnie jest pozytywnie, bo słońce świeci i nie trzeba rozmawiać z dyrekcją.
Tymczasem bądźcie umiarkowanie niegrzeczni i czekajcie na mnie wytrwale.
Wracam pod wieczór.
Pa pa.

8 września 2008

Nieoczekiwany koniec lata

Donoszę uprzejmie, że Starsi Panowie mieli, jak zwykle, rację. Otóż dzisiejszej nocy niespodziewanie nadszedł nieoczekiwany koniec lata w postaci dramatycznej w wymowie burzy z piorunami oraz wiatru, który powziął postanowienie noworoczne urwania nam dachu. Sądzę, że jest to postanowienie o solidnych podstawach albowiem podejmuje (wiatr) działania systematyczne i uparte.
Nie będę oryginalna w twierdzeniu, że ciemności zewnętrzne w chwili dzwonienia budzika są niesprzyjające do wstawania. Zwłaszcza, jak się łaziło w nocy, zamykało okna i wyciągało z gniazdek wtyczki. No dobra – Prezes łaził. Ale ja mu towarzyszyłam mentalnie.
Tymczasem noc okazała się mimo wszystko twórcza albowiem wpadłam na pomysł, jak rozwiązać sytuację ze zwrotem 29,70 zł. Co tylko potwierdza teorię, że noce bywają płodne. Ze wszech miar. Poranek pod prysznicem takoż, gdyż doznałam olśnienia. Otóż zderzyły mi się w mózgu dwie w miarę żwawe o tej porze komórki, doprowadzając do uświadomienia, że mój szef urządza naradę w terminie kolidującym z zaplanowaną od pół roku wizytą ortodontyczną Potomstwa.
Rączym kłusem udałam się do jego (szefa, nie Potomstwa) gabinetu o poranku, oznajmiłam w czym problem i zaproponowałam, żeby mnie zwolnił z tej watpliwej przyjemności, a ja za to (w nagrodę) zastąpię go przez dwa dni w pracy. I wyobraźcie sobie, że dał się złapać na ten lep wątpliwych korzyści.
Ergo – 25 i 26 września będę dyrekcją tej placówki dla obłąkanych. Przejawi się to w ten sposób, że zabarykaduję się w swoim pokoju i wyłączę telefon, celem niepodejmowania żadnych decyzji i niepodpisywania żadnych dokumentów. Wuala.
Za to dziecko uzyska dostęp do drutów w zębach.

Wszystko to wpłynęło pozytywnie na moje morale, ponieważ nie znoszę narad wyjazdowych, delegacji, imprez towarzyszących i udało mi się w tym miesiącu wykpić tanim kosztem. Ze smutkiem oczekuję na wezwanie mojej centrali, która zapewne zechce teraz zrobić mi ów spęd nieodbyty onegdaj. I pewnie znowu w Szklarskiej Porębie.
Jakby nie można było w Warszawie, gdzie jest łatwo dojechać.
Niech sczezną.

7 września 2008

Siedzę nad papierami wspólnoty

I szlag mnie jasny trafia.
Albowiem ludzka chciwość i upierdliwość nie zna granic.
Jedni państwo sprzedali jednej pani mieszkanie, a na koncie tego mieszkania we wspólnocie widnieje nadpłata w kwocie 29,70 zł. Tak właśnie. Nie pomyliłam się.
Zaznaczam, że za mieszkanie wzięli ok. 120 000 zł (jest naprawdę niewielkie). I teraz, kiedy od transakcji upłynęło już kilka miesięcy, państwu się przypomniało. I one, te państwo, chcą swoje 29,70 zł z powrotem.
I teraz z góry przepraszam za to, co zaraz powiem. Bo od kilku dni nic innego nie robię, tylko kopię w przepisach, czy te pieniądze można zwrócić i jak to zrobić poprawnie z punku widzenia prawnego.
Więc uwaga:
kurważ twoja mać!!!

Chyba do nich zadzwonię i powiem im, że im dam te 3 dychy, niech psiakrew mają. W dodatku zaokrąglę o 30 goszy. Niech mają za fatygę. Z prywatnych własnych dam, bo porada prawna w tej sprawie będzie wspólnotę kosztowała znacznie więcej niż 3 dychy.

PS Zaznaczam, że w literaturze znalazłam zaledwie 1 (słownie: jeden) wyrok w podobnej sprawie. I nie mówi on o całej kwocie nadpłaty, ale zaledwie o jej części, przypadającej na fundusz remontowy. W dodatku w przypadku, jeśli nie została w odpowiednim czasie wykorzystana na remonty. Wobec powyższego rozmawiamy o oszałamiającej górze pieniędzy: 10,81 zł.
I bądź tu człowieku spokojny.

5 września 2008

Co tu tak sam będę leżał

PS Nie chcę być posądzona o stronniczość, ale gnojek jest naprawdę pocieszny.
Poza tym Krynia jutro wraca ze szpitala, a ona uwielbia te zdjęcia. Niech ma.

3 września 2008

Wyraźne oznaki

Godzina późna, oboje siedzimy w tych samych pozycjach w łóżku z książkami. Nagle z dołu dochodzi nas znany odgłos.
- O! – nieoryginalnie zagaduje Prezes – Gąbka do nas idzie.
- Yhy – odburkuję, bo właśnie moim bohaterom wszystko się zapętliło.
- O! – zaczepia nadal Prezes – Gąbka przyszła.
Rzeczywiście przyszła i położyła się na dywanie. Staram się nie wybić z transu. Akcja wre.
- Słuchaj… – Prezes trąca mnie łokciem i kończy niepewnie – Gąbka wyszła…
- Jak to wyszła? – w okamgnieniu przybywam z Getteim – Gąbka sobie poszła???
- Poszła – Prezes też nie wie, o co chodzi.
Oboje pustym wzrokiem gapimy się w punkt, gdzie jeszcze przed momentem stały wystrój naszej sypialni dumnie prężył swe żółte, sprężyste ciało.
- Coś jest na rzeczy – niepokoi się Prezes.
- Wypadliśmy z łask.
- I co teraz?
- Pojęcia nie mam, trzeba będziesię podlizać albo co…

Na szczęście po pięciu minutach gąbka do nas wraca, a po kolejnych dziesięciu przybywa druga.
Zmęczona słusznym wysiłkiem Zofia wali się na dywan między gąbki.
Oddychamy z ulgą. Więc jeszcze nie tym razem. Jeszcze nie chce od nas odejść, jeszcze nas kocha.
Możemy wrócić do książek.

Podśpiewywanki

Prezes w samochodzie podśpiewuje pod nosem:
„Każdego dnia
dziękuję Bogu, że cię mam…”.

- A cóż to za pioseneczka? – podpytuję nieśmiało.
- To o tobie – Prezes robi świńskie oczka – ciągle sobie to śpiewam.
- Żeby nie zapomnieć czy masz coś na sumieniu?
- Na sumieniu??? Ależ skąd.
- A więc sprawa się wyjaśniła – załatwiam sprawę jednym cięciem.

2 września 2008

Pytanie mam

Bo tego… nie daje mi to spokoju.
Kto jest z Minnesoty?
A kto jest z Kartuz?
A w ogóle, skąd jesteście?
No niech się przedstawi ktoś, kto tu wpada cichaczem i nic nie gada. Ja was widzę w statystykach. Ale nie umiem przyporządkować do miejscowości.

Magdusiu… daj spokój.

Goła baba pobudza lepiej niż kawa

Cóż za przewrotny tytuł, nieprawdaż? W dodatku mnie pobudza, ale o tym za chwilę, gdyz najpierw obowiązek, a potem zobowiązanie.

Do Kryni wczoraj nie pojechałam, ponieważ moja prywatna infekcja rozwija się w tempie zastraszającym. Wożenie się do szpitala we dwie, tzn. za kierownicą waterloo i w integracji jej waterloo zdrowotne, nie jest koncepcją wszech czasów. Zwłaszcza, jak się jedzie na oddział, gdzie leży kupa bab chorych na płuca. W związku z tym zadzwoniłam, powiadomiłam i odpytałam. Najważniejsze – okazało się, że ten pobyt w szpitalu jest dla Kryni rzeczą wielce istotną, albowiem wreszcie ktoś ją do porządku przebada i może nawet zdiagnozuje. Tymczasem wiemy już, że wykluczono wszelkie schorzenia o bardzo nieprzyzwoitych nazwach (jak odma płucna czy inne tam rozedmy) i pozostano przy starej, sprawdzonej i zaprzyjaźnionej astmie. Przy okazji rozwiązaliśmy tajemnicę Kryninego chorowania na zapalenie płuc w środku lata – otóż w jej sytuacji każda infekcja poważnie zagraża zapaleniem płuc. Krynia ma na się chuchać i dmuchać, w przeciwieństwie do innych, którzy powinni dmuchać w stronę protiwpałożną. To tyle, bo Krynia odkrywa obecnie uroki techniki i posiadła komórkę, ale nie posiadła jeszcze wiedzy, że każdy komórczak nosi przy tyłku ładowarkę i się rozładowała. Dziś nadal odbiera poczta głosowa, więc trzeba zaczekać, aż przybędzie Niezastąpiony i ją wesprze. Znaczy Krynię. A może i komórkę.

Tymczasem powracam więc do gołej baby. Dzień mam, jak co dzień. Telefony, wizyty i maile z gołymi babami od pracowników. Serio, serio. Otóż, proszę szanownych państwa, sprzedaje Archiwum X startery do telefonów. Też. I dziś jeden z pracowników otwierł startera z Mobilkinga, a tam zdjęcie z gołą babą. Więc się ze mną podzielił. Zeskanował i mi przysłał. O Święty Antoni z pierożkiem! Mało to się prasa rozpisuje na nasz temat, żeby jeszcze miała pożywkę, że nieletnim sprzedajemy pornografię? Już widzę te tytuły na pierwszych stronach.
To ja łaps! za telefon i do przedstawicielki. Kobieta. Ona nie widzi problemu i nie rozumie, o co mi chodzi. Ale się widać spietrała, bo za chwilę zadzwoniła po raz wtóry, że koniecznie muszę porozmawiać z prezesem. Niech im tam będzie, prezes dla mnie nie jest banan z Hameryki. Trudno się gada z tymi prezesami, bo im się wydaje, że w manipulacji rozmową to oni wygrali konkurs ogólnokrajowy. Jak bita piana osiągnęła poziom moich nozdrzy, sprowadziłam pana do realiów informacją, że nie będziemy rozmawiali o moich prywatnych zapatrywaniach na to, gdzie się podziała granica reklamy, bo to nie ma nic do rzeczy. Że ja rozmiem, iż intencją kierowanej przez niego firmy jest sprzedać produkt, więc ima się wszelkich sposobów. Czy one są chwalebne, to jest już kwestia mojej oceny osobistej jako klienta, natomiast nie jest to przedmiotem naszej rozmowy, albowiem od 7.30 do 15.30 (a czesem znacznie dłużej) jestem pracownikiem Archiwum X i jako taki prezentuję obecnie moje zapatrywania na rzeczy sedno z punktu widzenia kontrahenta, który nie jest konikiem garbuskiem, tylko gigantycznym molochem. I że ja widzę nieco dalej niż koniec własnego nosa. Wszystko mu to powiedziałam ładnie, używając określeń typu: eufemizm, granice akceptacji społecznej, nieograniczona dostępność produktu, sytuacja rynkowa i innych tam takich. A dla podsumowania poinformowałam go, żeby mnie nie wciągał w rozmowę prywatną na temat gołych bab, gdyż poznałam już dzieło Piero Manzoni i mógłby ode mnie usłyszeć coś, co w jego opinii jest obrazoburcze. I nawet nie powiedziałam „srać”, tylko „akt wydalania”.
A potem mu podziękowałam za poświęcony czas i życzyłam miłego dnia z założeniem, że o wszelkich istotnych dla naszej umowy kwestiach nie omieszkam poinformować natychmiast jego pracowników. Więc, zgodnie z regułami savoir vivre’u byłam niegrzeczna, bo to on do mnie dzwonił i on powinien zakończyć rozmowę, a nie ja. Ale nie bądźmy tacy ą, ę.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że przy rozmowie był obecny mój szef, co to właśnie wpadł na papieroska. I powiedział mi, że nie uważa, jakobym była Dulska.
Jestem spionizowana, dziarska i gotowa do wyzwań.

A prywatnie to uważam, że tej firmie już dziękujemy.
Ale to prywatnie.

PS Tak, w rozmowie użyłam sformułowania „żenujący spot reklamowy”.

1 września 2008

Chleba naszego powszedniego

Dziecina moja jedyna i najukochańsza powróciła z wojaży w sobotę i od ręki ustawiła wszystko na właściwym miejscu.
Na początek oznajmiła, że nie ma w czym pójść na rozpoczęcie roku szkolnego. I nic to, że wspominałam o tym fakcie w czerwcu – zmieniły się priorytety oraz temperatura. W międzyczasie były co prawda wyprzedaże, ale oj tam. Koszt: 252,25 zł.
Nastepnie krew z krwi mojej, kość z mojej kości opierdykała mnie w miejscu publicznym. Koszt:… jak to ująć delikatnie… i-ry-ta-cja.
Już nie wspomnę o tym, że Mateczka na cito miała robiony kolejny zabieg w sobotę, bo się drastycznie pogorszyło. Koszt: jakieś 4 nowe siwe włosy. A propos – muszę iść do fryzjera. Koszt: 50 zł.
Dwa lata temu kupiliśmy nowy monitor za jedyne 1.299,00 zł. Psuł się jak cholera od samego początku. Pański krzyż mieliśmy z naprawami gwarancyjnymi. I właśnie zakończyła się gwarancja. W tym dniu monitor szlag trafił z hukiem. Bez monitora nie razbieriosz. Koszt: 649,00 zł. Prezesowi przepaliła się karta kredytowa i musiałam zapłacić z własnych.
Mam koszmarną infekcję różnopoziomową. Ledwo dycham. Koszt: 63,00 zł. Plus 5 kg chusteczek do nosa.
Naczelnemu ściagnęli „po”. Podlizuchy zarządziły zbiórkę na kwiatek. Koszt: 10,00 zł.
Przypomniało mi się, że potrzebuję paru rzeczy ze spożywczaka. Wynieśliśmy dwie torby. Koszt: 153,00 zł.
Mam stan przeddepresyjny. Kosztów nawet nie prognozuję, bo strach pomyśleć, ile wynosi terapia.
Na 25 września mamy zaplanowaną długo oczekiwaną wizytę u ortodonty. Planowany koszt: 5.000,00 zł. Na poczatek. Nie śmiem komentować.
Muszę pilnie sprzedać jeden samochód.

I jeszcze do tego wszystkiego dowiedziałam się, że Krynia jest w szpitalu. Od środy. Patrz: fryzjer. Niezastapiony powiedział mi przez telefon:
- No cóż… Nie dzwonisz, to nie wiesz.
I kto to mówi, pytam się??? Ten, co wiecznie burczy, że tylko wisimy na telefonie! Oczywiście, że dzwoniłam, ale nikt nie odbierał, do diaska! Przecież nikogo nie było w domu…
Wszystkich, którym skoczyło ciśnienie (no co! nie ma tak, żebym tylko ja była poszkodowana!) informuję, że Krynia połączyła sobie zgrabnie astmę z przeziębieniem. Gdyż, jak mnie poinformowała w krótkiej rozmowie rozpoznawczej, taka już z niej melomanka, że na wczasach leciała na koncert z mokrą głową.
Tak, tak, jadę tam dzisiaj, okrzyczę ją strasznie (od was też) i sprawdzę czy jej czego nie trzeba. Tak, oczywiście, że pozdrowię.
I na koniec rzecz ciekawa. Pełnym skruchy głosem nasza gwiazdeczka poinformowała mnie przez telefon:
- Nie chciałam ci nic mówić, bo ty jesteś taka wrażliwa i delikatna, że trzeba cię chronić.
Ja jej pokażę delikatna! Torba jedna!!!

PS Zapomniałam napisać, że musiałam zapłacić za semestr angielskiego – 580,00 zł.
I że nowa lokatorka zablokowała nam wjazd do garażu i jej nie ma. Chyba się nie polubimy.
I chyba mam temperaturę.
I wszystko mnie wnerwia.