13 listopada 2015

2154

Piątek.
Trzynastego.

Zostałam dłużej w pracy, ponieważ postanowiłam zakończyć jeden temat, żeby nie rozpoczynać od niego kolejnego tygodnia. Nawet przyzwoicie mi poszło, więc - zadowolona - wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę domu. Właśnie wjechałam do Katowic, gdy zadzwoniła Zuzia.
- Mamo, facet rozbił mi auto. Mam wzywać policję?
- Wzywać - odpowiedziałam. - Gdzie?
Na szczęście to moje dziecko, więc nie odpowiedziała, że z prawej strony.
- Pod Silesią.
Zamiast jechać prosto, wrzuciłam kierunkowskaz i odbiłam w prawo.
- Zaraz będę.

Faktycznie - auto zmasakrowane, gość wymusił pierwszeństwo z podporządkowanej i załadował jej, jadącej na wprost drogą z pierwszeństwem, centralnie w drzwi. Zdążyłam przed policją, a i na funkcjonariuszy długo nie czekaliśmy. Oczywiście okazało się, że miałam nosa, bo Zuzia później mi powiedziała, że facet i jego żona od razu wyskoczyli z pretensjami, że miała włączony kierunkowskaz i chciała skręcać w prawo, tylko się rozmyśliła. Jakby to miało jakieś znaczenie. Od razu sobie wyobraziłam, jak kręcą w zeznaniach do ubezpieczyciela  i mi się odechciało. W każdym razie mój przyjazd i obecność policji podziałały na państwa wyciszająco, pan się przyznał, dostał swój mandacik oraz punkty, elegancko przeprosił całując nas w wypielęgnowane rączunie, zdarzenie zostało opisane przez funkcjonariuszy i mamy pewność, że cudów nie będzie.

W tej beczce dziegciu trafiła nam się jednak łyżka miodu, ale niestety muszę przyznać ze wstydem, że całkowicie w moim stylu. Po dokonaniu czynności funkcjonariusze grzecznie się pożegnali i poprosili Zuzię, żeby przestawiła samochód, ponieważ już do nas podjechali przez trawnik i nie chcieli wykonywać tego w drugą stronę. Zuzia kulturalnie zrobiła im przejazd. Mieli idealną sytuację oraz mnóstwo miejsca, żeby cofnąć na wprost bez poruszania kierownicą, a potem odbić leciutko w lewo i wyjechać z zatoczki.
- Patrz - mruknęłam do Marty, koleżanki Zuzi, obserwując jak w zwolnionym filmie manewry policyjnego kierowcy. - Zaraz przyłoi w...
ŁUP!
Przywalił w latarnię!!!

Niestety, ach niestety, nikt nie zachował się z godnością. Marta i jej napadowy atak kaszlu schowali się za samochodem, by tam konać w spokoju. Sprawca stłuczki i jego syn aż się zataczali ze śmiechu. Robiłam wszystko, żeby zachować powagę, ale niechcący spojrzałam na swoje dziecko, które było czerwone, wybałuszone i łzawiące. I nie wytrzymałam. Po prostu się nie dało.
- Gdyby czepiali się w komendzie - upewniwszy się, że nic mu nie jest, wycharczałam do strapionego policjanta, oglądającego zderzak - niech mnie pan wezwie na świadka. Ja zeznam pod przysięgą, że ona na pana skoczyła!!!
Westchnął, machnął ręką i pojechali. Na szczęście nic się nie stało. Ani funkcjonariuszom, ani radiowozowi.

A ja, cóż... Nie wymyśliłabym takiej sytuacji, choćbym nie wiem, jak się starała. Ech, życie - ono pisze najlepsze scenariusze.

5 komentarzy:

  1. Najważniejsze, że dziecku nic się nie stało. A samochód można wyklepać? Czy kupi się nowy?
    Panów Policjantów, jak widać też dotyczy piątekczynastego :)

    Toterama

    OdpowiedzUsuń
  2. No to dali przykład:))))
    Dobrze, że tak się skończyło!! (dla Zuzi, panów policjantów mam w nosie;p)

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, to prawda co do scenariuszy, ale opisalas go doprawdy mistrzowsko.
    Nabralam nadziei, ze ktos wypelni chocby czesciowo te dziure jaka zostawila soba moja ulubiona pisarka.
    Najwazniejsze, ze dziewczyny w calosci!

    OdpowiedzUsuń