29 grudnia 2008

A rzeczywistość obuchem

Fajnie było, fajnie było, tylko spodnie mi się nie dopinają. Budzik o 5.40 był już naprawdę niezbędny. Inaczej dźwigiem trzeba by było mnie z domu wywozić.

Święta to były szczególne, bo Protoplasta z zapaleniem płuc. Zwlókł się był z łoża boleści, bo nie mógł sobie podarować mowy wigilijnej. Uwaga, włączamy wyobraźnię. Stół nakryty, jak trzeba, białym płótnem, na stole świece i sianko, w rogu pokoju choinka (bez światełek, bo zaginęły bez wieści – to ciekawe, swoją drogą), elegancja francja, u stołu wigilijny „ten gość przygodny, co zaproszony został na wesele niespodziewanie – i nie odszedł głodny”, zapada cisza, wkracza Protoplasta. W piżamie, szlafroku i bamboszkach, wygląda jak szmata i to wcale nie z powodu stroju. Serce mi się ściska, kiedy widzę go takiego kruchego. Bierze opłatek do ręki, uśmiecha się łobuzersko i rozpoczyna:
- Drodzy zgromadzeni! Uruchomcie mózgownice i wyobraźcie sobie, że stoję przed wami elegancki, w czarnym…
- Fraku! – reaguje ktoś przytomnie.
- A figę! W odprasowanym garniturze i białej koszuli…
- Pod muchą! – niecierpliwy nie umie utrzymać buzi na kłódkę.
- Pod muchą – kontynuuje Protoplasta.
- I spinki w mankietach!
- Brawo. Wszystko, jak widzę, działa należycie. Zegarek z dewizką. I lakierki.
I tak dalej.
A potem rzuciliśmy się w kotłowaninę, choć przy stole tylko 6 osób i jakoś, jak zwykle, zabrakło każdemu kwiecistości wypowiedzi. Tak to już jest – niby człowiek wygadany, a w wigilijny wieczór słowa więzną w gardle i pociaga się nosem. No i dla utrzymania formy co chwilę ktoś wykrzykuje:
- Nie pchaj się, nie pchaj!
- Teraz ja!
- Rozstąpcie się, dzieci!
- Zobaczcie pod choinkę – ktoś kupił drzwi!
- Nie drzwi, tylko deskę.
- Do prasowania, to dla mamy.
- A tam, surfingową.
- Dla mamy?
I tym podobne.
Uwielbiam te nasze wigilie. W tym roku, patrząc na Tatę, takiego słabego i zmiętolonego, po raz pierwszy pomyślałam, że każda może być ostatnią. I było STRASZNIE.

Czy koty coś mówiły nie wiadomo, bo nikt nie słuchał. Na wszelki wypadek. Kto je tam wie, jakie obrazoburcze zdania chciałyby wygłosić.

Dziś Potomstwo wybywa na Sylwestra. Oszszsz… na co mi przyszło. Dziecko w Sylwestra poza domem? Jestem zgrzybiałą staruszką.

PS A po wigilii poległa również Protoplastka. Szpitalik, powiadam wam. Wariatów.

23 grudnia 2008

O lekturach na niepogodę

Mnóstwo.
Ale dziś szczególna.
Dla wszystkich, z okazji świąt, wyjątki. Pisownia oryginalna.

Kochany Boże
Na bal maskowy chcę się przebrać za diabła. Co ty na to?

Justynka

Panie Boże
Czy to prawda że mój tata nie pójdzie do nieba jak bendzie urzywał w domó takich słów jak w baże?

Adaś

Kochany borze
dlaczego zamiast pozwalać ludziom umieraci nie zostawisz tych co masz teras? przeciesz musisz ciągle dorabiaci nowych.
Ala

Panie boże
czy zwieżęta też mają ciebie czy kożystają z kogoś innego?
Wiktoria

Panie Boże!
Czy ksiądz Stefan jest twoim przyjacielem Czy tylko znajomym z pracy?
Basia

Panie Boże
Muj dziadek muwi rze kiedy był małym chłopcem kreńćłeś sie w poblirzu. A jak daleko odszedłeś?

całuje. Magda

Panie Boże
Dzenkuie Ci za braciszka ale ja modliłam sie o szczeniaka
.
Natalka

Kochany Boże!
Padało przez całe wakacje i Tata strasznie sie wsciekał. wygadywał o tobie różne rzeczy kturych nie wolno muwić ale mam nadzieje że nic mu za to nie zrobisz.
Tfój przyjaciel. Ale nie powiem ći kto.

Kochany panie Boże
jeżeli wracamy w inej postać to Błagam nie zamieniaj mnie w Chalinke Walczyk bo jej nienawidze
.
Damian

Panie Boże
Kiedy dorozne hcę być taki sam jak muj tata tylko niehce mieć fszędzie tyle włosuw
.
Marcin

Drogi Boże
czekam na wiosnę a jej ciogle niema. Nie zapomnij o niej.
Marek

Nie musisz się omnie martwić. Zawsze patrzę na prawo i na lewo
Jacek

Kochany Boże!
czasami myśle o tobie nawet kiedy śe nie modle
.
Jaś

Kochany Boże!
Jak w niedzielę spojżysz na mnie w kościele pokaże ci moje nowe buty.
Madzia

Kochany Boże!
Od kiedy wiem że jesteś pżestałam czuć się samotna.
Adela

Kohany Boże!
Gdybyś nie pozwolił wyginąć dinozałrom nie mielibyśmy naszego kraju. Postoąpiłeś słuszńe
.
Ania

Kochany boże
to wspaniałe że zafsze układaż gwiazdy tam gdzie trzeba.
Jaś

Kochany panie Boże!
Myślę że nikt nie był by lepszym Bogiem od ciebie. Hcę abyś to wiedział.
Nie mówie tego tylko dlatego że to ty jesteś Bogiem.
Agata

Panie Boże!
Myślałem że pomarańczowy nie pasuje do purpurowego dopuki nie zobaczyłem tego zachodu słońca który zrobiłeś we wtorek. To było super.
Adam

Kochany boże!
Staram się najlepiej jak umiem.
Adam

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Listy dzieci do Boga” (zebrali S. Hample i E. Marshall).
Kupcie.

22 grudnia 2008

O Wojciechu Korfantym

Wojciech Korfanty zamieszkał ze mną, kiedy miałam ok. 2 lat. Po prostu przybył, rozkokosił się i został na zawsze. Przeżyliśmy wiele wspólnych chwil, a Wojciech Korfanty był zawsze, kiedy go potrzebowałam – zwłaszcza w obsmarkanym dzieciństwie był dzielnym odbiorcą łez, wynikających z zawiedzenia światem. I brał je na klatę.
Później dorosłam, wydarzenia przyspieszyły i Wojciech Korfanty zniknął z mojego życia w bliżej nieznanych okolicznościach.
W zeszłym tygodniu odkryłam go w piwnicy. W opłakanym stanie. Głowę mu urwał jakiś durny bachor, który otrzymał go w schedzie bez mojej zgody, a następnie matka bachora (przypuszczalnie) przyszyła ją na okrętkę, nicią zupełnie niepasującą do wystroju Wojciecha Korfantego. Łepek kiwał się więc smutnie, a reszta była silnie przykurzona i ogólnie zeszmacona. Targnął mną słuszny gniew.
Wydobyłam Wojciecha Korfantego z plastikowego wora, wrzuciłam do pralki, naprostowałam wymietoszone wnętrze, wysuszyłam i przytuliłam do serca. A następnie, po drobnych perturbacjach* umieściłam w szafce nocnej tuż przy Przyjacielu**. I teraz obaj przeżywają słusznie wypracowaną emeryturę.

Wniosek:
Nigdy nie osądzaj dorosłej kobiety na stanowisku po pozorach. Najpierw zajrzyj do szafki nocnej.

* Czy fakt, że ktoś jest zrobiony z bistoru*** w kolorze podłej zieleni z wzorkiem i ma czerwone uszy oraz czarne oczka jak paciorki jest wystarczający, żeby na nim siadać??? No po prostu szkoda słów dla tej rodziny!!!
** Przyjaciel jest niezbyt popularnym gatunkiem – coś pomiędzy królikiem a misiem. I to również nie znaczy, że jakiś gówniarz ma prawo wydłubywać mu oko!!!
*** Wytłumaczenie dla młodszych czytelników – wychowanych w gospodarce rynkowej: nie chcecie wiedzieć, co to jest bistor. Wierzcie mi na słowo.

TAK, BĘDZIE ZDJĘCIE.

19 grudnia 2008

O piątkowym poranku

Do pracy przyjeżdżam na styk, bo dyrektor musi szanować swoich pracowników. Po pierwsze sekretarkę, która wszakże jest naszym wspólnym dobrem, też musi dojechać, a niekoniecznie chce wstawać o 4.00, żeby o 7.00 otworzyć sekretariat i zrobić kawę nadgorliwym. Poza tym całą resztę, bo nie ma większej wtopy, jak stać w kolejce do podpisania listy ZA dyrektorem.
No to jestem punkt 7.30.
Zwyczajowo parkuję na wewnętrznym placu, który jest zamykany. Podjeżdżam pod bramę, migam długimi do kamery i z drugiej strony budynku przybywa strażnik, żeby mnie wpuścić. To czekam. Czekam. Czekam. Czekam. Hmmmm…
Wychodzę z samochodu w deszcz, zostawiam go przed bramą, skutecznie blokując wjazd. Zamykam. Pada. Idę na drugi koniec budynku, w końcu może wszyscy mieli coś do załatwienia i został jeden, który musi trwać na posterunku. Podchodzę do okienka. W kanciapie pięciu i wyraźnie się nudzą.
- Dzień dobry.
Na mój widok wszyscy gwałtownie przestają wyglądać na zmęczonych życiem. Z uśmiechem kwituję niechęć do wpuszczenia mnie na teren zakładu dla obłąkanych, obserwuję, jak z zakłopotaniem zapuszczają żurawia w monitor i zostawiam im w prezencie kluczyki do samochodu, informując, że blokuję. Niech robią, co chcą.
Wchodzę na górę.
Z niepokojem zauważam, że sekretarka kibluje pod drzwiami i natychmiast dowiaduję się, że zagineły klucze. Zapasowych nie uświadczysz. Macham ręką tłumkowi, który faluje pod drzwiami i udaję się na trzecie, żeby dokuczyć któremuś kierownikowi.
Na trzecim okazuje się, że kierownicy przychodzą do pracy później niż ja. Kulturalnie staram się tego nie zauważyć.
Wreszcie jedne drzwi ustępują i ukarana moją wizytą zostaje jedyna porządna członkini kadry zarządzającej. Zapewne przemyśli to przez weekend.
Pijemy kawę, gwarząc niespiesznie o tematach mniej lub bardziej służbowych.
Dzwoni sekretarka. Weszła.
Dopijam kawę, dziękuję i życzę miłego dnia.
Dorywam kierowcę i posyłam go do dorobienia klucza do sekretariatu (osobistego dla mnie). Przybywa po 10 minutach z kluczem w garści. Na przyszłość podobne przypadki nie powinny mieć miejsca.
W tym czasie ilość korespondencji do podpisania przekracza moje najśmielsze oczekiwania (pracownicy najwyraźniej są od 7.00).
Piątek…

17 grudnia 2008

O oznakach przeciążenia

Niestety pierwsze oznaki przepalających się kabelków pojawiły się bezlitośnie. Objawia się to bólem pleców, nóg i oczu oraz obsesyjnym marzeniem o jakimkolwiek wolnym dniu. Na który naturalnie się nie zanosi.
Przestałam liczyć podpisywane dokumenty, ale szacuję, że tylko dziś swój podpis postawiłam ok. 500 razy. A przecież podpis to nie wszystko! Podpis to jest tylko drobiazg na końcu procesu analizy.
W pewnych działaniach doszłam już do niebywałej wprost perfekcji, aż dziw bierze.
Poza tym mam DAR. Polega on na tym, że oko samo mi leci w kierunku błędu. I jeszcze mnie swędzi. Ot tak – otwieram teczkę z dokumentami i odczuwam dziwne, trudne do zlokalizowania swędzenie. I już wiem – to muszę przeczytać naprawdę dokładnie, bo coś jest nie tak. Jeszcze nigdy się nie pomyliłam.

Wniosek nasuwa się prosty – jestem w sposób szczególny otoczona opieką Szefa, co bardzo sobie cenię i, jako wyjątkowy dar, przyjmuję z prawdziwą radością.

Nie myślę o postanowieniach noworocznych czy świątecznych. Myślę o wdzięczności. I – nieustająco – o zdrowiu dla najbliższych. Tak – tego chcę i potrzebuję, i o to ośmielę się poprosić. Skoro mam u Niego takie wyjątkowe względy, może i tego mi nie odmówi?

14 grudnia 2008

Odpowiedź nadeszła błyskawicznie

I w skrócie brzmiała:

1. Słyszałam o pracy.
2. Piątek wieczorem.
3. Z chłopami?
4. Bez chłopów?
5. U mnie, u ciebie, na zewnątrz?

To lubię, panie, to lubię.

12 grudnia 2008

Napisałam list

Do diabła! Tkwię w jakichś koszmarnych okowach.
Praca – dom, dom – praca, daj spokój. W ogóle nie wiem nawet, jaka pogoda, sprawdzam tylko, czy muszę zakładać kozaki (nie muszę, jeżdżę w końcu samochodem).
Dupa przyrosła mi już do krzesła. Jak nie do jednego, to do drugiego.
Zapomniałam ci donieść, że dwa tygodnie temu zmieniłam pracę i stąd ten syf.
Wiesz, że do poduszki czytam instrukcje i protokoły? Jezuuuu…

I jeszcze do tego Krysia mi mówi, że moja matka ma lepszą cerę niż ja.
Tak, oczywiście, że się cieszę. Kocham moją matkę.
Tylko że ona się zbliża do siedemdziesiatki.
No weź coś i zastrzel mnie.

Albo nie, najpierw się spotkajmy na gruncie towarzyskim.
Nie odkładajmy tego, do cholery. Nigdy nie ma czasu.
Nie mam czasu, bo ciągle pracuję. Na nagrobku będę miała napis: zarypała się na śmierć.
Pomyłka jakaś.
Wyznaczaj termin.

Ściskam,
A.

Tak bez żadnego wstępu. Ciekawe, jaka będzie odpowiedź, co?

11 grudnia 2008

O niespodziewanych przypadkach

Wczoraj po godzinach do mojego gabinetu niezapowiedzianie wpadła jedna z pracownic, którą zresztą znam od lat, lubię i szanuję oraz cenię za porządną pracę. Zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie, zrobiła minę zajączka i scenicznym szeptem oznajmiła:
- Pani dyrektor, muszę pani coś powiedzieć…
- Słucham, Małgosiu – odparłam spokojnie, bo akurat zaczęłam podejrzewać, że uda mi się zbiec stąd o przyzwoitej porze.
- Bardzo się cieszę, że pani tu jest! – wydusiła i zaczerwieniła się – I nie jestem jedyna! Chciałam, żeby pani wiedziała.
Po czym zbiegła.

Na placu boju została żona Lota.
Soleil… może jednak masz rację?

9 grudnia 2008

O tym, co może człowieka do szału doprowadzić

O pracy pomyśleliście?
A figę!
Kolęda może doprowadzić.

Potomstwo się wyłoniło w szkole do występu artystycznego na okoliczność śniąt, więc musi się podszlifować i dziś już 4814848148346144145415 razy puściło w swoim pokoju kolędę. A żeby tego było mało, to ją sobie puszcza w języku wroga.
Czy mówiłam, że pokój nie jest wygłuszony?
Żeby w kuchni ktoś przy dziecku śpiewał po niemiecku???

Kling Gliksien Klingelingeling…
Kling Gliksien Klingelingeling…
Kling Gliksien Klingelingeling…
Kling Gliksien Klingelingeling…

Litości!!!

8 grudnia 2008

O weekendzie

Podjadanie z gara niedogotowanej fasoli Jaś, która ma zamiar w niedalekiej przyszłości zostać fasolką po bretońsku, to nie jest dobry pomysł. Zwłaszcza kiedy wrze.

Dwa Mikołaje przybyły w niedzielę obładowane termosem z zupą z kwaczka*, a następnie zadziwiły się uprzejmie, że dom posprzątany, a na piecu kilka dań już gotowych oraz wspomniana fasolka bulka (bul, bul). Nie wiedzą nawet najstarsi górale skąd wzięło się przypuszczenie, że się nie gotuje.
- Jestem panem dyrektorowym – złożył oświadczenie Prezes – i umiem gotować!
Skarb po prostu.
Mikołaje wręczyły gospodarzom nasuwające przypuszczenia opakowanie wraz z wierszykiem okolicznościowym:
„Dostać prezent od Mikołaja to gratka jest wielka,
nawet gdy to nie samochód, a zacna butelka”.
Wobec tego oświadczenia gospodarze bez oglądania zyskali pewność.
Potomstwo cicho zniknęło w czeluściach swojej nory, dumnie dzierżąc smakowicie wyglądającą kopertkę, a następnie rozniosło po lokalu zapach pierniczków, gdyż ma wenę świąteczną.
Z rozkoszą nurzam się w atmosferze miłości i zrozumienia.

* Od kiedy pamiętam, na to warzywo mówi się u nas kwaczek. To jest, proszę państwa, zupa z brukwi. I niech się nikt nie dziwi. Jest zwyczajnie smaczna. Przy tym nie ma żadnego znaczenia fakt, że trudno go dostać (kwaczka), bo wszyscy karmią tym krowy. Wyszkoliliśmy jednego pana na targu warzywnym w Bielsku. Już nic go nie dziwi.

5 grudnia 2008

O tym, że spoko, spoko, jeszcze żyję

Z góry przepraszam, że narażam was na dłuższe oczekiwanie. Niestety sytuacja wygląda tak, że ten sposób postępowania będzie teraz jedynym obowiązującym. Zwyczajnie nie mam możliwości, żeby odzywać się częściej. Wczoraj na przykład wzięłam do ręki pierwszą teczkę z dokumentami o 7.45, a spojrzeć na ścianę naprzeciwko udało mi się dopiero o 13.30. Czyli bajka.
Haruję, jak wół.
Mam już pierwsze efekty, dodam – pozytywne. Jest całkiem spore grono osób, które po kilku zaledwie dniach zapałało do mnie pierwszą, najbardziej trwałą, miłością swojego życia. Aż miło widzieć, jak naprzeciw siedzi kierownik działu, bez zająknienia odpowiada na wszystkie moje pytania (znaczy – wie, zna się, ma to w głowie) i patrzy we mnie, jak w Najświętszą Panienkę. I to wcale nie znaczy, że się nie spieramy. Ale o to własnie chodzi. Oni widzą moje zaangażowanie, szanują je i cenią. Dostrzegają również, że nikomu spod ogona nie wypadłam, a moja wiedza na temat funkcjonowania firmy jest o wiele większa niż śmieli przypuszczać.
Przydają mi się właśnie wszystkie te sytuacje z życia, kiedy nie zamykałam uszu na rzeczy, które naówczas mnie nie dotyczyły. No a teraz dotyczą – o zgrozo! Uwierzcie na słowo – zakres moich obowiązków jest koszmarnie wielki.
Na bieżąco konsultuję się z kolegami i koleżankami z poprzedniego miejsca i zachwycona jestem tym, jak profesjonalnie udzielają mi pomocy. Dzięki temu wciąż jeszcze na powierzchni.

Oczywiście to nie tak, że jest wyłącznie kolorowo. W środę odbyła się pierwsza narada służbowa z wszystkimi osobami na stanowiskach kierowniczych, które pod nas podlegają. I doszło do jatki. Zastanawiam się, na ile było to zaplanowane, żeby wybadać, na co będzie można sobie przy mnie pozwolić. W każdym razie skończyło się źle, bo nieco przeszacowali założenia. Wydawało im się, że jeśli skoczą mi do gardła przeszłopięćdziesięcioosobowym zespołem (to część, nie całość), to polecą jak taran i nie zostanie po mnie ni pióra, ni puchu.
A figę!
Krew poszła na ściany i zgadnijcie, kto wrócił z tarczą, kto na tarczy.
Myślę, że temat fikania mamy już załatwiony. Przy następnej okazji załatwimy jeszcze dwie sprawy:
1. kiedy ja mówię, oni milczą,
2. kiedy oni chcą mówić, to mówią pojedynczo. Koniec wrzasków grupowych i machania rękami.

Tak, tak – płacę za to wszystko potwornym wyczerpaniem. Ale to dobry zespół, z którego wiele jeszcze można wyciągnąć. Musimy tylko ustalić właściwe priorytety, a do tego trzeba trochę czasu. Przekonać do czegoś półtora tysiąca ludzi, to nie jest bułeczka z masełkiem.

No to do roboty!
Ściskam goraco.

1 grudnia 2008

O nowych wyzwaniach

Wszystkich życzliwych, którzy się niepokoją, uprzejmie informuję, że:
- o 7.00 zjadłam pół banana z przyzwoitości,
- o 7.01 wzięłam procha na uspokojenie (oj Kalmsa tylko), bo się trzęsłam,
- o 7.25 dotarłam do pracy,
- maniana,
- maniana,
- maniana,
- o 14.30 zjadłam bułkę i to z przerwami, bo drzwi się nie zamykają,
- znowu maniana.
Ale żyję.

Wszyscy latają jak kot z pęcherzem.
Byle do końca dnia, który niedaleko. I muszę też odbyć pewne tajne spotkanie na zewnątrz.

Mantra na dziś: DAJĘ RADĘ.
Powtarzam w nieskończoność.