2475

Rzeczywiście czuję, że zaniedbuję Was ostatnio bardzo, ale naprawdę nie mam pojęcia, w co ręce najpierw wsadzić, a gdy już złapię oddech, to jestem taka zmęczona, że mi się zwyczajnie nie chce. Jednak jestem przed służbowym wyjazdem, a słowo się rzekło. Zatem... Hanusia.

Kiedy w zimie 2016 zamieszkał z nami Lesiek, Dyrektor Posesji, nie mieliśmy pojęcia, że bierzemy do domu radosnego świra, który ogryzie mi obcas od irregularków i prawie wysadzi nas wszystkich w kosmos. Był bowiem szczenięciem radosny i pełnym werwy, aż nam prawie bezpieczniki poszły. Niewiele brakowało, a zniechęciłby nas całkowicie do posiadania psów – na szczęście zawierzyłam instynktowi i jakoś tak od niechcenia zaczęłam śledzić oferty pobliskich schronisk. A ponieważ każde pytanie musi doczekać się odpowiedzi, pewnego poranka ujrzałam na fejsie kulkę, w całości zbudowaną z puchatej czekolady.

Ponieważ jestem osobą porządną, najsampierw zadzwoniłam do Prezesa, w trakcie rozmowy wysyłając mu linka. Prezes był niechętny, bo i jemu od tej całej leśkowatości nerwy napięły się, jak postronki. Ale Hanusia już rozpoczęła swoją krecią robotę, więc otrzymałam polecenie, żeby zadzwonić. Nie bardzo wiedziałam, o co pytać (Lesiek sam sie wprosił, więc nie miałam doświadczenia), ponieważ piesek nie musi się z niczego tłumaczyć, ale Prezes uznał, że dam sobie jakoś radę. Zadzwoniłam.

Miła pani, która odebrała telefon, od razu uprzedziła mnie, że jeśli dzwonię w sprawie czekoladowego szczeniaczka, to jestem dwudziesta w kolejce, a ona musi wszystkich najpierw sprawdzić, więc żebym sobie nie robiła zbyt wielkich nadziei. Nie zrobiłam, przyjęłam do wiadomości, że to po prostu nie był nasz pies i juz miałam sie pożegnać, gdy do gry wkroczyło PRZEZNACZENIE. Bowiem panią tknęło. Pewnie ze schroniskowego nawyku postanowiła zadać mi kilka pytań, w końcu niejednego psa tam mieli, może jakiegoś się upchnie w zamian. Zaczęłyśmy rozmawiać.

Widzicie... ja przy zwierzętach nie mam wymogów i niczego nie oczekuję. Kiedy zasiedlaliśmy mieszkanie, żyła z nami banda kotów, w większości adoptowanych. Zmieniły się warunki i zrozumieliśmy, że możemy dać dom również jakimś innym gatunkom. Decyzja związana z Leśkiem zapadła mniej więcej w trzy sekundy, co pewnie też o czymś świadczy (np. o tym, że jesteśmy szaleni). My bierzemy zwierzęta nie dla nas, tylko dla nich. W związku z powyższym wszystko nam jedno, którą nóżkę mają bardziej i niespecjalnie się tym interesujemy. Po prostu jakoś tak przychodzą. I są.

Zatem zaczęłyśmy rozmawiać. Jak możecie przypuszczać, o nic nie pytałam. Opowiedziałam pani, jakie mamy warunki, z kogo składa się nasza rodzina (upiorny piesiek Lesiek!), że mąż pracuje w domu i mamy duży ogród, że ciagle wolne miejsce i możemy jeszcze kogoś, co go życie nie pieściło.
- Chce pani do kojca albo do budy? – zapytała pani, bo to jej obowiązek.
Nie byłam na coś takiego przygotowana. Jak to – do budy? Sama se do budy! Dziecko do budy?! Dziecko nieomal z krwi mojej i kości do budy?!!! Przecież ja bym z koniem w łóżku spała, bo nie mogłabym znieść myśli, że on taki samiusieńki w stajence stoi! Wybełkotałam jedynie:
- Słucham?!
To było ostatnie, co powiedziałam. Pani się zaśmiała, a potem zamilkła na chwilę i penym tonem dodała:
- Będziemy w sobotę.
- Na wizytę przedadopcyjną? – zapytałam głupawo, bo nagle poczułam, że strzeliłam, a Pan Bóg kulę niesie.
- Z pieskiem – zaśmiała się pani serdecznie.
A potem dodała:
- Matko Boska, jak ja tych wszystkich ludzi odkręcę?! Znowu trzeba będzie kłamać.

Siedziałam jak kołek, gapiąc się na telefon, bo sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli. No, ludzie! Ja tylko zadzwoniłam o pieska zapytać, a dowiedziałam się, że on już jedzie. Nie byłam przygotowana. Nic o nim nie wiedziałam! Ani jaki jest duży, ani w jakim wieku, ani na kogo wyrośnie, ani co ja mam właściwie... Ochłonąwszy zadzwoniłam do Prezesa.
- W sobotę przyjeżdża piesek – rzuciłam drżącym głosem.
- Yyyyyy... – odparł Prezes inteligentnie. – Aha.
(Widzicie – ja kocham tego człowieka, bo nigdy nie zadaje debilnych pytań).
Zdążyliśmy wymyślić imię.

Sobota była bardzo pracowitym i pogodnym dniem. Najpierw przyjechał mój brat wielkim samochodem i Lesiek, który w życiu czegos takiego nie widział, musiał się denerwować. Potem samochód zabrał Prezesa i Lesiek musiał się denerwować. Wreszcie obaj wrócili, ale przywieźli coś ogromnego, co stanęło w ogrodzie (zbiornik na deszczówkę, kubik) i Lesiek musiał się denerwować. Wreszcie przyjechali do nas znajomi z dzieckiem i Lesiek musiał się cieszyć, cieszyć, cieszyć, a potem szaleć, szaleć, szaleć. A kiedy już go całkiem opętało, do ogrodu wjechał następny obcy samochód, rozpiszczany znajdującymi się w nim szczeniaczkami. I jeden z tych szczeniaczków został wypakowany i oddany Leśkowi. Po prostu było widać, jak mu zwoje eksplodowały.

Haneczka okazała się malu, malu, malusieńka. Po prostu zdębieliśmy na jej widok, bo kogoś AŻ TAK małego nie braliśmy w ogóle pod uwagę. Nie wiem, czy ważyła 1,5 kg. Nie bylismy na to zupełnie przygotowani, a tu błyskawicznie trzeba było się przeorganizować i wymyślić, co zrobić, żeby nie zabić, nie zadeptać i nie spaść ze schodów. Na szczęście tych dwóch pierwszych rzeczy zdążyły nas przez lata nauczyć koty, które zresztą na widok Hanki pękły z pogardy dla naszej lekkomyślności w przygarnianiu różnych tam takich (miały zaledwie pół roku, żeby pogodzić się z istnieniem Leśka). Natomiast Lesiek...

Po raz pierwszy i pewnie ostatni w życiu na moich oczach ktoś z dziecka stał się dorosłym w ciagu ułamka sekundy. Lesiek po prostu oszalał z miłości od pierwszego wejrzenia i Haniuta zawładnęła nim na zawsze. Są nierozłączni do dziś. Wychowywał ją, niańczył, opiekował się, pilnował, strzegł i pozwalał na wszystko. Do dziś pozwala. Do dziś płacze przy bramie, gdy ta małpa się wykopie i zniknie w oddali, choć znika zwykle na zaledwie kilkanaście minut. Czasem aż boję się pomyśleć, co się stanie, gdy któreś z nich odejdzie na zawsze. Sądzę, że stracimy wtedy naraz dwa psy, bot emu drugiemu z żalu pęknie serce.

W każdym razie, gdy goście już pojechali, a kulka padła ze zmęczenia, Lesiek przyszedł, przytulił się i ugryzł mnie ze wszystkich sił. Nie mam ani grama żalu. Jestem z niego dumna, jak dzielnie zniósł to wszystko, jak pięknie odnalazł się w nowej sytuacji i jak wspaniale się zachował. (Zawsze mówiłam, że wyrośnie z niego dobry, mądry pies i tak właśnie się stało – owszem, odrobinę szalony, ale jaki ma być z nami wszystkimi).

A kulka? No cóż... tu dopiero historia się zaczyna.

---

Pierwsze zdjęcie pochodzi z fanpage'a schroniska. Taką Hanusię ujrzeliśmy. Na ostatnim widnieje Hania dziś - nic nie straciła ze szczenięcego uroku.















Komentarze

  1. Lo matko! Jaka ona sliczna :)))))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna historia, Hanusi trafił się najlepszy los na loterii życia. A dlaczego Lesiek Cię ugryzł?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale piekne zdjecia i opowiesc! Szczesliwe psy. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Padlam przy tym koniu w lózku :)))
    To moze lepiej kucyka, jesli juz kiedys bedziecie tak daleko, co?

    Pamietam te zdjecia "wielkiego" Leska z malenka Hanka, pieknosci! Duza Hanka z reszta oczywiscie tez. Dobrze jest tam u was, i oby tak dobrze bylo zawsze! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdjęcie łap - cudne. I w ogóle cudne psiaki :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz