17 listopada 2017

2433

Całe szczęście, że na fejsbuku wyskakują wspominki. Dzięki nim odkryłam, że mamy dzis urodziny i poleciałam szybko sprawdzić, od czegóż to się zaczęło.
Od Karolka.

17 listopada 2006 roku napisałam pierwszy post na blogu i brzmiał on następująco:

Donoszę uprzejmie, że objawienia w naszej podstawowej komórce społecznej mają charakter nagły, niespodziewany i spadają na nas w chwilach stabilizacji. Jak można przypuszczać w okresach tych następuje względne odprężenie, utrata czujności i niczym nieuzasadnione zadowolenie, a cechy te bezsprzecznie sprzyjają występowaniu objawień.
Dla niezachowania chronologii pierwsze wystąpi objawienie ostatnie: Karolek.
Karolek jest wynikiem posiadania stałego łącza internetowego. Objawił się w związku z korzystaniem z najpopularniejszego w naszej ojczyźnie serwisu aukcyjnego. Zaistniał w wyniku proponowania przez ów serwis tzw. opcji „Kup teraz” i pozornie wydawać by się mógł aukcją życia, albowiem nie zapłaciliśmy za niego ani grosza, a w dodatku w promocji do Karolka otrzymaliśmy kosz wiklinowy z drzwiczkami uniemożliwiającymi występ. W przeciwieństwie do dostępu. Chociaż w pewnym sensie uniemożliwiały też one (owe drzwiczki) dostęp do Karolka, a co za tym idzie – dawały szansę zachowania wszystkich 10 palców u rąk. Lub oka. Lub innych cennych części osobowości cielesnej. A wszystko to dlatego, że Karolek zapałał do nas pozytywnym uczuciem dopiero jakieś dwa dni później, co mogło zaowocować poważnymi stratami w ludziach i sprzęcie. Nie, żebyśmy Karolka więzili przez dwie doby w rzeczonym koszyczku, aż skruszał… Nic z tych rzeczy. Zresztą… kto by go tam wcisnął, kiedy już został uwolniony? Zaprawdę – najodważniejszy by się nie odważył po obejrzeniu będących na stanie Karolka lancetów, potocznie nazywanych pazurami. A warto tu nadmienić, że Karolek posiada w końcu również bliżej nieokreśloną liczbę „mnóstwo” zębów, dobitny dowód istnienia których obnosimy jak ordery do dnia dzisiejszego, licytując się przy każdej okazji, kto ma ordery liczniejsze i które miejsca „zawieszania” są najoryginalniejsze.
Wbrew snutym przeze mnie rozważaniom Karolek ma niezwykle przekonujący wygląd.


Blogowanie jest jedną z poważniejszych stałych w moim życiu. Bardzom ciekawa, czy jest tu jeszcze ktoś, kto czyta od samego początku. Jeśli tak, to WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, CZYTELNICZKO (lub czytelniku).

A poza tym: brawo ja. 11 lat.
Szok. Po prostu szok.

12 listopada 2017

2432

Mamy tutaj taką zabawę, nazywa się "podkręcanie psychopaty". Tzn. Prezes zawsze wznosi oczy ku niebu i mówi: "Znowu podkręcasz psychopatę?".
Psychopata wygląda tak:


No więc bierze się jednego psychopatę i zamiziuje. Obraca się psychopatę na kanapie w różne strony, klepie się go po pupie, sprawdza, czy nogi zimne, wałkuje i łaskocze po brzuchu. Psychopata się broni, wierzga i warczy. Kiedy dźwięki osiągają specyficzne staccato, należy znienacka pomiziać psychopatę w uchu. A gdyby się tego spodziewał, to w pachwinie.
Psychopata jest absolutnym mistrzem debaty, Lesiek przy nim po prostu wymięka. Jęczy. Rzęzi. Warczy. Charczy. Kaszle. Kicha i pluje. Pomiziany znienacka w pachwinie zastyga i przestaje oddychać. Uwaga dla podkręcających: nie przesadzać, bo się udusi.

Bawię się tak codziennie i nigdy nie mam dosyć. Polecam.

11 listopada 2017

2431

Zgrzały mi się zwoje.

Czasem zapisuję się do różnych grup na Facebooku. Sprawdzam, czy to wnosi coś do mojego życia - jeśli nie, rezygnuję. Zapisywałam się też do lokalnych grup związanych z informowaniem o utrudnieniach na drogach, bo wiadomość o korku pomaga go ominąć, a korek działa mi na nerwy. Wolę przejechać kilka kilometrów więcej, byle jechać. Dość szybko ogarniam topografię terenu, mam skłonność do eksperymentowania, szukam alternatyw. Ale tego typu grupy to również nieustanne informacje o kontrolach trzeźwości i prędkości.

Moim zdaniem tych kontroli jest o wiele za mało. Dane dotyczące wypadków śmiertelnych są przerażające. Ludzie są bezmyślni, nie mają narządu odpowiedzialnego za refleksję. Nie, nie chciałabym nikomu wmawiać, że od przeszło ćwierci wieku nigdy nie "depnęłam" na ograniczeniu - one rzeczywiście bywają irracjonalne. Ale staram się. Wiem, jak wygląda człowiek po wypadku drogowym. Wiem, jak wygląda człowiek, którego uratowano z płonącego samochodu. Wiem, jaki jest komfort życia po czymś takim.

Nie ma też we mnie tolerancji dla osób prowadzących po alkoholu. Jestem Hitlerem nacisku ustawodawczego w kwestii ustanowienia przepisów, które karałyby sprawców wypadków po pijaku za umyślne spowodowanie śmierci. I nie ma tu znaczenia, jaka ilość alkoholu została spożyta. Dla każdego, kto ma odrobinę mózgu jest jasne, że nawet to dopuszczalne piwo upośledza naszą koncentrację. Granica powinna zostać przesunięta do ZERA i kara za jej przekroczenie powinna być konsekwentnie egzekwowane BEZ LITOŚCI. Zapierdalaj na piechotę, jeśli nie masz wyobraźni.

Piszę o tym dlatego, że właśnie wypieprzyłam z prędkością nadświetlną z jednej z grup, w której o kontrolach trzeźwości i prędkości nagminnie informowano. Zbyt długo to tolerowałam i czuję się z tego powodu źle. Zasadniczo chciałam odejść bez komentarza, ale pomyślałam, że może przez chwilę, nim młodziutka adminka skasuje mój post, ktoś go jednak przeczyta i się zastanowi. Nawet jeśli będzie to jedna osoba - i tak było warto.

Odeszłam więc, pozostawiwszy taką wiadomość:
W zasadzie chciałam opuścić grupę bez komentarza, ale pomyślałam, że może ktoś przeczyta tę niewygodną wiadomość przed jej pospiesznym usunięciem i chwilę się zastanowi.
Prowadzę przypuszczalnie dłużej niż Ty, Aniu - sądząc po zdjęciu (jeśli nie, to winszuję umiejętności fotografowania) - żyjesz. Po pierwszym milionie przejechanych kilometrów przestałam liczyć. Poprosiłam o przyjęcie do grupy z nadzieją na informacje O PRZESZKODACH NA DRODZE. Nie interesują mnie posty o kontrolach, bo mnie nie dotyczą - myślę za kierownicą nie tylko o sobie i o tym, jaką to jestem królową szos. A jeśli nie pomyślę, to moja wina i nie ma tu pola do erystyki.
Od początku uważam, że informacje o kontrolach są NIEETYCZNE. Kto nie podziela mojego zdania, ten ma po prostu nieczyste sumienie. I zapraszam go na fp Polskie Drogi. Do tej pory to tolerowałam, choć z trudem. Więcej też czytałam niż pisałam, ale posty często się powtarzają, więc nigdy nie uznawałam tego za problem, wiedząc, że w grupach zwykle jest mniej aktywistów niż czytających. Dziś dowiedziałam się, że jestem pasożytem.
Pracuję w szpitalu. Obyś NIGDY nie zobaczyła tego, co ja widuję na co dzień. Jeśli raz zobaczysz, to pędzikiem zmienisz regulamin grupy. Zaręczam.

Kontroli trzeźwości powinno być 1000 razy więcej i szkoda, że nigdy nie będzie.

Kontroli prędkości powinno być 1000 razy więcej i szkoda, że nigdy nie będzie.

Nigdy nie jeździłam wolno, ale wiem, że nie ma takiej pilnej sprawy, dla której warto by poświęcić życie swoje lub innych. Nie ma takiej rzeczy, po którą trzeba by było jechać po wypiciu kropli alkoholu. To istnieje tylko w Waszych głowach i jeśli uważacie inaczej, to leki są już niezbędne.

Następnym razem, gdy ostrzeżecie jakiegoś mordercę, pamiętajcie, że naprzeciwko niego możecie się znaleźć Wy. I Wasi najbliżsi. Pamiętaj o tym, Aniu. Oby ktoś zaczął karać pijaków za kierownicą z paragrafu umyślnego spowodowania śmierci. Zastanówcie się, czy lans jest warty przykładania do tego ręki.

Oraz żegnam ozięble z domieszką ironii. Dawno już przestało mnie jarać popisywanie się przed innymi dziećmi w piaskownicy.

Wam też polecam. Nie bójcie się śmieszności. Macie rację.

9 listopada 2017

2430

O 7:05 9 listopada 23 lata temu trafiłam oczko (dowód: zdjęcie pierwsze). Od tej chwili nieustannie utwierdzam się w przekonaniu, że całkowicie nieprzypadkowo moja śliczna córeczka otrzymała w szpitalu taki właśnie numerek.

Napisałam do niej dziś o 7:05, że wtedy, w zimnym listopadzie 1994 roku, płakałam ze szczęścia, zachwytu i trochę z żalu, że już nigdy nie będziemy tak blisko. I dziś płakałam - z tego samego powodu. Niektóre rzeczy na niebie i ziemi są całkowicie niezmienne.

Na zdjęciu numer dwa widnieje ta sama osoba, studentka college'u, która już odkryła, że warto się uczyć. A więc - zdobywszy wykształcenie w kraju - robi to w obcym języku, na ochotnika i za swoje, ciężką pracą zarobione pieniądze (od mamusi nie chce).

Kocham ją jak nikogo na świecie i jestem z niej nieznośnie wprost dumna. Oto największe moje osiągnięcie i największe szczęście.

Wszystkiego najlepszego, kwiatuszku.


6 listopada 2017

2429

No to mamy szczęśliwy finał - udało mi sie pozyskać numer konta bankowego, na które można zawsze (nie tylko w ramach mojej skromnej akcji) przelewać środki dla naszych dużych dzieci. Ba! Mało tego! Na to konto można również przekazać swój 1% podatku, o czym pozwolę sobie przypomnieć Wam w okresie rozliczeniowym. Jak zapewne podejrzewacie, ośrodek jest Organizacją Pożytku Publicznego, w związku z czym - hulaj dusza, piekła nie ma.

W kuluarach toczy się nadal współpraca (nasza z ośrodkiem). Zakończyłam dziś zbieranie pieniędzy i popołudniu przeleję je dzieciakom. Uznałyśmy bowiem z panią kierownik Jolą, że ona sama najlepiej zagospodaruje to, czego nie zdążyłam wydać. A mówimy o kwocie niebagatelnej, bo ponad 4000 złotych! Oprócz tego wciąż jeszcze zbieram nagrody rzeczowe. Część mam w domu, część już do mnie gna i w końcu część się zapowiedziała. Gdy już zbiorę wszystko, kopnę się do Chorzowa, by przekazać dobro we właściwe ręce. Pomagam też ośrodkowi, odkrywając przed nim tajniki zakupów w rodzimym serwisie aukcyjnym, gdyż albowiem proponuje on ceny godne i wygodne, a przy tym niewygórowane.

Dokonałam również wywiadu środowiskowego z panią kierownik na temat jej możliwości pozyskiwania środków finansowych od sponsorów. Z radościa przyjęła mój pomysł, aby skontaktować ją z człowiekiem, którego zdolności do tych śmiałych czynów zawsze obserwowałam niemal bez tchu. Nie mam pojęcia, jak on to robi, kogo głaszcze, a kogo bije, ale ma power i potrafi zapewnić warunki dzieciakom, którymi się opiekuje. Zamierzam mu się przypomnieć oraz poprosić, żeby nauczył tej nieustępliwej skuteczności naszą panią Jolę. Ufam, że nie odmówi, bo fajny z niego gość. Kolorytu sytuacji dodaje fakt, że mają do siebie jakieś 500 m. A zatem mogą spotykać się bezkosztowo.

Korzystając z okazji zanoszę serdeczne i ciepłe podziękowania:
- Izie Ryngert z Wołomina,
- Iwonce Guni z Gdyni,
- Eli Ludwiczak-Owczarek z Pecnej
i Ani Zygmontczuk z Poznania.
Pięknieście się sprawiły, dziewczyny! Wasza forsa niebawem pogalopuje do ośrodka.

A teraz konkrety.

Darowizny przekazujemy na numer rachunku: 25 1050 1243 1000 0023 3494 4515.
Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną
Koło w Chorzowie 
ul. Czysta 7 
41-500 Chorzów
KRS 0000340997
KONIECZNIE z dopiskiem: "na  potrzeby OW-DDP"  (Ośrodek Wsparcia - Dzienny Dom Pobytu).
Dopisek jest ważny, ponieważ pod tym kołem PSONI "wiszą" trzy instytucje, a naszym dzieciakom najtrudniej pozyskać pieniądze.

Pani kierownik Jola uruchomiła także zbiórkę na SiePomaga (klik). Dziś ośrodek został już zweryfikowany, akcja jest widoczna i można ją zasilać.

PAMIĘTAJCIE!!!
Nie istnieje coś takiego, jak za mała kwota. Jeśli w Waszych możliwościach leży przelanie dzieciakom 5 czy 10 zł - zróbcie to. Nikt nie zamierza oceniać niczyjej zasobności portfela - cieszymy się wszyscy z każdego otwartego serca.  A poza tym... ziarnko do ziarnka, a będzie kokosza. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: za dychę szarpiemy paczkę gumnianych zabezpieczeń na ręce i kto nam zabroni.
Ahoj, przygodo!

30 października 2017

2428

Kochani!

Chciałabym, żebyśmy sobie coś wyjaśnili raz na zawsze. Pozwólcie, że wyłuszczę kilka moich prawd życiowych, co będzie przydługie i nieco nudnawe, ale konieczne dla mojego w miarę dobrego samopoczucia. Mianowicie wyjaśnijmy sobie, DLACZEGO JA TO ROBIĘ.

Otóż.
Czy ja mam w rodzinie dzieci z SMA? Nie, nie mam. Czy mam w rodzinie dorosłe osoby niepełnosprawne? Nie, nie mam. No, chyba że bierzecie pod uwagę bycie kompletnie od czapy, to tak. Mam tylko takich. Matkę, ojca, dziecko, męża (wciąż oswajam się z faktem, że mam w ogóle męża), ukochanych braci stryjecznych, ciotków, wujów, stryjów, czyli wszystkich. Absolutnie wszyscy w mojej rodzinie są kopnięci, wychowałam się w tym klimacie i dobrze mi z tym. Mam też samych zdrowo pogrzanych przyjaciół, po prostu nurzam się w tej specyficznej puli genowej. No, dobra. Matka jest ślepa, a przynajmniej na wpół ślepa, ale z wrodzoną sobie pogodą ducha i energią znakomicie ogarnia rzeczywistość. Ja też ogarniam, chociaż otrzymałam od mamusi w darze kilka obiecujących genów, jak wizję utraty wzroku czy raka. Matka ma gest, przecież nie będziecie jej zabraniać.

Czy ja mam, mianowicie, w rodzinie kogoś z uporczywą bezdomnością? Ha! Zaskoczę Was! Nie mam! Wszyscy z genem bezdomności zostali przeze mnie uleczeni (a jest to przynajmniej sztuk sześć - mówimy o żyjących). Tak głęboko uleczeni są oni, że wykorzystują każdą nadarzającą się okazję, by zwiać z chałupy. Być może tajemnicą sukcesu jest fakt ich absolutnej pewności, że tutaj mamy dom, który zawsze czeka i do którego zawsze ma sens wracać*.

Ale ja nie o tym. Bo, widzicie... ja jestem głęboko przekonana, że otrzymałam od życia niesamowicie wiele. Mam cudowną, kochaną (powaloną, ale kochaną) rodzinę. Mam stado cudownie wyjątkowych, żarłocznych i śmierdzących czworonogów. Dziecko mam. Podkreślę nieskromnie: absolutnie i bezdyskusyjnie udane - mądre, dobre, zaradne, z idealnie ustawionym moralnie kręgosłupem, z sercem po właściwej stronie, a przy tym piękne, jak rzadko. Posiadam również męża, co zasługuje na szczególne podkreślenie, bo rzucił się do ożenku nie wtedy, kiedy byłam piękna i młoda, tylko po siedemnastu wspólnych latach, gdy wiek ze skroni włos już starł**, dupa urosła, a do drzwi zapukała menopauza.

Mam w końcu śliczny, nieprzesadnie wychuchany dom z kłębami kłaków na podłodze, błotem naniesionym przez psy i kupą na środku łazienki - porzuconą beztrosko. Mam wielki ogród, w którym spędzam tyle czasu, na ile aura pozwoli i nawet robić w nim nie muszę, bo mąż lubi. I jeszcze pragnę wyjaśnić, że to nieprawda, jakobym nic w ogrodzie nie robiła! Robię. Siedzę, wino piję i się napawam. Znajomych ściągam umiejętnie, bo lubię mieć z kim wypić i dla kogo ugotować. Oraz śmiać się do łez, snuć opowieści, płakać i smarkać ze smutku nad dolą w kocyki, które PIORĘ (pozdrawiam Martusiu i Adasiu).

Mam w końcu książki. Oraz niemożliwą do przecenienia umiejętność czytania ze zrozumieniem. Dobry, stary Pan Bóg podarował mi do tego zacnego kompletu wyobraźnię i oszczędził umiejętności nudzenia się. Jedno z drugim jest w sumie sprzężone.
I Netfliksa. To też jest niezłe. (Audycja zawiera lokowanie produktu).

Po co ja to wszystko piszę? Chciałabym, żebyście zrozumieli, że jestem WDZIĘCZNA. Nie sądzę, abym zasłużyła na to wszystko, co dostałam. A jest piękne. Dostałam to ot tak, po prostu. Bez żadnej zasługi. Wzięłam, przyszłam, dostałam. Nawet z tym zasranym rakiem matki, który spędza mi sen z powiek. Traktuję to jako kontrapunkt, żebym się nie zadławiła.
Więc jestem wdzięczna.
Każdego dnia budzę się z bólem pleców i uczuciem, że oto wstał nowy dzień, a ja mogę iść do pracy, życzyć z serca wszystkiego, co najlepsze moim bliskim, zrobić coś sensownego ze swoim życiem.

Więc, błagam, niech mi nikt nie dziękuje. To JA dziękuję. Każdego dnia o świcie, w południe i wieczorem dziękuję, że spotkało mnie coś tak wyjątkowego. Nawet jeśli coś w danej chwili wydawało mi się słabe, to dawało naukę na przyszłość, pozwalało wyciągnąć wnioski, zmieniać się, stawać się lepszą.
I za Was też dziękuję, bo Wasze ciepłe, dobre, mądre komentarze zmieniają moje życie, choć może wcale tego nie zauważacie.

Dziękuję z całego serca:
- Magdzie Tokarskiej-Kusyk, której dar dla ośrodka dziennego pobytu dużych dzieciaków zwyczajnie odebrał mi mowę,
- Karolinie Berendt, raz jeszcze, bo radośnie zakomunikowała mi, że dostała wypłatę i szurnęła ją na moje konto dla dzieciaków.
- Basi Kirstein z Częstochowy,
- Elizie Żaczek z Otwocka,
- Patrycji Pacholskiej-Stolarz, która w życiu na oczy mnie nie widziała, a jest bliska, jak siostra,
- mojej najukochańszej Martusi,
- Anecie Ruszkowskiej, zawsze gotowej dać coś od siebie i w dodatku zrobić kanapkę,
- Jaśkowi Mądrzywołkowi (my to się przynajmniej spotkaliśmy!),
- Dorocie Sawickiej ze Szczecina,
- Ali Kulaszewicz z Gdańska (Ala pięknie szyje),
- Krysi Radziwon z Warszawy.
Jesteście PIĘKNYMI LUDŹMI.
Dziękuję.

Rozumiecie już, dlaczego proszę, żeby mi nie dziękować? Bo nie ma za co. Przecież ja tylko staram się oddać trochę z tego, co jest mi dane. Bo jestem wdzięczna. Również za Was.
Jestem wdzięczna.


* O, przyszedł mąż i mówi: "Króciutko pisz. Skreślaj, skreślaj, króciutko pisz". Mówi też: "Ja pierdzielę, te psy już śpią! Lesiek, wstawaj! Biegaj, skacz, bo nie będziesz w nocy spał. Jutro Helołin, przebierzemy was za coś". A Wy byście chcieli, żebym była normalna!
** Starsi Panowie, a jakże.

27 października 2017

2427

Ojezusienazareński, zapomniałam sfotografować dla Was drugi bagażnik. No, cóż... będziecie się musieli zadowolić zdjęciami cząstkowymi. W każdym razie dziś wyszły po mnie chłopaki - podopieczni. Z pięciu chyba. I każdy wracał do ośrodka z dużą paką. Była jazda!

Opowiem Wam przy okazji, jak wygląda praca przy takiej zbiórce. Najpierw pojawia się góra paczuszków, które przywożą panowie kurierzy oraz tymy ręcami odbieram z paczkomatów. Panowie kurierzy ustawiają je w zgrabne kopczyki pod wiatą garażową.


Potem ja je przenoszę do domu i ustawiam w jeszcze zgrabniejsze kopczyki, fotografuję, żeby nic mi nie zaginęło (no, pewnie, że zaginęło, ale się odnalazło), otwieram, oglądam każdą rzecz, czy nie jest uszkodzona albo niepełnowartościowa i opisuję zdjęcia paczuszków dla celów porządkowych.

Ta nieopisana paczka wykazała pasję podróżniczą.

Zawartość rozpakowanych paczek układam na stole i odhaczam w excelu, że przyszło i że zgodne.


Prowadzę też, jak widzicie, rozliczenia, żeby czegoś nie ukraść. Tutaj tylko rozliczenie wysyłkowych, bo zakupowe zaokrąglam w dół do pełnej dziesiątki i sprawdzam, ile mam jeszcze pieniędzy.

A oto dobra rozpakowane na naszym dwumetrowym stoliczku do kawy. Brakuje wnętrza paczki-podróżniczki i rękawic jednorazowych.



Jak zapewne podejrzewacie, świecące różnymi kolorami piłeczki cieszyły się dużym powodzeniem. Misie też świecą, ale trzeba każdego trącić, więc gdy trąciłam misie i skończyłam trącać piłki, to mi misie zgasły. A te żółte ludki (i czarne, mniej widoczne - wersja ninja) są bardzo fajne, polecam. Robią różne wygibasy.

Sprawdziwszy asortyment układam wszystko z powrotem w wiatrołapie, żeby było łatwiej zanosić do samochodu. A na koniec wiozę do ośrodka w Chorzowie, gdzie odpieram ataki wdzięcznego personelu oraz zainteresowanych podopiecznych. Finalnie z podopiecznymi machamy sobie na pożegnanie, a z personelem umawiamy się na kolejne spotkanie w terminie nieodgadnionym. I uciekam, bo wszyscy są szalenie wylewni oraz pragną toczyć rozmowy (podopieczni) lub zmuszają mnie do przyjęcia podziękowań pisemnych (personel), przed czym bronię się każdą kończyną, jaka mi jeszcze pozostała na stanie. Wszak nie robimy tego dla podziękowań, zwłaszcza pisemnych, tylko dla frajdy, która z tego mamy, prawda?

I tym wszystkim zajmuje się komitet w składzie: ja. Oraz mąż - jeśli zaczynam płakać, że zaraz padnę trupem, zanosi graty do samochodu.

UWAGA!

Jeśli ktoś jeszcze pragnąłby się dołożyć (co bardzo pochwalam), proszę zgłaszać się do mnie na fejsie lub pisać maile: moje.waterloo/at/gmail.com. Albo kupować każdą ilość rękawiczek jednorazowych rozmiar L na Allegro i wysyłać wprost do ośrodka (ul. Beskidzka 6, 41-500 Chorzów). Kupiliśmy już 2300 sztuk i proszą o więcej. 100 sztuk rękawiczek jestem w stanie kupić za 10 zeta, więc NAPRAWDĘ nie krępujcie się dać mi tej dychy. To nie jest za mało. Ziarnko do ziarnka, z zbierze się kupa forsy. Przy czym jest to kupa bezwonna, albowiem pecunia non kotlet. Ośrodek potrzebuje też kosmetyków (mydełek, żelu pod prysznic), chemii (proszki do prania, płyny do płukania, płyny do mycia podłóg) i pieluchomajtek dla dorosłych (rozmiary różne).
Zbiórka nadal trwa.
Hopsa, hopsa sa.

24 października 2017

2426

Kochani Czytelnicy Bezfejsowi!

Zaniedbałam Was, za co bardzo przepraszam. Chciałabym się jakoś usprawiedliwić, więc przekopiuję na blog trzy ostatnie posty. Żywię głęboka nadzieję, że nie pozostawicie sprawy bez echa.

1.

Dobrzy Ludzie, jest sprawa!

Poniżej znajdziecie artykuł na temat Patrycji i jej mamy - Oli. Patrycja jest osobą dorosłą z niepełnosprawnością. Mama jest jej opiekunką, co - jak wiemy - wyklucza ją z możliwości zarobkowania. W związku z tym żyją z zasiłku.

Jakiś czas temu Patrycja otrzymała możliwość dwugodzinnej zabawy z innymi dorosłymi dziećmi w Dziennym Domu Pobytu (Ośrodek Wsparcia w Chorzowie). Niestety nie zapewniono jej transportu, więc spędzają z mamą 1,5 h w autobusach i mama teraz walczy o transport dla Patrycji w gminie.
Chciałabym pomóc, jeśli Państwo pozwoli. Skontaktowałam się z siostrą Partycji, Julią i dowiedziałam się, że wspomniany ośrodek najbardziej potrzebuje środków czystości (proszki, mydła, papier toaletowy, rękawiczki jednorazowe wszystko jest na wagę złota) oraz zabawek dla dorosłych dzieci, ponieważ dziecięcym zwyczajem wszystko pchają do buzi i zabawki ulegają błyskawicznej anihilacji. I dlatego nie pluszaki.

To przechodzę do sedna.
Państwo wstanie i mi z łaski swojej pomoże pomóc. Możemy to zorganizować na kilka sposobów:
1. kupujecie, pakujecie, wysyłacie do ośrodka,
2. kupujecie, pakujecie, wysyłacie do mnie, a ja wiozę do ośrodka,
3. punkt dla leniuszków: pytacie na priwie o mój numer konta, wysyłacie miliony monet, ja kupuję i zawożę do ośrodka.

Jeśli wybierzecie punkt nr 1 lub 2, pamiętajcie, że małe części zabawek lubią wchodzić do nosów, oków, uchów i brzuchów.
Julia zapewniła mnie, że zabawki mogą być używane. Ja od siebie dorzucę: ale w dobrym stanie, bo inaczej coś się stanie.

Wiem, że damy radę, prawda? Jeśli nie dysponujecie akurat w tym tygodniu milionami monet, to pamiętajcie, że 10 zł też pieniądz i da się za to kupić sporo srajtaśmy. Nie gardzimy dyszką, żebyśmy nie mieli kiedyś zadyszki. A tu jest artykuł, proszę brać, czytać i pomagać. Wierzę w siłę mediów społecznościowych.

To mówiłam ja, Wasze Łoterloo.

A TU artykuł do przeczytania.

2.

Wyobraźcie sobie taką sytuację.

Jadę tym moim kartonem. 
Z kartona się wylewa, bo byłam na zakupach dla domu opieki, a przecież nie mam gdzie pakować, więc - co chyba dla każdego logiczne - kupiłam siedemnaście tysięcy rolek srajtaśmy i ręczników papierowych, płyny do mycia naczyń, gąbki, rękawiczki jednorazowe, worki na śmieciorki i już nie wiem, co jeszcze. Z czego w części zwanej dla niepoznaki bagażnikiem zmieściły się tylko te rękawiczki, w dodatku góra dwie pary. Resztę wraziłam bez kompleksów do środka, czyli było w założeniu wesolutko, gdy człowiek pomyśli, że mogłam gwałtownie zahamować i zginąć pod nawałem papieru toaletowego. Nieużywanego, na szczęście. Nie mówcie, że Wy tak nie robicie, każdy by tak zrobił, to zupełnie oczywiste. Jak fiat karton po brzegi zapakowany dobrem, to lans na dzielni, pewnie ukradli albo co gorsza zarobili. A ja, chytruska, ludziom z gardła wydarłam, szynkę z kanapki zdjęłam, cukier wyekstrahowałam z herbaty i mleko z kawy. Tego we wsi nikt nie umi, HA!

Jadę.
Przejazd kolejowy mi się zamknął przed nosem.
To co będę tak siedziała, jak jakiś ciul (za przeproszeniem), wzięłam telefon, zajrzałam na konto, ile jeszcze kasy mi zostało z tej, co dobrzy ludzie podarowali. Patrzę całkowicie bez przyjemności w debet. Coś mały ten debet. No, heloł. Takie rzeczy mi się zasadniczo nie zdarzają, więc poszłam w szczegóły. Ach, może się jakiś daleki krewny z Hameryki objawił pośmiertnie, ostatnim gestem rzucając we mnie gotówką. Oczywiście wolałabym, żeby rzucił domem na Florydzie, ale lepsze pięć zeta w garści niż palma na dachu.

Wiedziona ciekawością (taka już jestem maluczka) zażądałam informacji. Patrzę. Patrzę. W historii rachunku przelew z tytułem "zrzutka". Nic więcej, zrzutka. A obok kwota. 1000 zł.
Rozumiecie?! Ktoś przeczytał na fejsie, że chcę pomóc dużym dzieciakom i przelał na moje konto 1000 zł!!!

Bardzo chciałam poznać tę osobę, ale nie mogłam, bo w ułamku sekundy zaczęłam beczeć, jak głupia. Tusz mi się rozpłynął, nie mogłam trafić w szczegóły, a tu pociąg przejechał, szlaban się otworzył i musiałam ruszyć. 

Jechałam i beczałam.
Dojechałam do domu i beczałam.
Zaparkowałam w ogrodzie, przyciągnęłam śmietnik, bo fachowcy porzucają go 50 m od domu, wyjęłam list ze skrzynki i beczałam.
Wypuściłam psy i koty i beczałam. Psy były zdziwione. I rozpędzone. Koty nie były rozpędzone i miały wyrąbane.
To poszłam i sprawdziłam w końcu. A potem wydałam TYSIĄC ZŁOTYCH na zabawki. Po raz pierwszy i pewnie ostatni w życiu, bo więcej dzieci ponad to jedno, co wybrało emigrację - jako żywo - posiadać już nie będziemy. No i Prezes musi się ze mną jutro zamienić na samochody. Bo mam jeszcze trochę forsy i nie zawaham się jej użyć. A wleczenie dóbr ulicami za kartonem uważam za przereklamowane.

Z całego wzruszonego serca dziękuję: 
- Alina Krywolewicz - mojej nauczycielce z podstawówki, która po tylu latach utrzymuje ze mną kontakt i jeszcze daje mi pieniądze,
- Maria Jaszczurowska - która ma w domu mnóstwo przytulonych kotów, a ostatnio prowadzi też dom tymczasowy, co jej nie powstrzymuje przed pomaganiem innym,
- Beata Naska - mamie, która sama ma córkę z niepełnosprawnością, a i tak nie waha się pomóc drugiemu człowiekowi,
- Agnieszka Lebiecka-Smith - aktywistce broniącej nie tylko idei, ale przekuwającej słowa w czyny, a hasła w wymierną pomoc,
- Anna Karnas, Ewelina Ostrowska i Małgorzacie Sowie (co to jej za cholerę nie mogę oznaczyć, więc odezwij się w komentarzu) - wiernym fankom rzutów mojej grafomanii, które dały po cichu znać, żeby oczekiwać darów,
- Anna Kędzierska-Adamczyk - Kobiecie, Która Sama Pakuje Paczki.
A także tym wszystkim, którzy nic nie powiedzieli, tylko po prostu zrobili.

A nade wszystko dziękuję Karolina Berendt. Pójdziesz do nieba w dziurawych majtkach i brudnych skarpetach - tam jest specjalne miejsce dla takich, jak Ty. I słowo Ci daję, że do tego miejsca reszta obywateli znosi w ilościach hurtowych wino oraz czekoladki, od których NIGDY się nie tyje.

***

Prezes: Co robisz?
Łoterloo: Kupuję zabawki.
Prezes: Dla kogo?
Łoterloo: Dla dużych-małych dzieci, podopiecznych domu dziennego pobytu.
Prezes (histerycznie): Przestań natychmiast!!!
Łoterloo: Ale czemu?
Prezes: Na pewno znalazłaś ich na fejsbuku!
Łoterloo: I co z tego?
Prezes: A Morgana to niby skąd mamy?!!!

3.

To, Moi Drodzy, pierwszy transport, który pojechał do dużych dzieciaków. Może się Wam nie wydawać imponujący, ale pragnę uzmysłowić, że oto mamy przed sobą bagażnik SUVa, w którym zwykle przewożę czipsy (3 psy), trójkot (3 koty), męża i dorosłe dziecko (jeśli akuracik przybędzie z emigracji), a oni tam siedzą i grają w karty. Lub krowę i pół osła. Drugie pół przebiera kopytkami po asfalcie.
W każdym razie do zabrania gratów potrzebne były trzy osoby :) Trzy bardzo zadowolone osoby! Daliście ludziom szczęście!!!

Umówiliśmy się na następny raz, bo wyszło na jaw, że rękawiczki jednorazowe potrzebne na gwałt i w każdej ilości, więc dokupiłam właśnie 20 paczek na Allegro. I czekamy. Jak również na zabawki.

Ach, bo ja Wam jeszcze nie mówiłam, ile fajnych rzeczy wspólnie kupiliśmy!
No to kupiliśmy:
- kilka stadek ssaków, płazów i motylków ze ślicznej, kolorowej gumy,
- różne kręgle do zajęć zręcznościowych,
- półtora tysiąca pięknych, dużych, kolorowych klocków,
- drewniane klocki z obrazkami do układania, 
- drewniane piramidki w kształcie lodów, do ćwiczeń z nakładaniem na patyczki,
- różne gumowe zwierzątka - takie, jak do kąpieli,
- ringa (czy to się odmienia?) do ćwiczenia rzucania i łapania,
- zestawy farbek do malowania palcami,
- wielkie piłki do ćwiczeń izometrycznych,
- pocieszne gumowe, wyginane ludziki, w ramach odstresowywaczy,
- miękkie kuleczki z buźkami do miętoszenia,
- kauczukowe piłeczki, 
- świecące, gumowe misiaczki, 
- wielkie, miękkie, kolorowe koce z mikrofibry, gdyby ktoś miał akurat chrapkę na terapię otulaniem.
Wreszcie te rękawiczki (na życzenie).
I kasa mi się skończyła. Więc gdyby ktoś jeszcze chciał się dołożyć, to śmiało. Nie krępować się, że nieduża kwota. My się tutaj nie brzydzimy niedużych kwot, schylamy się po dyszkę, a nawet po piątkę, bo muszę Wam zdradzić, iż jestem o wiele za grubą, jak na własne oczekiwania, więc te czterysta przysiadów i podskoków wraz z ciągnięciem za sobą worów po parkingu (było wielu fanów), co to je uczyniłam w Lidlu i Rossmannie, traktuję jako inwestycję w moje - niemożliwe do przecenienia - zdrowie.

Nie wahajcie się poznać mojego numeru rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego, na którym nie ma żadnych oszczędności, za to jest głęboki debet; może bowiem najść Was kiedyś ochota, by przelewać tam uporczywie wielkie kwoty, którym nie będę przeciwna. Ba! Do piersi mej (obfitej) przytulę czule. W życiu nie widzieliście takiej czułości! A pragnę nadmienić, iż posiadam telefon z kamerą, co daje szansę na nakręcenie filmu ze mną w roli głównej, jak toczę się pospiesznie w kierunku banku, by wybuchać entuzjazmem. Polecam się wszelkim sensatom.

Pamiętajcie też, że udostępnianie postów o potrzebie posiąścia prawych środków płatniczych czyni rzecz jeszcze zabawniejszą. W Waszych rękach leży uczynienie mnie celebryłą z blogu niszowego. Enjoy!!!


17 października 2017

2425

Na Facebooku trwa akcja #metoo. Osobom, które nie korzystają, wyjaśniam, o co chodzi. Otóż każda kobieta, która zechce, a czasem i mężczyźni, umieszcza na swoim wallu następujący tekst:
#Jateż
*Jeśli wszystkie kobiety, które były kiedyś napastowane lub/i molestowane seksualnie napisałyby "Ja też" w statusie, być może pokazałybyśmy ludziom, jaką skalę ma to zjawisko.
(więc kopiuj i wklej!)
#MeToo
*If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too." as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.
(so copy and paste!)

Niektóre po prostu piszą: ja też. Niektóre opowiadają swoje historie. Czasem ogólnie, czasem ze szczegółami. Wiele z nich pisze, że powiedziało o tym pierwszy raz w życiu, inne - że skarżyły się swoim bliskim, ale je zlekceważono, więc nigdy nie wracały do tematu. Odzywają się też faceci, bo oni też bywają ofiarami przemocy seksualnej. Piszą w końcu tacy mężczyźni, których przeraziła liczba wyznań wśród znanych im kobiet, w wyniku czego poczuli się jak szmaty. Zwykle nie wiedzą, co powiedzieć, ale tak naprawdę nie trzeba mówić niczego szczególnego. Bardzo ich szanuję za tę odwagę.

Na początku nie chciałam w tym wziąć udziału z dwóch powodów:
1. bo to bardzo bolesne i nawet myślami nie chciałam nigdy do tego wracać,
2. bo uważam, że nie ma na świecie kobiety, która nie została dotknięta jakimś przejawem molestowania.
Nie chcę, żeby ktoś mi udowadniał, że go to nie dotyczy. Jeśli jesteś jedną z trzech kobiet, które przeszły przez życie suchą nogą, to super. Mam nadzieję, że tak już pozostanie i z całego serca Ci tego życzę. Pamiętaj, że wzięcie udziału nie jest obowiązkowe. Możesz nawet udawać, że Cię to w ogóle nie obchodzi. Wręcz może Cie to nie obchodzić. Naprawdę. Mnie też niektóre rzeczy nie obchodzą.

Hasztag (użycie krzaczka z jakimś tekstem) na Facebooku powoduje, że można łatwiej dotrzeć do postów publicznych otagowanych w ten sposób. Wpisuje się konkretny hasztag w pasek wyszukiwania i uzyskuje wynik w postaci wszystkich otagowanych tak wypowiedzi w jednym miejscu. Przeczytałam już chyba wszystkie wypowiedzi znajomych kobiet, więc wrzuciłam w wyszukiwarkę i zaczęłam czytać opowieści obcych osób. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Mnóstwo kobiet, bardzo młodych, młodych, starszych i mocno starszych pisze o tym, że pierwszy raz było molestowanych seksualnie jako maleńkie dzieci. Że nie rozumiało, co się dzieje, ale czuło, że to jest złe. Że molestowali najczęściej mężczyźni im znani, bliscy, członkowie rodziny, ojcowie, dziadkowie. Płaczę nad tymi tekstami, bo one są tak straszne, że nie potrafię znaleźć żadnych słów. A potem trafiam na otagowany tekst, że feministki wymyśliły sobie nową akcję, bo są brzydkie, grube, wstrętne i nikt ich nie chce. Trafiam na teksty kobiet, które piszą: "Nie byłam nigdy molestowana, czuję się brzydka, hahaha". I chce mi się wymiotować.

Do kogo to mówicie?! Do czteroletnich dziewczynek?! Do tych małych dzieci, które ciagle tkwią skulone w kącie naszych serc, a które doznały krzywdy tak wielkiej, że nigdy się z niej nie podniosły?! Że znalazły tylko jeden sposób, by żyć dalej: wyparły albo udają, że to wszystko się nie wydarzyło?! Do kogo to mówicie?!!!

Poznałam wiele twarzy molestowania seksualnego i poznaję je nadal, nieustannie, bez przerwy. Byłam molestowana jako malutkie dziecko, byłam molestowana przez krewnego - nie, przepraszam, nie przez jednego krewnego, byłam molestowana jako dziewczynka, jako młoda i jako dojrzała kobieta. Dotykano mnie wbrew mojej woli, zmuszano do czynności seksualnych wbrew mojej woli, molestowano mnie werbalnie, obrażano w aspekcie seksualnym, nazywano kurwą, ponieważ - o, ironio! - nie chciałam z panem. Zdarzyło mi się to nie raz, tylko WIELE razy. Doświadczyłam również stealthingu, a tego pojęcia możecie nie znać. To rodzaj przemocy seksualnej, polegający na celowym zdejmowaniu prezerwatywy w trakcie stosunku, tak, aby kobieta nie miała świadomości, że odbywa się on bez zabezpieczenia. Jak powszechne musi być to zjawisko, skoro doczekało się własnej nazwy?
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam.

Nie będzie szczegółów. Wciąż mnie na to nie stać. Boję się, że jeśli kiedyś tama pęknie, wyleje się wszystko i to będzie trwało bardzo długo. Chcę zapomnieć. Ale nie chcę wyjść z tego bez refleksji.

Nie będę stała z boku. Nie będę patrzyła w milczeniu. Nie podaruję sobie reakcji. NIGDY. Możesz nazywać mnie feminazistką - uważam to za komplement. Możesz wyzywać od frustratek, mam swoje dobre życie, a Ciebie mam w dupie. Jeśli dzięki mojej reakcji choć jedno dziecko, jedna dziewczynka, jedna kobieta uniknie traumy, uznam, że było warto.

Jeśli więc sądzisz, że nigdy nie doświadczyłaś żadnego przejawu molestowania, możesz przejść mimo. Albo możesz zrobić rachunek sumienia - ot, tak, dla samej siebie. Albo możesz stanąć z nami w jednym rzędzie i po prostu tu być.
Jeśli jesteś facetem, który nigdy nikogo nie molestował, możesz przejść mimo. Albo możesz zrobić rachunek sumienia - ot, tak, dla samego siebie. Albo możesz stanąć z nami w jednym rzędzie i po prostu tu być.

Otwierając wiecznie zamknięte usta możemy uratować wiele dzieci. I wiele dorosłych osób.
Może się nie opłaca. Ale warto.

15 października 2017

2424

Dziś będzie o tym, że są jeszcze fajni ludzie na tym łez padole, ludzie zupełnie oraz całkowicie obcy, po prostu fajni sami w sobie. W opozycji do następnej notki, w której przestrzegę Was przed sklepem internetowym, a szczególnie jego właścicielką. Ale do rzeczy.

Zuzanna wpadła na chwilę i, namawiana przeze mnie, spakowała sobie w paczkę 21-kilową różne pinkle, z naciskiem na odzież i obuwie jesienno-zimowe. Zobowiązałam się rzeczoną paczkę wysłać do niej, korzystając z licznych, obecnych na rynku ofert. Tu uczulam wszystkich, żeby sprawdzali firmy wykonujące tego typu usługi - reklama szeptana, jak zawsze, najlepsza. I z takiej finalnie skorzystałyśmy. Opisu przedzierania się przez szemrane oferty i niebotyczne ceny Wam oszczędzę.

Firma mieści się w Bochni i działa dwuetapowo. Zamawia Wam kuriera DPD do wskazanego punktu w kraju, ściąga do siebie paczkę, ładuje na własny samochód i wiezie. Za to nie pobiera żadnych pieniędzy, ponieważ ten etap jest wkalkulowany w usługę. Koszt przesłania paczki do 31 kg do Wielkiej Brytanii wynosi 20 funciaków i przedstawiciel firmy podkreśla, że wolą, aby im zapłacić po wykonaniu usługi, czyli przy odbiorze. Serio? Czyli doręczą skutecznie? Nie porzucą, nie podrzucą, nie zgubią, bo się im nie opłaca?! Myślałam, że takie rzeczy to tylko w bajkach. A jednak.

Zaczęło się źle. Liczył się czas, bo zamawiałam we wtorek, a w czwartkową noc paczka miała wyruszać do kraju przeznaczenia. Umówiono mi więc kuriera DPD do pracy, ponieważ w przedziale godzinowym 9-17 nie przebywam w domu. Jakież nieprzyjemne było moje zdziwienie, gdy kurier po prostu nie przyjechał do 18.30, o czym nikt nie był nawet uprzejmy mnie powiadomić, mimo że wielokrotnie kontaktowałam się z DPD w ciągu dnia, prosząc o informację, kiedy mniej więcej mogę się go spodziewać. Zbywano mnie każdorazowo, że nie ma kontaktu z kurierem. W odruchu rozpaczy skontaktowałam się z panią z firmy transportowej (czyli podstawowym usługodawcą) i tu się historia zaczyna.

Pani okazała się niezwykle życzliwą, zaangażowaną, konkretną i sumienną osobą. Usłyszawszy, że siedzę w robocie oczekując kuriera już ponad trzy godziny po odgwizdaniu fajrantu, a w paczce znajduje się odzież, gwarantująca ocieplenie relacji z dzieckiem mym jednorodnym, a co za tym idzie - zależy mi na jej wysłaniu w sposób istotny, wypuściła z mocą powietrze z płuc, po czym zakrzyknęła:
- O nie! Tak to nie będzie! Co za kmioty w tym DPD! Pani jedzie do domu i zaczeka, do godziny oddzwonię.
Faktycznie, oddzwoniła.
- Gdzie pani mieszka? - zapytała.
- W Imielinie - wyrzęziłam, zdając sobie sprawę, że moje piękne miasto leży po drodze donikąd.
- Z czwartku na piątek w nocy przyjedzie do pani nasz kierowca i odbierze paczkę osobiście. Dam znać, o której.

Rozmawiałyśmy jeszcze z pięć razy. Finalnie stanęło na przedziale godzinowym: północ - druga. Pani pouczyła mnie, żebym położyła się spać i nie czekała na kierowcę, ponieważ otrzyma on mój numer telefonu i zadzwoni z drogi, pół godziny przed przyjazdem, żebym zdążyła się dobudzić. I dodała, że mam się nie przejmować, bo ona ręczy, że dziecko swoje szmaty dostanie.
- Bardzo pani dziękuję - wymamrotałam rozczulona.
- Nie ma za co, proszę pani. Też jestem matką - odpowiedziała, a ja poczułam tę naszą wspólną, kobiecą moc, dla której żadne przeszkody nie istnieją, wszystko da się pokonać, wszędzie da się dojść i przybić chorągiewkę z napisem "Byłem tu, Marian".
- Wie pani co?
- No co? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Życzę pani, żeby do końca świata wszyscy ludzie traktowali panią tak, jak pani traktuje innych. Sądzę, że to pani zapewni dobre i spokojne życie.
Ucieszyła się dobrym słowem, jak ja ucieszyłam się jej postępowaniem.

Kierowca przyjechał o 1.20. Zadzwonił zgodnie z umową i obudził mnie. Po paczkę wszedł do domu i zaniósł do samochodu, żebym nie musiała się fatygować. Życzyłam mu szczęśliwej i spokojnej podróży. Podziękował grzecznie i już go nie było. W sobotę odnalazł Zuzię, dostarczył przesyłkę, wniósł na pierwsze piętro bez szemrania. I dlatego, Moi Drodzy, jeśli będziecie potrzebowali solidnego i niedrogiego transportu przedmiotów, udajcie się tu:


A panią, której imienia w tym zamieszaniu nie zdążyłam poznać, pozdrawiam z całego serca. Dobry z Pani człowiek.

12 października 2017

2423

Jestem feministką.
Lubię kolorowe buty.
Ale lubię też glany.
Poszłam więc do Dr. Martensa, a on na to:

JEST ROZWIĄZANIE!



W ten oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką obuwia na jesień. Oraz liczne kolejne jesienie, znając mnie.

9 października 2017

2422

Skończyłam "Małe życie" Hany'i Yanagihary.

Skończyłam, a czytałam ją baaardzo długo. Nie bez powodu. To jest trudna książka. Ale wywarła na mnie takie wrażenie, że postanowiłam się tym z Wami podzielić.

Siedzę nad wirtualną pustą kartką i nie wiem, od czego zacząć. Nigdy jeszcze nie przeczytałam takiej powieści i nie wiem, czy jeszcze kiedyś na podobną trafię. To książka, która sięga gdzieś do głębi człowieczeństwa. Sięga pazurami i szarpie. Czytałam ją bardzo powoli i z przerwami. Na poczatku była trudna - mnóstwo splątanych wątków, za którymi nie potrafiłam nadążyć i o mało się nie poddałam. Nie dawałam rady w papierze, kupiłam audiobooka. Ogłosiłam nawet na fejsie, że to moje największe rozczarowanie, ale zachęcono mnie do wysiłku, więc podjęłam go raz jeszcze i nie żałuję.

To jest dzieło wielkich sprzeczności. Znajdziecie w nim wyjątkową, bezinteresowną i cudownie piękną, choć bardzo trudną miłość. Nie tylko w relacji partnerskiej, ale też rodzicielskiej. Znajdziecie przyjaźń, o jakiej każdy z nas marzy: na dobre i na złe, zwłaszcza na złe. Znajdziecie dramat ludzkich losów i zło, od którego coś w człowieku pęka. Płakałam czytając tę książkę. Płakałam wiele razy. Z bólu, ze wzruszenia, ze złości, z bezsilności. Nie żałuję ani jednej łzy.

Przerywałam również czytanie, ponieważ wiele razy chciało mi się wymiotować. I doszłoby do tego, gdybym nie robiła przerw. Krzywda, jakiej doświadcza główny bohater, zło - najczarniejsze, najpodlejsze, najgorsze, jakie tylko można sobie wyobrazić, niezasłużone w niczym - zmuszało mnie do odpoczynku. Musiałam odpocząć, żeby nie zwariować. A jednocześnie nie mogłam przestać czytać i to kolejna sprzeczność tej pozycji. Chciałam ją rzucić i nigdy nie wracać, ale nie mogłam, bo działała na mnie niczym magnes.

Prócz nieprawdopodobnie wyjątkowej opowieści, książka ta ma również znakomitą konstrukcję. Autorka świadomie i po mistrzowsku żongluje czasem przeszłym i teraźniejszym, niesłychanie sprawnie porusza się między osobami dramatu, w cudowny sposób opowiada rzeczywistość i te opisy są jak utkane z motylich piór na kanwie ludzkiego istnienia. Bez nich całość nie miałaby sensu. W zachwyconym milczeniu oglądamy przyrodę, architekturę, sprzęty, wyposażenie wnętrz, ubiór postaci, składniki potraw... Istne laboratorium ziarenka piasku.

Głównego bohatera znamy przez całe jego życie, choć opowieść nie toczy się liniowo. Złapałam się na tym, że raz myślę o Judzie jako o małym dziecku, innym razem o młodzieńcu, jeszcze innym o moim rówieśniku, a w końcu Jude jest już ode mnie starszy, ale te jego wcielenia są mi bliskie bez względu na moment akcji. Jude stał się częścią mnie na zawsze i na pewno nie rzucam słów na wiatr.

Czy ja Wam tę książkę polecam? Boże... Nie wiem. Z jednej strony całe moje jestestwo krzyczy: TAK!!! KONIECZNIE!!! NATYCHMIAST!!! Z drugiej jednak byłoby nieuczciwe, gdybym Was nie ostrzegła. Jeśli jesteście w dołku, osłabieni, coś Wam się nie układa - odłóżcie życie Jude'a na później. Mogę sobie bez trudu wyobrazić, że czytanie ośmiuset trudnych stron na niewłaściwym zakręcie życia może z nigo po prostu wywalić.

Ktoś mi powiedział: "Znam osobę, która po skończeniu czytania natychmiast obróciła książkę i zaczęła ją czytać od początku". Wiecie, co zrobiłam, przeczytawszy tę książkę?
Natychmiast zaczęłam ją czytać od początku.
Naprawdę.

Bo to jest książka, która zmienia człowieka na zawsze.

1 października 2017

2421


Piękną mamy złotą, polską jesień, więc zabrałam Prezesa i sraluchy na spacer do lasu. 
Czyli jakieś 500 m.

Przy naszej wiejskiej ulicy

Nie narzekamy na widoki
Ani na otoczenie

Ani nawet na sąsiedztwo

Miłe w sumie

Jestem już samowystarczalna w spacerowaniu - spinam je razem i tylko pilnuję, żeby się nie pozabijały
A to nasze własne kwiatki, które za nic mają jesień

A jak Wy spędziliście niedzielę? Bo my akurat w promocji mamy też dziecko, ale pilnowało kołdry.

19 września 2017

2420

Monsieur O., zwany roboczo Okoniem, którego pole orne graniczy z naszym ogrodem i któren był uprzejmy w 2015 roku, w ramach tańca świętego Wita na kombajnie, skosić nam płot, chyba wytrzeźwiał. Aż miło popatrzeć, jak on orze na traktorze, trzymając się od naszej siatki na odległość czułą.

Inna sprawa, że się nie rzucaliśmy. Nie żądaliśmy odszkodowań. Nie windykowaliśmy mu majątku i nie nachodziliśmy w domowych pieleszach, choć wiemy, gdzie to jest. Określiliśmy oczekiwania na wymianę siatki z zapasem jednego przęsła z każdej strony. Zakończywszy prace polowe, Okoń po prostu przyjechał i wymienił. Nie miał z tym wielkiego kłopotu, bo tego typu płoty ma tu co drugi mieszkaniec i łatwo nabyć części w lokalnym budowlanym. Nie miał tez przesadnych kosztów. Rozstaliśmy się w pokoju.

W kolejnym sezonie Okoń przybył na swym wielokonnym, stalowym rumaku, podjechał nam do płota, aż zamarliśmy w niemym oczekiwaniu, a następnie ustawił się równolegle ze stosownym zapasem i jął żąć. Dojechawszy do granicy przestawił się o 90 stopni i rozpoczął standardowe rundki w stronę protiwpałożną. Wyżęty na szerokość kombajnu pas wyraźnie wyznaczał koniec trasy. A i szaleństwo na zakrętach jakby nieco się ustabilizowało.

Dziś obserwowałam jego traktor (nowoczesny, błyszczący, szacuję na jakieś 100 kafli) z przystawką. Trzeba człowiekowi przyznać, że po trzeźwemu radzi sobie po prostu znakomicie, nieomal do centymetra. Znów zaorał równolegle, po czym odwrócił się o 90 stopni i zaliczył całe pole. Na wszelki wypadek pozostawiwszy nawet pas traw w granicy. Jak to czasem warto nie być człowiekowi wilkiem.

17 września 2017

2419

Jakem obiecała niektórym, tak czynię. A że z poślizgiem, to z bonusem.

W ubiegłym tygodniu kot marki Zofia odwalił numer w niektórych kręgach zwany Numerem Karola, a ci, którzy o tym nie czytali, po obecnej lekturze mogą sobie resztę dopowiedzieć. Otóż nadchodził mrok i w dodatku dżdżenie się wzmagało, więc zaproponowałam stadu, by wróciło do domu. Z uwagi na wzmiankowane wzmaganie wszyscy powrócili szybko i bez zbędnych ceregieli, nawet kot marki Edward, któren tylko odrobinkę zamarudził pod samochodem, by następnie rzucić się ochoczo ku drzwiom i matce, gruchającej ku niemu słodko wew tych drzwiach.
Wszyscy, prócz Zofii.

Ja się z Zofią znam od lat bez mała dwunastu, choć ostatnio ciuteńkę mi się wiek dzieciątek poptasił i chodzą plotki, że nawet od trzynastu. Po pierwsze wiem, że Zofia lubi żyć wygodnie, co nie obejmuje moczenia futerka bez potrzeby. Po drugie wiem, że Zofia jest kotem. Właściwie to Zofia jest kwintesencją kotowatości i mogłaby stać w Sèvres pod Paryżem tuż obok wzorca metra i kilograma. A co za tym idzie, Zofia się czasem zaszywa. Ale, jak wspomniałam, znamy się nie od dziś i potrafię ją odnaleźć nawet pod idealnie gładką, bez najmniejszych wybrzuszeń narzutą na jednym z trzech możliwych łóżek. Zawoławszy Zofię do domu osiemnaście razy, ruszyłam eksplorować wnętrze. Dla całkowitej pewności czynność powtórzyłam dwukrotnie z przerwani na wzywanie Zofii do domu z ganku i tarasu. Następnie, solidnie już zdenerwowana, posłałam Prezesa na pięterko, do garażu, do kotłowni oraz pobrałam latarkę - gdyż w międzyczasie całkowicie ściemniało - i przeryłam się przez pozostałe garaże, a nawet drewutnię. Oraz drogę, krzaki i ogród sąsiadów.

Im bardziej zaglądaliśmy do wszystkich dziur, tym bardziej Zofii w nich nie było. Atmosfera zrobiła się dosyć napięta. Oświetliwszy taras światłem zewnętrznym warowałam przy drzwiach, komentując dość histerycznie, że na pewno coś jej się stało, bo przecież zawsze przychodzi na wołanie, a tu zima akurat, chwycił mróz i śnieg już spadł, że się zaziębi, zapadnie na płuca, wdadzą się suchoty i po Zofii, że ją jakiś idiota samochodem potrąci, bo nie nawykła nikomu z drogi ustępować oraz że ja tego nie przeżyję. Nastrój udzielił się wszystkim. Część domowników stała przy mnie i oddawała się rozpaczy, część miotała się po całym domu zaglądając to tu, to tam, czy aby Zofia gdzieś się jednak nie ukryła. Nikt nie pozostał obojętny, nawet Zofia, która pilnie zaglądała za zasłony i do miseczek. I to właśnie ona pierwsza znalazła Zofię.
Za cholerę nie wiem, gdzie siedziała, ale do dziś mam ochotę ją ukatrupić.

Bonus

A wczora z wieczora wołam wszystkich psów do domu, bo leje. Dwa przyszli, trzeci nie przyszedł.
- Leśkuuuu - pieję. - Leśkuuuuuuuuu!
Nie ma.
Cimno. Zimno. I dżydż.

Chcąc nie chcąc wzułam lacie ogrodowe i ruszyłam na poszukiwania w deszczu i ciemności. Gdy obeszłam już cały dom, wyszło na jaw, że Lesiek jest na tarasie, tylko zajęty, bo akurat zapoznał żabę. Chyba dość istotnie ją zapoznał, więc wzięłam gada na ręce (tu ukłon w stronę pomysłu, żeby mieć psy, które można jakoś oderwać od ziemi) i przyniosłam do domu, gdyż nie ma opcji, by Lesiek z własne woli porzucił taką żabę samiusieńką w deszczu i ciemności. Wytarliśmy się w wiatrołapie, wlaźliśmy do domu, a tu nasz bohater zaczyna zachowywać się dziwnie. Na głowie staje, mordę w kanapę wyciera, łapą sobie coś z twarzy wyciąga. Patrzę... a mój malutki szczeniaczek ze schroniska nie ma jednego oka!

Łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, wywaliłam z łazienki wszystkich, którzy nie byli związani ze sprawą, łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, drzwi zamkłam, rzuciłam się na kolana, psu każąc uprzednio posadzić dupsko i nuże oglądać miejsce po oku. Dokładne oględziny wykazały, że oko jednak jest, tylko kaprawe, spuchnięte, zaglucone i z zajdzioną trzecią powieką.
Westchnąwszy umyłam psu okolice oka płynem do soczewek, który wpadł mi w ręce, dokonałam przeglądu asortymentu w łazience i znalazłszy Prezesowskie krople do oczu, rozpoczęłam żmudny proces wypłukiwania z oka - jak podejrzewałam - oznak niezadowolenia żaby.
Co oczywiście nie budziło zadowolenia zainteresowanego.

I tak kropiliśmy to oko wielokrotnie do dzisiejszego południa. Troszeńkę jeszcze łzawi, ale wygląda dobrze. W podzięce piesek Lesek przyniósł mi... żabę. Trzy razy większą niż poprzednia.
Ja to się mam!






16 września 2017

2418

Z uwagi na porzucenie przez męża, co się bezpośrednio wiąże z pobytem w domu samosześć, rzuciłam się do różnych czynności, bo co tak tu będę sam siedział*. Skutkiem czego nie mamy już nic do wyprania (czy wysuszenia) ani do umycia i schowania w szafkach. Posunęłam się nawet do pielenia w ogrodzie oraz - mimo całkowitego braku wiary we mnie - napaliłam sama w piecu i nagrzałam sobie wodę (może się z nudów wykapię w wannie). W odruchu rozpaczy i poszukiwania zajęcia zlikwidowałam również barek. Nie, no co Wy?! Nie, że zlikwidowałam całkowicie, przecież nie jestem szalona, tylko przeniosłam wszystko, co w nim było, w inne miejsce, uprzednio rzeczy z innego miejsca przenosząc w inne miejsce. Tym samym przysięgłam sobie:
a. nie kupować żadnego alkoholu (wyjąwszy wino), póki nie wypijemy wszystkiego, co zgromadziliśmy obecnie w spiżarni**,
b. kupić wymarzoną kolonialną szafę na wina, którą obwąchuję od - bez mała - roku.

W celu realizacji powyższych śmiałych planów:
a. wypiłam resztę Metaxy,
b. napisałam maila do sklepu od rzeczonej szafy z zapytaniem, jak wyobrażają sobie ewentualny transport.
W razie, gdyby sobie nie wyobrażali, będę musiała podjąć Kroki, czyli uderzyć do braciszka (cieszę się, że to czytasz, będzie mniej żebrania), użytkującego radośnie samochód dostawczy i namówić go, żeby skoczył ze mną do Bochni. Gdyż chcę ten mebel i nic mnie nie powstrzyma. Rzeczona szafa jest piękna oraz droga, ale postanowiłam podejść do tego siłom i godnościom osobistom, a więc posiadam środki, mimo że musieliśmy zapłacić w tym roku paru osobom za wystawny posiłek, że o balustradzie nie wspomnę. Jednakowoż jestem kobietą wielce gospodarną, potrafię ugotować zupę z gwoździa i oszczędzać pieniądze, radośnie trwonione przez mojego męża. Aby to osiągnąć, jestem gotowa nawet na krótkotrwałe pozbawienie go przytomności.

W chwili obecnej nie mam nic do roboty, ale w nowym barku zgromadziłam bardzo wiele alkoholu do wypicia, więc jest szansa, że jakoś to wszystko przetrwam. Pogodę mamy do dupy do tego stopnia, że nawet psy się uśpili, gardząc gnaniem przed siebie i darciem mordy na sąsiadów, a koty zapewne powrócą niebawem. Sprzątnęłabym coś, ale wszędzie mam posprzątane, nawet w szafie. Co prawda roboty służbowej zalega mi pod sufit, ale postanowiłam, że do takich rzeczy w weekend nie będę się zniżała. W związku z powyższym idę szukać kolejnego alkoholu do wypicia, czego i Państwu życzę.


* To jest odnośnik kulturowy, gdyby kto nie wiedział.
** Miejsce, o którym mowa, nadal nie jest spiżarnią, ale uważam, że słowa mają moc sprawczą, więc będę je tak nazywała, póki się nie ziści.

11 września 2017

2417

MUSI to robić.


2416

Dzień szczepień

Wetka: Chciałam ci powiedzieć, że buty* robią furorę.
Łoterloo: No, ja myślę.
Wetka: Więc powiedziałam mężowi, że dzisiaj jadę do ciebie na kawę, żeby się nie martwił, że mnie tak długo nie ma.
Łoterloo: Ucieszył się?
Wetka: Błyskawicznie zareagował: "Do połykacza jedziesz?".
Łoterloo: Właściwie to powinien powiedzieć "do połykaczy". W końcu pierwszym pacjentem po połyku był u was Lesiek. Tylko on to wysrał.
Wetka: Jeeezuuuu, ale wiesz, jak teraz o tym myślę, to on powiedział "do połykaczy". Ma pamięć, cwana jucha!
Łoterloo: Kojarzę mu się z zawartością psich żołądków i drenażem przez ciebie portfela. A tak się starałam.



* Namówiłam ją na irregularki. Właściwie to nie musiałam długo namawiać.

8 września 2017

2415

Dziś będzie o sprawiedliwości. Czyli o czymś, co nie istnieje.

Jak już wszyscy wiecie, bo o tym pisałam, postanowiliśmy liczne korzyści, wynikające z zawarcia związku małżeńskiego, przekuć nieegoistycznie na coś dobrego dla innych. W związku z tym poprosiliśmy naszych weselnych gości, aby nie kupowali nam kwiatów i prezentów, a zamiast tego wyskoczyli z gotówki, którą zamiarowaliśmy przekazać naszemu ulubionemu ośrodkowi, czyli lecznicy dla zwierząt Ada przy Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (albo odwrotnie). Plan ten doszedł do skutku.

Napisałam list:

Najdrożsi!

Nie znacie nas – jesteśmy jednymi z tysięcy, którzy z zapartym tchem obserwują Waszą piękną, szlachetną, pełną miłości pracę. Możemy więc powiedzieć, że to my znamy Was i poczytujemy to sobie za dumę – gdyby nie najnowsze technologie, być może nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że istniejecie. Dzięki Bogu za Internet i za Facebooka, niech żyją!

Od lat staramy się w miarę możliwości wspierać Waszą działalność. Przepraszamy, że nie więcej i nie bardziej. Niemniej w tym roku nadarzyła się okazja, by choć trochę uzupełnić te braki. Po siedemnastu latach postanowiliśmy w końcu wziąć ślub! To była taka zabawna uroczystość, ponieważ nikt z rodziny i znajomych już nie wierzył, że zdecydujemy się w końcu zafundować im jakiś obiad. Nieomal przestali słać do nas liczne memy z podpowiedziami. No, dobra – nasi rodzice wciąż mieli nadzieję, więc postanowiliśmy ich nie zawieść. W końcu... co posiłek, to posiłek! A ponieważ przez długie lata zdążyliśmy już dorobić się tych wszystkich skorup (owszem, mamy nawet sosjerkę), licznych kredytów, zdezelowanych środków transportu, dwudziestu czterech owłosionych łap, przyczepionych do sześciu żołądków bez dna i uwspólnionego dziecka (niby dorosłe, ale zawsze), więc wyszło na jaw, jak bardzo nie potrzebujemy niczego, prócz świętego spokoju. Niestety jest to wartość nieprzeliczalna na pieniądze i nikt z naszych bliskich nie mógł nam tego podarować. Postanowiliśmy więc uprosić ich, żeby podarowali nam dobro w postaci czystej i zobowiązaliśmy się do przekazania tego podarunku Wam.

Przyjmijcie zatem całą gotówkę, jaką udało nam się uzbierać z okazji tego hecnego wydarzenia. Nie jesteśmy już najmłodsi, więc i impreza była skromna: żadnych odlotowych sukien, limuzyn czy tańców do białego rana. No i gości było niewielu – ot, garstka prawdziwych przyjaciół, na których można liczyć w latach chudych, rodzice-staruszkowie, którzy oddali nam trochę ze swoich emerytur, to dziecko nasze uwspólnione i wreszcie, na końcu, my sami, którzy – nie zważając na rzeczone kredyty – też chcieliśmy zrobić ze swoim życiem coś sensownego poza przyjmowaniem pod dach nikomu niepotrzebnych i przez wszystkich wzgardzonych braci mniejszych. Bierzcie tę kasę i zróbcie z niej użytek najlepszy z możliwych.

Dziękujemy Wam z całego serca za Waszą piękną pracę. Kiedy będziemy już duzi, też chcemy być tacy, jak Wy. Doktorze Radku, czy mógłbyś dorobić jeszcze trochę tych ślicznych dzieci? Przecież one poniosą w świat ten gen fedaczyński, najlepszy z genów, gen ojca i dziadka, który każe ludziom nie spać nocami i gnać przed siebie, by nieść pomoc najsłabszym, bezbronnym, całkowicie zależnym od ludzkiej pomocy. My wszyscy tak bardzo potrzebujemy takich ludzi, jak Wy!

Przyjmijcie nasz największy szacunek i podziw. No i te parę groszy. Niechże się obracają w Najczystsze Dobro.

Bardzo już niemłodzi państwo młodzi – Asia i Robert

A potem wzięłam się zalogowałam na konto męża (TAK! ROBIĘ TO!), dokonałam samozwańczego przelewu i wysłałam przygotowany tekst do Ady za pośrednictwem Facebooka. Odpowiedź nadeszła po jakimś czasie i brzmiała:

Jezu dziękujemy,

co ubawiło mnie setnie. Sprawa została zamknięta, a przynajmniej tak mi się wydawało. Bo, jak się okazuje, nie.

Dziś nadszedł list. Porządny, polecony. W środku znaleźliśmy wykres EKG:


oraz przecudnej urody zdjęcie podopiecznego (lub podopiecznej) Ady.


Ponieważ posiadam drugi stopień specjalizacji w czytaniu pisma lekarskiego, trochę Wam pomogę.

Drogi Robercie!
Dostrzegłeś naszą pracę, naszą walkę, nasze marzenia. Wpłaciłeś nam bardzo dużą sumę. Kwota o jakiej możemy marzyć w trakcie codziennego mozolnego zbierania funduszy na nasze zwierzaki. Bezdomne psiaki, potrącone sarny, bezbronne jeże, wilki, rysie i niedźwiedzie.
Chcesz zobaczyć naszą pracę? A raczej chcecie? :)
Zapraszamy was. Cały zespół "Ady"
Pozdrawiam
lek. wet. Radosław Fedaczyński

Najpierw się rozczuliłam. Bo, że mu się chciało, że ręcznie (bazgroły), że polecony, że nas zapraszają - ojej. Ale kiedy mi przeszła pierwsza fala... HELOOOŁ!

Wymyśliłam. Przedstawiłam. Wzbudziłam entuzjazm. Pokonałam opór gości. Zorganizowałam. Poleciałam wpłacić. Napisałam list. Dokonałam przelewu. Wysłałam list (ze swojego konta).
I CO?!

Drogi Robercie.
Mężczyźni!

6 września 2017

2414

Uwielbiam tę robotę.

Szefostwo nieobecne. Spotkanie poranne.
Kolega Zastępujący Szefa: Odpowiedzcie mi na kilka pytań.
Sala: Dajesz.
KZS: Czy jesteśmy świetnymi fachowcami?
S: BA!
KZS: Czy umiemy się uwijać z robotą?
S: BA!
KZS: To może się dziś uwiniemy i wyjdziemy godzinę wcześniej?
S: Dwie godziny!!!
Łoterloo: Już idźmy!!!
KZS: Ale nie przeginajcie, cholera i ruchy, ruchy, ruchy.

5 września 2017

2413

Gdzie nos twój (wskazuje), tam żarcie twoje.


Poza tym nie wiem, czy Państwo zauważyło, że wychodząc naprzeciw oczekiwaniom różnych grup społecznych, posty umieszcza się dublem na blogu i na fejsie. Nie musicie dziękować, ale też się zbytnio nie krępujcie.

4 września 2017

2412

Och, zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, strzeżcie się łatwych i pobieżnych ocen. Dzisiejszy wpis sponsorują Dorota Zawadzka i Małgorzata Kalicińska, czyli jak stałam się sławna, bo zrobiło mi się smutno i stać mnie było na szczerość, choć doktor House mawia, że wszyscy kłamio.

Państwo sobie wyobrazi, że nieznanymi ścieżkami na cichy, skromny fanpejczyk zabłądziła sława telewizorów, kobieta, która WIE – Zawadzka Dorota. (Psycholog. Doradca rodzinny. Niezależny ekspert. Wykładowca. Doradca RPD. Szkoleniowiec. Superniania – tak o sobie pisze). Znaczy… mam podejrzanych, ale nie powiem, bo już raz się niechcący wyraziłam i dostałam w ucho, żebym się jednak nie wyrażała z uwagi na interakcje międzyludzkie, zwłaszcza w zakresie Osób Sławnych, więc ego. Skądinąd słusznie dostałam, bo to mi przypomniało, że mamy dwoje uszu i jedne usta prawdopodobnie nie bez powodu, więc tym razem pobiegłam kurcgalopkiem po widelec i podrapałam się w język zawczasu.

No, dobra, dobra, już przechodzę do adremów. Otóż wyobrazi Państwo sobie, że Zawadzka Dorota, że fanpejczyk i że przesz ja to widzę, albowiem powiadomienia. Oczywiście spłynęło na mnie odium sławy, ale – powiedzmy sobie szczerze – pragnęłam zaistnieć na okoliczność niebywałego intelektu, a nie, że: sfrustrowana i życia nie ma, żałosna biedaczka. To ja się tu lat milion dla Państwa produkuję, tę filologię nawet skończyłam z myślą o Was, a definiuje mnie frustracja.
Nosz, kurwa.

Ale uważajo. Dwa razy (słownie: dwa) Zawadzka Dorota mię udostępniła, ponieważ za pierwszym komentarz jej nie wskoczył. Ja bym edytowała, ale kto ja tam jestem – kobieta bez własnego życia, taka huba na dziecku, to nie będę tutaj epatować. I za drugim razem (jak już wskoczył), podsumowała całe moje życie, które – psychologiem będąc (niczym młodą lekarką) – poznała po jednym wpisie. Uwaga, cytuję:
„Preczytałam z uwagą. Smutny to tekst matki nie gotowej na "wypuść"..
Wychowujemy dzieci dla ICH życia, ICH wyborów i decyzji.
Emigracja? A czymże jest w dziesiejszym świecie mieszkanie daleko? Technologia pozwala na kontakt, a że do garnka nie można zajrzeć? i sobie zobić dobrze przytulacjąc?
Nie rozumiem. To znaczy oczywiście rozumiem mechanizm.. ale rodzicielstwo to "nakarm, naucz i wypuśc " :) :) :)
Jak to trzeba uważać, co człowiekowi z gęby wylata.
Smutno mi się zrobiło, że dziecko, że rekrutacja na studia magisterskie in progress (bo badania lekarskie niewykonane), że ten remont jej mieszkania trzy miasta dalej jeszcze niezrobiony, a co więcej – niezapłacony, że nie będzie codziennego pitu-pitu*, bo jakieś tysiące kilometrów, a przy tym sięgnęłam wyżyn, napisałam o tym szczerze i od strzału stałam się przykładem matki, która nie kuma, że dziecko nie dla siebie, lecz dla świata. REALLY?!

I byłabymż o tym nie pisała, ale pomyślałam sobie, że może istnieć człowiek X, który jakoś nieszczególnie radzi sobie w trudnej sytuacji. Dajmy na to – w relacji z progeniturą. I myśli człowiek ów, że złamie stereotyp, który mówi, że do psychologa to tylko świry chodzo, a on jednak pójdzie i tam pani go oceni po jednym zdaniu, łatę przyklei, w szufladę wepchnie, bo jej cudownie do akuratnej publikacji naukawej to zdanie będzie pasowało. I jak mają ludzie mieć zaufanie do fachowców**?!

Kochani, którzy dotarliście do ściany! Tak nie jest, naprawdę. W tym kraju pracuje wielu wspaniałych, mądrych, wyważonych psychologów, którzy nie dość, że nie oceniają po jednym wypowiedzianym przez Was zdaniu, to jeszcze w ogóle nie oceniają, bo wiedzą, że nie taka ich rola. Nie bójcie się poprosić o pomoc, gdyby była potrzebna. Jestem tego doskonałym przykładem: potrzebowałam wsparcia, poprosiłam o nie i dostałam – bez oceniania. Powiem Wam w tajemnicy, że niebywale te spotkania lubiłam. To był czas tylko dla mnie, stawałam się osią wszechświata, moje sprawy, problemy były przez godzinę najważniejsze. Odpoczywałam, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Polecam.

A z tym dzieckiem jak jest? Ano rozumiem, że wybrała życie, które nie rzuca kłód pod nogi, Siłaczki są przereklamowane. W dwójnasób rozumiem, bo przecież dorosła (byłam dwa lata młodsza od niej wyprowadzając się z domu rodziców i Prezes też był te dwa lata młodszy, gdy rzucił dla mnie cały swój świat), ma prawo do wyborów, do szukania własnej drogi. Ufam jej, bo ją w brzuchu wynosiłam, urodziłam i wychowałam, dając wszystko, co we mnie najlepsze. I nie raz się przekonałam, że wypuściłam w świat pięknego, dobrego, mądrego człowieka, który drugiego nie skrzywdzi, na ludzkiej biedzie paść się nie będzie. I jestem z niej dumna, jak cholera! Dziecko! Czytasz? Jestem z Ciebie dumna, jak cholera!!! A że mi smutno? No, smutno. Dobrze mieć to dorosłe dziecko przy sobie, szczególnie że takie do mnie podobne, poczucie humoru w tym samym miejscu i jad. Z nikim się tak setnie nie bawię, jak z własną córką. Bez komentarzy nawet i po pachy. Niech idzie w świat. A ty, świecie, uważaj sobie. Bo mamusia czuwa. Mam pistolet i łopatę – nikt po tobie nie zapłacze.

Ach, zapomniałabym! Jeszcze ta Kalicińska Małgorzata, pisarka. Cytuję:
„Pani pewnie ma puste życie i żadnego własnego”.
No, takie właśnie puste mam. Notkę tę, którą wszystkim pospiesznie ocenionym poświęcam, na raty pisałam, bo mi się telefon i komunikatory urywały. A to akuracik książka na jaw wychodzi, do której stosunek posiadam osobisty i końcem procesu wydawniczego wspieram, podnoszę, radzę. A to tekst dla kogoś na stronę napisałam i trzeba to wśród chichotów omówić, czy skrócić, czy wydłużyć, czy gdzieś kurwą nie okrasić. A to w końcu jesień: sezon konferencji naukowych zaczynasię. Oprócz tego standard – w wydziale komunikacji parę osób rozśmieszyłam, remont garażu w rozkwicie i woda zewsząd wybucha, za mąż wyszłam, bidusia oraz marzę, żeby czasem świat się ode mnie odpie… znaczy – odsunął. Własną książkę mam w połowie napisaną i czasem nieśmiało puka mi w potylicę, wydawnictwo mnie kopie na okoliczność chałtury, szef mnie kopie na okoliczność sprawozdania, znowu kota Edwarda nie ma w domu, psi się bynajmniej nie uśpili i coś tam klaszcze za borem. Marzę o chwili nudy. Co nie znaczy, że nie czuję. I nie tęsknię. Ot, jestem człowiekiem i humani nil a me alienum putto. Nawet się tego nie wstydzę.

Nie sądź, ażebyś nie był sądzonym.

* Serio?! Ludzie, którzy mają fajny, luźny i z humorem kontakt z własnym, dorosłym dzieckiem, który opiewa na przytulaka i wymianę złośliwych opinii na temat otoczenia, to dziś jakieś zboczuchy?! Ja dobrze po czterdziestce jestem, a lubię do matki zadzwonić, gdyż mianowicie cenię sobie ten jad. Ale nigdy nie wpierałam Państwu, że jestem normalna, faktycznie.
** W tym przypadku: fachmanów.

3 września 2017

2411

Zuzia wybrała emigrację.

Zbieram z ziemi kawałki połamanego serca i w milczeniu niżę na nitki, żeby upleść kanwę zupełnie nowego życia. Pomiędzy wkładam koraliki cierpliwości, słuchania w milczeniu, czekania w pokorze, niemądrzenia się, radości z krótkich chwil kontaktu. Przyklejam do nich myśli: "Czy zdążyłam wszystko przekazać?", "Czy przed wszystkim ostrzegłam?", "Czy będzie nosić czapkę, ciepłe majtki, rękawiczki?". Kto jej ugotuje kluseczki? Kto zrobi herbatę? Kto poskłada w kosteczkę wyprane ubrania? Czy jej ktoś nie oszuka, nie skrzywdzi, nie urazi? Do kogo pobiegnie ze skargą na zły los, wrednych ludzi, nieszczęsny splot zdarzeń? Komu się wyżali? Czy będzie szczęśliwa?!

Stoję w jej - nagle takim pustym - pokoju, czubkami palców przesuwam po miękkich pędzelkach do makijażu wetkniętych w wazonik, wącham perfumy porzucone na półce, przygładzam załamania ubrań na wieszaku i myślę, że wcale na to wszystko nie jestem gotowa. Że gdzieś mi umknęło te z górką dwadzieścia lat, odeszło na zawsze, nigdy nie wróci. I mam żal do świata, do tego kraju, w którym ona nie widzi dla siebie przyszłości, do siebie - choć sama nie wiem za co. Ale nic juz nie można od nowa.

Źle mi teraz. Wiem, że muszę przez to przejść, jakoś poukładać, ale jeszcze nie wiem jak, więc daję sobie czas na siedzenie w kącie po ciemku i łzy. Rano trzeba wstać, pójść do pracy, udawać, że nic się nie stało, zrobić zakupy, ugotować obiad, kupić karmę dla psów, zawieźć płaszcz do pralni, spakować dla niej paczkę z ciepłymi ubraniami, butami i wysłać gdzieś w siną dal. Skończyło się lato i dla mnie skończył się świat, który znałam, w którym czułam się bezpiecznie. Wiem, że zaczął się również nowy, ale wkraczam do niego z niechęcią i z konieczności.

Nic nie może przecież wiecznie trwać...

28 sierpnia 2017

2410

Bardzo pocieszny przepis dla jedzących mięso.

Twoje dziecko będzie zachwycone! Dzieci uwielbiają śmieciowe żarcie i jeszcze się taki nie narodził, który przywołałby na świat progeniturę z zapałem pałaszującą brukselkę i gardzącą czekoladą. O, kurczę! To ja. Stworzyłam potwora!!! Na szczęście odrobinę się nawróciło i teraz wciągnie desery w każdej ilości. Ale trawę równie chętnie, a nawet chętniej. W każdym razie: zasadniczo dzieci uwielbiają wszystko, co niezdrowe, niezbilansowane, kaloryczne i w dodatku zakazane przez wszelkie mądre księgi. Zakazany owoc, jak wiadomo, smakuje najlepiej. Więc do rzeczy.

Weź parówki.
A nie mówiłam?! Parówki! Paskudztwo!!! Pies zmielony z budą.
A więc: weź parówki i pokrój je na wałeczki, mniej więcej równej wielkości. Wielkość dobierz sobie samodzielnie. Ja kroję na sześć, ale można na więcej - nawet niegłupio. Potem weź makaron do spaghetti i do każdego kawałka parówki powbijaj kilka sztuk tak, żeby nie połamać. Uzyskasz długowłose jeżyki, a nawet jeżozwierze. Rzuć na delikatnie osolony wrzątek i kiedy będą się gotować, przygotuj sos pomidorowy.

Kto jeszcze nie wie, jak zrobić smaczny sos pomidorowy?! Tajemnica tkwi w złamaniu smaku koncentratu: trzeba rozpuścić w rondelku masło i przesmażyć go na maśle, a potem to już jak tam zwykle robicie. Jeśli koncentrat jest nieprzesmażony, sos smakuje puszką. Nawet jeśli wyjmujesz go ze słoika.

Parówkowe jeżozwierze gotowe, bo nie można pławić ich zbyt długo. Makaron zawsze powinien być w konsystencji al dente, a w tym przypadku musimy przypilnować, żeby się nam kwintesencja parówkowatości nie rozgotowała. No to nakładasz kawałki parówki owinięte makaronem do miseczki, polewasz sosem i nie przyznajesz się na forum rodzicielskim, że znów karmiłeś/łaś dzieciaka tym syfem. Tylko pełnoziarniste pieczywo, żywe kultury i błonnik. Oraz wapń ze skorupki jajka.

Pycha, mniam, mniam. A w kuchni spędziliśmy kwadransik.
Nie dziękujcie.

14 sierpnia 2017

2409

Ciąg dalszy następuje.

Nasz ślub pozostanie zapewne w pamięci kilku osób na długo. Po pierwsze dlatego, że przypadł w chyba najgorętszy dzień ostatniej dziesięciolatki. Zaczynało wyglądać na to, że zarówno uroczystość, jak i impreza okolicznościowa odbędą się w samochodach, których nikt nie chciał opuścić z uwagi na  obecną tam klimatyzację. Aż dziw, że się molo nie zarwało pod dzikiem tłumem żądnym najsłabszego podmuchu wiatru. Uściski nie były więc przesadnie wylewne, a i tak wszyscy kleili się do wszystkich, co po pewnej dawce alkoholu pewnym czasie przestało jednak przeszkadzać.

Poza tym:
- panna młoda wystąpiła w kiecce za 76 zeta (sic!) zakupionej na Allegro,
- pan młody ożenił się bez krawata,
- nie było rosołu,
- ani tortu,
- ba! WÓDKI NIE BYŁO!!!
- wygłoszono 1 (słownie: jeden) toast... właściwie to sama go wygłosiłam.

Za to:
- goście zintegrowali się w ułamku sekundy, być może z powodu rzeczonego klejenia, a może dlatego, że biegając radośnie wokół stołu przedstawiłam publicznie każdego, wyciągając na światło dzienne wszystkie jego słabości, a to zawsze jednoczy,
- na wszelki wypadek przedstawiłam również państwa młodych - ich słabości były aż nadto widoczne,
- chciałam jeszcze kogoś przedstawić, ale nie znałam słabych stron osób z obsługi,
- barman miał mrożone kufle - w pewnej chwili stał się najpopularniejszą osoba na spotkaniu, niektórzy przekupywali go wręcz z nadzieją, że pozwoli im wejść do zamrażarki,
- drudzy-rodzice, prócz siebie, przywieźli ukulele, które drugi-ojciec otrzymał od państwa młodych z okazji 50. nie wypominając których urodzin jakiś miesiąc wcześniej i wykonali w zgrabnym duecie z dostarczonym akompaniamentem pieśń stworzoną ekstra na tę okoliczność,
- wszyscy zgromadzeni byli luźni jak sanki w maju i mieli wyrąbane, więc trudno mi zliczyć, ile razy płakałam ze śmiechu (raz nawet musiałam udać się w celu wypłakania się do łazienki),
- dostarczona muzyka wyrywała z kapci... poprosiłam o zmianę dopiero w chwili, gdy głośniki zaintonowały "Pieski małe dwa",
- nikt nie zaliczył zgonu,
- nie stłuczono nawet jednej szklanki,
- nie mówiąc już o kieliszku,
- pewna grupa (z litości nie będę wymieniać nazwisk) nocą ciemną napchała sobie do torby pożywienia, prosecco, wyłudziła od barmana piwo w pecie, do czego dostała kufel gratis i intonując pieśni biesiadne udała się w ciemność, by imprezować dalej,
- żarcia było po kokardę i - co dziwne - nawet desery nie skonały (w tej temperaturze!).

Podsumowując:
na wniosek poszkodowanych postanowiliśmy powtórzyć tę zabawną imprezę wiele razy, dzięki czemu zebrani będą mogli się zrehabilitować i wygłosić jakieś wiekopomne mowy z okazji naszych licznych, mam nadzieję, rocznic ślubu. Widzimy się za rok w tym samym miejscu. Każdy przywozi wentylator.

A kiedy już udało się nam wrócić do domu, w sypialni czekała na nas niespodzianka w postaci rękodzielnictwa kocio-psich babysitterów.



Co rozczuliło mnie wręcz dogłębnie.


Zasadniczo to impreza była wyjątkowo udana. I nie jest to wyłącznie moje zdanie. Potwierdza się niniejszym teoria, że nie należy się nadymać, ponieważ luźna gumka w majtkach gwarantuje wiele sukcesów.

A teraz kończę, bo wiem doskonale, że od pewnego czasu czekacie tylko na tę pieśń okolicznościową. A brzmiała ona następująco (na melodię ludową):

Hej w Imielinie
tak powiadali
że na Rubinowej Aśkę
za mąż wydali

Bo ta Joaśka
cholera była
niejednego kawalera
śmiechem zabiła

Śmiechem zabiła
i dogadała
a na koniec, a na koniec
tyłek skopała

Chłopcy zza płota
wciąż zaglądali
a na widok, a na widok
Aśki zwiewali

Martwi się Ojciec
rwie włosy Matka
zrozpaczona Zuzia płacze
skuczy czeladka

Wreszcie sią zjawił
piękny i młody
odważniejszy od Bohuna
kawaler młody

Padł na kolana
przed tą dziewoją
będziesz Asiu, będziesz Asiu
ty żoną moją

Będę Cię Asiu
na rękach nosił*
będę sprzątał i gotował
śmieci wynosił
 
Aśka z wrażenia
prawie zemdlała
to na Ciebie mój Robercie
zawszem czekała
 
Będę Cię luby
zawsze kochała
będę dniami i nocami
leżąc pachniała**
 
Tyle zwlekali
tyle czekali
aż się dzisiaj w Imielinie
wreszcie pobrali
 
Teraz tu mamy
kawałek nieba
psy szczekają koty miauczą
cóż więcej trzeba
 
My dziś śpiewamy
i się bawimy
w każdym kątku po dzieciątku
z serca życzymy

* Tak, w tym miejscu publika wyła i gwizdała. Panna młoda najgłośniej.
** Tu wyli jeszcze głośniej.

PS Jeśli ucieszył Cię fakt, że mogę rzucić pracę, bo mam męża (mam męża!), który mnie ubezpieczy i zechcesz dać temu wyraz, podaruj nam w prezencie ślubnym parę groszy. Pieniądze te przekaż bezpośrednio na rachunek Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (BZ WBK, oddział Przemyśl - 27 1500 1634 1216 3005 4390 0000) z adnotacją „darowizna z okazji ślubu Asi i Roberta“. W imieniu każdego zwierzęcia, do którego wyleczenia się w ten sposób przyczynisz, PIĘKNIE DZIĘKUJEMY.

12 sierpnia 2017

2408

Jak wychodziłam za mąż – nieporadnik


Tak jakoś w połowie grudnia  zorientowaliśmy się, że – o, Boże! – jeszcze trochę pociągniemy i staniemy się pełnoletni w tym wzgardzonym przez społeczeństwo związku. Ponieważ Prezes kupił mi jakieś sto lat wcześniej złoty pierścionek z brylantem (nie noszę – nie znaczy, że nie mam, prześmiewcy!), wygrzebałam się spod zwierza i oświadczyłam:
- To dobra, weźmy ten ślub.
No co?! Nikt mi nie będzie paluchem wytykał nieprzemyślanych decyzji!

Świeżo nabytą wiedzą o losach przyszłych podzieliliśmy się z Potomstwem.
- Jezus Maria – skomentowało. – Wy tak na poważnie?
Zachichotaliśmy złowrogo. Termin był oczywisty: przez blisko 17 lat udało nam się w końcu zapamietać, kiedy mamy rocznicę. Postanowiliśmy więc nie wprowadzać zamieszania. Kumacie... spójność. Przy czym muszę przyznać, że kamienie spadające z hukiem z czterech serc naszych zawiadomionych o radosnym wydarzeniu rodziców zrekompensowały nam lekceważące podejście progenitury.

Na zaistniałą wiekopomną okoliczność udaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego. W grudniu. Że chcemy termin w sierpniu. W Imielinie. Oni tu chyba nigdy nawet jednego ślubu nie udzielili*, więc panika i histeria. Przewidując podobne zachowania, by nie wzniecać, wypchłam Prezesa naprzód, żeby mówił. Chce się żenić? Powiedział 16 lat wcześniej i nie odwołał? To niech teraz ponosi konsekwencje! Następnym razem przemyśli nim usta otworzy!

Jako że mieliśmy mnóstwo czasu, zajęliśmy się organizacją dość leniwie, to znaczy: ja zajęłam się organizacją, a Prezes mówił „Tak, tak“ i wracał do gry. Co daje średnią „bez zbędnego pośpiechu“. Najtrudniej było znaleźć fajne miejsce na imprezę, gdyż wymyśliliśmy sobie, że to ma być blisko domu i w plenerze. Przy czym nie przewidzieliśmy grupy liczniejszej niż ćwiara (wliczając przechodzonych państwa młodych). Kiedy zaczęłam zapadać się w sobie, bo albo w sali, albo za mało gości, albo za daleko, albo śmierdzi z kuchni, albo ogólnie do dupy, zupełnie przypadkiem natrafiłam na knajpkę nad zalewem, więc odłączyłam Prezesa od zasilania i mamiąc wizją posiłku wywiozłam w głuszę. Restauracja, którą znalazłam wyautowała się sama z uwagi na panią kelnerkę, która wkładała niesłychany wysiłek, by nas nie obsłużyć. Po jakimś czasie Prezes stracił cierpliwość oraz zarządził odwrót ze wzgardą, ale – argumentując, że skoro już wyszliśmy z domu, to się chociaż przejdźmy – wywlókł mnie na spacer wgłąb obszaru zalesionego. I niespodzianka: trochę dalej potknęliśmy się o niepozorną knajpkę prawie sezonową. Obejrzawszy taras zawieszony nad samiuśką wodą, wychodzące w fale molo i nieduży parking spojrzeliśmy na siebie wymownie i decyzja zapadła. Zleciliśmy druk zaproszeń, by rozpocząć kolejny skomplikowany etap, czyli odzianie Prezesa, broniącego się rękami i nogami przed zakupową eskapadą.




CDN

PS Jeśli ucieszył Cię fakt, że mogę rzucić pracę, bo mam męża (mam męża!), który mnie ubezpieczy i zechcesz dać temu wyraz, podaruj nam w prezencie ślubnym parę groszy. Pieniądze te przekaż bezpośrednio na rachunek Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu** (BZ WBK, oddział Przemyśl - 27 1500 1634 1216 3005 4390 0000) z adnotacją „darowizna z okazji ślubu Asi i Roberta“. W imieniu każdego zwierzęcia, do którego wyleczenia się w ten sposób przyczynisz, PIĘKNIE DZIĘKUJEMY.


* Kto czytał notkę poświęconą „Kurierowi“ – imielińskiej gazetce samorządowej – zapewne zorientował się, że tutaj do „wspólnoty“ przyjmuje się nie dziecięta narodzone, a wyłącznie ochrzczone. Nie dostrzegam kolejek wijących się do udzielania ślubów cywilnych.
** Tak, to ma wiele wspólnego z Centrum Adopcyjnym Lecznicy "Ada".