25 stycznia 2009

Ogłoszenie parafialne

Moi Drodzy!

Zbliża się czas rozliczeń podatkowych, dlatego pozwalam sobie do was napisać.
Oczywiście ci, którzy na stałe mieszkają za granicą i nie rozliczają się w Polsce z podatku, moją notkę mogą potraktować jako ciekawostkę ornitologiczną.

Postaram się streszczać.

Jak co roku nasz ukochany ustawodawca daje nam możliwość przekazania 1% podatku na organizację pożytku publicznego. Od dwóch bodajże lat sprawa jest maksymalnie uproszczoną nawet dla osób, które otrzymują zwroty podatkowe. Wcześniej osoby te musiały rzeczony procent wybecalować z własnego portfelika. Teraz nie – nasz najulubieńszy urząd w kraju zrobi to za nas. Wystarczy wypełnić w PIT odpowiednią rubrykę – i kasa leci we właściwą stronę.

Sedno:

Mam koleżankę, bardzo miłą i dzielną dziewczynę, która w 2000 roku, zaledwie po 6. miesiącach ciąży, powiła niezwykle udaną córeczkę. Niestety – nie zagłębiając się w szczegóły (chyba, że ktoś czuje potrzebę – to lu!, odpowiem na wszystkie pytania albo odpowie zainteresowana) – dziewczynka ma dziecięce porażenie mózgowe. Jedyną dla niej sensowną rehabilitacją jest, urządzany wyłącznie w jednym miejscu w Polsce (Mielno), turnus w skafandrach kosmicznych. Kosztuje – bagatela! – 13.000 zł. I naturalnie nie jest refundowany. Chyba nikt nie wątpił.
Dziewczynka ma konto, założone w organizacji pożytku publicznego, w fundacji „Iskierka” i zbiera pieniądze na powyższy cel. Ewentualnym zaniepokojonym wyjaśniam, że mama dziewczynki, zakładając rzeczone konto, zablokowała możliwość wykonywania wypłat. Z tego konta można jedynie – i robi to „Iskierka” – regulować faktury na zjawiska, związane z rehabilitacją.

Apeluję do was wszystkich, żebyście nie byli frajerami i nie wrzucali własnej, ciężko zarobionej forsy do wora bez dna. Oddajcie swój 1% podatku miłej dziewczynce po to, żeby rodzice mogli jej zapewnić samodzielność. Nikt nie jest wieczny, nie?
A teraz każdy wstaje od komputera i idzie popatrzeć na swoje dziecko/dzieci. Popatrzcie z miłością i pomyślcie, jakimi jesteście szczęściarzami. A potem nie bądźcie skąpi.

Sedno sedna:

Fundacja „Iskierka”
ul. Prosta 68
KRS 0000248546
ING Bank Śląski O/Zabrze
30 1050 1588 1000 0023 0342 1412
Koniecznie z dopiskiem:
Dla Kamili Ligęza

Kamilkę można „odwiedzić” w portalu „Nasza klasa”  na profilu jej mamy, która nazywa się Monika Ligęza (Rabenda).

Mam nadzieję, że moja prośba nikogo z was nie uraża.
A jeśli tak – trudno.
To i tak niczego w moim spojrzeniu na życie, jak podejrzewam, nie zmieni.

Pozdrawiam.

19 stycznia 2009

Ballada finiszująca poniekąd

Wiem, że to plagiat, ale hasło na dziś: wyszedłemk, zamkniętyk.

Z powodu braku wszystkiego, chwilowo się zawieszam. Jak napłynie (wszystko), to się odwiesi.
Tymczasem pozdrawiam wszystkich gorąco i dziękuję za udział w programie.

Napisy.

14 stycznia 2009

O zaskakujących zakończeniach

Występują:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
20.00

Miejsce akcji:
salon

Prezes spożywa kolację, a prezesowa mu towarzyszy, zabawiając go lekką, zabawną i niezobowiązującą konwersacją, żeby lepiej trawił.

prezesowa (kontynuując): I w ten sposób nauczyłam się fachowo rozbierać mięso. Dlatego szlag mnie trafia, kiedy patrzę, jak oni w tych marketach siekierą rąbią gdzie popadnie. Tylko schab umieją wyodrębnić.
Prezes: Nie zapominaj, że ja też potrafię. W końcu nie raz ojciec przywoził to i owo w worku. Jeszcze ciepłe. A dziadek przecież był rzeźnikiem. Więc w genach.
prezesowa: Ale przecież dziadek ze strony mamy.
Prezes: Skąd, ze strony ojca.
prezesowa: No popatrz, pomyliło mi się. A dziadek ze strony mamy kim był?
Prezes: Pierdolonym ubekiem.

12 stycznia 2009

Dialogi na 4 rogi – prawie jak w kawale

Wprowadzenie – kawał (stary).

Mama do Jasia: Jasiu!!! Wstawaj! Już późno.
Jasio: Mamo… Ja nie chcę iść do szkoły!
Mama do Jasia: Jasiu, musisz iść do szkoły!
Jasio: Ale ja nieeeee chceeeee… Dzieci mnie w szkole nie lubią.
Mama do Jasia, stając w drzwiach: Jasiu! Masz 45 lat i jesteś dyrektorem. Natychmiast wstawaj i do szkoły!

Za udział biorą:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
6.55

Miejsce akcji:
salon

Prezes: Kochanie, za pięć siódma, a ty jeszcze w piżamce!
prezesowa (zastygając w zastanowieniu): Chwila, chwila! Przypomnij mi… Czy ja tam może jestem dyrektorem?

8 stycznia 2009

O matko

Jestem taka chora, że chyba zaraz zaliczę zgon.
Tymczasem, jak wiadomo, zmiennik na L-4, gdyż ma jedną nóżkę bardziej. I kiedy powróci – nie wiadomo.

Nadal podbijam serca wzburzonych klientów. Wczoraj zaliczyłam jednego i dziś jednego. Najbardziej podoba mi się, że ktoś się cieszy, mimo że odchodzi z niczym, czyli z tym, z czym przyszedł. Poczytuję to sobie za osobisty sukces.

A teraz mniej przyjemne – idę wręczyć pracownikowi naganę na piśmie. Cóż, nie zawsze bywa słodko.

5 stycznia 2009

O tym, że no już dobra

Opierałam się i byłam twarda, ale (oj tak) też się za wami stęskniłam. No przyznaję się.
Poza tym jestem w stanie kompletnego rozśmieszenia z dwóch powodów,
choć jeden z nich po prostu trudno mi wam przedstawić, ponieważ ma na
tyle kontekstu, że ręce opadają zanim się człowiek podejmie jego
opisania. A drugi dotyczy klienta.

Co poniedziałek pełnimy tzw. dyżury dyrektorskie, przyjmując
rozżalonych petentów, czyli mamy dzień skargowy. Ponieważ mój zmiennik,
na którego dziś wypadało, przybył o poranku z nogą w gipsie, chcąc -
nie chcąc musiałam zostać na dyżurze. No i trafił mi się klient.
Telefoniczny.
Powiadam wam – pół godziny.
Bardzo był zdolny. Na początku usiłowal tzw. chwytu pod siusiu. Wyraził
niekłamaną radość, że może rozmawiać z kimś tak ważnym jak ja, oraz
nadzieję, że w tej sytuacji jego problem zostanie załatwiony od ręki.
Piiiiiiii…
Manipulacja.
Kiedy dowiedział się, że niestety niezwykle mi przykro, lecz
powszechnie obowiązujące przepisy mówią, że tak nie można, usiłował mi
wmówić, że przecież zawsze tak było.
Piiiiiiii…
Manipulacja.
Potem zaczął punktować niekompetencję pracowników mojej firmy, a w dodatku używał sformułowań typu: zgodzi się pani ze mną.
Piiiiiii…
Manipulacja.
Nie wiem czy już kiedyś wspominałam, ale żeby mną manipulować, trzeba
mieć nieco pojęcia, bo ja już czytałam Cialdiniego. Więc takie tanie
chwyty, to wiecie…
Następnie pan zaczął krzyczeć, potem obrażać mnie i grozić.
Piiiiiiii…
Manipulacja.
Pudło.
Po półgodzinie przestał. Ja po prostu uważam, że hasła typu
„chrześcijańskie miłosierdzie” w gosodarce rynkowej się nie sprawdzają.
Że już nie wspomnę o straszeniu mediami. Mnie. Media mnie bowiem nie
znoszą, zwłaszcza lokalne, bo one już kilka razy do mnie startowały i
jakoś się nie udało. No dobra – krzyczą i rzucają słuchawką.
No coooo? Wszyscy wiedzą, że z natury jestem wredna.
No to, jak to teraz modnie jest powiedzieć, osiągnęliśmy konsensus. A potem pan powiedział:
- Proszę pani. 12 lat prowadzę firmę szkoleniową i uczę ludzi, jak się
zachowywać w sytuacjach stresowych. Muszę pani powiedzieć, że w życiu
czegoś takiego nie widziałem. Pani jest profesjonalistką, ani raz nie
udało mi się pani wyprowadzić z równowagi. Proszę przyjąć moje wyrazy
szacunku oraz gorące przeprosiny. Zachowałem się okropnie. Na swoją
obronę mam tylko anegdotkę. Otóż kiedys zapytano profesora Lew
Starowicza, jak u niego z tymi sprawami. A on odpowiedział, że
ornitolog nie musi przeciez umieć fruwać. I gdyby pani kiedykolwiek
szukała pracy – zapraszam serdecznie.

To było dwie godziny temu i wciąż chce mi się z tego śmiać.
On nie wie, że mnie takie sytuacje nie denerwują.
hihi