17 kwietnia 2017

2399

Filozofia życiowa Łoterloo w pigułce.

Nie sprzątałam na święta. U nas w domu sprząta Zuzia, więc wykonała cotygodniowe, standardowe czynności. Owszem, umyła okna - czasem trzeba, a namawiałam ją od dawna, bo wciąż mi się wydawało, że jest zachmurzenie (a teraz mam pewność). Poza miastem jest inaczej, a nasz problem to raczej piach w łóżku niż spaliny na szybie.

Nie prałam na święta. Pierzemy zawsze w sobotę, więc gdy już wszystko było czyste i leciał ostatni rzut suszenia, Prezes zrzucił firanki (z powodów, jak powyżej). Uwielbiam zmianę firan, ponieważ on za każdym razem zapomina, że mamy dwa małe okienka (jedno w wiatrołapie, a drugie na schodach, oba zamontowane z myślą o doświetlaniu) i tak zabawnie biega potem po całym domu pokrzykując: "Nie mamy takiego okna!". Czasem nawet myślę, żeby dla beki prać firany częściej, ale obawiam się, że sobie zakoduje i całą zabawę szlag trafi.

Nie piekłam na święta. Bez powodu, po prostu mi się nie chciało. Poza tym nie ma tu zbyt wielu odbiorców na ciasto i nie wiadomo w końcu, co z nim zrobić. Kupiłam kawałek, żeby się nazywało.

Zrobiłam roladki z szynki z chrzanem, Zuzia mnie prosiła. I sałatki, ponieważ łatwo wchodzą (jedną z ziemniakami, drugą z ryżem - obie zapychają) i są bezobsługowe. Ugotowałam też jajka i nawet zjadłam dwa. Mam po kokardę na trzy tygodnie.

Przygotowałam obiad (jeden), bo wiedziałam, że rodzice chcą do nas przyjechać. Normalnie pewnie bym nie gotowała, gdyż po tak obfitym śniadaniu ktoś się zwykle ocknie koło 18 i sam sobie coś zrobi (albo wciągnie sałatkę). Nie traktuję tego jako czegoś wyjątkowego, w tygodniu też gotuję. W dodatku skorzystałam z powszechnie dostępnej opcji slow cooking, więc umówmy się, że wrzucenie ptaka do piekarnika nie zmęczyło mnie szczególnie.

Położyłam się na kanapie, wyciągnęłam laptop, odpaliłam filmotekę i wołam herbatki. Mam wolne, odpoczywam i jestem szczęśliwa. Nic nie muszę, bo kto mnie zmusi? Życie jest dokładnie takie, jakim je sobie zaprogramujemy. Nie ma w tym ani grama przesady, poza wypadkami losowymi, w który to zbiór włączam również nagłe przypadki medyczne. Nie, nie mówcie, proszę, że macie małe dzieci. Ja też miałam kiedyś małe dziecko, przy którym wszystko musiałam robić sama, bo przy okazji nie miałam męża (dla równowagi). Jeźlikto posiada męża lub też i inną formę partnerstwa, to wszystkie obowiązki można gustownie podzielić. A z części to nawet zrezygnować. Im więcej wpadnie do worka "olać to", tym dłużej będziecie odpoczywać.

Jeśli czujesz ciśnienie, żeby mieć kunsztowne pisanki w koszyczku z ręcznie wycinaną serwetusią, to przemyśl, co Cię tak ciśnie. Robisz to dla siebie, gdyż uwielbiasz? OK, ale wtedy nie narzekaj. Dla bliskich, choć nie lubisz? Niech se sami zrobią*. Dla kogoś z zewnątrz, żeby dobrze wypaść? Weź pigułkę. Nie ma nic gorszego niż umęczona i zniechęcona kobieta przy suto zastawionym stole. Obżarstwo jest przereklamowane.

Szanujmy się.
Dopóki same nie będziemy się szanowały, nie doczekamy się szacunku od innych.
A wymiar religijny nie ma nic wspólnego z kopą jaj. Serio, serio.


PS Uniknęłam również faz "nie jedz tego, to jest na święta" oraz "jedz, bo będę musiała wyrzucić". W sobotni wieczór do kuchni spłynęła po schodach Zuzanna i zażądała ciasta. Pokazałam jej kierunek kciukiem. Teraz nie wiadomo, co zrobić z resztą. Ciasta, nie Zuzanny.



* Niemowlęta mają w odwłoku pisanki. Starsze dzieci mogą malować. Mężowie (i inne formy) seksownie wyglądają skupieni, z pędzelkiem i w fartuszku.

10 komentarzy:

  1. O tak! Próbowałam tę filozofię wprowadzić już dawno, tłumacząc, że jak wszyscy chcą święta, to niech sobie kupią do żarcia to, co chcą zjeść i nie zawracają głowy. To nie, matka uważała, że trzeba inaczej, bo co ludzie powiedzą, co my powiemy, a poza tym to na pewno, gdy ja mówię, że nie chcę szopki, na pewno myślę coś innego. Teraz o formie spędzania czasu w święta dowolne decyduję ja sama. Bez ścisku w żołądku.

    Tym razem Wielkanoc minęła mi pod znakiem olejowania stołu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Popieram w stu procentach!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. och ja chyba tak od zawsze miałam z jedyną opcją inną - nie rusz to na święta.Ale to czasy były ciężko zdobywanych produktów więc...
    Ja upiekłam schab co dobrze mi wychodzi a X-men zrobił sałatkę .Pyszną;).Ciasta? Coś tam zamówiłam ale bardziej pod presją matki która lubi.No i Juniora który obchodził przedwczesne urodziny,wiec tort;).A w święta świętowaliśmy i zrobiliśmy sobie przecudną wycieczkę.I mamy dyngusa zaliczonego na dwie dekady wprzód;>

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowa upiekła jedno ciasto, bo są adresaci, zrobiła sałatkę, bo jw., pisank JW zrobiła w szkole dwie, więcej nie trzeba, ogarnęła cotygodniowo powierzchnie płaskie i w towarzystwie A. i JW grała w TTR, grała i grała bo lubi i popijała martini, i słuchała rmf classic, i to były udane święta, choć nieukrywa że niemało czasu zajęło jej dotarcie do tego...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tak mam generalnie i nikt nie narzeka, aczkolwiek na wszelkie świąteczne wyżerki chodzimy do rodziny, więc mam łatwo ;) zero spiny i jest fajnie. Niestety mam mamusię, która się buntuje (że stara jest i już sił nie ma), że to już moja kolej robić (dla nas i rodziców nie ma problemu, ale tu pojawia się problem brata z rodziną - mój małżonek się sprzeciwia, że dla trutni robić nie będzie, a nie ma bata, oni nas nie zaproszą w rewanżu), czuję, że trzeba to będzie już bardzo niedługo jakoś rozwiązać bez strat w ludziach...

    OdpowiedzUsuń
  6. Pierwszy raz w życiu zabrałam się i wyjechałam na wycieczkę na Święta. I do tego w święte miejsce pielgrzymkowe, więc wyszło o wiele świąteczniej niż zwykle. Tak mi się spodobało, że już przeglądam kalendarze i porównywarki lotów na kolejne Święta :)
    Wrocę, ugotuję jajko i wygrzebię z lodówki chrzan, i będę szczęśliwa :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dokładnie to samo - pełen relaks. :) Święta w gronie trojga dorosłych, wszyscy posiadają po cztery kończyny, z czego całkowicie sprawnych w sumie 11.
    Obie z młodą kochamy takie malutkie, kupne roladki z kremem, na sam widok których człowiekowi przybywają centymetry w obwodach, więc nabyłyśmy sobie kompromisowo po 1 sztuce na dzień. Współtwórca młodej ze wszystkich ciast najbardziej lubi podwędzanego dorsza w oliwie, a żelazny zapas był w lodówce tak czy owak. :) Obiady normalnie, czyli ulgowo, bo gotować nikt nie kocha, no ale jeść trzeba. Aha, zeżarłyśmy ze 2 kg arbuza, bo lubimy. Potrzeba odkurzenia chałupy i zrobienia prania objawiła się w niedzielę po południu, no wiec została zrealizowana i tyle. A cała sobota poza domem, turystycznie - było bosko. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja również popieram, co prawda ja dopiero po czterdziestce doszłam do tego, lepiej jednak późno niż wcale. Pozdrawiam Kasia

    OdpowiedzUsuń
  9. no nie zapominaj że zrobiłaś jeszcze przysmak kajmakowo-alkoholowy :-P

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytam, czytam i już Cię lubię :-)

    OdpowiedzUsuń