13 maja 2017

2403

Kiedyś Tato powiedział mi, że w pewnym momencie dojrzały czytelnik zaczyna odczuwać brak pociągu do beletrystyki. Puściłam to mimo uszu, ale zaczyna mi się wydawać, że miał rację i najlepszym przykładem wtórnego odprysku czytelnictwa w moim przypadku jest nie to, co czytam, ale to, co piszę. Coraz częściej czuję potrzebę, żeby wypowiedzieć się na tematy społeczne - coraz rzadziej, by pisać o kolejnym podkopie pod płotem. Wychodzi na to, że - jak zaśpiewał niegdyś zaprzyjaźniony zespół rockowy: ojciec ma zawsze rację*.

O czym więc dzisiaj zamierza opowiedzieć Ciocia Asia? Ano o odpowiedzialności i przewidywaniu konsekwencji. Dzięki temu wstępowi ci z Was, których moja czcza gadanina irytuje, mogą już wyłączyć telewizor. Cierpliwszych zapraszam do rozważań. Piszę na gorąco, ponieważ uważam, że sprawa tego wymaga. Być może powstrzyma to kilka osób od emocjonalnego kliknięcia i nie ukrywam, że na to właśnie liczę.

Dziś popołudniu internety (z naciskiem na fejsbuk) obiegła informacja, której - z przyczyn dla tej notki charakterystycznych - nie zalinkuję. Informacją tą był film z okropnego zajścia. Otóż w pewnej szkole ponadpodstawowej doszło do przemocy: cztery gimnazjalistki bez litości tłukły i kopały jedną dziewczynkę, czemu przyglądali się (i filmowali!) chłopcy. Film był straszny - obejrzałam go. Wdałam się również w całkowicie bezowocną dyskusję pod jednym z udostępnień. Czy żałuję? Chyba nie do końca. Finalnie nikogo chyba nie przekonałam, ale moi interlokutorzy znacznie spuścili z tonu, a opuściłam ich w momencie, gdy skończyły się argumenty i oberwałam od donosicieli. Nie wiem więc, co było dalej i - jak zapewne się spodziewacie - nie zamierzam sprawdzać.

Na wstępie, dla dobra późniejszych wywodów, pragnę wszystkich zapewnić, że jestem absolutnie przerażona tym, co zobaczyłam. Cztery dziewczynki "profesjonalnie" rozstawione, bijące w twarz, głowę, tułów swoją ofiarę, kopiące ją (również w głowę!!!), nienawistnie wykrzykujące pod jej adresem, a także chłopcy z drugiej strony telefonu, zachęcający oprawczynie do kontynuowania procederu, to aż za wiele na moją wytrzymałość. W chwili, gdy to sprawdzałam, pod filmem było 18.000 komentarzy, nienawistnych, pełnych agresji i zachęcających do bezlitosnego rozprawienia się z agresorkami (ciekawe, że nikt nie odnosił się do chłopców zza kadru). Naówczas film ten miał blisko 39.000 udostępnień. Strach pomyśleć, jaki był zasięg globalny.

Sytuację uważam za jednoznacznie złą i byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która w komentarzu przywołała policję z prośbą o interwencję z urzędu (przyznaję z bólem, że nie mam mocy przerobowych na sprawdzenie wszystkich wpisów). Nienawiść, zachęcanie do samosądu, agresja lały się strumieniami. Nie wiem doprawy, co bardziej mnie przeraziło: czy sama sytuacja, czy kompletny brak odpowiedzialności dorosłych, którzy wyrzucili z siebie emocje kompletnie nie licząc się z konsekwencjami, jakie mogą z ich bezmyślności wyniknąć.

Daleka jestem od idealizowania świata. Sama byłam wielokrotnie ofiarą przemocy i z ogromnym wstydem nie potrafię przysiąc, że sama jej nie używałam. Nie zawsze byłam tą osobą, którą jestem obecnie. Mało tego! Doskonale pojmuję, że przez lata byłam głupkowata, pragnęłam akceptacji i poddawałam się psychologii tłumu, co prowadziło mnie po częstokroć na bezdroża debilizmu. Wstydzę się tego i nie usprawiedliwiam. Na szczęście mój spowolniony mózg w końcu zaczął działać, by doprowadzić mnie do sytuacji, gdy specjalnie nie krzywduję swojemu intelektowi.

Co on mi obecnie podpowiada? Ano, że tak nie można. Po pierwsze ujawnianie publicznie czyjegoś wizerunku bez jego przyzwolenia jest niezgodne z prawem. Na tym etapie nie możemy dociec, czy agresorki same zamieściły relację w internecie, czy też zrobił to ktoś trzeci. Jakkolwiek nie byłabym zwolenniczką natychmiastowej, ostrej reakcji na tę sytuację zarówno rodziców, jaki i nauczycieli oraz organów ścigania, tak uważam, że działanie dorosłych niezgodne z prawem niesie jedynie przesłanie... że wolno działać niezgodnie z prawem. A przecież prawo nie musi się nam podobać, ale dura lex, sed lex. W jaki sposób młody, dopiero kształtujący się organizm ma się dowiedzieć, co jest dobre, a co złe, skoro dajemy mu sprzeczne komunikaty?

Po drugie: ujawnianie twarzy tych dziewczynek jest skrajnie nieodpowiedzialne. Czy każdy, kto bez chwili zastanowienia kliknął "udostępnij", weźmie na siebie odpowiedzialność za ewentualny samosąd na tych dzieciach, do którego może doprowadzić?! Sądzicie, że na świecie jest mało osób, które zechcą "zdyscyplinować", "pokazać właściwą drogę", pozwolić zrozumieć, jak należy się zachowywać? Wiecie, jak działa psychologia tłumu? Tłum nie myśli, tylko rozszarpuje na strzępy. A od tego nie ma odwrotu. A nie o to, zdaje się, chodzi.

Przypomniała mi się sytuacja, kiedy w szkole podstawowej Zuzi dowiedziałam się, że w klasie jest chłopiec, którego dzieci ordynarnie szczują. Wróciłam do domu i zrobiłam jej jesień średniowiecza. Do dziś nie wiem, czy brała w tym udział, ale jedno wiem na pewno: moje zachowanie przyczyniło się do stworzenia porządnego człowieka. Gdy pokazujemy dzieciom na własnym przykładzie relatywność, nie uzyskamy tego, co nam się marzy w mokrych snach. Gdy mówisz dziecku, że należy przekraczać ulicę wyłącznie na pasach, a sam tniesz gdziebądź, nie oczekuj, że ono cię posłucha. Wychowasz gnoma, jakim sam jesteś. Zachowujmy się przyzwoicie. Może nie zawsze to się opłaca, ale na pewno warto.

Po trzecie: czy chciałabym, żeby moralności nauczył moje dziecko pięścią obcy tatuś? Czy w ogóle można kogoś nauczyć etycznego postępowania stosując przemoc? Jaki dajemy dzieciom przykład wyważonych, adekwatnych reakcji, gdy sami postępujemy skrajnie emocjonalnie, łamiąc prawo niesieni wzburzeniem? Czy uczymy dzieci odpowiedzialności pokazując, że każda iskra wznieca w nas pożar? Jak powinien zachować się w takiej sytuacji dorosły, odpowiedzialny człowiek? Jeśli zna dramatis personae - na pewno podjąć interwencję u rodziców, wychowawców, na policji. A obcy? Zawiadomić służby. Wszak działamy post factum! Nie rozmawiamy wcale o interweniowaniu w trakcie sytuacji! W Intermecie na kopy moralistów, a statystyki wykazują, że gdy coś się dzieje - ofiara zwykle pozostaje sama ze swoją tragedią!

Już w głębokim, zafajdanym dzieciństwie przestałam myśleć, że świat zbudowany jest w tęczowym entourage'u i składa się wyłącznie ze stokrotek oraz puchatych kociąt, z subtelną muzyką w tle. Wiem, że istnieje tyle dobroci, ile świństwa, zła, przestępczości i krzywdy. Ale wiem też, że nie przeciwstawimy im się, stosując identyczne metody. Dobro to nie jest słabość, do jasnej cholery!!! A dorosły człowiek myśli i przewiduje (na ile to możliwe) konsekwencje swoich zachowań.

Na koniec powiem coś straszliwie niepopularnego. Otóż, widzicie, ja od zaistnienia uważam gimnazja za zło. Oczywiście nie chcę negować pracy, jaką wkładają liczni nauczyciele w podniesienie jakości wychowania i nauczania w placówkach tego poziomu, ponieważ to szanuję i doceniam. Nie jestem również zwolenniczką likwidacji etapu gimnazjalnego, ponieważ sądzę, że raczej powinniśmy udoskonalać to, co już istnieje niż zaorać wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć. Ale zmierzmy się z myślą, że widzimy jest odprysk. Grupujemy w odosobnieniu burzę hormonalną. No to mamy efekty.

Co ja właściwie chciałam tu powiedzieć? Och, zaskoczę Was! To, co zawsze. Nie bądźcie chujami płci obojga. Nie kierujcie się wzrostem adrenaliny. Zachowujcie się wyważenie i adekwatnie. Interweniujcie, gdy sytuacja tego wymaga.

------

PS Na koniec dykteryjka w aspekcie wpisu o odpowiedzialności za komentowania na podstawie sędziego Gwizdaka. Otóż wrócił z poprezesowkich, urlopowych, zagranicznych, rowerowych wojaży i przeczytał moją notkę. Zachował się tak, jak przypuszczacie. BARDZO EMOCJONALNIE** ;-)
Oraz znów mi wyznał. Jego tajne spowiedzi doprowadzą mnie kiedyś do schizofrenii. Ale liczę, że będzie się działo! I oczywiście całym sercem wspieram te szalone, wspaniałe plany. Niech się dzieje!

PS 2 Ludzie, ja się czuję czasem jak konfesjonał. Myślę o wprowadzeniu opłat. Ja mam liczne kredyty i chcę, żebyście to przyjęli do wiadomości. Howgh.


* Żeby nie było, że taka poważna jestem: chodziło o spożycie alkoholu. Ale hasło chwytliwe.
** Dużo emotikonek. Dużo wykrzykników.

9 maja 2017

2402

Dziś zapragnęłam Wam wytłumaczyć niezwykle łopatopogicznie, dlaczego Hanusia jest Bardzo Niegrzecznym Pieskiem. Ujmując rzecz w najkrótszym możliwym skrócie - Hanusi nie da się wychować, ponieważ przestępstwa popełnia radośnie i człowiek nie potrafi jej skarcić.

Egzemplum.

Hanusia wykopuje kolejną dziurę pod płotem, a następnie zwiewa do tych łąk i pól zielonych. Człowiek (czyli ja) wyparza z chałupy i ryczy: HANKAAAAAAAA!!! A Hanusia...

video

Człowiek podejmuje kolejne wyzwanie i ryczy: HANKAAAAA, CHODŹ TUTAJ!!! A Hanusia...

video

Do tego odwraca główkę w stronę człowieka, wywiesza józiowy ozór, łopocze nim na wietrze i...

video

Jeśli akurat trawa lub zboże podrośnie, to widzimy tylko fragmenty całej zabawy (bo część Hanusi znika), ale zawsze...

video

I ja nie potrafię się na nią gniewać. Gdyż w Hanusi jest cała radość życia, te muchy pomiędzy zębami, łopot ozora na wietrze, furgająca kita i cwał.

Jeśli mi się kiedyś uda - sfilmuję i sami zobaczycie. To znaczy... nie zobaczycie, bo już widzieliście. Wygląda I-DEN-TYCZ-NIE.

7 maja 2017

2401

Internet jest dla mnie źródłem uczuć skrajnych. Z jednej strony uważam go za absolutny cud: ta unikalna w historii świata dostępność informacji, które są na wyciągnięcie nawet krótkiej ręki*, interakcje, którym zawdzięczam swoje dobre, ba! cudowne życie oraz multum znajomości, których nie nawiązałabym w żadnej innej sytuacji, dobro i pomoc, jakiej doświadczają potrzebujący**, pospolite ruszenia w obronie praw, wzrost społecznej świadomości i wiele, wiele innych. A z drugiej... to poczucie anonimowości i bezkarności, które pozwala niektórym osobom*** myśleć, że mogą napisać każdą bzdurę i świństwo, ponieważ nikt ich nigdy nie znajdzie. Jakże się mylą.

Ta dualna rozterka, która zaprowadziła mnie do dzisiejszej notki, odkłada się gdzieś w duszy od lat, ale szczególnie ukłuła w sprawie sędziego Jarosława Gwizdaka - osoby medialnej i nietuzinkowej, dającej się dostrzec w morzu głów. Na głowy te sypie się wiele oskarżeń o złą, krzywdzącą szarego obywatela pracę. Wypowiadający się nie dostrzegają wszakże jednego: otóż rozgoryczenie przegranego w danej sprawie zwykle jest równoważne z satysfakcją wygranego. Tu tkwi prawdopodobnie źródło irytacji. Niemniej warto zauważyć, że na tym właśnie polega problem, przez sędziego Gwizdaka często podkreślany.

Dlaczego akurat ta kwestia mnie boli? Z dwóch powodów. Otóż sama, jak wiadomo, pochodzę z prawniczej rodziny, a co za tym idzie - z rozterkami tej grupy zawodowej stykam się niemal od urodzenia. Mój Tato, człowiek honoru i kryształowej wprost, niemal idiotycznej uczciwości, na swoim zawodzie dorobił się mieszkania komunalnego i pożyczki, którą zaciągnął, by jakoś wypuścić mnie w dorosłe życie. Trudno w to uwierzyć, ale moi rodzice są ludźmi, posiadającymi... NIC. Przeszło pięćdziesiąt lat pracy zawodowej Ojca (serio - uwierzylibyście, że można pracować tyle lat?) w zawodzie, postrzeganym jako źródło wyjątkowych wprost dochodów i facet nie ma nawet linii debetowej w koncie. Jego największą finansową radością jest karta kredytowa. Myślicie, że na dużą sumę? Bynajmniej. Cieszy go zwykła możliwość spłacania w ratach tabletu, zakupionego przez nas online ślepej matce, żeby se mogła czytać książkę za pomocą dużych liter. I on, 81-letni staruszek, nie musi o te raty nikogo prosić.

Co w całej sytuacji jest jeszcze istotne? Otóż mój Tato nie jest przypadkową osobą. Nasze nazwisko jest bardzo znane w środowisku, Ojciec przez wiele lat pełnił różne świecznikowe funkcje i robił to (uwaga - będzie trudne słowo) społecznie. Wiecie, co to znaczy "społecznie"? Ja Wam powiem: to znaczy, że nie pobierał wynagrodzenia. Z jednej strony grzeje mnie to do czerwoności, ale z drugiej, cóż... mało kogo tak szanuję, jak Tatę. Byłam tam i widziałam, ile pracy, czasu, zaangażowania wkładał w robotę, za którą nie dostał nawet złamanego grosza. I finalnie, co on zrobił, ten mój Ojciec? Otóż zamknął mnie w pokoju na klucz w trzy sekundy po tym, jak oznajmiłam, że zamierzam studiować prawo. Zamknął i oświadczył, że nie nakarmi, póki nie zmienię zdania. Dziś, po czterdziestce, myślę, że pozwolił mi wyciągnąć lepszą kartę z puli losu. Wtedy szlag mnie trafiał. Gwizdaka ojciec w pokoju nie zamknął.

Z drugiej, jakby Wam to powiedzieć... znam człowieka. Tyle, ile on w czasie czteroletniej zaledwie kadencji, nienadęty, ludzki, normalny w najlepszym tego słowa znaczeniu, zrobił dla wymiaru sprawiedliwości, a tak naprawdę: dla nas, szarych obywateli, trudno opisać. Jeździł na wózku inwalidzkim po swoim sądzie, żeby samemu sprawdzić, jak trudno jest osobom z fizycznymi niepełnosprawościami dotrzeć tam, gdzie szary obywatel wskakuje bez zastanowienia. I wyciągnął z tego praktyczne wnioski. Stworzył unikalne w skali kraju rozwiązanie mediacyjne, pozwalające zwykłym ludziom uniknąć spraw cywilnych, po których - uwierzcie - zostają tylko ruiny i zgliszcza relacji. Jest współautorem wspaniałego, napisanego LUDZKIM JĘZYKIEM  podręcznika dla gimnazjalistów**** na temat tego, o co w ogóle chodzi w tym strasznym, nieludzkim językiem pisanym prawie. Wielokrotnie występował publicznie, mówiąc wprost o niedomaganiach systemu, ale - fakt - mówił wprost, z tym, że do inteligentnych. Znajdował czas, by spotykać się się z uczniami i studentami, by mogli poznać zawiłości dróg dochodzenia "sprawiedliwości". Urządzał gry terenowe w swoim sądzie - ja się na tym nie znam, ale podejrzewam, że to wydarzenie na skalę światową. Apelował o standard postępowania w czasie konferencji branżowych (istnieją tego dowody na YouTubie), udzielał wywiadów w prasie, występował w telewizji, udzielał się społecznie i zwyczajnie, po ludzku, wieczorową porą pomagał przez telefon, kiedy jakaś sprawa niecierpiąca zwłoki wymagała fachowego wsparcia.

A teraz jakiś chuj, za przeproszeniem, pisze, że szerokiej drogi i nie będziemy tęsknić. Otóż będziemy. Bo Jarek jest naszym dobrem narodowym, bo nie boi się (w tej sytuacji!) głośno wyrażać niepopularnych poglądów*****, bo jest człowiekiem - co podobno brzmi dumnie. Bo zawiadamia mnie cichaczem o różnych planach, których nie mogę ujawniać publicznie. Bo jest kimś, kogo - jako obywatele - BARDZO potrzebujemy. Nie wiem, czy to przeczyta. Jego kadencja, jako prezesa sądu, już się skończyła. Zabrał swój kaseciok (młodzi czytelnicy: kiedyś nie było kompaktów ani empeczy lub cztery), parę satyrycznych grafik stworzonych specjalnie dla niego, maszynę do pisania, co to miała mu przypominać o pokorze i poszedł do domu. Ja to rozumiem. Wiem, że czeka na niego żona, dzieci i oni mają prawo do normalności. Szanuję to. Ale zwyczajnie, po ludzku, jest mi w cholerę żal.

Potrzebujemy Jarków, choć nie mamy prawa żądać, by poświęcili dla nas swój świat.
Potrzebujemy odpowiedzialności, która nie pozwoli lekkomyślnie wieszać psów na ludziach, zasługujących na największy szacunek.
Boszsz... jaka jestem stara. Mam wśród znajomych IKONY. Obym choć trochę mogła doskoczyć do tego poziomu.

W swych rozmyślaniach o Internecie i zwykłym użytkownictwie pamiętajcie o linijce. Niech Wam służy do prania się po paluchach nim wydacie pochopny sąd o kimś, w czyich butach nie przeszliście nawet kilometra. Bądźcie odpowiedzialni. Bądźcie wyważeni. Kierujcie się myślą, że nie bez powodu mamy dwoje uszu i jedne usta - to wyraźna wskazówka, by w dwójnasób słuchać, a istotnie rzadziej wyrażać opinie. Zwłaszcza publicznie.
Pamiętajcie, że istnieje takie słowo, jak "szacunek".
Szacun, Jarku.

----


* Dla choć trochę inteligentnych, mających świadomość, co to jest źródło.
** Bardzo odsyłam Was na fp na fejsie, gdzie proszę o wsparcie dla młodych ludzi oczekujących TROJACZKÓW.
*** Wielu debilom.
**** Czyli dla każdego.
***** Zawsze mu obiecuję słać ziemniaki i cebulę do miejsca cichego odosobnienia.

25 kwietnia 2017

2400

Wstałam któregoś dnia i źle się zaczęło. Było bardzo wcześnie i ciemno, nie wyspałam się, w pracy czekał armagedon, psy i koty właziły mi pod nogi, potknęłam się na schodach i nie chciało mi się żyć. Nie mogłam opanować stada, wszyscy przepychali się do posiłku, popychali mnie, a kiedy wreszcie spacyfikowałam koty i większość psów, a potem próbowałam wydać posiłek, Morgan zaczął podskakiwać, miotać się, piszczeć - całkowicie uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Byłam doprowadzona do ostateczności, krew zalała mi oczy, podniosłam rękę i warknęłam:
- Uspokój się, debilu, bo ci zaraz...
I nagle tknęła mnie myśl: CO JAK, KURWA, ROBIĘ?! Chciałam go uderzyć?! Co mnie opętało, że podnoszę rękę na tego biednego psa?! A jak ma się zachowywać?!!! On chyba sądzi, że mu się to wszystko śni. Z nieba spadł mu dom, gdzie zawsze jest miska pełna pysznego, świeżego jedzenia, a gdy tylko szturchnie miskę "wodną", to od razu ktoś leci, żeby ją napełnić, wokół są ludzie, którzy głaszczą, przytulają i całują, może biegać, skakać i bawić się z innymi zwierzętami bez ograniczeń, kiedy chce - łapie muchy w ogrodzie, kiedy chce - leży na kanapie albo przed kominkiem, śpi w łóżku przytulony do ręki, która nawet we śnie podrapie za uchem. Czego się więc spodziewać, jak nie tego, że on chce wszystkie te rzeczy naraz, szybko, więcej? Doświadczenie życiowe podpowiada mu raczej, że zaraz się obudzi, a ta niespotykana sytuacja zniknie, ustępując miejsca szarej rzeczywistości, w której bicie i głód. Czemu więc denerwuję się na to Bogu ducha winne stworzenie?!

***

W każdym z nas jest złość.

Frustracja, gniew czy złość to takie same emocje, jak każde inne. I - owszem - jak każde inne są nam bardzo potrzebne. Sygnalizują, że coś jest nie w porządku, że naruszono naszą strefę komfortu, że trzeba się zmobilizować, strzec granic lub wyjść poza nie, uciekać, chronić, bronić albo wołać pomocy. Nie jesteśmy złymi ludźmi, bo odczuwamy takie emocje - raczej miarą naszego człowieczeństwa jest to, co z nimi zrobimy. Czasami złość jest wręcz bardzo, bardzo potrzebna. Ale to nie znaczy, że usprawiedliwia każde nasze zachowanie. Dojrzały człowiek zachowyje się adekwatnie do okoliczności. Niedojrzały powinien pracować nad sobą*. Nie dajesz sobie ze sobą rady, a nie chcesz nad tym pracować? Męcz się sam. SAM, co podkreślam. Że niby nie wolno? Wolno. Nie wolno natomiast cedować swoich złych emocji na innych i tam ich rozładowywać.

***

Na temat Piaseckiego nie wypowiadałam się ani na blogu, ani na fejsie, ani nawet w realu. Do dziś, kiedy w oko wpadł mi artykuł cytujący jego następującą wypowiedź:
Małżonka mogła odejść. Dziś zrobiła aferę na całą Polskę. Chciała dokonać samosądu opinii publicznej, zanim sąd wyda wyrok. Przecież mnie już dawno zlinczowano**.

Otóż nie mogła. Gdyby mogła, na pewno by odeszła.

Osoba doświadczająca przemocy nie funkcjonuje w takich samych realiach i schematach, jak syty komentator, bezpieczny za swoja klawiaturą. Jeśli myślisz, że Piasecka mogła tę sytuację przerwać wcześniej, po prostu nie masz pojęcia o tematyce i potrzebujesz lektury. Dużo i dogłębnej. Fakt, że wreszcie zawołała o pomoc zasługuje na najwyższy szacunek, a sama Piasecka WYŁĄCZNIE na wsparcie. Jeśli uważasz inaczej, lepiej utnij sobie język. Wtórna wiktymizacja ofiar jest najgorszym świństwem, na jakie stać ludzkość.

Ważne, by zrozumieć, że w całym problemie nie chodzi wcale o zlinczowanie Piaseckiego, bo nie on jest naszym głównym problemem. Sytuacja w domu Piasecki to wierzchołek góry lodowej, który dzięki nagraniom wyjrzał spod kołderki niczym goła, nieumyta dupa. Tymczasem w setkach tysięcy, jeśli nie miolionach domów w Polsce jest ona chlebem powszednim. Przemoc stała się naszym dobrem narodowym - i to z tym musimy walczyć. Nie wolno przechodzić obojętnie, udawać, że się nie słyszy, bagatelizować czy, co najgorsze, próbować relatywizować sytuację, obarczając częścią winy ofiarę. PRZEMOCY WINNY JEST WYŁĄCZNIE SPRAWCA. A częściowo winni jesteśmy my wszyscy, jako społeczeństwo dający przyzwolenie na takie zachowania. I mówię tu o każdym rodzaju przemocy, nie tylko fizycznej. Zróbcie chociażby rachunek sumienia, ilu alimenciarzy osobiście znacie i podajecie im rękę. A to też jest przemoc - ma nazwisko: Ekonomiczna.

Jest jeszcze jeden aspekt, nad którym warto się pochylić. To głosy z gatunku: mężczyźni też doświadczają przemocy, a nikt z tym nic nie robi. Trzeba uświadomić sobie, że przemoc zawsze ma płeć i jest to płeć męska. Dziwne? Otóż nie. Zwróćcie uwagę, że role społeczne, w których funkcjonujemy, wyznacza dobry wujek patriarchat. To on marginalizuje przemoc wobec kobiet i dzieci, to on narzuca mężczyznom rolę supersamca, to on uważa, że zachowujesz się jak baba, to on głosi, że faceci nie płaczą. Nie płaczą i nie mogą się przyznać, że za zamkniętymi drzwiami... Co? Baba cię bije? Buchachacha!
I z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.

Każdy doświadczający działań przemocowych, zasługuje na pomoc, uwagę, wiarę i poważne traktowanie. Każdy, bez względu na płeć, kolor skóry, wiek, wierzenia, preferencje seksualne i w końcu gatunek. Kopnij jeszcze raz psa, kota czy inne stworzenie, a znajdę cię.
Znajdę cię, chuju i pożałujesz.

***

Skończyło się dokładnie tak, jak przypuszczaliście: podniesiona ręka opadła miękko na psią głowę, palce podrapały za uchem, zastukały miseczki z jedzeniem i stepujące radośnie pazurki na kaflach. Wszystko w porządku, Morganku. Wszystko w porządku.


* Każdy powinien.
** Pomijam poziom językowy. No, dobra - nie pomijam, ale się nie rozczulam.

17 kwietnia 2017

2399

Filozofia życiowa Łoterloo w pigułce.

Nie sprzątałam na święta. U nas w domu sprząta Zuzia, więc wykonała cotygodniowe, standardowe czynności. Owszem, umyła okna - czasem trzeba, a namawiałam ją od dawna, bo wciąż mi się wydawało, że jest zachmurzenie (a teraz mam pewność). Poza miastem jest inaczej, a nasz problem to raczej piach w łóżku niż spaliny na szybie.

Nie prałam na święta. Pierzemy zawsze w sobotę, więc gdy już wszystko było czyste i leciał ostatni rzut suszenia, Prezes zrzucił firanki (z powodów, jak powyżej). Uwielbiam zmianę firan, ponieważ on za każdym razem zapomina, że mamy dwa małe okienka (jedno w wiatrołapie, a drugie na schodach, oba zamontowane z myślą o doświetlaniu) i tak zabawnie biega potem po całym domu pokrzykując: "Nie mamy takiego okna!". Czasem nawet myślę, żeby dla beki prać firany częściej, ale obawiam się, że sobie zakoduje i całą zabawę szlag trafi.

Nie piekłam na święta. Bez powodu, po prostu mi się nie chciało. Poza tym nie ma tu zbyt wielu odbiorców na ciasto i nie wiadomo w końcu, co z nim zrobić. Kupiłam kawałek, żeby się nazywało.

Zrobiłam roladki z szynki z chrzanem, Zuzia mnie prosiła. I sałatki, ponieważ łatwo wchodzą (jedną z ziemniakami, drugą z ryżem - obie zapychają) i są bezobsługowe. Ugotowałam też jajka i nawet zjadłam dwa. Mam po kokardę na trzy tygodnie.

Przygotowałam obiad (jeden), bo wiedziałam, że rodzice chcą do nas przyjechać. Normalnie pewnie bym nie gotowała, gdyż po tak obfitym śniadaniu ktoś się zwykle ocknie koło 18 i sam sobie coś zrobi (albo wciągnie sałatkę). Nie traktuję tego jako czegoś wyjątkowego, w tygodniu też gotuję. W dodatku skorzystałam z powszechnie dostępnej opcji slow cooking, więc umówmy się, że wrzucenie ptaka do piekarnika nie zmęczyło mnie szczególnie.

Położyłam się na kanapie, wyciągnęłam laptop, odpaliłam filmotekę i wołam herbatki. Mam wolne, odpoczywam i jestem szczęśliwa. Nic nie muszę, bo kto mnie zmusi? Życie jest dokładnie takie, jakim je sobie zaprogramujemy. Nie ma w tym ani grama przesady, poza wypadkami losowymi, w który to zbiór włączam również nagłe przypadki medyczne. Nie, nie mówcie, proszę, że macie małe dzieci. Ja też miałam kiedyś małe dziecko, przy którym wszystko musiałam robić sama, bo przy okazji nie miałam męża (dla równowagi). Jeźlikto posiada męża lub też i inną formę partnerstwa, to wszystkie obowiązki można gustownie podzielić. A z części to nawet zrezygnować. Im więcej wpadnie do worka "olać to", tym dłużej będziecie odpoczywać.

Jeśli czujesz ciśnienie, żeby mieć kunsztowne pisanki w koszyczku z ręcznie wycinaną serwetusią, to przemyśl, co Cię tak ciśnie. Robisz to dla siebie, gdyż uwielbiasz? OK, ale wtedy nie narzekaj. Dla bliskich, choć nie lubisz? Niech se sami zrobią*. Dla kogoś z zewnątrz, żeby dobrze wypaść? Weź pigułkę. Nie ma nic gorszego niż umęczona i zniechęcona kobieta przy suto zastawionym stole. Obżarstwo jest przereklamowane.

Szanujmy się.
Dopóki same nie będziemy się szanowały, nie doczekamy się szacunku od innych.
A wymiar religijny nie ma nic wspólnego z kopą jaj. Serio, serio.


PS Uniknęłam również faz "nie jedz tego, to jest na święta" oraz "jedz, bo będę musiała wyrzucić". W sobotni wieczór do kuchni spłynęła po schodach Zuzanna i zażądała ciasta. Pokazałam jej kierunek kciukiem. Teraz nie wiadomo, co zrobić z resztą. Ciasta, nie Zuzanny.



* Niemowlęta mają w odwłoku pisanki. Starsze dzieci mogą malować. Mężowie (i inne formy) seksownie wyglądają skupieni, z pędzelkiem i w fartuszku.

14 kwietnia 2017

2398

Ze świątecznej książki kucharskiej Łoterloo.

Składniki:


Nie, nie wiem, czy musi być Wyborowa. Taką ktoś kiedyś do nas przyniósł, leżała z pół roku w zamrażalniku, czasem jakiś gość upił kieliszek. Nie znam się na wódkach.


Nie znam smaku innych mas kajmakowych, więc weźcie tę z Gostynia. Obecnie do nabycia w Biedrze.

Proces:


Wraź do mieszadełka masę. Ilość wyznaczamy metodą prób i błędów.


Dolej wódki. Ilość: jw.


Wykorzystaj józiowe mieszadełko, co se kupiłaś w Lidlu, chociaż bez problemu obchodziłaś się bez niego. Dziś znalazłaś zastosowanie, z którym NIKT nie będzie dyskutował.


Zakręć do uzyskania gładkości.


Gładkie wygląda tak.


Spróbuj trzynaście razy, czy aby nie za słodkie.

A Wy? Co zrobiliście na święta? Bo ja nie zdążyłam zrobić paznokci.

HAPPY EASTER!

11 kwietnia 2017

2397

Kilka dni temu Prezes zawołał mnie do swojego gabinetu.
- Chodź - powiedział. - Puszczę ci piosenkę, która zawsze mi się z tobą kojarzy. Od pierwszego usłyszenia.

Noooooo - pomyślałam - po siedemnastu latach to pewnie coś z Dr. Hackenbusha. Ale nic nie powiedziałam (serio), tylko poszłam, stanęłam przed komputerem i...


Wzrusz.

***

Za udział biorą:
Prezes
Łoterloo

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Czas akcji:
dziś, 14:00

Prezes: (dzwoni)
Łoterloo: No, co tam u ciebie?
Prezes: Chciałbym wiedzieć, czy wracasz do domu zaraz po pracy.
Łoterloo: Owszem, wracam. A co?
Prezes: Nie, nic. Tak tylko.
Łoterloo: Stęskniłeś się? Po tylu latach to już przecież możesz mi normalnie powiedzieć.
Prezes: (milczy) Wszystkie twoje psy uciekły i wytarzały się w gównie. Chcę wiedzieć, kiedy wrócisz i weźmiesz odpowiedzialność!!!


MIŁOŚĆ

20 marca 2017

2395

Uprzejmie informuję, że różnica pomiędzy zużyciem prądu w marcu ubiegłego, a tego roku - a wzięłam pod uwagę wyłącznie stawkę zmienną (bez opłaty za przesył i innych, złodziejskich manipulacji) - wynosi na niekorzyść 2017 - 5,35 zł.

Oczywiście może to zależeć od różnych czynników. Np. w lutym obu lat mieliśmy zużycie identyczne co do 1 kWh, a przecież wymieniliśmy część źródeł światła na ledowe. Albo świecimy więcej, albo przybyły pożeracze prądu (i nie mam tu na myśli suszarki, bo jej jeszcze nie było). Zasadniczo utrafić w punkt się nie da, ale mamy rząd wielkości. Zatem obalam niniejszym mit o drożyźnie. Załóżmy nawet, że cała ta kwota należy do suszarki - a będę rzecz badać dalej - to nam daje zawrotną kwotę w zaokrągleniu...

65 zł ROCZNIE.

I to pod warunkiem, że w lecie brudzimy tyle, co w zimie i wszystko suszymy w suszarce. Pomnożyłam rzeczonego piątala z groszem przez dwanaście.

Podsumowując:

  1. nie mnie,
  2. nie niszczy,
  3. nie żre prądu
  4. i tak, nadal jest głośna, a to się nie zmieni.
Więc kto tam ma jeszcze wątpliwości, tego ich pozbawiam. Grzejcie ku sklepom z suszarkami - jednymi z najlepszych przyjaciół pani domu. Szczególnie tak chujowej, jak ja. Howgh.

16 marca 2017

2394

Pomijam wyniosłym milczeniem, że psy wykopały się na świat w dwóch miejscach i wczoraj biegały po świeżo nawiezionych polach, a dziś goniły Edka po ogrodzie sąsiadów. Pomijam, bo jestem ponad to. Areszt do powrotu Prezesa, który zatka dziurę numer dwa. Dziura do obornika została zatkana wczoraj. Hanusię prano dwukrotnie.

***

Poszłam na spacer z dwoma psami płci męskiej, ponieważ Hanka nie potrafi chodzić na smyczy i zaatakowana tym podłym narzędziem siada, gdzie stała i trwa w stuporze. To niech siedzi w chałupie. Na pewno wymyśli, gdzie wykopać kolejną dziurę.
Spacer z dwoma psami jest bardzo pouczającym doświadczeniem. W sumie nie było specjalnie trudno, bo Morgan chodzi luzem i na wszelki wypadek nie spuszcza mnie z oka. Lesiek też chciałby chodzić luzem, ale poinformowałam go, że jest debilem i dopóki nie nauczy się pilnować mnie jak największego skarbu, którym w istocie jestem, znajdujemy się obligatoryjnie na dwóch końcach sznurka. Myślę jednakże, że po dziesięciu spacerach z Morganem może nabyć tę interesującą umiejętność, gdyż instynkt stadny. Wnioskuję również z Prezesa, którego w ogóle nie trzeba było uczyć, choć wybitnie nie posiada orientacji w terenie, a i tak ogarnął.
W każdym razie Lesiek bryluje w innej sprawie, a mianowicie ujrzawszy samochód oczekujący pod bramą, natychmiast galopuje do drzwi, aby być wpuszczonym do domu i nie uciekać na ulicę. W ten oto sposób chroni się sam przed sobą, co gorąco pochwalam. Porwane jego przykładem Hanka i Morgan również galopują do drzwi, gdyż instynkt stadny.

***

Ojciec pod nieobecność matki (sanatorium) urządził męską imprezę - średnia wieku 80,5 - i przeżył. Aczkolwiek jest nieco rozżalony możliwościami, lub raczej ich brakiem, w zakresie spożywania napojów wyskokowych. Przez pięć godzin obrócili jedno wino i więcej nie mogli. Powiadam Wam: pijcie póki czas!

***

Matka Dzika odprowadzając go dziś do przedszkola - gdyż uznano, że pójdzie do szkoły jako siedmiolatek - została zaatakowana pytaniem, zadanym słodkim, dziecięcym głosikiem*:
- Mamo, a co to jest kutas krzywy?
Jak widać przedszkole w edukacji dzieciątek niczym szkole nie ustępuje. Zatem nie ma żalu.

***

Dzik został pochwalony przez panią, że pięknie czyta i pisze. Na tę okoliczność pani przekazała Matce Dzika karteczkę, na której jej syn jednorodny zgrabnie, nie pozostawiając wątpliwości interpretacyjnych wykaligrafował KURWA. Wniosek ten sam, co powyżej.

***

Ból głowy z zeszłego tygodnia, na który o mało nie umarłam, okazał się być bólem ucha. Cały czas się waham, czy wziąć antybiotyk. Przejdzie czy nie przejdzie? Oto jest pytanie!



* Sznapsbaryton od kiedy pamiętam.

5 marca 2017

2393

Wysłuchałam z uwagą i prawdziwą przyjemnością podrzuconej mi przez brata audycji Dwójki Polskiego Radia i poczułam nostalgię, jakiś wewnętrzny smutek i rozczarowanie.

Z jednej strony uświadomiłam sobie, jak rzadko mam ostatnio okazję rozmawiać o sprawach absolutnych. Jak rzadko mam okazję rozmawiać o literaturze! Prawie wcale, poza domem własnym oraz rodziców, nie rozmawiam o książkach! Książki nie są tylko do czytania, na Boga! One są od zmieniania nas w nas, a to zakłada dyskurs, dzielenie się, a więc mnożenie znaczeń i sensów. I nie ma w tych działaniach matematycznych żadnego paradoksu. W jakimś nienamacalnym zupełnie momencie przekroczyłam ów próg mieszczańskiego poczucia bezpieczeństwa, o którym mowa w audycji. Żal i tęsknota.

W chwilę później nadeszła refleksja, że nie tylko mam ochotę, by rozmawiać o sprawach - że tak je nazwę - wyższych, ale potrzebuję w tej dyspucie zająć pozycję ucznia. Czyli jednak tęsknię za autorytetami! No i ciagle, niezmiennie mam apetyt na wiedzę oraz coraz większą świadomość, że w miarę upływu lat tej wiedzy coraz więcej, a czasu coraz mniej. Od tej myśli już tylko krok do truizmu niemalże: oto własne życie udowodniło mi prawdziwość twierdzenia "wiem, że nic nie wiem".

Zupełnie nie potrafię sobie uświadomić, kiedy z pozycji ucznia zostałam przesunięta, niejako wbrew mojej woli lub w stanie nieświadomości, do roli mistrza. Zawsze śmieszyło mnie, że ludzie przychodzą i pytają o opinię czy radę kogoś takiego, jak ja. Teraz zaczęło mnie to dodatkowo przerażać i rozczarowywać. Zrozumiałam bowiem, że powrót do poprzedniej sytuacji może być absolutnie niemożliwy. Jak nie zasiądę już w szkolnej ławie, tak coraz mam mniejsze szanse, by trafić w środowisko osób, które zobaczą we mnie nie panią Joannę w wieku silnie postbalzakowskim, ale ciekawą Joasię z otwartą głową. I zechcą coś do tej głowy wcisnąć.

I to jest, Moi Drodzy, jak się okazało, post o przemijaniu.
Czy więc całkiem bez mojej woli znalazłam się w świecie po apokalipsie?

26 lutego 2017

2392

EDIT:
Moja suszarka ma czujnik wilgotności, dzięki któremu skraca lub wydłuża cykl. Co przy dobrze odwirowanym praniu działa też na rachunki. Ostatnie suszenie skróciła o 45 minut.


Suszarka przybyła wczoraj. Czy macie świadomość faktu, że co do zasady sprzęt dostarczany jest bez wniesienia? Zderzyłam się z tym idiotyzmem boleśnie, ponieważ do mieszkania dawno nie kupowałam żadnego AGD, a w domu mi nie zależało - i tak wszystko stoi na parterze. Wszystko... prócz suszarki, którą zapragnęłam mieć na piętrze, co było genialnym posunięciem, ale o tym później.

Proces kupowania.

Najpierw nieprzyjemnie starłam się ze sklepem dla idiotów. Chciałam nieoprocentowane raty, mieli wybraną przeze mnie suszarkę. Dowiedziałam się, że nie ma opcji, żeby wnieśli na piętro, nawet odpłatnie, ponieważ sprzęty przywozi pojedynczy kurier. I zostawia przed domem lub blokiem. Jeśli masz 70 lat, mieszkasz na czwartym bez windy i potrzebujesz nowej pralki - dalej kupuj w Media Markt.
Metodą polskiej kombinatoryki doszłyśmy w końcu z pracownicą tej żałosnej sieci, jak to załatwić: zamówić suszarkę przez internet, ale nie do domu, tylko do sklepu, przyjechać do sklepu, ustalić transport, uiścić za niego 59,90 zł i jest szansa, że przyjedzie do mnie dwóch dżentelmenów. Którzy mi tę suszarkę wniosą do łazienki na piętrze. Odetchnęłam.

Przystąpiłam do zamawiania, sprawdziwszy uprzednio, że sprzęt dostępny jest w ciagu 24 godzin. Cóż za naiwność! Owszem, dostępny, ale tylko za gotówkę, czego kupujący dowiaduje się na sam koniec, chcąc sfinalizować zamówienie na okoliczność oferowanego systemu ratalnego. Odstrzelił mi dekiel, zadzwoniłam na infolinię, gdzie pani nie widziała problemu. Mam sobie sprawdzać po kolei każdy sprzęt, dokonując zamówienia i na końcu się dowiem, czy można na raty. A że będzie to trzydziestokrotnie powtarzana czynność, to już mój, a nie sklepu, problem.

Porzuciłam sklep dla idiotów bez żalu i ostatecznie, przeszłam na stronę Euro RTV AGD, znalazłam te samą suszarkę w identycznej cenie, zamówiłam w systemie ratalnym i uiściłam 39,90 zł za wniesienie na piętro bez żadnej łaski. A następnie rozpoczęliśmy oczekiwanie. Suszarka przybyła w sobotę, panowie wnieśli i w łazience wyszło na jaw, że jest mały problem, bo trzeba ją przerzucić nad wanną, ponieważ umywalka i wanna uniemożliwiają klasyczne wsunięcie.


Panowie poinformowali mnie, że mają zakaz przenoszenia nad sprzętami z uwagi na możliwość ich uszkodzenia, ja poinformowałam ich, że mają niczego nie uszkodzić, wyasygnowałam dwie dychy za fatygę i suszarka wylądowała bez najmniejszego problemu w przeznaczonym na nią miejscu*.
Koniec opowiadania o kupowaniu, przechodzimy do opisu sprzętu, działania i poziomu satysfakcji.

Zdecydowaliśmy się na suszarkę Candy za niecałe 2.000 zł, bęben 9 kg. Jestem zwolenniczką kupowania najtańszych możliwych AGD i RTV, ponieważ żadna firma nie reprezentuje już wyższego poziomu. Nawet Miele. Nie zamierzam również korzystać z napraw gwarancyjnych - jeśli cokolwiek zepsuje się przed upływem dwóch lat, to rękojmia i niech sobie zabierają, a ja kupię nowe. Za pralkę dałam 700 zł i działa bez zarzutu półtora roku, co daje 8,97 zł opłaty za tydzień pracy i kwota ta stale maleje. W razie czego po prostu ją wywalę i nabędę następną. Najtańszą. Suszarkę można kupić już za 800 zł, ale mnie zależało na kondensacyjnej i jak najwyższej klasie energetycznej, a ta za 800 chodzi w B. Nasza ma klasę A++, co daje mniej więcej połowę zużycia prądu w stosunku do najtańszej. A wiadomo - nie sztuka kupić, sztuka utrzymać.

Najpierw wady.

Jest głośna. Wydziela 67 decybeli, czyli zaledwie o 2 mniej niż ta za 800 zł. Porównałabym to do pralki i zmywarki stojących obok siebie, pracujących równocześnie. Nam bardzo nie przeszkadza, bo - jak wiadomo - stoi w łazience na górze, więc po zamknięciu drzwi właściwie mi to ryro. Czyli mamy pierwszy plus dodatni jej ustawienia.

Trzeba bardzo uważać, żeby zapiąć i przewinąć na lewą stronę wszystkie ciuchy posiadające metalowe części (suwaki, dzyndzle na troczkach, napy itp.), bo inaczej walą w bęben, jak na paradzie. Taka uwaga dla leniwych.

Niektóre rzeczy niszczy. To też uwaga dla leniwych, czyli dla mnie. Antygwałty, rajstopy i pończochy nie. Ładna bielizna raczej nie. Rzeczy oznaczone "nie suszyć w suszarce bębnowej"... trudno powiedzieć. Specjalnie wrzuciłam kilka takich i np. spodnie, które nabyłam ostatnio w H&M za złotych polskich 30, po wysuszeniu wyglądały jak z dupy. Już miałam je wywalić, gdy mnie tknęło, rozstawiłam deskę, zagrzałam żelazko, wyprasowałam i co? I identyczne, jak przed praniem. Bluza Zuzi, również z oznaczeniem, wyszła z suszarki bez szwanku i w dodatku niewymięta. Nie wiadomo, od czego to zależy. Jedwabi nie polecam (ale prać też nie), do wełny ma specjalny program. Zasadniczo warto myśleć o tym, że suszarka wytwarza bardzo wysokie temperatury. Ot i wszystko.

Zalety.

Wydajność. Nasz kosz mieści 6 bębnów prania.


Do suszarki wchodzą 2 bębny. Czyli mam do wysuszenia 3 wsady tygodniowo. To mi daje niesamowitą wygodę - pranie z całego tygodnia w sobotę mam świeże, suche i schowane. Geniusz w czystej (nomen omen) postaci.

Programy. Wypróbowałam dotąd dwa: suche do szafy i suche na wieszaki. Oba tak samo dobre. Jest tylko jeden warunek - trzeba wyciągnąć pranie od razu, póki jest jeszcze ciepłe (ostatnie 15 minut pracy to chłodzenie, więc nie ma niebezpieczeństwa oparzenia) i poskładać. Samo się rozprasuje, jeśli równo poskładacie. Genialne. Naturalnie ciuchy typu koszule trzeba wyprasować. Ale to trzeba zawsze wyprasować. Poza tym posiada programy na samo odświeżanie czy na suszenie bez zagnieceń.

Koszty. Nie wiem, bo to drugi dzień naszego wspólnego życia. Ale Matka Sanepid wyliczyła to precyzyjnie dla suszarki o planowanym zużyciu 299 kWh na 208 zł ROCZNIE. Jej suszarka ma klasę A+, nasza A++ i producent przedstawia symulację na 259 kWh. W lecie (być może, bo się nie upieram) będę suszyła na słońcu. Nie z oszczędności, tylko dlatego, że lubię takie "słoneczne" pranie. Czyli teoretycznie może mnie to kosztować nawet 120 - 150 zł. ROCZNIE, co podkreślam. Niech kosztuje nawet 300 zł - to 25 zł miesięcznie. Zasłońcie uszy, bo oto upada mit o kosztach suszenia bębnowego.

Odkłaczanie. Płaczę nad tą funkcją ze szczęścia. Zobaczcie sami:



Tak, jeśli się suszy na drucie, to potem całość ma się w płucach, nosie i oku. Nie mówiąc o wyglądzie. Kocham to. Kocham. Filtr znajduje się w tym miejscu, gdzie w pralce jest uszczelka. Ma dwie dziurki na paluszki: wkładasz paluszki, podnosisz, otwierasz, wyciągasz ten gnój, rozczulasz się chwilę i wywalasz do kibla. Touche!



Opróżnianie zbiornika na wodę. Proste, jak budowa cepa. Nasza suszarka ma zbiornik w tzw. telewizorku.


Po zakończeniu cyklu ściągam go za uchwyt jednym ruchem i wylewam zawartość do wanny obok (drugi plus dodatni ustawienia), a potem jednym ruchem zakładam na miejsce. Znam osoby, które wykorzystują tę wodę np. do żelazka albo do spryskiwacza w samochodzie. Czyli dodatkowa oszczędność.



Wygląd i zapach tkanin. Po suszeniu w suszarce pranie jest bardzo miękkie i intensywnie pachnie płynem zmiękczającym, zatem można zainwestować w droższy o miłym nam aromacie, bo można dodawać go mniej. Nie ma porównania z praniem zdjętym ze sznura. Po prostu nie ma. Jeśli ktoś ma twardą wodę (wszyscy mają), to jej fatalne działanie widać szczególnie po ręcznikach - są sztywne i nie zawsze nadają się do aromaterapii. U nas woda jest ozonowania (a nie chlorowana), mamy filtr na wejściu do domu. I co? Jajco. Obrzydlistwo, jeśli chcecie znać moje zdanie. To co dopiero w miejscach, gdzie do uzdatniania wody służy wyłącznie chlor, a sama woda daje się nożem kroić.

Wygoda. Po prostu nie wiem, co napisać, bo wzruszenie odbiera mi mowę. Może, że trzeci plus dodatni ustawienia na piętrze jest taki, że suche, poskładane pranie nie zalega mi wszędzie, z naciskiem na kominek, gdzie je do tej pory układałam, a oni tygodniami zabierali na górę. Kurz, sierść z sześciu pieszczoszków, wątpliwy wygląd, bajzel i moja irytacja. Teraz mokre pranie wrzucam do miski, zanoszę na górę i przekładam do suszarki. Potem to samo robię z drugim. Suche ma trzy kroki do garderoby. Po prostu nie zalega, bo od razu znajduje się na miejscu. Dajcie mi chwilę na otarcie łez szczęścia. A, nie. To będzie dłuższa chwila.

Inne korzyści. Najchłodniejszymi pomieszczeniami w naszym domu są łazienka na piętrze i połowa garderoby, która z nią sąsiaduje. Niespecjalnie nam to przeszkadza, ponieważ w tej łazience kąpiemy się rzadko (wanna), a kiedy postanowimy się wykąpać, to nagrzewa się od wody (wanna), natomiast półkową część garderoby można zostawić otwartą i nagrzewa się bez problemu. Ale akurat właśnie zmieniły status - bo nagrzewają się od suszarki. Czwarty plus dodatki lokalizacji.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Na suszarkę namówiła mnie przypadkiem AnetaR. Tak sobie gadałyśmy przez telefon małą godzinkę o budowie domu (Aneta właśnie się buduje, a ja rozumiem jej emocje i staram się podpowiedzieć, na co zwracać uwagę), wyszła nam powierzchnia na pralnię i od słowa do słowa kupiłam suszarkę. Dzięki, kochana. Mam u Ciebie dług wdzięczności. Obsypuję Cię całusami.



* Offtopic. Te dwie zielone butelki nad wanną to kosmetyki dla zwierząt za miliony pieniążków. Sami nigdy w życiu nie mieliśmy takich drogich szamponów i odżywek, ale z serca polecam, podobnie jak odśmierdzacz do sików w tym samym sklepie. Wszystko na bazie kwasów owocowych i bakterii - genialne. Warto zapłacić. Sklep TU.

23 lutego 2017

2391

Ostatnio wyraźnie potrzebuję jakichś istotnych podniet, żeby coś większego napisać. I właśnie komuś się udało, choć tym razem wcale nie chodzi o politykę, z którą jest mi bardzo nie po drodze, a co za tym idzie - obserwuję u siebie koszmarne zniechęcenie i blokadę na bodźce. Natrafiłam przed chwilą na dość stary, bo pochodzący z listopada 2015 roku artykuł, zamieszczony w kategorii "Listy do redakcji". Nie urodziłam się dzisiaj i wiem, że takie teksty pisane są przez copywriterów, co nie znaczy jednak, że nie reprezentują czyichś poglądów. Zapraszam więc do lektury - zobaczmy, czy tylko mnie czapka odskoczyła od głowy.

Na początek szumny tytuł: Prawda o pokoleniu lat 90. "Mam 40 lat i przeraża mnie to co widzę. Millenialsi są złymi pracownikami i rodzicami".
Po pierwsze - gdy ktoś pisze, że zna całą prawdę o jakimś zjawisku, to zwykle jest to prawda tischnerowska, czyli gówno prawda.
Po drugie - określenie millenialsi, zgodnie z definicją, obejmuje dwudziestolecie, nie może więc stanowić punktu wyjścia do rozważań o cechach całej grupy. Ktoś uważa, że w dzisiejszych czasach identyczne podejście do życia ma dwudziesto- i czterdziestolatek? Serio?!
Po trzecie - jeśli widzę, że jakaś wyodrębniona grupa społeczna robi wszystko źle, od razu też mam ochotę coś zrobić. Na przykład kupę na twórcę.

Urodziłem się w latach 70-tych, niedawno skończyłem 40 lat. Jestem menedżerem w średniej firmie. Zacząłem pracować w latach 90-tych, niedługo po upadku komuny. Choć minęło już 20 lat, to doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki były sprawą drugorzędną, najważniejszą wartością było to, że w ogóle możemy pracować. 10 godzin dziennie, 12 godzin dziennie, 15 godzin dziennie.

Ja też urodziłam się w latach siedemdziesiątych, nawet całkiem wczesnych. Jestem menadżerem w średniej firmie, zaczęłam pracować w latach dziewięćdziesiątych i doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki nigdy nie były dla mnie sprawą drugorzędną - prawdopodobnie dlatego, że byłam już DOROSŁA i miałam na utrzymaniu córkę. W dodatku sama. Praca sama w sobie nie była dla mnie nadrzędną wartością, tylko źródłem utrzymania (ale przyznaję, że uważam ją za łaskę, a nie przeszkodę). Czasem pracowałam po godzinach i w weekendy, żeby nam to utrzymanie zapewnić, bo płacono mi bardzo kiepsko; jednak zawsze niechętnie, ponieważ praca zabierała mi czas na WYCHOWANIE dziecka (podkreślam, bo to będzie kluczowe dla dalszych rozważań) i po prostu BYCIE  z moją córką.

Na swojej ścieżce zawodowej coraz częściej spotykam millenialsów, czyli reprezentantów Pokolenia Y, urodzonych mniej więcej wtedy, kiedy ja zaczynałem pracować (...). Nie będę więc się szerzej rozpisywał o ich roszczeniowych postawach, o nielojalności, o lenistwie. O tym, jak skrupulatnie pilnują, żeby nie wysiedzieć w pracy ani minuty dłużej poza założone 8 godzin, żeby nie odebrać telefonu ani maila po godzinach pracy, żeby broń Boże nie wyjść z pracy po godzinie 17. 

Po tym akapicie wnoszę, że nie mówimy o całym pokoleniu Y, tylko o dzieciakach młodszych od nas o jakieś dwadzieścia lat. I tę właśnie grupę chciałam w tym miejscu przeprosić. Bo w przeciwieństwie do autora omawianego gniota, wyciągnęłam z wieloletniego zawodowego doświadczenia zupełnie odmienne wnioski.

Przepraszam Cię, Córeczko, że wzięłam udział w psuciu rynku pracy. Że godziłam się na gówniane stawki, co pozwoliło pracodawcom myśleć, że mają prawo buszować w dżungli dzikiego kapitalizmu, odbierać wszelkie prawa pracownicze, zatrudniać na umowy śmieciowe lub całkiem na czarno, źle się odnosić do podwładnych, traktować kobiety przedmiotowo, szczególnie te najsłabsze: ciężarne i matki. Przepraszam, że wkraczasz na najbardziej chujowy rynek pracy w Europie, przez co myślisz o emigracji, żeby móc żyć godnie, jak człowiek. To nie Ty, tylko JA jestem winna. I BARDZO się dziwię, że palant, który napisał nasz artykulik, czuje się z tym komfortowo, odrzucając bez krzty zastanowienia własne błędy i zwalając wszystko na innych. Praca jest od tego, żeby pracownik umawiał się z pracodawcą na czas jej wykonywania, zakres czynności, odpowiedzialności - whatever. I żeby się tego oboje trzymali. Pracownik nie jest niczyim niewolnikiem, ma się wywiązać z umowy i zainkasować wynagrodzenie. Inaczej rzecz ujmując: on ma towar, ktoś ma kasę i od niego ten towar kupuje. A nie kradnie i jeszcze na pożegnanie wali pałą w łeb.
Tak, bywa, że zwykła przyzwoitość wymaga dorobienia czegoś po umówionym czasie pracy, ale to nie może być standard i nie może być za darmo. Też tak postępuję, ale nie czynię z tego zasady.

Jak z drugiej strony nie zapominają o egzekwowaniu swoich praw i wygłaszaniu wszechwiedzących korpoprawd (Ile można czekać na ewaluację?! Nie otrzymuję wystarczającego wsparcia od przełożonego! Nie czuję się wystarczająco doceniony! Uważam, że firma nie potrafi wykorzystać mojego potencjału! Komputer, na którym muszę pracować jest zbyt wolny! Nie podam swojego numeru na komórkę, bo to mój prywatny numer! Nikt mi nie powiedział, że mam to zrobić! Przecież wysłałem w tej sprawie maila! Ta firma jest źle zarządzana!). Jak są nieodpowiedzialni, krnąbrni, egoistyczni i niezaangażowani. 

Serio? A może to autor nie potrafi stosownie rozdzielić zadań i wyegzekwować ich wykonania? Może nie wspiera, a marchewka służy mu wyłącznie do tłuczenia po głowie? Od kiedy to pracownik ma obowiązek związać swoje prywatne życie z pracodawcą i podawać mu numer własnego telefonu? To jest egoizm i niezaangażowanie?! Bzdura! To jest zdrowy rozsądek! Ogarniania całej firmy nie zwala się na barki pracownika, zwłaszcza tak nieudolnego, jak przedstawiciel pokolenia Y, bez którego - ojej! - nagle nie można sobie poradzić!

Tu dygresja, bo muszę się przyznać, że mój pracodawca został poinformowany o prywatnym numerze telefonu. Ale ja zrobiłam to rozmyślnie, a nawet z premedytacją, ponieważ wciskano mi służbową komórkę, której bardzo nie chciałam wziąć i przemykałam się piwnicami tak długo, aż sprawa mchem obrosła. Po pierwsze dlatego, że ciągnęłabym ze sobą wszędzie dwa - niemałe obecnie - telefony, czego nie zamierzałam ani nie zamierzam nigdy robić. Po drugie dlatego, że podpisałabym umowę, w której jak byk stoi, że telefon ma być włączony zawsze, a ja mam obowiązek go odebrać. ZAWSZE. W pracy wszyscy mają mój prywatny numer. Ale ja mogę odebrać telefon... lub nie. Mogę go też wyłączyć - nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi. W ten oto chytry sposób zapewniłam sobie komfortowe życie prywatne. I tak, odbieram. Ale robię to dlatego, że mój szef ma świadomość korzystania z mojego prywatnego numeru, prywatnego czasu, każdą rozmowę zaczyna od przeprosin i wytłumaczenia się, czyli mamy jasność, kto komu robi grzeczność, więc dzwoni tylko wtedy, gdy sprawa naprawdę nie może poczekać do jutra. Zdrowy układ?

Ale przecież choć millenialsi słyną z tego, że na tyle długo, na ile się da odkładają moment podejmowania poważnych życiowych decyzji, tak długo jak się da mieszkają z rodzicami i nie zakładają rodzin, to skoro mają już dziś po 20 kilka, a nawet 30 lat, to ten moment właśnie nadszedł. Dzieci, które się dziś rodzą, to właśnie dzieci millenialsów.

Zuzia należy do nielicznej (sic!) znanej mi grupy reprezentantów pokolenia Y, która mieszka z rodzicami. Co ciekawe - zapytała, czy może. Wcale nie oczekiwała, że będziemy w nieskończoność łożyć na jej utrzymanie. Kiedy zdała maturę, ustaliliśmy zasady współpracy - ponieważ zależało mi, żeby studiowała w systemie stacjonarnym i skupiła się na nauce, a nie szarpaninie pomiędzy zdobywaniem środków na życie a wykształcenia (znam to i wiem, że można, ale wiem też, że nie trzeba) oraz, czego wcale nie ukrywam, żeby mogła wykorzystać krótki i ulotny czas młodości i wolności na studenckie życie, chlanie wódy i tańce do białego rana, zobowiązałam się łożyć, dać wikt i opierunek do końca tego wyjątkowego okresu. A ona i tak pracuje dorywczo, nie oczekując od nas pieniędzy na ciuchy, kosmetyki czy paliwo, o rzeczonej wódzie nie wspominając. I zawsze przepracowuje wakacje, aż czasem mi jej żal, bo dorosłe życie już nie będzie rozpieszczało. Pierwszy raz poszła do pracy, gdy miała szesnaście lat. Wstawała o czwartej rano, żeby zdążyć na szóstą. I szefowa błagała, żeby została na kolejny miesiąc. Ale może jest jedyna na świecie. Tym bardziej się cieszę, tym większą czuję dumę.

Spróbujmy więc sobie wyobrazić, jakimi rodzicami są i będą millenialsi. 

Nie, nie próbujmy. Dajmy im szansę pobyć rodzicami i zobaczmy, co z tego wyniknie. Nie jesteśmy zbawcami świata i nie nasza to odpowiedzialność za kolejne pokolenie. Nie mamy monopolu na rację, jak nie mieli go nasi rodzice, wbrew wyobrażeniom których postępowaliśmy, jak nie mieli go ich rodzice, przeciwko którym oni się buntowali. Bezczelność i buta wypływająca z każdego słowa tego żałosnego artykułu zwyczajnie mnie zatyka. Niedojrzałość jego autora jest aż nadto widoczna i... smutna. Oraz źle świadczy o portalu: albo podziela takie poglądy, albo zamawia tego typu bzdurne teksty tylko po to, żeby podbić sobie poczytność. Jedno i drugie jest zwyczajnie SŁABE.

A nawet jeśli nasze dzieci będą złymi rodzicami, to czyja to jest wina?! Czy aby nie nasza, skoro nie umieliśmy przekazać najbliższym nam istotom najważniejszych życiowych wartości?! Gdzie byliśmy (tu wracam do wersalików) w czasie, który należało poświęcić dzieciom? Może siedzieliśmy piętnastą godzinę w robocie za gówniane pieniądze? Albo biegliśmy za dużą kasą, wierząc, że dziecko wychowa nam telewizor? No to teraz właśnie poniesiemy tego konsekwencje. Skoro nie potrafiliśmy zadbać o to, co NAPRAWDĘ jest w życiu ważne, nie dziwmy się, że zbieramy tego żniwo. Touche!

I w końcu będą wymagający wobec państwa. Przecież Państwo też ma swoje obowiązki w stosunku do obywateli. Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie dodatki? Gdzie zasiłki? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko? 500 zł na drugie dziecko? A dlaczego tylko na drugie? A czy pierwsze dziecko jest gorsze od drugiego? No i dlaczego tylko 500 zł? Czy ktoś kto to wymyślał wie, ile kosztuje utrzymanie dziecka??? A tak w ogóle to sami też musimy mieć coś z życia! (...) A przecież mamy też swoje prawa! Chcemy mieć czas wolny, tylko dla siebie i na realizację swoich własnych przyjemności.

Obywatel ma niezbywalne prawo wymagać od państwa - wybiera rząd i powinien egzekwować obietnice wyborcze. Słabo nam to idzie, oj, słabo... Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko? Wiecie gdzie?! W DUPIE! Tak, w dupie rządzących nami, nieudolnymi wyborcami, którzy zachłysnęli się czekoladą, coca colą i adidasami. No to teraz pijmy piwo, które sobie nawarzyliśmy.

Tylko nie zwalajmy winy na nasze dzieci. Sami je tak wychowaliśmy.

8 lutego 2017

2390

W komentarzach pod poprzednią notką wypłynął bardzo istotny temat. Na tyle istotny, że postanowiłam nie odpowiadać na komentarz, tylko poświęcić sprawie osobny post. Myślę bowiem, że wiele osób boryka się z tym problemem, radząc sobie lepiej lub gorzej i z pewnością warto dać znać, że nikt nie jest w takiej sytuacji osamotniony.

H. napisała:
notka o Cześku pomogła mi trochę pozbierać się i skleić choć kawałeczek rozbitego serca po śmierci mojej pierwszej, ukochanej kotki w grudniu.
no i teraz pytanie: czy ta strata przestanie kiedyś boleć? przestanę kiedyś sobie wyrzucać, że ją uśpiłam, że ją de facto zabiłam? (nie było szans. chłoniak, postępujący w zastraszającym tempie. w ostatnim dniu ważyła 2 kg). przestanę myśląc o niej czuć ten straszny lód w sercu? a może - jak przestanę, to zapomnę, więc jeszcze gorzej? czuję się totalnie ambiwalentnie; tęsknię i nie chcę tęsknić, a jak nie tęsknię - to zapominam? to był wyjątkowy kot. i nie zmienia tego fakt, że pewnie każdy tak myśli o swoim zwierzaku.

nie chcę Cię obciążać moim bólem; jestem pewna, że masz w sercu ciągle rany po swoich stratach. po prostu pytam, może po to, żeby trochę się uspokoić, wiesz, coś w rodzaju poczucia, że "inni też tak mają, to normalne".

Na początek chciałabym wszystkich zapewnić, że ból po stracie zwierzęcia ma prawo być tak samo mocny, jak po stracie człowieka. W końcu znamy wielu ludzi, którzy są nam obojętni i wiele zwierząt, zajmujących w naszym życiu niezwykle istotne miejsce. Zapewne dla wielu z Was, tak samo, jak dla mnie, zwierzęta są członkami rodziny, najlepszymi, najwierniejszymi przyjaciółmi, pozbawionymi całkowicie typowo ludzkich wad, jak zawiść, nienawiść czy zaleganie afektu. Po prostu łatwo jest je kochać, bo nasza miłość niejako staje się odpowiedzią, a nie pytaniem. Ale miłość ma to do siebie, że bywa trudna.

Czasami bywa tak, że nasze oczekiwania nie zbiegają się z rzeczywistością. Pomiędzy ludźmi zwalam to najczęściej na wadliwą komunikację, pomiędzy ludźmi a zwierzętami - najczęściej na niewłaściwe założenia. Np. bardzo często zdarza się, że ludzie oczekują od kotów, żeby zachowywały się jak psy, a od psów, żeby zachowywały się jak ludzie. To jest niemożliwe i błąd zawsze tkwi po stronie człowieka. Oczywiście pozostawiam margines na aberracje umysłowe czy psychiczne. Ale nie o tym chciałam pisać.

Miłość bywa również trudna, bo nasza kultura uporczywie nie chce przyjąć do wiadomości, że życie nierozerwalnie wiąże się ze śmiercią. Zwierzęta żyją krócej od nas (może poza dużymi żółwiami i słoniami, ale konia z rzędem temu, kto trzyma w chałupie słonia) i... tak po prostu jest. Taki fakt. A z faktami się nie dyskutuje. Przytulając zwierzę dla własnego bezpieczeństwa powinno się zakładać, że odejdzie przed nami. Ja nawet lubię to założenie, ponieważ serce mi pęka na myśl, co mogłoby się stać z moimi ukochanymi, gdybym je zostawiła na pastwę losu. Dlatego bardzo szanuję postawę moich rodziców, którzy w pewnym momencie zaprzestali przygarniania zwierząt, argumentując, że są na to za starzy. Co prawda po ich najdłuższym życiu nie dopuściłabym do samotności ich zwierzaka, ale rozumiem założenie i jest mi ono bliskie.

Zastanówmy się teraz, po co przygarniamy zwierzęta. Czy robimy to tylko dla własnej, egoistycznej przyjemności? Pytam odrobinę retorycznie, ponieważ znam nieprzeliczone rzesze osób, które przytuliły do serca osierocone, porzucone, skatowane, głodzone, nieszczęśliwe zwierzaki i dały im cudowne, wspaniałe życie. Co należy do dobrego życia? Żarcie należy. Ciepły kąt. Dach nad głową, czułość, pomoc w chorobie. I należy do niego również łaska śmierci bez cierpienia. Tak, śmierć bywa łaską i wybawieniem.

Kiedyś pisałam już o tym, jak dzięki Tusieńce zrozumiałam, że w sprawie cudzego cierpienia nie ma miejsca na egoizm. Kochałam ją do szaleństwa, a ona - maleńka, niepiękna i autystyczna - tak samo kochała mnie. I kiedy zapadła na nieuleczalną chorobę (ach, te kocie nerki), nie potrafiłam zdobyć się na poświęcenie i pozwolić jej odejść. Gotowałam papinki, karmiłam na siłę palcem, płakałam o 4 rano robiąc wlewy dożylne i... powiedzmy to sobie szczerze - męczyłam ją. A ona żyła siłą rozpędu, tylko dla mnie. Pewnego dnia wstałam rano, spojrzałam na nią: wychudzoną, cierpiącą, rozgorączkowaną, a mimo to patrzącą na mnie z oddaniem i miłością. I zrozumiałam, że stałam się kimś, kim nigdy nie chciałam być. Wzięłam na ręce jej malutkie, kruche, umęczone ciałko, przytuliłam z całego serca, poszłam do każdego z domowników, żeby mogli się pożegnać i pojechałam, by podarować jej śmierć. Długo nie mogłam się z tego podnieść.

Nie, nie z tego, że zdecydowałam o ostatnim zastrzyku, tylko z powodu własnej głupoty, a potem z powodu nieobecności i braku. Do dziś czuję ukłucie w sercu, gdy o niej myślę. O każdym z moich najdroższych, ukochanych zwierząt.

Odprowadziłam ich wiele. Trzymałam na rękach, szeptałam o miłości, tuliłam, gdy wydawały ostatnie tchnienie. Ufam, że to pomogło im przejść za Tęczowy Most. Płakałam w niemej skardze, tęsknocie i świadomości, że już nigdy więcej nie dotknę, nie przytulę, nie nadepnę, nie wrażę w pyszczek znienawidzonej tabletki. Ale nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że zrobiłam źle.

Jesteśmy władcami życia naszych zwierzęcych przyjaciół, a także władcami ich bólu i odchodzenia. Miejmy litość. Wespnijmy się na wyżyny wdzięczności za ten najpiękniejszy czas, który nam podarowały, za tę miłość całkowicie bezinteresowną, za oddanie całego jestestwa. Miejmy litość i uczyńmy wszystko, żeby nie musiały konać w męczarniach. Bo śmierć naprawdę bywa wybawieniem.

Kochana H.!

Nie masz absolutnie żadnego powodu, by pielęgnować wyrzuty sumienia z powodu daru, który Jej przyniosłaś. Zrobiłaś po prostu to, co należało zrobić. Postąpiłaś mądrze i właściwie. Zachowałaś się jak Człowiek - skróciłaś niewyobrażalne cierpienie, mimo że to zraniło Twoje serce. Poświęciłaś siebie dla kogoś ukochanego. To nie jest przestępstwo, tylko bohaterstwo!

A tęsknota? Cóż... jeśli miłość jest wielka, to i rana w sercu po odejściu kogoś ukochanego jest wielka. Pozwól sobie na żałobę. Płacz, wyklinaj, zastygnij w milczeniu, wyjedź i chodź sama po lesie albo idź w tłum ludzi. Upij się, tańcz, obejrzyj głupią komedię czy Bardzo Smutny Film - cokolwiek wyraziłoby Twój ból. Masz do tego prawo! A potem pozwól jej odejść. Myślisz, że byłaby szczęśliwa wiedząc, że jest powodem Twojego nieustającego cierpienia? Czy chciałabyś być powodem niekończącego się cierpienia kogoś, kogo tak bardzo ukochałaś?

I tak, jeśli zamkniesz te drzwi, to minie. Może nie tak do końca i nie tak całkowicie, ale rana w sercu zacznie się zabliźniać. Tak ma właśnie być i to jest po prostu dobre. A na ten kawałeczek, który na zawsze już zostanie niezagojony, należy przykleić plasterek, najlepiej z innego zwierzęcia, któremu możesz dać piękne, cudowne życie. Sporo mam takich plasterków i przykleję kolejne, mimo świadomości bólu, który stanie się moim udziałem. To, że miłość sprawia ból, nie jest powodem, by nie kochać. Jesteśmy w końcu sumą różnych dobrych rzeczy, które możemy zrobić. Plasterki oczywiście mają to do siebie, że czasem się obluzowują, lekko odklejają i wypływa spod nich łezka, ale nie ma w tym w końcu niczego złego. Trzeba pozwolić tej łezce popłynąć, żeby nasz wolny już i szczęśliwy przyjaciel za Tęczowym Mostem wiedział, jaki był dla nas ważny. A potem "alleluja" i do przodu. Zło samo się nie wytępi, mamy tu jeszcze to i owo do zrobienia.

Ja na przykład muszę jutro głodzić Morgana i odebrać mu jądra. Na zawsze.

5 lutego 2017

2389

Morgan jest już u nas blisko miesiąc, więc pora na jakieś podsumowania.

Powoli oswaja się ze świadomością, że tu jest dom. Jeszcze niechętnie wychodzi do ogrodu, za to niezwykle chętnie wraca. Jako jedyny z naszych psów nie wpada do chałupy niczym wściekła fretka - bez względu na to, czy drzwi między wiatrołapem a holem są zamknięte, czy nie. Wchodzi, siada i czeka na wytarcie łapek. Tak, siada już zupełnie pewnie, nawet się zastanawiam, czy czasem nie był tego nauczony, gdziekolwiek przebywał. Natomiast odnoszę wrażenie, że boi się dotykania tylnych nóg. Owszem, pozwala nam na to, ale nie tak, jak Lesio czy Hania, które podnoszą pupy w wystawiają kończyny. Kuli się i kładzie po sobie uszka, a zadku nie podnosi z podłogi. Całuje mnie też w czasie wykonywania tych czynności intensywnie - i również w tym przypadku nie jestem pewna, czy z radości, czy z prośbą, żebym go nie skrzywdziła.

Nader prędko pojął, do której szafeczki należy się udać po smakołyki i czyni to z lubością. Po wytarciu łapek i upewnieniu się, że przebiegło jak zawsze, czyli go nie zlałam, a wręcz przeciwnie: nawrzucałam od dobrego, grzecznego psa, rozpierany radością galopuje do szafki po swoją nagródkę. Na początku nie wiedział, do czego służą te wszystkie patyczki, ciasteczka, kuleczki i nie chciał ich jeść. Po upływie bardzo skromnego czasu zatrybił i stara się o miano najwdzięczniejszego ze wszystkich odbiorców.

Próbuje też zarządzać Leśkiem i ten się go obawia. Kiedy Morgan charkocze, Lesina robi się smutna i nieśmiała, wobec czego rzucamy się pocieszać oraz tłumaczymy Morganowi zdecydowanie, że nie wolno i kropka. Niestety obawiam się, że jest niereformowalny w swojej histerycznej wprost zazdrości o mnie, co cwałem przybliżyło do niego wielkie, ostre nożyce robiące ciachu-ciachu i porządek z testosteronem.

Dzięki Bogu śpi na fotelu w sypialni - okazało się bowiem, że nasze łóżko jest czteroosobowe, w porywach do pięciu, jeśli Karol się nie rozpycha. Na Morgana po prostu nie ma miejsca. W związku z powyższym, po wstępnych pieszczotach wieczornych, kulturalnie udaje się na fotel po mojej stronie - ten po stronie Prezesa zajmuje najczęściej Karolek. Dzięki czemu możemy przetrwać noc w miarę kulturalnych warunkach. Z naciskiem na "w miarę".

W dni powszednie wybiega rano na siusiu razem z Haneczką (Lesiek nie sika na czczo), by pędem powrócić na śniadanie, ponieważ to ja wstaję pierwsza. W weekendy jest trochę większy problem (pierwszy wstaje Prezes), gdyż z ociąganiem schodzi na posiłek, ale póki ja zajmuję łóżko, on nie opuszcza domu. Dziś Prezesowi udało się go przechwycić i wypchnąć na zewnątrz, ale wczoraj musiałam wstać o ósmej, bo pies przyrósł do fotela koło mego wezgłowia i istniało podejrzenie, że mu pęcherz eksploduje.

Już prawie nigdy nie sika w domu (ostatnio zdarzyło mu się z tydzień temu i winię za to Prezesa, który prawdopodobnie nie zareagował na subtelną psią sugestię wypuszczenia). Nadal nie potrafi się bawić, ale coraz chętniej przyjmuje moje karesy polegające na szarpoleniu, klepaniu i przewracaniu na plecki. Jeszcze jest czujny i trochę spięty, kiedy ciągnę go za ogon (w przeciwieństwie do Hanki i Leśka, którzy uważają to za świetną zabawę), ale powoli zdaje się pojmować, że chodzi o jakieś przyjemności i czasem nawet staje na głowie, by w finale przegalopować z podskokiem przez kawałek salonu. To duży postęp, przypominam, że gdy pierwszy raz złapałam go za ucho, zaczął piszczeć z przerażenia, aż się wystraszyłam, że ma w uchu jakąś ranę. Sądzę, że przez najbliższe pół roku przerobimy go na swoją modłę.

Najtrudniej mu idzie z oddawaniem jedzenia i wytrzymaniem w siadzie, kiedy w grę wchodzi micha. Stara się, ale kiedy wyciągam mu z ryja jakiś smakołyk, jest krytycznie napięty, a dziś nawet (przy trzecim powtórzeniu) cichutko zawarczał. No, cóż... musi się nauczyć. Nie będzie mi pies w domu rządził albo żarł bez mojej zgody. Taka święta zasada.

Podsumowując: radzimy sobie naprawdę dobrze i jesteśmy wszyscy z tego zadowoleni. Hallelujah!

2 lutego 2017

2388

"Tygodnik Powszechny", którego jesteśmy prenumeratorami (a straszne z nas wybredziochy, więc brawa dla "Tygodnika"), w jednym numerze potrafi napisać:


i


I o co chodzi? Że format zwiększają z numeru na numer?!

Ludzkości! Zanim kogoś skrytykujesz, upewnij się, że sama nie wystawiasz się na pośmiewisko. W "Tygodniku" ktoś zawiódł i głupio wyszło. W PAP też zawiódł, ale przynajmniej nie podali komunikatu, że "Tygodnik Powszechny" idiotycznie się reklamuje. To mi przeszkadza.

Ach, te problemy pierwszego świata!

21 stycznia 2017

2387

No i przygarnęłam sobie rycerza z bożej łaski, któren to rycerz broni mnie przed całym światem. Głównie przed Leśkiem. No, cóż... jaka królewna, taki rycerz. Dochodzi do przekomicznych scen dantejskich, kiedy to łupię rycerza w wielki łeb poduszką, żeby zamknął warkot i on się do mnie odwraca ze spuszczonymi uszkami i oczami, w których widać miłość całego świata, po czym robi zwrot i charczy, jak nienaoliwiony motorek, żeby nikt mnie nie tknął, nie musnął nawet i nie chuchnął w moją stronę. Przy czym nie jest to jakaś ukonstytuowana nienawiść - na co posiadam dowód liczący minutę. O, proszę:


Chodzi tylko o to, że jestem boginią i jako taka mogę przyjmować hołdy wyznawców tylko z daleka (żeby buciorami nie nadeptali). Aż jestem ciekawa, dokąd to wyewoluuje.

Powolutku uczymy się siadać. Pies, który nie umie usiąść na komendę, jest bardzo uciążliwy. Doszłam do wniosku, że pora na to, bo Morgan zaczął się już spokojniej zachowywać przy wydawaniu posiłków. Wcześniej biegał jak oszalały, teraz potrafi ustać w miejscu. Kiedy nauczę go siadać i jeść na komendę, to reszta z górki. W końcu najważniejszy jest mój komfort, reszta stoi w kolejce.

Poza ześwirowaniem na moim punkcie, jest to kochane, dobre, przyjacielskie i spokojne zwierzątko. Będziemy go jeszcze raz prać (i innych przy okazji też), szarpnęłam się na jakieś masakrycznie drogie kosmetyki normalizujące (ma niewielki łupież) i zapobiegające linieniu, sami takich wyuzdanych nigdy nie mieliśmy. Owszem, to dość wypasiona wersja - tak być u nas psem lub kotem. Czeszemy się regularnie, sierść, połamana i zniszczona ciasno zapiętą i nigdy niezdejmowaną obrożą, odrasta. Wie już, że z sikaniem należy wychodzić do ogrodu i potrafi ładnie się o to upomnieć. Mniej niż pozostałe psy lubi wychodzenie, chyba obawia się, że mu dom odjedzie. Nadal się nie bawi, ale już wie, do czego służą różne smakołyki. Tak, na początku w ogóle ich nie chciał. Przekonał go dopiero wędzony gnat, choć zajmował się nim znacznie krócej niż pozostałe psy. Teraz lubi i cieszy się za każdym razem, gdy zbliżam się do zwierzęcej szafki.

Zasadniczo nie stanowi żadnego problemu dla nas, a jedynie dla siebie - strasznie za mną tęskni, nawet jeśli wychodzę tylko wrzucić coś do bagażnika samochodu stojącego przed domem. Ale cóż... musi zrozumieć, że ludzie wychodzą i wracają. Choć sądzę, że będzie miał z tym problem do końca życia. Czekamy wiosny, żeby mu pokazać, jak fajnie się u nas mieszka, kiedy drzwi na taras są cały czas otwarte, a psy i koty mają do swojej dyspozycji ćwierć hektara, kiedy tylko im się zachce. Liczę, że to mu się spodoba.


14 stycznia 2017

2386

Mamy takiego troszkę upośledzonego sąsiada. Nie jest groźny ani szkodliwy, tylko jakby stale naburmuszony. Zawsze uśmiecham się do niego i mówię "dzień dobry", i wtedy on też mówi mi "dzień dobry". Oczywiście jeśli nie powiem, to on też nie powie. Zdarza się nam nawet wymienić po jednym zdaniu, wyłącznie z mojej inicjatywy. Aby nie używać zbyt długich opisów (np. ten śmieszny, trochę upośledzony sąsiad z prawej), bo to nieekonomiczne, mówimy o nim "dziwny chłopek", bo rzeczywiście jest troszkę dziwny i faktycznie jest takim małym chłopkiem. Mówimy to z sympatią, bo nie widzimy powodu, żeby go nie lubić, mimo że jest burkliwy.

Lesiek bardzo nie lubi dziwnego chłopka i dziwny chłopek nie lubi Leśka. Trudno orzec, co było pierwsze. Natomiast dziwny chłopek bardzo lubi Hanię, ponieważ Hania, gdy była mała, zawsze zakradała się do tych sąsiadów przez kocią dziurę w płocie, a potem - pełna radości, optymizmu i miłości do ludzi - biegła do dziwnego chłopka, nie zważając na jego burkliwość, lizała go w rękę, przewracała się na plecki i żądała miziania po brzuszku. I dziwny chłopek się cieszył, i miział. Teraz Hania nie mieści się już w rzeczonej dziurze, ale towarzyszy czasami przechodzącemu wzdłuż płotu dziwnemu chłopkowi i wymieniają uprzejmości. On coś tam mówi do niej czule, a ona się cieszy i oboje są zadowoleni.

Teraz przybył nam trzeci pies i dziwny chłopek jest bardzo niezadowolony, ponieważ Lesiek go nie lubi, więc Morgan też go nie lubi. I obaj drą ryje na dziwnego chłopka przez siatkę. Lesiek barytonem, a Morgan sznapsbarytonem. Na szczęście nie przeszkadza to dziwnemu chłopkowi odpowiadać na moje "dzień dobry". Podejrzewam jednak, że gdyby wlazł na naszą posesję, to i Lesiek, i Morgan natychmiast zmieniliby do niego stosunek, ponieważ uznaliby go za gościa, a nasze zwierzęta wprost uwielbiają wszystkich gości. Taka zmiana jest dla mnie oczywista. Natomiast ciekawi mnie, czy powróciliby do sąsiedzkiej niechęci po takim spotkaniu. Może kiedyś uda nam się to sprawdzić.

Takie tu mamy we wsi skomplikowane relacje.

12 stycznia 2017

2385

Racja, racja, z wrażenia nie zaprezentowałam Państwu Morgana. Proszę uprzejmie.

Oto Morgan Nakanapowy
A tu zdjęcie ze strony schroniska - z bardziejszą twarzą.

Ma orzechowe oczy
Bardzo grzeczny piesek, jak na psa schroniskowego, naprawdę. Oczywiście nie wie rzeczy, które Lesiek z Hanką mają opanowane do perfekcji, czyli nie reaguje na komendy (poza "chodź tu" i "nie wolno"), ale to pikuś, bo za jakiś czas się nauczy.

Korzystając z okazji chciałabym coś powiedzieć osobom, które myślą o adopcji zwierzęcia ze schroniska. Pamiętajcie o jednej ważnej rzeczy - nie ma zwierząt bezproblemowych. One nie istnieją. Może się Wam tak wydawać, gdy czytacie u mnie te laurki, ale pamiętajcie, że my mamy do zwierząt specyficzne podejście i na byle głupstwach się nie skupiamy.

Morgan obsikał nam w pierwszy wieczór cały dom: ściany, stół, krzesła, kanapę, kominek - wszystko. Nie jadł suchej karmy i nie jadł z miski. Był nadpobudliwy. Zarzygał mi dokumentnie całe auto, którego nie mam jak wyprać i marzę o wiośnie, żeby pojechać na karcher albo go kupić, wyprać siedzenia i podłogę i móc wysuszyć. Bał się każdego głośniejszego dźwięku. Dostał ataku histerii, gdy Prezes wkładał go do wanny. To jest norma. I to nic nie znaczy.

W wychowaniu (kogokolwiek) stosuję przez całe życie jedną niezłomną zasadę: co włożysz, to wyjmiesz. Miłość, spokój i konsekwencja, to wystarczy. Ucz i nagradzaj. Dobre słowo lepsze niż tysiąc złych. Owszem, czasem trzeba długo. Tak, zdarzają się nieliczne przypadki chorób psychicznych, ale to margines.
Mamy jedno dziecko, trzy koty i trzy psy. Wszyscy - poza dzieckiem - są adoptowani (jeden kot nawet wykupiony) i swoje w życiu przeszli. W schroniskach nie ma zwierząt bezproblemowych. Każde z nich przeszło traumę i trzeba mu pomóc to wyleczyć. Jeśli oczekujesz, że weźmiesz do domu idealnie wychowane i spokojne zwierzę... kup sobie w sklepie figurkę, postaw na półce, a osiągniesz stuprocentową satysfakcję. Zwierzęta mają takie same emocje, jak my: boją się, cierpią samotność, przeżywają stresy. Nie oczekuj od porzuconego lub torturowanego zwierzęcia, że w ułamku sekundy otworzy przed Tobą swoje serce. Najpierw udowodnij, że go nie zawiedziesz.

Lesiek i Hania, też przecież ze schronów, wiedzą, że trzeba grzecznie usiąść w wiatrołapie i podawać łapki do wycierania. Morgan tego nie wie i przy pierwszym czyszczeniu łap ze strachu kulił się na podłodze. Dziś nadal nie potrafi usiąść spokojnie i podawać po kolej kończyn, ale bez stresu daje się "oporządzić". Lesiek i Hania wiedzą, że gdy idziemy z miskami, należy grzecznie usiąść i nie wolno tykać jedzenia, póki karmiciel nie pozwoli. Morgan tego nie potrafi, ale już je suchą karmę i w dodatku z miski. U moich rodziców w ogóle jej nie jadł, a na początku musiałam karmić go z ręki. Nie potrafi się bawić, nie rozumie, o co chodzi z tym radosnym podnieceniem na widok piłki. Lesiek już we wtorek wieczorem przynosił mu swoje maskotki - bez skutku. Biegnie za piłką, bo wszyscy biegną, a nie dlatego, że chce ją gonić. Nie wie też, że nie wolno na nikogo skakać.
Takich rzeczy jest mnóstwo. Jeszcze nie wkraczamy z żadnym szkoleniem, bo na to zbyt wcześnie. Najpierw musi uwierzyć, że tu jest dom. NA ZAWSZE. Bez względu na okoliczności.

Dziś była radość, bo Morgan biegał po domu i ogrodzie z podniesionym ogonem. Tak ma być. Uszy powinny stać (ma radary, jak Lesiek, tylko mniejsze) i ogon też. Kiedy jest się u siebie, to nie trzeba podkulać kity pod pupę. Wczoraj pierwszy raz zaszczekał* i okazało się, że ma chrypę i łufłufa sznapsbarytonem.

U nas jest łatwiej, bo jest stado. Kiedy Morgan czuje się nieswojo, patrzy na inne psy. Jeśli one są wyluzowane i się cieszą, to wie, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Ale my też zaczynaliśmy od jednego psa.

Wzięłam urlop psierzyński i jestem z nimi w domu do końca tygodnia. Morgan, prócz rzeczy, których nie wie, posiadł jedno niezłomne przekonanie: że trzeba mnie pilnować jak oczka w głowie. Wczoraj wyskoczyłam do centrum kulturalnego wsi**, nie było mnie z pół godziny. Kiedy wróciłam, ukochałam wszystkich po długiej podróży i usiadłam na kanapie. Pies w te pędy zalogował się na moich kolanach i...
- Popatrz - powiedział Prezes. - Morgan się wzruszył, że już jesteś.
On płakał.

Dla takich chwil warto znieść różne niedogodności. Co polecam Waszej łaskawej uwadze.
#NieKupujAdoptuj


PS Z kotami jest tak samo, tylko trochę inaczej :)



* Jest taki śmieciarz, którego Lesiek nienawidzi i zawsze robi piekło, więc reszta się podłączyła. Za to listonoszkę uwielbia, więc Morgan też.
** Biedronka.

10 stycznia 2017

2384

Państwo pozwolą...

TRÓJKOT
i...

CZIPSY
Jestem wyczerpana.

Morgan (Freeman) jest rezydentem tymczasowym moich rodziców. Bardzo intensywnie szukaliśmy dla niego domu, ale się nie udało. Klamka zapadła - zwrot do schroniska. W połowie drogi pies położył mi łapki na udzie i spojrzał w oczy. A w tych oczach było wszystko. Po prostu rozpłakałam się, wrzuciłam kierunkowskaz i zjechałam prosto do domu. Zostawiłam psa w samochodzie, wpadłam do gabinetu prezesa z tuszem rozmazanym malowniczo po całej twarzy i wysmarkałam:
- Ty go odwieź, ja nie dam rady.

No.
To mamy czipsy.
Koty są zainteresowane. Ale kara na pewno nastąpi.

PS Kiedy usłyszeliśmy podjeżdżający samochód Zuzi, Prezes nagle musiał coś zrobić w kotłowni. I zostawił mnie samą. A ona weszła, popatrzyła i powiedziała:
- Żeby mi tylko nikt nie mówił do niego Murzyn.
No, ale fakt. Jaka miałaby być? Przecież to MOJE dziecko.

4 stycznia 2017

2383

Stoję sobie rano przed fabryką (spóźniona jak zwykle) i jaram. Wtem z przeciwka nadbiega ku mnie koleżanka, z daleka macha i zanosi się płaczem. Trochę mnie zmroziło. I to zanim dowiedziałam się, o co chodzi, bo potem zmroziło mnie bardziej.

Otóż jechała do pracy przez centrum miasta wojewódzkiego. Warunki niekorzystne, więc powoli (mówi, że czterdziestką, ale ja ją znam - chciała zabłysnąć, najwyżej 30). Nagle we wstecznym lusterku zamigotały światła zbliżającego się z dużą szybkością radiowozu, więc grzecznie zjechała w prawo, robiąc mu miejsce. Radiowóz minął ją i gwałtownie zahamował, zajeżdżając drogę. No to się zatrzymała i czeka.

Wysiadło dwóch policjantów, podeszli do niej i zaczęli zachowywać się agresywnie. Ona jest miękka i prędzej uwierzę, że przeniosła staruszka przez strumień na własnych plecach niż złamała jakieś przepisy albo komuś odpyskowała. Pokrzykiwali na nią, kazali okazać dokumenty, natarczywie pytali, czemu zwolniła i zjechała w stronę brzegu jezdni. Zgodnie z prawdą odpowiedziała, że widziała ich sygnał świetlny i pośpiech, więc uznała, że należy zrobić przejazd. Na co pan policjant oznajmił, że stanowi zagrożenie w ruchu drogowym, znacznie przekroczyła dopuszczalną prędkość (sic!) i zabiera jej prawo jazdy. I żeby nie podskakiwała, bo on ma świadka, po czym wskazał na kolegę.

Dziewczyna kompletnie zgłupiała i zaczęła pytać, o co im chodzi. W tym momencie panowie zmienili zdanie i powiadomili, że mogą nie odbierać jej prawa jazdy, ale musi przyjąć mandat karny w wysokości 350 zł, a do tego 10 punktów. Spanikowała, bo gliniarze nie oddali jej dokumentów i przyjęła mandat oraz punkty.

Szlag mnie jasny trafił, bo to już jest skurwysyństwo. Jak bardzo jestem zwolenniczką wzmacniania pozycji policji i budowania szacunku wokół służby, to jednak bandyctwa nie znoszę.
A sytuacja jest kompletnie bez wyjścia, bo oni są bezkarni.
Przerażające.