8 lutego 2017

2390

W komentarzach pod poprzednią notką wypłynął bardzo istotny temat. Na tyle istotny, że postanowiłam nie odpowiadać na komentarz, tylko poświęcić sprawie osobny post. Myślę bowiem, że wiele osób boryka się z tym problemem, radząc sobie lepiej lub gorzej i z pewnością warto dać znać, że nikt nie jest w takiej sytuacji osamotniony.

H. napisała:
notka o Cześku pomogła mi trochę pozbierać się i skleić choć kawałeczek rozbitego serca po śmierci mojej pierwszej, ukochanej kotki w grudniu.
no i teraz pytanie: czy ta strata przestanie kiedyś boleć? przestanę kiedyś sobie wyrzucać, że ją uśpiłam, że ją de facto zabiłam? (nie było szans. chłoniak, postępujący w zastraszającym tempie. w ostatnim dniu ważyła 2 kg). przestanę myśląc o niej czuć ten straszny lód w sercu? a może - jak przestanę, to zapomnę, więc jeszcze gorzej? czuję się totalnie ambiwalentnie; tęsknię i nie chcę tęsknić, a jak nie tęsknię - to zapominam? to był wyjątkowy kot. i nie zmienia tego fakt, że pewnie każdy tak myśli o swoim zwierzaku.

nie chcę Cię obciążać moim bólem; jestem pewna, że masz w sercu ciągle rany po swoich stratach. po prostu pytam, może po to, żeby trochę się uspokoić, wiesz, coś w rodzaju poczucia, że "inni też tak mają, to normalne".

Na początek chciałabym wszystkich zapewnić, że ból po stracie zwierzęcia ma prawo być tak samo mocny, jak po stracie człowieka. W końcu znamy wielu ludzi, którzy są nam obojętni i wiele zwierząt, zajmujących w naszym życiu niezwykle istotne miejsce. Zapewne dla wielu z Was, tak samo, jak dla mnie, zwierzęta są członkami rodziny, najlepszymi, najwierniejszymi przyjaciółmi, pozbawionymi całkowicie typowo ludzkich wad, jak zawiść, nienawiść czy zaleganie afektu. Po prostu łatwo jest je kochać, bo nasza miłość niejako staje się odpowiedzią, a nie pytaniem. Ale miłość ma to do siebie, że bywa trudna.

Czasami bywa tak, że nasze oczekiwania nie zbiegają się z rzeczywistością. Pomiędzy ludźmi zwalam to najczęściej na wadliwą komunikację, pomiędzy ludźmi a zwierzętami - najczęściej na niewłaściwe założenia. Np. bardzo często zdarza się, że ludzie oczekują od kotów, żeby zachowywały się jak psy, a od psów, żeby zachowywały się jak ludzie. To jest niemożliwe i błąd zawsze tkwi po stronie człowieka. Oczywiście pozostawiam margines na aberracje umysłowe czy psychiczne. Ale nie o tym chciałam pisać.

Miłość bywa również trudna, bo nasza kultura uporczywie nie chce przyjąć do wiadomości, że życie nierozerwalnie wiąże się ze śmiercią. Zwierzęta żyją krócej od nas (może poza dużymi żółwiami i słoniami, ale konia z rzędem temu, kto trzyma w chałupie słonia) i... tak po prostu jest. Taki fakt. A z faktami się nie dyskutuje. Przytulając zwierzę dla własnego bezpieczeństwa powinno się zakładać, że odejdzie przed nami. Ja nawet lubię to założenie, ponieważ serce mi pęka na myśl, co mogłoby się stać z moimi ukochanymi, gdybym je zostawiła na pastwę losu. Dlatego bardzo szanuję postawę moich rodziców, którzy w pewnym momencie zaprzestali przygarniania zwierząt, argumentując, że są na to za starzy. Co prawda po ich najdłuższym życiu nie dopuściłabym do samotności ich zwierzaka, ale rozumiem założenie i jest mi ono bliskie.

Zastanówmy się teraz, po co przygarniamy zwierzęta. Czy robimy to tylko dla własnej, egoistycznej przyjemności? Pytam odrobinę retorycznie, ponieważ znam nieprzeliczone rzesze osób, które przytuliły do serca osierocone, porzucone, skatowane, głodzone, nieszczęśliwe zwierzaki i dały im cudowne, wspaniałe życie. Co należy do dobrego życia? Żarcie należy. Ciepły kąt. Dach nad głową, czułość, pomoc w chorobie. I należy do niego również łaska śmierci bez cierpienia. Tak, śmierć bywa łaską i wybawieniem.

Kiedyś pisałam już o tym, jak dzięki Tusieńce zrozumiałam, że w sprawie cudzego cierpienia nie ma miejsca na egoizm. Kochałam ją do szaleństwa, a ona - maleńka, niepiękna i autystyczna - tak samo kochała mnie. I kiedy zapadła na nieuleczalną chorobę (ach, te kocie nerki), nie potrafiłam zdobyć się na poświęcenie i pozwolić jej odejść. Gotowałam papinki, karmiłam na siłę palcem, płakałam o 4 rano robiąc wlewy dożylne i... powiedzmy to sobie szczerze - męczyłam ją. A ona żyła siłą rozpędu, tylko dla mnie. Pewnego dnia wstałam rano, spojrzałam na nią: wychudzoną, cierpiącą, rozgorączkowaną, a mimo to patrzącą na mnie z oddaniem i miłością. I zrozumiałam, że stałam się kimś, kim nigdy nie chciałam być. Wzięłam na ręce jej malutkie, kruche, umęczone ciałko, przytuliłam z całego serca, poszłam do każdego z domowników, żeby mogli się pożegnać i pojechałam, by podarować jej śmierć. Długo nie mogłam się z tego podnieść.

Nie, nie z tego, że zdecydowałam o ostatnim zastrzyku, tylko z powodu własnej głupoty, a potem z powodu nieobecności i braku. Do dziś czuję ukłucie w sercu, gdy o niej myślę. O każdym z moich najdroższych, ukochanych zwierząt.

Odprowadziłam ich wiele. Trzymałam na rękach, szeptałam o miłości, tuliłam, gdy wydawały ostatnie tchnienie. Ufam, że to pomogło im przejść za Tęczowy Most. Płakałam w niemej skardze, tęsknocie i świadomości, że już nigdy więcej nie dotknę, nie przytulę, nie nadepnę, nie wrażę w pyszczek znienawidzonej tabletki. Ale nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że zrobiłam źle.

Jesteśmy władcami życia naszych zwierzęcych przyjaciół, a także władcami ich bólu i odchodzenia. Miejmy litość. Wespnijmy się na wyżyny wdzięczności za ten najpiękniejszy czas, który nam podarowały, za tę miłość całkowicie bezinteresowną, za oddanie całego jestestwa. Miejmy litość i uczyńmy wszystko, żeby nie musiały konać w męczarniach. Bo śmierć naprawdę bywa wybawieniem.

Kochana H.!

Nie masz absolutnie żadnego powodu, by pielęgnować wyrzuty sumienia z powodu daru, który Jej przyniosłaś. Zrobiłaś po prostu to, co należało zrobić. Postąpiłaś mądrze i właściwie. Zachowałaś się jak Człowiek - skróciłaś niewyobrażalne cierpienie, mimo że to zraniło Twoje serce. Poświęciłaś siebie dla kogoś ukochanego. To nie jest przestępstwo, tylko bohaterstwo!

A tęsknota? Cóż... jeśli miłość jest wielka, to i rana w sercu po odejściu kogoś ukochanego jest wielka. Pozwól sobie na żałobę. Płacz, wyklinaj, zastygnij w milczeniu, wyjedź i chodź sama po lesie albo idź w tłum ludzi. Upij się, tańcz, obejrzyj głupią komedię czy Bardzo Smutny Film - cokolwiek wyraziłoby Twój ból. Masz do tego prawo! A potem pozwól jej odejść. Myślisz, że byłaby szczęśliwa wiedząc, że jest powodem Twojego nieustającego cierpienia? Czy chciałabyś być powodem niekończącego się cierpienia kogoś, kogo tak bardzo ukochałaś?

I tak, jeśli zamkniesz te drzwi, to minie. Może nie tak do końca i nie tak całkowicie, ale rana w sercu zacznie się zabliźniać. Tak ma właśnie być i to jest po prostu dobre. A na ten kawałeczek, który na zawsze już zostanie niezagojony, należy przykleić plasterek, najlepiej z innego zwierzęcia, któremu możesz dać piękne, cudowne życie. Sporo mam takich plasterków i przykleję kolejne, mimo świadomości bólu, który stanie się moim udziałem. To, że miłość sprawia ból, nie jest powodem, by nie kochać. Jesteśmy w końcu sumą różnych dobrych rzeczy, które możemy zrobić. Plasterki oczywiście mają to do siebie, że czasem się obluzowują, lekko odklejają i wypływa spod nich łezka, ale nie ma w tym w końcu niczego złego. Trzeba pozwolić tej łezce popłynąć, żeby nasz wolny już i szczęśliwy przyjaciel za Tęczowym Mostem wiedział, jaki był dla nas ważny. A potem "alleluja" i do przodu. Zło samo się nie wytępi, mamy tu jeszcze to i owo do zrobienia.

Ja na przykład muszę jutro głodzić Morgana i odebrać mu jądra. Na zawsze.

23 komentarze:

  1. Kiedys pisalam, ze moja najstarsza corka byla z naszym kocurem do konca, do zasniecia na zawsze. Minelo 7 miesiecy, a ona ma chwile zalu, smutku i lez. Bo tu kocyk ulubiony wypadl z szafy, tu cos zastukalo jakby szedl do niej. Ale po drugim badaniu, ktore wyszlo zle, wlasciwie bardzo zle, wiedziala, ze musi pozwolic mu odejsc.
    I nie ma kocura. I w nikim z nas nie ma sily na kota. No nie jestesmy w stanie przygarnac.

    Ale jak zyc bez futra? No jak?
    Wiec. Jest pies. Polroczna suczka. Nie wiedzialam, ze mozna az tak kochac psiaka. No mozna. I jest mysl, ze on taki samotny.
    Mysl. Tylko mysl. I tak sobie caly czas powtarzam: to tylko mysl i ani sie waz ...... .
    AgulaW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa lepiej się chowają :)

      (Powiedziała matka wielokotna, wielopiesna).

      Usuń
    2. Hehe. Matka wielodzietna i jednopiesna ma zastrzezenia z okazji przestrze i zyciowej. Gdyz tak jest mala, bardzo mala. Malego psa tez bylo trudno upchac. Stad jak mantra jeden jeden jeden

      AgulaW

      Usuń
  2. sierpień 2015.Usypiają moją ukochaną Czarnusię. Ważyła....1,7kg...
    Zawsze była leciutka ale...
    Dożyła słusznych lat 16.
    W zasadzie to była kotka syna i on przyjechał by odbyć z nią tą ostatnią drogę ,bo ja nie umiałam.Była z nami od urodzenia...
    Nie,nigdy więcej nie wezmę innego kota.
    mam jeszcze kocura i sunię.
    ALe nowego w zamian,na miejsce nie wezmę.No i obawiam się że może mnie przeżyć ...A co potem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś jest "w zamian" kogoś. Mam drugiego męża i przysięgam, że nie w zamian pierwszego ;))))

      Usuń
  3. Nasza wetka przyszla do domu, zeby oszczedzic naszej Kiruni stresu zwiazanego z wizyta w przychodni. To bylo w czerwcu ubieglego roku, a do dzisiaj nie mozemy zdecydowac sie na nowego psa. Zaden jej nie zastapi, a poza tym... http://swiattodzungla.blogspot.de/2017/01/dylematy.html
    Tesknie bardzo, pies zawsze byl w rodzinie, ale chyba rozsadek musi wziac gore.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas również rozsądek wziął górę i dlatego weterynarz NIE przyszedł do domu. Kiedy masz więcej zwierząt, to trudne, bo one to czują, wiedzą i się boją. Dla dobra pozostałych zabieramy umierającego przyjaciela do lecznicy.
      Różne warunki - różne wybory. Tak już jest.

      Usuń
  4. Też ciągle nie mogę tak do końca pozbyć się wyrzutów sumienia, że "pozwoliłam" na zastrzyk naszego pierwszego kota :( a miał "tylko" cukrzycę :( trudno było poziom cukru kontrolować, biedne zwierzę wpadało w śpiączki cukrzycowe i nie mogłam patrzeć, jak się męczy :((((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Choroby, które można nadzorować - lepiej lub gorzej - u człowieka, nie zawsze nadają się do prowadzenia u zwierzęcia. Weźmy, dajmy na to, operację mózgu...

      Usuń
  5. dziękuję.

    na razie nie umiem napisać nic mądrzejszego, bo za każdym razem, kiedy to czytam, łzy po prostu płyną same i kapią mi na klawiaturę.

    /h.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co, kochana. Ja też płakałam pisząc post dla Ciebie. Żaden wstyd.

      Usuń
  6. Jedenaście lat temu musieliśmy z powodu choroby skrócić męki naszej suni. To było dla nas trudne ale humanitarne i również weterynarz przyszedł do domu i był z nami do końca.Psa już nie będziemy mieli bo jesteśmy już za starzy na tę decyzję, ale tym plasterkiem na ukojenie bólu było przygarnięcie kociaka który jest już u nas 10 lat.Czyli było od razu klin klinem, nie psica ale kot jako terapia szokowa. To że psicy się nie zapomni jest to, że na zawsze zostały zdjęcia i wspomnienia oraz porównania typu: bo kot jest spokojny a sunia była " walnięta " :) Wyrzutów sumienia juz nie mamy bo wiemy że skróciliśmy jej męki z powodu niewyobrażalnego bólu / rak /.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie, że nie macie. Pies powinien obecnie znajdować się w czułej pamięci pozbawionej dramatów.

      Usuń
  7. własnie wylałam tu morze łez, w zasadzie dalej lecą. obudziłaś trudne wspomnienia.

    jesteś tak mądrą osobą, że nieustannie Cię podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że da się na tym zarabiać? ;)

      Usuń
  8. Dziękuję Ci za ten wpis!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę. Pisanie było trudne, bo bardzo osobiste.

      Usuń
  9. W zeszłym wieku na rękach umarła nam szynszyla; komentarz matki "po babci tak nie płakałeś" pamiętam do dziś.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak sobie przypomnę, jak przez ostatnie 3 dni, szlochałam do mojego ukochanego Asfalta (kot; chore nerki), że się jeszcze kiedyś zobaczymy i żeby do mnie wrócił w innym wcieleniu, to aż znowu ryczeć mi się chce. Od tamtej pory minęło 4,5 roku a ja z mężem nadal często o nim mówimy. I tęsknimy. I mamy wyrzuty sumienia, że męczyliśmy go przez swój egoizm, przez ostatnie 2 tygodnie. Ale tak ciężko było się rozstać, z TAKIM kotem... Została nam po nim dziura w sercach i jego matka, która rozwaliła mi się akurat na klawiaturze i coś ode mnie chce. A na stole (sic!) śpi Sztygar ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ogromną zwolenniczką rodzin wielozwierzęcych. Nie wyobrażam sobie, jak zniosłabym stratę jedynaka. A właściwie to nie chcę tego pamiętać. Zwierzęta są bardzo pomocne w przetrwaniu różnych klęsk.

      Usuń
  11. czytam i łzy mi lecą, bo każde słowo przypomina mi ból po odejściu kolejnego zwierzaka. Najbardziej pamiętam chyba to pierwsze odejście. Brzydka, pokraczna sunia, parówka na czterech krótkich łapkach, kochająca mnie - głupią wtedy jak but, bezmyślnie ją krzywdzącą, z lenistwa, z głupoty, z wygody, okrutną w ostatniej godzinie - minęło trzydzieści lat a ja próbuję tamtą winę zmazać z każdym kolejnym zwierzęciem ucząc sie jak być coraz lepszą opiekunką dla każdego, które na chwilę zostaje mi podarowane.
    Po odejściu P_Suni potrzebowałam czterech lat by się pozbierać i otworzyć serce dla nowego Psa. Ale Kocio jeszcze był.
    Dziś wiem, że najlepsze co mogę zrobić to kochać do ostatniego tchnienia, nie opuszczać do końca, dać odejść oszczędzając cierpień, a potem, po odczekaniu właściwego czasu przygarnąć kolejne. Bo tak ma być. I już.
    Odejścia kolejnych pieszczochów uczą mnie jak cenny i jak krótki jest czas który spędzamy razem i dlatego ma to być czas tak dobry jak to możliwe.

    OdpowiedzUsuń