19 września 2017

2420

Monsieur O., zwany roboczo Okoniem, którego pole orne graniczy z naszym ogrodem i któren był uprzejmy w 2015 roku, w ramach tańca świętego Wita na kombajnie, skosić nam płot, chyba wytrzeźwiał. Aż miło popatrzeć, jak on orze na traktorze, trzymając się od naszej siatki na odległość czułą.

Inna sprawa, że się nie rzucaliśmy. Nie żądaliśmy odszkodowań. Nie windykowaliśmy mu majątku i nie nachodziliśmy w domowych pieleszach, choć wiemy, gdzie to jest. Określiliśmy oczekiwania na wymianę siatki z zapasem jednego przęsła z każdej strony. Zakończywszy prace polowe, Okoń po prostu przyjechał i wymienił. Nie miał z tym wielkiego kłopotu, bo tego typu płoty ma tu co drugi mieszkaniec i łatwo nabyć części w lokalnym budowlanym. Nie miał tez przesadnych kosztów. Rozstaliśmy się w pokoju.

W kolejnym sezonie Okoń przybył na swym wielokonnym, stalowym rumaku, podjechał nam do płota, aż zamarliśmy w niemym oczekiwaniu, a następnie ustawił się równolegle ze stosownym zapasem i jął żąć. Dojechawszy do granicy przestawił się o 90 stopni i rozpoczął standardowe rundki w stronę protiwpałożną. Wyżęty na szerokość kombajnu pas wyraźnie wyznaczał koniec trasy. A i szaleństwo na zakrętach jakby nieco się ustabilizowało.

Dziś obserwowałam jego traktor (nowoczesny, błyszczący, szacuję na jakieś 100 kafli) z przystawką. Trzeba człowiekowi przyznać, że po trzeźwemu radzi sobie po prostu znakomicie, nieomal do centymetra. Znów zaorał równolegle, po czym odwrócił się o 90 stopni i zaliczył całe pole. Na wszelki wypadek pozostawiwszy nawet pas traw w granicy. Jak to czasem warto nie być człowiekowi wilkiem.

17 września 2017

2419

Jakem obiecała niektórym, tak czynię. A że z poślizgiem, to z bonusem.

W ubiegłym tygodniu kot marki Zofia odwalił numer w niektórych kręgach zwany Numerem Karola, a ci, którzy o tym nie czytali, po obecnej lekturze mogą sobie resztę dopowiedzieć. Otóż nadchodził mrok i w dodatku dżdżenie się wzmagało, więc zaproponowałam stadu, by wróciło do domu. Z uwagi na wzmiankowane wzmaganie wszyscy powrócili szybko i bez zbędnych ceregieli, nawet kot marki Edward, któren tylko odrobinkę zamarudził pod samochodem, by następnie rzucić się ochoczo ku drzwiom i matce, gruchającej ku niemu słodko wew tych drzwiach.
Wszyscy, prócz Zofii.

Ja się z Zofią znam od lat bez mała dwunastu, choć ostatnio ciuteńkę mi się wiek dzieciątek poptasił i chodzą plotki, że nawet od trzynastu. Po pierwsze wiem, że Zofia lubi żyć wygodnie, co nie obejmuje moczenia futerka bez potrzeby. Po drugie wiem, że Zofia jest kotem. Właściwie to Zofia jest kwintesencją kotowatości i mogłaby stać w Sèvres pod Paryżem tuż obok wzorca metra i kilograma. A co za tym idzie, Zofia się czasem zaszywa. Ale, jak wspomniałam, znamy się nie od dziś i potrafię ją odnaleźć nawet pod idealnie gładką, bez najmniejszych wybrzuszeń narzutą na jednym z trzech możliwych łóżek. Zawoławszy Zofię do domu osiemnaście razy, ruszyłam eksplorować wnętrze. Dla całkowitej pewności czynność powtórzyłam dwukrotnie z przerwani na wzywanie Zofii do domu z ganku i tarasu. Następnie, solidnie już zdenerwowana, posłałam Prezesa na pięterko, do garażu, do kotłowni oraz pobrałam latarkę - gdyż w międzyczasie całkowicie ściemniało - i przeryłam się przez pozostałe garaże, a nawet drewutnię. Oraz drogę, krzaki i ogród sąsiadów.

Im bardziej zaglądaliśmy do wszystkich dziur, tym bardziej Zofii w nich nie było. Atmosfera zrobiła się dosyć napięta. Oświetliwszy taras światłem zewnętrznym warowałam przy drzwiach, komentując dość histerycznie, że na pewno coś jej się stało, bo przecież zawsze przychodzi na wołanie, a tu zima akurat, chwycił mróz i śnieg już spadł, że się zaziębi, zapadnie na płuca, wdadzą się suchoty i po Zofii, że ją jakiś idiota samochodem potrąci, bo nie nawykła nikomu z drogi ustępować oraz że ja tego nie przeżyję. Nastrój udzielił się wszystkim. Część domowników stała przy mnie i oddawała się rozpaczy, część miotała się po całym domu zaglądając to tu, to tam, czy aby Zofia gdzieś się jednak nie ukryła. Nikt nie pozostał obojętny, nawet Zofia, która pilnie zaglądała za zasłony i do miseczek. I to właśnie ona pierwsza znalazła Zofię.
Za cholerę nie wiem, gdzie siedziała, ale do dziś mam ochotę ją ukatrupić.

Bonus

A wczora z wieczora wołam wszystkich psów do domu, bo leje. Dwa przyszli, trzeci nie przyszedł.
- Leśkuuuu - pieję. - Leśkuuuuuuuuu!
Nie ma.
Cimno. Zimno. I dżydż.

Chcąc nie chcąc wzułam lacie ogrodowe i ruszyłam na poszukiwania w deszczu i ciemności. Gdy obeszłam już cały dom, wyszło na jaw, że Lesiek jest na tarasie, tylko zajęty, bo akurat zapoznał żabę. Chyba dość istotnie ją zapoznał, więc wzięłam gada na ręce (tu ukłon w stronę pomysłu, żeby mieć psy, które można jakoś oderwać od ziemi) i przyniosłam do domu, gdyż nie ma opcji, by Lesiek z własne woli porzucił taką żabę samiusieńką w deszczu i ciemności. Wytarliśmy się w wiatrołapie, wlaźliśmy do domu, a tu nasz bohater zaczyna zachowywać się dziwnie. Na głowie staje, mordę w kanapę wyciera, łapą sobie coś z twarzy wyciąga. Patrzę... a mój malutki szczeniaczek ze schroniska nie ma jednego oka!

Łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, wywaliłam z łazienki wszystkich, którzy nie byli związani ze sprawą, łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, drzwi zamkłam, rzuciłam się na kolana, psu każąc uprzednio posadzić dupsko i nuże oglądać miejsce po oku. Dokładne oględziny wykazały, że oko jednak jest, tylko kaprawe, spuchnięte, zaglucone i z zajdzioną trzecią powieką.
Westchnąwszy umyłam psu okolice oka płynem do soczewek, który wpadł mi w ręce, dokonałam przeglądu asortymentu w łazience i znalazłszy Prezesowskie krople do oczu, rozpoczęłam żmudny proces wypłukiwania z oka - jak podejrzewałam - oznak niezadowolenia żaby.
Co oczywiście nie budziło zadowolenia zainteresowanego.

I tak kropiliśmy to oko wielokrotnie do dzisiejszego południa. Troszeńkę jeszcze łzawi, ale wygląda dobrze. W podzięce piesek Lesek przyniósł mi... żabę. Trzy razy większą niż poprzednia.
Ja to się mam!






16 września 2017

2418

Z uwagi na porzucenie przez męża, co się bezpośrednio wiąże z pobytem w domu samosześć, rzuciłam się do różnych czynności, bo co tak tu będę sam siedział*. Skutkiem czego nie mamy już nic do wyprania (czy wysuszenia) ani do umycia i schowania w szafkach. Posunęłam się nawet do pielenia w ogrodzie oraz - mimo całkowitego braku wiary we mnie - napaliłam sama w piecu i nagrzałam sobie wodę (może się z nudów wykapię w wannie). W odruchu rozpaczy i poszukiwania zajęcia zlikwidowałam również barek. Nie, no co Wy?! Nie, że zlikwidowałam całkowicie, przecież nie jestem szalona, tylko przeniosłam wszystko, co w nim było, w inne miejsce, uprzednio rzeczy z innego miejsca przenosząc w inne miejsce. Tym samym przysięgłam sobie:
a. nie kupować żadnego alkoholu (wyjąwszy wino), póki nie wypijemy wszystkiego, co zgromadziliśmy obecnie w spiżarni**,
b. kupić wymarzoną kolonialną szafę na wina, którą obwąchuję od - bez mała - roku.

W celu realizacji powyższych śmiałych planów:
a. wypiłam resztę Metaxy,
b. napisałam maila do sklepu od rzeczonej szafy z zapytaniem, jak wyobrażają sobie ewentualny transport.
W razie, gdyby sobie nie wyobrażali, będę musiała podjąć Kroki, czyli uderzyć do braciszka (cieszę się, że to czytasz, będzie mniej żebrania), użytkującego radośnie samochód dostawczy i namówić go, żeby skoczył ze mną do Bochni. Gdyż chcę ten mebel i nic mnie nie powstrzyma. Rzeczona szafa jest piękna oraz droga, ale postanowiłam podejść do tego siłom i godnościom osobistom, a więc posiadam środki, mimo że musieliśmy zapłacić w tym roku paru osobom za wystawny posiłek, że o balustradzie nie wspomnę. Jednakowoż jestem kobietą wielce gospodarną, potrafię ugotować zupę z gwoździa i oszczędzać pieniądze, radośnie trwonione przez mojego męża. Aby to osiągnąć, jestem gotowa nawet na krótkotrwałe pozbawienie go przytomności.

W chwili obecnej nie mam nic do roboty, ale w nowym barku zgromadziłam bardzo wiele alkoholu do wypicia, więc jest szansa, że jakoś to wszystko przetrwam. Pogodę mamy do dupy do tego stopnia, że nawet psy się uśpili, gardząc gnaniem przed siebie i darciem mordy na sąsiadów, a koty zapewne powrócą niebawem. Sprzątnęłabym coś, ale wszędzie mam posprzątane, nawet w szafie. Co prawda roboty służbowej zalega mi pod sufit, ale postanowiłam, że do takich rzeczy w weekend nie będę się zniżała. W związku z powyższym idę szukać kolejnego alkoholu do wypicia, czego i Państwu życzę.


* To jest odnośnik kulturowy, gdyby kto nie wiedział.
** Miejsce, o którym mowa, nadal nie jest spiżarnią, ale uważam, że słowa mają moc sprawczą, więc będę je tak nazywała, póki się nie ziści.

11 września 2017

2417

MUSI to robić.


2416

Dzień szczepień

Wetka: Chciałam ci powiedzieć, że buty* robią furorę.
Łoterloo: No, ja myślę.
Wetka: Więc powiedziałam mężowi, że dzisiaj jadę do ciebie na kawę, żeby się nie martwił, że mnie tak długo nie ma.
Łoterloo: Ucieszył się?
Wetka: Błyskawicznie zareagował: "Do połykacza jedziesz?".
Łoterloo: Właściwie to powinien powiedzieć "do połykaczy". W końcu pierwszym pacjentem po połyku był u was Lesiek. Tylko on to wysrał.
Wetka: Jeeezuuuu, ale wiesz, jak teraz o tym myślę, to on powiedział "do połykaczy". Ma pamięć, cwana jucha!
Łoterloo: Kojarzę mu się z zawartością psich żołądków i drenażem przez ciebie portfela. A tak się starałam.



* Namówiłam ją na irregularki. Właściwie to nie musiałam długo namawiać.

8 września 2017

2415

Dziś będzie o sprawiedliwości. Czyli o czymś, co nie istnieje.

Jak już wszyscy wiecie, bo o tym pisałam, postanowiliśmy liczne korzyści, wynikające z zawarcia związku małżeńskiego, przekuć nieegoistycznie na coś dobrego dla innych. W związku z tym poprosiliśmy naszych weselnych gości, aby nie kupowali nam kwiatów i prezentów, a zamiast tego wyskoczyli z gotówki, którą zamiarowaliśmy przekazać naszemu ulubionemu ośrodkowi, czyli lecznicy dla zwierząt Ada przy Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (albo odwrotnie). Plan ten doszedł do skutku.

Napisałam list:

Najdrożsi!

Nie znacie nas – jesteśmy jednymi z tysięcy, którzy z zapartym tchem obserwują Waszą piękną, szlachetną, pełną miłości pracę. Możemy więc powiedzieć, że to my znamy Was i poczytujemy to sobie za dumę – gdyby nie najnowsze technologie, być może nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że istniejecie. Dzięki Bogu za Internet i za Facebooka, niech żyją!

Od lat staramy się w miarę możliwości wspierać Waszą działalność. Przepraszamy, że nie więcej i nie bardziej. Niemniej w tym roku nadarzyła się okazja, by choć trochę uzupełnić te braki. Po siedemnastu latach postanowiliśmy w końcu wziąć ślub! To była taka zabawna uroczystość, ponieważ nikt z rodziny i znajomych już nie wierzył, że zdecydujemy się w końcu zafundować im jakiś obiad. Nieomal przestali słać do nas liczne memy z podpowiedziami. No, dobra – nasi rodzice wciąż mieli nadzieję, więc postanowiliśmy ich nie zawieść. W końcu... co posiłek, to posiłek! A ponieważ przez długie lata zdążyliśmy już dorobić się tych wszystkich skorup (owszem, mamy nawet sosjerkę), licznych kredytów, zdezelowanych środków transportu, dwudziestu czterech owłosionych łap, przyczepionych do sześciu żołądków bez dna i uwspólnionego dziecka (niby dorosłe, ale zawsze), więc wyszło na jaw, jak bardzo nie potrzebujemy niczego, prócz świętego spokoju. Niestety jest to wartość nieprzeliczalna na pieniądze i nikt z naszych bliskich nie mógł nam tego podarować. Postanowiliśmy więc uprosić ich, żeby podarowali nam dobro w postaci czystej i zobowiązaliśmy się do przekazania tego podarunku Wam.

Przyjmijcie zatem całą gotówkę, jaką udało nam się uzbierać z okazji tego hecnego wydarzenia. Nie jesteśmy już najmłodsi, więc i impreza była skromna: żadnych odlotowych sukien, limuzyn czy tańców do białego rana. No i gości było niewielu – ot, garstka prawdziwych przyjaciół, na których można liczyć w latach chudych, rodzice-staruszkowie, którzy oddali nam trochę ze swoich emerytur, to dziecko nasze uwspólnione i wreszcie, na końcu, my sami, którzy – nie zważając na rzeczone kredyty – też chcieliśmy zrobić ze swoim życiem coś sensownego poza przyjmowaniem pod dach nikomu niepotrzebnych i przez wszystkich wzgardzonych braci mniejszych. Bierzcie tę kasę i zróbcie z niej użytek najlepszy z możliwych.

Dziękujemy Wam z całego serca za Waszą piękną pracę. Kiedy będziemy już duzi, też chcemy być tacy, jak Wy. Doktorze Radku, czy mógłbyś dorobić jeszcze trochę tych ślicznych dzieci? Przecież one poniosą w świat ten gen fedaczyński, najlepszy z genów, gen ojca i dziadka, który każe ludziom nie spać nocami i gnać przed siebie, by nieść pomoc najsłabszym, bezbronnym, całkowicie zależnym od ludzkiej pomocy. My wszyscy tak bardzo potrzebujemy takich ludzi, jak Wy!

Przyjmijcie nasz największy szacunek i podziw. No i te parę groszy. Niechże się obracają w Najczystsze Dobro.

Bardzo już niemłodzi państwo młodzi – Asia i Robert

A potem wzięłam się zalogowałam na konto męża (TAK! ROBIĘ TO!), dokonałam samozwańczego przelewu i wysłałam przygotowany tekst do Ady za pośrednictwem Facebooka. Odpowiedź nadeszła po jakimś czasie i brzmiała:

Jezu dziękujemy,

co ubawiło mnie setnie. Sprawa została zamknięta, a przynajmniej tak mi się wydawało. Bo, jak się okazuje, nie.

Dziś nadszedł list. Porządny, polecony. W środku znaleźliśmy wykres EKG:


oraz przecudnej urody zdjęcie podopiecznego (lub podopiecznej) Ady.


Ponieważ posiadam drugi stopień specjalizacji w czytaniu pisma lekarskiego, trochę Wam pomogę.

Drogi Robercie!
Dostrzegłeś naszą pracę, naszą walkę, nasze marzenia. Wpłaciłeś nam bardzo dużą sumę. Kwota o jakiej możemy marzyć w trakcie codziennego mozolnego zbierania funduszy na nasze zwierzaki. Bezdomne psiaki, potrącone sarny, bezbronne jeże, wilki, rysie i niedźwiedzie.
Chcesz zobaczyć naszą pracę? A raczej chcecie? :)
Zapraszamy was. Cały zespół "Ady"
Pozdrawiam
lek. wet. Radosław Fedaczyński

Najpierw się rozczuliłam. Bo, że mu się chciało, że ręcznie (bazgroły), że polecony, że nas zapraszają - ojej. Ale kiedy mi przeszła pierwsza fala... HELOOOŁ!

Wymyśliłam. Przedstawiłam. Wzbudziłam entuzjazm. Pokonałam opór gości. Zorganizowałam. Poleciałam wpłacić. Napisałam list. Dokonałam przelewu. Wysłałam list (ze swojego konta).
I CO?!

Drogi Robercie.
Mężczyźni!

6 września 2017

2414

Uwielbiam tę robotę.

Szefostwo nieobecne. Spotkanie poranne.
Kolega Zastępujący Szefa: Odpowiedzcie mi na kilka pytań.
Sala: Dajesz.
KZS: Czy jesteśmy świetnymi fachowcami?
S: BA!
KZS: Czy umiemy się uwijać z robotą?
S: BA!
KZS: To może się dziś uwiniemy i wyjdziemy godzinę wcześniej?
S: Dwie godziny!!!
Łoterloo: Już idźmy!!!
KZS: Ale nie przeginajcie, cholera i ruchy, ruchy, ruchy.

5 września 2017

2413

Gdzie nos twój (wskazuje), tam żarcie twoje.


Poza tym nie wiem, czy Państwo zauważyło, że wychodząc naprzeciw oczekiwaniom różnych grup społecznych, posty umieszcza się dublem na blogu i na fejsie. Nie musicie dziękować, ale też się zbytnio nie krępujcie.

4 września 2017

2412

Och, zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, strzeżcie się łatwych i pobieżnych ocen. Dzisiejszy wpis sponsorują Dorota Zawadzka i Małgorzata Kalicińska, czyli jak stałam się sławna, bo zrobiło mi się smutno i stać mnie było na szczerość, choć doktor House mawia, że wszyscy kłamio.

Państwo sobie wyobrazi, że nieznanymi ścieżkami na cichy, skromny fanpejczyk zabłądziła sława telewizorów, kobieta, która WIE – Zawadzka Dorota. (Psycholog. Doradca rodzinny. Niezależny ekspert. Wykładowca. Doradca RPD. Szkoleniowiec. Superniania – tak o sobie pisze). Znaczy… mam podejrzanych, ale nie powiem, bo już raz się niechcący wyraziłam i dostałam w ucho, żebym się jednak nie wyrażała z uwagi na interakcje międzyludzkie, zwłaszcza w zakresie Osób Sławnych, więc ego. Skądinąd słusznie dostałam, bo to mi przypomniało, że mamy dwoje uszu i jedne usta prawdopodobnie nie bez powodu, więc tym razem pobiegłam kurcgalopkiem po widelec i podrapałam się w język zawczasu.

No, dobra, dobra, już przechodzę do adremów. Otóż wyobrazi Państwo sobie, że Zawadzka Dorota, że fanpejczyk i że przesz ja to widzę, albowiem powiadomienia. Oczywiście spłynęło na mnie odium sławy, ale – powiedzmy sobie szczerze – pragnęłam zaistnieć na okoliczność niebywałego intelektu, a nie, że: sfrustrowana i życia nie ma, żałosna biedaczka. To ja się tu lat milion dla Państwa produkuję, tę filologię nawet skończyłam z myślą o Was, a definiuje mnie frustracja.
Nosz, kurwa.

Ale uważajo. Dwa razy (słownie: dwa) Zawadzka Dorota mię udostępniła, ponieważ za pierwszym komentarz jej nie wskoczył. Ja bym edytowała, ale kto ja tam jestem – kobieta bez własnego życia, taka huba na dziecku, to nie będę tutaj epatować. I za drugim razem (jak już wskoczył), podsumowała całe moje życie, które – psychologiem będąc (niczym młodą lekarką) – poznała po jednym wpisie. Uwaga, cytuję:
„Preczytałam z uwagą. Smutny to tekst matki nie gotowej na "wypuść"..
Wychowujemy dzieci dla ICH życia, ICH wyborów i decyzji.
Emigracja? A czymże jest w dziesiejszym świecie mieszkanie daleko? Technologia pozwala na kontakt, a że do garnka nie można zajrzeć? i sobie zobić dobrze przytulacjąc?
Nie rozumiem. To znaczy oczywiście rozumiem mechanizm.. ale rodzicielstwo to "nakarm, naucz i wypuśc " :) :) :)
Jak to trzeba uważać, co człowiekowi z gęby wylata.
Smutno mi się zrobiło, że dziecko, że rekrutacja na studia magisterskie in progress (bo badania lekarskie niewykonane), że ten remont jej mieszkania trzy miasta dalej jeszcze niezrobiony, a co więcej – niezapłacony, że nie będzie codziennego pitu-pitu*, bo jakieś tysiące kilometrów, a przy tym sięgnęłam wyżyn, napisałam o tym szczerze i od strzału stałam się przykładem matki, która nie kuma, że dziecko nie dla siebie, lecz dla świata. REALLY?!

I byłabymż o tym nie pisała, ale pomyślałam sobie, że może istnieć człowiek X, który jakoś nieszczególnie radzi sobie w trudnej sytuacji. Dajmy na to – w relacji z progeniturą. I myśli człowiek ów, że złamie stereotyp, który mówi, że do psychologa to tylko świry chodzo, a on jednak pójdzie i tam pani go oceni po jednym zdaniu, łatę przyklei, w szufladę wepchnie, bo jej cudownie do akuratnej publikacji naukawej to zdanie będzie pasowało. I jak mają ludzie mieć zaufanie do fachowców**?!

Kochani, którzy dotarliście do ściany! Tak nie jest, naprawdę. W tym kraju pracuje wielu wspaniałych, mądrych, wyważonych psychologów, którzy nie dość, że nie oceniają po jednym wypowiedzianym przez Was zdaniu, to jeszcze w ogóle nie oceniają, bo wiedzą, że nie taka ich rola. Nie bójcie się poprosić o pomoc, gdyby była potrzebna. Jestem tego doskonałym przykładem: potrzebowałam wsparcia, poprosiłam o nie i dostałam – bez oceniania. Powiem Wam w tajemnicy, że niebywale te spotkania lubiłam. To był czas tylko dla mnie, stawałam się osią wszechświata, moje sprawy, problemy były przez godzinę najważniejsze. Odpoczywałam, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Polecam.

A z tym dzieckiem jak jest? Ano rozumiem, że wybrała życie, które nie rzuca kłód pod nogi, Siłaczki są przereklamowane. W dwójnasób rozumiem, bo przecież dorosła (byłam dwa lata młodsza od niej wyprowadzając się z domu rodziców i Prezes też był te dwa lata młodszy, gdy rzucił dla mnie cały swój świat), ma prawo do wyborów, do szukania własnej drogi. Ufam jej, bo ją w brzuchu wynosiłam, urodziłam i wychowałam, dając wszystko, co we mnie najlepsze. I nie raz się przekonałam, że wypuściłam w świat pięknego, dobrego, mądrego człowieka, który drugiego nie skrzywdzi, na ludzkiej biedzie paść się nie będzie. I jestem z niej dumna, jak cholera! Dziecko! Czytasz? Jestem z Ciebie dumna, jak cholera!!! A że mi smutno? No, smutno. Dobrze mieć to dorosłe dziecko przy sobie, szczególnie że takie do mnie podobne, poczucie humoru w tym samym miejscu i jad. Z nikim się tak setnie nie bawię, jak z własną córką. Bez komentarzy nawet i po pachy. Niech idzie w świat. A ty, świecie, uważaj sobie. Bo mamusia czuwa. Mam pistolet i łopatę – nikt po tobie nie zapłacze.

Ach, zapomniałabym! Jeszcze ta Kalicińska Małgorzata, pisarka. Cytuję:
„Pani pewnie ma puste życie i żadnego własnego”.
No, takie właśnie puste mam. Notkę tę, którą wszystkim pospiesznie ocenionym poświęcam, na raty pisałam, bo mi się telefon i komunikatory urywały. A to akuracik książka na jaw wychodzi, do której stosunek posiadam osobisty i końcem procesu wydawniczego wspieram, podnoszę, radzę. A to tekst dla kogoś na stronę napisałam i trzeba to wśród chichotów omówić, czy skrócić, czy wydłużyć, czy gdzieś kurwą nie okrasić. A to w końcu jesień: sezon konferencji naukowych zaczynasię. Oprócz tego standard – w wydziale komunikacji parę osób rozśmieszyłam, remont garażu w rozkwicie i woda zewsząd wybucha, za mąż wyszłam, bidusia oraz marzę, żeby czasem świat się ode mnie odpie… znaczy – odsunął. Własną książkę mam w połowie napisaną i czasem nieśmiało puka mi w potylicę, wydawnictwo mnie kopie na okoliczność chałtury, szef mnie kopie na okoliczność sprawozdania, znowu kota Edwarda nie ma w domu, psi się bynajmniej nie uśpili i coś tam klaszcze za borem. Marzę o chwili nudy. Co nie znaczy, że nie czuję. I nie tęsknię. Ot, jestem człowiekiem i humani nil a me alienum putto. Nawet się tego nie wstydzę.

Nie sądź, ażebyś nie był sądzonym.

* Serio?! Ludzie, którzy mają fajny, luźny i z humorem kontakt z własnym, dorosłym dzieckiem, który opiewa na przytulaka i wymianę złośliwych opinii na temat otoczenia, to dziś jakieś zboczuchy?! Ja dobrze po czterdziestce jestem, a lubię do matki zadzwonić, gdyż mianowicie cenię sobie ten jad. Ale nigdy nie wpierałam Państwu, że jestem normalna, faktycznie.
** W tym przypadku: fachmanów.

3 września 2017

2411

Zuzia wybrała emigrację.

Zbieram z ziemi kawałki połamanego serca i w milczeniu niżę na nitki, żeby upleść kanwę zupełnie nowego życia. Pomiędzy wkładam koraliki cierpliwości, słuchania w milczeniu, czekania w pokorze, niemądrzenia się, radości z krótkich chwil kontaktu. Przyklejam do nich myśli: "Czy zdążyłam wszystko przekazać?", "Czy przed wszystkim ostrzegłam?", "Czy będzie nosić czapkę, ciepłe majtki, rękawiczki?". Kto jej ugotuje kluseczki? Kto zrobi herbatę? Kto poskłada w kosteczkę wyprane ubrania? Czy jej ktoś nie oszuka, nie skrzywdzi, nie urazi? Do kogo pobiegnie ze skargą na zły los, wrednych ludzi, nieszczęsny splot zdarzeń? Komu się wyżali? Czy będzie szczęśliwa?!

Stoję w jej - nagle takim pustym - pokoju, czubkami palców przesuwam po miękkich pędzelkach do makijażu wetkniętych w wazonik, wącham perfumy porzucone na półce, przygładzam załamania ubrań na wieszaku i myślę, że wcale na to wszystko nie jestem gotowa. Że gdzieś mi umknęło te z górką dwadzieścia lat, odeszło na zawsze, nigdy nie wróci. I mam żal do świata, do tego kraju, w którym ona nie widzi dla siebie przyszłości, do siebie - choć sama nie wiem za co. Ale nic juz nie można od nowa.

Źle mi teraz. Wiem, że muszę przez to przejść, jakoś poukładać, ale jeszcze nie wiem jak, więc daję sobie czas na siedzenie w kącie po ciemku i łzy. Rano trzeba wstać, pójść do pracy, udawać, że nic się nie stało, zrobić zakupy, ugotować obiad, kupić karmę dla psów, zawieźć płaszcz do pralni, spakować dla niej paczkę z ciepłymi ubraniami, butami i wysłać gdzieś w siną dal. Skończyło się lato i dla mnie skończył się świat, który znałam, w którym czułam się bezpiecznie. Wiem, że zaczął się również nowy, ale wkraczam do niego z niechęcią i z konieczności.

Nic nie może przecież wiecznie trwać...

28 sierpnia 2017

2410

Bardzo pocieszny przepis dla jedzących mięso.

Twoje dziecko będzie zachwycone! Dzieci uwielbiają śmieciowe żarcie i jeszcze się taki nie narodził, który przywołałby na świat progeniturę z zapałem pałaszującą brukselkę i gardzącą czekoladą. O, kurczę! To ja. Stworzyłam potwora!!! Na szczęście odrobinę się nawróciło i teraz wciągnie desery w każdej ilości. Ale trawę równie chętnie, a nawet chętniej. W każdym razie: zasadniczo dzieci uwielbiają wszystko, co niezdrowe, niezbilansowane, kaloryczne i w dodatku zakazane przez wszelkie mądre księgi. Zakazany owoc, jak wiadomo, smakuje najlepiej. Więc do rzeczy.

Weź parówki.
A nie mówiłam?! Parówki! Paskudztwo!!! Pies zmielony z budą.
A więc: weź parówki i pokrój je na wałeczki, mniej więcej równej wielkości. Wielkość dobierz sobie samodzielnie. Ja kroję na sześć, ale można na więcej - nawet niegłupio. Potem weź makaron do spaghetti i do każdego kawałka parówki powbijaj kilka sztuk tak, żeby nie połamać. Uzyskasz długowłose jeżyki, a nawet jeżozwierze. Rzuć na delikatnie osolony wrzątek i kiedy będą się gotować, przygotuj sos pomidorowy.

Kto jeszcze nie wie, jak zrobić smaczny sos pomidorowy?! Tajemnica tkwi w złamaniu smaku koncentratu: trzeba rozpuścić w rondelku masło i przesmażyć go na maśle, a potem to już jak tam zwykle robicie. Jeśli koncentrat jest nieprzesmażony, sos smakuje puszką. Nawet jeśli wyjmujesz go ze słoika.

Parówkowe jeżozwierze gotowe, bo nie można pławić ich zbyt długo. Makaron zawsze powinien być w konsystencji al dente, a w tym przypadku musimy przypilnować, żeby się nam kwintesencja parówkowatości nie rozgotowała. No to nakładasz kawałki parówki owinięte makaronem do miseczki, polewasz sosem i nie przyznajesz się na forum rodzicielskim, że znów karmiłeś/łaś dzieciaka tym syfem. Tylko pełnoziarniste pieczywo, żywe kultury i błonnik. Oraz wapń ze skorupki jajka.

Pycha, mniam, mniam. A w kuchni spędziliśmy kwadransik.
Nie dziękujcie.

14 sierpnia 2017

2409

Ciąg dalszy następuje.

Nasz ślub pozostanie zapewne w pamięci kilku osób na długo. Po pierwsze dlatego, że przypadł w chyba najgorętszy dzień ostatniej dziesięciolatki. Zaczynało wyglądać na to, że zarówno uroczystość, jak i impreza okolicznościowa odbędą się w samochodach, których nikt nie chciał opuścić z uwagi na  obecną tam klimatyzację. Aż dziw, że się molo nie zarwało pod dzikiem tłumem żądnym najsłabszego podmuchu wiatru. Uściski nie były więc przesadnie wylewne, a i tak wszyscy kleili się do wszystkich, co po pewnej dawce alkoholu pewnym czasie przestało jednak przeszkadzać.

Poza tym:
- panna młoda wystąpiła w kiecce za 76 zeta (sic!) zakupionej na Allegro,
- pan młody ożenił się bez krawata,
- nie było rosołu,
- ani tortu,
- ba! WÓDKI NIE BYŁO!!!
- wygłoszono 1 (słownie: jeden) toast... właściwie to sama go wygłosiłam.

Za to:
- goście zintegrowali się w ułamku sekundy, być może z powodu rzeczonego klejenia, a może dlatego, że biegając radośnie wokół stołu przedstawiłam publicznie każdego, wyciągając na światło dzienne wszystkie jego słabości, a to zawsze jednoczy,
- na wszelki wypadek przedstawiłam również państwa młodych - ich słabości były aż nadto widoczne,
- chciałam jeszcze kogoś przedstawić, ale nie znałam słabych stron osób z obsługi,
- barman miał mrożone kufle - w pewnej chwili stał się najpopularniejszą osoba na spotkaniu, niektórzy przekupywali go wręcz z nadzieją, że pozwoli im wejść do zamrażarki,
- drudzy-rodzice, prócz siebie, przywieźli ukulele, które drugi-ojciec otrzymał od państwa młodych z okazji 50. nie wypominając których urodzin jakiś miesiąc wcześniej i wykonali w zgrabnym duecie z dostarczonym akompaniamentem pieśń stworzoną ekstra na tę okoliczność,
- wszyscy zgromadzeni byli luźni jak sanki w maju i mieli wyrąbane, więc trudno mi zliczyć, ile razy płakałam ze śmiechu (raz nawet musiałam udać się w celu wypłakania się do łazienki),
- dostarczona muzyka wyrywała z kapci... poprosiłam o zmianę dopiero w chwili, gdy głośniki zaintonowały "Pieski małe dwa",
- nikt nie zaliczył zgonu,
- nie stłuczono nawet jednej szklanki,
- nie mówiąc już o kieliszku,
- pewna grupa (z litości nie będę wymieniać nazwisk) nocą ciemną napchała sobie do torby pożywienia, prosecco, wyłudziła od barmana piwo w pecie, do czego dostała kufel gratis i intonując pieśni biesiadne udała się w ciemność, by imprezować dalej,
- żarcia było po kokardę i - co dziwne - nawet desery nie skonały (w tej temperaturze!).

Podsumowując:
na wniosek poszkodowanych postanowiliśmy powtórzyć tę zabawną imprezę wiele razy, dzięki czemu zebrani będą mogli się zrehabilitować i wygłosić jakieś wiekopomne mowy z okazji naszych licznych, mam nadzieję, rocznic ślubu. Widzimy się za rok w tym samym miejscu. Każdy przywozi wentylator.

A kiedy już udało się nam wrócić do domu, w sypialni czekała na nas niespodzianka w postaci rękodzielnictwa kocio-psich babysitterów.



Co rozczuliło mnie wręcz dogłębnie.


Zasadniczo to impreza była wyjątkowo udana. I nie jest to wyłącznie moje zdanie. Potwierdza się niniejszym teoria, że nie należy się nadymać, ponieważ luźna gumka w majtkach gwarantuje wiele sukcesów.

A teraz kończę, bo wiem doskonale, że od pewnego czasu czekacie tylko na tę pieśń okolicznościową. A brzmiała ona następująco (na melodię ludową):

Hej w Imielinie
tak powiadali
że na Rubinowej Aśkę
za mąż wydali

Bo ta Joaśka
cholera była
niejednego kawalera
śmiechem zabiła

Śmiechem zabiła
i dogadała
a na koniec, a na koniec
tyłek skopała

Chłopcy zza płota
wciąż zaglądali
a na widok, a na widok
Aśki zwiewali

Martwi się Ojciec
rwie włosy Matka
zrozpaczona Zuzia płacze
skuczy czeladka

Wreszcie sią zjawił
piękny i młody
odważniejszy od Bohuna
kawaler młody

Padł na kolana
przed tą dziewoją
będziesz Asiu, będziesz Asiu
ty żoną moją

Będę Cię Asiu
na rękach nosił*
będę sprzątał i gotował
śmieci wynosił
 
Aśka z wrażenia
prawie zemdlała
to na Ciebie mój Robercie
zawszem czekała
 
Będę Cię luby
zawsze kochała
będę dniami i nocami
leżąc pachniała**
 
Tyle zwlekali
tyle czekali
aż się dzisiaj w Imielinie
wreszcie pobrali
 
Teraz tu mamy
kawałek nieba
psy szczekają koty miauczą
cóż więcej trzeba
 
My dziś śpiewamy
i się bawimy
w każdym kątku po dzieciątku
z serca życzymy

* Tak, w tym miejscu publika wyła i gwizdała. Panna młoda najgłośniej.
** Tu wyli jeszcze głośniej.

PS Jeśli ucieszył Cię fakt, że mogę rzucić pracę, bo mam męża (mam męża!), który mnie ubezpieczy i zechcesz dać temu wyraz, podaruj nam w prezencie ślubnym parę groszy. Pieniądze te przekaż bezpośrednio na rachunek Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu (BZ WBK, oddział Przemyśl - 27 1500 1634 1216 3005 4390 0000) z adnotacją „darowizna z okazji ślubu Asi i Roberta“. W imieniu każdego zwierzęcia, do którego wyleczenia się w ten sposób przyczynisz, PIĘKNIE DZIĘKUJEMY.

12 sierpnia 2017

2408

Jak wychodziłam za mąż – nieporadnik


Tak jakoś w połowie grudnia  zorientowaliśmy się, że – o, Boże! – jeszcze trochę pociągniemy i staniemy się pełnoletni w tym wzgardzonym przez społeczeństwo związku. Ponieważ Prezes kupił mi jakieś sto lat wcześniej złoty pierścionek z brylantem (nie noszę – nie znaczy, że nie mam, prześmiewcy!), wygrzebałam się spod zwierza i oświadczyłam:
- To dobra, weźmy ten ślub.
No co?! Nikt mi nie będzie paluchem wytykał nieprzemyślanych decyzji!

Świeżo nabytą wiedzą o losach przyszłych podzieliliśmy się z Potomstwem.
- Jezus Maria – skomentowało. – Wy tak na poważnie?
Zachichotaliśmy złowrogo. Termin był oczywisty: przez blisko 17 lat udało nam się w końcu zapamietać, kiedy mamy rocznicę. Postanowiliśmy więc nie wprowadzać zamieszania. Kumacie... spójność. Przy czym muszę przyznać, że kamienie spadające z hukiem z czterech serc naszych zawiadomionych o radosnym wydarzeniu rodziców zrekompensowały nam lekceważące podejście progenitury.

Na zaistniałą wiekopomną okoliczność udaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego. W grudniu. Że chcemy termin w sierpniu. W Imielinie. Oni tu chyba nigdy nawet jednego ślubu nie udzielili*, więc panika i histeria. Przewidując podobne zachowania, by nie wzniecać, wypchłam Prezesa naprzód, żeby mówił. Chce się żenić? Powiedział 16 lat wcześniej i nie odwołał? To niech teraz ponosi konsekwencje! Następnym razem przemyśli nim usta otworzy!

Jako że mieliśmy mnóstwo czasu, zajęliśmy się organizacją dość leniwie, to znaczy: ja zajęłam się organizacją, a Prezes mówił „Tak, tak“ i wracał do gry. Co daje średnią „bez zbędnego pośpiechu“. Najtrudniej było znaleźć fajne miejsce na imprezę, gdyż wymyśliliśmy sobie, że to ma być blisko domu i w plenerze. Przy czym nie przewidzieliśmy grupy liczniejszej niż ćwiara (wliczając przechodzonych państwa młodych). Kiedy zaczęłam zapadać się w sobie, bo albo w sali, albo za mało gości, albo za daleko, albo śmierdzi z kuchni, albo ogólnie do dupy, zupełnie przypadkiem natrafiłam na knajpkę nad zalewem, więc odłączyłam Prezesa od zasilania i mamiąc wizją posiłku wywiozłam w głuszę. Restauracja, którą znalazłam wyautowała się sama z uwagi na panią kelnerkę, która wkładała niesłychany wysiłek, by nas nie obsłużyć. Po jakimś czasie Prezes stracił cierpliwość oraz zarządził odwrót ze wzgardą, ale – argumentując, że skoro już wyszliśmy z domu, to się chociaż przejdźmy – wywlókł mnie na spacer wgłąb obszaru zalesionego. I niespodzianka: trochę dalej potknęliśmy się o niepozorną knajpkę prawie sezonową. Obejrzawszy taras zawieszony nad samiuśką wodą, wychodzące w fale molo i nieduży parking spojrzeliśmy na siebie wymownie i decyzja zapadła. Zleciliśmy druk zaproszeń, by rozpocząć kolejny skomplikowany etap, czyli odzianie Prezesa, broniącego się rękami i nogami przed zakupową eskapadą.




CDN

PS Jeśli ucieszył Cię fakt, że mogę rzucić pracę, bo mam męża (mam męża!), który mnie ubezpieczy i zechcesz dać temu wyraz, podaruj nam w prezencie ślubnym parę groszy. Pieniądze te przekaż bezpośrednio na rachunek Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu** (BZ WBK, oddział Przemyśl - 27 1500 1634 1216 3005 4390 0000) z adnotacją „darowizna z okazji ślubu Asi i Roberta“. W imieniu każdego zwierzęcia, do którego wyleczenia się w ten sposób przyczynisz, PIĘKNIE DZIĘKUJEMY.


* Kto czytał notkę poświęconą „Kurierowi“ – imielińskiej gazetce samorządowej – zapewne zorientował się, że tutaj do „wspólnoty“ przyjmuje się nie dziecięta narodzone, a wyłącznie ochrzczone. Nie dostrzegam kolejek wijących się do udzielania ślubów cywilnych.
** Tak, to ma wiele wspólnego z Centrum Adopcyjnym Lecznicy "Ada".

30 lipca 2017

2407

Karolinie* wywalają bezpieczniki przy czwartym dziecku, co jest w pełni zrozumiałe. Mam nieomal bałwochwalczy stosunek do matek wielodzietnych, które uważam za najmężniejsze z mężnych, najsilniejsze z silnych, najtwardsze z twardych. Jeśli ktoś ma co do tej sprawy wątpliwości, niechże spędzi parę dni z czwórką (dajmy na to) drobiazgu. A potem niech wróci i złoży stosowną samokrytykę. Oraz pomyśli, że ta matka oprócz dzieci ogarnia również całą rzeczywistość - od prania do remontu i zakupu samochodu, nierzadko pracując zawodowo. To jest coś, czego mój mały, skromny rozumek po prostu nie pojmuje, iskrzy mi na stykach i muszę się natychmiast napić. Te same emocje odczuwam na myśl o matkach dzieci z niepełnosprawnościami.
W związku z powyższym notkę tę dedykuję Karolinie, mimo że w ogóle jej nie dotyczy. Ale potrzebuje oderwać się od codzienności, a skoro ona chce, to ja piszę.

----------

Pragnę zaapelować do wszystkich ludzi sprzedających odzież przez internet na skalę masową.

Otóż, Drodzy Sprzedający!

Jeśli ja jestem grubą babą, to chcę zobaczyć na zdjęciu, jak w wybranej kiecce wygląda gruba baba. Nie pokazujcie mi pani, która ma 1,75 m wzrostu i waży 48 kg, a reklamuje odzież dla rozmiaru od 44 w górę, bo to jest absurd. Skoro szukam rozmiaru od 44 w górę, to znaczy, że 48 kg ważyłam ostatnio w niemowlęctwie. I nie, ja naprawdę nie mam z tym problemu. Taka jestem, lubię siebie, wiem, że nie muszę sprostać niczyim oczekiwaniom, mogę pochłonąć ciacho czerpiąc z tego przyjemność w miejsce katowania się wyrzutami sumienia, mam pozytywne nastawienie do świata, lubię ludzi i czuję wdzięczność, że żyję. Każdego, każdziusieńkiego dnia. Po prostu wstaję rano i myślę sobie: "Ale fajnie! Jestem, świat jest, nie oślepłam podczas snu**, koty się cieszą, psy się cieszą, mam rodzinę, pracę, którą lubię - no, w pytkę! To do roboty!".

Nie zawsze tak było. Kiedyś nosiłam rozmiar 40 i byłam bardzo zgrabna, ale miałam duży biust, a moje koleżanki wbijały się w 36/38. W sklepach było to, co było, cycków nikt nie przewidywał, więc zawsze robiła mi się dziura w zapinanej odzieży na wysokości biustu, dzięki czemu czułam się OGROMNA w tych za małych łaszkach, co stanowiło wiecznie bijące źródło kompleksów. Nienawidziłam samej siebie do granic ludzkich możliwości. Kiedy myślę o sobie z tamtych czasów, to chciałabym jedynie przytulić się serdecznie do serca i jakoś wytłumaczyć, żebym przestała tak krzywdzić człowieka. Niestety doskonale wiem, że tego wytłumaczyć się naówczas nie dało.

Zaskoczę Was w tej kulturze bycia fit - o wiele mi lepiej 20 kg i 20 lat później. Mam nadmiar, zmarszczki, siwe włosy, czasem budzę się z bólem pleców, drętwieją mi palce w prawej ręce, ponieważ posiadłam zwyrodnienie kręgosłupa w odcinku szyjnym oraz różne tam takie. I co? I pstro. Życie jest super. Jedyne, niepowtarzalne, moje - najmojsze. Nie mam zamiaru go sobie zepsuć myśleniem złych rzeczy o sobie samej. Szkoda czasu.

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Proceder ten ma się znakomicie do chwili, gdy ktoś usiłuje wepchnąć mi kieckę za pomocą modelki, którą nigdy nie byłam, a już na 100% nigdy nie będę. Na potwierdzenie tej teorii zamieszam zdjęcia tego samego modelu na dwóch różnych paniach. Uwaga!





Kumają różnicę?
Tak, obie pani są bardzo atrakcyjne i pięknie im w tej szmatce, ale wyglądają zupełnie inaczej. I ja dzięki zdjęciu nr 2 na pewno wiem, że ona bezlitośnie obnaży rzeczone nadmiary, więc luzuję i szukam czegoś innego. Nie dlatego, że ktoś sobie coś pomyśli, tylko żeby mieć komfort psychiczny.

Zatem, Drodzy Sprzedający!

Nie traktujcie mnie jak towaru drugiej kategorii. Pokażcie mi prawdę. Może nie kupię tego akurat ciuszka, ale jeśli będziecie traktować mnie poważnie, wrócę do was. Gdyż albowiem mam histeryczny wręcz wstręt do centrów handlowych, co czyni mnie idealną odbiorczynią waszych internetowych sklepików. I może preferuję latanie w bawełnianych, luźnych gatkach, ale czasem muszę wyjść do ludzi (choć tego unikam), w dodatku odświętnie odziana. Łatwo możecie sprawić, bym zasiliła na tę przykrą okoliczność waszą właśnie kieszeń. Po prostu uszanujcie we mnie klientkę taką samą, jak pani ze zdjęcia nr 1.
O ile w ogóle istnieje.





* Karolina jest PIĘKNA. Przywołała na świat czworo dzieci, wygląda jak licealistka, posiada figurę fotomodelki i buzię podlotka. Do kompletu dano jej wielkie serce, które każe pomagać wszystkim potrzebującym istotom, choć ona nikomu o tym nie mówi. Ja WIEM. 
** Cóż... ludzie mają różne kłopoty, ja mam taki. Zamiast myśleć: "Co będzie, kiedy oślepnę?!", myślę: "Dziś to jeszcze nie jest mój problem".

17 lipca 2017

2406

Tak śmy się z Zacofanym w lekturze* poprztykali o Nogasia redaktora oraz, przy okazji, Boczka Ewrzena, że zaczęłam myśleć, o co właściwie chodzi z tymi książkami. Dlaczego mianowicie mnie różne rzeczy nie śmieszą albo wręcz nudzą? Dwa dni myślałam. I co? I wymyśliłam! Co więcej - to prawdopodobnie jakaś prawda uniwersalna i dotyczy także Chmielewskiej. Czyli w końcu mamy odpowiedź na pytanie: "Dlaczego nie mogę w Chmielewską?".

Nie będę Was trzymać w niepewności, bo sprawa jest prosta, jak drut. Otóż ja Chmielewskiej nie wierzę. I nie wierzę też Boczkowi Ewrzenowi. Oraz kilku innym autorom. Przez to, że im nie wierzę, historie, które tworzą, nudzą mnie nieznośnie. A nawet męczą i żenują. Oraz całkowicie, od A do Z nie śmieszą.

Bo widzicie... historia opisana w powieści musi być autentyczna.
- Ale jak to?! - zakrzykniecie zapewne. - Czytasz fantasy i bredzisz o autentyczności?!
Ano tak. Uwielbiam nieodżałowanej pamięci Terry'ego, choć jego książki z założenia są bajką. Ale spójną!!! Wiecie, na czym polega "prawdziwość" historii? Otóż na tym, żebym na tę jedną chwilę (chwila jest pojęciem względnym) skorzystała z zaproszenia pisarza, weszła w świat, który stworzył i uwierzyła, dała się ponieść historii, podążała śladami bohaterów bez wrażenia, że - heloł! - coś ci tu, bracie, nie styka! Były trzy ręce, a teraz są cztery!

Świat Dysku jest spójny do ostatniej kropki. Już pomijam wyobraźnię, poczucie humoru z najwyższej półki (ukłony dla Piotra Cholewy - jest pan moim bohaterem), artyzm i klasę, po prostu skupmy się na jednej rzeczy: tym historiom niczego nie można zarzucić. Tam się nie rozchodzi w szwach. Wszystko jest idealnie prawdopodobne dla rzeczywistości, w której toczy się dany wątek. Bohaterowie mogą zachowywać się absurdalnie z naszego punktu widzenia i cały ten świat może być kompletnie od czapy, ale on sam siebie definiuje. Takie zachowania, myśli, dialogi w tej akurat rzeczywistości są idealnie naturalne i zwyczajnie czytelnika nie dziwią. Do chwili, gdy podniesie oczy znad ostatniej strony. Rozmyślnie pomijam fakt, że wiele z sytuacji u Pratchetta jest po prostu z życia wziętych, bo ja się zetknęłam z identycznymi. Owszem, były kosmiczne, ale jak najbardziej prawdziwe.

Dlatego nie bierze mnie Chmielewska. Jej świat nie jest spójny. Z jednej strony osadza akcję w realiach, które nie są obce większości czytelników, by z drugiej wciskać tam wydarzenia, przemyślenia i słowa, w które trudno uwierzyć w aspekcie snutej historii. Może gdyby inaczej skonstruowała kanwę, pociągnęła mnie ku jakiejś alternatywnej rzeczywistości, tobym jej uwierzyła. Ale nie potrafię. Chmielewska kłamie. A Boczek Ewrzen jest jej kumplem. Stąd w moim odczuciu nie są śmieszni, tylko się silą. Kłamczuszki.

Od lat irytowało mnie porównywanie tego, co piszę, do stylu Joanny Chmielewskiej. Bardzo przepraszam, ale gdy się człowieka dopasowuje do pisarza, którego nie lubi, choćby nie wiem, jak był znany, to go jednak wkurza. Teraz wreszcie pojęłam, na czym polega różnica. Otóż ja opisuję wyrywki z mojego życia. Tak, ono bywa wywalone w kosmos i dziwaczne, ale - na Boga! - to prawda. My tak głupio ze sobą gadamy, z tytułu pewnej odrębności umysłowej generujemy dziwne i śmieszne sytuacje**, co nie zmienia faktu, że one rzeczywiście mają miejsce. My jesteśmy wyciągnięci z tyłka makaka, w dodatku od pokoleń, więc aberracja genetyczna wydaje się tu dość prawdopodobna, a przynajmniej ja ochoczo na to zwalam. I kiedy czytam po czasie jakąś swoją notkę, to pod powiekami mam obraz prawdziwych zdarzeń. Być może idiotycznych, ale jak najbardziej spójnych, ponieważ rzeczywiście miały miejsce i często mam na to świadków. Naprawdę tańczymy ze sobą dla usprawiedliwienia wątków w rozmowie. Czasem nawet tańczymy z psami i kotami. Tak, potrafimy zacząć śpiewać wpół słowa i to w dodatku synchronicznie. Gadamy, jak potłuczeni, bo jesteśmy potłuczeni i chyba nikt w to nie wątpi.

Więc drogie dziateczki, które marzycie o karierze poczytnych pisarzy: twórzcie historie prawdziwe. Gdy zaczniecie kłamać, czytelnicy to wychwycą. JA to wychwycę! A potem znajdę was i zabiję!!!

***

Jest jeszcze taki drobiazg: powieść musi wciągać. Jeśli nie mam ochoty poznać, jak rzecz się kończy, to znaczy, że książka jest do dupy. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia***.



* Nigdy nie linkujcie do Zacofanego w lekturze. Człowiek sobie blog otworzy celem pozyskania adresu do linku i dwie godziny ma z głowy, bo niechcący przeczytał jedno zdanie i go wessało.
** Zapytajcie martuuhy. Ona widziała mnie nie raz w akcji. Tak, biegałam między samochodami pod kościołem dominikanów w Poznaniu, wznosiłam okrzyki i robiłam miny. Bo ja mam sieczkę w głowie. Za to ona gada do windy, więc nie da rady wymiksować się z towarzystwa.
*** Nie podejmujemy w ogóle wątku języka, ponieważ ta część rozważań dotyczy nie tylko pisarza. Z brudasami i niechlujami nie gadam. Idźcie sobie śmierdzieć gdzieś indziej.

13 lipca 2017

2405

W moim pięknym mieście, roboczo zwanym "tą wsią, gdzie mieszkamy", dystrybuowany jest bezpłatnie miesięcznik, którym jestem zafascynowana do granic wytrzymałości.


Za każdym razem, gdy odkrywamy kolejny numer w skrzynce pocztowej, porzucamy wszelkie czynności - choćby nie wiem, jak pilne były - i biegniemy czytać. Zawsze zaczynamy od tego samego miejsca...


Jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy, bo lokalni reporterzy czuwają, by nie umknęło im najmniejsze zdarzenie niepożądane. Dziś do łez wzruszenia doprowadził mnie następujący przypadek:


Cóż za zmotywowany człowiek, naprawdę.

Mamy też kronikę strażacką (6 czerwca na ul. Wandy nasi dzielni strażacy uwalniali kota ze rury kanalizacyjnej - trochę martwi mnie słowo "uwalniać", bo sugeruje niepowodzenie), porady prawne mecenasa Orzeła (w tym miesiącu dokonujące wtórnej wiktymizacji ofiary wyłudzenia, ale ufam, że w zbożnym celu), informacje o pakiecie 500+, dofinansowaniu wymiany pieców, dyżurach radnych, pełen radości artykuł o tym, jak cudownie jest mieszkać w Imielinie, czego cała Polska może dowiedzieć się z anonimowej ankiety, ostrzeżenie przed Tour de Pologne, informacje szkolne, przedszkolne czy żłobkowe, a także kulturalne i sportowe. W Kurierze zamieszczanych jest wiele szalenie pożytecznych informacji, a moją najulubieńszą (zaraz po rzeczonej kronice policyjnej) w tym miesiącu stało się sprawozdanie z Festynu farskiego.


Niespodziewana pralka. To musiało być święto.

***

Tak, troszkę się naśmiewam, ale przysięgam, że czytamy każdy numer od deski do deski. Co prawda regularnie myślę, żeby się odezwać do osób odpowiedzialnych i zobowiązać, że będę im to wszystko pisała, byle wyrzucili obecnych grafomanów, ale po chwili namysłu się powstrzymuję, bo na co bym czekała cały miesiąc?! Życie nie byłoby już takie samo, gdyby do moich rąk co rusz spływały raporty policyjne z interwencji w stołecznym mieście Imieliniu. Może i byłoby śmieszniej, ale innym. Mnie za to wcale. Więc biorę głęboki wdech i rozpoczynam oczekiwanie na numer sierpniowy.

***

Gdybyście chcieli przejrzeć cały numer naszej lokalnej prasy, to zapraszam serdecznie! Jest dostępny w wersji elektronicznej. Polecam Księgę Wyjścia. Mieszkańców na ulicę. Miłej lektury.



12 czerwca 2017

2404

Zauważyliście, że ostatnio przychodzę z notką tylko wtedy, gdy coś wyprowadzi mnie z równowagi? Swoja drogą - miło, że sytuacja występuje zaledwie raz w miesiącu (i nie jest związane z PMSem). Dziś, Drogie Państwo, wkurzyła mnie sprawa Avonu i oskarżeń byłej pracownicy. To zacznę od linka. Otóż co, mianowicie, my czytamy tu? Proszę:


Lawina nienawiści do Avonu ruszyła z takim impetem, że szkoda gadać. Mnie wpadł w oko ten wpis zanim Avon się do tego ustosunkował i od razu poczułam smród, ale powstrzymałam się od jakichkolwiek komentarzy, bo nie wszytko trzeba skomentować. Jednak kiedy ukazało się oficjalne stanowisko firmy, pomyślałam tylko: jakie to smutne, że można dowolnie kogoś obsmarować w Internecie i żadnej odpowiedzialności. Czyli ta sama refleksja, co zawsze.

Jaki fragment tekstu powinien zwrócić naszą uwagę przed poznaniem stanowiska Avonu? Ano takie dwa:
1. "Stało się to zanim onkolog wystawił mi zwolnienie",
2. "Informację o spotkaniu, w czasie którego miałam być zwolniona, dostałam czekając w szpitalu na biopsję".

Moi Drodzy - biopsję robi się w celach diagnostycznych. Zatem kiedy pani Frejkowska została zaproszona na spotkanie, nie wiedziała, że jest chora i nikt tego nie wiedział. Najprawdopodobniej zauważono zmianę w piersi i poddano dalszej diagnostyce. W związku z czym nie było możliwości, żeby w Avonie już wiedziano, że ma raka, bo nie wiedzieli tego nawet lekarze. Zmiana w piersi może okazać się włókniakiem, zwapnieniem (tu mniejsza szansa, bo pani Frejkowska wygląda na osobę młodą) i każdą inną formą, niekoniecznie złośliwą. Z tego też powodu lekarz nie wystawił zwolnienia - po prostu nie miał na co. Inna sprawą jest, że nawet przy raku onkolodzy nie wystawiają każdemu od razu zwolnień chorobowych. Nie zawsze sytuacja tego wymaga. W wielu przypadkach znacznie lepiej jest, gdy pacjent prowadzi normalną aktywność, bo wtedy ma zajęcie i nie myśli cały czas, że pora do trumny.

A potem, w naprawdę krótkim czasie, ukazało się stanowisko Avonu.


Ach! Czyli to nieprawda, że pani Frejkowska pracowała w Avonie?! Jakoś trudno mi uwierzyć, że nie miała świadomości zatrudnienia u pośrednika, wszak doskonale wie (chociaż się myli, bo nie 30, tylko 33), za ile dni zwolnienia lekarskiego płaci pracodawca. Trudno mi też uwierzyć, że nie wiedziała, że Avon nie poniesie żadnych kosztów związanych z jej chorobą (i już zaplanowała długoterminowe zwolnienie lekarskie - co na to lekarz prowadzący?), ponieważ jako zleceniodawca płaci za wykonaną usługę i jest mu wszystko jedno, kto ją wykonuje. Na tym właśnie polega outsourcing i nie będziemy tu dyskutować, czy to jest właściwa forma zatrudniania pracowników, bo nie tego dotyczy post. Chodzi tylko o to, że wszelkie zarzuty pani Frejkowskiej są chybione i wystawiają jej tylko opinię, jako pracownikowi. Niezbyt chlubną, niestety. Ja bym nie zatrudniła, choć oczywiście bardzo współczuję, jeśli faktycznie jest chora.

Dodatkowo mogę podejrzewać, chociaż nie mam absolutnej pewności, a jedynie wniosek ten podopowiada mi doświadczenie życiowe i znajomość rynku pracy, że pani Frejkowska w ogóle nie miała umowy o pracę, a jedynie zlecenie, ponieważ tak działa znakomita większość agencji pracy tymczasowej. Zatem kosztów zwolnienia lekarskiego nie poniósłby nikt i niech mnie jakiś kadrowiec / jakaś kadrowa wyprowadzi z błędu. Bo niby po co zatrudniano by na zlecenie? Ano m.in. po to, żeby nie płacić za urlopy i zwolnienia związane z chorobą. Kiedyś jeszcze była to kwestia składek do ZUS, ale od lat umowy zlecenia są "ozusowane", więc nie tędy droga.

Co tymczasem robi Avon, na którym, jak podejrzewam, pani Frejkowska usiłuje wymusić zatrudnienie? Czy milczy? Wypina się? Wydaje oświadczenie i olewa? Hmmm...


Pomimo faktu, że pani Frejkowska po prostu oczerniła firmę, ta nadal się stara jej pomóc. Mnie sie to podoba - jest bardzo spójne wizerunkowo i pokazuje ludzka twarz Avonu, który mógłby przeciwko zainteresowanej wytoczyć armatę. Zrozumcie, że żadna firma nie może przyjmować do pracy ludzi tylko dlatego, że są chorzy. Bo jeśli jedna osoba, to czemu nie 1000 kolejnych? Pani Frejkowska najwyraźniej nie sprostała oczekiwaniom rynku i jedyne, co wymyśliła w tej sytuacji, to jazda na złej opinii zleceniodawcy. (Trochę mi to przypomina jazdę na trumnach do urn wyborczych, ale oj tam). A może powinna po prostu poprosić o pomoc? Zwyczajnie, po ludzku, zgłosić się do fundacji prowadzonej przez Avon, opowiedzieć o swojej sytuacji życiowej i zapytać o możliwość wsparcia?

Zwróćcie uwagę, że Avon jej nie oczernia. Polityka firmy jest taka, że spotyka chorego człowieka i mu pomaga, a nie ocenia. Nie podoba Wam się to? Toście jeszcze na rynku pracy w dupę nie dostali!

Doktor House ma rację: ludzie kłamią. Bądźcie krytyczni czytając różne newsy, starajcie się docierać do faktów, powstrzymujcie konie swych emocji i pamiętajcie, że nie wszystko pomyślane ad hoc musi zostać upchnięte w przestrzeń wirtualną. Czasem warto chwilę zaczekać, wyjśc z psem (albo dzieckiem) na spacer, ugotować zupę albo obejrzeć komedię. A już najlepiej jest się parę godzin przespać. Przysłowie mawia, że ranek jest mądrzejszy od wieczora.

Pani Frejkowskiej życzę zdrowia i żeby wraz z nim przyszło opamiętanie. Stawanie się lepszym człowiekiem ma po prostu obiektywny sens.

13 maja 2017

2403

Kiedyś Tato powiedział mi, że w pewnym momencie dojrzały czytelnik zaczyna odczuwać brak pociągu do beletrystyki. Puściłam to mimo uszu, ale zaczyna mi się wydawać, że miał rację i najlepszym przykładem wtórnego odprysku czytelnictwa w moim przypadku jest nie to, co czytam, ale to, co piszę. Coraz częściej czuję potrzebę, żeby wypowiedzieć się na tematy społeczne - coraz rzadziej, by pisać o kolejnym podkopie pod płotem. Wychodzi na to, że - jak zaśpiewał niegdyś zaprzyjaźniony zespół rockowy: ojciec ma zawsze rację*.

O czym więc dzisiaj zamierza opowiedzieć Ciocia Asia? Ano o odpowiedzialności i przewidywaniu konsekwencji. Dzięki temu wstępowi ci z Was, których moja czcza gadanina irytuje, mogą już wyłączyć telewizor. Cierpliwszych zapraszam do rozważań. Piszę na gorąco, ponieważ uważam, że sprawa tego wymaga. Być może powstrzyma to kilka osób od emocjonalnego kliknięcia i nie ukrywam, że na to właśnie liczę.

Dziś popołudniu internety (z naciskiem na fejsbuk) obiegła informacja, której - z przyczyn dla tej notki charakterystycznych - nie zalinkuję. Informacją tą był film z okropnego zajścia. Otóż w pewnej szkole ponadpodstawowej doszło do przemocy: cztery gimnazjalistki bez litości tłukły i kopały jedną dziewczynkę, czemu przyglądali się (i filmowali!) chłopcy. Film był straszny - obejrzałam go. Wdałam się również w całkowicie bezowocną dyskusję pod jednym z udostępnień. Czy żałuję? Chyba nie do końca. Finalnie nikogo chyba nie przekonałam, ale moi interlokutorzy znacznie spuścili z tonu, a opuściłam ich w momencie, gdy skończyły się argumenty i oberwałam od donosicieli. Nie wiem więc, co było dalej i - jak zapewne się spodziewacie - nie zamierzam sprawdzać.

Na wstępie, dla dobra późniejszych wywodów, pragnę wszystkich zapewnić, że jestem absolutnie przerażona tym, co zobaczyłam. Cztery dziewczynki "profesjonalnie" rozstawione, bijące w twarz, głowę, tułów swoją ofiarę, kopiące ją (również w głowę!!!), nienawistnie wykrzykujące pod jej adresem, a także chłopcy z drugiej strony telefonu, zachęcający oprawczynie do kontynuowania procederu, to aż za wiele na moją wytrzymałość. W chwili, gdy to sprawdzałam, pod filmem było 18.000 komentarzy, nienawistnych, pełnych agresji i zachęcających do bezlitosnego rozprawienia się z agresorkami (ciekawe, że nikt nie odnosił się do chłopców zza kadru). Naówczas film ten miał blisko 39.000 udostępnień. Strach pomyśleć, jaki był zasięg globalny.

Sytuację uważam za jednoznacznie złą i byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która w komentarzu przywołała policję z prośbą o interwencję z urzędu (przyznaję z bólem, że nie mam mocy przerobowych na sprawdzenie wszystkich wpisów). Nienawiść, zachęcanie do samosądu, agresja lały się strumieniami. Nie wiem doprawy, co bardziej mnie przeraziło: czy sama sytuacja, czy kompletny brak odpowiedzialności dorosłych, którzy wyrzucili z siebie emocje kompletnie nie licząc się z konsekwencjami, jakie mogą z ich bezmyślności wyniknąć.

Daleka jestem od idealizowania świata. Sama byłam wielokrotnie ofiarą przemocy i z ogromnym wstydem nie potrafię przysiąc, że sama jej nie używałam. Nie zawsze byłam tą osobą, którą jestem obecnie. Mało tego! Doskonale pojmuję, że przez lata byłam głupkowata, pragnęłam akceptacji i poddawałam się psychologii tłumu, co prowadziło mnie po częstokroć na bezdroża debilizmu. Wstydzę się tego i nie usprawiedliwiam. Na szczęście mój spowolniony mózg w końcu zaczął działać, by doprowadzić mnie do sytuacji, gdy specjalnie nie krzywduję swojemu intelektowi.

Co on mi obecnie podpowiada? Ano, że tak nie można. Po pierwsze ujawnianie publicznie czyjegoś wizerunku bez jego przyzwolenia jest niezgodne z prawem. Na tym etapie nie możemy dociec, czy agresorki same zamieściły relację w internecie, czy też zrobił to ktoś trzeci. Jakkolwiek nie byłabym zwolenniczką natychmiastowej, ostrej reakcji na tę sytuację zarówno rodziców, jaki i nauczycieli oraz organów ścigania, tak uważam, że działanie dorosłych niezgodne z prawem niesie jedynie przesłanie... że wolno działać niezgodnie z prawem. A przecież prawo nie musi się nam podobać, ale dura lex, sed lex. W jaki sposób młody, dopiero kształtujący się organizm ma się dowiedzieć, co jest dobre, a co złe, skoro dajemy mu sprzeczne komunikaty?

Po drugie: ujawnianie twarzy tych dziewczynek jest skrajnie nieodpowiedzialne. Czy każdy, kto bez chwili zastanowienia kliknął "udostępnij", weźmie na siebie odpowiedzialność za ewentualny samosąd na tych dzieciach, do którego może doprowadzić?! Sądzicie, że na świecie jest mało osób, które zechcą "zdyscyplinować", "pokazać właściwą drogę", pozwolić zrozumieć, jak należy się zachowywać? Wiecie, jak działa psychologia tłumu? Tłum nie myśli, tylko rozszarpuje na strzępy. A od tego nie ma odwrotu. A nie o to, zdaje się, chodzi.

Przypomniała mi się sytuacja, kiedy w szkole podstawowej Zuzi dowiedziałam się, że w klasie jest chłopiec, którego dzieci ordynarnie szczują. Wróciłam do domu i zrobiłam jej jesień średniowiecza. Do dziś nie wiem, czy brała w tym udział, ale jedno wiem na pewno: moje zachowanie przyczyniło się do stworzenia porządnego człowieka. Gdy pokazujemy dzieciom na własnym przykładzie relatywność, nie uzyskamy tego, co nam się marzy w mokrych snach. Gdy mówisz dziecku, że należy przekraczać ulicę wyłącznie na pasach, a sam tniesz gdziebądź, nie oczekuj, że ono cię posłucha. Wychowasz gnoma, jakim sam jesteś. Zachowujmy się przyzwoicie. Może nie zawsze to się opłaca, ale na pewno warto.

Po trzecie: czy chciałabym, żeby moralności nauczył moje dziecko pięścią obcy tatuś? Czy w ogóle można kogoś nauczyć etycznego postępowania stosując przemoc? Jaki dajemy dzieciom przykład wyważonych, adekwatnych reakcji, gdy sami postępujemy skrajnie emocjonalnie, łamiąc prawo niesieni wzburzeniem? Czy uczymy dzieci odpowiedzialności pokazując, że każda iskra wznieca w nas pożar? Jak powinien zachować się w takiej sytuacji dorosły, odpowiedzialny człowiek? Jeśli zna dramatis personae - na pewno podjąć interwencję u rodziców, wychowawców, na policji. A obcy? Zawiadomić służby. Wszak działamy post factum! Nie rozmawiamy wcale o interweniowaniu w trakcie sytuacji! W Intermecie na kopy moralistów, a statystyki wykazują, że gdy coś się dzieje - ofiara zwykle pozostaje sama ze swoją tragedią!

Już w głębokim, zafajdanym dzieciństwie przestałam myśleć, że świat zbudowany jest w tęczowym entourage'u i składa się wyłącznie ze stokrotek oraz puchatych kociąt, z subtelną muzyką w tle. Wiem, że istnieje tyle dobroci, ile świństwa, zła, przestępczości i krzywdy. Ale wiem też, że nie przeciwstawimy im się, stosując identyczne metody. Dobro to nie jest słabość, do jasnej cholery!!! A dorosły człowiek myśli i przewiduje (na ile to możliwe) konsekwencje swoich zachowań.

Na koniec powiem coś straszliwie niepopularnego. Otóż, widzicie, ja od zaistnienia uważam gimnazja za zło. Oczywiście nie chcę negować pracy, jaką wkładają liczni nauczyciele w podniesienie jakości wychowania i nauczania w placówkach tego poziomu, ponieważ to szanuję i doceniam. Nie jestem również zwolenniczką likwidacji etapu gimnazjalnego, ponieważ sądzę, że raczej powinniśmy udoskonalać to, co już istnieje niż zaorać wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć. Ale zmierzmy się z myślą, że widzimy jest odprysk. Grupujemy w odosobnieniu burzę hormonalną. No to mamy efekty.

Co ja właściwie chciałam tu powiedzieć? Och, zaskoczę Was! To, co zawsze. Nie bądźcie chujami płci obojga. Nie kierujcie się wzrostem adrenaliny. Zachowujcie się wyważenie i adekwatnie. Interweniujcie, gdy sytuacja tego wymaga.

------

PS Na koniec dykteryjka w aspekcie wpisu o odpowiedzialności za komentowania na podstawie sędziego Gwizdaka. Otóż wrócił z poprezesowkich, urlopowych, zagranicznych, rowerowych wojaży i przeczytał moją notkę. Zachował się tak, jak przypuszczacie. BARDZO EMOCJONALNIE** ;-)
Oraz znów mi wyznał. Jego tajne spowiedzi doprowadzą mnie kiedyś do schizofrenii. Ale liczę, że będzie się działo! I oczywiście całym sercem wspieram te szalone, wspaniałe plany. Niech się dzieje!

PS 2 Ludzie, ja się czuję czasem jak konfesjonał. Myślę o wprowadzeniu opłat. Ja mam liczne kredyty i chcę, żebyście to przyjęli do wiadomości. Howgh.


* Żeby nie było, że taka poważna jestem: chodziło o spożycie alkoholu. Ale hasło chwytliwe.
** Dużo emotikonek. Dużo wykrzykników.

9 maja 2017

2402

Dziś zapragnęłam Wam wytłumaczyć niezwykle łopatopogicznie, dlaczego Hanusia jest Bardzo Niegrzecznym Pieskiem. Ujmując rzecz w najkrótszym możliwym skrócie - Hanusi nie da się wychować, ponieważ przestępstwa popełnia radośnie i człowiek nie potrafi jej skarcić.

Egzemplum.

Hanusia wykopuje kolejną dziurę pod płotem, a następnie zwiewa do tych łąk i pól zielonych. Człowiek (czyli ja) wyparza z chałupy i ryczy: HANKAAAAAAAA!!! A Hanusia...

video

Człowiek podejmuje kolejne wyzwanie i ryczy: HANKAAAAA, CHODŹ TUTAJ!!! A Hanusia...

video

Do tego odwraca główkę w stronę człowieka, wywiesza józiowy ozór, łopocze nim na wietrze i...

video

Jeśli akurat trawa lub zboże podrośnie, to widzimy tylko fragmenty całej zabawy (bo część Hanusi znika), ale zawsze...

video

I ja nie potrafię się na nią gniewać. Gdyż w Hanusi jest cała radość życia, te muchy pomiędzy zębami, łopot ozora na wietrze, furgająca kita i cwał.

Jeśli mi się kiedyś uda - sfilmuję i sami zobaczycie. To znaczy... nie zobaczycie, bo już widzieliście. Wygląda I-DEN-TYCZ-NIE.

7 maja 2017

2401

Internet jest dla mnie źródłem uczuć skrajnych. Z jednej strony uważam go za absolutny cud: ta unikalna w historii świata dostępność informacji, które są na wyciągnięcie nawet krótkiej ręki*, interakcje, którym zawdzięczam swoje dobre, ba! cudowne życie oraz multum znajomości, których nie nawiązałabym w żadnej innej sytuacji, dobro i pomoc, jakiej doświadczają potrzebujący**, pospolite ruszenia w obronie praw, wzrost społecznej świadomości i wiele, wiele innych. A z drugiej... to poczucie anonimowości i bezkarności, które pozwala niektórym osobom*** myśleć, że mogą napisać każdą bzdurę i świństwo, ponieważ nikt ich nigdy nie znajdzie. Jakże się mylą.

Ta dualna rozterka, która zaprowadziła mnie do dzisiejszej notki, odkłada się gdzieś w duszy od lat, ale szczególnie ukłuła w sprawie sędziego Jarosława Gwizdaka - osoby medialnej i nietuzinkowej, dającej się dostrzec w morzu głów. Na głowy te sypie się wiele oskarżeń o złą, krzywdzącą szarego obywatela pracę. Wypowiadający się nie dostrzegają wszakże jednego: otóż rozgoryczenie przegranego w danej sprawie zwykle jest równoważne z satysfakcją wygranego. Tu tkwi prawdopodobnie źródło irytacji. Niemniej warto zauważyć, że na tym właśnie polega problem, przez sędziego Gwizdaka często podkreślany.

Dlaczego akurat ta kwestia mnie boli? Z dwóch powodów. Otóż sama, jak wiadomo, pochodzę z prawniczej rodziny, a co za tym idzie - z rozterkami tej grupy zawodowej stykam się niemal od urodzenia. Mój Tato, człowiek honoru i kryształowej wprost, niemal idiotycznej uczciwości, na swoim zawodzie dorobił się mieszkania komunalnego i pożyczki, którą zaciągnął, by jakoś wypuścić mnie w dorosłe życie. Trudno w to uwierzyć, ale moi rodzice są ludźmi, posiadającymi... NIC. Przeszło pięćdziesiąt lat pracy zawodowej Ojca (serio - uwierzylibyście, że można pracować tyle lat?) w zawodzie, postrzeganym jako źródło wyjątkowych wprost dochodów i facet nie ma nawet linii debetowej w koncie. Jego największą finansową radością jest karta kredytowa. Myślicie, że na dużą sumę? Bynajmniej. Cieszy go zwykła możliwość spłacania w ratach tabletu, zakupionego przez nas online ślepej matce, żeby se mogła czytać książkę za pomocą dużych liter. I on, 81-letni staruszek, nie musi o te raty nikogo prosić.

Co w całej sytuacji jest jeszcze istotne? Otóż mój Tato nie jest przypadkową osobą. Nasze nazwisko jest bardzo znane w środowisku, Ojciec przez wiele lat pełnił różne świecznikowe funkcje i robił to (uwaga - będzie trudne słowo) społecznie. Wiecie, co to znaczy "społecznie"? Ja Wam powiem: to znaczy, że nie pobierał wynagrodzenia. Z jednej strony grzeje mnie to do czerwoności, ale z drugiej, cóż... mało kogo tak szanuję, jak Tatę. Byłam tam i widziałam, ile pracy, czasu, zaangażowania wkładał w robotę, za którą nie dostał nawet złamanego grosza. I finalnie, co on zrobił, ten mój Ojciec? Otóż zamknął mnie w pokoju na klucz w trzy sekundy po tym, jak oznajmiłam, że zamierzam studiować prawo. Zamknął i oświadczył, że nie nakarmi, póki nie zmienię zdania. Dziś, po czterdziestce, myślę, że pozwolił mi wyciągnąć lepszą kartę z puli losu. Wtedy szlag mnie trafiał. Gwizdaka ojciec w pokoju nie zamknął.

Z drugiej, jakby Wam to powiedzieć... znam człowieka. Tyle, ile on w czasie czteroletniej zaledwie kadencji, nienadęty, ludzki, normalny w najlepszym tego słowa znaczeniu, zrobił dla wymiaru sprawiedliwości, a tak naprawdę: dla nas, szarych obywateli, trudno opisać. Jeździł na wózku inwalidzkim po swoim sądzie, żeby samemu sprawdzić, jak trudno jest osobom z fizycznymi niepełnosprawościami dotrzeć tam, gdzie szary obywatel wskakuje bez zastanowienia. I wyciągnął z tego praktyczne wnioski. Stworzył unikalne w skali kraju rozwiązanie mediacyjne, pozwalające zwykłym ludziom uniknąć spraw cywilnych, po których - uwierzcie - zostają tylko ruiny i zgliszcza relacji. Jest współautorem wspaniałego, napisanego LUDZKIM JĘZYKIEM  podręcznika dla gimnazjalistów**** na temat tego, o co w ogóle chodzi w tym strasznym, nieludzkim językiem pisanym prawie. Wielokrotnie występował publicznie, mówiąc wprost o niedomaganiach systemu, ale - fakt - mówił wprost, z tym, że do inteligentnych. Znajdował czas, by spotykać się się z uczniami i studentami, by mogli poznać zawiłości dróg dochodzenia "sprawiedliwości". Urządzał gry terenowe w swoim sądzie - ja się na tym nie znam, ale podejrzewam, że to wydarzenie na skalę światową. Apelował o standard postępowania w czasie konferencji branżowych (istnieją tego dowody na YouTubie), udzielał wywiadów w prasie, występował w telewizji, udzielał się społecznie i zwyczajnie, po ludzku, wieczorową porą pomagał przez telefon, kiedy jakaś sprawa niecierpiąca zwłoki wymagała fachowego wsparcia.

A teraz jakiś chuj, za przeproszeniem, pisze, że szerokiej drogi i nie będziemy tęsknić. Otóż będziemy. Bo Jarek jest naszym dobrem narodowym, bo nie boi się (w tej sytuacji!) głośno wyrażać niepopularnych poglądów*****, bo jest człowiekiem - co podobno brzmi dumnie. Bo zawiadamia mnie cichaczem o różnych planach, których nie mogę ujawniać publicznie. Bo jest kimś, kogo - jako obywatele - BARDZO potrzebujemy. Nie wiem, czy to przeczyta. Jego kadencja, jako prezesa sądu, już się skończyła. Zabrał swój kaseciok (młodzi czytelnicy: kiedyś nie było kompaktów ani empeczy lub cztery), parę satyrycznych grafik stworzonych specjalnie dla niego, maszynę do pisania, co to miała mu przypominać o pokorze i poszedł do domu. Ja to rozumiem. Wiem, że czeka na niego żona, dzieci i oni mają prawo do normalności. Szanuję to. Ale zwyczajnie, po ludzku, jest mi w cholerę żal.

Potrzebujemy Jarków, choć nie mamy prawa żądać, by poświęcili dla nas swój świat.
Potrzebujemy odpowiedzialności, która nie pozwoli lekkomyślnie wieszać psów na ludziach, zasługujących na największy szacunek.
Boszsz... jaka jestem stara. Mam wśród znajomych IKONY. Obym choć trochę mogła doskoczyć do tego poziomu.

W swych rozmyślaniach o Internecie i zwykłym użytkownictwie pamiętajcie o linijce. Niech Wam służy do prania się po paluchach nim wydacie pochopny sąd o kimś, w czyich butach nie przeszliście nawet kilometra. Bądźcie odpowiedzialni. Bądźcie wyważeni. Kierujcie się myślą, że nie bez powodu mamy dwoje uszu i jedne usta - to wyraźna wskazówka, by w dwójnasób słuchać, a istotnie rzadziej wyrażać opinie. Zwłaszcza publicznie.
Pamiętajcie, że istnieje takie słowo, jak "szacunek".
Szacun, Jarku.

----


* Dla choć trochę inteligentnych, mających świadomość, co to jest źródło.
** Bardzo odsyłam Was na fp na fejsie, gdzie proszę o wsparcie dla młodych ludzi oczekujących TROJACZKÓW.
*** Wielu debilom.
**** Czyli dla każdego.
***** Zawsze mu obiecuję słać ziemniaki i cebulę do miejsca cichego odosobnienia.

25 kwietnia 2017

2400

Wstałam któregoś dnia i źle się zaczęło. Było bardzo wcześnie i ciemno, nie wyspałam się, w pracy czekał armagedon, psy i koty właziły mi pod nogi, potknęłam się na schodach i nie chciało mi się żyć. Nie mogłam opanować stada, wszyscy przepychali się do posiłku, popychali mnie, a kiedy wreszcie spacyfikowałam koty i większość psów, a potem próbowałam wydać posiłek, Morgan zaczął podskakiwać, miotać się, piszczeć - całkowicie uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Byłam doprowadzona do ostateczności, krew zalała mi oczy, podniosłam rękę i warknęłam:
- Uspokój się, debilu, bo ci zaraz...
I nagle tknęła mnie myśl: CO JAK, KURWA, ROBIĘ?! Chciałam go uderzyć?! Co mnie opętało, że podnoszę rękę na tego biednego psa?! A jak ma się zachowywać?!!! On chyba sądzi, że mu się to wszystko śni. Z nieba spadł mu dom, gdzie zawsze jest miska pełna pysznego, świeżego jedzenia, a gdy tylko szturchnie miskę "wodną", to od razu ktoś leci, żeby ją napełnić, wokół są ludzie, którzy głaszczą, przytulają i całują, może biegać, skakać i bawić się z innymi zwierzętami bez ograniczeń, kiedy chce - łapie muchy w ogrodzie, kiedy chce - leży na kanapie albo przed kominkiem, śpi w łóżku przytulony do ręki, która nawet we śnie podrapie za uchem. Czego się więc spodziewać, jak nie tego, że on chce wszystkie te rzeczy naraz, szybko, więcej? Doświadczenie życiowe podpowiada mu raczej, że zaraz się obudzi, a ta niespotykana sytuacja zniknie, ustępując miejsca szarej rzeczywistości, w której bicie i głód. Czemu więc denerwuję się na to Bogu ducha winne stworzenie?!

***

W każdym z nas jest złość.

Frustracja, gniew czy złość to takie same emocje, jak każde inne. I - owszem - jak każde inne są nam bardzo potrzebne. Sygnalizują, że coś jest nie w porządku, że naruszono naszą strefę komfortu, że trzeba się zmobilizować, strzec granic lub wyjść poza nie, uciekać, chronić, bronić albo wołać pomocy. Nie jesteśmy złymi ludźmi, bo odczuwamy takie emocje - raczej miarą naszego człowieczeństwa jest to, co z nimi zrobimy. Czasami złość jest wręcz bardzo, bardzo potrzebna. Ale to nie znaczy, że usprawiedliwia każde nasze zachowanie. Dojrzały człowiek zachowyje się adekwatnie do okoliczności. Niedojrzały powinien pracować nad sobą*. Nie dajesz sobie ze sobą rady, a nie chcesz nad tym pracować? Męcz się sam. SAM, co podkreślam. Że niby nie wolno? Wolno. Nie wolno natomiast cedować swoich złych emocji na innych i tam ich rozładowywać.

***

Na temat Piaseckiego nie wypowiadałam się ani na blogu, ani na fejsie, ani nawet w realu. Do dziś, kiedy w oko wpadł mi artykuł cytujący jego następującą wypowiedź:
Małżonka mogła odejść. Dziś zrobiła aferę na całą Polskę. Chciała dokonać samosądu opinii publicznej, zanim sąd wyda wyrok. Przecież mnie już dawno zlinczowano**.

Otóż nie mogła. Gdyby mogła, na pewno by odeszła.

Osoba doświadczająca przemocy nie funkcjonuje w takich samych realiach i schematach, jak syty komentator, bezpieczny za swoja klawiaturą. Jeśli myślisz, że Piasecka mogła tę sytuację przerwać wcześniej, po prostu nie masz pojęcia o tematyce i potrzebujesz lektury. Dużo i dogłębnej. Fakt, że wreszcie zawołała o pomoc zasługuje na najwyższy szacunek, a sama Piasecka WYŁĄCZNIE na wsparcie. Jeśli uważasz inaczej, lepiej utnij sobie język. Wtórna wiktymizacja ofiar jest najgorszym świństwem, na jakie stać ludzkość.

Ważne, by zrozumieć, że w całym problemie nie chodzi wcale o zlinczowanie Piaseckiego, bo nie on jest naszym głównym problemem. Sytuacja w domu Piasecki to wierzchołek góry lodowej, który dzięki nagraniom wyjrzał spod kołderki niczym goła, nieumyta dupa. Tymczasem w setkach tysięcy, jeśli nie miolionach domów w Polsce jest ona chlebem powszednim. Przemoc stała się naszym dobrem narodowym - i to z tym musimy walczyć. Nie wolno przechodzić obojętnie, udawać, że się nie słyszy, bagatelizować czy, co najgorsze, próbować relatywizować sytuację, obarczając częścią winy ofiarę. PRZEMOCY WINNY JEST WYŁĄCZNIE SPRAWCA. A częściowo winni jesteśmy my wszyscy, jako społeczeństwo dający przyzwolenie na takie zachowania. I mówię tu o każdym rodzaju przemocy, nie tylko fizycznej. Zróbcie chociażby rachunek sumienia, ilu alimenciarzy osobiście znacie i podajecie im rękę. A to też jest przemoc - ma nazwisko: Ekonomiczna.

Jest jeszcze jeden aspekt, nad którym warto się pochylić. To głosy z gatunku: mężczyźni też doświadczają przemocy, a nikt z tym nic nie robi. Trzeba uświadomić sobie, że przemoc zawsze ma płeć i jest to płeć męska. Dziwne? Otóż nie. Zwróćcie uwagę, że role społeczne, w których funkcjonujemy, wyznacza dobry wujek patriarchat. To on marginalizuje przemoc wobec kobiet i dzieci, to on narzuca mężczyznom rolę supersamca, to on uważa, że zachowujesz się jak baba, to on głosi, że faceci nie płaczą. Nie płaczą i nie mogą się przyznać, że za zamkniętymi drzwiami... Co? Baba cię bije? Buchachacha!
I z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.

Każdy doświadczający działań przemocowych, zasługuje na pomoc, uwagę, wiarę i poważne traktowanie. Każdy, bez względu na płeć, kolor skóry, wiek, wierzenia, preferencje seksualne i w końcu gatunek. Kopnij jeszcze raz psa, kota czy inne stworzenie, a znajdę cię.
Znajdę cię, chuju i pożałujesz.

***

Skończyło się dokładnie tak, jak przypuszczaliście: podniesiona ręka opadła miękko na psią głowę, palce podrapały za uchem, zastukały miseczki z jedzeniem i stepujące radośnie pazurki na kaflach. Wszystko w porządku, Morganku. Wszystko w porządku.


* Każdy powinien.
** Pomijam poziom językowy. No, dobra - nie pomijam, ale się nie rozczulam.

17 kwietnia 2017

2399

Filozofia życiowa Łoterloo w pigułce.

Nie sprzątałam na święta. U nas w domu sprząta Zuzia, więc wykonała cotygodniowe, standardowe czynności. Owszem, umyła okna - czasem trzeba, a namawiałam ją od dawna, bo wciąż mi się wydawało, że jest zachmurzenie (a teraz mam pewność). Poza miastem jest inaczej, a nasz problem to raczej piach w łóżku niż spaliny na szybie.

Nie prałam na święta. Pierzemy zawsze w sobotę, więc gdy już wszystko było czyste i leciał ostatni rzut suszenia, Prezes zrzucił firanki (z powodów, jak powyżej). Uwielbiam zmianę firan, ponieważ on za każdym razem zapomina, że mamy dwa małe okienka (jedno w wiatrołapie, a drugie na schodach, oba zamontowane z myślą o doświetlaniu) i tak zabawnie biega potem po całym domu pokrzykując: "Nie mamy takiego okna!". Czasem nawet myślę, żeby dla beki prać firany częściej, ale obawiam się, że sobie zakoduje i całą zabawę szlag trafi.

Nie piekłam na święta. Bez powodu, po prostu mi się nie chciało. Poza tym nie ma tu zbyt wielu odbiorców na ciasto i nie wiadomo w końcu, co z nim zrobić. Kupiłam kawałek, żeby się nazywało.

Zrobiłam roladki z szynki z chrzanem, Zuzia mnie prosiła. I sałatki, ponieważ łatwo wchodzą (jedną z ziemniakami, drugą z ryżem - obie zapychają) i są bezobsługowe. Ugotowałam też jajka i nawet zjadłam dwa. Mam po kokardę na trzy tygodnie.

Przygotowałam obiad (jeden), bo wiedziałam, że rodzice chcą do nas przyjechać. Normalnie pewnie bym nie gotowała, gdyż po tak obfitym śniadaniu ktoś się zwykle ocknie koło 18 i sam sobie coś zrobi (albo wciągnie sałatkę). Nie traktuję tego jako czegoś wyjątkowego, w tygodniu też gotuję. W dodatku skorzystałam z powszechnie dostępnej opcji slow cooking, więc umówmy się, że wrzucenie ptaka do piekarnika nie zmęczyło mnie szczególnie.

Położyłam się na kanapie, wyciągnęłam laptop, odpaliłam filmotekę i wołam herbatki. Mam wolne, odpoczywam i jestem szczęśliwa. Nic nie muszę, bo kto mnie zmusi? Życie jest dokładnie takie, jakim je sobie zaprogramujemy. Nie ma w tym ani grama przesady, poza wypadkami losowymi, w który to zbiór włączam również nagłe przypadki medyczne. Nie, nie mówcie, proszę, że macie małe dzieci. Ja też miałam kiedyś małe dziecko, przy którym wszystko musiałam robić sama, bo przy okazji nie miałam męża (dla równowagi). Jeźlikto posiada męża lub też i inną formę partnerstwa, to wszystkie obowiązki można gustownie podzielić. A z części to nawet zrezygnować. Im więcej wpadnie do worka "olać to", tym dłużej będziecie odpoczywać.

Jeśli czujesz ciśnienie, żeby mieć kunsztowne pisanki w koszyczku z ręcznie wycinaną serwetusią, to przemyśl, co Cię tak ciśnie. Robisz to dla siebie, gdyż uwielbiasz? OK, ale wtedy nie narzekaj. Dla bliskich, choć nie lubisz? Niech se sami zrobią*. Dla kogoś z zewnątrz, żeby dobrze wypaść? Weź pigułkę. Nie ma nic gorszego niż umęczona i zniechęcona kobieta przy suto zastawionym stole. Obżarstwo jest przereklamowane.

Szanujmy się.
Dopóki same nie będziemy się szanowały, nie doczekamy się szacunku od innych.
A wymiar religijny nie ma nic wspólnego z kopą jaj. Serio, serio.


PS Uniknęłam również faz "nie jedz tego, to jest na święta" oraz "jedz, bo będę musiała wyrzucić". W sobotni wieczór do kuchni spłynęła po schodach Zuzanna i zażądała ciasta. Pokazałam jej kierunek kciukiem. Teraz nie wiadomo, co zrobić z resztą. Ciasta, nie Zuzanny.



* Niemowlęta mają w odwłoku pisanki. Starsze dzieci mogą malować. Mężowie (i inne formy) seksownie wyglądają skupieni, z pędzelkiem i w fartuszku.