31 sierpnia 2007

Już jestem i się poprawiam

Najpierw komentarz do komentarzy z notki o wizycie u Kryni. Bo muszę wam się przyznać, że opisywane przeze mnie historyjki są prawdziwe. Oczywiście – czasem odrobinę koloryzuję. Ale wierzcie mi – życie samo w sobie bywa tak zaskakujące, że zwykle koloryzować nie trzeba.
Naprawdę pies mnie podeptał malinową stopą, naprawdę prałam kieckę, naprawdę Krysia zmusiła mnie do przebrania, bo jest dobrym człowiekiem i nie chciała, żebym zmarzła. Naprawdę kwiczała radośnie na mój widok w jej sukience. I o majtkach też było naprawdę. Ot i wszystko o tym wydarzeniu.

Inna rzecz, jak sądzę, że macie wyrobione już lekko zdanie i na mój temat, i na Kryni. Mnie zapewne uważacie za solidnie stukniętą, co wcale daleko na półce od prawdy nie leży. Natomiast powiadam wam, że mylicie się co do Kryni. Nie jest ona bowiem, jak zapewne sądzicie, taką poważną i wyważoną panią. W Kryni kryją się pokłady niezbadane poczucia humoru, użytkowego w dodatku i odnoszę wrażenie, że liczne pomysły siedzą dosłownie na końcu nosa i czekają na uwolnienie. Krynia naturalnie, jak na damę przystało, myśli sobie zapewne, że wielu rzeczy robić nie wypada. Oczywiście się nie myli, ale wierzcie mi, że skłonność do różnych drobnych szaleństw nie jest jej obca i odpowiednio podkręcona może nas jeszcze zadziwić. Nie będzie rzecz jasne chadzała z mopem na głowie po ulicach swojej dzielnicy, ale kto ją tam wie, na co ją stać, jeśli się ją odseparuje od od plotkujących obserwatorów. Jest to zresztą, jak podejrzewam, cecha dość powszechna, bo nikt nie żyje na wyspie i nie da się odciąć w zupełności od ludzkich ocen. Natomiast skłonność do szaleństw tkwi w każdym z nas, z tym, że u jednych wystarczy popchnąć ją palcem, a u innych – trzeba walnąć młotem w potylicę.

A teraz bez obgadywania. Wybrałyśmy się dziś z Potomstwem na łowy szkolne, co było wielce miłym przeżyciem (pomijając płacenie), ponieważ moja córka rośnie na chwałę matce i czas z nią spędzony nie jest czasem straconym. Organ poczucia humoru wykształca się dziecinie z dnia na dzień coraz bardziej widocznie, a i mądre rozmowy się nam zdarzają coraz częściej i z przyjemnością obserwuję, że chętnie słucha, co się do niej mówi. Spokojnie można jej powierzyć różne kwestie do przemyślenia i rozważenia, a ona czyni to sumiennie i nie wykręca się od odpowiedzialności za podjęte przez siebie decyzje. A te pozwalam jej podejmować, bo uważam, że w świat powinna pójść dojrzała osoba, która zechce odpowiadać za swoje czyny. Tym wszakże charakteryzuje się dorosłość, n’est ce pas? Dorosłość, podkreślam, a nie pełnoletność.

Dzień miałam dziś w pracy wyjątkowo trudny. Zziajana jak pies wróciłam do domu i odkryłam, że:
- zawias w drzwiach do wymiennikowni ciepła nadal jest zepsuty (pół roku),
- w związku z ww. zawiasem, klamkę szlag trafił,
- przepaliła się żarówka tamże,
- nikt od tygodnia nie zmienił żarówek na energooszczędne w świetlikach z numerem budynku,
- graty nadal nie są zniesione do piwnicy,
- stary monitor, który został chwilowo wyciągnięty z graciarni, nieustannie stoi na środku gabinetu.

No to zrobiłam odczyt.
Szef nadal przebywa w dolnych rejonach budynku.
Dołożyłam się do wykonania niewykonanego, bo (wciągnąwszy w działania Potomstwo) zniesłam graty do piwnicy.
Nie jesteśmy pokłóceni, bo jakoś przez siedem lat nie udało się nam pokłócić na dłużej niż 15 minut, a tyle już minęło, więc jak wróci, to wszystko będzie OK.

A Potomstwo siedzi na allegro i szuka książek do angielskiego. Chciała nowe, ale trzeba aż trzy, a jak zobaczyła w księgarni, że jedna kosztuje 40 zł, to poszła po rozum do głowy, a że ma niedaleko, to szybko trafiła.

Ja natomiast mam koszmarną migrenę, która objawia się bólem w uchu. I to już drugi raz w tym tygodniu. Wobec powyższego dziękuję Państwu za uwagę i idę do łóżka zakopać się w piernaty oraz poczytać.

Przepraszam

Sądny dzień dziś mam. Nie wiem, czy mi się uda cokolwiek jeszcze napisać.
Wybaczcie.

30 sierpnia 2007

Firanki szydełkowe

Jak widzicie, jestem konformistką i za radą paciary dokonuję niniejszym zwabienia czytelników domowym sposobem. Pacia naturalnie sama nie jest bez winy i kamieniem nie rzuci, bowiem posunęła się już tak daleko, że zakupiła na targu szydełkowe cudeńka, obfotografowała i napisała notkę na trzy strony, w której opowiadała oczko po oczku, jak to udziergała. Potem snuła historie, że robi nalewki i co tam jeszcze, a czy ktoś próbował tych jej wyrobów, a? Więc ja już przestałam wierzyć, bo zwykły człowiek nie może być taki wszechstronnie uzdolniony. To wszystko tylko na podpuchę biednego, głupiutkiego czytelnika, który lata do tej paćki z wywieszonym ozorem i ciągle ogląda tę samą notkę*.

Ale ja jak zwykle nie o tym. Niemmniej czuję się wytłumaczona. Ja to na przykład mogę dziś napisać historię o tym, jak świat okrutnie karze miłych i sympatycznych ludzi, którzy chcą się zaprzyjaźnić. O drugiej będzie i o kryni02. Wyobraźcie sobie, że bezlitosne te istoty nabyły obrzydliwego nawyku obrabiania mi tyłka we własnym gronie. Mało tego! Idą na pełnego bezczela i robią to w mojej obecności, żeby wręcz nie napisać – w przytomności – albowiem nikt mi do herbatki niczego nie dorzuca i młotem w skroń nie zdziela. Odbywają więc rozmowy telefoniczne, w które nie jestem angażowana, a z wrodzonego mi taktu to wręcz wydalam się do pomieszczeń sąsiednich, żeby nie przeszkadzać. Co nie znaczy, że coś mi na słuch padło.

d-m: bzzzzz, bzzz, bzzzz
k: No tak, jest u mnie właśnie.
m-w: milczy
d-m: bzzzzz, bzzz, bzzzz
k: Tak, tak, siedzimy sobie i gadamy.
m-w: milcząco się wydala
d-m: bzzzzz, bzzz, bzzzz
k: O różnych rzeczach gadamy sobie. Ona tu siedzi, a ja się wysilam. Czasem to strasznie zestresowana tym jestem.
d-m: bzzzzz, bzzz, bzzzz
m-w: (ostrzega) Więcej nie przyjadę.
k: Mówi, że więcej nie przyjedzie.
d-m: bzzzzz, bzzz, bzzzz, bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

Nikt nie mówił, że przyjaźń jest łatwa, nie? No nikt.

Krynia mści się na mnie za to wyimaginowane wysilanie się. Czasem nawet szczuje mnie psem. Na przykład wczoraj mnie poszczuła. Nie dość, że prawie odgryzł mi dłoń zaraz po tym, jak wyżebrał ode mnie ciastko, to jeszcze potem w tajemnicy roztarła mu maliny na łapach, a potem napuściła na mnie drania. No i drań naturalnie wykonał zadanie podszepnięte przez swoją panią i przeleciał się tymi malinowymi łapami po mojej białej kiecce. Chciałam zmilczeć, słowo. Ale nie ma tak! Rzuciła się na mnie, kazała kieckę prać, oblała mnie z węża wodą, a potem zdarła ciuchy niewinnej bez litości, pozostawiając mnie na środku mieszkania w bieliźnie. Nie zapominajmy przy tym, że Niezastapiony był w domu i nie można go traktować tak okrutnie, żeby musiał oglądać snujące się po chałupie gołe, obce baby.
Na koniec, imaginujcie sobie, kazała mi zmienić majtki. No ludzie! Tam to strach pójść, nawet majty z człowieka zedrą, nie znasz dnia ani godziny.
Jak przymarzłam do podłogi, to się zlitowała, rzuciła we mnie jakąś kiecką i natychmiast zaczęła kwiczeć ze szczęścia na okoliczność mojego w tej kiecce wyglądu.
Smutek i sromota.

Najzabawniejsze jednak jest to, że rano wyszłam z domu w białej sukience do kolan, a wieczorem wróciłam w zielonej do pół łydki, a Szef nawet nie zauważył. Nie żądajmy jednak zbyt wiele, wszak możemy to przekuć na lemiesze. Jak wrócę kiedyś z majtkami w kieszeni, to też problemu nie będzie.
CBDO.

* Już się sypię z radości, jak mi bluźnie w komciach ;o)

Komunikat

Redakcja uprzejmie informuje, że w związku z chwilowym zapomnieniem, po co tu jest i wynikłymi z tego szaleństwami graficznymi, statystyki umarły.
Redakcja poczuła się jak ta sirota bez ojca i matki, biedny miś.
Redakcja myślała, że wszyscy ją opuścili (poza pacią ;o)).
Na szczęście uporczywe grzebanie i wrodzone kombinatorstwo doprowadziło do powrotu statystyk z krótkiego urlopu i redakcja zobaczyła dziś rano, że wpadł ktoś z Radomia.
NIEH RZYJE RADOM!
I to by było na tyle.
Tymczasem.

29 sierpnia 2007

O bibliotece

Winna wam jestem wyjaśnienie, a poza tym nie mogę się oprzeć, żeby sobie nie podywagować. Oczywiście sprawdziłam te „Zapiski…” i wyszło, że na szczęście Eco posługuje się tekstem własnym. Nie wiem co prawda, który jest pierwotny, bo oba datowane są tak samo, z tym, że jeden jest felietonem, a drugi wykładem, ale przecież nie o to chodzi.
Eco jest nieprawdopodobnie erudycyjnym pisarzem, a przy tym jest lekki, dowcipny jak mało kto, daje się czytać bez trudu. Oczywiście proszę sobie nie myśleć, że to jest pisarz stricte rozrywkowy. Ale można i tak, po powierzchni. Niemniej polecam się zagłębić, on zawsze chce coś mądrego powiedzieć i to na wielu poziomach. Tuż pod powierzchnią rozrywki tkwią odwołania do socjologicznej, anropologicznej, psychologicznej rzeczywistości. Tym, którym się chce, Eco oferuje tę przepastną głębinę przemyśleń, charakterystyczną dla ludzi o wyjątkowo szerokich horyzontach. Od razu uprzedzam, że daleko mi do hurraoptymizmu albowiem jest to pisarz, który często napawa mnie wręcz nabożnym lękiem. Szerokiej publiczności jest bowiem znany z „Imienia róży”, troszkę węższej z „Wahadła Foucaulta” czy „Baudolino”, tej najskromniejszej różwnież z „Pięciu pism moralnych” czy „Sześciu przechadzek po lesie fikcji”. Dla każdej, ale najmocniej dla tej ostatniej grupy, Eco jest twórcą niezwykle wymagającym. Pomijam pewne oczywistości, że aby przeczytać z sensem tę ostatnią pozycję, trzeba w miarę władać angielskim i francuskim, że o zamiłowaniu do analitycznego podejścia do polszczyzny nie wspomnę. Jest jeszcze coś z pogranicza językoznawstwa, semiotyki, a także innych dziedzin nauki, gdzie Eco wymaga od nas, byśmy byli amatorami. Ale nie w pojęciu kolokwialnym. Pamiętajmy, że słowo „amator” ma swój źródłosłów w łacińskiem „amo, amare”, a więc „kochać”. Dla Eco musimy być czytelnikami miłującymi to, co on nam podaje.
Najzabawniejszy jest panujący na uczelniach snobizm na rozumienie „Sześciu przechadzek…”. Im wyższy tytuł naukowy, tym lepiej rozumieją, co autor miał na myśli. Ja to bym się nie pokusiła o takie stwierdzenia, gdyż – jak już wspominałam – Eco jest dla mnie ikoniczny i powodujący trzepot rzęs wraz z panieńskim rumieńcem (dzięcielina pała).
Ale to jak zwykle dygresje, bo ja chciałam o tej bibliotece. Naturalnie wszyscy już zdajemy sobie sprawę, że wcale nie o bibliotekę chodzi, prawda? Bo chodzi o świat w ogóle. Niemniej ja chciałabym mimowolnie prześlizgnąć się po warstwie powierzchniowej i zacytować wam coś, co spowodowało, że poczułam się, jak pączek w maśle i na właściwym miejscu.
„…Ale najpiękniejsze (…) jest to, że przynajmniej pewna kategoria czytelników ma dostęp do regałów, to znaczy, iż nie zamawia się książek, ale (…) rusza na wyprawę. (…) Dlaczego dostęp do półek jest tak ważny? Otóż jednym z nieporozumień, jakie dominują nad pojęciem biblioteki, jest pogląd, że idzie się tam po książkę, której tytuł się zna. Rzeczywiście, często się zdarza, że idzie się do biblioteki, bo chce się książkę o znanym tytule, ale główną funkcją biblioteki, a przynajmniej funkcją biblioteki w moim domu i w domach wszystkich znajomych, jakich możemy odwiedzać, jest odkrywanie książek, których istnienia się nie podejrzewało, a które, jak się okazuje, są dla nas niezwykle ważne…”*
Otóż to, moi drodzy, otóż to. Konia z rzędem temu, kto mi przestawi mózg na myślenie, że na allegro książki są tańsze, łatwiej dostępne i nie trzeba wychodzić z domu. A gdzie tajemnica, pytam? Gdzie te książki, które konstytuują moje życie, a o których istneniu po dziś dzień nawet nie wiem? Gdzie ten zapach niepowtarzalny, zarówno farby drukarskiej w księgarni, jak i – nieporównywalny chyba z niczym – jakieś nieuchwytnej historii półek i domów, smutków i radości, tak charakterystyczny dla antykwariatów?
No i dochodzimy do sedna. Ja nie mówię NIE aukcyjnemu nabywaniu literatury. Ale co mogę za to, że spacer pomiędzy półkami, zwłaszcza takimi do sufitu, wypchanymi do granic możliwości, siedzenie na podłodze i podczytywanie, ten zachwyt nad czymś, co się odkryło znienacka, jest dla mnie osobiście przeżyciem, którego porównać się nie da z niczym.

A tak poza wszystkim: czy wolicie, by w życiu ktoś podawał wam do ręki to, o co prosicie, czy też chcecie sami przechadzać się pomiędzy półkami i odkrywać, jak wiele jeszcze przed wami doświadczeń, zachwytów, radości, smutków, łez, które możecie dzięki tym przechadzkom odkryć samodzielnie?
Hę???

* Eco, U.: O bibliotece, tłum. A. Szymanowski, Warszawa 2007, s. 27.
skróty moje

W jaki sposób uniknąć kary, gdy coś spsocisz

Sposoby są różne, ale te dwa wydają się absolutnie bezkonkurencyjne.

Sposób pierwszy:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Sposób drugi:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Proszę bardzo, kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem!

Aha… sposób pierwszy znam z autopsji. W dodatku razy 3.

28 sierpnia 2007

Opowieść o misiach-przytulisiach

Każdy wieczór w naszym domostwie przebiega według ściśle opracowanego scenariusza, którego elementem jest dostarczanie do naszego łóżka misiów-przytulisiów. Pewnie chodzi o to, żeby się nam dobrze spało. W roli dostaczyciela (donosiciela?) występuje Zocha wieczorna. W roli nas występujemy my. W roli miejsca dostarczenia występuje sypialnia z wariacjami (podłoga, łóżko itp). W roli misiów przytulisiów… no właśnie. Z pełnym zaangażowaniem oddajemy się oboje uczestnictwu w sztuce rozgrywanej przez Zochę wieczorną każdego wieczora. Schemat działań jest zawsze ten sam. Kiedy już leżymy w łóżku i na głowie Szefa leży Karol, a pod moją kołdrą szamoce się Tuśka, Zocha wieczorna daje sygnał dźwiękowy do rozpoczęcia działań. Sygnał dobiega z dołu, najczęściej z tak zwanego salonu i zmienia miejsce dobiegania zgodnie z przebywaną trasą. Naszym świętym obowiązkiem jest na ów sygnał odpowiedzieć, co zachęci Zochę do realizacji z góry przyjętego planu.
- Miauuuuuuuuuuu!!!
- No chodź, Zosieńko, chodź szybciutko.
- Miauuuuuuuuuuu!!!
I zaczyna się totalizator sportowy.
- Co dziś obstawiasz?
- A jaka jest stawka?
- Miauuuuuuuuuuu!!!
- Kto przegra, gotuje jutro obiad.
- Dobra. Piłeczkę.
- Miauuuuuuuuuuu!!!
- A ja myszkę.
- Którą, trzeba określić dokładnie.
- Dużą. A ty nie określiłeś.
- Miauuuuuuuuuuu!!!
- No to żółtą z gąbki.
- Uważaj, zbliża się!
- Miauuuuuuuuuuu!!!
- Nooo, co tam dziś mamy?
- Miauuuuuuuuuuu!!!
- Wygrałeś. Piłeczka.
- Miau, miau, miau, mrrrruuu…
- Idź no, Zośka, przynieś myszkę.
Zośce już się nie chce, pada na podłogę dumna z właściwie spełnionego obowiązku.

Misie-prztulisie pojawiają się w przeróżnych wariacjach. Naszą ulubioną jest gabka do mycia naczyń, ściągnięta ze zmywaka. Przedziwne zamiłowanie.
Dziś o poranku odkryliśmy, że Zocha ciężko pracowała całą noc. W naszym łóżku spały z nami następujące misie-przytulisie:
- piłeczka z gąbki żółta,
- piłeczka czerwona z coca-coli,
- myszka z futerka szara, duża,
- gąbka ze zmywaka,
- ścierka do naczyń.
Po przeprowadzeniu dochodzenia okazało się, że ścierka jest nieużywana i została wyciągnięta z szafy. Proste, prawda? Otwiera się szafę i ciągnie do skutku. Jak koty dłużej są same w domu, to ktoś potrafi wyciągnąć z szafy do 7 koszul Szefa. Do dziś nie ma pewności, kto jest sprawcą. Nie wiemy na pewno, że to Zocha, bo w nocy też za rękę… yyy… za łapę znaczy, jej nie złapaliśmy.

Dialogi wieczorne.
- Grasz?
- Nie.
- A co robisz tak długo?
- Kombinuję z hateemelem na blogu.
- A co chcesz wykombinować?
- No tak sobie na czuja sprawdzam, jak zmienić tło na przykład.
- O, super. Ja ci zrobię!
- Ale ja nie chcę mieć zrobionego, chcę sama umieć.
- To ja cie nauczę! Posuń się. No posuń się!

… po 45 minutach

- Prosze cię, obiecałeś, że mi powiesz – jak. Siedzisz tu juz prawie godzinę, nic się nie zmieniło i ja dalej nie wiem, co ty robisz.
- Cicho, cicho! Pracuję!

Efekty pracy widzicie sami.
Zatoczyliśmy koło.
Ale podobno koło to figura idealna.

PS
Zapomniałam Wam powiedzieć, że o 6.45 napsikłam sobie w oko perfumami.
A o 8.00 RUSKIE przyszli. No nie do wiary, to się nigdy nie skończy, oni nie wyrażają woli się od nas odpierpapier, ożesz jego melodia.
Posuwam na wysokości lamperii. Odmawiam rozmów telefonicznych i nic nikomu nie będę wyjaśniała, do cholery i kropka!

PSS
Buchacha!
Tego jeszcze nie było! Podaję najciekawszy odsyłacz z wyszukiwarki na mojego bloga, na jaki udało mi się trafić. Uwaga…
DRZWI WYJŚCIOWE DO MIESZKAŃ W BIELSKU PODLASKIM.
To jest mój kandydat do nagrody. Prosimy o ujawnienie się.

Nieznane są ścieżki Pana…

27 sierpnia 2007

Do soleil

No i skoro już weszłam do tej księgi gości (rzadko tam wchodzę, bo jak sama nazwa wskazuje to jest księga gości, a nie gospodyni), to teraz mam niezłą zagwozdkę. I czego to miałam cię nauczyć, psiekrwie???

Wczoraj mnie nosiło

Remont w łazience moich rodziców dokonał się ostatecznie. Okropnie mi się nie chciało, jak to przy wykończeniówce. Najgorsze to klękanie i wstawanie, bo kolano mi się zepsuło. Już z tydzień temu mi się zepsuło, ale jak się naklękałam i nawstawałam w tej łazience, to wreszcie nieśmiało zapytałam, czy nie ma aby jakiejś maści albo cuś. Mieli. Zaopatrzyli mnie czule i jest jakby ciut lepiej. Z tym, że jeszcze nie dobrze. W dzieciństwie zrobiłam sobie w to kolanko kuku na zjeżdżalni na basenie. Wina była w 100% mojego kuzyna, więc zaproponowałam, że pociągnę go do odpowiedzialności, bo na starość mi to kolano całkiem szlag trafi. Renta się przyda, jak znalazł.
- Roszczenie się przedawniło – poinformował radca prawny z drugiego pokoju.
No i masz, w tej rodzinie nikt nie jest po właściwej stronie…
A kolanko psuje mi się okresowo, ale tak mnie jeszcze nie bolało. Nie wiem czy to nie symptom upływu czasu? Ukryjmy tę myśl pod znaczącym kaszelkiem.

A potem to nam się jeszcze zachciało (dla odreagowania po wysiłku fizycznym)udać do IKEI, więc upłynniliśmy trochę forsy, bo jakoś nie umiem stamtąd wychodzić na pusto. Okopaliśmy się z Szefem na okoliczność kilku poduszek (życzenie Szefa – proszę nie wyrażać zdziwienia), szklanek (co się dzieje z tymi szklankami, do diaska, ktoś je zjada?), łyżeczek (jw. ze szklankami) oraz naczynia żaroodpornego, bo sobie sama stłukłam – przyznaję się bez bicia. Wynikły też półeczki do łazienki oraz bardzo zgrabna półka na książki, ale ponieważ nie mieliśmy dokładnych wymiarów miejsc, to sobie darowaliśmy. Ale po tę półkę na książki to wrócę na 100%, wydaje się idealnie pasować do pewnej małej wnęki w przedpokoiku na górze. Jednakże prawda jest taka, że to będzie wyjątkowo drogi zakup, ponieważ pociągnie za soba liczne i niekontrolowane wizyty w empiku. Albo jedną, ale za to z koszykiem wypożyczonym z Tesco hehe. Błądząc myślami wokół wciąż nienabytych książek, które chcielibysmy posiadać, umówiliśmy się z Szefem na randkę w antykwariacie w przyszłą sobotę. Mamy w planie stanąć u drzwi o 10.00 i opuścić lokal o 13.00 wraz z jego zamknięciem, objuczeni jak wielbłądy. Jak mi się uda szarpnąć coś fajnego, to wam doniosę niezwłocznie.

Dziś o poranku miałam deja vu związane ze wspominaną wcześniej książką Eco „O bibliotece”. No bo książka (to jest zapis wykładu) jest naturalnie znakomita, ale… odniosłam nieodparte wrażenie, że już to czytałam. A przynajmniej część. Muszę przejrzeć posiadane „Zapiski na pudełku od zapałek” z nadzieją, że Eco ściągnął z samego siebie. Podejrzane są właśnie „Zapiski…” albo felietony Ephraima Kishona, ale wtedy to bym chyba zeszła na serce. Obojętnie, w którą stronę by działało.

W związku z szaleństwami, obiad spożyliśmy w jakichś abstrakcyjnych godzinach wieczornych, ale za to przesadnie obfity i nie mogłam zasnąć do północy. Ta obfitość wynikała pewnie z faktu, że wcześniej zdążyliśmy tylko ze śniadaniem. I to dość wcześnie, jak na nas i w niedzielę, bo na Cejrowskim byliśmy już przy kawie.
No to mieliśmy czas, żeby zgłodnieć.
A dziś rano budzik zadzwonił bez litości, nie mając na względzie rozpasania kulinarnego. Bu i bu.

Aha – wody nadal nie ma. Dodatkowo zaginął gdzieś jej rozwoziciel. Zaistniało podejrzenie, że jakiś wysuszony pracownik zaciągnął go do piwnicy i wyssał z niego wszystkie soki.
No właśnie, a propos katastrofizmu – zamierzam przeczytać wszystkie książki Kinga. Oczywiście oprócz tych, które już czytałam. No to będzie co na tej nowej półce stawiać.

A cud techniki wygląda TAK!

Z przodu wygląda ci on

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

I z tyłu tyż wygląda

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A poruszam się nim JA!

26 sierpnia 2007

Służbowa sobota

Najbardziej chyba męczącym, z mojego punktu widzenia, obowiązkiem służbowym jest konieczność obecności na tzw. imprezach. Jak mam przyjechać do firmy, zrobić coś konkretnego, wymienić uwagi i jechać do domu, to OK. Ale imprezy są męczące. Raz – bo zabierają człowiekowi mnóstwo czasu (nie da się wpaść na godzinę, musisz siedzieć przynajmniej cztery), choć ja się zawsze jakoś wykręcam i urywam. Dwa – bo to wyłącznie politykierka. Suszysz człowieku zęby, rozmawiasz o niczym albo robisz interesy. Jak masz jakieś do zrobienia. Szczęśliwie się złożyło, że wczoraj miałam, przynajmniej było jakieś zajęcie.
Zabawa była przednia, bo wiadomo, że jeśli nawet nie masz interesów, to warto zadzieżgnąć kontakty. Zgadnijcie, kto jest zawsze najbardziej oblegany? No wiadomo – najważniejszy. A mnie się tym razem zdarzyło mieć interes do najważniejszego. Szczęśliwie przebywał w towarzystwie wyłącznie męskim, więc uznałam, że najrozsądniej będzie schować w kieszeń przemyślenia o seksizmie i wyhaczyć gościa z tłumu na damską sztuczkę. Zresztą przeciw takim żałosnym argumentom mężczyźni zwykle nie potrafią nic poradzić.
- Panowie wybaczą – olśniewałam uśmiechem – nie możecie rezerwować sobie całego czasu pana prezydenta na męskie rozmowy. Jako kobieta uznałam, że coś mi się należy i postanowiłam go poderwać. Pan pozwoli, panie prezydencie?
I już byli załatwieni. Sami powiedzcie, no co można powiedzieć na takie dictum. Od razu uprzedzam, że mój interes nie był wcale prywatny, chodziło o akcję „parkujesz? – zdrapujesz!”*. Ale zabawę i tak miałam, bo potem pielgrzymki politykierskie przychodziły do mnie, zwyczajnie chcieli wyniuchać, co jest na rzeczy. Powiadam wam – nie znoszę takich sytuacji!!! Najlepiej jest mieć ogródek i siedzieć w ogródku. Nie mam ogródka, to politykuję na małą skalę. Ale… kupiliśmy wczoraj pierwszą tuję, bo chcielibyśmy przed domem uzyskać coś takiego, jak nasz sąsiad z przeciwka.

O:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Ładne, nie?
Oprócz tego znalazłam wierzby po 10 zł. W związku z tym mam dwa pomysły: szpaler wzdłuż ulicy i obsadzenie śmietnika. Ale do tego drugiego znów muszę trochę popolitykować :o) To niesamowite po prostu. Żałosne!
A potem to już sobie dam spokój i będę patrzyła, jak rośnie.
Oby!

PS godz. 20.28
Właśnie skończyłam czytać:
trzy książki Jakuba Ćwieka. Ujdą. W kwestii rozrywkowej: wchodzą jak nóż w ciepłe masełko. Jedna książka na góra dwa dni. Gość ma szansę zostać pisarzem. Chociaż Szef jest bezlitosny i mówi na niego Ćwok.
Czytam obecnie:
Umberto Eco: O bibliotece.
Stanisław Lem: Okamgnienie.
Wojciech Cejrowski: Rio Anaconda.
Jak skończę, to wam powiem, co o tym sądzę.

* Krysiu, wziął opinię prawną, choć strasznie się opierał, ale wiesz, że mnie się tak łatwo pozbyć nie da. Jestem z nim umówiona na telefon w przyszłym tygodniu. Nie wiem, jak będzie, bo wysypał się, że akcji w pierwszym rzucie nie poparła nawet jedna osoba. Jakby nie poszło, to poczekamy na nowożeńców i będziemy drążyć dalej.

24 sierpnia 2007

Porozmawiajmy jak Anglicy

O pogodzie. Bo wyobraźcie sobie, że nasza sprzątaczka jest na urlopie. A ona ma taki miły zwyczaj, że po przyjściu otwiera drzwi mojego pokoju na oścież, okno na oścież i włącza wentylator. Ja przychodzę ok. 1,5 h po niej i w pokoju w miarę można egzystować. Kiedy jej nie ma, zastępcy tego nie robią.
Otwarłam dziś drzwi od gabinetu tortur i zaduch z żarem, które były tam już od jakiegoś czasu, rzuciły się na mnie w progu, przewróciły mnie, przebiegły po mnie podskakując i kopnęły mnie w twarz na powitanie. Doczołgałam się do krzesła, wstałam wsparłszy się na nim i zerknęłam. Na termometrze nabiurkowym stało: 31,5 stopnia C. Pamiętam, jak mi Ojciec mówili, że taka temperatura w pomieszczeniu nijak się ma do przepisów BHP i powinniśmy iść do domu. HA! Wyobraźcie sobie siebie oświadczających własnej dyrekcji:
- W pokoju mam za ciepło, więc wracam do domu.
A dyrekcja na to:
- To super, mamy przerost zatrudnienia.
No to otwarłam drzwi i okno, włączyłam wentylator, który nie chłodzi, tylko miele tę zawiesinę i zadumałam się na okoliczność klimatyzacji. Otóż zamówiliśmy w tym roku klimę do pokoju, a dyrekcja (w łaskawości swojej) nam to klepnęła. Co z tego, jeśli u nas wszystko przechodzi przez zamówienia publiczne i urządzenie pojawi się – z całą pewnością – ale zapewne w grudniu. Na znak protestu ustawimy sobie z koleżanką temperaturę ujemną i zamarzniemy ostentacyjnie przy biurkach. To ci będzie heca. Ciekawe czy pracownik siedzący przy biurku, lecz martwy, predystynuje pracodawcę do ogłoszenia rekrutacji na jego stanowisko. Bo jeśli stanowisko to moje biurko i krzesło, to one nadal będą zajęte.
Jakby tego było mało – wody pitnej nie dowieźli. Udaję się kilkakrotnie w ciągu dnia na kradzioszki do płac, bo są najbliżej. Nie są chętne (płace) do współpracy w takiej sytuacji, ale przenikam tam w czapce niewidce. A dziś rano poszłam po prostu do sklepu i kupiłam niemoralną, którą powinien mi zapewnić pracodawca. Ale oj tam.

Oprócz tego wpadłam w biurokratyczny wir załatwiania formalności w socjalnym. Do łez rozbawiła mnie konieczność dołączania do wniosku o dofinansowanie zaświadczenia o zarobkach. I to wszystko na terenie jednego zakładu dla obłąkanych. Sami sobie generujemy dodatkową robotę. Ach, ach. Inna rzecz, że miałam wyjątkowego farta, bo komisja socjalna ma akurat posiedzenie w ten poniedziałek i kolega w socjalnym od ręki wyliczył mi, ile dostanę kaski, co było miodem na moje skatowane wydatkami serce i lepikiem na dziurawą kieszeń. Jak wyliczył, to powiedział:
- No przepraszam, ale obniżyli ostatnio stawki.
- Coś ty! Ja to bym się nawet ze stówy cieszyła – odparłam radośnie.
Od tego stwierdzenia do teorii o szklance do połowy pełnej jest już tylko krok.
Bo np. dostałam w tym roku podwyżkę! 50 zł. Brutto. Cha, cha! Są tacy, co dostali stówę i narzekają. A ja się śmieję i mówię, że zawsze na flaszkę starczy. I można zalać robaka. Nie ma co narzekać, trza się do roboty brać. Na przykład w innym zakładzie dla obłąkanych, który nie daje ośmieszających podwyżek.
Nieprawdaż?

23 sierpnia 2007

Wkurw

I przepraszam bardzo. Bo miało być o srebrnej strzale, którą przyjechałam dziś do pracy po raz pierwszy. A będzie o czymś zupełnie innym. Będzie o spotkaniu klasowym.

Ni z gruchy, ni z pietruchy zadzwoniła do mnie koleżanka z maturalnej klasy. Piszę „z maturalnej”, bo ja nie jestem łatwą pacjentką i oprócz znanego fiku-miku, że studia zrobiłam na innym kierunku, a pracę magisterską napisałam na innym, mam w swoim życiorysie mnóstwo jeszcze dowodów na to, że nie jest ze mną łatwo współpracować, gdyż wena mnie męczy.
Dośc dotkliwe objawienia miałam już w liceum. Bo było tak, że dość wcześnie zdecydowałam się na rodzaj studiów, humanistycznych jak wiadomo, a byłam w biol-chemie. W tych czasach matura dla profilowanych klas była możliwa do zdawania tylko z wybranych przedmiotów. Na egzaminie wstępnym miałam historię, więc uznałam (słusznie zresztą), że zdawanie matury z biologii i potem rycie historii na wstępny w krótkim czasie to pomyłka. Udałam się wobec powyższego do dyrekcji i zażądałam jednej z dwóch rzeczy:
1. specjalnego traktowania,
2. przeniesienia w czwartej klasie do klasy ogólnej.
Dyrekcja za głowę się chwyciła i wywaliła mnie z gabinetu. Powtórzyłam manewr kilkakrotnie w wariacjach (korytarz, pokój nauczycielski, sekretariat, drzwi do kibla) z tym samym skutkiem. To się przezbroiłam i nasłałam na dyrekcję Tatę we własnej osobie. Wszyscy wiedzą, że mój Ojciec jest złotousty, więc można było przewidzieć, że dyrekcja nie zniesie tego na dłuższą metę. Nie zniosła i mnie w maturalnej przeniosła. Ewenement na skalę województwa, bo były spore różnice programowe. Najzabawniejsze, że jak się rok szkolny zaczął, to przyszło pismo, że zezwalają na egzaminy maturalne w wersji: bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, czyli afera była zbędna. Ale nie miałam śmiałości zajść do dyrekcji i zawnioskować o odkręcenie. Żeby apopleksji nie dostał. No i skończyłam szkołę w ogólnej.
Powróćmy do adremów.
Więc zadzwoniła do mnie koleżanka z maturalnej klasy, a ja się bardzo ucieszyłam, bo nie widziałam jej lekko z 7 lat. Poinformowała mnie łaskawie, że przypada nam w tym roku 15 rocznica matury, więc skóra mi się zjeżyła na tyłku i stać mnie było jedynie na podsumowanie, że całe szczęście, że jestem wybitnie zdolna i sporo od nich młodsza (i tylko dlatego chodziłam z nimi do klasy – znacznie poza kolejką), bo by mnie inaczej szlag trafił.
A tak naprawdę pomyślałam sobie, że nieźle, bo niektórych to naprawdę z 15 lat nie widziałam. Zapytałam czy impreza klasowa, czy rocznikowa, otrzymałam odpowiedź, że nie myśleli o tym, ale przecież im ciemniej tym przyjemniej, więc luz. Otrzymałam misję i rozpuściłam wici po koleżankach i kolegach, z którymi utrzymuję kontakt do dziś (w tym mój przyjaciel Tomasz, z którym obgryzałam kapcie w przedszkolu, ołówki w podstawówce i co ładniejszych kolegów wraz z koleżankami w liceum). Reakcja była entuzjastyczna i zobowiązali się puścić dalej.
I teraz przechodzimy do sedna.
Dziś dostałam maila od wspomnianej koleżanki, że się naradzili, bla bla bla i nie chcą nikogo spoza klasy.
)^&%^$(^)_@@@@@##*&*^&^!!!!!!!!!
Tyle.

Napisałam do przyjaciół, że im załączam i nie tłumaczę. I żebyśmy się umówili w tym samym dniu, o tej samej porze. Obok. I pokazali, jak się elita bawi. Wyobrażam sobie lekką ręka, że spora część nauczycieli skorzystałaby z imprezy konkurencyjnej. Cóż… w liceum też nie byłam twarzą z tłumu.

22 sierpnia 2007

Prawdziwa miłość

Warto jest znaleźć w życiu prawdziwą miłość. Oparcie i wsparcie. Ciepło i wyrozumiałość.

- I co, będziesz sobie dzisiaj oglądał Bareję?
- Co?
- Bareję, taki reżyser.
- Aha. No chyba nie.
- Ale czemu? Sadzisz się na to od tygodnia.
- No tak, ale ja chciałem tak razem z tobą. Popatrzeć, pobyć. A co to za przyjemność, jak ja po pięciu minutach filmu patrzę, a tobie głowa się kiwa, usta otwarte, ślina ci ścieka po brodzie. To nie są warunki do oglądania!

Uprzejmie informuję, że jest duszno. O awanturę łatwo. Nalepki z rejestracją zapomniał przykleić w samochodzie. I schodki nam się zawaliły. Ale teraz to już go zdzielę mieczem!

Dopisek z 23.08.2007 r. godz. 10.30

Ponieważ zaistniały podejrzenia, że śpimy na terenie klatki schodowej, załączam zdjęcia potwierdzające, że, kurza melodia, mamy w domu schodki. Choć, jak widzicie, jest to nazwa nieco na wyrost. Ale chadzamy po nich wielokrotnie, a nawet biegamy (ale nie rozpowszechniajcie tej informacji) a wczoraj sąsian nam zarwał dwa stopnie, za co ukarzemy go chłostą. Tak myślę. Albo mogę pozbierać propozycje.

Oto schodki w rzucie lustrzanym
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Oto schodki w rzucie właściwym, okrojonym
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Jazda z biurem turystycznym zaczyna się na nowo

Jestem bowiem świeżo po wizycie w kancelarii prawnej. Naturalnie nie wspominam, że prawnik, który mnie reprezentuje jest wychowankiem Taty ;o)Nie ma co błądzić po omacku, moi państwo. Wysłuchał mnie cierpliwie, za głowę się złapał i powiedział, że to wszystko podpada pod UOKiK. A że ma doświadczenie i w tym miejscu, być może porwiemy się na takie ekscesy. Nie dokońca wiemy jeszcze o co walczymy i z kim*, ale machnęłam ręką na takie szczegóły. Podpisałam pełnomocnictwo i mam to z głowy. Rozsiądźmy się, zróbmy sobie herbatkę i poczekajmy cierpliwie na rozwój wypadków.
Fajny taki pełnomocnik. W razie jakby doszło do sprawy sądowej, to (przy założeniu, że się wygra) w ogóle człowieka nic nie kosztuje. Więc co mi tam. Hulaj dusza, piekła nie ma. W bój!
Ciekawe, swoja drogą, ile z tych kolonii powróci do mojej spragnionej kieszeni. Pozostaje bowiem kwestią otwartą dofinansowanie z socjalu. Na szybko napisałam maila do kancelarii, czy aby na 100% potrzebują oryginalnej faktury, bo mi wszystko koło nosa może przejść, a w razie przegranej to dostanę tylko koszty (prawnikowi trzeba zapłacić). Oczywiście w swojej durnej uczciwości nie mogłam się zdobyć na normalne polskie zachowanie, czyli oddać fakturę do socjalnego nie przejmując się. Zadzwoniłam do nich, powiedziałam, że mam roszczenie do biura turystycznego i może mi się udać odzyskanie jakichś pieniędzy, więc czułabym się z tym źle, gdyby mi dofinansowali od całości. Oczywiście mnie wyśmiali i kazali przynieść fakturę, pukając się w głowę z rozmachem.
Czy wysypywałam się już kiedyś z tym rewolucyjnym poglądem, że z tej zasranej uczciwości kiedyś z głodu zdechnę? Nie? No to proszę, voila!
Pamiętam, jak onegdaj Ojciec Własny, asystując poniekąd w moich wyborach i poczynaniach życiowych, pokiwał głową i westchnął był:
- Ech, dziecko, wszystko, co najgorsze po mnie zebrałaś. Nigdy się niczego nie dorobisz.
Trudno odmówić racji tej smutnej teorii.
Ale nie narzekajmy, drodzy radiosłuchacze. Albowiem jestem wszakże milusia, a milusim może się ułożyć jak po maśle:
1. RYP dofinansowanie z jednej strony,
2. RYP zwrot kosztów kolonii z drugiej,
3. RYP, nikt się nie skapnie.
I wtedy opowiem wam o tym, jak zostałam potentatem, nieprawdaż. Będę opływała w szmal, który zakopię skrzętnie pod dywanem w sypialni i zapomnę o miejscu pochówku, żeby się nikt niepowołany do wydawania nie wziął. Ze mną na czele albowiem ja nieprzewidywalna jestem i rozrzutna w dodatku. Mogę wydać dowolną kwotę w dowolnie krótkim czasie. Póki co – teoretycznie. Ale zawsze jestem gotowa na rozpoczęcie praktyk. Jakby kto znał takiego, co to chce przyjąć praktykanta z wyjątkowym urokiem osobistym do tej działki, to nie wahajcie się mnie o tym zawiadomić.

A propos!
Dostałam dziś rozczulającego maila i się z wami podzielę. Obśmiałam się jak norka, nie przymierzając.

Jak prawidłowo przydzielić obowiązki nowym pracownikom?

1. W zamkniętym pokoju umieścić 400 cegieł.

2. Wpuścić nowo zatrudnionych do pokoju z cegłami, zamknąć drzwi.

3. Zostawić ich samych sobie, wrócić po 6 godzinach.

4. Ocenić sytuację:

a. Jeżeli liczą cegły, dać ich do księgowości.

b. Jak liczą po raz drugi, dać ich do audytu.

c. Jak porozrzucali cegły po całym pokoju, dać ich do działu inżynieryjnego.

d. Jak układają cegły w przedziwnym porządku, dać ich do planowania.

e. Jak rzucają w siebie cegłami, dać ich do działu obsługi.

f. Jak śpią, dać ich do działu zabezpieczeń.

g. Jak pokruszyli cegły na gruz, dać ich do działu informatyki.

h. Jak siedzą bezczynnie, dać ich do kadr.

i. Jak mówią, że przetestowali różne kombinacje i szukają dalszych, ale nie
ruszyli ani jednej cegły, dać ich do sprzedaży.

j. Jak już wyszli do domu, dać ich do marketingu.

k. Jak się gapią przez okno, dać ich do planowania strategicznego.

l. Jak gadają między sobą, a nie przełożyli ani jednej cegły, pogratulować im i dać ich do zarządu.

m. Jak się obłożyli cegłami w taki sposób, żeby nie było ich widać ani
słychać – dać ich na listy wyborcze do parlamentu.

Cudne, nie?

Słuchajcie, jeszcze jedno. Tak, druga-mama zamknęła bloga. Tak, jak i wy, mam nadzieję, że to przejściowe. Ale ona teraz potrzebuje spokoju, więc bądźmy wyrozumiali i pozwólmy jej odpocząć i odreagować. Jak chcecie, to udostępniam wam miejsce tutaj, piszcie do niej, ona przecież tu zagląda i na pewno się odezwie. Tylko bez histerycznych „co się stało???”. Stało-śmało. Damy kobicie troche odpocząć, dobra? Dzięki bardzo. Tak, dam wam znać, jak coś będzie potrzeba, jasne.
Dzięki za zrozumienie.

* wiemy, jakie mamy pretensje, ale nie do kogo, bo mamy pośrednika i organizatora, no i nie ustaliliśmy jaką kwotą im przysuniemy

21 sierpnia 2007

Ecie pecie

- Nie mam o czym pisać – pomyślałam rano – Moje życie jest nudne, monotonne i zwyczajne.
Ten nastrój ciągnął się do 11.00, więc uznałam, że w ramach rozrywki pójdę do apteki, to może mnie natchnie. I co? Wy też może tak macie, że idziecie sobie ulicą i was natycha? Bo mnie na ulicy natycha 20 razy na minutę. Mam też drugi taki zestaw – w klozecie. Ale nie we własnym, tylko w gościach. Idę sobie w gościach siku (nie u wszystkich, bo się brzydzę), siadam i brzdęk! Normalnie zacznę chodzić z kartką i długopisem, bo mam takich brzdęków z pięć na jedno sikanie i mi sie wątki plączą. Najzabawniejsze jest to, że ja muszę te natchnienia z kibla przekazać słuchaczom natychmiast po opuszczeniu lokalu, a wtedy się dyskusja wywiązuje na temat numer 1 i wszystkie pozostałe odkrycia geniusza klozetowego szlag trafia. Dodatkowo ma skłonność do dywagacji i to jest już tutaj widoczne, bo miało być o olśnieniach z ulicy.
Ale jeszcze tylko powiem, że u nas w rodzinie to na takich, jak ja się wrzeszczy: powróćmy do adremów!
Dobra, tyle.

No więc ja to sobie pracuję w ścisłym centrum miasta wojewódzkiego, znaczy stolicy czarnego Śląska, który nie wiadomo po kiego nazywany jest czarnym*, jak to jest po prostu drzewne zagłębie kraju i powinien być nazywany zielonym**. Ogólnie przez lata rzeczone centrum było koszmarne. Kopalnie, huty, fabryki, wszystko dymiło, smrodziło i brudziło jak opętane. Budynki były w jednolitym kolorze – szarobure. Czyli ogólna kicha. Od kilku lat trwa okres przemian. Po pierwsze masa tzw. zakładów została zamknięta. Wychylę się z rewolucyjną koncepcją, że to dobrze. To wszystko i tak nierentowne było i tylko pogłębiało krajowe długi, a dodatkowo statystyczny Ślązak postrzegany był jako niewykształcona, ciemna, fedrująca masa. Jako żywo nie mam w rodzinie nawet pół górnika, a w chodniku kopalnianym*** to wręcz mam klaustrofobiczne lęki. Rodzina z dawien dawna należy do tych wstrętnych wykształciuchów i wcale nie jesteśmy na rzeczonym czarnym Śląsku w odwodzie. No i jak pozamykali, to się od razu wizerunek Ślązaka zaczął zmieniać, a i w mieście jakoby czyściej. Potem się Europa zrobiła, chociaż ja się zawsze obrażam, jak kto mówi, że weszliśmy do Europy. Nie wiem jak wy, ale ja tam zawsze byłam. Od zarania dziejów. Ale o „czysto” miało być. No bo weszła ta Europa i się zaczli remonty. Witam z radością. Nagle się ukazało to, co było wiadome od dawna, tylko przykurzone. A mianowicie: centrum Katowic jest secesyjną perełką. Jak się rzucili na te kamienice, jak one rozbłysły dawnym blaskiem, takie kremowe, morelowe, różowe, zielone, zdobne w stiuki, czy cholera wie, jak się dziadostwo nazywa, no cudne. Stoi sobie człowiek, głowę podnosi, a przednim smakowity architektonicznie twór ludzkiej dłoni. Mniam. Lubię.
Za budynkami poszły też ulice i tu zauważam pewien zgrzyt. Otóż nie wiem skąd się bierze pomysł na renowację tych cholernych kocich łbów. Przeżytek, panie tego. Na chodniku kobiecie obcas w dziurę wpada co 3 kroki. Na ulicy kierowcy szkliwo pęka. Ładne toto nie jest, więc o co chodzi? Nie wiadomo, ale zapraszam do dyskusji.
I teraz tak: stoję sobie w aptece, kątem oka obserwuję finiszujący remont ulicy. Nie tylko chodziki (kocie, psiakrew), nie tylko nawierzchnia (normalna), ale też, proszę ja was, drzewka sadzą, obstawiają takimi kutymi płotkami, żeby psy nie zaszczały na amen, latarenki kute, ławeczki… Powiadam wam, szok. I w tym momencie do apteki wparza facet po pięćdziesiatce i huzia na kobitę za ladą. Że co za ławki??? Że kto pozwolił??? Babkę zamurowało.
- Nikt się mnie nie pytał!
- Powiedzieli, że stawiają za zgodą apteki!!!
- No niby tak… Pytali, czy nam nie przeszkadza. A nam nie przeszkadza.
- A pani to się mnie zapytać nie umie? Teraz będą tu wysiadywali wieczorami, śmiecili, hałasowali!!!
Dyskusja trwała w najlepsze. A mnie naszło podsumowanie. Bo wiecie: do tej pory przy tej uliczce nie było nawet źdźbła trawy, o drzewie nie wspominając. Chodnik i ulica, że pożal się boże. Ciemno. Ale za to 80% lokatorów budynków ma psy. A sprząta po nich procent 0. Ścisłe centrum miasta i ten chodnik zasłany psimi odchodami. Codziennie. Bo czynniki sprzatają porządnie, nie można powiedzieć.
Że też się temu panu niedobrze nie robiło. Bo ławka mu przeszkadza. Bo będą śmiecić. Jacyś bliżej nieokreśleni, oczywiście.
Ech… – westchnęłam, bo doszłam do lady i moje myśli przeskoczyły na tor nieczynnego terminala do kart i braku gotówki.
Ale co tam, przejdę się jeszcze raz. Ładnie jest.
Co mi szkodzi.

* no wiem przecież, że od tego etosu górnika
** widzicie, znowu dywagacje!
*** byłam z wycieczką szkolną, w Wieliczce tyż

20 sierpnia 2007

Tak mnie zebrało na podsumowania

Sama nie wiem dlaczego. Mam nadzieję, że to nie jest delikatna sugestia Najwyższego, że zmieniam lokal. Co prawda boli mnie od dwóch dni głowa i kolano, ale to chyba nie ma związku, nie? W końcu bez kolana można żyć. Gorzej bez głowy. Choć muszę przyznać, że znam kilku takich. Całe życie bez głowy i mają się dobrze. Pozostaje odrębną kwestią, czy inni mają się dobrze z nimi.
Ale ja nie o tym chciałam.
Moi Goście!
Otóż sprawdziłam sobie w statystykach, że od połowy marca mój blog został odwiedzony ponad 17 000 razy. Oczywiście z czystym sumieniem możemy założyć, że 16 500 razy odwiedziłam go sama. Pozostałe 250 razy – moje wytrwałe przyjaciółki: Krynia i druga-mama. Niemniej zostaje jeszcze jakieś 250 razy! Z kawałkiem, ale nie bądźmy drobiazgowi.
Mogę sobie podejrzeć z jakich miejsc na świecie jesteście. To podglądam. I wam też pokażę. Piszę „na świecie”, bo wyobraźcie sobie: bywała jestem. Z Hameryki mam gości. I z Australii – którą nota bene statystyki na jednej podstronie wykazują, a na innej nie, więc w zestawieniu nie będzie. Z Litwy, śladami wieszcza. Z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Austrii i Kanady. I nawet z Czech.
Niektórzy nie są z Polski, ale z dolnośląskiego, hehe. Ale co tam. Radzionków rulez! Wykazuje jako osobną miejscowość! Pozdrawiamy!
Niedrzwicę Dużą, Murowaną Goślinę ściskam z całego serca. Piękne nazwy.
El Paso… Zawsze sądziłam, że to Meksyk, a wychodzi, że Teksas. Ale ja ze wsi, to wiecie. Nie upieram się.
Do Grunwaldu macham nóżką z radością.
Londyn? Wszyscy wiedzą, że nie ma takiego miasta. Jest Lądek Zdrój ;o)
A tak w ogóle, to kocham was bardzo.
Dzięki, że zaglądacie.
Poszukajcie siebie na dole, a jeśli nie znajdziecie, to pamiętajcie, że komputery są niedoskonałe. Nie identyfikują wszystkich. No i mam dane tylko z ostatnich 4 miesięcy.

Uwaga! To wy!
(i ja też, ale nie mówcie nikomu. zawsze jak kogoś odwiedzam w domu, to lecę do komputera i nabijam sobie statystykę! ;o))

1. Białystok Polska podlaskie
2. Bielsko-Biała Polska śląskie
3. Bolesław Polska małopolskie
4. Bray Irlandia Wicklow
5. Brzesko Polska małopolskie
6. Burnaby Kanada British Columbia
7. Bychawa Polska lubelskie
8. Bydgoszcz Polska kujawsko-pomorskie
9. Bytom Polska śląskie
10. Cambridge Wielka Brytania Cambridgeshire
11. Chełm Polska lubelskie
12. Chicago Stany Zjednoczone Illinois
13. Chorzów Polska śląskie
14. Ciechanów Polska mazowieckie
15. Czerwionka Leszczyny Polska śląskie
16. Dąbrowa Górnicza Polska śląskie
17. Dąbrówka Polska mazowieckie
18. Dublin Irlandia Dublin
19. Edinburgh Wielka Brytania City Of Edinburgh
20. El Paso Stany Zjednoczone Texas
21. Gdańsk Polska pomorskie
22. Gdynia Polska pomorskie
23. Giżycko Polska warmińsko-mazurskie
24. Glen Wielka Brytania Fermanagh District
25. Gliwice Polska śląskie
26. Głubczyce Polska opolskie
27. Gorzów Wielkopolski Polska lubuskie
28. Grunwald Polska warmińsko-mazurskie
29. Inowrocław Polska kujawsko-pomorskie
30. Jawor Polska dolnośląskie
31. Jaworzno Polska śląskie
32. Kalisz Polska wielkopolskie
33. Kanada Ontario
34. Katowice Polska śląskie
35. Kielce Polska świętokrzyskie
36. Kluczbork Polska opolskie
37. Konin Polska wielkopolskie
38. Koronowo Polska kujawsko-pomorskie
39. Koszalin Polska zachodniopomorskie
40. Kościan Polska wielkopolskie
41. Kraków Polska małopolskie
42. Kraśnik Polska lubelskie
43. Krosno Polska podkarpackie
44. Leicester Wielka Brytania Leicestershire
45. Lębork Polska pomorskie
46. London Kanada Ontario
47. Lubartów Polska lubelskie
48. Lubin Polska dolnośląskie
49. Lublin Polska lubelskie
50. Łask Polska łódzkie
51. Łaszczów Polska lubelskie
52. Łęczna Polska lubelskie
53. Łowicz Polska łódzkie
54. Łódź Polska łódzkie
55. Mielec Polska podkarpackie
56. Mikołów Polska śląskie
57. Minneapolis Stany Zjednoczone Minnesota
58. Murowana Goślina Polska wielkopolskie
59. Mysłowice Polska śląskie
60. Myszków Polska śląskie
61. New York Stany Zjednoczone New York
62. Niedrzwica Duża Polska lubelskie
63. Norwalk Stany Zjednoczone Connecticut
64. Nowy Dwór Mazowiecki Polska mazowieckie
65. Nowy Sącz Polska małopolskie
66. Nowy Tomyśl Polska wielkopolskie
67. Oklahoma City Stany Zjednoczone Oklahoma
68. Olsztyn Polska warmińsko-mazurskie
69. Opole Polska opolskie
70. Ostrów Wielkopolski Polska wielkopolskie
71. Pabianice Polska łódzkie
72. Pionki Polska mazowieckie
73. Płońsk Polska mazowieckie
74. Polska dolnośląskie
75. Polska łódzkie
76. Polska śląskie
77. Pool Wielka Brytania Cornwall
78. Praha Czechy Praha
79. Puławy Polska lubelskie
80. Radom Polska mazowieckie
81. Radzionków Polska śląskie
82. Rawicz Polska wielkopolskie
83. Ruda Śląska Polska śląskie
84. Rybnik Polska śląskie
85. Rzeszów Polska podkarpackie
86. Sandomierz Polska świętokrzyskie
87. Sanok Polska podkarpackie
88. Siedlce Polska mazowieckie
89. Skwierzyna Polska lubuskie
90. Słupsk Polska pomorskie
91. Sobótka Polska dolnośląskie
92. Sobótka Polska dolnośląskie
93. Stronie Śląskie Polska dolnośląskie
94. Sunnyvale Stany Zjednoczone California
95. Szczecin Polska zachodniopomorskie
96. Szepietowo Polska podlaskie
97. Świętochłowice Polska śląskie
98. Świnoujście Polska zachodniopomorskie
99. Tarnobrzeg Polska podkarpackie
100. Tarnowskie Góry Polska śląskie
101. Tarnów Polska małopolskie
102. Toronto Kanada Ontario
103. Vienna Austria Wien
104. Vilnius Litwa Vilniaus
105. Wałbrzych Polska dolnośląskie
106. Warszawa Polska mazowieckie
107. Wieluń Polska łódzkie
108. Włocławek Polska kujawsko-pomorskie
109. Wrocław Polska dolnośląskie
110. Zamość Polska lubelskie
111. Zawiercie Polska śląskie
112. Zielona Góra Polska lubuskie
113. Złotoryja Polska dolnośląskie
114. Żory Polska śląskie
115. Żyrardów Polska mazowieckie

Podejrzewam, że Krynia nie ma dostepu do komputera

Więc zaraz wam wszystko opiszę. Nie mogłam tego zrobić w weekend, bo mi internetu nie dowieźli i doniosą w wiadrze, ale dopiero we wtorek. Tymczasem muszę powitać mojego kierownika – pierwszy dzień po urlopie – i przekazać mu wszystkie badziewne sprawy. Z dziką radością.
A zaraz potem tu wrócę i sprawozdam.

09:52

„To było tak, to było tak,
jej mężem został pan z wąsikiem…”

Nie myślcie sobie, że obyło się bez atrakcji.
W piątek Marcinowi zrobiło się źle. Jak mu było dłużej źle (bo kto by się przejmował byle czym), zapadła szybka decyzja i udano się do szpitala. Jakby było mało ostatnich przygód (rozbicie głowy, krew na ścianach, zapalenie płuc), okazało się, że cewnik zatkał się na amen. Na szczęście lekarz wyraził wolę pomocy (nie zawsze chcą to robić, niestety) i cewnik wymienił. W euforii zapewne, że tak dobrze poszło, służba zdrowia rzuciła się na Marcina i… rozwaliła mu rękę. Kolejne szwy.
Zgodnie z relacją panny młodej, wieczorem odbyła się wymiana informacji:
- Wiesz, jeśli nie chcesz się ze mną ożenić, to powiedz mi to zwyczajnie. Bo te sugestie niewyraźne możesz przypłacić życiem.
Litościwie oszczędzam wam szczegółów wydarzeń z domu matki pana młodego, dajmy jej szansę, może sama opowie.
Do końca dnia nie było pewności, czy Krynia będzie miała siłę na udanie się do fryzjera, więc przyporządkowano mi pannę młodą, bo słabo zna miasto. Przed salonem (teraz nie ma normalnych fryzjerów, nie?) byłyśmy jednak we trójkę, dwoma samochodami, za dziesięć ósma. Wszystko zaczęło wyglądać dobrze i według planu, dopóki nie okazało się, że… salonu nie ma! Atmosfera lekko się zagęściła. Na szczęście starszy śledczy Krystyna odkrył lekko sfatygowaną kartkę, z wyleniałego tuszu której wyczytałyśmy, że przeniesiono. W zupełnie inną część miasta. Wepchnęłam do samochodu dwie miłe kobiety o twarzach upolowanych króliczków i ruszyłam z piskiem opon. Nie ma to tamto. Pięć po ósmej znalazłyśmy zakładzik (a fe! nie dla obłąkanych!) i oddałyśmy pannę młodą w sprawne ręce specjalistki. Czas naglił. Błyskawiczna narada wojenna przyniosła ustalenia, że pannę młodą po obróbce przewożę szybko w tamto poprzednie miejsce, bo potrzebuje dotrzeć do domu własnym środkiem lokomocji, wracam po Krynię, zawożę Krynię, włączam silniki odrzutowe i próbuję dotrzeć do siebie w celach przygotowawczych. Albowiem zgryźliwa matka pana młodego na mój widok o poranku wyrzęziła:
- Tak idziesz?
No to zrób człowieku coś dobrego dla innych, a jeszcze dostaniesz po piętach!
Pannę młoda odwiozłam, ustaliłam punkt charakterystyczny, z którego trafi do domu, doholowałam do punktu, pomachałam przez okno, wróciłam po zgryźliwą, opowiedziałam trzy kawały, bo zaczynała mieć zamiast tęczówek napis STRES, dostarczyłam do domu, odpaliłam odrzutowca, z trudem wyhamowałam przy spożywczym, bo mi się przypomniało, że mam zamówiony chleb, odebrałam chleb, dogrzałam do domu, rzuciłam się na kanapkę (którą uprzednio stworzyłam) jedną nogę wciskając na szybko w pantofel wyjściowy, plując chlebem poinformowałam oczekującego w garniturze Szefa, że nie pasuje do mojej koncepcji kolorystycznej i zmusiłam go do ekspresowej zmiany wystroju (obejmującej prasowanie innej koszuli), a następnie – fucząc na plączące się pod nogami koty – wbiłam się w kiecę i biegiem do samochodu. Naturalnie liczyłam na łut szczęścia, bo ślub odbywał się w Zupełnie Innym Mieście i nie miałam pojęcia, gdzie ten USC.
Dotarliśmy przed czasem, bo Najwyższy ma wyrozumienie dla szaleńców. Miejsce rozpoznaliśmy po sterczącej tam wymownie matce pana młodego. Jeszcze parkowanie, poprawianie w podskokach paska od buta, cholera, wiatr mi szarpie szal i już.
Pan młody pojawił się jako ostatni, kiedy zgromadzona gawiedź zdążyła już skomentować, że nie wiadomo, co tam jeszcze wymyślił i czy w ogóle się pojawi (w aspekcie ostatnich poczynań), a nie w ciemię bita panna młoda oświadczyła, że nie ma co gadać, jak już się wbiła w tę kiecę i przyjechała, to wyjdzie za mąż, choćby nie wiem co i przeegzaminowała wszystkich obecnych mężczyzn na okoliczność stanu cywilnego, co wywołało pewną nerwowość wśród zgromadzonych dam niesformalizowanych. Szczęśliwie przybył pan młody i tym wejściem wywołał zrozumiałą owację w wykonaniu wyżej wymienionych. No i już mogliśmy wchodzić do sali, rozkokoszać się na miejscach i kończyć dowcipkowanie.
Pani Kierownik USC zapytała, czy można zaczynać, więc z tyłu dobiegł komentarz jakiegoś rozbuchanego dowcipnisia, że jak już przyszli to się raczej nie rozmyślą.
A potem było tylko ślicznie, romantycznie i wzruszająco, ale zgromadzeni nie wytrzymali napięcia zbyt długo. Po złożenniu podpisów zaradna już-pani-młoda, odchodząc od stołu chwyciła za rączkę wózka celem uniemożliwienia panu młodemu dłuższego tam pobytu, bo kto wie, co taki nawypisuje w księgach, a potem się odkręcić nie da i pociągnęła go za sobą. Rozbuchany dowcipniś znów nie wytrzymał i skomentował scenicznym szeptem:
- Patrzcie, jeszcze nawet pięć minut nie są małżeństwem, a już go ustawia!
Na szczęście nie wszyscy dosłyszeli, bo chlipanie matki pana młodego likwidowało różne dźwięki. A poza tym było duszno, a niektórzy mieli nastrój zabawowy, więc natychmiast chcieli się udać na wyżerkę.
Jeszcze tylko dowcipne uwagi o zmierzającym w kierunku wysokich schodów (w dół) panu młodym:
- A ten dokąd jedzie?
- Z okrzykiem „Jeronimooooo!!!” chce się rzucić w przepaść;
jeszcze zdjęcia, śmichy – chichy, „o, fuj, już przestańcie się tak całować!”, „no chodźcie już, chodźcie” i po ślubie.

Wszystkiego najlepszego, kochani.
Wytrwałości.
Cierpliwości.
Żeby Was poczucie humoru nie opuszczało.
Żebyście chcieli i umieli ze sobą rozmawiać.
Żeby się wszyscy do Was uśmiechali.
I żebyście pamietali, że czasem o trwałości związku świadczy umiejętność odpuszczania.
Bądźcie szczęśliwi.

17 sierpnia 2007

Niepokój

Krysia pojechała do szpitala.
Bardzo się martwię, czekam na informacje: jakie zrobili jej badania, jakie są wyniki, czy zostaje w szpitalu, czy wraca do domu. Myślę, że kwestia ślubu z matką pana młodego w roli głównej – zielonej upadła. Oby tylko udało się opanować chorobę w jak najkrótszym czasie.
Krysia czuje się źle, bardzo ją boli, okropnie kaszle. Jest przemęczona i zestresowana, a to w chorobie nikomu nie pomaga.
Teraz opiekuje się nią przyszła synowa, moja imienniczka – bardzo fajna i ciepła dziewczyna. Wiem, że Krysia jest w dobrych rękach, a ja dzięki temu – w kontakcie.
Będę was informowała na bieżąco.
Tak, oczywiście, jeśli będzie jakaś potrzeba pomocy, to naturalnie dam znać. Mogę sobie pozwolić, bo będę prosiła w nie swojej sprawie, no nie? Luz.
A w cichości ducha powiem wam, że byłabym spokojniejsza, gdyby zatrzymali Krysię w klinice. Wiem, nikt nie lubi być w szpitalu, ale to jest bardzo poważna sprawa, naprawdę.
Ćwiczcie pozytywne myślenie.

13:30
Krysia wróciła do domu. Przebadana przez specjalistę i lekko podniesiona na duchu. Zalecenia uściślono. Pani doktor pozwoliła jechać na ślub, to się Krysię zawiezie, postawi na miejscu, w razie czego podeprze kijkiem, żeby równo stała (kijek sobie ostrzę, żeby nie miała za komfortowo, bo jest niegrzeczna trochę), odwiezie i spoziomizuje.
Ja, w ramach świadczonych usług i zastępstwa procesowego, zaholuję pannę młodą rano do fryzjera, w razie potrzeby dokonam artystycznej burzy loków na Krysinej głowie i dostarczę torebkę, stanowiącą zwieńczenie wyposażenia matki podpartej kijkiem (a potem łapsnę torebkę z dobytkiem i w nogi).
Będzie dobrze.
Wydamy tego Marcina, choćby nie wiem co. I nawet zawziętość matki, gotowej paść trupem przed samym ślubem, nie pomoże.
Na pocieszenie powiem, że tej wariatki poczucie humoru nie opuszcza.
- Wiesz, w pewnym momencie to ja sobie pomyślałam, że umieram – relacjonuje Krystyna – A potem to mi do głowy przyszło, że ja tu umieram i tak głupio leżę.
- Co racja, to racja – odpowiadam – co będziesz głupio leżała w chwili śmierci, coś mądrego trzeba robić, nie?
- Tylko co?
- Pojęcia nie mam, ale daj mi trochę czasu, to coś wymyślę i przećwiczymy na przyszłość.

Znaczy, nie jest najgorzej.

16 sierpnia 2007

Wielki comeback

Dyrekcja naczelna wróciła z urlopu i nie wiem, jak dziś będzie z moją sprawozdawczością. Już tam byłam cztery razy, a czekam na kolejne posłuchanie, doprawdy…
Postanowiłam tylko, że tymczasem wrzucę ogłoszenie.
No bo wiecie, że Bóg nas na chwilę opuścił, rozum nam odebrał i kupiliśmy nowe auto. Oczywiście zakup ten nie ma żadnego realnego uzasadnienia. Jednak dwóch samochodów utrzymywać nie będziemy. Więc fiestka jest do sprzedania. Już pisałam, że rozstanie napełnia mnie żalem, ale opamiętanie po szaleństwie przyszło. Informuję, że najchętniej oddałabym ją w dobre ręce, bo aż szkoda, żeby się mój cud motoryzacji dostał komuś obcemu. Jeśli ktoś potrzebuje samochodu taniego, ekonomicznego w utrzymaniu, sprawnego i niepsujnego, to proszę dać znać. Ford fiesta, rocznik 1996, 1,8 diesel classic, ok. 200.000 przebiegu (na pamięć nie znam, mogę sprawdzić dokładnie), wspomaganie kierownicy, poduszka powietrzna dla kierowcy, radio + głośniki, odcinanie zasilania, komplet opon zimowych (renówka ma inny rozmiar kół, niestety), przegląd ważny do 31.07.2008 r., wykonana konserwacja podwozia, wymienione paski klinowe i filtr powietrza (w czerwcu 2007), olej do wymiany za jakieś 8.000 km (więc spoko można jeździć bez inwestycji), pasek rozrządu wymieniony ok. 20.000 km temu. Jakby kto chciał, to zrobię zdjęcia i podeślę mailem.
Póki co, jeszcze nią jeżdżę, bo nie mogę zostać bez samochodu, dopóki nie załatwią się wszystkie formalności od renówki.
Mam absolutnie czyste sumienie co do tego samochodu i naprawdę polecam.
Oraz informuję, że jestem ugodowa :o)

Przepraszam, że tak wykorzystuję blog do ogłoszeń, ale okazało się, że jednak bardzo przywiązuję się do przedmiotów. No i uważam, że fiestka ma duszę – w każdym razie można się z nią dogadać. Jak coś się działo, to zawsze ją prosiłam, żeby była grzeczna, a ona mnie słuchała. Polecam dziewczynom, bo to jest samochód dla kobiety (lusterko w klapce od strony kierowcy! – można zrobić oko na światłach hihi).

No to lecę do roboty.

PS
Mili radiosłuchacze.
Wyobraźcie sobie, że Krynia ma zapalenie płuc!!!!!!!! Na dwa dni przed ślubem syna! Bardzo proszę – wszyscy się skupiamy i w stronę Kryni wysyłamy pozytywne myśli, żeby kobieta mogła chociaż w USC swój kwadrans odstać. Wierzę w was, bo już znam wasze możliwości. No to… 1, 2, 3… JUŻ!

14 sierpnia 2007

Renault is coming

- Ekhm, ekhm! – wykaszlałam pół płuca nad otwartymi drzwiami nowego samochodu, słusznie wnioskując, że gdzieś w czeluściach znajdował się będzie sprzedający i nie omyliłam się.
- Zamontowałem radio – oświadczył mało dziarskim głosem.
- Bardzo się cieszę.
- Zaraz potem okazało się, że nie ma głośników…
- Hmmm… A teraz już są?
- No są – jęknął zrezygnowany.
- Czyli wszystko na swoim miejscu! – skwitowałam radośnie.
- Chcesz śrubki?
- Jakie śrubki?
- Oryginalne śrubki z głośników.
- A co, trzymają się siłą woli?
- Dałem inne.
- To na co mi te śrubki???
- Przez grzeczność pytam! – wrzasnął.
- Aha. To nie chcę.

- Wymieniłam ci tyle i tyle kasy za to radio, bo nie wiem, jaki mamy obecnie kurs euro. Starczy, czy coś więcej?
- Rozumiem, że głośniki dałem ci w promocji?
- Na to wychodzi.
- I montaż?
- No chyba nie sądzisz, że umiem sobie zamontować głośniki.
- Aha.
- No. A to dopiero początek promocji.
- Już się boję!

- Słuchaj, mogę ci trzymać samochód w garażu do środy.
- A potem?
- No nie wiem.
- Ale przecież ja mam swój garaż.
- To czemu trzymam ci samochód w moim garażu do środy?
- Bo ci się nie chce go przewozić do mojego.
- Aha.
- Przecież ja nie mogę nim jeździć na tych blachach.
- No to przewieziemy go w środę, tak?

Drodzy Państwo.
Chwilowo jestem bez:
a. nowego samochodu,
b. pieniędzy na nowy samochód,
c. dokumentów z nowego samochodu,
d. umowy kupna – sprzedaży.
Lekka jak piórko i pełna wiary w ludzką uczciwość. Bo jakby co, to jestem nawet bez świadków, że zapłaciłam i zakupiłam. Byle do środy ;o)
Póki co, sprzedający spisuje się na medal i wygląda na to, że formalności, które będę musiała załatwić – będą minimalne. Dodatkowo wpadłam na genialny pomysł i zamieniłam kolejność w dowodzie rejestracyjnym. Zamiast JA na właściciela, MAMA na współwłaściciela, wybrałam kolejność protiwpołożną.
- Mamo, może tak być, czy to ci w czymś przeszkadza?
- A skąd.
- „A skąd, nie może tak być” czy „a skąd, w niczym nie przeszkadza”?
- Nie wygłupiaj się.
- A wiesz, że nadałam niniejszym sens twojemu życiu?
- Co ty powiesz?
- No – nie możesz mi teraz kojfnąć. Nie będę się po sądach dochodziła o własne auto.
- No tak. Dzięki. Naprawdę. A już spadałam w otchłań rozpaczy.
- A widzisz. Dodatkowo bardzo się cieszę, bo wszystkie ewentualne wąty będą do ciebie!
- O, do diaska! Nie pomyślałam o tym! Mandaty!
- Hehehe! Za późno, za późno! Już się zgodziłaś!

- Zrobiłam rachunek sumienia.
- I co ci wyszło?
- Przynajmniej od dziesięciu lat nie dostałam mandatu.
- Nie prowokuj! Bo zaraz coś się wydarzy! A poza tym ty nie dostajesz mandatów, bo policjanci się ciebie boją!
- Nieprawda! Ja zawsze jestem bardzo miła! Tylko mam przygotowane argumenty! Na przykład wtedy, jak wjechałam w ulicę pod prąd, pamiętasz? Pan policjant chciał mi dać dwieście.
- I co zrobiłaś?
- Powiedziałm, że oczywiście, nie ma sprawy, już płacę, ty sępie, ty harpio, dziecko nie dostanie prezentu pod choinkę (to było przed samym Bożym Narodzeniem).
- A on co?
- On? Popatrzył na dziecko, które siedziało z tyłu.
- A dziecko?
- No co dziecko? Dziecko jest czujne i inteligentne. Po mamusi. Zrobiło króliczą mordkę i pękło z żalu.
- Domyślam się, że życzył ci szerokiej drogi.
- No. Zaraz po tym, jak oświadczył, że w jego gestii leży również pouczenie. Pouczenie daje się za darmo, nie? Albo nie – za pensję z policji.
- Czyli udało ci się.
- A skąd. Nie „udało się”, tylko ja umiejętnie konstruuję swoją rzeczywistość. A zakaz wjazdu to tam postawili rano. 100 lat tam była ulica dwukierunkowa. I do dziś mnie wnerwia, że muszę objeżdżać cały kwartał.
- Też racja.

- Kochanie, coś smętny jesteś. Jakby ci powietrze uszło. Zobacz, jaki CI kupiłam śliczny samochodzik!
- Informuję cię, że jesteśmy bankrutami!
- A co tam, już się przyzwyczaiłam. Zawsze jesteśmy. Mamy wieloletnie doświadczenie.

PS do jutty
Widzisz, Kochana, jak ja się staram, by sprostać Twoim życzeniom? Spójrz na godzinę publikacji!!!

13 sierpnia 2007

Już poniedziałek, więc nowy rozdziałek

Jestem chorsza. Znaczy w zeszłym tygodniu byłam chora, a teraz mi się pogorszyło, zamiast odwrotnie. To trochę uciążliwe. Katar występuje rzutami, ale jak już wystapi to zalewa nam mieszkanie i jeszcze sąsiadów. A jak kaszlnę, to szyby wprawiam w drżenie.
Postanowiłam przeczekać, ale wczoraj to już nie wytrzymałam, przyfasoliłam końską dawkę aspiryny C, spociłam się w nocy jak norka i wstałam w takim stanie, jakby mnie ktoś przeganiał kopniakami po stodole przez całą noc. W ogóle to protestuję przeciwko chorowaniu w lecie, mimo że lato jakie jest, każdy widzi. Protestuję, zwłaszcza, że:
a. nie mam klimatyzacji w domu,
b. nie mam klimatyzacji w pracy,
c. nie mam klimatyzacji w samochodzie,
d. nie pijam zimnego,
e. rzadko jadam lody.
Znaczy jakaś świnia na mnie nakichała albo nakaszlała. I to też ciekawe, bo mało chadzam po sklepach, gdzie tłum dziki, nie pracuję z klientem i nie poruszam się Środkami Masowej Zagłady czyli komunikacją miejską. Ale piąta kolumna widzę i tak znalazła dojście.
Weekend bardzo pracowity, zgodnie z przewidywaniami. Pan Dachowy zlazł wreszcie z dachu, więc rzuciliśmy się do okien i umyliśmy do błysku wszystkie siedem. Następnie w szale i ku rozpaczy kotów wysprzątaliśmy jeszcze całe mieszkanie. Operacja ta zajęła nam kilka godzin, a potem padliśmy i uznaliśmy, że się nie ruszamy, bo aż szkoda zanieczyszczać ten porządek. Po południu i wieczorem dodatkowo skatowaliśmy się kładzeniem wykładziny w łazience rodziców i wierzcie mi: nie było łatwo. Ale ustaliliśmy już przecież, że ja twarda jestem i żadna głupia łazienka ze mną nie wygra. No i nie wygrała, ale zabrała mi 4 godziny życia. Efekt jest przyjemny wizualnie, ostatnie resztki kleju usunęłam z nogi dziś rano pod prysznicem. Ja nie wiem, jaki ten klej uparty, aż dziw, że nie wlazł mi do tyłka.
Jasnym punktem soboty był wiadomy obiad w restauracji, gdzie zapadła decyzja, że nie kupujemy samochodu, bo szkoda pieniędzy, katujemy fiestunię przez następne lata, a uzbierany majątek przeznaczamy na przyszły remot mieszkania. Decyzja została podjęta nieodwołalnie, przyklepana i popluta.
I co? Samochód dopadł nas w sposób niezplanowany już o 16.30. I nie chciał puścić. I remontu nie będzie. Za to żegnamy się z fiestą, czego nie spodziewałam się nawet w najśmielszych snach, ponieważ jako samochód nie do zdarcia, została przeznaczona na rozwałkę przez Potomstwo w przyszłych czasach.
Wychodzi na to, że moje słowo jest nic nie warte i byle renówka może się po nim przejechać, nawet uprzednio nie splunąwszy. Wszystkich, którzy słyszeli, że kupujemy opla uprzejmie informuję, że kobieta zmienną jest i ja tego opla oglądałam, ale potem mi dali kluczyki do renówki i… o matko, jeździ jak po sznurku. Cudo. I w promocji dostałam radio z CD pod kolor samochodu. W promocji, bo go tam nie było, a dostałam zupełnie osobno, z tym że powiedziałam, że osobno nie gra, więc będzie zintegrowane. Jestem mięczakiem, możecie sobie teraz na mnie używać, ile chcecie.
Remont odsunął się na plan dalszy, bliżej nierozpoznawalny. Co za szczęście, że wszystko jest jeszcze w takim stanie, że parę lat pociągnie. A jakby się Szef pluł bardzo, to zrobimy na osłodę podłogi na górze i to mu zamknie paszczękę na jakiś czas. Zresztą przecież to nie ja podejmowałam decyzję o samochodzie. Ja tylko patrzyłam mu czule w oczy i ustalałam źródła finansowania tego szaleństwa.
Po raz pierwszy będę teraz doświadczała sprzedaży samochodu, do którego żywię wiele ciepłych uczuć. Do tej pory sprzedawałam samochody obojętne, a teraz odczuwam w kątach duszy snujący się smuteczek. Ciekawe czy uda nam się załatwić wszystkie formalności przed powrotem Potomstwa, to by była niespodzianka! Problem dostrzegam jedynie w tym, że nie mam zbytnio czasu (a już na pewno nie mam ochoty) na bieganie po urzędach i zepchnęłam to na znajomego, który autko mi sprzedaje. Dziś po południu przeegzaminuję go z zaradności, zobaczymy co załatwił bez upoważnienia notarialnego. No, ciekawe.
No i sami widzicie, że sobota była burzliwa. Niedziela natomiast nudna do wymiotów, przez cały dzień dłubałam w księgowości wspólnoty i niestety okazało się, że coś mi się nie zgadza na piątkach (czyli na tych kontach, które zaczynają się od 5). Na co mi przyszło – humanistce z wykształcenia, zamiłowania i obciążeń genetycznych!!! Sprawa przerosła mnie emocjonalnie, więc się otrzepałam, uzgodniłam wszystkie pozostałe konta i uznałam, że piątki poprawię jak będzie lepsza koniunktura meteorologiczna. Mam tylko nadzieję, że nikt nie wpadnie na genialny pomysł, żeby mnie skontrolować. Żebym nie musiała tego uzgadniać na cito po nocy. A TFU!

A pod wieczór, złożona upierdliwym przeziebieniem, padłam na kanapę i określiłam co do centymetra, gdzie to wszystko mam.
O!

PS zupełnie nie na temat do Cota:
Doznałam dziś rano olśnienia podczas wciągania „czegośtam” na grzbiet (z powodu choroby nie mam siły na wydziwianie). Przypomniała mi się twoja notka o kupowaniu spodni, a właściwie o bezsilnym poszukiwaniu takich, które nie odsłaniają nerek (patrz, jak ja to umiem ładnie i eufemistycznie).
Jeśli nie upierasz się przy dżinsach, a możesz np. kupić sztruksy, to polecam Solara. Mają normalne. Skojarzyłam, jak wciągałam je na odwłok.

10 sierpnia 2007

Dobrnęlim do piątku

Ufff…
Kolejny tydzień wytężonej pracy mamy prawie za sobą. Nie da się ukryć, że na weekend też niestety mam bardzo pracowite plany, ale przynajmniej nie w Archiwum X. Postanowiłam jednak skupić uwagę wyłącznie na przyjemnościach albowiem jutro przypada nam z Szefem rocznica, którą skromnie i we dwoje świętować będziemy obiadem w restauracji, do której udajemy się niezwykle rzadko (dość drogo), choć lubimy (smacznie), bo jest naszą pierwszą wspólną restauracją, a więc zwrotnym punktem w związku. Zwykle tak się składa, że 11 sierpnia Potomstwo bawi w domu, więc chadza z nami, co w niczym nie przeszkadza, bo przecież jesteśmy rodziną, a nie wyłącznie parą. W tym roku Potomstwo nieobecne i z pewnością będzie miało żal, więc może zrobimy sobie z tego naszą małą tajemnicę. Nie wysypcie się, a ona może przeoczy.
Stolik został przez Szefa zarezerwowany i nie zamierzam się przejmować, że będziemy tam lecieli pomiędzy jedną a drugą pracą. Zaklepaliśmy sobie na wyłączność dla siebie nawzajem trzy godziny z popołudnia i będę się tym cieszyła, gdyż moja szklanka jest do połowy pełna i staram się dostrzegać jasne strony zamiast wad. Fajnie, że mamy te trzy godziny, forsę na to drobne szaleństwo (choć pewnie można by zrobić z nią coś sensowniejszego) i nade wszystko, że po siedmiu latach wciąż chce nam się bardzo spędzać czas wyłącznie we własnym towarzystwie. Reszta nie ma znaczenia.
Dodatkowo w dobry humor wprawiła mnie nieświadomie Krynia, mówiąc, że jestem denerwująco elegancka, co wywołało mój dziki chichot o nierozpoznanym dla Kryni podłożu. Nakierowałam ją na słowo „denerwująco”. No nikt nie mówił, że nie jestem wredną, złośliwą jędzą, nieprawdaż?
Podsumowując: weekend będzie pracowity, ale miły, bo domowy, bo razem, bo już tyle lat w zgodzie i radości. Kiedy oglądam się za siebie, uśmiech jakoś mimowolnie zaczyna gościć na moich ustach. Nie było nam łatwo. Z różnych przyczyn. To piękne, że zwalczyliśmy wszystkie przeciwności, jestem z tego dumna. To dobre, że zależy nam na tych samych rzeczach, a na wielu nam nie zależy i to pozwala nam żyć w zgodzie i miłości, miast w wiecznej pogoni i zapędzeniu.

Kochany!
Dziękuję Ci za siedem najlepszych lat w życiu. Życzmy sobie, żeby tak już było zawsze. Niczego więcej nie potrzebuję. Tak, jak jest, jest najlepiej.

PS Zabawne, co się porobiło podczas pisania, bo notka miała być zupełnie o czymś innym. Ale oj tam!

PSPS Zapomniałam napisać, że dziura w głowie Pana Wywrotkowego jest zaiste imponująca. Najciekawsze, że to mu wcale nie daje do myślenia. Na moich oczach znów hasał przez węża ogrodowego. Proszę się Kryni nie dziwić, że ma wysokie ciśnienie.

9 sierpnia 2007

Historyjka dwuczęściowa z gratisem

Pierwsza część historyjki przybliży Szacownym Czytelnikom problematykę zapadalności na zdrowiu Naszego Drogiego Karolka i stanie się punktem wyjścia dla części drugiej oraz dodawanego w promocji gratisu instruktażowego.

Część pierwsza.
Otóż u Karolka jakiś tydzień temu wystąpił tajemniczy i wstydliwy poniekąd problem. Objawiał się nieustannym i nerwowym strzepywaniem ogona – imponującej części Karolka. Problem ten został przez rodzinę dostrzeżony i zdiagnozowany jako przyklejona kupa (stąd: wstydliwy). Karolek, wbrew swojej woli, został poddany szczegółowym oględzinom części zadniej Karolka połączonej z molestowaniem (obmacywanie). Kupy nie stwierdzono. Postawiono wobec tego zawrotną diagnozę, że Karolek:
a. ma zaparcie i boli go tyłek;
b. ma zadrapanie i boli go tyłek;
c. siedzi na kaflach i się podziębił, więc boli go tyłek.
Postanowiliśmy wziąć Karolka na przeczekanie. Niemniej, kiedy wróciliśmy do domu we wtorek, nerwowe podrzucanie ogona się nasiliło, a do tego dołączyły objawy gorących uszu i zaczerwienionego, suchego, ciepłego nosa, zapadła karkołomna decyzja, że Karolek jedzie do doktora. Od decyzji do wykonania tylko jeden krok. Karolek, w sposób oczywisty wbrew woli Karolka, został zapakowany do kosza i przetransportowany do samochodu. Nie muszę naturalnie wspominać, że szlag go trafił? Oczy Karolka zrobiły się natychmiast odwzorowaniem oczu kota ze Shreka, a wyraz twarzy wyraźnie mówił:
- No tego się po was nie spodziewałem…
Przez całą drogę Karolek miał oczy jak talerzyki i dyszał nerwowo. Na szczęście w lecznicy nie było kolejki i natychmiast mogliśmy przystąpić do licznych prób wydłubania Karolka z kosza, gdzie – jak się właśnie okazało – teraz dla odmiany postanowił pozostać. Oszczędzę szczegółów tych żenujących czynności i napiszę tylko, że już po kwadransie z kosza odwróconego o 90 stopni (włazem w dół) udało nam się uzyskać jedną nogę tylną, a że było nas tam trzy dorosłe osoby, to dalej już jakoś poszło. Myśli rozpłaszczonego na stole Karolka były aż nazbyt czytelne. Pani doktor dokonała niezbędnych czynności (ogon naturalnie tkwił przez cały ten czas w idealnym bezruchu) i stwierdziła, że ni hu hu, nie wiadomo co. Poleciła nam Karolka poddawać bacznej obserwacji i pojawić się natychmiast, gdyby wystąpiły dodatkowe objawy. Przy okazji odpytała nas na okoliczność ostatnich odrobaczeń, przekazała nam stosowne tabletki i zainkasowała jakąś kosmiczną kwotę. Karolek natychmiast wyczuł koniunkturę i zapakował się samodzielnie do kosza udając, że cała ta szopka jego osobiście nie dotyczy. W drodze powrotnej karał nas wyniosłym milczeniem połączonym z dyszeniem. Aż dziw, że przez tyle czasu się nie zhiperwentylował. Ożywił się wyraźnie na widok roślinności okołodomowej, która zaczęła mu się widać kojarzyć pozytywnie, a na schodach usiadł w koszu i zaczął wyglądać na „jawampokażę”. W przedpokoju, po otwarciu klapki, wypruł z kosza jak wściekły, otrzepał wszystkie możliwe łapy z obrzydzeniem, po czym… zaczął nerwowo podrzucać ogonem!!! Ręce nam opadły i daliśmy mu spokój, a zaczęliśmy snuć dalekosiężne plany związane z odrobaczaniem.

Część druga.
Jeśli masz w domu trzy koty i musisz je odrobaczyć, to czynność ta wymaga szczegółowych przygotowań. Jeśli masz jednego kota, to (teoretycznie) łapiesz go pod pachę przed śniadaniem, z zaskoczenia ładujesz mu tabletkę palcem w okolice żołądka, odcinasz podle dopływ tlenu i modlisz się, żeby przełknął. Jeśli masz trzy koty, to ta podła sztuczka uda ci się tylko raz. Albowiem widownia czujnie śledzi każdy twój ruch i nie ma byka, żadnego kota więcej nie obezwładnisz. Właściciele większej liczby kotów to ludzie wyjątkowo podstępni, obeznani w survivalu, przebiegli i posiadający plan szczegółowy z różnymi wariantami. Wobec powyższego dziś rano o 5.40 wykonałam następujące czynności:
a. wyjęłam z lodówki podstępnie tam wczoraj ukryte surowe mięsko,
b. zapakowałam do mięska po jednej tabletce, szczelnie otulając, żeby się koty nie skapnęły,
c. zapodałam po kawałku każdemu z oczekujących na posiłek.
A potem czekałam w napięciu. Następnie zaobserwowałam, co następuje:
a. Tuśka w swej żarłoczności dała się nabrać i znihilizowała mięsko nie zauważając tabletki,
b. Karol wąchnął i mentalnie popukał się w głowę w moim kierunku,
c. Zocha mnie wyśmiała, celnym strzałem łapy umieszczając swój kawałek mięsa z tabletką pod szafką.
Sięgnęłam do notatek po plan B i napełniłam trzy miski karmą suchą w różnym stopniu:
a. miskę Tuśki normalnie, bo tabletkę miała już w środku,
b. miskę Karolka 7 chrupkami i tabletką,
c. miskę Zośki – jak wyżej.
A potem czekałam w napięciu. Następnie zaobserwowałam, co następuje:
a. Tuśka żarła jak wściekła, ale była poza podejrzeniami,
b. Karol stracił czujność i niechcący pochłonął tabletkę razem z 7 chrupkami, po czym zaczął słusznie domagać się dokładki,
c. Zocha mnie wyśmiała.
Nie było rady. Sięgnęłam do notatek i przystąpiłam do planu C:
a. Tuśkę olałam,
b. Karola olałam,
c. Zochę jedną ręką złapałm pod pachę, drugą ręką podstępnie wepchnęłam jej tabletkę w okolice żołądka i podle odcięłam dopływ tlenu, trzecią ręką otwarłam szafkę kuchenną, czwartą wyjęłam uwielbiane przez koty witaminki i machnęłam Zośce przed oczami, celem wywołania ślinotoku.
Akcja się powiodła. Zaskoczona Zocha niechcący połknęła tabletkę, pożarła witaminę i przystąpiła do śniadania.
W tym momencie Tuśka się zerzygała…
Super.
Miałam w zapasie jeszcze jedna tabletkę (HA! widzicie, jaka jestem przewidująca???), więc natychmiast przystąpiłam do działania, żeby nikt nie zdążył się zastanowić, co się dzieje. Jedną ręką złapałm pod pachę Tuśkę, która zaczęła przejawiać objawy lekkiej paniki, drugą ręką podstępnie wepchnęłam jej tabletkę w okolice żołądka i podle odcięłam dopływ tlenu, trzecią ręką otwarłam szafkę kuchenną (bo już zdążyłam schować witaminki), czwartą wyjęłam uwielbiane przez koty kuleczki i machnęłam Tuśce przed oczami, celem wywołania ślinotoku.
Akcja się powiodła, acz z oporami.

Wynik:
a. Jeśli nie nastąpi gradobicie, koty możemy uznać za odrobaczone.
b. Ran ciętych nie odnotowano (mam wprawę).
c. Ran kłutych nie odnotowano (jw.).
d. Strat w ludziach i sprzęcie nie odnotowano (jw.), bo nie będziemy się przecież rozwodzić nad rzygami na dywanie i poplutymi szafkami kuchennymi.
e. Wszystkie koty są na mnie obrażone. Karolek nie wie, o co chodzi, ale skoro dziewczyny są obrażone, to on też.

W promocji postanowiłam zaprezentować wam teksty pt: „Jak zaaplikować kotu tabletkę”, „Jak zaaplikowac psu tabletkę”. Niezmiennie od lat bawią mnie tak samo. Bez względu na liczbę powtórzeń w czytaniu.
Voila:

Jak zaaplikować kotu tabletkę?

1. Weź kota na ręce i otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej reki po obu stronach pyska i naciśnij lekko trzymając tabletkę w pozostałych palcach prawej reki. Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwól kotu zamknąć pysk i przełknąć.

2. Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym jeszcze raz.

3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamłaną już tabletkę.

4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniem jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej reki wepchnij tabletkę tak głęboko, jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.

5. Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę/dziewczynę do pomocy.

6. Przyduś kota do podłogi, klinując go miedzy kolanami, jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylnie łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie warczące odgłosy wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona/dziewczyna przytrzyma głowę kota jednocześnie wpychając mu drewniana linijkę miedzy zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki miedzy rozwarte zęby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle, co skłoni go do przełknięcia.

7. Wyciągnij kota siedzącego na karniszach i rozpakuj nowa tabletkę. Zanotuj sobie, żeby wymienię firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je posklejać później.

8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między rozwarte zęby mocno wdmuchnij tabletkę do środka.

9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi, a następnie wypij jedna butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie rozdrapane
ramię, a następnie przy pomocy cieplej wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.

10. Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała tylko jego głowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i przy pomocy gumki „recepturki” strzel tabletką miedzy rozwarte zęby.

11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek na swoje miejsce. Wypij piwo. Weź butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij. Przyłóż zimny kompres do policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek, aby ukoić ból. Podartą koszulę możesz już wyrzucić.

12. Zadzwoń po straż pożarną, żeby ściągnęli tego pier… kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w plot, próbując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij kolejną tabletkę z opakowania.

13. Skrępuj tego drania przy pomocy sznurka od bielizny, związując razem przednie i tylne łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij tabletkę kotu do gardła, popychając dużym kawałkiem polędwicy wieprzowej. Już nie musisz być delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła, żeby spłukać tabletkę.

14. Wypij pozostałą wódkę z butelki. Pozwól żonie/dziewczynie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramię i wyjąć resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół.

15. Zadzwoń do schroniska dla zwierząt, żeby zabrali tego mutanta z piekła rodem i sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie maja chomików.

Jak zaaplikować psu tabletkę?

1. Zawiń tabletkę w plaster szynki i zawołaj psa.

8 sierpnia 2007

Atrakcji ciag dalszy

Niebiosa dbają o nasz komfort psychiczny poprzez zsyłanie coraz to nowych rozrywek, o których już wiedzą ci, którzy zaglądali TU. Oświadczamy, że się nie nudzimy nic a nic.
Jutro będę się widziała z Marcinem, to wam powiem, czy (na oko niematki) do twarzy mu z blizną. W związku z poznanymi przeze mnie okolicznościami wywrotki, zaproponowałam Kryni, że możemy Marcinka zlać malowniczo wężem do podlewania ogródka, który stał się bezpośrednim sprawcą wypadku. Zapamietają sobie obaj, co nie? ;o)
Krynia, biedaczka, w kompletnym szoku. Do tego stopnia, że język jej się plącze i bredzi. Rano np. powiedziała, że nie mogę przyjechać i pomóc w pewnej sprawie związanej z Marcinem, bo mam strasznie dużo swoich spraw i kłopotów. Na takie bredzenie zalecam kataplazmy oraz wyciąg z pająka.

Dzisiejszy telefon do Teściowej podniósł mnie na duchu, bo głos zdecydowanie żwawszy i samopoczucie lepsze. Nadal naturalnie jak nakręcona powtarza, żebyśmy sobie kłopotu nie robili i mam wpłynąć na Szefa, żeby jej nie dręczył, ale nieśmiało wspomniała, że odpocznie sobie trochę w domu i za jakieś trzy tygodnie może by do nas przyjechała. No! Znaczy dar przekonywania mam. Zwłaszcza z bronią w ręku, nieprawdaż.

Potomstwo za to nie odzywa się wcale, a na moje esemesy odpowiada burknięciami w stylu: no. W związku z tym uznaliśmy, że bawi się dobrze i nie zakłócamy jej wypoczynku.

Biuro podróży natomiast napuszcza na mnie izbę turystyczną, która atakuje bardzo profesjonalnie i gdybym nie była taka wyedukowana, to pewnie już dawno bym im uległa. Swoją drogą: szacuneczek – narzędzia manipulacji mają opanowane do perfekcji. Tyle, że trafili na wyjątkową jędzę, która to i owo już w życiu widziała i słyszała.

Poza tym jestem fatalnie zaziębiona i czuję się jak zarośnięty pudel z zaropiałym okiem. Cierpię na bezwład myślowy i każde skierowane do mnie pytanie wywołuje nieprawdopodobny wysiłek psychiczny, który doprowadzić ma do zderzenia komórek, wszczęcia procesu myślowego i udzielenia odpowiedzi. Nie jest łatwo.

To idę i wszcznę.
Ten proces.

7 sierpnia 2007

Do biegu gotowi… START!

Wpadam tu na chwilę, wyłącznie z przyzwoitości, żeby wam powiedzieć, że rozmawiałam dziś z Teściową. Głosik ma jak pięć groszy, słabiutka, ledwie mówi. Oczywiście nic jej nie jest, świetnie się czuje i mam sobie nie robić kłopotu.
A co, jak ja chcę?
Wszyscy przecież wiedzą, że ja uwielbiam mieć kłopoty, nieprawdaż? Żyć bez tego nie mogę i koniec.
Obmyślamy z Szefem politykę codziennego nękania pacjentki, która to terapia doprowadzić ma do założonych przez nas skutków, czyli mania Mamy pod ręką przez czas jakiś. Działamy sprawnie i w sposób zorganizowany, co – mam nadzieję – rokuje dobrze naszym niecnym planom. Jesteśmy jak ten holder, który ma założony – nie sposób się od nas uwolnić. Krążymy jak sępy nad zwierzyną i cierpliwie czekamy na ten moment, kiedy zrozumie, że już nie ma ucieczki. A wtedy nie będzie trzeba nawet stosować rozwiązań siłowych. Taka mam przynajmniej nadzieję.

W pracy ostra polka i meksyk. Z dyrekcją rozmawiałm dziś już 78236517860156 razy, a i tak czuł potrzebę zadzwonienia do mnie na komórkę z wyjazdu i przekazania mi ostatecznych instrukcji do… niczego.
Ech, ech…
Szefowie to osobny temat, co?

O cholera, już 15.00, a ja tu pinkolę po darmo.
W nogi!

6 sierpnia 2007

Wstydliwe wyznanie: lubię moją Teściową

Jestem zarobiona po brzegi – wydaje mi się, że jeszcze jedna kropla i to wszystko się przeleje. Dodatkowo, jak wiadomo, przeżywam ten rok wyjątkowo intensywnie i – chociaż staram się tak nie myśleć, bo z urodzenia jestem optymistką – zwyczajnie zaczynam przebąkiwać o pechu i mieć dosyć, dosyć, dosyć!
Kto się jeszcze nie zorientował, że to wstęp do kolejnej atrakcji, ręka w górę!

Miotam się pomiędzy uczuciami przerażenia i wściekłości. Moja Teściowa jest w szpitalu. Jestem przerażona, bo zabrało ją pogotowie, miała zapaść. W jej przypadku to wyjątkowo poważna sprawa, ponieważ nie ma jednej nerki i jej organizm pozbawiony jest już jednego ważnego filtra. Rozmawiali już przez telefon – mama z synem – ale nie wytrzymałam, żeby nie posłać jej esemesa, że ją ściskamy z całej siły, że z nią jesteśmy – gotowi do pomocy. I że rozsadza mnie ze złości, że dowiedziałam się dopiero po trzech dniach.
No i mamy wątek drugi: jestem wściekła do granic wytrzymałości, bo nikt do nas nie zadzwonił. Trudno, żeby ona dzwoniła i nas informowała o takich rzeczach, ale ani Teść, ani żaden z dwóch pozostałych synów, nie uznali tej sprawy za poważną na tyle, żeby dać nam znać. Muszę tu sobie trochę powietrza upuścić, bo i tak chodzę po domu i przeklinam na cały klan, a nie chcę Szefowi dokładać do pieca. To nie jego wina, że ma braci kretynów.
Najbardziej rozzłościł mnie średni brat Szefa, który nie może pojechać do Mamy, bo ma ważne spotkania. I nie może załatwić jej lepszej opieki zdrowotnej w pobliżu domu niż cholerna, prowincjonalna umieralnia, do której przewiozło ją pogotowie. Mimo, że pracuje dla najdroższej służby zdrowia w Warszawie. Nie wytrzymam, zaraz mi głowę rozerwie!!! Na to, jak dobrze jestem wychowana wskazuje fakt, że ani razu jeszcze w tym tekście nie użyłam niepartykularnych wyrażeń.
Koniecznie chcę Teściową ściągnąć do nas, żeby zająć się jej zdrowiem z szacunkiem, na jaki ono zasługuje. Zwłaszcza, że do tego szpitala, w którym teraz leży, poszedł jej ojciec z przeziębieniem. I wyszedł nogami do przodu. Mogę sobie wyobrazić, o czym ona teraz myśli i co czuje.
Tylko tak okropnie mi przykro, że jej pozostali dwaj synowie się jakoś nie niepokoją. Tak mi żal, że zamiast leżeć w szpitalu w Warszawie, gdzie miałaby swoich bliskich pod ręką – może nie na każde pstryknięcie palcami, ale blisko – będzie tutaj, na Śląsku. Oczywiście otoczona naszą czułą opieką, codziennymi spotkaniami, ale to nie to samo, prawda? Teść tu nie zjedzie, ja go znam, a ona będzie za nim tęskniła i nawet bliskość najmłodszego syna, którego tak rzadko widuje, na dłuższą metę jej tego nie zrekompensuje. A chciałabym ją zatrzymać na dłużej – tyle, ile będzie trzeba, żeby zrobić pełną diagnostykę, właściwie ustawić leczenie, upewnić się, że wszystko jest w miarę w porządku.
I tak bardzo KURWA nie mogę zrozumieć, że nie rzuca się wszystkiego i nie biegnie, kiedy Mama tego potrzebuje.
Ale to już mój problem.

4 sierpnia 2007

Sobotnie odprężenie

Wczorajsze popołudnie i wieczór spędziłam z Krysią i ono było okropne, jak zawsze. Z tą kobietą po prostu nie można się nagadać. Zawsze żegnam się z niesamowitym niedosytem i niepokojem, kiedy znów będzie czas na jej apetyczne historyjki i czy w ogóle ta studnia może się wyczerpać. Muszę wyznać, że sporo tracą ci, którzy nie mogą wirtualnie jej przycisnąć, żeby wydobyć tysiące powalających opowiadań o jej życiu i przemyśleniach.
Zrobiłyśmy sobie również mały pokaz mody, bo przegoniłam ją bez litości na okoliczność prezentacji możliwych układów kolorystycznych i kompozycyjnych wyglądu matki pana młodego. Mój głęboko przemyślany wybór padł na uroczy kostiumik w ulubionym kolorze Krysi – dopasowany tam i owam i zalotnie falujący w innych miejscach. Dodatkowym atutem tego stroju jest nieprawdopodobny zbieg okoliczności dopasowania go do sukni panny młodej.
HA! Bo mało, że poszalałam sobie emocjonalnie, spotykając matkę pana młodego! Miałam jeszcze okazję sznurować gorsecik panny młodej! Ooo, mówię wam! To jest przeżycie. Panna młoda zwiewna jak mgiełka, drobna i urocza, wskoczyła w suknię ślubną specjalnie dla mnie. Niech rzuci kamieniem ten, co nie poczułby się wyróżniony. Pan młody z cierpliwością i rezygnacją znosił ochy i achy damskiej publiczności, udając, że jest nieobecny i emocjonalnie się od nas izolując.
Więc, moje panie: panna młoda w odcieniach kości słoniowej z capuccino i zielonych kwiatach, matka pana młodego w uroczych falbankach delikatnej zieleni i pan młody z nagim torsem przy pracy w ogródku. Pyszne widowisko. Wszyscy już mogą zacząć zazdrościć.

Obejrzałam też to dyskusyjne zdjęcie do dowodu i w ramach wyrażania opinii zaproponowałam zapalniczkę. Muszę się zgodzić – fotograf pstryknął zdjęcie jakieś obcej babie i wmawia nam, że to Krysia. Poleciłam zdjęcia spalić i natychmiast zrobić nowe. Fotografa natomiast winno się zlinczować na rynku ku uciesze gawiedzi.

- Lato stulecia – mruknęła panna młoda w ogrodzie, kiwając się na piętach i z niesmakiem obserwując niebo – Zamiast mrożonej wódki podawać będziemy herbatę z rumem.
Kto sobie myślał, że nieodrodny syn swojej matki wybrał na żonę plastikową lalę pozbawioną poczucia humoru, ten się pomylił.
A kto głosił, że w tym roku lato nas zabije, niech teraz cicho siedzi i uważa, żeby się to nikomu nie przypomniało.

Potomstwo natomiast donosi, że tańczy. W dodatku po trzy godziny dziennie. Jak dobrze pójdzie, dostanę z powrotem przecinka, któremu trzeba będzie wymienić całą garderobę.

3 sierpnia 2007

Przeżywam chwile zwątpienia

No bo jak człowiek natrafi na coś TAKIEGO, musi się zastanowić GDZIE MY, DO CHOLERY, ŻYJEMY???
Świat dokądś pędzi, coraz częściej mam wrażenie, że w czarną dziurę.
Najbardziej przerażają mnie te tłumy. Dzieci przyprowadzają. Robią zdjęcia!
Wyborcza oferuje opcję pt. „więcej zdjęć”, ale się nie skusiłam.

Quo vadis, domine? Quo vadis?

2 sierpnia 2007

Passa trwa – olaboGA

Nie do wiary, nie do wiary, czepia się mnie każde g… leżące na ulicy. Wydarzenia dzisiejszego poranka przyćmiły nawet sprzedaż samochodu.
Ale… od poczatku.

W czerwcu wykupiłam Potomstwu kolonie w Jastrzębiej Górze. W biurze podróży nieopatrznie wykupiłam. Na początku wyglądało wszystko cacy. Ośrodek 50 m od plaży, można dopłacić do pokoju z łazienką (dopłaciłam), można wykupić warsztaty taneczne (wykupiłam) i przewożą dziecka na miejsce autokarem – za dopłatą (100 zł) również z Katowic (dopłaciłam). W poniedziałek 30 lipca (wyjazd w czwartek 2 sierpnia o 5.00 rano!) biuro, po dwóch interwencjach w sprawie miejsca i godziny zbiórki, przysłało mi informację, że sorry – resorry, ale dziecko nie pojedzie autokarem, bo za mało się młodzieży nazbierało z Katowic, pojedzie pociągiem. Z dwiema przesiadkami. Super. Szlag mnie trafił minimalnie i rozpoczęłam obfitą korespondencję e-mailową oraz rozmównictwo telefoniczne z biurem podróży. Niestety biuro niczego innego mi nie mogło zaproponować, a po wielokrotnych przepychankach stwierdziło, że zwróci mi koszty podróży. 75,60 mi zwróci. A zapłaciłam przecież już za tę podróż dwukrotnie – raz w cenie kolonii, a dwa – stówę (sic!) za dowóz do Katowic. Potem dorzuciło z łaski jeszcze warsztaty taneczne gratis – 70 zł. Ponieważ miałam ich już dosyć i chciałam zamknąć tę sprawę, spać spokojnie i dać szansę Potomstwu na miły wypoczynek, powiedziałam, że OK i żeby mi już dali spokój. To było wczoraj wieczorem.
A dziś rano, uzbrojeni w informację o zbiórce w holu dworca o godz. 5.00 oraz numer komórki opiekuna, wyruszyliśmy w nieznane. Zaiste! Ponieważ na Potomstwo nikt nie czekał! Niezapomniane przeżycie. Zadzwoniłam pod numer podany w mailu. Okazało się, że podano go wadliwie i obudziłam jakiegoś bogu ducha winnego faceta, który zdołał tylko wyrzęzić, że pomyłka. Było mi przykro. W zasadzie pozostało tylko wrócić do domu. Ale ja to twarda jestem. Przypomniałam sobie, że na dworcu funkcjonuje całodobowa kawiarenka internetowa, więc ruszyłam z kopyta celem sprawdzenia, czy nie pomyliłam numeru. Przyprawiwszy pana kawiarenkowego o stan przedzawałowy (no cóż, emocje…) nie ustaliłam niestety niczego nowego. Numer się zgadzał, czyli się nie zgadzał. No to klops. Ale, kochani, ja to niezniszczalna jestem. Przekupiłam kierownika kas i za chwilę przez megafon wezwano panią opiekunkę w wyznaczone miejsce. I co? Jajco. Ni ma. W zasadzie dziecko nie jedzie. W międzyczasie Szef obskoczył peron, ale nikogo nie znalazł. No to super, czyli kopletna klapa i klops. Wspominałam jednak, że jestem z wyjątkowo trwałego materiału? No jestem. Na pięć minut przed odjazdem pociągu kopnęliśmy się wszyscy na peron raz jeszcze. Dopadłam pana kolejowego przy ostatnim wagonie i wydyszałam tragicznie, że mam potrzebę się dowiedzieć, czy przypadkiem nie mają rezerwacji przedziału na jakąś kolonię.
- Mamy. W pierwszym wagonie. Niech pani leci, bo odjeżdżamy!
Ludzieeeee!!! To był długi pociąg! Rzeczywiście – była rezerwacja, była pani, numer telefonu zupełnie inny i nikt jej nie potwierdził, że Potomstwo jedzie, więc nie przyszła do holu. Bo i po co. No racja. Bardzo sympatyczna pani i przecież niczemu nie winna, prawda? Tylko że… w związku z brakiem potwierdzenia nie miała też biletu dla Potomstwa…
Zapłaciłam po raz trzeci.
Jedzie.

Rozmawiałam z biurem. Spokojnie, bo już się wypłakałam u mamy.
Rozmawiałam z zaprzyjaźnioną kancelarią prawną. Mają urwanie gwizdka, ale oczywiście, gdzieś mnie wcisną.
Nawet nie mam bojowego nastroju, jestem wycieńczona. I boję się o tę moją malusią jedynaczkę (wzrostu mamusi!).
Powiedzcie – co jest???

PS Zgaduj – zgadule, ile zapłaciłam za tę imprezę.
PSPS Korespondencja jest interesująca, jak chcecie, to mogę wam fragmenty tu wrzucić.