5 lutego 2017

2389

Morgan jest już u nas blisko miesiąc, więc pora na jakieś podsumowania.

Powoli oswaja się ze świadomością, że tu jest dom. Jeszcze niechętnie wychodzi do ogrodu, za to niezwykle chętnie wraca. Jako jedyny z naszych psów nie wpada do chałupy niczym wściekła fretka - bez względu na to, czy drzwi między wiatrołapem a holem są zamknięte, czy nie. Wchodzi, siada i czeka na wytarcie łapek. Tak, siada już zupełnie pewnie, nawet się zastanawiam, czy czasem nie był tego nauczony, gdziekolwiek przebywał. Natomiast odnoszę wrażenie, że boi się dotykania tylnych nóg. Owszem, pozwala nam na to, ale nie tak, jak Lesio czy Hania, które podnoszą pupy w wystawiają kończyny. Kuli się i kładzie po sobie uszka, a zadku nie podnosi z podłogi. Całuje mnie też w czasie wykonywania tych czynności intensywnie - i również w tym przypadku nie jestem pewna, czy z radości, czy z prośbą, żebym go nie skrzywdziła.

Nader prędko pojął, do której szafeczki należy się udać po smakołyki i czyni to z lubością. Po wytarciu łapek i upewnieniu się, że przebiegło jak zawsze, czyli go nie zlałam, a wręcz przeciwnie: nawrzucałam od dobrego, grzecznego psa, rozpierany radością galopuje do szafki po swoją nagródkę. Na początku nie wiedział, do czego służą te wszystkie patyczki, ciasteczka, kuleczki i nie chciał ich jeść. Po upływie bardzo skromnego czasu zatrybił i stara się o miano najwdzięczniejszego ze wszystkich odbiorców.

Próbuje też zarządzać Leśkiem i ten się go obawia. Kiedy Morgan charkocze, Lesina robi się smutna i nieśmiała, wobec czego rzucamy się pocieszać oraz tłumaczymy Morganowi zdecydowanie, że nie wolno i kropka. Niestety obawiam się, że jest niereformowalny w swojej histerycznej wprost zazdrości o mnie, co cwałem przybliżyło do niego wielkie, ostre nożyce robiące ciachu-ciachu i porządek z testosteronem.

Dzięki Bogu śpi na fotelu w sypialni - okazało się bowiem, że nasze łóżko jest czteroosobowe, w porywach do pięciu, jeśli Karol się nie rozpycha. Na Morgana po prostu nie ma miejsca. W związku z powyższym, po wstępnych pieszczotach wieczornych, kulturalnie udaje się na fotel po mojej stronie - ten po stronie Prezesa zajmuje najczęściej Karolek. Dzięki czemu możemy przetrwać noc w miarę kulturalnych warunkach. Z naciskiem na "w miarę".

W dni powszednie wybiega rano na siusiu razem z Haneczką (Lesiek nie sika na czczo), by pędem powrócić na śniadanie, ponieważ to ja wstaję pierwsza. W weekendy jest trochę większy problem (pierwszy wstaje Prezes), gdyż z ociąganiem schodzi na posiłek, ale póki ja zajmuję łóżko, on nie opuszcza domu. Dziś Prezesowi udało się go przechwycić i wypchnąć na zewnątrz, ale wczoraj musiałam wstać o ósmej, bo pies przyrósł do fotela koło mego wezgłowia i istniało podejrzenie, że mu pęcherz eksploduje.

Już prawie nigdy nie sika w domu (ostatnio zdarzyło mu się z tydzień temu i winię za to Prezesa, który prawdopodobnie nie zareagował na subtelną psią sugestię wypuszczenia). Nadal nie potrafi się bawić, ale coraz chętniej przyjmuje moje karesy polegające na szarpoleniu, klepaniu i przewracaniu na plecki. Jeszcze jest czujny i trochę spięty, kiedy ciągnę go za ogon (w przeciwieństwie do Hanki i Leśka, którzy uważają to za świetną zabawę), ale powoli zdaje się pojmować, że chodzi o jakieś przyjemności i czasem nawet staje na głowie, by w finale przegalopować z podskokiem przez kawałek salonu. To duży postęp, przypominam, że gdy pierwszy raz złapałam go za ucho, zaczął piszczeć z przerażenia, aż się wystraszyłam, że ma w uchu jakąś ranę. Sądzę, że przez najbliższe pół roku przerobimy go na swoją modłę.

Najtrudniej mu idzie z oddawaniem jedzenia i wytrzymaniem w siadzie, kiedy w grę wchodzi micha. Stara się, ale kiedy wyciągam mu z ryja jakiś smakołyk, jest krytycznie napięty, a dziś nawet (przy trzecim powtórzeniu) cichutko zawarczał. No, cóż... musi się nauczyć. Nie będzie mi pies w domu rządził albo żarł bez mojej zgody. Taka święta zasada.

Podsumowując: radzimy sobie naprawdę dobrze i jesteśmy wszyscy z tego zadowoleni. Hallelujah!

8 komentarzy:

  1. wiedziałam że tak będzie ! fajnie się czyta takie wiadomości :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boszszsz... jaka jestem przewidywalna!

      Usuń
  2. uwielbiam Twoje posty o zwierzętach. tyle w nich miłości, zaangażowania, mądrości. fajnie jest wiedzieć, że nie tylko ja jestem na tyle zbzikowana, że 1/2 mojej rodziny stanowią koty. (trochę groźnie brzmi tylko zdanie: "Nie będzie mi pies w domu rządził albo żarł bez mojej zgody." - ja niestety, pozwalam kotom na wszystko, bo jestem strasznie miękka i całkiem niekonsekwentna; słowem - słuchają tylko mojego partnera).
    dzisiaj chcę Ci podziękować i o coś zapytać. dziękczynienie najpierw. Ty odpisałaś mi kiedyś na komentarz, kiedy się "dokacałam", jak zrobić, by przebiegało to jak najmniej boleśnie dla mojej pierwszej kotki. nie skorzystałam z wszystkich rad, ale kilka wzięłam sobie do serca i przebiegło to prawie bezboleśnie. wreszcie, to notka o Cześku pomogła mi trochę pozbierać się i skleić choć kawałeczek rozbitego serca po śmierci mojej pierwszej, ukochanej kotki w grudniu.
    no i teraz pytanie: czy ta strata przestanie kiedyś boleć? przestanę kiedyś sobie wyrzucać, że ją uśpiłam, że ją de facto zabiłam? (nie było szans. chłoniak, postępujący w zastraszającym tempie. w ostatnim dniu ważyła 2 kg). przestanę myśląc o niej czuć ten straszny lód w sercu? a może - jak przestanę, to zapomnę, więc jeszcze gorzej? czuję się totalnie ambiwalentnie; tęsknię i nie chcę tęsknić, a jak nie tęsknię - to zapominam? to był wyjątkowy kot. i nie zmienia tego fakt, że pewnie każdy tak myśli o swoim zwierzaku.

    nie chcę Cię obciążać moim bólem; jestem pewna, że masz w sercu ciągle rany po swoich stratach. po prostu pytam, może po to, żeby trochę się uspokoić, wiesz, coś w rodzaju poczucia, że "inni też tak mają, to normalne".

    pamiętasz, to ja - która zamiast hodowli doradzała adopcję. swoją drogą widzisz, jakiego miałam nosa!

    /h.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaa... groźnie. Musisz to koniecznie powiedzieć Prezesowi. Albo nie - ma na nas robić, a nie umierać ze śmiechu.

      A teraz poważnie. Psy są innymi zwierzętami niż koty. Przede wszystkim są stadne, czyli potrzebują wiedzieć, jaka jest ich pozycja. Nie dla mnie - dla nich. Bezpieczniej się z tym czują. Poza tym wszystko, czego od nich wymagam, służy tak naprawdę naszemu wspólnemu komfortowi i bezpieczeństwu. No, wyobraź sobie choćby, że ja o 6 rano (wysoki poziom wypierania) karmię sześć zwierząt, z czego połowa nie jest może monstrualna, ale przy pewnej dozie samozaparcia da radę mnie przewrócić. Dodatkowo ich miski stoją pod schodami i moja biedna głowa może już nie znieść kolejnego guza. Kiedy podstępnie i z jęzorami napadają mnie we trójkę, leżącą w łóżku lub na kanapie, to ja wołam pomocy, bo nie mogę się spod sierściuchów wygrzebać!

      Poza tym jedzenie na komendę służy ich bezpieczeństwu bezpośredniemu. Ile słyszałaś lub czytałaś historii o zjedzonych przez psy kawałkach kiełbasy naszpikowanych gwoździami lub trutką? Po prostu MUSZĘ mieć możliwość odebrania psu z pyska każdego przedmiotu i kontroli jedzenia w ogóle - jeszcze niedawno z Hanką się nie udało, czego wynikiem była operacja żołądka. A to było w domu! Strach myśleć o czyimś zaprogramowanym działaniu na zewnątrz. Kot byle czego się nie chwyci - tu przewaga kota nad psem - pies niestety zeżre każde gówno (dosłownie), a ja się o nie zwyczajnie boję.

      A teraz temat drugi.
      Widzę, że sprawa jest poważna. Czy zgadzasz się zatem, bym – zamiast odpisywać na Twój komentarz – zadedykowała Ci całą notkę?

      Usuń
    2. no oczywiście, masz rację! - w kwestii psów. dlatego nie mam psów i dzieci :) (choć nie, to nie do końca prawda. psa bym bardzo chciała mieć).

      pewnie, że zgadzam.

      /h.

      Usuń
  3. H powiem Ci że ja 3 lata temu musiałam uśpić Ramzia a do tej pory jak słyszę jedną piosenkę to łzy jak grochy po policzku płyną ( zrobiłam filmik z fotkami Ramzia i tą piosenką w tle )

    OdpowiedzUsuń
  4. A u nas dalej psi szpital. Portos w trakcie trzeciego tygodnia po operacji. Ciągle pod kontrolą. Cały dzień ktoś spędza z nim w przedpokoju, bo nie mamy serca trzymać go cała dobę w klatce. Do klatki chodzi tylko na noc spać, dzięki czemu my już nie wyglądamy jak zombi. Chodzi coraz lepiej ale nie można mu pozwalać na jakiekolwiek samodzielne ruchy (do chodzenia "za potrzebą" jeden trzyma za szelki a drugi ręcznik pod miednicą.) I tak będzie co najmniej do 20-tego czyli kontrolnego RTG,a najpewniej potem jeszcze ze dwa tygodnie aż miednica się porządnie zrośnie. Czego się nie robi dla futrzanego dzieciaka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale jak to tak bez fotek? nie liczy się.

    do h. - wszyscy normalni tak mają. jak kochasz żywą istotę, to po jej odejściu nie może być inaczej. pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń