2513
I znów upłynęło kolejne morze czasu.
Lolusia odeszła w styczniu. Przeżyła z nami pięć pięknych lat - stary, ślepy, zaniedbany molos odmłodniał od miłości, czerpał z życia garściami. Mam nadzieję, że wynagrodziliśmy jej wcześniejsze, niefajne życie, bo ona okazała się psem-ideałem.
W zeszłym roku, wraz ze śmiercią matki, definitywnie skończyło się moje dzieciństwo. Dołożyłam wtedy wszelkich starań, by odzyskać kontakt z bratem, który przez większość mojego życia za sprawą matki praktycznie nie istniał. Nie jest to dla mnie łatwe, bo brat wyjątkowo specyficzny, pierwszy się nie odezwie, jednak jeśli ja to zrobię, spotyka się ze mną chętnie i jest bardzo życzliwy. Pewnie tej wyrwy, co nas dzieli, nie da się już zasypać, ale biorę to, co przynosi życie, nie narzekam i jestem wdzięczna.
Za trzy tygodnie przytulamy kolejne psie dziecko, pewnie już ostatnie, bo zwierzęta (dzięki opatrzności) żyją z nami długo i musimy mierzyć siły na zamiary. Mam nadzieję, że w tej (obecnie) kruszynie odnajdę ślady Loleczki, a w jej buzi zobaczę jakiś cień tego cudownego, mądrego, cierpliwego psiego anioła. Cieszę się na maluszka ogromnie, choć pewnie nie raz będę mruczeć, myjąc osikane podłogi.
Schudłam ponad 20 kilogramów, obcięłam włosy na krótko i chyba zaczynam znowu jakoś w miarę normalnie funkcjonować. Poza tym wiosna w końcu nadeszła, mimo że miałam wrażenie, że to nigdy nie nastąpi. Im człowiek starszy, tym zimy dłuższe i bardziej dokuczliwe. Jednak wreszcie jest, słońce świeci, zieleń eksplodowała i zwyczajnie chce się żyć. Zamierzam cieszyć się każdym dniem, póki są. A później się pomyśli.
Na zdjęciu nowa córeczka - Pyziunia. Niech się zdrowo chowa.

Komentarze
Prześlij komentarz